Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wybory 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wybory 2011. Pokaż wszystkie posty

4 listopada 2011

Raport sondażowy - październik 2011

W przedstawionym obok zestawieniu nie powinno dziwić nas zbyt wiele. Po wyborach ujawnił się trend większego poparcia dla formacji, które w powszechnym przekonaniu uznane zostały za największych zwycięzców - w polskim wypadku PO i RP. Zniknęło wszelkie dodatkowo, stopniowo budowane przez lata dodatkowe poparcie dla SLD, okazało się również, że nie byliśmy świadkami przesadnie dużego zaniżenia wskaźników poparcia PiS. Poza jedną partią różnica między wynikami wyborów a sondażami z ostatniego tygodnia nie przekroczyła standardowej granicy błędu, a więc trzech punktów procentowych. Jedynym wyjątkiem jest w tym wypadku... Platforma Obywatelska. Formacja Donalda Tuska zmobilizowała w wyborczą niedzielę znacząco więcej osób, niż deklarowało dla niej wsparcie w badaniach opinii. 

Na chwilę obecną trudno wróżyć, jak poparcie dla poszczególnych partii będzie zmieniało się wraz z upływem czasu. Sporo zmienić tu może pojawienie się ewentualnego nowego gracza w postaci Zbigniewa Ziobry, mogącego grać kartą narodowo-katolickiego eurosceptycyzmu, analogiczną do tej stosowanej niegdyś przez Ligę Polskich Rodzin. Jeśli taka formacja powstanie, to zastąpi ona zmarginalizowany PJN w roli konkurenta dla Jarosława Kaczyńskiego. Wydaje się bowiem, że przestrzeń osób negatywnie nastawionych do integracji europejskiej zagospodarowana jest znacznie słabiej, niż przestrzeń neokonserwatywnych Torysów, w którą celowała formacja Pawła Kowala. Na chwilę obecną na dobre umościł się w polskim elektoracie Janusz Palikot, który nie schodzi z medialnych czołówek, regularnie uderzając w antyklerykalne tony. Od tego, w jaki sposób pracować będzie jego formacja w Sejmie i jaki ostatecznie polityczny kurs obierze zależy, czy utrzyma tę pozycję.

7 października 2011

Raport sondażowy - I tydzień października 2011

Wypada mi pisać bardzo krótko, jako że bardzo spieszę się, by zdążyć przed ciszą wyborczą, długo też czekałem na ostatnie, wieczorne badania opinii. Po uśrednieniu ponad 30 sondaży i prognoz wydaje się, że wyłania się nam całkiem prawdopodobny kształt przyszłego Sejmu - już za kilka dni zobaczymy, czy rzeczywiście będzie tak wyglądał. Tuskowi i Kaczyńskiemu nie udała się sztuka polaryzacji elektoratu wokół swoich partii, Palikot uniemożliwił odbicie się Platformy Obywatelskiej na wyższy poziom poparcia, PiS straciło na powrocie bardziej agresywnej retoryki własnego prezesa. Wiadomość o tym, że Janusz Palikot może przekroczyć próg wyborczy, pod koniec kampanii znacznie mocniej niż w jej poprzedniej fazie uderzyła w SLD - Sojusz nie był w stanie wyjść z defensywy, a lewicowy elektorat - po tym, jak elektorat liberalny nabił poparcie Ruchowi Palikota - uznał, że nie jest skazany na formację Napieralskiego. Ostatnie dni przynosiły nam badania, w którym kolejność trójki mniejszych partii, które już niemal na pewno wejdą do przyszłego Sejmu, dynamicznie się zmieniała. Palikotowi udało się zachować swój elektorat - mimo pewnych sygnałów, że mógłby zacząć odpływać - ale nadal nie do końca wiadomo, czy w niedzielę wyląduje na podium, czy też ledwo przekroczy próg wyborczy. Podobnie trudno powiedzieć, czy PiS i SLD mają jeszcze jakieś pokłady ukrytego elektoratu (do ostatniego dnia ukazywały się badania, wedle których niezdecydowanych nadal może być nawet do ok. 25% elektoratu!). Mało prawdopodobne, by poza "wielką czwórką" i Palikotem ktokolwiek inny miał wejść do Sejmu.

Powyborcza układanka zaczyna się robić coraz bardziej skomplikowana. Bardzo możliwe, że liczyć się będzie każdy mandat. PO i PSL niewiele brakuje do samodzielnej większości, którą mogą zresztą zapewnić sobie poprzez podebranie kilku posłów SLD czy RP. Jeśli wynik Sojuszu będzie taki, jak w niniejszym uśrednieniu, turbulencje w partii Grzegorza Napieralskiego są całkiem prawdopodobne, ze spektakularnym zdymisjonowaniem przewodniczącego włącznie. Wydaje się, że Donald Tusk będzie chciał za wszelką cenę uniknąć konieczności aliansu z kolejną partią - byłoby mu to zresztą bardzo na rękę, gdyby Palikot, w obliczu powyborczego chaosu w SLD, dokończył dzieła dekompozycji formacji Napieralskiego. Jak zatem widać, czas po samych wyborach może być dużo ciekawszy, niż nudna i bezbarwna kampania.

1 października 2011

Raport sondażowy - II połowa września 2011

Decyzja o tym, by przed wyborami częściej publikować uśrednienie wszelkiego rodzaju sondaży i prognoz przedwyborczych okazała się nad wyraz słuszna. W ciągu minionych dwóch tygodni w mniej lub bardziej oficjalnym obiegu ukazało się ich około 25, pojawiły się nowe ośrodki je prezentujące (takie jak Estymator czy Kalkulator Polityczny), udało mi się także - dzięki jednemu z użytkowników Twittera - poznać wewnętrzne badania jednej z czołowych polskich partii politycznych. Od czasu, gdy wiadomo już, ile ogólnopolskich list wyborczych pojawi się na karcie do głosowania, nastąpiło spore uporządkowanie w wynikach, dzięki czemu ich uśrednienia nie są już sztucznie zaniżone osobami niezdecydowanymi czy też głosami oddanymi na mniejsze formacje, które w wyborach nie biorą udziału lub też biorą go na listach innych partii. 

Już dwa tygodnie temu ta korekta doprowadziła do wyraźnego zniwelowania dystansu między PO a PiS. Trend ten nadal trwa i jeśli jego tempo się utrzyma, zwycięstwo Platformy Obywatelskiej nad Prawem i Sprawiedliwością może opierać się na bardzo niewielkiej różnicy głosów, a nawet w ogóle nie nastąpić. Co ciekawe, uśredniając sondaże i prognozy okazuje się, że Sojusz Lewicy Demokratycznej ustabilizował swoje poparcie - wprawdzie na dość niewysokim poziomie, trudno jednak nie zauważyć, że to nie Grzegorz Napieralski traci najbardziej na spektakularnej zwyżce poparcia dla Janusza Palikota. "Mesjasz lewicy", a tak naprawdę zwolennik podatku liniowego i płatnych studiów dla humanistów zdaje się znacznie intensywniej podbierać rozczarowany rządami Donalda Tuska elektorat PO - na chwilę obecną jednak spora strata miejsc Platformy Obywatelskiej w Sejmie nie przekłada się na analogiczny wzrost reprezentacji Ruchu Palikota. Warto jednak pamiętać, że to nie tyle ogólnopolskie wyniki, lecz podział głosów w poszczególnych okręgach będzie miał kluczowe znaczenie dla kształtu przyszłego Sejmu. Reprezentacja Palikota równie dobrze może zdobyć ponad 20 mandatów, a paru posłów więcej, obronionych przez PO, może dać tym dwóm partiom absolutną większość na Wiejskiej. Równie niewielkie przepływy poparcia i zmiana w dystrybucji głosów może zdecydować o tym, że Tusk i Pawlak jednak zdobędą upragnione 231 szabel. Tak czy siak to uśrednienie jest pierwszym od czasu, kiedy je wykonuję, w którym PO i PSL nie mają samodzielnej większości sejmowej. Jak na razie jest to liczba dostatecznie duża, by móc liczyć np. na życzliwe poparcie Palikota i na kilku rozłamowców z SLD, trendy są jednak takie, że Platforma ciągle traci, a ludowcy, pomimo faktu, że przestają być niedoszacowani, nie zyskują na tyle dużo, by nadrobić straty koalicjanta.

Wokół niedawnych, sondażowych sukcesów Palikota pojawiło się wiele komentarzy, sugerujących, że jego poparcie jest jak bańka mydlana. Choć jeśli chodzi o poglądy jest mi do niego bardzo daleko, to jednak jedno trzeba mu przyznać - ciężką pracą u podstaw zbudował prawdziwy, liczący 40 tysięcy osób ruch społeczny. Dynamika głosu protestu, ruchu na rzecz zmiany społecznej i partii wodzowskiej w jednym (nikt nie powiedział, że polska polityka nie jest pełna sprzeczności...) sprawia, że wizja partii Palikota w Sejmie jest już niemal pewnikiem. Rozbudzony entuzjazm, dodatkowo spotęgowany sondażowymi sukcesami, raczej będzie działał jak kula śniegowa i przyczyniał się do stabilizacji i wzrostu poparcia, niż skłaniał do tego, by w dzień wyborów spocząć na laurach i zostać w domu. Głos protestu nie przejmuje się faktem, że nie musi się znać kandydatki bądź kandydata, na którego stawia się swój głos. Nie sądzę, by w 2001 roku elektorat Samoobrony przejmował się, że poza Andrzejem Lepperem nie zna za bardzo innych twarzy partii. Chęć pokazania żółtej kartki klasie politycznej tym bardziej skłania do tego, by pójść i oddać głos na nieznane. Być może dla wielu osób będzie ten fakt łączył się z późniejszym rozczarowaniem, jednak trudno już dziś wyrokować na temat tego, jak rozwinie się sytuacja w samym Ruchu Palikota. Najwcześniejszym momentem, w którym będziemy mieć szansę na taką analizę, jest niedzielny wieczór wyborczy.

Mało prawdopodobne, by poza "wielką czwórką" i Palikotem ktokolwiek inny wszedł do Sejmu. PJN, choć poprawiła nieco notowania, nie ma spektakularnej kampanii, wokół której mogłyby ogniskować się niezbędne w polityce społeczne emocje. Bardzo zatem możliwe, że czekać nas będzie niezwykle ciekawa, sejmowa układanka powyborcza. W omawianych w mediach scenariuszach nie brak nawet takiego, w którym PiS wygrywa i - korzystając z niezłego wyniku PSL - wchodzi z nim w koalicję. Platforma będzie miała do wyboru alians z trzema partiami i wiele wskazuje na to, że uczyni wszystko, by nie był konieczny sojusz z SLD. Nie da się wykluczyć dość pesymistycznego scenariusza przedterminowych wyborów, choć z całą pewnością nie byłoby to coś, czego moglibyśmy sobie życzyć w ekonomicznie niepewnych czasach.

17 września 2011

O wyborach w Polsce dla brukselskiego biura Fundacji Boella


What are the main points of the Greens’ election programme?

Our electoral programme consists of three parts: Green Economy, Happy Society and a Just World. We will be focusing our efforts on showing that there is no conflict between ecology and social and economical development, as the mainstream political parties try to tell people. We will give examples of how renewable energy, public transport, energy efficiency in housing, investing in public services such as healthcare and education create new jobs and a better social output. The coming years will be crucial for a number of ecological and social issues – the fight between atomic and shale gas exploitation on the one hand and energy efficiency and the development of renewable energy on the other, between more highways and more railways, between more commercialisation of health care or more investment in a public system – these are important dilemmas, crucial for answering the question how Poland will look like in 5-10 years time.

The answers the Greens have for these questions ore obvious – it's sad to see that for other political parties they are less obvious. PO, in one of its strategic documents, prepared by minister Michał Boni, „Poland 2030“, created the idea of a „polarisation and diffusion“ way of development, where most of the public and European money is diverted into strengthening just a few „centres of development“ from which prosperity will pour into the rest of the country. These are just other words for an old „trickle-down theory” which the Greens oppose. PiS even talks about sustainable development, but it understands it not as finding an equilibrium between ecological, social and economical matters, but merely as a more even distribution of investments between different regions of Poland. Both parties are also conservative in issues such as abortion or gay rights, in which we have an ally in the SLD. Just recently about 1/3 of the MP's of the ruling PO voted to continue with a draft-bill that would totally ban abortion in Poland. This shows the true face of a so-called more “European“ right-wing party.

Ecological topics will, of course, play an important role in our campaign – the debate over the situation of the Polish railway system will be one of the most interesting topics to be watched. Together with the SLD we call for a change of the current, scandalous proportions between investments in roads and railway lines from the current 85:15 to a truly European standard 60:40. It is impossible for the public rail operators to provide a good service with such limited resources. Remember that after 1989, about ¼ of the railway lines went out of service and until just recently there have been no new investments. With trains needing more time to go from one city to another because of the degradation of the railway line quality, this will certainly be a hot issue.

Two social problems are also emerging in the political debate. The first is a problem with the availability of pre-school education. Parents are paying more and more to have their children looked after – this is partly a result of the lowering of income taxes, which burned a hole in the budgets of local authorities that are responsible for delivering pre-school education services causing them to raise the costs for the parents. We propose more state funding for this important service, allocating the same amount of money that is used to fund higher levels of education.

The second problem is the increasingly precarious Polish labour market, in which it is more and more difficult, especially for younger people, to find proper jobs. The percentage of people hired in junk jobs in Poland is currently higher than in Spain! The unemployment rate in the younger part of the workforce is hovering between 20 and 25%. The reasons for this situation are – in our opinion – fiscal incentive, promoting non-permanent job contracts. We support the idea of creating an equal level of social contributions from every type of job contracts to minimise this phenomenon. It would bring more social security such as access to free healthcare for people working in precarious jobs and in the long run – with the development of an ecological tax reform and shifting taxation from labour to pollution and capital – it would make room for lowering the level of social security contributions and, possibly, changes in the taxation of companies i.e. making bigger corporations pay more than their current 19% and small and medium companies, which are the backbone of the Polish economy, less.

16 września 2011

Raport sondażowy - pierwsza połowa września 2011

Z jednej strony kampania toczy się zdumiewająco niemrawym tempem. Namnożenie telewizyjnych debat spowodowało, że widownia nie tłoczy się przed telewizorami, a poczucie zmęczenia polityką jest tak duże, że całkiem poważnie padają pytania o to, czy którejkolwiek partii politycznej zależy na wygraniu tych wyborów. Ponieważ sondaży będzie teraz sporo - i jednak trendy zaczynają w nich powoli się zmieniać - stwierdziłem, że we wrześniu warto dokonać dwóch uśrednień sondaży i podobnie uczynić w październiku - tyle że ten drugi miesiąc podzielić na tydzień przed wyborami i całą resztę po nich. W międzyczasie doszło nieco instytucji badających nastroje opinii publicznej, między innymi Kalkulator Polityczny Eryka Mistewicza, uaktywnił się także dawny szef Polskiej Grupy Badawczej, Marcin Palade. Nagle okazało się, że nie wystarczy jedynie spytać się ankietowanych telefonicznie lub na ulicy o ich zdanie, trzeba też umieć przewidzieć, kto do lokali wyborczych pójdzie, a kto zostanie w domu.

Tym razem sondaże zaskoczyły - przede wszystkim coraz więcej jest tych, wskazujących na bardzo wyrównany pojedynek między PO a PiS. Zmniejszenie się ilości badań, w których partia rządząca dosłownie miażdży konkurencję oceniam bardzo pozytywnie, nie chciało mi się bowiem wierzyć, że rząd Donalda Tuska impregnowany jest na społeczną krytykę, chociażby w sprawach opłat za przedszkola czy rosnącego problemu umów śmieciowych. Także nieprzekonujący program wyborczy, skupiony głównie na chwaleniu się dotychczasowymi osiągnięciami niż proponowaniu ambitnych wizji przyszłości nie zmobilizowało elektoratu PO. Nowe sondaże przyniosły za to spore zyski Prawu i Sprawiedliwości. Wygląda na to, że elektorat tej partii zaczyna się ujawniać w badaniach opinii - tak dużego skoku poparcia nie było od czasu katastrofy smoleńskiej. Pozornie dystans między dwiema prawicowymi partiami nadal wydaje się spory, jednak jeśli cofnąć się do poprzednich uśrednień, to jest on najmniejszy w ich historii - nawet na fali współczucia po śmierci Lecha Kaczyńskiego był on dużo większy. Może to wskazywać na bardzo niewielkie zwycięstwo Platformy nad Prawem i Sprawiedliwością 9 października, co poważnie skomplikować może późniejszy proces tworzenia rządu.

Drugim istotnym czynnikiem będzie to, czy do przyszłego Sejmu dostanie się Ruch Palikota. Jeszcze miesiąc temu nic na to nie wskazywało, jednak wyczuwalne rozczarowanie części elektoratu PO, w połączeniu ze sprawnie zorganizowanym przejęciem z list SLD Wandy Nowickiej oraz Roberta Biedronia swoje zrobiło. Palikot - po uśrednieniu - przekracza ważny, 3-procentowy próg od którego rozpoczyna się publiczne finansowanie ugrupowania. Zdarzają się prognozy, w których przeskakuje on także pięcioprocentową poprzeczkę. Ta sztuka dużo rzadziej udaje się PJN, aczkolwiek i w ich wypadku - po raz pierwszy od dawna - pojawiają się analizy, sugerujące możliwość wejścia do Sejmu. Jak na razie, o ile wzrost Palikota jest zauważalny, o tyle analogicznego trendu w wypadku partii Pawła Kowala nie da się wyprowadzić. SLD i PSL, pewne wejścia do Sejmu, większych wahnięć nie notują.

W najbliższych dniach ciekawie będzie obserwować, czy telewizyjne debaty mają jakikolwiek wpływ na sondaże. Ponieważ widać wyraźnie, że kosztem PO żywią się Palikot oraz Kowal, fascynująco będzie obserwować, czy Donald Tusk i jego ekipa zdążą wskrzesić na tyle entuzjazmu lub chociaż przekonania w swym elektoracie, by pozwoliło to na uniknięcie konieczności tworzenia koalicji innej niż z PSL. Dużo tu zależy od samego Waldemara Pawlaka i wyniku jego partii - tu poparcie wydaje się stabilne. Choć w tym uśrednieniu PO-PSL ma jeszcze szansę na kontynuację, to jednak przeliczenia wyników na mandaty w coraz większej ilości badań już tak łaskawe dla tandemu Tusk-Pawlak nie są. Choć kampania toczy się niemrawo, jak widać nie oznacza to, że brakuje w niej emocji.

2 września 2011

Raport sondażowy - sierpień 2011

W projekcji składu przyszłego Sejmu zmieniło się dość niewiele, chociaż spadki poparcia dla głównych partii - PO i PiS - są dość znaczne. Widać, że coraz więcej ludzi zniechęca się do polityki, o czym mówiono i przy okazji zbierania podpisów pod listami wyborczymi (była to jedna z kwestii, podnoszonych przez aktywistów mniejszych Prawicy Marka Jurka oraz Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego jako powód nie zarejestrowania list w całym kraju), i przy okazji olbrzymiej ilości osób niezdecydowanych, która pojawia się w większości badań, i z powodu - powiązanych z tym faktem - prognoz dotyczących przewidywanej niskiej frekwencji.

Status quo trwa w najlepsze i jak na razie niewiele wskazuje na to, by coś miało się w tym zakresie zmienić. Nie widać żadnych imponujących wzrostów mniejszych formacji. Być może sytuacja zmieni się nieco dzięki telewizyjnym debatom, ale bardzo trudno - w obliczu nieustających kłótni i spektakularnych zwrotów akcji - powiedzieć, w jakim kierunku zajdą przepływy poparcia. Widać coraz bardziej wyraźnie, że pozycja Platformy jest relatywnie słaba (rok temu ani razu nie miała tak niskiego poparcia po uśrednieniu sondaży jak obecnie), tyle że trudno ludziom przekonać się do głosowania na SLD, szczególnie po problemach tej partii z układaniem list wyborczych, albo do Ruchu Palikota, pomimo kilku spektakularnych transferów (Robert Biedroń, Wanda Nowicka). Trudno powiedzieć, co miałoby przerwać tę "małą stabilizację".

2 sierpnia 2011

Raport sondażowy - lipiec 2011

Nie ma za bardzo o czym pisać w tej edycji raportu sondażowego - uśrednienie wyników badań opinii z minionego miesiąca dało rezultaty bardzo zbliżone do poprzedniego zestawienia. Trwa lekki bo lekki, ale spadek SLD, który pod koniec miesiąca wyhamował - zobaczymy, czy w sierpniu widoczny będzie wzrost poparcia. Jak na razie Sojusz ma 22% osób, które deklarują, że jest to ich partia drugiego wyboru, zatem to od Grzegorza Napieralskiego i spółki zależy, czy Poparcie dla mniejszych formacji trwa na uparcie niskim poziomie, to, którym cieszy się tu Janusz Palikot, jest dodatkowo wywindowane przez uwzględnianie w nim wyników Krajowej Partii Emerytów i Rencistów, która miała startować z jego list, a jak na razie nie ma potwierdzenia tego faktu. Także sondaże publikowane wkrótce po raporcie Millera na temat katastrofy smoleńskiej nie wskazały na jakieś dramatyczne zmiany w skali poparcia dla poszczególnych formacji. Zobaczymy, jak będzie w sierpniu - miesiącu, w którym mniej już będzie w mediach o układaniu list wyborczych.

30 czerwca 2011

Raport sondażowy - czerwiec 2011

Dzwonek alarmowy dla SLD zaczyna bić coraz głośniej - po długim okresie stabilizacji na dość wysokim poziomie znów zaczęły się pojawiać sondaże, w których partia Grzegorza Napieralskiego ma 8-10% poparcia, zbliżając się do poziomu PSL. Na takim obrocie spraw to Sojusz traci najwięcej - wzmocnieniu ulega Platforma Obywatelska, co zwiększa prawdopodobieństwo kontynuacji koalicji między formacją Donalda Tuska a PSL. Być może ze względu na tradycyjne, sondażowe niedoszacowanie partia Pawlaka będzie w przyszłym Sejmie miała większe znaczenie niż sugeruje to wykonana po uśrednieniu sondażowych wyników kalkulacja, zapewne kosztem PO. Dla rządu nie będzie to problemem, natomiast parlamentarną lewicę skaże to na rolę mniejszej partii opozycyjnej, do tego z perspektywą braku większych zmian, jeśli chodzi o proporcje siły między nimi a PiS. Nie oznacza to, że sugerowałbym powyborczą koalicję PO-SLD - wręcz przeciwnie, nastawianie się na nią naraża na ryzyko powstrzymywania się od ataków i wytykania bardziej merytorycznych, a nie tylko wizerunkowych, potknięć ekipy Donalda Tuska. Pozbawienie PO-PSL samodzielnej większości daje szanse na bardziej wyrafinowane formy współpracy lub też blokowania tych działań rządu, z którymi Sojuszowi może być nie po drodze. Sęk w tym, że przy obecnych notowaniach cała ta strategia bierze w łeb.

Przy tak rysujących się proporcjach między poszczególnymi partiami liczyć się będzie każdy punkt procentowy. Bardzo ciekawie pokazał to na swym blogu politolog Jarosław Flis, biorąc pod uwagę różnice poparcia między poszczególnymi okręgami wyborczymi, a wręcz powiatami. Efektem jego wyliczeń stało się pięć scenariuszy rozwoju wypadków, z których każdy - mimo pozornie niewielkich różnic - skutkuje zupełnie inną kompozycją Sejmu. Jeszcze miesiąc temu sytuacja najbardziej przypominała pierwszą prognozę, nazwaną przez Flisa "stabilizacją na włosku", w której rząd Tuska zdobywa łącznie 230 mandatów i zabiera się za wyławianie pojedynczych posłanek i posłów od SLD i PiS. Dziś bliżej nam do wariantu drugiego - "powtórki z rozrywki", gwarantującej obecnej ekipie rządzącej bardzo komfortową kontynuację sprawowania władzy w dotychczasowym składzie. Jak już pisałem, notowania PSL zdają się niedoszacowane, zatem przestrzegałbym przed wróżeniem po raz kolejny politycznej śmierci ludowcom.

Dużo łatwiej taką śmierć wywróżyć dwóm inicjatywom, które chciały własnymi siłami skruszyć beton polskiego politycznego kartelu. PJN został osłabiony odejściem swej założycielki, Joanny Kluzik-Rostkowskiej, Palikot - poza kuriozalnymi happeningami skierowanymi w Jarosława Kaczyńskiego - w medialnym przekazie właściwie nie istnieje. Obie te grupy chcą wokół siebie zgromadzić mniejsze formacje, z jednej strony Marka Jurka i pozostałości po UPR, z drugiej zaś - Krajową Partię Emerytów i Rencistów oraz Rację Polskiej Lewicy. Być może poprawi to nieco ich sondażowe słupki (ponieważ RP i KPEiR są już właściwie dogadane, uśrednienie obejmuje w tym miesiącu wyniki obu tych partii), być może nawet na tyle, by któraś z nich zdołała przekroczyć uprawniający do subwencji budżetowej próg 3%, jednak na ich szturm na Sejm - mimo prezentowania sondaży, mogących sugerować inny rozwój wypadków - bym nie liczył.

23 czerwca 2011

Mija czas, mija okazja?

Mija już prawie rok od przyspieszonych z powodu wydarzeń smoleńskich wyborów prezydenckich - wyborów, które miały być wyłomem w postępującym procesie zdominowania sceny politycznej przez dwie prawicowe partie polityczne. Wydaje się tymczasem, że po momentach gdy poparciu dla głównej siły lewicowej w kraju, SLD, zdarzało się oscylować w okolicach 20%, wróciło ono mniej więcej do poziomu wyznaczonego zeszłorocznymi notowaniami Grzegorza Napieralskiego. Nie da się ukryć, że Sojusz ma zadyszkę, a w jej opanowaniu nie pomogą za bardzo takie wydarzenia, jak kłócenie się o to, czy decyzja o starcie Katarzyny Piekarskiej z pierwszego miejsca w okręgu podwarszawskim była jej samodzielnym ustępstwem, czy też może inspirowana była przez Napieralskiego. Nie pomoże tym bardziej, że wysoce niepewna staje się obecność w przyszłym Sejmie Marka Balickiego, który jeszcze niedawno prezentował program SLD w dziedzinie opieki zdrowotnej (całkiem niezgorszy), a dziś popada w niełaskę lokalnych działaczy, dla których kwestią nieporównanie ważniejszą jest to, że nie był specjalnie aktywny w tworzeniu biur poselskich w terenie.

Niedawna konwencja Platformy Obywatelskiej w Gdańsku, będąca pokazem siły partii Donalda Tuska, musiała przekonać do PO grono wyborców, wahających się między Platformą a Sojuszem. Komentarze o tym, że rządząca formacja zamienia się stopniowo w rodzimy odpowiednik meksykańskiej Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej nie wydają się tu przesadzone, dość trudno było do tej pory znaleźć dużo punktów wspólnych między Bartoszem Arłukowiczem a Jarosławem Gowinem. Odpowiedzią SLD na to wyzwanie nie jest jak na razie działanie programowe a la PiS (chociaż owszem, odbywa się stopniowe odsłanianie poszczególnych elementów wyborczego przekazu), ale raczej kłótnie o listy, z zastanawianiem się nad powrotem na nie takich mało ciekawych postaci, jak Leszek Miller czy Włodzimierz Czarzasty. Mając ten kontekst z tyłu głowy, ciekawie czyta się opublikowany zapis debaty "Polska po wyborach - lewica przed wyborem", wydany przez zasłużony dla progresywnej myśli politycznej i społecznej wrocławski Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle'a.

W 2010 roku, jak zauważają rozmówcy prowadzącego spotkanie Michała Syski, elektorat lewicy wreszcie dostał zastrzyk świeżej krwi. Jak zauważa Bartosz Machalica, marzenia o tym, że wyginie on śmiercią naturalną, okazały się grubo przesadzone. Bardzo ciekawe jest tu spojrzeć na strukturę terytorialną tego poparcia młodych - to osoby z małych i średnich ośrodków, a w dużych miastach - ich dzielnic peryferyjnych, takich jak stołeczna Białołęka. Dużo wśród nich osób o niepewnej sytuacji materialnej (np. wchodzących na niestabilny rynek pracy) i przyblokowanych możliwościach społecznego awansu. Platforma Obywatelska ma dla nich jeden pomysł - mozolne czekanie na "ściekanie bogactwa w dół" z wielkich metropolii, w które chce zaangażować swe modernizacyjne siły i środki - taki obraz wyczytać można chociażby z "Polski 2030". Tusk i jego ekipa wycofują się teraz z jego postulatów rakiem, dodatkowo przed wyborami prezentując swą nowo odkrytą twarz polityki wrażliwej na społeczne potrzeby. SLD mogłoby z łatwością demaskować fałsz rządowego PR, tymczasem jak na razie zdaje się przegrywać tę walkę z Prawem i Sprawiedliwością, również zainteresowanym w odebraniu osób młodych Platformie.

Z całą pewnością broni się teza Machalicy, wedle której nie ma już miejsca na projekt polityczny, będący centrolewicową "Platformą light". Problem w tym, że zgliszcza tego typu inicjatyw, starannie wybierane przez PO, nadal mają pewną siłę mobilizowania elektoratu. Łatwo daje się wmówić, że Dariusz Rosati, którego polityczna inicjatywa w postaci Porozumienia dla Przyszłości (jakże się cieszę, że dzięki temu, że ją osierocił, umarła śmiercią naturalną), wypakowana politycznymi tuzami na listach, zdobyła raptem 2,5% głosów w 2009 roku, stanowi koniec końców cenny nabytek dla Platformy, który pozwoli jej odebrać głosy SLD. Tego typu opinie, powtarzane dość często, mają sporą siłę przekonywania opinii publicznej - wszak z jednej strony większość badanych zapytanych o polityczne transfery w rodzaju przejścia Joanny Kluzik-Rostkowskiej do PO ocenia je negatywnie, nie przeszkadza to jednak formacji premiera Tuska zanotować po tym politycznym targu wzrost sondażowego poparcia.

Wspomniana przeze mnie przed chwilą ewolucja wizerunkowa Platformy trwa już od jakiegoś czasu, co Michał Syska podczas debaty zauważył na przykładzie artykułu szefa think-tanku tejże partii, Jarosława Makowskiego, broniącego decyzji o podwyżce podatku VAT. Nowy, bardziej łagodny wizerunek, daleki od neoliberalnej krwiożerczości nie opiera się dziś już tylko na Michale Bonim, ale na czynnych politykach - Arłukowiczu, Musze, Kluzik-Rostkowskiej, a nawet - o zgrozo - Rosatiemu. Wspiera go deklarowane mniej lub bardziej cicho poparcie dla senackich ambicji Marka Borowskiego czy Józefa Piniora. Dotychczasowe niemrawe próby odróżnienia się od PO, jak chociażby poprzez podkreślanie chęci cyfryzacji kraju czy też spraw takich jak in vitro lub związki partnerskie, teraz zaczynają być niemal niezauważalne. Na fali płynie Tusk, który wygląda, jakby zmieniał ideowo partię - tu coś napomknie, że związki tak, ale po wyborach, tam mrugnie okiem, że in vitro i owszem, a wokół niego krąży już mający czuwać nad tymi tematami i przekonywać swoje nowe koleżanki i kolegów poseł Arłukowicz. Że po wyborach zapewne nic z tego nie będzie (poseł Gowin pewnie o to zadba) to już zupełnie inna bajka...

Dość konwencjonalne pomysły na "pójście w centrum", sugerowane w dyskusji przez profesora Raciborskiego zdają się dziś już nie wystarczać. Platforma dość skutecznie zagospodarowuje elektorat, który na wybory chodzi i waha się między nią a partią Napieralskiego. Losy PSL uległy dramatycznej odmianie po ostatnich wyborach samorządowych i mało prawdopodobne, by partia miała wypaść z Sejmu. Wydaje się zatem, że jedyną szansą dla SLD na przekroczenie zaklętego kręgu okolic 15% jest mobilizowanie grup wyborców do tej pory nie głosujących. Jak wszyscy wiemy, nie jest to prosta sprawa, ale podobnie nie jest, jeśli chodzi o odbudowę potencjału wyborczego progresywnej lewicy. Podważanie społecznej wrażliwości PO może powstrzymać jej dalszy rozwój na lewej flance, by móc tego dokonać potrzeba jednak nie tylko chwytliwej narracji, ale i przekonującego programu. W dużych ośrodkach miejskich nadal dobrym pomysłem może być pokazywanie zdolności do budowania wokół siebie szerszego projektu politycznego, np. z Partią Kobiet i Zielonymi. Bez próby mobilizowania społecznego gniewu inaczej niż za pomocą wypominania Donaldowi Tuskowi kosztu lotów z Warszawy do Trójmiasta raczej się nie obędzie. Wyzwań nie brakuje - czy Sojusz je podejmie, czy też będzie czekał na zakończenie wyborów i na zamianę miejscami z PSL w roli młodszego koalicjanta PO (na czym mogą się przejechać w wypadku słabego wyniku)? Czasu do wyborów pozostało niewiele i czas już najwyższy, by liderzy Sojuszu przemyśleli swoją wyborczą strategię.

10 czerwca 2011

Partia zmarnowanych szans

Nie będzie przesadnym uzewnętrznieniem się z mej strony przyznanie się do faktu, że od czasu swego powstania w 2004 roku Socjaldemokracja Polska była partią, na którą zwracałem szczególną uwagę. Nigdy nie byłem zwolennikiem moim zdaniem absurdalnej tezy, jakoby najważniejszą właściwością lewej strony sceny politycznej, do której należy dążyć za wszelką cenę, była jedność. Tak jak i na prawicy, pomysłów na zmianę rzeczywistości wśród sił progresywnych nie brakuje, nic zatem dziwnego, że dla przykładu w sąsiadujących z naszym krajem Niemczech w Bundestagu zasiadają trzy partie na lewo od centrum, podobnie jak w Szwecji czy Finlandii. Sztucznie pompowana jedność, szczególnie w warunkach ordynacji proporcjonalnej, kończy się często koniecznością zawierania koalicji z partiami o znacznie mniej zbieżnym światopoglądzie, jak to było w wypadku aliansów SLD-PSL.

Odejście grupy parlamentarzystek i parlamentarzystów pod wodzą Marka Borowskiego, obudowane sprzeciwem wobec arogancji i korupcji rządów Leszka Millera, dawało szansę na nowe otwarcie na polskiej scenie politycznej. Pamiętajmy, że 3 lata wcześniej zmiecione zostały z Sejmu dwie dotychczas rządzące partie - AWS i UW, a badania opinii publicznej były dla powstającego SDPL całkiem korzystne. Bywały sondaże, w których formacja ta dostawała 11%, i to w zbliżonym czasie, kiedy SLD potrafiło balansować na granicy wyborczego progu. Kompetencja, znane nazwiska, przyzwoicie wyglądający, socjaldemokratyczny program (były to czasy, kiedy można jeszcze było podnosić postulaty takie jak wprowadzenie kolejnej, 50-procentowej stawki podatkowej dla najlepiej zarabiających) - brzmiało to niczym recepta na sukces. Szanse na powrót grupy przeszło 30 osób do Sejmu kolejnej kadencji skończyły się wraz z ogłoszeniem startu w wyborach prezydenckich przez Włodzimierza Cimoszewicza. "Ostatnia nadzieja lewicy" rychło jednak ze startu zrezygnowała, ale było już za późno na odzyskanie poparcia, które przepłynęło z powrotem na konto odnowionego Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Krótki, acz burzliwy okres rządów PiS zakończył się w roku 2007. Partia Borowskiego wraca do Sejmu, wykorzystując do tego koalicję Lewicy i Demokratów. Połączenie dość odległych od siebie środowisk skutkuje problemami z wyrazistością wyborczego przekazu i dość słabym wynikiem wyborczym. SLD pod wodzą walczącego o utrzymanie swej pozycji Wojciecha Olejniczaka kończy współpracę z Partią Demokratyczną. SDPL decyduje się na wyjście z klubu LiD, co de facto oznacza śmierć tego projektu politycznego. Pierwsi spośród 11 posłanek i posłów zaczynają przechodzić z powrotem w orbitę Sojuszu, co oznacza klęskę koncepcji budowania wraz z PD osobnego klubu parlamentarnego. Przez chwilę wydaje się, że poszukiwanie miejsca w politycznej przestrzeni ma sens - koncepcja Centrolewicy, wykorzystującej znane z Parlamentu Europejskiego nazwiska, kończy się jednak klapą. Po dziś dzień nie rozumiem, skąd nadal bierze się przekonanie o tym, że Dariusz Rosati (ówczesna twarz tego projektu) może cokolwiek pociągnąć - brak wizji i chaos organizacyjny towarzyszący tamtej kampanii mogłyby przejść do annałów podręczników politycznego marketingu jako modelowy antywzór.

Dziś, kiedy w kole poselskim SDPL pozostały 4 osoby, wiele wskazuje na to, że niedobitki tej niegdyś całkiem prężnej partii trafią na wyborcze listy Platformy Obywatelskiej. Mogę jeszcze zrozumieć ciche poparcie dla formacji Tuska dla kandydatur do Senatu w rodzaju Marka Borowskiego czy Izabelli Sierakowskiej - logika wyborów w ordynacji większościowej rządzi się swoimi prawami, a już logika ta stosowana w polskiej praktyce w szczególności. Jeśli jednak przewodniczący Socjaldemokracji, pan Filemonowicz,ogłasza wszem i wobec, że alians w postaci startu na listach PO do Sejmu ma wymiar niemal etyczny (kontynuację proponowanej przez Joannę Kluzik-Rostkowską koncepcji "kordonu sanitarnego" wobec PiS), to nie jest w stanie ogarnąć mnie nic innego, jak tylko pusty śmiech. Praca programowa ugrupowania w ostatnim okresie praktycznie zamarła (za wyjątkiem "Zeszytów Socjaldemokracji", redagowanych przez właśnie wyrzuconego przez Filemonowicza jej wiceprzewodniczącego i niegdysiejszego warszawskiego radnego, Bartosza Dominiaka, który deklaruje wolę walki o ugrupowanie) i chyba tym intelektualnym uwiądem należy tłumaczyć, dlaczego obecny przewodniczący partii przynajmniej deklaratywnie lewicowej tłumaczy swój pomysł na alians z konserwatywnymi liberałami. Najwyraźniejszym dowodem na ów uwiąd wydaje się wyliczenie programowej zbieżności między nim a Platformą, a mianowicie przekonanie o przyjęciu przez formację rządzącą liberalnego kursu w sprawach in vitro oraz związków partnerskich. Pal licho, że brak tu jakiegokolwiek postulatu ekonomicznego - już sam fakt, że owo mityczne poparcie dla tych postulatów przez PO jest póki co palcem na wodzie pisane wskazuje, że poruszamy się tu w obrębie nie faktów, ale co najwyżej halucynacji aktualnego przewodniczącego SDPL.

Jeśli do porozumienia ostatecznie dojdzie, bardzo możliwe, że na liście wyborczej PO w tym samym, krakowskim okręgu, znaleźć będzie można Jarosława Gowina oraz Wojciecha Filemonowicza. Dziwnym trafem nie wierzę w to, że lider tego, co zostało jeszcze z SDPL będzie w stanie przekonać do swoich postulatów obyczajowych znanego konserwatystę. Mam zresztą spore obawy, czy będzie w stanie przekonać do siebie krakowski elektorat, jak również, że na bazie nazwisk, które ewentualnie do Sejmu się dostaną (realne szanse zdają się mieć Rosati i Pinior) będzie w stanie cokolwiek zbudować. Dużo bardziej prawdopodobne, że szybko zwiążą się one dużo ściślej z Platformą Obywatelską - znając chociażby stanowisko Rosatiego w sprawie niesławnej dyrektywy Bolkesteina, która w pierwotnej formie praktycznie legalizowała ogólnoeuropejski dumping socjalny na rynku pracy, niespecjalnie mnie to dziwi. Bycie grabarzem nie jest najbardziej wdzięcznym zadaniem, ale Filemonowicz, jak na razie, zdaje się wypełniać je wzorowo.

Piszę o tym dość sporo, bo jest mi zwyczajnie, po ludzku przykro. Mój pierwszy w życiu głos w wyborach, w 2005 roku, oddałem na kandydatkę Zielonych startującą z list właśnie tej partii. Nasze polityczne drogi wielokrotne się krzyżowały, a w formacji tej poznałem wiele osób, co do których nie mam wątpliwości, że są one kompetentne i wrażliwe społecznie. Niestety, to właśnie one padły ofiarą politycznej wolty aktualnego przewodniczącego. Czy mogło być inaczej? Wydaje się, że gdyby SDPL zdecydował się na kontynuację współpracy z SLD po roku 2007, miałby organizacyjne i merytoryczne zasoby do stanie się może nie tyle równorzędnym partnerem Sojuszu, co jego silnym koalicjantem. Pamiętajmy, że od politycznej woli zależy naprawdę wiele - w 2001 roku liczący 16 osób klub Unii Pracy był równorzędnym, i nie zawsze łatwym, partnerem dla mającego 200 szabel w Sejmie SLD. W wypadku, gdy Sojusz posłanek i posłów miał nieco ponad 40, a SDPL - 11, taki rozwój wypadków mógłby być całkiem prawdopodobny. Dziś takiej opcji już nie ma, a aktualnemu liderowi schyłkowej formacji nie przeszkadza, że będzie promował projekt polityczny, stojący w sprzeczności z postulatami, które jego partia miała na sztandarach od momentu jej powstania. Jeśli potwierdzą się plotki i na statek Tuska wejdą także czołowe twarze PJN, wtedy trudno będzie wskazać ideowe spoiwo tak szerokiej grupy. Spoiwo w postaci udziału we władzy widoczne jest samo aż nadto.

5 czerwca 2011

Raport sondażowy - maj 2011

Po uśrednieniu sondaży z minionego miesiąca widzimy, jak niewielkie w gruncie rzeczy wahnięcia rzędu półtora punktu procentowego mogą znacząco wpłynąć na wygląd przyszłego parlamentu - nie ma wątpliwości, że wyborczy wyścig będzie zacięty. Wystarczy bowiem, że do Sejmu wejdzie 1-2 posłów Mniejszości Niemieckiej, by Platforma Obywatelska straciła techniczną większość, wystarczy też odpowiednio zróżnicowane terytorialnie poparcie dla poszczególnych formacji, by koalicja z PSL nie miała szans na samodzielną większość. Wyborcze wahnięcie może rzecz jasna odbyć się i w drugą stronę, na przykład poprzez duże nagromadzenie poparcia dla partii Waldemara Pawlaka w bardziej wiejskich okręgach wyborczych.

Załączony wykres mówi też coś jeszcze - proste utrzymywanie poparcia nie wystarczy do osiągnięcia zadowalającego wyniku wyborczego. Powinno to stać się szczególnie silnym bodźcem do działania w wypadku SLD, od którego miesiąc temu mogło zależeć, kto będzie kolejnym premierem, a dziś - z pomniejszoną reprezentacją - jego polityczne znaczenie znacząco się zmniejsza. W sytuacji, kiedy prawdopodobieństwo wejścia do Sejmu jakiejkolwiek formacji spoza "wielkiej czwórki" istotne znaczenie będzie miało te ok. 13%, które nie mieści się w słupkach poparcia na wykresie. Część z nich to poparcie dla mniejszych formacji, część zaś - osoby niezdecydowane, które liczone są osobno w części sondaży poparcia. Mało prawdopodobne, by małe partie w całości owe okolice 13% zagospodarowały, nadal więc w grze są dość spora część elektoratu, która będzie mogła przechylić szalę zwycięstwa w tym czy innym kierunku.

Wizyta Obamy pomogła nieco PO, zobaczymy, czy partii Tuska uda się zachować siły na podtrzymanie zwyżkowej tendencji sondażowej, na przykład poprzez granie zbliżającą się polską prezydencją. Wojna z kibicami nie osłabiła partii rządzących, ale kto wie, czy nie doprowadziła do przemieszczenia się części ich elektoratu w kierunku Prawa i Sprawiedliwości. Jarosław Kaczyński nadal jest dość daleko od rekordowych notowań swej formacji z zeszłego roku, nie da się jednak nie zauważyć, że powoli zaczyna iść w górę. Od tego, jak silny będzie to trend, zależeć będzie przyszłość PSL - choć zniknięcie tej partii z Sejmu jest mało prawdopodobne (sondaże wiecznie wskazują na niższe poparcie dla tej partii niż w rzeczywistości), to już to, czy będzie ona miała 6, czy może 8% poparcia, może mieć dla szans kontynuacji koalicji z PO kolosalne znaczenie.

17 maja 2011

Jak zielony jest czerwony program rolny?

W polskiej polityce za dużo miejsca poświęca się ostatnio kwestiom personalnych transferów między poszczególnymi ugrupowaniami, za mało zaś sprawom merytorycznym. Dlatego postanowiłem wziąć pod lupę przygotowany przez Wojciecha Olejniczaka program SLD dla obszarów wiejskich. Jak prezentuje się on z punktu widzenia zielonej polityki?

Co tu mamy?

Na pewno warto pochwalić całościowe podejście do spraw wsi. Dokument nie ogranicza się do kwestii związanych ściśle z rolnictwem. Tych rzecz jasna nie brakuje, przekaz jest jednak dość czytelny – w przeciwieństwie do pomysłów rozwoju, zawartych w raporcie "Polska 2030" Michała Boniego, SLD nie liczy na "ściekanie bogactwa w dół" i postuluje aktywną politykę instytucji publicznych na rzecz poprawy jakości życia na wsi. Służyć temu ma zmiana priorytetów we Wspólnej Polityce Rolnej i przesunięcie środków z modernizacji produkcji rolnej na poprawę wiejskiej infrastruktury. Mowa o konieczności zwiększenia ilości dzieci objętych edukacją przedszkolną (63,1% w miastach i jedynie 42,7% na wsi – wszystkie dane liczbowe zaczerpnięte z dokumentu SLD) poprzez rozciągnięcie subwencji oświatowej na te placówki, inwestowanie w poprawę dostępności szerokopasmowego internetu (dostępność na poziomie 58,5% w miastach i 42,8% na wsi), a także infrastruktury sportowo-rekreacyjnej (bieżnie lekkoatletyczne, baseny) oraz zdrowotnej i kulturalnej (biblioteki).

Całkiem dużo miejsca w "Projekcie rozwoju rolnictwa i obszarów wiejskich” zajmuje argumentacja ekologiczna, taka jak odwoływanie się do bezpieczeństwa żywnościowego, ochrony środowiska i walki ze zmianami klimatycznymi przy okazji sprzeciwu wobec pełnej liberalizacji unijnego rynku rolnego. Nie brak tu zatem pomysłów na inwestowanie w biogazownie oraz odnawialne źródła energii, postulatów dotyczących dotowania sieci kolejowej czy też podtrzymania systemu kwot mlecznych. Tu Olejniczak, autor dokumentu, wychodzi z podobnego co Europejska Partia Zielonych założenia, że zostawienie kwestii produkcji żywności swobodnej grze rynkowej nie przyczyni się do poprawy bezpieczeństwa żywnościowego, może za to zmniejszyć opłacalność produkcji mlecznej. Bardzo wyraźnie też opowiada się za prawem państw członkowskich do wprowadzania zakazu upraw organizmów modyfikowanych genetycznie (GMO), chce też powstania jednolitych, unijnych regulacji w tej sprawie oraz czytelnego oznaczania produktów zawierających GMO. Postuluje też dalsze wsparcie dla zalesiania nieużytków oraz słabych gruntów, a także wspieranie spółdzielczości rolnej.

Czego tu nie ma?

Brakuje wyciągnięcia dalej idących wniosków z faktu, że coraz większa ilość mieszkanek i mieszkańców obszarów wiejskich pracuje w zawodach pozarolniczych, a jeśli proces ten będzie postępował, to obok poprawy jakości życia zapobiec wyludnianiu się wsi może tworzenie lokalnych miejsc pracy. Z tego punktu widzenia szkoda, że nie wskazano potencjału, jaki w tym wypadku niosą chociażby odnawialne źródła energii. To prawda, że na obszarach wiejskich nieco trudniej jest o transport zbiorowy, jednak nie powinno to prowadzić do konstatacji, że wymaga to rozwoju transportu samochodowego. Drogi bez dziur owszem, przydadzą się, jednak kluczowe powinno być znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak minimalizować potrzeby zbędnego przemieszczania się. Nikt nie zabroni ludziom jeździć na wakacje czy chodzić do szkoły pogimnazjalnej w mieście, ale już dla przykładu takie usługi, jak sklep, kiosk czy fryzjer na obszarze wiejskim mogą się przyjąć i tym samym zmniejszać konieczność bardziej długodystansowych podróży. Warto pamiętać, że bezpieczne chodniki, ścieżki rowerowe czy dostęp do autobusów na wsi nie są mniej istotne niż w mieście.

Choć proces konsolidacji gospodarstw rolnych będzie postępował, to jednak preferowane powinny być określone metody upraw i hodowli. W tym kontekście warto wspomnieć o zagrożeniach ekologicznych i cierpieniach zwierząt, związanych z ich przemysłowym chowem. Tego ważnego wątku zabrakło w rozważaniach SLD. Skoro już pojawiła się kwestia rolnictwa, które powinno działać na rzecz zapobiegania zmianom klimatu, powinna też pojawić się wzmianka o promowaniu mniejszej konsumpcji mięsa (co prowadzi do ograniczania emisji metanu przez krowy) czy też o wspieraniu bezpośredniego kontaktu między producentami a konsumentami, na przykład poprzez miejskie targowiska. Apelując o ulgi podatkowe na biopaliwa, warto pamiętać o coraz większej ilości badań, wskazujących, że podczas całego cyklu produkcji i eksploatacji biopaliw I generacji gazów szklarniowych emitowanych może być więcej, niż w wypadku zwykłego paliwa.

Podsumowanie

Pomimo tych mankamentów, program wiejski SLD nie jest programem złym. Jego niewątpliwą zaletą jest wyjście poza kwestie wyłącznie rolnicze. co nie oznacza, że je lekceważy. Zajmuje się też takimi kwestiami, jak KRUS i system podatkowy, uznając za konieczne ze względu na niskie dochody rodzin rolniczych (8.008 złotych rocznie, średnia dla rodzin wiejskich – 12.164 zł). Pojawia się też tu postulat utrzymania osobnej siatki ubezpieczeń, przy jednoczesnym wprowadzeniu do powszechnego systemu podatkowego wszystkich osób, rozpoczynających własną działalność rolniczą oraz tych, korzystających ze środków unijnych.Wydaje się że dobrze reprezentuje socjaldemokratyczną linię programową, choć z punktu widzenia zielonej polityki trochę mu brakuje.

10 maja 2011

PO Arłukowiczu

Właśnie przeczytałam informację o tym, że polityk klubu poselskiego SLD, Bartosz Arłukowicz przyjął stanowisko w gabinecie Tuska. Przypuszczam, iż jest to wynikiem dyskusji w ramach SLD, oraz nie dziwię się tej decyzji i nie jest to szokujące, ale wprost przeciwnie - jest to moment, który moim zdaniem lepiej pozwala zobaczyć, że SLD nigdy nie było lewicowe, miało zresztą ku temu niewiele intelektualnych zasobów i politycznych warunków możliwości. Ta sytuacja redukuje SLD do roli politycznej przystawki do partii neoliberalnych, bo sojusz z narodowo-katolickimi ugrupowaniami jest dla nich jeszcze bardziej niestrawny.

Granica prawica/lewica zawsze była umowna i płynna, jednak dzisiaj, w czasach spektaklu czy neoliberalno-konserwatywnej hegemonii mamy do czynienia z przesunięciem granicy lewica/prawica poza obręb dyskursu publicznego i parlamentarnej demokracji. Socjaldemokracja przeszła do historii, a partie, które zajmowały tę pozycję albo zostały zmarginalizowane, albo przeobraziły się w neoliberalną lewicę, która etykietuje się jako tak zwana trzecia droga, odwołuje się do nowej (neo)modernizacji, o której nota bene u nas ciągle opowiada tak Sławomir Sierakowski i środowisko Krytyki Politycznej, jak i Michał Boni). W kraju takim jak Polska, lewica straciła język, a więc zdolność kumunikacji i krytyki, nie stworzyła siatki pojęciowej do krytyki transformacji, co się dopiero teraz i grubo za późno powoli zmienia. Politykom z SLD nie przechodzą do głowy i przez usta takie zakazane przez salon pojęcia jak neoliberalizm czy nowy konserwatyzm i ich nierozerwalne związki, które pozwalają zobaczyć nową rzeczywistość społeczną niczym króla bez ubrania. Podobnie jak inne partie, SLD skupiło się na taktyce, na polityce medialnej reprezentacji, nie mając strategii, a co ważniejsze - SLD nie wykształcił swojego języka do zaistnienia w polityce inaczej niż w neoliberalnych ramach.

Ma to liczne i różne przyczyny. MFW i Bank Światowy efektywnie popierali partie postkomunistyczne, gdyż uważali, że włączenie tych partii do rządzenia i polityki parlamentarnej ułatwi deregulację i prywatyzację. Zarządzenie politycznym ryzykiem przemawiało za tym, aby nie zostawiać ich na zewnątrz, gdzie mogliby ogniskować opór wobec neoliberalnej transformacji. Domowa patologizacja "postkomuny" wytwarzała zapotrzebowanie na autoprezentacje siebie jak dobrych chłopców, którzy chcą rynku, demokracji, nie lubią kościoła, wspominają o biednych, popierają gejów, formalną równość i parytety... słowem - chcą udowodnić, iż są nowocześni. Co istotne, były i są pewne ciągłości między państwowym socjalizmem a neoliberalizmem. Główne zajęcie rządów i administracji od Gomułki po Tuska to rządzenie ekonomiczne, skupione na wzroście gospodarczym i wzmacnianiu potencjału gospodarczego kraju, Robią to inaczej, w różnych kontekstach, inaczej odnosili się do podziału wyników wzrostu gospodarczego, ale cele podporządkowania 'społeczeństwa' wzrostowi gospodarczemu i jego miary (PKB) są identyczne. Między innymi dlatego tak łatwo było intelektualnym elitom wychowanym w czasach PRL przejść od socjalizmu do neoliberalizmu.
Taktyczne wstawienie Arłukowicza na stanowisko "reprezentanta" wykluczonych jest momentem, który pozwala zobaczyć politykę jako spektakl (idea Guy Deborda) i zawłaszczenie języka, które ukrywa faktyczne relacje władzy, płci i kapitału. Jeśli reprezentacja "wykluczonych" jest dopuszczalna, to tylko przez mianowanie, a więc zawieszenie demokracji i tym samym fikcję reprezentacji. Ponadto, sama kategoria wykluczonych służy tylko do legitymizacji normy (bogactwa), od której 80-90% tak zwanego społeczeństwa jest wykluczone, jednocześnie będąc wprzęgniętym do wytwarzania zysków i służąc jako zasób fiskalny, z którego dochody mikroklasa zarządzająca państwem przekierowuje na konta członków i członkiń tej klasy, dla wielkiego biznesu i sektora finansów. Jak uważa Agamben, jesteśmy (na różne sposoby) włączani przez wykluczenie, które jest powszechnym stanem normalnym. Paradoksalnie więc Arłukowicz mianowany jest jako przedstawiciel wykluczonych, a więc (prawie) wszystkich po to, żeby 'wszyscy" nie mieli swojego przedstawiciela.

Kategoria ‘wykluczeni’ powszechnie kojarzy się z polityką społeczną panstwa. Wprowadzana inkrementalnymi krokami neoliberalna rewolucja zachowała pewne atrapy pojęciowe (w tym polityki społecznej), ale de facto dla neoliberałów polityka społeczna to polityka gospodarcza. Neoliberalizm zakłada, iż wzrost gospodarczy skapuje do dołu, wszyscy z niego korzystają, problem ubóstwa jest rozwiązany, a jeśli jeszcze zostają jacyś ubodzy, to na własne życzenie, w każdym razie są to dewianci, czy dewiantki (patrz wypowiedzi Balcerowicza na temat ubóstwa czy też opinie internautów po strajku matek z Wałbrzycha, gdzie wzywano do sterylizacji i uwięzienia niezamożnych, a więc wyrodnych matek, czyli pasożytów). W tym kontekście, w swoim rezydualnym stadium atrapy, polityka społeczna jako praktyka dąży do zmniejszenia ubóstwa tak wizualnie jak i materialnie. Mówi się o enklawach biedy, polskich fawelach i tak dalej.

Dyskurs ten robi z ubóstwa marginalny wyjątek. Ubóstwo jest uniewidaczniane statystycznie, przez zaniżone progi dochodowe, które oddziela bogatych od ubogich, lub gdy na przykład Instytut Pracy i Polityki Społecznej zmienia metody kalkulacji minimum egzystencji, tak jak stało się to w 2005 roku, co statystycznie zmniejszyło liczebność grupy konstruowanej jako ubodzy. Materialnie problem ubóstwa jest likwidowany przez brak płatnej pracy, likwidację praw socjalnych, redukcje nakładów finansowych na zabezpieczenia społeczne (opieka/reprodukcja społeczna), niskie zasiłki i represje ludzie doprowadzani są do śmierci (warto spojrzeć na 16 lat krótszą średnią długość życia kobiet na Pradze w porównaniu z kobietami z Wilanowa, najbiedniejszej i najbogatszej dzielnicy Warszawy). De facto więc Arłukowicz jest specjalnym pełnomocnikiem od wojny z biednymi. Nie jest możliwa likwidacja ubóstwa bez podważenia neoliberalnej ramy rządzenia. Widzialna ręka neoliberalnego państwa (w tym także, kiedy u jego steru stało SLD) produkuje ubóstwo. Ponieważ Arłukowicz wstępuje do neoliberalnego rządu jako 'lewicowy' reprezentant wykluczonych, pozwala to tę wojnę zamazać. Dla SLD z kolei zajęcie przyczółka w rządzie PO oznacza przekroczenie bariery odrębnej politycznej tożsamości i konfuzję w tym jak SLD reprezentuje siebie. Budując figurę PO jako partii pro-społecznej, SLD rozdziera związki z własnym elektoratem.

1 maja 2011

Raport sondażowy - kwiecień 2011

Możemy śmiało ogłosić kwiecień miesiącem, od którego wyniki wyborów zaczynają stawać się wielką niewiadomą. Spadek poparcia dla Platformy Obywatelskiej osiągnął poziom, w którym traci ona samodzielną większość w Sejmie, a co więcej - nie ma jej nawet z balansującym na krawędzi progu wyborczego PSL. Zawsze można powiedzieć, że koniec końców partia Waldemara Pawlaka przy wyborczej urnie zdobywa ich więcej niż w sondażach, ale zjawisko to mniej lub bardziej tyczy się również partii opozycyjnych - PiS i SLD. Nawet gdyby ludowcy ostatecznie mieli reprezentację na poziomie, powiedzmy, 20 osób, to więcej głosów na formacje Kaczyńskiego oraz Napieralskiego spowodowałyby zmniejszenie się parlamentarnej reprezentacji Platformy Obywatelskiej. Premier Tusk powinien martwić się wyborczym wynikiem coraz bardziej, trudno bowiem uwierzyć, że wpływ na notowania jego partii miałaby mieć rocznica katastrofy w Smoleńsku, bowiem wzrost poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości nie jest specjalnie imponujący.

Na tle takich, a nie innych wyników nie dziwi nowy element przekazu partii rządzącej - roztaczanie wizji ewentualnej "piekielnej koalicji" PiS i SLD. Patrząc na aktualne wskaźniki poparcia i prognozę ich rozłożenia w parlamencie taki scenariusz, czysto arytmetycznie, przestaje wyglądać na niemożliwy. Oczywiście, przy tak niewielkiej różnicy między dwoma blokami - rządowym i opozycyjnym - nie da się przewidzieć dokładnego podziału mandatów, zależącego choćby od wyników partii w poszczególnych okręgach czy też nawet od tego, ile osób tym razem zasiądzie w parlamencie z ramienia Mniejszości Niemieckiej. Nie jest to jednak powód, by nie analizować możliwości takiego, a nie innego scenariusza. Choć prezes Kaczyński formalną koalicję wyklucza, to już ponadpartyjny rząd fachowców, mający na celu odsunięcie od władzy PO - już niekoniecznie. Problem w tym, czy nawet i taki scenariusz nie spowodowałby rozłamów tak w PiS, jak i w SLD, a w wypadku tak kruchej większości każda posłanka i poseł mniej byłby istotnym osłabieniem.

Rzecz jasna Sojusz Lewicy Demokratycznej może pójść też w rządowy alians z Platformą. Z załączonych wyników widzimy, jak duży wpływ na rozkład mandatów ma nie tylko wynik samej partii, ale także proporcje głosów, oddane na inne ugrupowania. Lekki spadek SLD, przy dużym spadku największej partii, czyli PO, daje Sojuszowi dużo więcej miejsc w Sejmie i co za tym idzie większe znaczenie. Możliwym do wyobrażenia scenariuszem, którego nie warto też z góry skreślać, byłby mniejszościowy rząd PO-PSL z warunkowym wsparciem jednej z partii sejmowej, udzielającej mu wotum zaufania, zachowującej jednak prawo do własnej, programowej samodzielności. Byłby to dobry scenariusz, bowiem zmuszałby Platformę Obywatelską do sporych ustępstw i do prowadzenia bardziej prospołecznej polityki. Pytanie, na ile jest on możliwy przy polskiej kulturze politycznej oraz wyposzczeniu tej formacji, jeśli o sprawowanie władzy chodzi, pozostaje otwarte.

7 kwietnia 2011

Raport sondażowy - marzec 2011

Nic nowego? Znów - po momencie przybliżania się poparcia, poziom popularności PO i PiS zaczęły się od siebie oddalać. Wygląda na to, że kolejny miesiąc z rzędu rekordy notuje SLD, co - jak widać z projekcji rozkładu mandatów - przybliża je do możliwości współrządzenia. Chociaż PO minimalnie jeszcze bezwzględną większość notuje (pamiętajmy jednak, że różnice w poziomie poparcia w poszczególnych okręgach mogą nie być bez znaczenia, swoje np. zdobywają reprezentanci Mniejszości Niemieckiej), a z PSL jest już ona względnie stabilna, to jednak poziom ten jest daleki od umożliwienia partii Donalda Tuska spoczęcia na laurach. W obliczu coraz bardziej krytycznych mediów wszelkie wpadki rządu mogą skończyć się osłabnięciem w sondażach (ucieczka lewej flanki elektoratu Platformy do SLD jest od jakiegoś czasu realnym procesem), co może znacząco przemeblować koalicję rządzącą.

Nie ma już chyba większych wątpliwości, że inne formacje większych szans na zaistnienie zwyczajnie nie mają. PJN spadła poniżej progu finansowania formacji politycznych (3%), Ruch Poparcia jest od niego jeszcze bardziej odległy. Wszystko więc wskazuje na to, że w najbliższym Sejmie widzieć będziemy plus minus te same cztery partie, które weszły do niego w 2007 roku (SLD raczej nie będzie już miało na swoich listach członkiń i członków SDPL i PD), ewentualne zmiany mogą dotyczyć proporcji. Nadal otwarte pozostaje pytanie o wynik PiS - czy w ciągu pół roku raczej zbliży się do tego osiąganego przez Platformę, czy może to SLD będzie je doganiać i walczyć o drugie miejsce w tym politycznym wyścigu. Do tego peletonu dołączyć będzie skrajnie trudno, bardzo mało wskazuje na to, by na horyzoncie miała pojawić się partia, mająca realne szanse wejścia do głównego, politycznego nurtu. Takie czasy.

5 kwietnia 2011

Powrót agenta

Na pamflet Jarosława Kaczyńskiego na temat sytuacji w Polsce czekałem z niecierpliwością. Za sobą miałem już lekturę kilku tego typu publikacji, jak chociażby przygotowywanych przed wyborami osobistych manifestów Daniela Cohn-Bendita czy Nicka Clegga. Jako nieco fabularyzowane, pisane żywszym językiem prezentacje poglądów polityków bywają czytane chętniej niż oficjalne, detaliczne programy partyjne. Mając wspomniane powyżej przykłady w tyle głowy, oczekiwałem czegoś, co zapowiedzieć może ciekawy, wyrównany i oparty na walce na programy wyścig między PO a PiS. Po lekturze "Raportu o stanie Rzeczypospolitej" takich nadziei już nie mam, otwartą kwestią pozostaje to, czy tak agresywny, momentami wręcz nienawistny język, serwowany w odniesieniu do rządów Platformy Obywatelskiej, oznaczać będzie zepchnięcie Prawa i Sprawiedliwości do niszy 25-30% poparcia, czy może wręcz przeciwnie, wyniesie na wyższy poziom oznaczający realne zagrożenie dla liderskiej pozycji partii Donalda Tuska.

Odczuwam olbrzymi dyskomfort psychiczny, kiedy muszę stawać w obronie rządów PO. Nie dlatego, że je popieram - wręcz przeciwnie, uważam je za szkodliwe, o czym pisuję tu dość często. Ideologia modernizacji poprzez zwijanie państwa, jego funkcji i zobowiązań z tego, co mi wiadomo, nigdzie nie skończyła się długofalowym rozwojem ekonomicznym, o społecznym czy ekologicznym nie wspominając, te bowiem rodzaje rozwoju w ogóle nie leżą w kręgu zainteresowań neoliberałów. Po przeczytaniu 116 stron mam jednak spore wątpliwości, czy ewentualna alternatywa w postaci rządów Prawa i Sprawiedliwości miałaby być w jakiś sposób lepsza. Znów - wielokrotnie w swoich postach punktowałem płytki "antykaczyzm", ograniczający się do estetycznej pogardy w stosunku do głosującego nań elektoratu oraz dość umiarkowanie śmiesznych w większości wypadków akcji happenerskich na portalach społecznościowych. Problem w tym, że po zeszłorocznej, posmoleńskiej zmianie wizerunkowej nie zostało już praktycznie nic nie tylko w wypowiedziach medialnych, ze względu na rosnącą tabloidowość przekazu płytkich niezależnie od strony politycznego sporu, ale w dokumencie bądź co bądź politycznym i programowym, przyjętym przez partyjne ciało statutowe.

Pewien przedsmak tego, czego można spodziewać się po "Raporcie" możemy obserwować przy okazji werbalnego wykluczania kolejnej grupy społecznej - tym razem Ślązaków. Prezes Kaczyński i jego świta mogą mogą do woli opowiadać o tym, jak to szanują regionalizmy, ale wystarczy wczytać się w słowa, zapisane w dokumencie, oraz interpretować je w kontekście wymowy całości publikacji (o czym za chwilę), by wyraźnie zauważyć, że dla 170 tysięcy osób, poczuwających się do bycia przede wszystkim Ślązaczkami i Ślązakami miejsca w idealnym państwie Prawa i Sprawiedliwości nie ma. "Można dodać, że śląskość jest po prostu pewnym sposobem odcięcia się od polskości i przypuszczalnie przyjęciem po prostu zakamuflowanej opcji niemieckiej." - czytamy na stronach 34 i 35. Pomińmy na chwilę fatalny z punktu widzenia praw człowieka oraz praw obywatelskich wydźwięk tego tekstu i przejdźmy na poziom suchej pragmatyki - a w nim powyższemu zdaniu po prostu brakuje logiki.

Gdyby za rozbudzaniem się świadomości odrębności tożsamości stały li tylko względy polityczne, jak zdaje się sugerować Kaczyński, dużo wygodniej byłoby po prostu deklarować się mieszkankom i mieszkańcom Śląska jako Niemcy. Mając do dyspozycji już istniejącą obudowę prawną w postaci chociażby zwolnienia z konieczności przekraczania progu wyborczego, Mniejszość Niemiecka znów - jak na początku lat 90. XX wieku - zamiast jednego mogłaby mieć 7 posłów i dużo bardziej niż obecnie liczyć się na politycznej scenie, tak regionalnej, jak i ogólnopolskiej. Tak się jednak dziwnie składa, że coraz większe grono ludzi nie chce wybierać między polskością a niemieckością (zważywszy na historyczne traumy wieloletniego traktowania jako "obcy" przez obie strony trudno się temu dziwić) i woli walczyć kilkanaście lat o uznanie swojej odrębności, niż wpisywać się w proste schematy będące pochodną warszawocentryczności opiniotwórczych elit kraju. Nie mówiąc już o tym, że w kraju, którego naród (kategoria używana w "Raporcie" do znudzenia) przez tyle lat swej historii cierpiał z powodu narzucania mu przez zaborców tych czy innych tożsamości wypowiedzi, takie jak przed chwilą zacytowana, są zwyczajnie niesmaczne.

Nie do końca wiem, jak przejść do dalszej analizy tego dokumentu. Wydaje się wracać w swej wymowie do pierwotnego przekazu założycielskiego partii. Wyziera z niego już nie tylko pesymizm, ale wręcz katastrofizm w ocenie sytuacji w Polsce. Być może nie byłoby to niczym złym, gdyby ostrze krytyki skierowane było głównie na pozycje gospodarcze i socjalne, tak jednak nie jest. Jak za dawnych lat króluje tu korupcja, oligarchia, niejasne interesy, służalczość wobec obcych mocarstw i globalnych koncernów. W pewnym momencie można się już zgubić w natłoku nazw różnego rodzaju służb specjalnych, oskarżanych o matactwa, patrzenie przez palce na nieprawidłowości i tym podobne przyjemności. Wbrew temu, co twierdzili niektórzy prawicowi publicyści Smoleńska nie jest tu wcale mało - choć nie stanowi on kręgosłupa "Raportu", to jednak w porównaniu do jego sekcji ekonomicznej czy społecznej wydaje się nie być znowuż taki nieistotny.

To, co w tym dokumencie razi, to jego widoczna na pierwszy rzut oka anachroniczność, przyjmująca momentami tak kuriozalne wymiary, jak nazwanie jednego z rozdziałów ekonomicznych "Społeczno-narodowa gospodarka rynkowa". Naród jest tu wszędzie i to on konstytuuje obywateli. Rozpacz w Prawie i Sprawiedliwości powoduje niewielka liczebność armii, ich zdaniem przyczyniająca się do osłabienia obronności kraju - tak jakby wojny z udziałem olbrzymiej ilości powołanych pod broń, niewiele różniące się od zakończonej przed ponad 65 laty II Wojny Światowej były w świecie broni nuklearnej, "walk z terrorem" i cybernetycznych sabotaży codziennością. Jedynym obok wzmianek o infrastrukturze powodziowej akapitem, poświęconym polityce ekologicznej kraju (na 116 stron dokumentu!) jest fragment krytykujący PO za przyjęcie unijnego pakietu klimatycznego, mającego osłabić naszą gospodarkę. Rzecz jasna miejsca pracy w energooszczędnym budownictwie, zrównoważonym transporcie czy zielonej energetyce, mniejsze zużycie energii, większe zyski z podatków i mniejsze koszty transferów socjalnych w wyniku rozwoju wyżej wymienionych sektorów w żadnym wypadku, zdaniem ekipy Jarosława Kaczyńskiego, na jakość życia i życie gospodarcze kraju wpłynąć nie mogą - nie to co elektrownia atomowa, którą PiS bardzo w rzeczonym dokumencie pragnie, chyba głównie jako symbol rozumianej na swój sposób modernizacji...

Ekologii tu mało, słowo "kobieta" pojawia się w publikacji raz (w kontekście walki z obrażaniem "w węższej interpretacji kobiet w dojrzałym wieku mocno związanych z Kościołem, a w szerszej – całej tradycjonalistycznie nastawionej części społeczeństwa" - s. 37), więc o jakiejkolwiek polityce genderowej można zapomnieć. Kwestie ekonomiczne pojawiają się tu niejako w dwóch rzutach - w pierwszym, bliżej początku, toną między rozdziałami mówiącymi o "polityce transakcyjnej" czy też "Patologii państwowej", w drugiej szybko nikną w obliczu kolejnej narracji, rozbudzającej wielkomocarstwowe resentymenty w polityce zagranicznej. Dużo tu udowadniania, jakoby obniżki podatków nie zaszkodziły państwu i jego możliwościom kreowania aktywnej polityki ekonomicznej, niejasne są narzekania na brak zastosowania pakietu stymulacyjnego na początku obecnego kryzysu przez Tuska i Rostowskiego (że niby go nie wdrożyli, potem wychodzi, że wdrożyli i to niemały, tyle że ukryty przed rynkami - cóż, bardzo to wszystko niejasne), dość słuszne punktowanie rządu PO-PSL za cięcia w wydatkach na politykę rynku pracy i zawieszenie aktywnej polityki mieszkaniowej... Gdyby jednak te choć czasem mające sens obserwacje wydzielić z dokumentu i wydać jako osobną, bardziej merytoryczną a mniej spiskową broszurę, liczyłaby ona z 20, góra 30 stron, co nie świadczy dobrze o poziomie zrozumienia dla realnych problemów społecznych. Nie wiedzieć czemu sztuka ta polityczkom i politykom na Zachodzie się udaje...

1 kwietnia 2011

Uważam Rze to boli

"Rok 2011 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia" - tego typu parafraza pierwszego zdania sienkiewiczowskiego "Ogniem i Mieczem" dobrze zdaje się oddawać aktualną sytuację na scenie politycznej. Platforma Obywatelska nie gnije może tak spektakularnie jak SLD w 2005 roku, ale poczucie rozczarowania Donaldem Tuskiem wśród liberalnych elit, symbolizowane przez manifestacyjne wypowiedzi Marcina Mellera oraz Leszka Balcerowicza poważnie podcięły szanse PO na bezproblemową reelekcję. Odczuwalny wzrost kosztów życia dużo bardziej zaprzątają głowę osobom o niskich i średnich zarobkach niż kolejne telewizyjne debaty i utarczki. Choć sondaże (a przynajmniej spora ich część) nie pokazują jakiegoś szczególnego zbliżania się słupków Prawa i Sprawiedliwości do tych należących do Platformy, to jednak pewne "znaki na niebie i ziemi" zdają się wskazywać, że jesienny wyścig daleki będzie od monotonnego. Wspominałem już o pieśniach gniewnego ludu, przywołanych przez kolektyw R.U.T.A., tymczasem w ostatnich dniach zaprezentowano najnowsze wyniki badań czytelnictwa tygodników opinii - a w nich - szok i konsternacja.

Dlaczego akurat ten medialny segment i przemiany w jego obrębie miałyby być szczególnie interesujące i wymowne? Przede wszystkim - nie zachodzi tu zjawisko znane z poszczególnych dzienników, kiedy ich nakłady i sprzedaż rosną w dni, w które dołączają programy telewizyjne i ogłoszenia o pracę. Dodatkowo wszelkie wzrosty czytelnictwa poszczególnych tytułów - tak starych, jak i nowych - w obliczu trwającego się już od kilku lat spadku znaczenia tej formy medium prasowego muszą odzwierciedlać jakieś społeczne prawidłowości. Dość przypomnieć, że kilka lat temu trójka najważniejszych wówczas tytułów - "Polityka", "Wprost" i "Newsweek Polska" - biły się o palmę pierwszeństwa, mając po około 180-200 tysięcy sprzedaży. Dziś tylko "Polityka" potrafi poruszać się w okolicach 150 tysięcy, podczas gdy "Newsweek" i "Wprost" biją się w okolicach 100-120 tysięcy. Ten ostatni tytuł jako jedyny spośród niegdysiejszych liderów tego segmentu zaczął notować bardziej wyraziste wzrosty czytelnictwa dzięki zmianie linii pisma pod przewodnictwem Tomasza Lisa. Z grubsza proweniencje tej trójki pism da się uznać za liberalną, w różnym stopniu afirmatywnie podchodzącą do wolnego rynku i - mniej lub bardziej - także do swobód obyczajowych. Tymczasem dużo zaczęło się ostatnimi czasy zmieniać...

Na początku obserwatorki i obserwatorów zdumiewać zaczynał powolny, ale zauważalny wzrost sprzedaży "Gościa Niedzielnego". Ten z początku niszowy tygodnik dziś wyprzedza w rankingach "Politykę". Nie da się tego tłumaczyć jedynie jego różnorodnymi, w tym także kościelnymi, kanałami sprzedaży - być może coraz silniej osoby konserwatywne, pozbawione poczucia obiektywizmu mediów głównego nurtu i często także wykluczone z dostępu do Internetu mogą chcieć poczytać opinie i komentarze dotyczące otaczającej ich rzeczywistości bliskie ich światopoglądowi.

Zjawisko to może tłumaczyć także spektakularny - bo aż o 250% - roczny wzrost sprzedaży "Gazety Polskiej", pisma dość intensywnie organizującego społeczne emocje po katastrofie smoleńskiej. Wrażenie robi podanie liczb bezwzględnych - w styczniu 2010 roku było to nieco ponad 25 tysięcy egzemplarzy "GP", a w styczniu 2011 - już ponad 87,5 tysiąca. Dla porównania - znajduje się on teraz pod względem popularności między "Newsweekiem" (ok. 107,5 tys.) a "Przekrojem" (niecałe 38 tys.). Upadek tego ostatniego pisma wydaje się szczególnie spektakularny - to lewicowo-liberalne pismo społeczno-kulturowe jeszcze kilka lat temu miało około 80-100 tysięcy sprzedaży, jego przeformatowanie i odejście od bieżącej polityki, zamiast przynieść zapowiadany przez nowego właściciela wzrost do okolic stu tysięcy sprzedawanych egzemplarzy, dał praktyczną marginalizację w sektorze, którą dziś próbuje się łatać zmniejszaniem objętości pisma i wprowadzaniem odpłatności za jego treści internetowe. Nie wróżę tej taktyce wielkiego powodzenia, mało kto bowiem w czasach napiętych budżetów domowych będzie chciał wydawać pieniądze na pismo, które w porównaniu do innych niemal krzyczy już, że jest robione na odczepnego, "bo wypada".

Wydawać by się mogło, że na tak nasyconym rynku, zarówno na liberalnej, jak i na konserwatywnej flance, żaden nowy tytuł nie będzie miał racji bytu. Ostatnia próba tego typu - wprowadzony w 2005 roku i mający reprezentować "pokolenie JPII" tygodnik "Ozon", wydawany przez Janusza Palikota, nie odnalazł się ani w wersji delikatnej, ani w formie "pisma uświęconego", redagowanego przez mocno prawicową ekipę "Frondy" - i to w czasie, kiedy warunki tak rynkowe (chwilowe ożywienie sektora tygodników opinii po śmierci Jana Pawła II), jak i polityczne (zmiana politycznego klimatu, tryumf PiS) dawały wszelkie nadzieje na powodzenie. Casus "Ozonu" na wiele lat zahamował pomysły na nowe tytuły. Gdy zatem "Rzeczpospolita" ogłosiła, że chce mieć swój własny tygodnik tego typu, nie za bardzo wierzono w jego sukces. Owszem, pojawiła się luka w postaci części czytelniczek i czytelników "Wprost", rozczarowanych kursem obranym przez Lisa, zdawało się jednak, że są już oni zagospodarowani przez tak "Gościa Niedzielnego", jak i "Gazetę Polską". Dość nieśmiałe szacunki, mówiące o docelowej sprzedaży na poziomie 50 tysięcy egzemplarzy, zdawały się realną oceną aktualnego stanu rynku i zdradzały raczej przemyślaną strategię ekipy Pawła Lisickiego. Ekipy, która dziś może świętować niewątpliwy sukces.

Starczy spojrzeć na liczby - sprzedaż pierwszych trzech egzemplarzy, jeszcze z promocyjną ceną 1,90 zł i mniej atrakcyjnym papierem, to ponad 123 tysiące egzemplarzy, co już - gdyby lutowe wyniki innych tytułów nie uległyby znaczącej zmianie - dałoby trzeci najlepszy wynik sprzedaży w tym segmencie. Dalsze prognozy mówią o zbliżeniu się numeru szóstego, już w formacie magazynowym i kosztującym 2,90 zł, nawet do pułapu 150 tysięcy, co sprawia, że ściga się o palmę pierwszeństwa z "Gościem Niedzielnym". Nieprzychylni projektowi mówią, że sprzedaż spadnie, kiedy pismo osiągnie wreszcie cenę taką jak inne tytuły na tym rynku, a więc w okolicach 5 złotych - jestem jednak dość sceptyczny co do tego typu spadku. Czytelnik konserwatywno-liberalny będzie prawdopodobnie miał mniejszy problem z zakupem tego typu tytułu po wyższej cenie, mało prawdopodobne, by miał on jakąś znaczącą grupę osób, które się z nim nie zgadzają, ale czytają dla sprawdzenia, co myślą polityczni oponenci. Pamiętajmy też, że ze względu na synergię z "Rzeczpospolitą" (chociażby poprzez fakt, że do obu tytułów piszą te same nazwiska) koszty produkcji tego typu tygodnika mogą być znacznie niższe, niż gdy takiego zaplecza się nie posiada. Dodajmy do tego zdolności mobilizacyjne prawicowej publicystyki - i oto na naszych oczach, jak wszystko na to wskazuje, pojawia się właśnie medialny sukces.

Czemu ten sukces "Uważam Rze" mnie niepokoi? O ile "Rzeczpospolitą" da się jeszcze czytać dla względnie rzetelnych informacji, o tyle konserwatywno-liberalny tygodnik tej samej ekipie wyszedł dość mocno nie po drodze z moimi przekonaniami. Niemal w każdym numerze możemy przeczytać tyrady na ekoterrorystów, lewaków i socjalistów, podane w sosie obyczajowego zaduchu. Choć potrafią pojawić się ciekawe teksty (jak o Marine Le Pen, nowej liderce francuskiego Frontu Narodowego), to jednak ogólne wrażenie dla osoby o szeroko pojętych progresywnych poglądach jest mało ciekawe. Wysokie wskaźniki sprzedaży świadczą o tym, że istnieje spory popyt na czytanie tego typu przekazu. Jeszcze w styczniu, sumując sprzedaż tygodników konserwatywnych, miały one łącznie niemal 238 tysięcy sprzedaży ("Gość Niedzielny", "Gazeta Polska", "Przewodnik katolicki"), podczas gdy sprzedaż tytułów liberalnych (oprócz dawnej "wielkiej trójki" także "Przekrój" i "Tygodnik Powszechny", bez lewicowego "Przeglądu") - prawie 424,5 tysiąca. Jeśli w lutym sprzedaż innych tytułów nie będzie różniła się znacząco wielkością w porównaniu do stycznia, to dodając do "obozu konserwatywnego" "Uważam Rze", będzie mieć on już 361 tysięcy sprzedaży. Takich proporcji ideowych wśród tygodników opinii dawno już nie było i warto obserwować, jak w kolejnych miesiącach będą się one układać.

28 marca 2011

Czy przewrót wisi w powietrzu?

Bywają takie płyty, które mogą zapowiadać społeczną zmianę. W 2005 roku Lao Che robił furorę albumem "Powstanie Warszawskie", który doskonale wpisywał się zarówno w proces zastępowania dyskusji na temat zasadności tego wydarzenia historycznego jego niepodlegającym dyskusji hołdem, jak również w ówczesny sondażowy zwrot w prawo, z marzeniami o wspólnym tworzeniu IV Rzeczypospolitej przez PO i PiS włącznie. Teraz, na początku roku 2011, furorę robi folkowo-punkowa płyta projektu R.U.T.A., wskrzeszającego, zgodnie z podtytułem albumu, "Pieśni buntu i niedoli XVI-XX wieku".

Pod względem muzycznym, jak można się domyślić, jest to raczej dość luźna interpretacja (w wywiadzie z twórcami powiedzieli oni, że ich tradycyjna linia melodyczna jest niezrozumiała dla ucha osoby współcześnie słuchającej), natomiast tekstowo, muszę powiedzieć, robi to niezgorsze wrażenie. Za estetyką punkową nie przepadam, jeśli ktoś nie lubi tego typu muzyki może mieć poczucie pewnej monotonii podczas słuchania rzeczonej płyty. Zdarzają się kompozycje wyłamujące się z tej jednorodnej konwencji, niewątpliwą perełką są też dwa ukryte utwory - powojenne nagrania ludowych pieśni dalekich od "sielskiego i anielskiego" obrazu wsi. Co ciekawe, premiera płyty - nie powiem że celowo, bo byłoby to absurdalne, niemniej jednak korelacja ta zdaje się znacząca - zbiega się z jednej strony z ogólnym wzrostem notowań lewicy w sondażach, z drugiej zaś strony z zaskakującym dla wielu badaczek i badaczy polskiej sceny politycznej przyrostem poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości wśród osób młodych. Jak zatem, jeśli w ogóle można, łączyć wspomniane przeze mnie przed chwilą wydarzenia?

Nie trzeba mocno wsłuchiwać się w teksty by dostrzec, że całkiem zauważalną popularność (mierzoną chociażby ilością medialnych publikacji na jej temat) zdobywa płyta, która jest jawnie polityczna. Wygrzebując z niebytu opowieści o złych panach i podrywających wiejskie dziewczyny księżach, projekt R.U.T.A. pragnie połączyć dawne bunty ze współczesnym ruchem progresywnym i alterglobalistycznym. Klip do utworu "Z batogami" nie pozostawia co do tego wątpliwości - czy strzela żołnierz "polski" czy "zaborczy", czy też współczesny policjant, opresja pozostaje ta sama. To spore - także intelektualne - wyzwanie dla wszystkich, chcących udowadniać, że różnice klasowe czy antyklerykalizm nie odzwierciedlały i nie odzwierciedlają aktualnych problemów społeczeństwa nad Wisłą, a są jedynie przyniesioną z Zachodu intelektualną rozrywką wyalienowanych "z ludu" kosmopolitów.

Kto choć przez chwilę przestanie traktować kulturę szlachecką I Rzeczypospolitej jako jedyną kulturę rodzimą, ten szybko zda sobie sprawę, że wielu spośród opiewanych na kartach podręczników wodzów i ich żołnierzy, zdobywających Kreml czy też bawiących się w bycie "przedmurzem Europy" było równocześnie elementem systemu rosnącego wraz z upływem czasu wyzysku. Wystarczy zerknąć do książki z historii ekonomii, by zobaczyć rezultaty obecności systemu folwarczno-pańszczyźnianego: akumulowany przez szlachtę kapitał inwestowany był głównie w sprowadzane z zagranicy dobra luksusowe (pierwszy zauważalny - i dyskusyjny jeśli o skuteczność chodzi - rozwój manufaktur usiłował przeprowadzić Stanisław August Poniatowski), skarb państwa w wyniku szlacheckich przywilejów najczęściej świecił pustkami, a niewielkie możliwości zarobkowe polskiego chłopa oznaczały duszenie popytu wewnętrznego, co uniemożliwiało szerszy rozwój miast i produkcji dóbr innych niż eksportowane płody rolne, ewentualnie nisko przetworzone surowce nieodnawialne. Wystarczy połączyć te fakty ze sobą, by np. rabację galicyjską przestać uważać za wydarzenie potwierdzające brak "uczuć patriotycznych" w ludności, ale za chęć ulżenia ekonomicznej desperacji, która jeszcze na przełomie XIX i XX wieku (m.in. z powodu peryferyjnego położenia w obrębie Austro-Węgier i dużego rozdrobnienia gospodarstw rolnych) trapiła w postaci "nędzy galicyjskiej" lokalną ludność.

"Gore" nie mogła wyjść w bardziej wymownym czasie. Pryska mit "zielonej wyspy" i mającej być jej podstawą, powoli tworzącej się rodzimej klasy średniej. Zamiast tego mamy wysokie bezrobocie wśród absolwentek i absolwentów szkół wyższych oraz niechlubny rekord w ilości ludzi pracujących na pozakodeksowych umowach o pracę. Poczucie dysonansu między cukierkową rzeczywistością programów informacyjnych oraz wielkomiejskich, aspiracyjnych seriali zdaje się nawarstwiać - poczucie zablokowanych możliwości awansu społecznego i wytwarzania się nowej grupy przegranych w społecznym wyścigu - prekariatu, również zdaje się rosnąć.

Być może część tej grupy - wierząc w deklaracje z partyjnych sztandarów - przerzuca swe sympatie z PO do SLD, ale część zdaje się zawierzać PiS-owi. To we wspomnianych powyżej faktach - a nie zdradzie liberalnego programu ekonomicznego, jak sugeruje to "Newsweek" - upatrywałbym tego przyrostu poparcia. Rzecz jasna nie dziwią mnie deklaracje, że Jarosław Kaczyński swego czasu obniżył podatki, więc jest bardziej wiarygodny w tej kwestii niż Donald Tusk - na poziomie faktów to prawda. Inną rzeczą są jednak emocje, a tu PiS, jak żadna inna partia, odwołuje się do społecznego solidaryzmu, który dla osób, którym właśnie ogranicza się wprowadzeniem stosownej odpłatności dostęp do studiowania drugiego kierunku może mieć znaczenie większe, niż się nam wydaje.

W odpowiedzi na posmoleński "głód państwa" lewica głównego nurtu nie potrafiła zaproponować przekonującej odpowiedzi, zajmując się głównie własnym PR-em, marzeniami o udziale w przyszłym rządzie oraz - jak niedawno w analizie dla "Polityki" wskazał Robert Krasowski, powrotem do noszenia butów po "trzeciej drodze" w wersji Leszka Millera. Dla zbuntowanych młodych "oldskulowy" Jarosław Kaczyński, który ostatnimi czasy pisze im nawet specjalne listy, staje się jednocześnie rebeliantem przeciwko systemowi, który dławi ich tak samo jak jego (a przynajmniej tak może im się wydawać), a także autentycznym państwowcem. Trudno ciągnąć jako kontrnarrację wizji dobrej Unii Europejskiej, kiedy od dawna pogrążona jest w wewnętrznym kryzysie - tym bardziej, że mało która siła polityczna głównego nurtu w Polsce (szczęśliwie z wyjątkiem Zielonych - tak polskich, jak i europejskich) ma coś rzeczowego do powiedzenia w kwestii stworzenia warunków do stworzenia silnej nie tylko ekonomicznie, ale też społecznie, ekologicznie i politycznie Europy.

Jeszcze niedawno wszyscy skazywali Jarosława Kaczyńskiego na polityczną wegetację, a tymczasem może okazać się - jeśli w ciągu najbliższego pół roku SLD nie weźmie się do roboty, zamiast opowiadać niestworzone historie o "państwie jako supermarkecie" - słuchacze i słuchaczki R.U.T.Y. obalą panów i plebanów, wybierając Prawo i Sprawiedliwość. Zdanie to, w obliczu przedstawionych przeze mnie faktów, brzmi kuriozalnie, ale w kuriozalnej, polskiej polityce takie scenariusze mają dość wątły z mojego punktu widzenia urok możliwości spełnienia...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...