Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinie. Pokaż wszystkie posty

23 grudnia 2014

Łukasz Gawryś: Porozmawiajmy o prawdziwych problemach polskich szkół

Dość nierzetelnej debaty! Stop nagonce na nauczycieli! – czytamy w  stanowisku Rady Krajowej Partii Zieloni. Zieloni protestują przeciwko sprowadzaniu systemowych problemów polskiej edukacji do lenistwa nauczycieli i rzekomo nadmiernych przywilejów zawodowych zapisanych w Karcie Nauczyciela. Prawdzie problemy polskiej szkoły są bowiem zupełnie inne. Oto jak je widzi Łukasz Gawryś, nauczyciel matematyki:

1) Przeładowane klasy. Jeśli chcemy, żeby nauczyciele mieli w ogóle szanse na bezpośredni kontakt uczniem, to klasy powinny liczyć nie więcej niż 15-20 osób. Obecnie klasy liczą po 30-35 osób. Niż demograficzny był wspaniałą szansą, żeby zmienić ten stan rzeczy. Z szansy tej władze oświatowe nie skorzystały. Zamiast poprawić warunki nauczania zlikwidowano szkoły, nauczycieli wyrzucono na bruk, a problem zbyt licznych klas nadal pozostaje nierozwiązany.

2) Zbyt niskie płace nauczycieli, zwłaszcza w miastach. O ile w małych ośrodkach nauczyciel potrafi zarabiać ponad lokalną średnią, to w dużych miastach bez dorabiania ciężko z pensji wyżyć. Wpływa to negatywnie na poziom nauczania, bo nauczyciele muszą szukać innych źródeł zarobku. Tymczasem tylko w Warszawie obniżono w ciągu ostatnich lat dodatek motywacyjny. Skutek jest taki, że  zamiast przyciągać do zawodu najlepszych, przyciągamy przeciętniaków. 

3) Nadmiar biurokracji. Zamiast zajmować się kształceniem młodzieży nauczyciele tracą czas na wypełnianie coraz to nowych papierów, ewaluacji, sprawozdań i tabelek, które nie mają żadnego wpływu na poziom nauczania. Efekt jest taki, że nauczyciel jest oceniany na podstawie tego, ile papierków wypełnił oraz jakim kolorem długopisu wpisał temat do dziennika. To, jak naucza i jaki ma kontakt z uczniami, nikogo już nie interesuje.

4) Słaby system szkoleń. Szkolenia często są tak żenująco prowadzone i tak bezsensownie dobrane, że w zasadzie ich wpływ jest gorszy niż gdyby ich wcale nie było. To, jak pieniądze są marnotrawione na szkolenie nauczycieli, powinno być obiektem zainteresowania instytucji odpowiedzialnych za walkę z korupcją. Przykładowo w tym roku setki tysięcy nauczycieli zostało przeszkolonych w... walce z terroryzmem. Ostatni atak terrorystyczny w szkole miał w Polsce miejsce w dwudziestoleciu międzywojennym, ale to nie przeszkadza ministerstwu prowadzić zakrojonej na cały kraj akcji "podnoszenia kwalifikacji".

Powtarzane jak mantra hasło likwidacji Karty Nauczyciela odwraca uwagę opinii publicznej od prawdziwych problemów polskiego systemu edukacji. Nie możemy się na to zgodzić. Przyszłość polskiej szkoły zależy również od tego, czy zdobędziemy się dziś na poważną i merytoryczną debatę,  czy też zadowolimy się prostacką nagonką na nauczycieli, jaką przy współpracy części mediów uprawia obecna Minister Edukacji Narodowej.

Łukasz Gawryś

Autor jest nauczycielem matematyki, aktywistą rowerowym, od listopada 2014 - radnym dzielnicy Ochota wybranym z listy "Ochocianie".

21 sierpnia 2014

Pocztówka z Warszawy


Zakochaj się w Warszawie! – zachęca lansowane przez ratusz hasło. Zakochać się w Warszawie nie jest jednak łatwo, bo prawie jej nie widać zza wielkoformatowych reklam. Na zdjęciu poniżej można podziwiać, jak architektura Rotundy PKO została skutecznie oszpecona przez dwa gigantyczne postery.



Na kolejnej fotografii widzimy piękny budynek na Placu Konstytucji. Mówiąc ściślej, budynek ten mógłby być piękny, gdyby nie  przesłoniła go reklama marki Addidas.




Czy naprawdę chcemy codziennie to oglądać? Czy godzimy się na to, aby goście odwiedzający Warszawę widzieli jedynie jedną wielką przestrzeń reklamową? Być może nadszedł już czas, żeby ratusz zaczął wydawać promocyjne pocztówki, na których wprawny widz będzie mógł dostrzec fragmenty warszawskiej architektury wyłaniające się gdzieniegdzie zza wielkoformatowych reklam?

Miasto wolne od reklam jest jednym z postulatów kampanii samorządowej Joanny Erbel. Ratusz ma instrumenty pozwalające na ukrócenie estetycznego horroru. Przede wszystkim trzeba skutecznie egzekwować już obowiązujące przepisy, takie jak wydane w 2007 toku zarządzenie prezydenta miasta o uporządkowaniu nośników reklamowych na terenach miejskich. Niewykorzystanym narzędziem walki z reklamową samowolą są też plany zagospodarowania miejscowego, w których należy umieszczać zapisy ograniczające możliwość stosowania reklam wielkoformatowych. Konieczna jest też bardziej stanowcza walka z nielegalną reklamą.   

Warszawa wolna od reklam wielkoformatowych jest zatem możliwa. Niezbędna do tego jest zmiana polityczna, gdyż obecna władza nie raz już udowodniła, że uwolnienie miasta od reklamowego koszmaru nie jest jej priorytetem.

Tekst: Maciej Adamczyk
Zdjęcia: Marcelina Zawisza

18 sierpnia 2014

Samochód jest nałogiem

"Nie masz samochodu? To jak tu dojeżdżasz?" - zapytała koleżanka pracująca w budynku obok na Służewcu. „Dojeżdżam siedemnastką, sto trzydzieści osiem albo eskaemką” - wyjaśniłam. "Ale to chyba daleko z przystanku?" – drążyła temat koleżanka. „Przecież nie dalej niż od samochodu, który w końcu uda się zaparkować po kilkunastominutowym objeździe okolicy” – tłumaczyłam cierpliwie. "Ale ja i tak wolę samochodem". No tak. Argument trudny do zakwestionowania. "I co wy biedy teraz bez samochodu tu zrobicie?" - zasmucił się gospodarz wynajmujący nam pokój w Górach Stołowych. "Pojedziemy busem? Pójdziemy szlakiem turystycznym? Złapiemy stopa?"-  pomyślałam, ale nie powiedziałam na głos. Ktoś, kto raz posadził w tyłek w samochodzie, ma dużą trudność w zrozumieniu, że przemieszczać można się inaczej.

Człowiek bez auta to człowiek, któremu coś musiało nie wyjść. Przypieczętowaniem matury jest zdobycie prawa jazdy, a symbolem choćby jako takiej stabilizacji zawodowej jest auto (stan nieważny). A kto raz posiadł auto, w natychmiastowy sposób traci umiejętność poruszania się inaczej. Samochód uzależnia. Świat pociągów, tramwajów, metra i przede wszystkim chodzenia na piechotę staje się wrogi. Nie wiadomo, gdzie kupić bilet. Nie wiadomo, jaka linia powiezie mnie spod domu do pracy. Nie wiadomo, czy będzie gdzie usiąść. Nie wiadomo, kto usiądzie obok. Nie wiadomo, po co miałbym wsiadać do tramwaju, podczas gdy samochód stoi obok… 



Jak przekonać takiego kogoś do porzucenia auta, a przynajmniej mniejszej częstotliwości użytkowania? Zanieczyszczenie powietrza i hałas to argumenty, które ciężko przełożyć na jednostkowe zachowanie. Bo mam czym oddychać, a poza tym co z tego, że ja się przesiądę do tramwaju, skoro sąsiad jak smrodził dwudziestoletnim golfem, tak smrodzi? Argument finansowy też jest wątpliwy. Dla zamożnej klasy średniej auto to stosunkowo niewielka inwestycja w wizerunek. Dla tych, którzy do klasy średniej aspirują, argument finansowy staje się coraz mniej przekonujący w obliczu drożejącej komunikacji miejskiej. Więc może wygoda? Choćby tramwaje przyspieszyły, choćby metro miało trzy linie, choćby dobrze ogrzewano zimą, a klimatyzowano latem cały tabor, to własne, czyste, ciche auto będzie miało przewagę nad zatłoczonym pojazdem komunikacji miejskiej.  Osoba kompulsywnie korzystająca z samochodu zawsze znajdzie milion argumentów za tym, żeby nie przesiadać się do metra czy tramwaju. Jak zatem przekonać mieszkańców stolicy, aby zamienili samochody na komunikację publiczną i rowery? Sądzę, że zmiana musi nastąpić najpierw w głowach warszawiaków. Dopóki wyznacznikiem stylu będzie wielki SUV, dopóty wszystkie  racjonalne argumenty będą bez znaczenia. 

Już idzie ku dobremu. Choć rozprzestrzenianie się mody na rowery bywa irytujące (rozchwiany brodacz na wielkim, designerskim holendrze z równie wielkimi słuchawkami na uszach, ślepy na ruch pieszych i aut dookoła), to potrzebujemy tej mody. Niech piękni ludzie przesiadają się z SUVów w kolorze caffee latte na piękne holendry, bo pięknych wzorów potrzebuje dziś Warszawa. Wierzę też, że po okresie zachłyśnięcia się motoryzacją, w końcu warszawiacy zrozumieją, dlaczego tak kochają Londyn czy Nowy Jork - bo oglądają te miasta z perspektywy wagonu metra albo autobusu, a nie z perspektywy okna samochodu z widokiem na korek na Wołoskiej.

Gosia Mulik

16 lipca 2014

Zielona demokracja


Oklaski na sali plenarnej i oklaski na stojąco po przemówieniu posłanki Anny Grodzkiej. Niepowtarzalne emocje, gęsia skórka i poczucie wspólnoty ideałów. – Zwyciężymy, zwyciężymy!  - słowa te uskrzydlały członkinie i członków Zielonych, zebranych na sali obrad partyjnego kongresu.

Kongres ten był wyjątkowy pod wieloma względami. Partia, ciesząca się z powodu rosnących szeregów, opowiedziała się wyraźnie za samodzielnym startem, nie wykluczając porozumienia z innymi środowiskami lewicy społecznej. Na tym Kongresie zostały postawione mocne fundamenty budowy politycznej niezależności, oparte na sprzeciwie wobec establishmentu, działającego w polskim parlamencie.

Jako nowy sympatyk Zielonych i uczestnik Kongresu po powrocie z pierwszego dnia obrad zacząłem się zastanawiać nad tym, w czym tkwi siła Zielonych.

Niewątpliwie ich mocną stroną są ludzie: członkinie i członkowie partii, których umysły są otwarte na nowe, lepsze, zielone jutro. Ludzie, którzy mają wiele do zaproponowania społeczeństwu, którzy chcą zmian. Niewątpliwie wszyscy posiadają nowy pierwiastek, którego trudno poszukiwać w tablicy Mendelejewa – pierwiastek „lewicowej wrażliwości” na sprawy społeczne, gospodarcze oraz tak ważne i podkreślane w trakcie dyskusji środowisko naturalne. 

Innym ich walorem jest moim zdaniem wizja „zielonej demokracji”, oparta na takich wartościach jak tolerancja, szacunek dla rozmówcy, który ma inne zdanie, a także kultura dyskusji, której obecnie tak brakuje w życiu publicznym. Nie możemy na to dłużej pozwalać i akceptować braku merytorycznej debaty w sferze publicznej.
Fot. Elżbieta Hołoweńko.

To właśnie na Kongresie po raz pierwszy zobaczyłem demokrację, która została wypracowana w atmosferze pluralizmu i poczucia tożsamości. Taki model działania niewątpliwie pozwoli na dalszy rozwój partii.

Na co dzień za pośrednictwem mediów widzimy, że obecni nasi przedstawiciele w różnych organach zamienili demokrację w prosty rachunek arytmetyczny, w którym liczy się ilość posiadanych radnych, posłów czy senatorów. Nie da się zatrzeć wrażenia skupiania się przez nich przede wszystkim na poszukiwaniu większości w celu załatwiania politycznych interesów, korzyści dla partii i określonych środowisk. Należy zdać pytanie, gdzie w tym rachunku znajdziemy prawa  kobiet, mniejszości seksualnych, etnicznych, osób wykluczonych, starszych? Polityczny koniunkturalizm zabija społeczeństwo.

Nadszedł czas na „zielony pierwiastek”, który trzeba wprowadzić do życia społecznego. Czas, aby po 25 latach usłyszano głos ludzi, którzy reprezentują nowy sposób myślenia o nas – społeczeństwie, Polsce, Europie, świecie oraz środowisku naturalnym, bez którego nie ma przyszłości.

Grzegorz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...