Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irena Kołodziej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irena Kołodziej. Pokaż wszystkie posty

2 maja 2019

Sprzątanie w Wielką Sobotę

Żródło: Fb.
Dziękujemy wszystkim, którym udało się wygospodarować poranek Wielkiej Soboty na sprzątanie Gocławia - i to pomimo nadchodzących świąt i obowiązków - jesteście mega!
Ci, którym nie udało się dotrzeć - nie martwcie się, będą "następne razy" bo było naprawdę fajnie i pożytecznie.
Specjalne podziękowania dla Aleksander Taszkin za skoordynowanie nas z panią burmistrz i zorganizowanie worków i odbioru śmieci!

11 października 2017

Czarny Protest

     3 października około 4,5 tys. protestujących, głównie kobiet, przemaszerowało ulicami Warszawy. Podobnie jak rok temu, upominaliśmy się o prawa kobiet. Podobnie jak rok temu padał deszcz. Rok temu udało nam się zablokować wprowadzenie zakazu aborcji. Po tym wydarzeniu władza zmieniła taktykę, wprowadza w życie swoje pomysły drobnymi krokami. W ciągu ostatniego roku ograniczono dostęp do antykoncepcji awaryjnej, obniżono standardy opieki okołoporodowej, ograniczając podstawowe prawa rodzących kobiet, organizacje zajmujące się pomocą kobietom, mn. ofiarom przemocy domowej zostały pozbawione dotacji. Dzień po tegorocznym czarnym proteście policja wtargnęła do siedzib kilku stowarzyszeń zaangażowanych w obronę praw kobiet i zabrała komputery i dokumenty, paraliżując pracę tych organizacji. Niebawem do sejmu wpłynie kolejny projekt ustawy ograniczającej dostęp do aborcji. Nie zgadzamy się na dyskryminowanie kobiet i ograniczanie ich praw. Zbieraliśmy podpisy pod projektem ustawy o świadomym rodzicielstwie i planowaniu rodziny, Ratujmy Kobiety 2017. Jeżeli będzie odrzucony podobnie jak rok temu, złożymy go ponownie. Będziemy nadal upominać się o prawa kobiet, Az nasze postulaty zostaną zrealizowane. Zieloni zawsze po stronie Twoich praw. Prawa kobiet, to prawa człowieka.



Jak zawsze tam gdzie trzeba!


26 czerwca 2014

Irena Kołodziej: Snowden na Muranowie

Irena Kołodziej
Na Muranowie przy ulicy Nowolipie powstaje nowy budynek mieszkalny. To dobrze – jego forma została trafnie dopasowana do charakterystycznej muranowskiej zabudowy i poprawia estetykę zaniedbanego dotąd placyku. Szkoda, że w budynku nie przewidziano, podobnie jak nigdzie w Warszawie, puli mieszkań dostępnych, które byłyby w gestii miasta; to powszechna praktyka w takich krajach jak Niemcy czy Anglia. Tu lokale, jak wszędzie w Polsce, będą wyłącznie rynkowe, za sporą zapewne stawkę: miejsce to atrakcyjny, cichy zaułek na zapleczu pełnej sklepów ulicy Jana Pawła II, z drugiej strony zaś – stacji metra Ratusz-Arsenał.

Nie w tym jednak rzecz.

Na parterze deweloper przewidział powierzchnię handlową. Zapewne także drogą, więc nie wynajmie jej byle komu. Będzie tu Biedronka. Do sklepu trzeba będzie dowieźć towar. No i wypłynęła kwestia dojazdu i parkowania samochodów dostawczych.

Wypłynęła, a raczej wyciekła. Bo nikt nas, mieszkańców, nie pytał o to, jaki sklep ewentualnie byłby w okolicy potrzebny i jak rozwiązać nieuchronną kwestię zaopatrzenia. Konieczność codziennych dostaw do dużego, sieciowego sklepu oznacza przecież, że od godz. 5 rano po cichym dotąd osiedlu będą jeździły wozy z towarem. Będziemy musieli pożegnać się z ciszą, popsuje się jakość powietrza.

Teraz, gdy sprawa wyciekła, okoliczne wspólnoty mieszkaniowe stały się dla siebie konkurencją. Każdy walczy o to, żeby to bezcenne dobro – ciszę – zachować dla siebie. Nowolipie woli dojazd od strony Nowolipek, Nowolipki wręcz przeciwnie. Każda ze stron ma argumenty. A ktoś musi przegrać – i przegra.

Czy akurat Biedronka jest nam tu potrzebna? W bliskiej okolicy przewidziano już jedną: w lokalu po kinie Femina (znany skandal z rugowaniem kultury), w nieco dalszej, przy al. Solidarności, od dłuższego czasu działa druga. Po co nam trzecia? Żeby do reszty zbankrutowali okoliczni drobniejsi sklepikarze? Przecież nie wytrzymają konkurencji z siecią! Zwłaszcza wobec niesprawiedliwej polityki czynszowej miasta, kierującego się wyłącznie zasadą bezpośredniego zysku: wszyscy płacą tę samą stawkę, i sieć, i szewc czy antykwariusz. Dotychczasowi właściciele pójdą na kasę w Biedronce, za 1000 zł miesięcznie... albo na bezrobocie.

Mamy złe prawo. Nie tylko właściciel czy deweloper powinien decydować o sposobie wykorzystania własnej powierzchni handlowej. Miasto i dzielnica powinny dysponować rodzajem planu czy mapy potrzebnych placówek, a mieszkańcy – mieć liczące się prawo głosu w tej sprawie, choćby w drodze propozycji czy korekt.

Kiedy rozmawiałam o tym z radnym Śródmieścia, Jerzym Budzynem, oburzył się: jak to, chciałaby pani dyktować właścicielowi budynku, co mu wolno, a co nie? A pani chciałaby, żeby ktoś pani zabraniał urządzić mieszkanie tak, jak pani ma ochotę?

Odpowiadam: prawo własności nie jest prawem natury. Przepisy ruchu drogowego obowiązują zarówno na drodze publicznej, jak i prywatnej, bo za dobro wyższe niż własność uznajemy ludzkie życie. Analogicznie – powinniśmy mieć przepisy „ruchu”, jeśli chodzi o miejską sieć handlową. Bo za dobro ważniejsze niż własność uważam jakość życia nas wszystkich.

Irena Kołodziej

14 lutego 2014

Irena Kołodziej: Skandal i zgroza

Takie są moje uczucia po debacie o ustawie reprywatyzacyjnej, a raczej jej braku. Czegośmy się na niej dowiedzieli z ust posła, przedstawiciela partii rządzącej, byłego prezydenta miasta? Że ustawy wciąż nie ma, bo materia jest trudna i skomplikowana, skarbu państwa nie stać na rekompensaty pieniężne dla byłych właścicieli, górnej stawki czynszu dla lokatorów uchwalić nie sposób, bo Sąd Najwyższy uznał, że to niemożliwe, a handlu roszczeniami też się nie da powstrzymać, bo prawo własności jest zbywalne. I już.

Fot. Meo Hav, Wikimedia commons
CC-BY-SA


W tym wszystkim dominuje punkt widzenia właściciela. A raczej: spekulanta, bo roszczenia skupują od spadkobierców ludzie bogaci. To ich interesy reprezentuje partia rządząca, obywatelska z nazwy. Los ludzi mieszkających w reprywatyzowanych kamienicach w ogóle się w tej optyce nie mieści. Ludzi, którzy z dnia na dzień tracą dach nad głową, bo właściciel podnosi czynsz do niewyobrażalnej dla zwykłego człowieka wysokości. Teraz jedyne, na co mogą liczyć, to przyznawane przez miasto mieszkanie socjalne, na które przyjdzie im czekać nierzadko latami. W stresie. W niepewności. Komunalne zasoby mieszkaniowe miasta są przecież skromne i coraz skromniejsze.

- Czego się spodziewasz? – mówi po debacie mój przyjaciel Marek, mieszkaniec sprywatyzowanej właśnie praskiej kamienicy, który stanął oko w oko z opisaną perspektywą. – To biali ludzie. Co ich obchodzą „czarnuchy”? Ich zmartwienie to rysa na karoserii nowego porsche albo kolor kafelków na budowanej pod Warszawą daczy. Wzięli na przeczekanie… Z czasem problem sam się rozwiąże – eksmitowani za niepłacenie podwyższonego czynszu lokatorzy wymrą albo zostaną poupychani po schroniskach dla bezdomnych. Jedyne, z czego jestem zadowolony, to że nigdy na nikogo z nich nie głosowałem. Nawet jako na „mniejsze zło”.

Marek skończył niedawno remont i adaptację mieszkania. Trwało to rok, bo jako jeden z armii niemajętnych zrobił to głównie własnymi rękami, kosztem ogromnego wysiłku i stresu, w weekendy i po pracy. Teraz najprawdopodobniej będzie je musiał wraz z żoną i  dzieckiem opuścić, bo czy będzie go stać na płacenie 1500 czy 1700 zł czynszu? Tyle wynosi cały jego miesięczny zarobek, i to pod warunkiem, że praca akurat jest.

Nie wyobrażam sobie, by w którymkolwiek z krajów Zachodu tolerowano przez lata takie puszczenie sprawy na żywioł – kosztem najuboższych i najbardziej bezradnych. Nawet kapitalizm i wolny rynek nie muszą oznaczać kompletnej społecznej znieczulicy.

– Tam mieli rok sześćdziesiąty ósmy, myślą inaczej – mówi Marek. – I my też będziemy mieli swój sześćdziesiąty ósmy. Pożar się tli… Na razie od lania wody na zgliszcza jest Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów – jedyny ratunek polskiego czarnucha. Naprawiają to, co napsuli politycy. Ale co oni mogą? Tylko patrzeć, jak pożar wybuchnie.

Mam pytanie: czy w ogóle należało wprowadzać reprywatyzację? W II Rzeczypospolitej, po odzyskaniu niepodległości, przyjęto inną zasadę: ucięto wszelkie roszczenia do nieruchomości, odebranych właścicielom przez rząd carski. Przez zaborcę! Nie próbowano zawracać kijem biegu historii. Uznano, że upłynęło kilkadziesiąt lat, dawni właściciele nie żyją, w ich dobrach zasnuto nowe życie, wychowały się w nich pokolenia. ludzi. Próba naprawienia dawnych krzywd oznaczałaby krzywdy kolejne – dla obecnych mieszkańców. A przecież to II Rzeczpospolita jest wzorcem, do którego nieustannie odwołują się kolejne konserwatywne rządy.

A jeśli już zdecydowano się na reprywatyzację, dlaczego prawo własności uznano za wartość jedyną? Dlaczego zignorowano takie wartości, jak dobro publiczne i prawo ludzi do dachu nad głową? Roszczenia spadkobierców można było zaspokoić drogą ekwiwalentu pieniężnego, pomniejszonego o wkład ze strony państwa i obywateli w odbudowę, remonty i adaptacje obiektów.

Wczoraj słyszeliśmy z ust posła PO: brak ustawy to nie zła wola, to po prostu jest bardzo trudne.  Innymi słowy: nie zła wola, tylko nieudolność. Dla zagrożonych lokatorów to bez różnicy. Mam pytanie: jeśli nie chcecie bądź nie potraficie tej palącej dla OBYWATELI sprawy załatwić, to co wy tam jeszcze, panowie (i nieliczne panie), robicie?

Irena Kołodziej

Autorka była w latach 2007-2010 przewodniczącą koła warszawskiego Partii Zieloni (parytetowo wspólnie z Bartłomiejem Kozkiem). O debacie reprywatyzacyjnej w Zielonym Centrum M1 pisał również Piotr Kozak na portalu Polityka Warszawska.

22 stycznia 2014

Irena Kołodziej: Razem w obronie rolnictwa

Ciekawa jestem, ilu ludzi w Polsce zdaje sobie sprawę, co naprawdę oznacza rolnictwo przemysłowe: trucizny w żywności, postępujące wyjaławianie gleb i skażenie wód, galopujące wymieranie gatunków, zanik różnorodności upraw, utratę warsztatu pracy przez drobnych i średnich rolników, cierpienie zwierząt, skazanych na życie w ciasnej klatce od urodzenia do śmierci? A ilu spośród tych, którzy o tym wiedzą, gotowych jest czynnie się sprzeciwić polityce rolnej, która promuje takie właśnie wielkoprzemysłowe rolnictwo i hodowlę?

Niemcy wiedzą i chce im się przeciwstawiać. Demonstracja pod hasłem „Mamy dość rolnictwa przemysłowego!” zgromadziła w sobotę 18 stycznia w Berlinie ponad 30 tys. ludzi, reprezentujących organizacje rolnicze, ekologiczne i konsumenckie z całych Niemiec, a także z paru innych krajów europejskich. Polscy Zieloni stawili się liczną grupą – było nas kilkanaście osób, z Warszawy, Gdańska i Szczecina.

Demonstracja zaczęła się na placu Poczdamskim, tuż obok historycznych resztek muru berlińskiego. Tłumny przemarsz przez miasto trwał dobre cztery godziny. Pogoda sprzyjała – świeciło słońce, temperatura przedwiosenna. Było pięknie, kolorowo, na luzie, ale czuło się też ostrą determinację ludzi. „Gospodarstwa chłopskie zamiast fabryk rolnych!”, „Stop truciznom i GMO w żywności!”, „Ratujmy różnorodność nasion!”, „Żadna świnia nie chce paszy z GMO”, „Dość głodu – stop monokulturom!”, „Siać różnorodność – zbierać przyszłość” „Pola bez GMO!” – głosiły transparenty. A jedno hasło było rozczulająco proste: „Lepsze wino Santo niż Monsanto!”.

Sporo było też haseł wymierzonych w TTIP – umowę o wolnym handlu pomiędzy UE a USA, przygotowywaną właśnie przez Komisję Europejską. Umowa ta może otworzyć drzwi dla genetycznie zmodyfikowanej żywności. „TTIP – wilk w baraniej skórze!” „TTIP – ludzie tracą, koncerny zyskują!” „Oszukańcze zyski za pośrednictwem TTIP – Davos dziękuje Waszyngtonowi i Brukseli”. Albo po prostu: „TTIP to gówno”.

W pochodzie szły „świnie”, „kury”, „krowy”, które upominały się o swoje prawo do godnego życia, odbierane im przemysł rolny. Szła kolorowa młodzież, ludzie starsi, rodzice z małymi dziećmi, rowerzyści. Były happeningi i bębny. W zespole bębniarzy zauważyłam – oprócz młodzieży – równie jak oni wyluzowaną i barwną starszą, siwowłosą panią, z zapałem wybijającą rytm na kołatce. Jak ja lubię tę swobodę ekspresji, bez ograniczeń wiekowych, tak rzadką w Polsce! Nasi przyjaciele z projektu Zdaniem Seniora byliby zachwyceni.

W demonstracji wzięła też udział grupa rolników z Żurawlowa, broniących swoich pól przed amerykańską firmą Chevron, która chce na tych najżyźniejszych glebach w Polsce eksploatować gaz łupkowy. Ich protest trwa już 8 miesięcy. Nieśli transparent:  „Szczelinowanie hydrauliczne to śmierć rolnictwa”.

Demonstracja zakończyła się pod Urzędem Kanclerskim, po czym poszliśmy do Fundacji Bölla, która dla tych tysięcy ludzi przygotowała gorące wegetariańskie jedzonko. Kiedy uczestniczy się w takiej imprezie, człowiek zaczyna wierzyć, że ten świat uda się jeszcze uratować przed zagładą, jaką szykują mu nienasycone korporacje, kierujące się wyłącznie żądzą zysku. Było pięknie!

Irena Kołodziej











8 grudnia 2010

Odśnieżanie – temat polityczny

Nie wiem, jak to wygląda z poziomu waszych dzielnic i podwórek. Na moim terenie – śródmiejska część Muranowa - wygląda fatalnie.

- Od opadów do próby odśnieżenia mija wiele godzin/dni. W międzyczasie śnieg i wydeptane w nim ścieżki zdążą zlodowacieć.

- Po kilku dniach pojawia się człowiek, który sypie na to sól. Zlodowaciały śnieg na chodnikach zmienia się w breję... Breję można by usunąć, ale robi się to tylko gdzieniegdzie. Z rzadka także pojawia się próba odstukania lodu za pomocą łomu. Rezultat: zdarzają się odcinki oczyszczone ze śniegu, ale na ogół brodzi się w gęstszej lub rzadszej brei.

- W podobnej brei pogrążone są dróżki osiedlowe, po których jeżdżą auta.

Według mojej oceny przyczyną tego stanu jest sprywatyzowanie sprzątania/odśnieżania. Bo:

- po pierwsze - firmy sprzątające, żeby wyjść na swoje, oszczędzają na liczbie pracowników, a 1 człowiek nie jest w stanie zrobić na czas roboty, którą dawniej robiło kilku/kilkunastu dozorców. Robi jak może, czyli odcinkami - raz tu, raz tu. Nie jest też w stanie, o ile nie mieszka w pobliżu (a firmy niekoniecznie zatrudniają wg klucza miejsca zamieszkania) przyjechać w razie potrzeby, np. wieczorem. Efekt jw. - dane miejsce odśnieża się raz na jakiś czas, a nie stosownie do aury, jak za czasów dozorców;

- po drugie - rozmyła się odpowiedzialność: za niektóre fragmenty miejskiego terenu (wewnętrzne podwórka) odpowiada ZGN (który zleca sprzątanie firmie), za inne zaś (chodniki przyległe do ulicy) - Zarząd Dróg Publicznych (a wówczas sprzątać ma wspólnota mieszkańców, nie wiem - za własną kasę, czy też ZDP jej to refunduje?). Dotąd, jak było nieodśnieżone, szło się do dozorcy, a teraz - szukaj wiatru w polu, czyli łaź po firmach/urzędach.

Z mojego rozeznania wynika, że ta sytuacja jest typowa, a nie wyjątkowa. Być może istnieją gdzieś firmy sprzątające, które dysponują dostateczną liczbą dostatecznie elastycznych pracowników i odśnieżają stosownie do potrzeb, ale ja takiej nie znam. A zresztą - nawet jakbym znała, to i tak niewiele mam do gadania, bo firmę zatrudnia nie wspólnota i nawet nie lokalna administracja, tylko centrala, tzn. ZGN. Ja, mieszkanka, mogę tylko ew. składać skargi. Wtedy być może na przyszły rok wybiorą w przetargu kogo innego. A on się znowu sprawdzi lub nie (raczej nie, jako że praktyka firm, którą opisałam, jest nagminna - inaczej funkcjonować w tym biznesie się nie da).

Podobnie źle wygląda sprzątanie chodników. Wielogodzinny/wielodniowy opad -> udeptanie/zlodowacenie -> sól -> breja. Tylko odcinki bezśnieżne. Na moim osiedlu na dodatek jest pełno schodków, które – nieodśnieżone – tworzą równię pochyłą, a może raczej zjeżdżalnię. Przez parę dni (zanim sypnięto solą) wspinali się po niej starsi ludzie, których na moim osiedlu sporo.

Wydaje mi się, że odśnieżanie powinno wyglądać tak:

1) przywrócić instytucję dozorcy, zamieszkałego na miejscu, odpowiedzialnego za przyległe podwórko, zdolnego reagować szybko, stosownie do potrzeb, odśnieżającego również dróżki dojazdowe.

2) do sprzątania terenów publicznych zatrudnić ARMIĘ ludzi z łopatami, pracujących non stop. Archaiczne? Ale skuteczne. Zima to jak wojna (proszę mi wybaczyć niepacyfistyczne porównanie) i potrzebna jest mobilizacja. Albo może lepiej - jak żniwa, i trzeba pracować non stop.

Jak się na bieżąco odgarnia, nie trzeba sypać soli. To, co oszczędzamy na płacach tych potencjalnych robotników oraz zwolnionych rok temu przez Ratusz dozorców, zapłacimy w długofalowych kosztach zewnętrznych. W miejskim Programie Ochrony Środowiska, który miałam okazję współrecenzować rok temu, jest informacja o ilości soli spływającej każdej zimy do wód podziemnych i powierzchniowych i o skutkach tego - pośrednio dla naszego zdrowia. Wiem, że nie da się uniknąć sypania na jezdnie i parkingi, ale na chodniki i posesje – można!

Wydaje mi się, że to miasto powinno zatrudnić tę armię, bez spuszczania się na firmy. Być może sprzątanie/odśnieżanie to jest właśnie taka dziedzina, w której nie powinna rządzić kategoria zysku? Która - podobnie jak gospodarka odpadami - nie może się doraźnie opłacać, jeśli robota ma być zrobiona porządnie? Może to my - obywatele powinniśmy się opodatkować na ten cel i zapłacić gminie, by zrobiła to sensownie i systemowo - aby uniknąć płacenia później długofalowych kosztów zewnętrznych? Jak to jest w innych krajach? Bo u nas - z tego co widzę - prywatyzacja sprzątania/odśnieżania okazała się pomysłem chybionym.

Z rozmów, jakie prowadzę – w osiedlowej administracji, w okolicznych sklepach, z sąsiadami i sąsiadkami – wynika, że inni ludzie też są tego zdania. Dziwne swoją drogą, że w tej sytuacji wybrano do samorządu jak wybrano (czyli głównie PO oraz panią HGW – autorkę pomysłu ze zwolnieniem dozorców). Szkoda, że ludzie w Polsce nie mają w zwyczaju zadawać kandydatom paru prostych pytań, np: jak pan/i proponuje rozwiązać kwestię odśnieżania? Ech.

19 listopada 2010

Bezdomne zwierzęta i my

Ile jest w Polsce bezdomnych zwierząt?

Można tylko spekulować, ile faktycznie może być w Polsce bezpańskich psów czy kotów, nie wspominając o mniejszych domowych zwierzątkach, jak tchórzofretki, króliki czy przedstawiciele gatunków egzotycznych. W 2008 roku w zarejestrowanych oficjalnie 141 schroniskach przebywało 93 798 psów i 18 120 kotów. W porównaniu z rokiem poprzednim liczba ta powiększyła się o ok. 3 000 osobników. Ma więc miejsce sukcesywny przyrost pensjonariuszy schronisk – a przecież oprócz tego rzesze bezdomnych zwierząt błąkają się po wsiach i miasteczkach. Skala bezdomności zwierząt się zwiększa, co skutkuje drastycznym przepełnieniem schronisk. Jeśli nadal co roku będzie przybywało po kilka tysięcy zwierząt, należałoby stale budować dla nich nowe schroniska. Kto miałby finansować budowę, kto miałby przez długie lata ponosić ich koszty utrzymania?

Skąd się biorą bezdomne zwierzęta?

Nie wiadomo, ilu mamy na terenie kraju posiadaczy zwierząt domowych, gdyż nie istnieją przepisy, które nakładałyby na gminy obowiązek ich ewidencjonowania. W efekcie brak właściwego nadzoru nad populacją psów i kotów. Sprzyja to nieodpowiedzialnym postawom opiekunów, traktujących zwierzęta niczym rzeczy, które można bezkarnie gubić czy porzucać. Większość bezdomnych zwierząt została zagubiona przez pozbawionych wyobraźni właścicieli, Na portalach internetowych można znaleźć tysiące ogłoszeń o zagubionych podopiecznych, które podczas spaceru zwykle nie miały obroży, smyczy ani adresatki. Szanse na odnalezienie nieoznakowanego pupila są jednak znikome. Te rozpaczliwe wołania o pomoc i zachęty w formie nagród to już tylko liczenie na cud.

Powszechne jest także bezmyślnie rozmnażanie pupili, albo z powodu pokutujących stereotypów (np. że suczka rzekomo musi dla zdrowia mieć chociaż raz potomstwo), albo z próżności, żeby mieć dla dziecka ślicznego szczeniaczka do zabawy. A resztę gdzieś oddać… może do schroniska?

Czy zwierzęta w schroniskach mają źle? Zawsze to jakiś dach nad głową...

Problem w tym, że polskie schroniska pękają w szwach. Najczęściej nie mogą zaoferować swym podopiecznym więcej niż bytowanie na miarę wegetacji. Nie da się w nieskończoność upychać zwierząt niczym w worku! W mediach mówi się o tym często w kategoriach sensacji, obarczając winą zarządców placówek. Bo albo doprowadzają do tego, że zwierzęta się zagryzają, albo usypiają je masowo, albo głodzą… To jednak odwraca uwagę od istoty problemu: nadmiernego przepełnienia. W ciasnocie, przy braku właściwej dawki bodźców, psy walczą o swoje prawa – po prostu używają zębów… W tak trudnych warunkach nawet osobniki zaprzyjaźnione mogą zachować się wobec siebie drastycznie. A w dużych zbiorowiskach zwierzęta bardziej podatne są na choroby, zarażając się od siebie nawzajem.

Wśród schroniskowych podopiecznych znajduje się także sporo psów ras bojowych lub ich mieszańców. Są one groźne dla innych zwierząt, a czasami także dla ludzi, zatem muszą przebywać w samodzielnych boksach. Zwierzę, skazane przez dłuższy czas na niewielką, izolowaną przestrzeń, pozbawione właściwej dawki bodźców, stopniowo wpada w coraz większą apatię, a z czasem doznaje trwałych deformacji psychiki. A przecież w niektórych schroniskach zwierzęta żyją w małych klatkach przez wiele lat.

Adopcje nie rozwiązują problemu?

Tylko częściowo. W statystykach schroniskowych pomija się zazwyczaj wskaźnik zwrotów adopcyjnych. Bywa, że nowy opiekun próbuje socjalizować wieloletniego więźnia, ale bez powodzenia – i zwierzę wraca do schroniska… Częściej jednak zdarza się inna sytuacja. Pies nie budzi żadnych charakterologicznych wątpliwości, ale trafia w ręce niefrasobliwej osoby, która po raz kolejny czyni z niego ofiarę-zgubę. Każdy taki powrót, z piętnem nowych ułomności emocjonalnych bądź z bagażem niepożądanego potomstwa, rodzi dodatkowe trudności dla personelu schroniska.

To co można z tym zrobić?

Mimo wyjątkowych wysiłków i zaangażowania wielu osób pomoc bezdomnym zwierzętom to wciąż syzyfowa praca. Władze skupiają zwykle uwagę na niwelowaniu skutków zjawiska, zapomina się natomiast o likwidacji przyczyn. A przecież lepiej zapobiegać niż leczyć! Przede wszystkim trzeba zmienić prawo. W polskim prawie nie ma właściwie sformułowanej definicji właściciela zwierzęcia, brak więc możliwości egzekwowania odpowiedzialnej i humanitarnej opieki. Ustawa o ochronie zwierząt z 1997 r. nie odpowiada już na aktualne wyzwania i wymaga dogłębnej nowelizacji. Prace nad projektem nowej ustawy trwają już blisko dwa lata. Ale jeśli chodzi o zwierzęta domowe, projekt wciąż pozostawia wiele do życzenia. Na kształt tych przepisów powinni mieć wpływ profesjonaliści z różnych dziedzin: ekolodzy, lekarze weterynarii, przedstawiciele schronisk, urzędnicy samorządowi, przedstawiciele organizacji działających na rzecz zwierząt. Media zaś powinny relacjonować ich pomysły i koncepcje i poddawać je publicznej debacie.

A co można zrobić na poziomie samorządu?

Mimo ustawowego obowiązku niektóre samorządy w ogóle nie zapewniają bezpańskim zwierzętom opieki na własnym terenie. A przecież psy nie znają granic administracyjnych i potrafią przebiec dziesiątki kilometrów. W efekcie najbardziej obciążone są te gminy, które zadbały o powołanie schronisk. Oznacza to dla nich dodatkowe nakłady pracy i kosztów, obniżenie standardu bytowania zwierząt i szereg innych problemów.

Niestety, lokalne rozwiązania są mało skuteczne, gdyż nie chronią przed inwazją bezpańskich przybyszy z innych terenów. Nawet jeśli niektóre psy są oznakowane mikroczipem, to często nie można ich zidentyfikować ze względu na niekompatybilne elektroniczne bazy danych czy brak określonego typu czytników.

Mimo coraz lepszego dostępu do nowoczesnej techniki wciąż nie potrafimy skutecznie eliminować przyczyn zjawiska bezdomności. Z jednej strony wprowadza się systemy elektronicznej identyfikacji zwierząt, nie dostosowując ich do polskiej infrastruktury, z drugiej zaś rezygnuje się ze sprawdzonych, klasycznych metod ewidencji właścicieli i identyfikacji podopiecznych poprzez zewnętrzne oznakowanie metalową adresatką. A przecież te formy nadal są stosowane w większości wysoko rozwiniętych krajów!

No właśnie, jakie rozwiązania stosuje się w innych krajach Europy?

W Niemczech, Holandii czy Szwajcarii za posiadanie zwierzęcia płaci się podatek. Musi ono mieć zewnętrzny identyfikator (adresatkę), a ponadto specjalne oznakowanie, świadczące o zaszczepieniu przeciwko wściekliźnie. Widząc takie zwierzę, już z daleka można ocenić, że jest ono niegroźne i ma właściciela. Dzięki pomoc takiej zgubie jest szybka, mało kosztowna i w pełni skuteczna. Do nielicznych schronisk trafiają głównie zwierzęta, których właściciele zmarli bądź doświadczyli ekstremalnych sytuacji życiowych. Przepisy dotyczące ras groźnych są bardzo restrykcyjne. Opiekunem takiego psa może być osoba, która już na wstępie została poddana testom psychologicznym, a jego podopieczny podlega takim badaniom sukcesywnie w określonym cyklu. W tych krajach problem bezdomności w zasadzie nie istnieje.

Z Ewą Pszczółkowską rozmawiała Irena Kołodziej (1947) - socjolożka, dziennikarka, tłumaczka. Przewodnicząca warszawskiego koła Zielonych 2004, przewodnicząca Zarządu Wspólnoty Mieszkaniowej na swoim osiedlu na Muranowie. Zainteresowana głównie gospodarką odpadami, właściwym wykorzystaniem miejskiej przestrzeni oraz ograniczeniem bezdomności zwierząt. Wywiad ukazał się w ogólnopolskim wydaniu gazety "Zielone Wiadomości".

Kandyduje do rady dzielnicy Śródmieście w okręgu 5 (Muranów/ Stare Miasto) z 6. miejsca, lista nr 1.

9 września 2010

Ciężkie czasy dla zabytków w Warszawie i na Mazowszu

Koło warszawskie partii Zieloni wyraża swój sprzeciw wobec próby odwołania z urzędu wojewódzkiego konserwatora zabytków, Barbary Jezierskiej. Jej zdymisjonowanie oznaczać będzie, że już nie tylko tereny zielone, ale także zabytkowe budowle i zespoły urbanistyczne, będące świadectwem bogactwa kulturowego miasta i województwa, nie będą chronione przed agresywnymi działaniami firm deweloperskich. Wniosek o odwołanie wojewódzkiej konserwator zabytków przyczynił się do ujawnienia skandalicznych warunków funkcjonowania tego urzędu - niskich pensji i braku środków na jego działanie. Domagamy się stworzenia warunków pozwalających na efektywne chronienie przestrzeni publicznej, zanim obudzimy się w otoczeniu jednakowych osiedli i centrów handlowych.

- Coraz trudniej jest – przy aktualnej presji inwestycyjnej – zapobiegać wszystkim groźbom szpecenia i niszczenia przestrzeni publicznej - powiedziała Irena Kołodziej, przewodnicząca koła warszawskiego Zielonych. - Dzisiaj deweloperzy chcą budowy wieżowców w parku na Powiślu(1), rozbierają zabytkowy, cenny architektonicznie budynek na Saskiej Kępie, zasłaniając rozbiórkę wielometrową blachą(2), demontują wał przeciwpowodziowy przy Potoku Służewieckim(3). Podważanie niezależności urzędu konserwatorskiego grozi nam architektoniczną „wolną amerykanką”.

- Znane nam są przypadki, gdy zatruwa się drzewa – pomniki przyrody, żeby zacząć budowę - dodał Bartłomiej Kozek, przewodniczący warszawskich Zielonych. - Konserwatorzy donoszą o podobnych praktykach w przypadku zabytków: mikrowybuchy czy niszczenie konstrukcji to sposób na doprowadzenie zabytku do stanu katastrofy i zajęcie cennej działki. Potrzebujemy wzmocnienia urzędu konserwatorskiego, ale nie poprzez spektakularne dymisje.

1 Teren Solca w okolicach ulicy Rozbrat, na którym znajduje się między innymi przedszkole integracyjne numer 6. Deweloper postanowił wybudować tam osiedle mieszkalne.

2 Willa na Katowickiej 20 została przez jej właściciela rozebrana, mimo braku zgody na ten proceder,. Postawiono wielometrowy płot z blachy, który zasłonił dewastację przed mieszkankami i mieszkańcami okolicy.

3 Robotnicy, budujący blok w okolicach ulicy Rzymowskiego, zrównali wał przeciwpowodziowy z poziomem lokalnej rzeczki. Podobny proceder w Piasecznie doprowadził kilka miesięcy temu do zalania miasta.

10 lipca 2010

Zielony samorząd tuż tuż

Warszawskie koło partii Zieloni rozpoczyna działania, mające skutkować w stworzeniu szerokiego, alternatywnego wobec konserwatywnych PO i PiS, bloku w wyborach do Rady Miasta. Uważamy, że Warszawa potrzebuje przyspieszenia - rozwoju nowoczesnej przestrzeni publicznej, dalszych inwestycji na rzecz transportu publicznego, kultury i równych szans - niezależnie od płci, zasobności portfela, orientacji seksualnej, wiary, przekonań czy stopnia sprawności fizycznej. Samodzielne rządy Platformy Obywatelskiej w Warszawie uznajemy za zagrożenie dla jej zrównoważonego rozwoju i podtrzymywania negatywnych tendencji, które obserwujemy - słabej polityki lokalowej i kulturalnej, braku reakcji na grodzenie się miasta, powolny tryb uchwalania planów zagospodarowania przestrzennego.

- Pozostajemy otwarci na różne scenariusze startu w wyborach samorządowych w Warszawie - mówi Irena Kołodziej, przewodnicząca warszawskich Zielonych. - W roku 2006, szczytowej polaryzacji między konserwatywną Platformą Obywatelską a konserwatywnym Prawem i Sprawiedliwością i silną konkurencją w postaci Lewicy i Demokratów, udało się nam zdobyć 1,68% głosów w wyborach do Rady Miasta, w Śródmieściu wskaźnik ten wyniósł 2,39%, a na Ursynowie i w Wilanowie - 2,45%. To olbrzymie zaufanie, okazane wtedy naszej partii, pokazuje, że jesteśmy w stanie osiągać niezłe wyniki, mimo znacznie skromniejszych środków finansowych w porównaniu do większych formacji, a także rygorystycznej ordynacji wyborczej, utrudniającej rozwój małym i nowym ugrupowaniom. Zielona polityka w Warszawie ma solidne podstawy, co udowodniliśmy nie tylko w wyborach, ale też ciężką pracą - dość przypomnieć nasz wkład w ratowanie przedsiębiorstwa zajmującego się recyklingiem "Ekon" i obroną Pola Mokotowskiego. Chcemy, by wartości, o które walczymy, miały swoją reprezentację w Radzie Miasta.

- Kontynuujemy nasze działania na rzecz powstania alternatywy dla PO i PiS w wyborach lokalnych - kontynuuje Bartłomiej Kozek, przewodniczący koła. - Po swojej stronie mamy doświadczenie kilkuletniej pracy na rzecz zielonej, otwartej, postępowej Warszawy. Mamy także wiedzę Zielonych z innych miast Europy - w tym miast partnerskich stolicy Polski - które i którzy w praktyce udowodnili, że zielona polityka przyczynia się do poprawy jakości życia. Planujemy sprawdzić pod kątem ważnych dla nas kwestii programy polityczne i głosowania w Radzie Miasta polityczek i polityków innych partii, w wyniku czego powstanie Zielony Indeks Warszawski. Z chęcią będziemy współpracować ze siłami politycznymi, podzielającymi naszą wizję miasta - dla ludzi i do życia. Wszelkie porozumienia o współtworzeniu szerszego porozumienia politycznego, skupiającego progresywną, europejską wizję Warszawy, opierać będziemy na zasadzie partnerskiej współpracy i zgodności programowej. Wspólnymi siłami, we współpracy także z organizacjami pozarządowymi i lokalnymi społecznościami chcemy budować Zieloną Warszawę Nowej Generacji. Jest czym się zajmować - od zmian w polityce odpadowej po zagospodarowanie Wisły, od walki z dyskryminacją po świecki samorząd. Monopol PO w Warszawie tych problemów wielu z tych problemów nie rozwiąże, dlatego pragniemy współtworzyć progresywną alternatywę, która mu zapobiegnie.

16 czerwca 2010

Apteka i Ogród Saski - Zieloni działają

Wydarzenia wokół apteki Karola El Kashifa, położonej na zbiegu ulic Puławskiej i Rakowieckiej, po raz kolejny odsłaniają brak procedur awaryjnych, związanych z wspieraniem małej przedsiębiorczości w Warszawie. Warszawscy Zieloni domagają się od władz Mokotowa przyjęcia bardziej aktywnej postawy wobec El Kashifa i zapewnienia możliwości dalszego funkcjonowania apteki, przydatnej zarówno ze względu na usługi, świadczone lokalnej społeczności, jak i fakt zatrudnienia w niej 20 osób.

- To prawda, że sytuacja właścicielska wspomnianego lokalu jest skomplikowana - przyznaje Bartłomiej Kozek, przewodniczący warszawskich Zielonych. - Dzielnica powinna jednak w takim wypadku zająć się poszukiwaniem rozwiązań, takich jak chociażby znalezienie lokalu zastępczego w pobliżu zlikwidowanej placówki. Wokół sprawy narosło wiele złych emocji, związanych z działaniami ówczesnych polityków PO na Mokotowie, którzy aktywnie stanęli po jednej ze stron konfliktu między najmującym od miasta lokal jubilerem a podnajmującym aptekarzem. Chcielibyśmy, by obydwa przedsięwzięcia mogły funkcjonować równolegle, aktualna sytuacja nie wpływa pozytywnie na dostępność usług medycznych w okolicy.

- Bardzo duże kontrowersje, by nie powiedzieć – skandal – wzbudziła niedawna akcja policji wobec protestującego pod Ministerstwem Sprawiedliwości El Kashifem – dodaje członek Zielonych, Krystian Legierski. - Wobec przykutego do bramy wjazdowej ministerstwa policjanci użyli gazu, tłumacząc to agresywnym zachowaniem aptekarza. Domagamy się udostępnienia nagrania policyjnego z przeprowadzonej o 4 nad ranem 4 czerwca akcji, tak, by można było samodzielnie ocenić zaistniałą sytuację. Nie przekonują nas twierdzenia, że przedsiębiorca mógł w jakikolwiek sposób zagrażać mającej przejść w ten dzień procesji, niepokoją także – szczególnie w kontekście niedawnych wydarzeń wokół śmierci Maxwella Itoyi, doniesienia o ksenofobicznych wypowiedziach policjantów biorących udział w akcji. Niestety, ostatnimi czasy rozwiązania siłowe dominują nad systemowymi w sporej grupie konfliktów społecznych.

Kolejna pikieta Karola El Kashifa odbyła się w poniedziałek, 14 czerwca, o godzinie 12.00 pod Ministerstwem Sprawiedliwości (Plac na Rozdrożu, al. Ujazdowskie 11).

***

Stop Greedexowi! Brońmy Ogrodu Saskiego przed zabudową!

Warszawscy Zieloni z niedowierzaniem i oburzeniem przyjmują informację, iż firma deweloperska Greedex zamierza przekształcić Ogród Saski w pseudonowoczesną betonową pustynię, gdzie zieleń będzie można oglądać za szkłem. Jak się dowiadujemy, firma zwołała na czwartek 17 czerwca konferencję prasową na pl. Bankowym, na której zaprezentuje swoją koncepcję zabudowy parku – tzw. Saski City.

- To kolejny przykład skandalicznej polityki przestrzennej miasta, polegającej na wyprzedawaniu terenów zielonych pod zabudowę! – oburza się Bartłomiej Kozek, przewodniczący koła warszawskiego Zielonych. – Kolejny kawałek miejskiej zieleni – w dodatku park o bezcennej wartości historycznej! – zostaje przekazany prywatnemu inwestorowi, który zmieni go w betonową, sterylną, wypreparowaną z jakiejkolwiek naturalnej przyrody pustynię. Greedex w ulotce prezentuje swoją inwestycję jako „ekologiczną”. To jakiś ponury żart! Czy ktoś konsultował ten projekt z mieszkankami i mieszkańcami Warszawy? Czy i tym razem Ratusz zamierza zlekceważyć głos obywateli i stworzyć w centrum miasta kolejną przestrzeń dla wybrańców o grubych portfelach?

- Pamiętamy niedawną sprawę Pól Mokotowskich, Parku Świętokrzyskiego, a ostatnio – Jeziorka Czerniakowskiego i Rzekotkowego Stawu w Kabatach – dodaje Irena Kołodziej, przewodnicząca warszawskich Zielonych. – Pole Mokotowskie i Park Świętokrzyski udało się w ostatniej chwili obronić przed zabudową, ale Rzekotkowy Staw jest już tylko wspomnieniem, a losy Jeziorka Czerniakowskiego nadal się ważą – decyzji o zakazie zabudowy wciąż nie podjęto, a inwestor stosuje metodę faktów dokonanych. Nawet taka oaza zieleni i spokoju, jakim był zaprojektowany przez Joannę Rajkowską „Dotleniacz” na pl. Grzybowskim, natychmiast zaakceptowany przez lokalną społeczność, przegrał w konfrontacji z betonową wizją miasta. Wygląda na to, że Ratusz bardziej dba o interes deweloperów, niż mieszkańców i przyrody. Przekazanie Ogrodu Saskiego Greedexowi to kolejny przykład tej obłędnej, sprzecznej z dobrem publicznym polityki!

- W Warszawie źle się dzieje – alarmuje Hanna Gill-Piątek, członkini Rady Krajowej Zielonych. - Przestrzeń publiczna jest coraz bardziej sprywatyzowana, a sąsiedzkie relacje zastąpiły metalowe płoty. Wnioski, petycje i prośby są ignorowane przez władze stolicy i dzielnic. Urzędnicy, opacznie pojmujący znaczenie słowa „nowoczesność”, głusi są na głos mieszkańców i organizacji pozarządowych, a apartamentowce stawia się nawet w otulinie rezerwatów. Jako mieszkańcy i mieszkanki Warszawy domagamy się od miasta prawdziwych konsultacji społecznych przed wydawaniem ważnych dla nas decyzji i przestrzegania prawa o ochronie przyrody oraz prawa unijnego!

Zieloni wzywają wszystkich, którym nie jest obojętne to, w jakim mieście – zielonym czy betonowym - będziemy żyli my oraz nasze dzieci i wnuki, na wiec w obronie Ogrodu Saskiego, który odbędzie się w czwartek 17 czerwca na pl. Bankowym, o godz. 13.


***

Szanowna Pani Prezydent,

Jako mieszkańcy Warszawy pragniemy wyrazić swoje głębokie zaniepokojenie niekorzystnymi zmianami, które w ostatnich latach zachodzą w środowisku przyrodniczym naszego Miasta.

Jeszcze do niedawna zieleń miejska była uważana za jeden z największych atutów Warszawy.

Zagraniczni turyści przeważnie wymieniają ją jako najbardziej rzucającą się w oczy, charakterystyczną i pozytywną cechę stolicy Polski, która wyróżnia ją spośród wielu innych metropolii europejskich. Uprzednio władze Warszawy szczyciły się naszymi licznymi terenami zieleni. Nawet jeszcze w tym roku został wydany przepiękny album „Przyroda Warszawy” promujący bogactwo i walory przyrodnicze Miasta. Album poświęcony jest w całości różnym formom ochrony przyrody na obszarze Warszawy, m.in. rezerwatom, użytkom ekologicznym, zespołom przyrodniczo-krajobrazowym, parkom. Opisywane są w nim także cenne gatunki roślin i zwierząt, jakie można w Warszawie podziwiać i obserwować.

Jednak praktyka i rzeczywistość okazały się zupełnie inne niż deklarowana dbałość o tereny zieleni i ochronę przyrody. Odnosimy wrażenie, że dla Ratusza tereny zieleni publicznej (parki, skwery, zieleńce) oraz obszary o wysokich walorach przyrodniczych to jedynie potencjalne tereny inwestycyjne. Niestety, miejsca i obiekty prezentowane we wspomnianym albumie (wydanym pod wymownym hasłem „Zakochaj się w Warszawie”) nie wszędzie wyglądają już tak, jak na fotografiach. Chyba najbardziej wymownymi tego przykładami są: rezerwat Jeziorko Czerniakowskie i jego otulina, otulina rezerwatu Las Kabacki czy użytek ekologiczny Jeziorko Imielińskie, otoczenie Lasu Natolińskiego i rezerwatu Morysin.

Decyzje zezwalające na nowe inwestycje na tych terenach podejmowane są jednostkowo, bez poszanowania i uwzględnienia wszystkich procesów, funkcji i powiązań przyrodniczych oraz naturalnych walorów tych terenów. Brak jest skutecznej interdyscyplinarnej strategii ochrony środowiska przyrodniczego Warszawy, zapisanej w wieloletnim programie ochrony środowiska przyrodniczego. Inne branżowe dokumenty strategiczne i planistyczne dotyczące rozwoju Miasta nie respektują podstawowych zasad zrównoważonego rozwoju, traktując je wyłącznie jako hasło. Na podstawie ich lektury można wręcz odnieść wrażenie, iż największą przychylnością władz Warszawy cieszą się różni inwestorzy, którzy – w odróżnieniu od zwykłych mieszkańców – nie mają problemów, aby spotkać się z miejskimi decydentami, nie mają problemów z uzyskaniem terminowych odpowiedzi od urzędów oraz pozytywnych dla nich decyzji.

Szczególnie ubolewamy z powodu wzrastającej liczby wycinanych drzew – często bez wyraźnego uzasadnienia. Decyzje o likwidacji zieleni miejskiej przychodzą zbyt łatwo i często są zaskoczeniem dla mieszkańców. Polityka Ratusza stoi tu w jawnej sprzeczności z nowoczesnymi trendami gospodarowania zielenią miejską, wdrażanymi w Europie Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych. Według nowoczesnych zasad zarządzania zasobami zieleni miejskiej, każde drzewo ma nie tylko wartość estetyczną i sentymentalną, ale także wymierną wartość finansową, gdyż wykonuje dla nas pracę, jaką musiałoby wykonać kilka urządzeń napędzanych elektrycznie.
Odnosimy także wrażenie, iż jako mieszkańcy jesteśmy wyłączeni z podejmowania decyzji dotyczących środowiska, w jakim mamy żyć. Nasze głosy są marginalizowane lub niebrane w ogóle pod uwagę. Konsultacje społeczne sprowadzają się często do jednostronnego przekazu informacji.

Ponieważ sprawa zachowania zieleni miejskiej i ochrony przyrody w Warszawie to nie tylko kwestia naszego komfortu psychicznego i upodobań, ale także zdrowia fizycznego naszego i naszych rodzin, nie możemy się pogodzić z taką sytuacją. Mamy prawo do zieleni. Prawo to wynika z ustawodawstwa polskiego, ratyfikowanej przez Polskę Konwencji z Aarhus oraz z dyrektyw Unii Europejskiej. Korzystanie w pełni z naszego prawa współdecydowania o sprawach dotyczących warunków życia w mieście i realnego wpływu na podejmowane decyzje jest dla nas jedyną szansą współuczestnictwa w ochronie środowiska naturalnego Warszawy, ponieważ niewiele urzędów z „ochroną środowiska” w nazwie (zarówno szczebla lokalnego, regionalnego jak i centralnego) rzeczywiście to środowisko chroni. Wydaje się, iż zajmują się one wyłącznie procedurami szybkiego i bezkolizyjnego przeprowadzania wszelkich inwestycji (zarówno prywatnych, jak i publicznych). Wszyscy, którzy stają w obronie środowiska przyrodniczego (którego jakość decyduje o jakości życia w Warszawie), traktowani są jak uciążliwi intruzi. Decydenci zapomnieli, iż ochrona środowiska zgodnie z Konstytucja jest obowiązkiem władz publicznych i każdego obywatela.

Nie przekonują nas zapewnienia urzędników, iż obecnie trwające inwestycje na terenach przyrodniczo cennych to skutek wadliwego ustawodawstwa. Prawo nie jest problemem. W naszym odczuciu wynikają one z braku dobrej woli ze strony urzędów, z nieskutecznych form zarządzania i bałaganu kompetencyjnego, błędów decyzyjnych oraz nieliczenia się z opiniami mieszkańców.

Zapewne intencje Pani Prezydent są jak najlepsze, ale decyzje, które teraz Pani podejmuje, są często nieodwracalne, a ich skutki rozciągną się na dziesięciolecia. Takie decyzje nie mogą być podejmowane przez kilka osób, lecz wymagają szerokich konsultacji społecznych. Domagamy się zmiany polityki Ratusza w zarządzaniu zielenią miejską, która jest jednym z najcenniejszych zasobów naszego Miasta, a w szczególności natychmiastowego wstrzymania procedowania dalszej zabudowy terenów w otoczeniu rezerwatu Jeziorko Czerniakowskie i rzetelnego dialogu oraz wiarygodnych konsultacji społecznych, zarówno przy tej, jaki i wszystkich innych planowanych inwestycjach.

8 czerwca 2010

O zieleni - osobiście

Jak wiecie, od kilku lat w Warszawie grodzi się zieleń osiedlową. Rezultat jest taki, że całkowicie zniknęła w ten sposób przestrzeń do sąsiedzkiego kontaktu - dzieci nie mają się gdzie bawić, a starsi - przysiąść, odpocząć, pogadać. Jest miejsce dla wszechwładnych samochodów (uliczki dojazdowe), dla ludzi - nie ma. Zieleń służy do podziwiania.

Parę lat temu, kiedy grodzono nasz zielony teren, próbowałam wymusić wydzielenie z niego kawałka, na którym stanęłyby dwie ławki. Miasto odmówiło - ma być równy płot i już. Ławki stanęły pod ścianą, w ponurym, zabetonowanym miejscu, gdzie panuje wieczny cień. W upał to nawet dobre, ale generalnie dla ludzi starszych się nie nadaje. Narzekają. Mówią to co ja, to co Zieloni: tu nie ma miejsca dla ludzi, przecież my tu mieszkamy, mamy prawo itd.

Wyjaśniam, że teren posesji należy do miasta, w zarządzie wspólnoty pozostaje tylko budynek. Żadnych decyzji co do zagospodarowania terenu nie możemy podejmować sami. Procedura jest taka: pismo do ADK - oni przekazują sprawę do centrali (ZDK) - centrala występuje do miasta.

Niedawno z dwiema starszymi paniami podjęłyśmy decyzję: zamiast pisać pisma i czekać na rezultat, co potrwa, a zakończy się prawdopodobnie odmową ze strony miasta (bo przecież ławki już mamy, co z tego, że w nieodpowiednim miejscu) - kupujemy za pieniądze wspólnoty krzesła ogrodowe i z odpowiednią tabliczką informacyjną stawiamy w upatrzonym miejscu. To i próba wzięcia sprawy w swoje ręce, i prowokacja - żeby pokazać, że my tu jesteśmy gospodarzami i że ZIELEŃ OSIEDLOWA POWINNA BYĆ DLA LUDZI.

Niezależnie od tego powstała inna inicjatywa: zorganizowanie placu zabaw, już w normalnym trybie - poprzez złożenie stosownego wniosku. Ale jeśli powstanie, to Bóg wie kiedy - bo teraz, jak od razu usłyszałam, budżet miejski ma inne priorytety: powódź. Dzieciom pozostaje na razie bieganie po osiedlowych uliczkach - i to wszystko. Kiedyś było w okolicy boisko, zaplanowane jeszcze przy budowie Muranowa, w czasach złego socjalizmu. Okoliczna młodzież i dzieci grały na nim w piłkę itp. Teraz, w czasach dobrego kapitalizmu, wybudowano na nim halę sportową, do której, a jakże, można wejść, ale za pieniądze.

Rezultat: młodzież pije po ławkach (tam gdzie są), a dzieci biegają byle gdzie. A starsi siedzą w domu, bo do parku nie każdy ma siłę iść.

Napisałam to po to, żeby pokazać, że ludzie się temu sprzeciwiają. I że wcale nie są tacy bierni, o ile znajdzie się ktoś, kto im pokaże drogę działania.

Irena Kołodziej, przewodnicząca koła warszawskiego Zielonych. Autorka jest przewodniczącą Zarządu Wspólnoty Mieszkaniowej na jednym z muranowskich osiedli

Informujemy, że powstał także nowy, społeczny blog o zieleni miejskiej - Mam prawo do zieleni. Zachęcamy do odwiedzin.

23 maja 2010

Zieloni: Ochrona bioróżnorodności – zadanie dla miasta!

Komisja Europejska prowadzi kampanię na temat ochrony różnorodności biologicznej naszej planety. W związku z tym w piątek 21 maja o godz. 13 odbył się w Złotych Tarasach specjalny edukacyjny happening, mający na celu przybliżenie obywatelom pojęcia bioróżnorodności i pokazanie, jak mogą przyczyniać się do jej ochrony. Oceniając to przedsięwzięcie jako słuszne i ważne, warszawscy Zieloni zwracają zarazem uwagę, że w Polsce to nie niska świadomość społeczna jest największym problemem, lecz brak realnego wpływu społeczeństwa na podejmowane decyzje. Organizacje ekologiczne i partia Zielonych od lat i stale, a nie przy okazji jednorazowego happeningu, zwracają uwagę na ochronę różnorodności biologicznej.

- W Warszawie wciąż na nowo powtarza się sytuacja, kiedy na skutek decyzji władz zostają zdewastowane bezcenne przyrodniczo tereny, będące ostoją lokalnej bioróżnorodności - mówi Irena Kołodziej, przewodnicząca warszawskich Zielonych. – Przykładem jest choćby Rzekotkowy Staw – zbiornik położony tuż na granicy rezerwatu Las Kabacki, a ostatnio – Jeziorko Czerniakowskie. Protesty i petycje ze strony mieszkańców i organizacji społecznych, mające na celu ochronę tych siedlisk, pozostają bezskuteczne. Władze centralne i samorządowe promują raczej interesy inwestorów, niż przyrody i mieszkańców. Jest to sprzeczne nie tylko z zasadą ochrony bioróżnorodności, którą ma promować jutrzejszy happening, ale także z art. 5 naszej Konstytucji, mówiącym, iż jednym z nadrzędnych celów jest zrównoważony rozwój naszego kraju! – podkreśla Kołodziej.

- Władze miasta mają ogromne możliwości prowadzenia horyzontalnej polityki promującej bioróżnorodność – dodaje Bartłomiej Kozek, przewodniczący koła warszawskiego Zielonych. - Tworzenie spójnej polityki zagospodarowania przestrzennego, w oparciu o wielokrotnie przez nas postulowany raport o konfliktach w przestrzeni publicznej mogłoby pomóc w ochronie obszarów cennych przyrodniczo. Spójna polityka energetyczno-klimatyczna zmniejszyłaby ekologiczny ślad naszego miasta, pozwalając tym samym na ograniczenie zagrażających bioróżnorodności zmian klimatu. Promowanie lokalnych bazarków dzielnicowych, jak również powstawania kooperatyw spożywczych, daje źródło zarobku i rynek zbytu okolicznym rolnikom, umożliwiając im uprawę różnorodnych odmian owoców i warzyw. Jedyne, co jest potrzebne do prowadzenia takiej przyjaznej ludziom i środowisku polityki, to wyobraźnia i polityczna wola!

26 kwietnia 2010

Zieloni na Dzień Ziemi: Chrońmy bioróżnorodność, promujmy energooszczędność

Koło warszawskie partii Zieloni święci Międzynarodowy Dzień Ziemi, uczestnicząc w jego obchodach na stołecznym Polu Mokotowskim. Polu, które rok temu udało nam się obronić przed groźbą zabudowania jego części – dzięki pomocy mediów oraz mieszkanek i mieszkańców Warszawy.

- Nasze tegoroczne działania wpisywać się będą w hasło „Bioróżnorodność w nas, bioróżnorodność wokół nas” - informuje przewodnicząca koła warszawskiego, Irena Kołodziej. - Zamierzamy mówić sporo na temat żywności modyfikowanej genetycznie i zagrożeń z nią związanych. Będziemy także promować wśród osób odwiedzających w tym czasie Pole Mokotowskie założenia przyjętej na naszym kongresie uchwały zdrowotnej, kładącej szczególny nacisk na profilaktykę. Jednym z jej narzędzi jest postulat, by co najmniej 1/3 sprzedawanej w szkolnych stołówkach żywności pochodziła z upraw ekologicznych. Planujemy także drobne kulinarne niespodzianki, pokazujące, że istnieje zdrowa i smaczna alternatywa dla fast foodów.

- Inną ważną kwestią, którą planujemy poruszyć w związku z kolejną, przypadającą na 26. kwietnia rocznicą katastrofy w Czarnobylu, jest polityka energetyczna miasta – dodaje Bartłomiej Kozek, przewodniczący warszawskich Zielonych. - To dobra okazja, by przypomnieć, że polska gospodarka jest dziś 2,5 razy bardziej energochłonna od unijnej średniej, a oszczędności w postaci inwestycji w podnoszenie efektywności energetycznej doprowadziłyby do wzrostu ilości miejsc pracy, poprawy konkurencyjności, a także braku potrzeby wydawania publicznych pieniędzy na elektrownię atomową. Niestety, w Warszawie podwyżka wysokości czynszów, zamiast być przyczynkiem do termorenowacji budynków komunalnych, prowadzących do zmniejszenia rachunków za energię, w wielu dzielnicach okazała się pretekstem do załatania lokalnych deficytów budżetowych.

2 kwietnia 2010

Meczet powinien stać się przyczynkiem do debaty na temat integracji i wielokulturowości

Koło warszawskie partii Zieloni 2004 wyraża swoje zaniepokojenie wzniecaniem lęków i uprzedzeń wobec społeczności muzułmańskiej w mieście, czego symbolem była sobotnia demonstracja przeciwników budowy meczetu na Ochocie. Naszym zdaniem powinna być ona sygnałem ostrzegawczym dla władz miasta, że pilnego wsparcia wymaga dialog międzykulturowy i międzyreligijny w Warszawie.

- W Europie mamy istotnie problem związany ze zwiększającą się liczbą muzułmanów, głównie imigrantów – jest to problem europejskiej islamofobii. Do antysemityzmu politykom już dziś wstyd się przyznać, natomiast na wzbudzaniu islamofobii można jeszcze łatwo zbić polityczny kapitał. Muzułmanin stał się nowym Obcym, którym straszy się nie zważając na rzeczywistość. W UE, rzekomo „zalewanej” przez muzułmanów, żyje ich zaledwie 13 mln, co stanowi 2,6% ludności UE. Kiedy w Szwajcarii przegłosowano zakaz budowy minaretów, w całym kraju było ich aż… cztery. Niestety trend ten zawitał właśnie do Polski. - mówi Aleksandra Kretkowska, członkini koła warszawskiego Zielonych.

- Bieda, bezrobocie, złe warunki pracy, rosnące rozwarstwienie społeczne, wszechobecny brud, bezwzględny wyścig szczurów, prowadzący do zniszczenia więzów lokalnych i poczucia wspólnoty - oto prawdziwe polskie problemy tu i teraz, a nie zagrożenie islamskim fanatyzmem! - dodaje Irena Kołodziej, przewodnicząca warszawskich Zielonych. - Społeczność islamska w Polsce jest niewielka i nie ma podstaw, by spodziewać się znaczącej imigracji z krajów arabskich. Skąd więc te obawy przed islamskim fanatyzmem? Prawicowi radykałowie wykreowali sztucznego wroga. Zatomizowane społeczeństwo łatwo zmanipulować - i tak właśnie zrobiono w Warszawie. To znany sposób - skanalizować ludzkie lęki i frustracje związane z brakiem bezpieczeństwa socjalnego, wskazując palcem zastępczego wroga.

- Warszawa już dziś nie jest miastem jednorodnym etnicznie, kulturowo czy religijnie i nie ma co tego faktu ukrywać – mówi Bartłomiej Kozek, przewodniczący koła. - Władze Warszawy powinny rozpocząć intensywne działania na rzecz wkluczania nowych społeczności do głównego nurtu życia w mieście, zamiast trzymać je na uboczu, narażając tym samym na stereotypizację. W najbliższych latach, obok już istniejącej i liczebnej mniejszości wietnamskiej, możemy się spodziewać na przykład zwiększenia się ilości osób pochodzenia ukraińskiego czy białoruskiego. Wsparcie finansowe dla otwartego dialogu – debat, ulicznych karnawałów, edukacji na rzecz tolerancji w szkołach i wielu innych podobnych działań – opłaci się na dwa sposoby. Po pierwsze, stworzyć może wizerunek wielokulturowego, otwartego miasta, zachęcający do odwiedzin turystów i zachęcający do inwestycji. Po drugie – równie istotne – da szansę na zachowanie realnej spójności społecznej i umożliwi każdej i każdemu z nas – niezależnie od religii bądź jej braku, narodowości, koloru skóry czy jakichkolwiek innych czynników – osiąganie wysokiej jakości życia.

26 marca 2010

Ratusz oszczędza kosztem kobiet

Warszawskie koło Zielonych skrytykowało decyzję władz Warszawy w sprawie likwidacji Warszawskiego Centrum Kobiet, instytucji od lat pomagającej kobietom próbującym wrócić na rynek pracy. Pod pretekstem cięć spowodowanych kryzysem ofiarą pada organizacja pozytywnie oceniana przez kobiety, które w ciągu lat skorzystały z pomocy Centrum. W Warszawie kobiety stanowią obecnie 47,2 proc. ogółu bezrobotnych, bez prawa do zasiłku jest 12.219 kobiet, powyżej 50. roku życia – 4.010, a długotrwale bezrobotnych – 4.504. Te liczby pokazują, że potrzebne są działania ze strony miasta, które pomogą zdobyć kobietom prace.

- Władzom miasta przydałoby się szkolenie z budżetowania uwzględniającego perspektywę równości płci. Gdyby miasto nie wydało kilkuset milionów na wsparcie inwestycji prywatnego inwestora i budowę stadionu Legii, wówczas urzędnicy nie musieliby podejmować dramatycznych decyzji czy odebrać fundusze na działania wspierające aktywizację zawodową seniorów czy osób niepełnosprawnych – powiedziała Agnieszka Grzybek, przewodnicząca Zielonych. – Tego typu placówki gminne działają w wielu miastach europejskich, oferta urzędów pracy czy ośrodków pomocy społecznej jest niewystarczająca. Ona musi uwzględniać konkretną sytuację życiową kobiety, której często trudno wrócić na rynek pracy ze względu na obciążenie obowiązkami opiekuńczymi. W Warszawskim Centrum Kobiet mogły się poradzić, nie przeżywają lęku przed stygmatyzacją, że korzystają z ośrodka pomocy społecznej – dodała.

- Pytanie, czy w ślad za zamknięciem bielańskiej placówki pójdą dalsze oszczędności. Już i tak brakuje żłobków i przedszkoli, miasto nie prowadzi programów – na przykład adresowanych do pracodawców – zachęcających do rozwiązań pozwalających łączyć życie zawodowe z prywatnym - dodaje przewodniczący warszawskich Zielonych, Bartłomiej Kozek. - Miejska ekipa rządząca, w której większość ma partia określająca się jako „obywatelska”, tnie finansowanie organizacji, która przez wiele lat udowodniła swoje kompetencje w dziedzinie adresowanej do kobiet polityki społecznej. Pieniędzy na tego typu centra powinno być nie mniej, a więcej, zaś doświadczenia osób pozostających bez pracy powinny zacząć być na poważnie uwzględniane przez miejskie placówki przy przygotowywaniu działań i odpowiedniej alokacji środków finansowych na pomoc bezrobotnym.

- Ciekawi nas stanowisko pani pełnomocnik ds. przeciwdziałania dyskryminacji, która niedawno została powołana przez prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz. Przypadkiem zamknięcia Warszawskiego Centrum Kobiet powinna się zająć jak najszybciej – powiedziała Irena Kołodziej, przewodnicząca warszawskiego koła Zielonych. – Oczekujemy, że tak właśnie zrobi – dodała.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...