Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M1 - relacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M1 - relacje. Pokaż wszystkie posty

14 lutego 2014

Irena Kołodziej: Skandal i zgroza

Takie są moje uczucia po debacie o ustawie reprywatyzacyjnej, a raczej jej braku. Czegośmy się na niej dowiedzieli z ust posła, przedstawiciela partii rządzącej, byłego prezydenta miasta? Że ustawy wciąż nie ma, bo materia jest trudna i skomplikowana, skarbu państwa nie stać na rekompensaty pieniężne dla byłych właścicieli, górnej stawki czynszu dla lokatorów uchwalić nie sposób, bo Sąd Najwyższy uznał, że to niemożliwe, a handlu roszczeniami też się nie da powstrzymać, bo prawo własności jest zbywalne. I już.

Fot. Meo Hav, Wikimedia commons
CC-BY-SA


W tym wszystkim dominuje punkt widzenia właściciela. A raczej: spekulanta, bo roszczenia skupują od spadkobierców ludzie bogaci. To ich interesy reprezentuje partia rządząca, obywatelska z nazwy. Los ludzi mieszkających w reprywatyzowanych kamienicach w ogóle się w tej optyce nie mieści. Ludzi, którzy z dnia na dzień tracą dach nad głową, bo właściciel podnosi czynsz do niewyobrażalnej dla zwykłego człowieka wysokości. Teraz jedyne, na co mogą liczyć, to przyznawane przez miasto mieszkanie socjalne, na które przyjdzie im czekać nierzadko latami. W stresie. W niepewności. Komunalne zasoby mieszkaniowe miasta są przecież skromne i coraz skromniejsze.

- Czego się spodziewasz? – mówi po debacie mój przyjaciel Marek, mieszkaniec sprywatyzowanej właśnie praskiej kamienicy, który stanął oko w oko z opisaną perspektywą. – To biali ludzie. Co ich obchodzą „czarnuchy”? Ich zmartwienie to rysa na karoserii nowego porsche albo kolor kafelków na budowanej pod Warszawą daczy. Wzięli na przeczekanie… Z czasem problem sam się rozwiąże – eksmitowani za niepłacenie podwyższonego czynszu lokatorzy wymrą albo zostaną poupychani po schroniskach dla bezdomnych. Jedyne, z czego jestem zadowolony, to że nigdy na nikogo z nich nie głosowałem. Nawet jako na „mniejsze zło”.

Marek skończył niedawno remont i adaptację mieszkania. Trwało to rok, bo jako jeden z armii niemajętnych zrobił to głównie własnymi rękami, kosztem ogromnego wysiłku i stresu, w weekendy i po pracy. Teraz najprawdopodobniej będzie je musiał wraz z żoną i  dzieckiem opuścić, bo czy będzie go stać na płacenie 1500 czy 1700 zł czynszu? Tyle wynosi cały jego miesięczny zarobek, i to pod warunkiem, że praca akurat jest.

Nie wyobrażam sobie, by w którymkolwiek z krajów Zachodu tolerowano przez lata takie puszczenie sprawy na żywioł – kosztem najuboższych i najbardziej bezradnych. Nawet kapitalizm i wolny rynek nie muszą oznaczać kompletnej społecznej znieczulicy.

– Tam mieli rok sześćdziesiąty ósmy, myślą inaczej – mówi Marek. – I my też będziemy mieli swój sześćdziesiąty ósmy. Pożar się tli… Na razie od lania wody na zgliszcza jest Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów – jedyny ratunek polskiego czarnucha. Naprawiają to, co napsuli politycy. Ale co oni mogą? Tylko patrzeć, jak pożar wybuchnie.

Mam pytanie: czy w ogóle należało wprowadzać reprywatyzację? W II Rzeczypospolitej, po odzyskaniu niepodległości, przyjęto inną zasadę: ucięto wszelkie roszczenia do nieruchomości, odebranych właścicielom przez rząd carski. Przez zaborcę! Nie próbowano zawracać kijem biegu historii. Uznano, że upłynęło kilkadziesiąt lat, dawni właściciele nie żyją, w ich dobrach zasnuto nowe życie, wychowały się w nich pokolenia. ludzi. Próba naprawienia dawnych krzywd oznaczałaby krzywdy kolejne – dla obecnych mieszkańców. A przecież to II Rzeczpospolita jest wzorcem, do którego nieustannie odwołują się kolejne konserwatywne rządy.

A jeśli już zdecydowano się na reprywatyzację, dlaczego prawo własności uznano za wartość jedyną? Dlaczego zignorowano takie wartości, jak dobro publiczne i prawo ludzi do dachu nad głową? Roszczenia spadkobierców można było zaspokoić drogą ekwiwalentu pieniężnego, pomniejszonego o wkład ze strony państwa i obywateli w odbudowę, remonty i adaptacje obiektów.

Wczoraj słyszeliśmy z ust posła PO: brak ustawy to nie zła wola, to po prostu jest bardzo trudne.  Innymi słowy: nie zła wola, tylko nieudolność. Dla zagrożonych lokatorów to bez różnicy. Mam pytanie: jeśli nie chcecie bądź nie potraficie tej palącej dla OBYWATELI sprawy załatwić, to co wy tam jeszcze, panowie (i nieliczne panie), robicie?

Irena Kołodziej

Autorka była w latach 2007-2010 przewodniczącą koła warszawskiego Partii Zieloni (parytetowo wspólnie z Bartłomiejem Kozkiem). O debacie reprywatyzacyjnej w Zielonym Centrum M1 pisał również Piotr Kozak na portalu Polityka Warszawska.

5 grudnia 2013

Wolność i równość - nasza broń przeciw nacjonalistom

Czy ruchy nacjonalistyczne rosną w siłę? Czy w listopadzie 2014 roku grozi nam powtórka z wydarzeń z lat poprzednich? Jeżeli tak, to jaką strategię należy przyjąć, aby przeciwdziałać tym i podobnym zjawiskom? Na te i na inne pytania starali się znaleźć odpowiedź uczestnicy panelu dyskusyjnego prowadzonego przez przewodniczącą warszawskiego koła Zielonych, Marcelinę Zawiszę, organizowanego w poniedziałkowy wieczór w Zielonym Centrum M1.


Socjolog Maciej Gdula zwrócił uwagę, że nie istnieją dokładne badania dotyczące wzrostu znaczenia ideologii nacjonalistycznych w Polsce. Wyraził jednak przekonanie, że takie badania będą prowadzone w kolejnych latach. Nie wiadomo również, jakie jest ugruntowanie nacjonalizmu we współczesnej Polsce. Gdula skonstatował (co było zresztą przedmiotem gorącej dyskusji podczas debaty), że mówienie o działających dziś w Polsce ruchach nacjonalistycznych w oderwaniu od aspektów faszystowskich, które mogą towarzyszyć temu zjawisku, jest oddawaniem pola faszystom. Ten zaś budzi się z uśpienia. Ruchy faszystowskie wzmocniły swoją pozycję m.in. poprzez organizowanie blokad antyfaszystowskich. Strategia budowania antyfaszystowskiego kordonu w przekonaniu Gduli zawiodła i zachęciła jedynie do pójścia na Marsz Niepodległości, czyniąc go w opinii publicznej niejako plebiscytem, kto popiera, a kto nie popiera „Gazety Wyborczej”.

Krzysztof Telejko, członek zaatakowanego podczas ostatniego Marszu Niepodległości skłotu „Syrena”, podkreślał z kolei fakt, że to nie anarchiści są najbardziej zagrożeni wzrostem znaczenia ruchów faszystowskich w Polsce. W pierwszej kolejności zagrożone są społeczności romskie, czeczeńskie i mniejszości seksualne. Problemem ruchów faszystowskich jest bowiem przede wszystkim to, że są one nastawione przeciwko tym społecznościom i jedyną receptę na poprawienie stanu rzeczy w Polsce, widzą w eliminacji poszczególnych grup. Telejko nie uważa również, aby można było sensownie mówić o członkach ruchów narodowych jako o „wykluczonych”, choć z pewnością oni sami uważają się za wykluczonych. Mimo że „antysystemowe” postulaty nacjonalistów mogą mieć pewną atrakcyjność, ruchy nacjonalistyczne służą pogłębianiu zjawisk, z którymi rzekomo walczą.


Co zatem możemy zrobić? Czy powinniśmy zdelegalizować Ruch Narodowy i uniemożliwić im występowanie w mediach publicznych? Sprzeciwiał się temu filozof i członek Zielonych Piotr Kozak. Sama delegalizacja i cenzura nie spowodują, że nacjonalizm zniknie z przestrzeni publicznej – przekonywał. Kozak zwracał również uwagę, że nie możemy stawiać znaku równości pomiędzy nacjonalizmem a faszyzmem. Zdarzają się wprawdzie przypadki, które należy piętnować i z którymi należy walczyć, że część ruchów nacjonalistycznych stanowią organizacje faszystowskie, ale nieuprawnione generalizowanie prowadzi do tego, że pozbawiamy słowa faszyzm jego znaczenia, co czyni je niegroźnym. Kozak podkreślał też, że sprzeciwianie się faszyzmowi i szowinizmowi nie musi oznaczać, że odżegnujemy się w ten sposób od pojęcia narodu i patriotyzmu. Można sprzeciwiać się szowinizmowi i wciąż kochać kraj i naród. Ostatnią sprawą, była kwestia przemocy. Według Kozaka, niesłusznym jest redukowanie krytyki ruchów nacjonalistycznych do krytyki stosowanej przez jej członków przemocy. Jeżeli problem byłaby tylko przemoc, to jedynym skutecznym lekarstwem byłoby zwiększanie uprawnień policji, a nie o to nam wszystkim chodzi. To nie sama przemoc jest problemem, ale to, że motywowana jest ona nienawiścią przeciwko ludziom.

Emilia Palczak-Madagaskarska, członkini skłotu „Przychodnia”, podkreślała niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą obecność ruchów narodowych w przestrzeni publicznej. Przede wszystkim zwracała uwagę na fakt, że czołowi przedstawiciele Marszu Niepodległości jawnie pochwalają przemoc oraz próbują przerzucić odpowiedzialność na innych. Z drugiej strony, występując w mediach, Ruch Narodowy pragnie zachować pozory i stwarza wrażenie przestrzegania reguł demokratycznej debaty. Niebezpieczeństwo polega na tym, że dzięki temu Ruch Narodowy może posługiwać się bojówkami i zarazem od tych bojówek się oficjalnie odcinać. Jednakże bez względu na to, czy RN odżegnuje się od działań chuliganów, to ci ostatni mają swoją ważną rolę w samym ruchu i są mniej lub bardziej oficjalnie wykorzystywani przez RN.

Redaktora Nowych Peryferii Marcelego Sommera zmartwiły z kolei reakcje na wydarzenia z 11 listopada – przede wszystkim tendencja do zaostrzania prawa. W jego przekonaniu, nie rozwiąże to problemu popularności ruchów narodowych. Według Sommera lewica nie powinna postulować zaostrzenia prawa, ponieważ dzięki temu legitymizuje ona status quo i występuje w obronie klasy rządzącej. Jeżeli lewica ma mieć sens – mówi Sommer – to tylko wtedy, gdy sprzeciwia się status quo, a nie go wspiera. Istotne jest to, aby przenieść temat dyskusji na poziom debaty o wizjach Polski, a nie o tym, czy III RP jest warta obrony, czy nie. Z drugiej strony, niepokój budzi fakt, że nie wiemy, kim są członkowie RN. Z pewnością jednak nie możemy pozwalać sobie na uproszczenia. Trzeba więc oddzielić trzy poziomy: poziom „twarzy” ruchu w mediach, poziom członków i sympatyków RN oraz poziom uczestników Marszu Niepodległości.

Uczestnicy debaty zgodzili się co do tego, że w obliczu wzrostu znaczenia ruchów nacjonalistycznych konieczne jest budowanie alternatywy politycznej i ideowej. Skuteczna walka z ruchami nacjonalistycznymi nie polega na walce przeciw tym ruchom, ale na budowaniu alternatywnej wizji Polski. Jak zauważył przewodniczący Zielonych Adam Ostolski, zamiast domagać się tego, by wyeliminować z debaty publicznej nacjonalistów, powinniśmy raczej żądać poszerzenia debaty publicznej – tak, aby znalazło się w niej miejsce dla anarchistów, działaczy ruchów ekologicznych, związkowców, skłotersów czy radykalnych feministek. Zamiast koncentrować się na obecności nacjonalistów w mediach, lepiej zająć się problemem, jakim jest nieobecność przedstawicieli antysystemowych ruchów z lewej strony.

2 grudnia 2013

Marcin Wrzos: Przyszłość Placu Powstańców wciąż w zawieszeniu


Plac Powstańców Warszawy to miejsce, o przyszłości którego należy rozmawiać. Nie tylko dlatego, że jest to jeden placów w ścisłym centrum stolicy, ale również dlatego, że obecnie służy on raczej samochodom niż ludziom. Stąd konieczność organizowania spotkań takich, jakie miało miejsce w Zielonym Centrum M1 w poniedziałek 25 listopada. Debata poświęcona Placowi Powstańców Warszawy spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem. Pozwoliła nie tylko na poznanie planów władz miejskich i oczekiwań mieszkańców co do przebudowy tego ważnego punktu na mapie miasta, ale dała również szansę na szerszą dyskusję co do koncepcji  organizacji przestrzeni publicznej w centrum Warszawy.

Spotkanie poprowadził Marek Matczak, inicjator akcji "Konsultacje społeczne w sprawie Placu Powstańców" i przewodniczący warszawskich Zielonych. W panelu udział wzięli: Andrzej Rokiciński (przewodniczący rady osiedla Centrum), Grzegorz Piątek (były naczelnik ds. estetyki przestrzeni publicznej), Jarosław Jóźwiak (dyrektor Centrum Komunikacji Społecznej) oraz Joanna Erbel (socjolożka miasta, aktywistka miejska).

Marek Matczak omówił powody, które doprowadziły do skorzystania z nowo uchwalonego prawa o inicjatywie lokalnej. W jego opinii władze miasta nie interesowały się zupełnie zgłaszanymi przez mieszkańców postulatami remontu i przebudowy Placu Powstańców Warszawy. Na odpowiedź na list napisany do Pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz trzeba było czekać aż pół roku. Niewiele mniej zajęło władzom miejskim odpowiedzenie na interpelację w Radzie Miasta. W lakonicznej odpowiedzi oprócz zapewnień, że „problem jest dostrzegany” i „zostaną przedsięwzięte odpowiednie działania” nie znalazły się żadne konkrety. Zbieranie podpisów pod inicjatywą konsultacji jest jego zdaniem doskonałym sposobem na wymuszenie podjęcia działań na władzach miejskich. Zwrócił również uwagę na fakt, że władze dzielnicy często swoją bierność uzasadniają tym, że za daną część miasta odpowiadają władze miejskie. Władze Śródmieścia chętnie uczestniczyły w konsultacjach dotyczących Placu Małachowskiego, ale nie chciały się angażować w konsultacje dotyczące Placu Powstańców Warszawy.

Andrzej Rokiciński  zaczął od przypomnienia od jak dawna mieszkańcy starają się o zainteresowanie władz miejskich przebudową Placu Powstańców. Pierwsze inicjatywy, w których uczestniczył miały miejsce w 2008 roku.  Jego zdaniem budowa II linii metra i w konsekwencji wymuszona przebudowa ulicy Świętokrzyskiej to doskonały moment, by zająć się również remontem Placu Powstańców Warszawy. W tej chwili jest to martwe miejsce. Mieszkańcy chcieliby by stał się on miejscem rozpoznawalnym, w którym tętni życie. Hałas, na który zazwyczaj skarżą się mieszkańcy, nie byłby problemem ponieważ w bezpośrednim sąsiedztwie placu nie ma niemal budynków mieszkalnych. Zaletą jest również położenie, znajduje się on w bliskiej odległości od obu linii metra. Jego zdaniem nie trzeba dużych nakładów na remont. Ważne, by władze miejskie miały koncepcję na zagospodarowanie tego terenu i stworzyły warunki to jej realizacji.

W odczuciu Rokicińskiego remont Placu Powstańców Warszawy powinien być przeprowadzony na tyle szybko, by w 2014 roku mogły się odbyć na nim obchody 60 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Ponieważ jest to miejsce ważne dla Warszawy, warto by w planach ewentualnej rewitalizacji wziąć pod uwagę jego przedwojenny wygląd. Rokiciński  zapewnił również, że ruszyło już zbieranie podpisów pod wnioskiem o konsultacje.

Grzegorz Piątek zauważył, że trudno mówić o zagospodarowaniu na nowo Placu Powstańców bez informacji o tym, czy władze miejskie zamierzają wybudować podziemny parking, czy też nie. Jeśli inwestycja miałaby być zrealizowana w krótkim czasie, to sensowna wydaje się tylko powierzchowna estetyzacja. Jeśli parking byłby budowany za 10 lat, to zmiany mogą być bardziej gruntowne. Wyraził obawę, że będzie miał miejsce trzeci wariant: zostanie przeprowadzona estetyzacja, a parking mimo planów budowy szybko nie powstanie.

Jego zdaniem należy przemyśleć na nowo zasadność tej inwestycji. Z jednej strony miasto planuje ograniczenie ruchu samochodowego w centrum miasta, a z drugiej chce wybudować duży parking. Jeśli za 8 lat zostanie wprowadzona opłata za wjazd do Centrum, to może się okazać, że jest on niepotrzebny. Jego zdaniem być może jest to ostatni moment na zablokowanie jego budowy. Ulica Świętokrzyska zostanie po remoncie zwężona, pojawi się dodatkowy pas dla rowerzystów. Budowa parkingu w tym miejscu przeczy logice wprowadzanych zmian. Jego zdaniem na Placu powinno pojawić się dużo zieleni, ta część miasta cierpi na jej deficyt. Wyraził jednak obawę, że nie zawsze wszystko da się architektonicznie zaplanować. Czasem trudno przewidzieć jak zachowają się ludzie. Dlatego tak ważne jest prowadzenie konsultacji. Problemem dla placu są budynki instytucji publicznej, które nie generują aktywności.

Joanna Erbel zgodziła się, że Plac Powstańców sam z siebie nie wygeneruje aktywności i dlatego należy się zastanowić nad realną przestrzenią rekreacji w Warszawie. Nie jest nią ciąg Krakowskie Przedmieście - Nowy Świat z uwagi na natężenie ruchu autobusowego. Brakuje takich miejsc, pozytywnym przykładem jest tylko Plac Zbawiciela. Jej zdaniem ideałem byłaby policentryczna Warszawa. Lokalna wspólnota same chce ożywić Plac Powstańców i należy ją w tym wesprzeć. Tym bardziej, że jest to precedens. Dotąd mieszkańcy pragnęli przede wszystkim ciszy i spokoju. Jej zdaniem może być to dowód na to, że dorośliśmy do wielkomiejskości.

W jej ocenie w realizowanych przez miasto inwestycjach nie widać kompleksowego myślenia o przestrzeni miejskiej. Dotyczy to również centrum, gdzie inwestycje mają punktowy charakter. Myślenie kompleksowe pozwoliłoby łączyć poszczególne inwestycje i uniknąć sytuacji, w której dąży się do zmniejszenia ruchu samochodowego i jednocześnie buduje duży podziemny parking. Ułatwiłoby również kontakt z mieszkańcami, którym łatwiej byłoby ocenić zasadność podejmowanych przez miasto działań. Jej zdaniem konsultacje są czymś szalenie istotnym. Ścieżka rowerowa nie jest atrakcyjna dla kogoś, kto nie jeździ na rowerze. Jeśli jednak pokaże się, że nie chodzi tylko o rowery ale również o ciszę pod oknami i mniej zanieczyszczone powietrze, to ludzie poprą jej budowę.

Jarosław Jóźwiak wskazał, że miasto podejmuje liczne działania, stara się na bieżąco wychwytywać miejsca wymagające remontów. Zaprzeczył również, że nie ma pomysłu zagospodarowania centrum. Ulica Marszałkowska ma być bardziej przyjazna dla pieszych i rowerzystów. Ma powstać szereg nowych przejść dla pieszych, co będzie połączone z jej zabudową od strony Placu Defilad. Najważniejszą inwestycją będzie Muzeum Sztuki Współczesnej. Miasto często ma jednak związane ręce. Aleje Jerozolimskie do niedawna były drogą krajową i miasto nie miało wpływu na to co się na niej działo. Teraz będzie można zacząć wprowadzać zmiany.

Odnosząc się do Placu Powstańców powiedział, że miasto planuje remont jego północnej części. Potwierdził również, że powstanie tam parking podziemny. Powołał się na analizy finansowe, które potwierdziły opłacalność tej inwestycji. Jego zdaniem wybudowanie parkingu pozwoli zmniejszyć liczbę miejsc parkingowych na powierzchni. Zaprzeczył jednocześnie, że miasto będzie dopłacało firmie prowadzącej parking tak, by ceny parkowania tam były takie same jak na powierzchni. Jego zdaniem za 2,5-3 lata, kiedy parking już powstanie, Plac Powstańców powinien być poddany rewitalizacji. Teraz jest więc najlepsza pora na rozpoczęcie konsultacji. Dotąd miasto najpierw przygotowywało projekty, a potem poddawało je konsultacjom. Teraz ma być odwrotnie i koncepcje mają być przygotowywane zgodnie z oczekiwaniami mieszkańców. Ograniczeniem są plany miejscowe, które ogólnie określają, co można zrobić, a co nie. Pewnym problemem jest to, że bardzo często nie są one jeszcze uchwalone.

Jarosław Jóźwiak przyznał, że być może inwestycje mają na razie charakter punktowy ale wkrótce będzie można mówić o pewnej całości. Celem nadrzędnym jest zmniejszenie ruchu samochodowego w centrum. Ciekawostką są plany wprowadzenie wypożyczania samochodów (elektrycznych) na wzór Veturilo, co mogłoby zniechęcić ludzi do posiadania własnych samochodów.

Michał Dobrzański (Instytut Obywatelski) stwierdził, że miasto ma całkiem sensowną strategię transportową. Zasadniczym problemem jest to, że nie zawiera ona horyzontów czasowych, a bez tego wszelkie planowanie jest niemożliwe. Na Placu Powstańców należy jego zdaniem nawiązać do rozwiązań znanych choćby w Nowym Jorku i zdecydować się na tymczasową organizację przestrzeni. Oddanie jej mieszkańcom pozwoli zobaczyć, jak będą z niej korzystać. Ludzie przyzwyczaili się już do zamknięcia ulicy Świętokrzyskiej, jego zdaniem nie należy jej oddawać do ruchu samochodowego.

Marcin Wrzos

19 lipca 2013

Ewa Sufin-Jacquemart: Drill, baby, drill

Fot. Marek Matczak
15 lipca, po pikiecie przed Ministerstwem Środowiska i w Łazienkach, delegacja mieszkańców Żurawlowa uczestniczyła w spotkaniu-debacie w Zielonym Centrum M1, połączonej z pokazem dokumentalnego filmu Lecha Kowalskiego „Drill Baby Drill”.

Pierwszy film Lecha Kowalskiego poruszający, nieco przez przypadek, problem skutków poszukiwań gazu łupkowego dla wiejskich społeczności lokalnych, powstał w 2011 r. i pokazał m.in. historię o tym, jak i dlaczego mieszkańcy Rogowa doprowadzili do porzucenia projektu wierceń na terenie tej wsi. Wyświetlony pod tytułem „Holy World, Holy War” na międzynarodowym festiwalu dokumentu FIDMarseille, zdobył tam trzy nagrody, a połączenie przez Skype na gali rozdania nagród z Lechem Kowalskim przebywającym na miejscu protestu w Żurawlowie, wywołało wielkie poruszenie wśród publiczności festiwalu.

Po przypadkowym odkryciu problemu gazu łupkowego dla obszarów wiejskich Lech Kowalski zainteresował się konsekwencjami środowiskowymi wydobycia gazu łupkowego metodą szczelinowania hydraulicznego i pojechał ze swoją „walczącą kamerą” do Pensylwanii, zbadać jak wygląda życie społeczności rolnych po kilku latach eksploatacji w rejonach masowego wydobycia. Jednocześnie pozostał w stałym kontakcie z mieszkańcami Rogowa i Żurawlowa, asystując im w działaniach, jakie podjęli skonfrontowani z tym nowym dla nich problemem. Z połączenia przeplatających się historii – tej już napisanej w Pensylwanii i tej zaczynającej się w zamojskiej gminie Grabowiec, powstał film „Drill Baby Drill”, pokazany w Zielonym Centrum M1. Jego najważniejsi polscy bohaterowie byli obecni, poza jednym, sołtysem gminy Żurawlów Emilem, który odleciał tego dnia wraz z Lechem Kowalskim do Anglii, na spotkanie wokół tego samego filmu z mieszkańcami kilku miast i miasteczek.

Film Lecha Kowalskiego nie może pozostawić widza obojętnym. Chorujący ludzie i zwierzęta, przymusowe emigracje ze względów zdrowotnych, problem zatrucia wody pitnej rozwiązywany przez firmę wydobywczą bez jakiegokolwiek poszanowania mienia i jakości życia osób poszkodowanych, niewyobrażalne ilości wody pobierane z rzek dla przemysłu wydobywczego, nieprzestrzeganie podstawowych zasad bezpieczeństwa środowiskowego przez firmy wydobywcze, dla których każdy zaoszczędzony dolar jest ważniejszy niż środowisko, niż woda, niż ludzie, niż zwierzęta – takie są realia towarzyszące wydobyciu gazu łupkowego w Pensylwanii. Dla mieszkańców oznacza to też ciągły hałas jeżdżących w obie strony wielkich ciężarówek z wodą, piaskiem i chemikaliami, oraz światło nieprzerwanie bijące z instalacji. Na to nakłada się brak przejrzystości, zakaz filmowania instalacji, trzymanie wszystkiego w tajemnicy i narzucony nakaz milczenia, nawet na lekarzy borykających się z chorobami i dolegliwościami, których dotąd nie znali. To wszystko składa się na towarzyszącą temu przemysłowi „paranoję”, o której wielokrotnie autor wspomina w swoim komentarzu w filmie. Społeczności lokalne zostają skłócone, więzi międzysąsiedzkie naderwane, gdyż temat wydobycia gazu łupkowego mocno podzielił ludzi na przeciwników i zwolenników gazu. Gdyż są też zwolennicy. Są to głównie ludzie, którzy czerpią z tej nowej działalności duże korzyści materialne. Bronią zaciekle firm wydobywczych i gazu łupkowego, dopóki nie staną się sami, oni albo ich bliscy, ofiarami chorób i dolegliwości. Albo jako pracownicy lub podwykonawcy nie staną się zbyt bliskimi świadkami tak ewidentnych szkód środowiskowych z premedytacją dokonywanych decyzjami menadżerów firmy wydobywczej, że ich sumienia nie zmuszą ich do „zmiany obozu”.

Tak wygląda sytuacja w Pensylwanii po sześciu latach wydobycia. I jest coraz gorzej, gdyż technologia wymaga stałej ekspansji, stale rosnącej liczby odwiertów. Jest coraz mniej miejsca dla ludzi, a konsekwencje środowiskowe są coraz widoczniejsze i coraz bardziej dolegliwe dla ludzi.

Przenosimy się na polską cichą, piękną i spokojną rolniczą Zamojszczyznę. Poznajemy tamtejszych ludzi i ich spokojne, pracowite życie. Zostają oni w pewnym momencie wplątani w „historię łupkową”. Czy chcą tego czy nie, nie mają wyjścia, muszą się z tym zmierzyć, mimo, że nikt ich do tego nie przygotował. Samorządy, radni, nikt nie został przygotowany. Wybory ludzi są trudne, niepewność wielka – jakie będą konsekwencje ich własnych decyzji, czy mogą jeszcze o czymkolwiek decydować, czy ktoś już zadecydował za nich, nie troszcząc się o ich los. Nie znamy końca historii, obserwujemy tylko ludzkie postawy i wybory. Niektóre ewidentnie moralnie wątpliwe. Rodzi się refleksja, że być może rozwój przemysłu łupkowego, który jak możemy się domyślać doprowadzi do tych samych zgubnych dla środowiska i dla mieszkańców konsekwencji wszędzie tam, gdzie mu na to pozwolimy, będzie źródłem rozliczeń z „przestępstwami wobec ziemi” dla przyszłych pokoleń.

Mieszkańcy Żurawlowa obecni na debacie mieli po spotkaniu z ministrem Woźniakiem pesymistyczną wizję przyszłości. Jak długo będą mogli się bronić. Ich opór jest jak walka z wiatrakami. Czy grupka obywateli może sprzeciwić się tak wielkim siłom jak globalna, bezwzględna, nieprzeciętnie bogata firma wydobywcza wspierana przez rząd kraju mający wszelkie narzędzia władzy oraz przez całą klasę polityczną, mającą wszystkie narzędzia legislacyjne. Jak długo będą mogli walczyć o przestrzegania prawa, które jest na ich oczach zmieniane w interesie firmy zagranicznej, a procedury odwoławcze rozciągane w czasie, aby obowiązujące chwilowo prawo nie mogło stać się podstawą interwencji instytucji państwowej do tego powołanej w obronie obywateli. Jaką szansę mają rolnicy z malutkiego Żurawlowa na wpłynięcie na opinię publiczną zmanipulowaną za pośrednictwem spolegliwych mediów, za miliony złotych z kieszeni podatników?

Obecni uczestnicy spotkania dodawali gościom z Żurawlowa otuchy i wsparcia, zastanawiając się wspólnie nad strategią działania dla osiągnięcia tych pozornie niemożliwych celów. Na pokrzepienie serc obecna na sali Barbara Labuda przypomniała spotkania sprzed wielu lat, w innej sprawie, kiedy cel wydawał się równie nierealny i siły równie nieproporcjonalne...

Ewa Sufin-Jacquemart

17 lipca 2013

Solidarni z Żurawlowem - relacja

Z inicjatywy Fundacji Strefa Zieleni, reprezentującej ruch „Złupieni.pl”,  oraz Zielonych, kilkadziesiąt osób zebrało się w poniedziałek 15.07 przed Ministerstwem Środowiska, by wziąć udział w pikiecie solidarnościowej z trwającym już 7 tygodni protestem w Żurawlowie. Z Żurawlowa przyjechała liczna reprezentacja rolników skrupulatnie monitorujących wszystkie poczynania firmy Chevron pragnącej poszukiwać na ich terenie gazu łupkowego. Rolnicy dyżurują 24/24 i śledzą wszelkie poczynania firmy Chevron, aby zapobiegać  łamaniu prawa i permanentnemu nieprzestrzeganiu procedur administracyjnych przez firmę Chevron.

[...]

W ciągu dnia na ulicach Warszawy i w okolicach Parku Łazienkowskiego rozdano kilkaset ulotek na temat protestu w Żurawlowie, informujących m.in., że koncesje wydane firmie Chevron leżą na trzech największych udokumentowanych zbiornikach wód podziemnych w Polsce i na najlepszych glebach, czarnoziemach, stanowiących zaledwie 1% ziem uprawnych w Polsce.

Wieczorem w Zielonym Centrum M1 wyświetlono film Lecha Kowalskiego „Drill Baby Drill”, po którym odbyło się spotkanie-debata z mieszkańcami Żurawlowa.

11 maja 2013

Marcin Wrzos: Jakiej polityki potrzebuje Internet

We wtorek 7 maja odbyła się w Zielonym Centrum M1 debata o nowej polityce Internetu. Poprowadziła ją Agata Czarnacka, redaktora naczelna portalu Lewica24. Wśród panelistów znaleźli się: Józef Halbersztadt (ISOC Polska), Jarosław Lipszyc (Fundacja Nowoczesna Polska), Radosław Pietroń (Polska Partia Piratów) i Adam Ostolski (Partia Zieloni). [Zob. fotorelację]

Na początku prowadząca debatę Agata Czarnacka, nawiązując do głośnego artykułu Michela Bauwensa, postawiła pytanie o ewentualną współpracę między partiami Zielonych a Piratami. Dla panelistów był to punkt wyjścia dla szerszej dyskusji na temat zagrożeń płynących dla wolności internetu i sposobów radzenia sobie z nimi. Nie zabrakło odniesień do ACTA. Na koniec poruszono sprawę zależności między internetem a wolnościami obywatelskimi.

Ile polityki w polityce?

Józef Halbersztadt rozpoczął od wskazania realiów polityki prowadzonej w Parlamencie Europejskim. Układ partyjny jest, patrząc na skalę europejską, dość stabilny. Istnienie frakcji Zielonych stanowi gwarancję, że tematy związane ze społeczeństwem informacyjnym się przebiją. W Polsce ACTA przepadła, ponieważ organizacje pozarządowe były merytorycznie przygotowane i zdołały przebić się ze swoją fachowością do mediów. Dzięki temu udało się podzielić chadeków, zmuszając część z nich, by opowiedzieli się przeciwko ACTA. Jednak zdaniem Halbersztadta ten sposób działania powoli się wyczerpuje. Czas zacząć myśleć o stałym przesunięciu politycznym w Europie i Polsce, które gwarantowałoby trwałe i głębsze traktowanie tych tematów. W przeciwnym razie jesteśmy skazani na pojedyncze sukcesy w blokowaniu szkodliwych inicjatyw, ale pozbawieni szans na przeforsowanie własnych propozycji.

Z kolei Jarosław Lipszyc odżegnywał się od zainteresowania polityką rozumianą jako walka o władzę (politics). Stwierdził, że w jego interesie nie leży antagonizowanie się z nikim. Wchodząc w politykę, organizacje pozarządowe robią sobie wrogów. Gwarancją na załatwianie konkretnych celów jest więc niepopieranie żadnych partii politycznych. Należy chwalić lub ganić konkretne inicjatywy. Sfera rywalizacji o władzę interesuje go o tyle, o ile wpływa na wprowadzane przez państwo rozwiązania (policy). Dlatego tak ważna jest apolityczność i niezależność organizacji pozarządowych. Sprawą drugorzędną jest, która partia zrealizuje ich postulaty.

Radosław Pietroń nie wykluczył współpracy polskich Piratów z Zielonymi, zaznaczył jednak, że mogłaby mieć ona tylko charakter taktyczny. Innego typu współpraca nie miałaby sensu, ponieważ jego zdaniem i Zieloni, i Piraci to partie celowe, którym zależy na załatwieniu konkretnych – a przy tym różnych – spraw.

W odpowiedzi Adam Ostolski zauważył, że w przypadku ruchów społecznych zauważyć można pewną „alchemię”. Ludzie przychodzą z pewną konkretną sprawą, reszta postulatów na początku ich nie interesuje. Z czasem jednak zaczynają dostrzegać większą całość, a sprawy dotąd będące poza ich zainteresowaniami okazują się ważne. Powoli wyłania się konkretna wizja całościowej zmiany rzeczywistości. Zieloni i Piraci zaczynali od ruchów społecznych. To zbliża do siebie te projekty polityczne. Piratów na początku połączyły sprawy pozornie ze sobą niezwiązane, takie jak prawa autorskie i ochrona prywatności. Jednak Piraci pokazali, że te sprawy łączą się nieprzypadkowo, a traktowanie ich osobno odsuwa uwagę od sedna problemu.

Zdaniem Ostolskiego ograniczanie się do załatwienia konkretnych spraw sprzyja efektowi salami: rządzące partie przejmują kilka postulatów, parę innych włączają do programu, chociaż nie zamierzają ich realizować, a zdecydowana większość traci tym samym nośność i szanse na realizację. W ten sposób traci się szansę na zmianę świata, która jest celem działania politycznego, zaś partia zmienia się w organizację lobbystyczną.

Demokracja - płynna czy nie?

Odnosząc się do kwestii powiązania wolności w internecie i swobód obywatelskich, Józef Halbersztadt odwołał się do swoich obserwacji. Zauważył, że jest silna tendencja do ograniczania wolności obywatelskich na rzecz wielkiego biznesu. Tak dzieje się od kilkunastu lat i popierają to zarówno partie konserwatywne, jak i socjaldemokratyczne. Nie sposób się do tego nie ustosunkować. Jak przyznał, w pewnym momencie wyobrażał sobie, że da się pewne kwestie wyłączyć z politycznej walki. Takie myślenie okazało się jednak naiwne. Nie można liczyć na głębszą zmianę tak długo, jak nurty konserwatywne i chadeckie mają w Europie przewagę.

Natomiast Jarosław Lipszyc uznał, że łączenie tematu wolności internetu z ruchami progresywnymi jest za daleko idące. Przykład ACTA w Polsce udowadnia, że nic takiego nie ma miejsca. Jest raczej tak, jak mówią Piraci: ludzie zabrali głos tylko w tej konkretnej sprawie. W kwestiach takich jak aborcja czy budowa obwodnicy przez Dolinę Rospudy spór między nimi byłby bardzo gwałtowny. Wiele osób, które wyszły na ulicę przeciw ACTA, miało poglądy konserwatywne lub libertariańskie.

Zdaniem Radosława Pietronia potrzebna jest gruntowna zmiana systemu, w którym mniejszą rolę odgrywałyby partie polityczne, a większą obywatele. Odwołał się do koncepcji „płynnej demokracji”. Sposób wprowadzenia jej w życie jest sprawą drugorzędną. Jego zdaniem należy odejść od demokracji przedstawicielskiej i oddać głos obywatelom. Piratom zleży na kwestiach związanych z internetem i nie chcą odnosić się np. do spraw światopoglądowych czy ochrony środowiska naturalnego. Jego zdaniem mogłoby to tylko ograniczyć potencjalną liczbę wyborców i tym samym odsunąć w czasie realizację programu. Dlatego Piraci funkcjonują poza tradycyjnym podziałem na prawicę i lewicę.

Piraci i Zieloni po ACTA

W opinii Józefa Halbersztadta nikt się nie spodziewał w przypadku ACTA takich protestów. Wyraził też wątpliwość co do trwałości sukcesów partii Piratów. Kryzys finansowy sprzyja raczej polaryzacji politycznej, skupieniu na kwestiach gospodarczych, ewentualnie wzrostowi prawicowych partii antyeuropejskich. Partie Piratów pojawiły się wraz z konstatacją, że kwestii społeczeństwa informacyjnego nie da się „wyjąć” ze sporu politycznego i załatwiać osobno. W jego odczuciu partie Piratów wcale by nie powstały, gdyby Zieloni wykazali się większym refleksem. Na szczeblu europejskim była świadomość wzrostu znaczenia Internetu. Nie przeniosła się ona jednak na partie krajowe i na czas nie zaoferowano środowiskom, które dziś tworzą partie Piratów, współpracy np. poprzez zaoferowanie im miejsc na listach wyborczych.

Adam Ostolski nie podzielił opinii, że Piraci w Europie nie mogą odnieść sukcesu. Będzie to wprawdzie zależało od wielu czynników, jednak znaczenie tematów podnoszonych przez partie pirackie nie będzie maleć. Tak jak polska prawica nie rozumie, że matka Ziemia nie jest dana na zawsze, tak samo nie wszyscy jeszcze rozumieją, że Internet nie jest dany na zawsze. Dla nich Internet to tylko technologia, a nie umowa społeczna, wymagająca wsparcia ze strony państwa. Nie rozumieją, że pewnego dnia Internet w postaci, w jakiej go znamy – jako sieć uniwersalną, umożliwiającą swobodne dzielenie się treścią – może po prostu przestać istnieć. A ponieważ w jego ogrodzeniu, ocenzurowaniu i poddaniu logice zysku zainteresowane są przede wszystkim wielkie korporacje i potężne państwa, obrona Internetu jest z natury swej bardziej lewicowa niż prawicowa.

Odpowiadając na pytanie o rolę, jaką mogą odegrać Piraci czy Zieloni w Polsce, Jarosław Lipszyc zasugerował, że powinni się skupić na tworzeniu programów i ich nagłaśnianiu. Muszą mieć „pełne szuflady”. Wtedy jest szansa, że partie głównego nurtu podchwycą ich postulaty i przynajmniej część z nich zrealizują. Dlatego należy się skupić na pracy eksperckiej. Pisząc „gotowce” dla partii, które w dziedzinie ekologii czy wolności w Internecie nie mają sprecyzowanych poglądów, mają szansę na realizację swojej wizji świata.

W odczuciu Radosława Pietronia zryw wokół ACTA zakończył się wielkim sukcesem. To była wygrana, nie zostały zabrane nam pewne wolności. W jego odczuciu gdyby obywatele indywidualnie głosowali nad każdym problemem i zostały zrealizowane ideały płynnej demokracji, to wynik byłby zawsze taki, jak w przypadku ACTA.

Adam Ostolski stwierdził, że protest przeciw ACTA zmobilizował głównie ludzi młodych, wśród których poglądy libertariańskie są rzeczą normalną. Jego zdaniem niemożność dogadania się co do spraw światopoglądowych jest w dłuższym okresie pozorna. Podobnie zaczynali Zieloni w latach 70. i 80. Wtedy również podkreślano kwestie wolności indywidualnej. Później jednak można było zauważyć wyraźną ewolucję ruchu Zielonych od wartości lewicowo-libertariańskich w stronę myślenia nastawionego na dobro wspólne. Dziś Zieloni nie tylko chcą „chronić przyrodę”, lecz dążą do zbudowania świata, w którym przyroda, Internet i opieka będą traktowane jako dobra wspólne. Każdy, kto angażuje się w działalność społeczną czy polityczną, skądś przychodzi, ale ten punkt wyjścia nie przesądza jeszcze o kierunku. Ważny jest impuls, który inicjuje pewne procesy, a ich efekty trudno z początku przewidzieć. Takim impulsem jego zdaniem były protesty przeciwko ACTA.

Marcin Wrzos

19 kwietnia 2013

Marcin Wrzos: Kontenery - "trudne decyzje" czy kopanie leżącego?

Fot. Elżbieta Hołoweńko
W poniedziałek 15 kwietnia w Zielonym Centrum M1 odbyła się debata pt. „Jak rozwiązać problemy mieszkaniowe Warszawy?”. Udział wzięli: zastępca burmistrza dzielnicy Bemowo Krzysztof Zygrzak, Marcelina Zawisza z Partii Zieloni, Katarzyna Czarnota z Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów, Piotr Ciszewski z Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów oraz architekt Maciej Czeredys. Debatę poprowadziła Justyna Samolińska.

W Warszawie wrócił pomysł na budowę „kontenerów socjalnych” dla zadłużonych lokatorów. Tym razem problem niedostatecznej liczby lokali socjalnych chcą rozwiązać w przy ich pomocy władze Bemowa. Debata publiczna wokół tej propozycji mogłaby skłonić władze miasta i poszczególnych dzielnic do przemyślenia na nowo polityki mieszkaniowej w Warszawie. Niestety dyskusja w Zielonym Centrum M1 nie pozwala być w tym względzie optymistą. Burzliwa debata przebiegała według znanego już schematu: przedstawiciele samorządu słuchali strony z społecznej z uwagą, ale nie słyszeli tego, co ta strona ma do powiedzenia. I jak zwykle przyparci do muru najpierw prosili o rzeczową dyskusję, by potem zasłaniać się różnicami ideowymi.

Pierwszy zabrał głos Krzysztof Zygrzak. Rozpoczął od przedstawienia powodów, dla których władze samorządowe zdecydowały się na budowę kontenerów. U podstaw tej decyzji leży duża liczba wyroków eksmisyjnych orzekanych przez sądy. Władze Bemowa nie są w stanie wywiązać się z konieczności zapewnienia eksmitowanym lokali socjalnych. Niemożność eksmisji powoduje konieczność wypłaty właścicielom mieszkań wysokich odszkodowań. Jak wyjaśnił Krzysztof Zygrzak trzeba zrobić wszystko, by nie płacić odszkodowań za ludzi, którzy „żyją na koszt innych”. Z jednej strony podkreślił, że kontenery to tylko jedno z rozwiązań, które będzie testowane. Z drugiej zaznaczył, że tylko całościowe rozwiązanie problemu wchodzi w grę. Nie można dłużej sprawy odkładać, bo władze dzielnicy tracą pieniądze, które można by przeznaczyć na szkoły. Zaznaczył również, że każda sprawa będzie rozpatrywana indywidualnie. Zapewniał, że do kontenerów na pewno nie trafią osoby, które nie powinny się tam znaleźć.

Jego zdaniem budownictwo modułowe ma niezaprzeczalną zaletę: jest tanie i szybkie. Dzięki niemu można rozwiązać problem eksmisji jeszcze przed następnymi wyborami samorządowymi. Sam pomysł budowy kontenerów socjalnych nie jest ani dobry ani zły, wszystko będzie zależało od tego, w jaki sposób zostanie zrealizowany. Zapewnił, że nie powstaną getta biedy, ponieważ nie jest planowana budowa osiedla. Kontenery mają być rozmieszone równomiernie w całej dzielnicy. Na razie będą to dwa kontenery, a potem, jeśli się okaże, że program się sprawdza, zostaną zbudowane następne. Jego zdaniem lokal socjalny nie jest ani karą, ani nagrodą. Eksmitowani nie muszą przecież w nich zamieszkać. Podkreślił, że założeniem mieszkalnictwa socjalnego jest niski standard. O tym, kto trafi do kontenera, zdecydują władze dzielnicy. To one powinny podejmować trudne decyzje i dlatego „wezmą to na siebie”.
 
Piotr Ciszewski zaczął od uwagi, że w polskim prawie nie ma kary zesłania. W Warszawie różne dzielnice różnie sobie radzą z eksmisjami orzekanymi przez sądy. Jego zdaniem osobom eksmitowanym do kontenerów o wiele łatwiej wpaść w spiralę nędzy. Trudniej im znaleźć pracę, gorzej są traktowane w urzędach. Wieloletnie zaniedbania ze strony miasta doprowadziły do tego, że czynsze są teraz absurdalnie wysokie. Często nie stać na ich płacenie nawet osób pracujących, gdy pracują na tzw. umowach śmieciowych, które w Warszawie stanowią całkiem pokaźny odsetek mieszkańców.

Jak podkreślił Ciszewski, nie jest łatwo dostać lokal socjalny. Trzeba spełnić dość wyśrubowane wymagania. Co więcej, nawet ich spełnienie nie gwarantuje przyznania lokalu. Jedyną receptą jest rozpoczęcie prowadzenia przez miasto aktywnej polityki lokalowej. Należy brać przykład z takich miast jak Wiedeń, a nie czerpać inspirację z miast Trzeciego Świata.
 
Maciej Czeredys zauważył, że działania władz dzielnicy Bemowo zmierzają raczej do rozproszenia problemu niż jego rozwiązania. Polityka mieszkaniowa powinna tworzyć zdrowe środowisko mieszkaniowe. Architektura jest ramą, która może osłabiać lub wzmacniać pewne tendencje. Można to dostrzec analizując różnice w rozwoju społecznym między dzielnicami Targówek i Praga Północ.

Jego zdaniem kontenery to nie jest eksperyment, który cokolwiek może rozwiązać. Zamiast tego władze samorządowe powinny zainteresować budownictwem prowadzonym na takich zasadach, wedle których mieszkania prywatne, komunalne i socjalne byłyby ze sobą wymieszane. Zapobiega to skutecznie pojawianiu się gorszych i lepszych dzielnic i jednocześnie służy miastu jako całości.

Marcelina Zawisza uważa, że eksmisje do kontenerów tworzą wielopokoleniowe wykluczenie. Ludzie tam mieszkający mają utrudniony dostęp do szkół i szpitali. Dotyka to ludzi najsłabszych, samotne matki, osoby starsze, którym zmarł małżonek czy osoby niepełnosprawne. Trzeba być świadomym, że problem będzie narastał. Ludzie chcą płacić czynsz, chcą pracować. Sytuacja na rynku pracy im to uniemożliwia. Każdy potrzebuje stabilizacji, szczególnie jeśli chodzi o mieszkanie. Władze dzielnicowe zamiast pomagać „kopią leżącego”.

Z etycznego punktu widzenia kryteria, kto powinien trafić do lokalu socjalnego, a kto do kontenera, będą niemożliwe do ustalenia. Kontenerom trzeba się przeciwstawić z całą stanowczością: jeśli dziś zgodzimy się na jeden kontener, w przyszłości będzie ich sto.

Katarzyna Czarnota przywołała dwie ekspertyzy prawne, które udowadniają, że kontener nie może pełnić funkcji lokalu socjalnego. Nikt się do nich nie odnosi, władze miast raczej szukają furtek prawnych, niż przyjmują ten fakt do wiadomości. Sytuacja jej zdaniem jest prosta. Miasta nie wywiązują się z obowiązków, które nakłada na nie Konstytucja, ustawy i akty prawne niższego rzędu. Zamiast budować lokale socjalne, szukają drogi na skróty. Jest to bardzo groźne, ponieważ tylnymi drzwiami wprowadzają nowy standard lokalowy, odmienny od tego określonego prawem. W imię cięcia kosztów buduje się kontenery, bo w wedle obiegowej opinii jest to tanie i szybkie. Badania pokazują jednak coś wręcz przeciwnego. Nawet jeśli pominie się koszty społeczne, to i tak budowa kontenerów okazuje się dużo droższa od tradycyjnego budownictwa.

Widać to na przykładzie Poznania. Wybudowano tam w 2009 r. za duże pieniądze 25 kontenerów, do dziś tylko trzy udało się zasiedlić. 15 z nich zostało wynajętych i służą teraz za szpital dla chorych kotów. Tylko w trzech mieszkają ludzie. Problemem było stworzenie listy, okazało się, że na mieszkania socjalne czekają głównie osoby, które z założenia nie powinny trafić do kontenerów… Jej zdaniem władze samorządowe zawsze, kiedy tylko pojawia się projekt budowy kontenerów socjalnych, powołują się na mitycznego „trudnego lokatora”. Jej zdaniem chodzi o to, by społeczeństwo się przyzwyczaiło do zmiany standardów dla lokalu socjalnego. Władze samorządowe traktują kontenery jako straszak na niepłacących lokatorów. W Poznaniu faktycznie przez chwilę ludzie zaczęli spłacać długi, potem jednak zaczęły one znów rosnąć. Jej zdaniem władze muszą zrozumieć, że problem z długami nie bierze się z lenistwa, ale z obiektywnej sytuacji (bezrobocie, brak polityki lokalowej). Przypomniała, że eksmitowani lokatorzy mają prawo do lokali socjalnych, gwarantuje im to orzeczenie sądu. Postępowanie władz miasta zmierzające do obniżenia i tak niskich standardów uznała za karygodne.

W otwartej części dyskusji padło kilka ważnych głosów z publiczności. Ewa Sufin-Jacquemart powiedziała, że prawdziwym eksperymentem byłoby tanie i solidne budownictwo ekologiczne. Zauważyła również, że kontenery mogą być ogrzewane tylko prądem. Zimą kosztuje to ponad 1000 zł miesięcznie. Ludzi najzwyczajniej w świecie na to nie stać i są zmuszeni mieszkać w nieogrzewanych kontenerach. Wanda Pradzioch zwróciła uwagę na wysokie stawki czynszu, które nie mają uzasadnienia społecznego i ekonomicznego. Marek Jasiński zaapelował o oddłużanie lokali. W innych miastach ten proces już ruszył, a w Warszawie władze samorządowe nawet nie chcą o tym słyszeć.

Marcin Wrzos

16 kwietnia 2013

Spór o Smoleńsk w Zielonym Centrum M1

W czwartek 11 kwietnia w Zielonym Centrum Marszałkowska 1 odbyła się kolejna debata z cyklu „Konfrontacje Młodych” pt. „Trzy lata po katastrofie smoleńskiej”. Do dyskusji zaproszono publicystki i publicystów przez 30. rokiem życia, zabierających głos ws. wpływu katastrofy smoleńskiej na polskie społeczeństwo: Dawida Wildsteina (Gazeta Polska Codziennie), Krzysia Pacewicza (Lewica.pl, kiedyś „Przekrój” Kurkiewicza), Olę Bilewicz (m.in. „Nowe Peryferie”, kiedyś „Przekrój”) i Łukasza Drozdę (Lewica.pl) oraz młodych działaczy z zainteresowanych ugrupowań i organizacji społecznych. Spotkanie poprowadziła Agata Czarnacka, redaktorka naczelna portalu Lewica24.pl.

Relację ze spotkania można przeczytać na stronie Zielonapolityka.pl.


31 marca 2013

Czy sąd zamknie usta antyfaszystom?

W poniedziałek 25 marca w Zielonym Centrum M1 odbyła się debata pt. „Czy prawa człowieka kończą się tam, gdzie zaczyna się wartość rynkowa korporacji?”.

W debacie udział wzięli: Mirosław Wróblewski z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich, Irmina Pacho z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, Ewa Siedlecka z Gazety Wyborczej oraz Jerzy A. Masłowski i Wojciech Cegielski z Fundacji Zielone Światło. Dyskusję poprowadziła Agnieszka Grzybek.

Punktem wyjścia do dyskusji był wyrok wydany przez sąd okręgowy w Warszawie w sprawie Allegro vs. Fundacja Zielone Światło i Jerzy A. Masłowski. Przedmiotem oceny sądu była kartka sporządzona przez Jerzego A. Masłowskiego na przypadający 21 marca 2010 r. w Międzynarodowy Dzień Walki z Rasizmem. Chcąc zwrócić uwagę na trwający od dawna proceder handlu przedmiotami o charakterze nazistowskim na aukcjach organizowanych na portalu Allegro, przerobił logo zamieniając „ll” symbolem hitlerowskiej formacji SS.

W ogłoszonym niedawno wyroku sąd przychylił się do niemal wszystkich wysuwanych przez Allegro roszczeń, uznając, że krytyka była w opinii sądu za ostra, a granica prowokacji artystycznej przekroczona.

„Po co wam to było?” – zażartowała otwierając debatę Agnieszka Grzybek. Jerzy A. Masłowski zapewniał, że niczego nie żałuje. Reakcję Allegro przyjął z radością, mimo, że bywanie w sądzie jest męczące. Wcześniej wysyłając dwa maile nie doczekał się odpowiedzi, dopiero przerobienie logo i upowszechnienie się go w internecie wymusiło jakąkolwiek reakcję firmy. Bez tego problem handlu nazistowskimi „pamiątkami” na Allegro nie zostałby nagłośniony i tego typu przedmioty nadal byłyby dostępne. Z tego punktu widzenia akcję można uznać za zakończoną sukcesem. Sąd uznał jednak, że „za bardzo się zdenerwowałem” – mówił.

 
Wojciech Cegielski zauważył, że na świecie podobne akcje podejmowane są bardzo często. Dzięki temu Allegro miało możliwość określenia się, czy jest miłą firmą wspierającą fundację Jurka Owsiaka czy też taką, która zarabia na sprzedaży symboli nazistowskich na swoich aukcjach. Przerobienie logo było akcją adekwatną do sytuacji: wszystkie elementy graficzne, jakie znalazły się na pocztówce, zostały wzięte ze stron Allegro.

Cegielski zwrócił również uwagę, że pomimo tego że sąd i przedstawiciele Allegro zapewniali o tym, że roszczenia nie mają charakteru materialnego, to w istocie jest zupełnie inaczej. Koszty przeprosin w istocie mogą wynieść nawet 200 tysięcy złotych. Nie do końca zrozumiałe jest też to, że przeprosiny ma zamieścić oddzielnie Jerzy Masłowski i Fundacja Zielone Światło, co przecież dwukrotnie zwiększa koszty. Sąd dość bezrefleksyjnie potwierdził podwójne roszczenia Allegro, mimo że firma nie wykazała strat spowodowanych protestem.

Ewa Siedlecka stwierdziła, że jest i jednocześnie nie jest zaskoczona wyrokiem sądu. Polskie sądy mają tendencję do przedkładania „dobrego imienia” nad „wolność słowa”. Praktyka ta została w tym przypadku przeniesiona z osób fizycznych na firmę. Sąd w takich przypadkach idzie po najmniejszej linii oporu, stwierdza tylko, czy zostały naruszone czyjeś dobra osobiste. Z takiej perspektywy Jerzy Masłowski rzeczywiście to zrobił. Sądy cywilne powinny jednak brać pod uwagę w swoim orzecznictwie interes publiczny.


Nie tylko łamanie prawa może być powodem do podjęcia krytyki postępowania jakiejś firmy – kontynuowała Siedlecka. Ważny jest również wymiar etyczny. Ideologia nazistowska staje się w Polsce coraz większym problemem i w tej perspektywie tłumaczenie sądu, że sprzedaż symboli nazistowskich jest marginalna w całej działalności firmy, jest nie do zaakceptowania.

Jej zdaniem najlepiej by się stało, żeby to dopiero Sąd Najwyższy ostatecznie rozstrzygnął w tej sprawie, na tym poziome powstają standardy później funkcjonujące powszechnie. Gdyby wyrok wydany w sądzie okręgowym został podtrzymany, to zagrażałoby to debacie publicznej. W obawie przed pozwami sądowymi ze strony korporacji, ludzie poddawaliby ich działania anonimowej krytyce, co sprzyjałoby radykalizacji debaty.


Irmina Pacho przyznała, że precedensowy wymiar sprawy i jej ewentualne przyszłe oddziaływanie na system praw człowieka w Polsce miały decydujące znaczenie dla włączenia się w nią Fundacji Helsińskiej. Dla niej wyrok był zaskoczeniem. Normy zawarte w Konstytucji i konwencjach europejskich stoją wyżej w hierarchii od aktów prawnych, na które powoływał się sąd. Jej zdaniem debata publiczna nie musi być miła, ze swojej natury ma ona charakter emocjonalny. Wolność słowa powinna być chroniona nie tylko w przypadku, gdy wypowiedzi odnoszą się do polityków, ale również firm.

Pacho powołała się na analizę przeprowadzoną przez prof. Wojciecha Sadurskiego, który bardzo rzetelnie przedstawił wszelkie aspekty związane ze sprawą. Sąd włączył ją do akt, ale niestety nie odniósł się do niej. Jej zdaniem interes społeczny został wykazany w tej sprawie, tylko sąd nie był zainteresowany jego uwzględnieniem.


Mirosław Wróblewski uznał, że stosowanie orzecznictwa o ochronie dóbr osobowych w przypadku firm jest już normą. Głównym problemem było to, że sąd nie „wgłębił się” w tę sprawę, czego symptomatycznym przykładem może być nieuwzględnienie ekspertyzy prof. Wojciecha Sadurskiego.

Rzecznik Praw Obywatelskich dotąd mógł się tylko przyglądać sprawie, statutowo zajmuje się on ochroną względem organów władzy publicznej. Teraz po wyroku sądu sytuacja się zmieniła. Mirosław Wróblewski poinformował, że RPO z urzędu zajął się tą sprawą. Przesłał już do sądu wniosek o przesłanie akt. Jego zdaniem ciężko dodać cokolwiek do opinii prof. Sadurskiego. Z jednej strony jest duża korporacja, a z drugiej podmiot chcący zwrócić uwagę na prawa człowieka. W tej sprawie tak jak zaznaczył prof. Sadurski mamy dwie wartości. Przeważyć powinien interes publiczny, a tak się nie stało.

Wróblewski zwrócił również uwagę, że w przypadku przeprosin powinna być zastosowana zasada proporcjonalności. Pytany o to, w jakim kierunku powinny iść dalsze działania obrony, wskazał tylko na słabe zrozumienie przez sądy cywilne interesu publicznego. Jego zdaniem znacznie lepiej wygląda to w sądach karnych.


Magdalena Mosiewicz wskazała na barierę psychologiczną, sądom cywilnym nie mieści się często w głowie, że można coś robić w interesie publicznym. Zwróciła również uwagę, że firmy coraz częściej powołując się na ochronę wizerunku starają się ograniczyć debatę publiczną. Przykładem może być firma deweloperska, która złożyła pozew sądowy przeciwko dyrektorce Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie Joannie Mytkowskiej za jej wypowiedź w mediach.

Dużym korporacjom opłaca się składać takie pozwy, nawet jeśli wliczą w to koszty przegranej. Już same ich podejmowanie skutecznie zniechęcać ludzi do podejmowania akcji przeciwko ich szkodliwym z punktu widzenia społecznego działaniom. Jest to niestety mechanizm bardzo skuteczny, bo przecież właściwie każda krytyka godzi w wizerunek. Dlatego wyrok sądu, który przychylił się do roszczeń Allegro, jest tak groźny: bo tworzy precedens, który może skutecznie utrudnić akcje społeczne.

Marcin Wrzos

19 marca 2013

Konfrontacje młodych w M1

W ubiegłym tygodniu w Zielonym Centrum Marszałowska 1 odbyło się pierwsze spotkanie z cyklu pod roboczą nazwą "Konfrontacje Młodych", gdzie politycy i polityczki oraz aktywiści i aktywistki z młodzieżówek i organizacji pozarządowych, mieli szansę porozmawiać o polityce, palących problemach społecznych i przyszłości Polski i świata. I choć brzmi to górnolotnie, to wydarzenie nie ustępowało poważnym panelom eksperckim, pokazując jednocześnie różnorodność punktów widzenia, wśród młodych lokujących się na lewo od Platformy.

Pierwotnie do debaty zaproszono również organizacje konserwatywne i konserwatywno-liberalne, jednak z racji innych zobowiązań, tym razem nie pojawili się u nas ani przedstawiciele Forum Młodych PIS, ani Młodych Demokratów. Mimo to do dyskusji zasiadło aż ośmioro panelistek i panelistów, co z głosami publiczności sprawiło, że usłyszeliśmy głosy prawie 20 osób.

Debata rozpoczęło pytanie o to, dlaczego jesteś aktywny w tym miejscu, w którym działasz oraz czemu dziś młodych bardziej przyciągają ruchy konserwatywno-liberalne jak Nowa Prawica czy nacjonalistyczne jak Ruch Narodowy. Piotr Ulman, reprezentujący Federację Młodych Socjaldemokratów i SLD, mówił o tym, że nie odpowiadają mu stosunki społeczno-gospodarcze, panujące w Polskę. Po flircie ze społeczną lewicą (Młodzi Socjaliści) trafił do SLD, pozostając jednak bardzo krytyczny wobec swojej macierzystej formacji.

Beata Krawiec do liberalnego think-do-tanku Projektu:Polska trafiła przez politykę; organizacja ta, jeszcze pod nazwą Młode Centrum była młodzieżówką Unii Wolności. Do aktywności przyciągnęły ją wielkie nazwiska takie jak np. Władysław Frasyniuk i fakt, że UW była zbudowana przez ludzi, którzy zrobili rewolucję Solidarności. Dziś Projekt:Polska robi kampanie profekwencyjne (ostatnio skierowaną do kobiet), promuje radosną politykę historyczne, w Warszawie współtworzy klubokawiarnię Państwomiasto. I choć Beata Krawiec nie odżegnuje się od poglądów politycznych (jest liberałką), to dziś nie odnalazłaby się w żadnej partii.

Tomasz Jankowski, rzecznik Samoobrony RP przed 30.-tką, był zafascynowany Andrzejem Lepperem, jako pierwszym politykiem, który był w stanie wyprowadzić tysiące ludzi na ulice. Jest człowiekiem lewicy, choć unika słowa socjalizm ze względu na, jego zdaniem, negatywne konotacje w Polsce. Nie ukrywa, że jego głównym celem jest likwidacja kapitalizmu, czym zaskarbił sobie sympatię lewicowej części publiczności (Piotr Nowak: "Mamy do czynienia z przemianą wizerunkową i jakościową. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony") Jankowski uważa ponadto, że lewica nie powinna wystrzegać się symboliki narodowej, choć wspólnotę narodową postrzega szeroko, nikogo z niej nie wykluczając.

Barbara Bielawska jest polityczką Partii Kobiet, działaczką stowarzyszenia Kobiety dla Małopolski, współpracowniczką Fundacji Polska jest Kobietą. W Krakowie współorganizowała manify i dni świeckości, jest też przekonana, że feminizm będzie zawsze potrzebny.

Justyna Samolińska, aktywistka miejska i współorganizatorka arszawskiej akcji zbierania podpisów przeciwko podwyżce cen biletów ZTM, zaczynała swoją przygodę z aktywizmem od Młodych Kampanii Przeciwko Homofobii (jej zdaniem aktywizm bierze się z wkurzenia, ją do zaangażowania skłoniły akty dyskryminacji i agresji wobec osób LGBT), działała również w Młodych Socjalistach. Obecnie nie należy do żadnej organizacji, choć angażuje się aktywnie m.in. w Ruch Lokatorski. Na pytanie Darka Szweda, polityka Zielonych, jaką ustawę forsowałaby, gdyby weszła do Sejmu, powiedziała, że byłały to ustawa o lokatorach, która dziś, de facto, dopuszcza wyrzucanie ludzi na bruk. Biorąc udział w blokadach eksmisji napatrzyła się na wiele ludzkich dramatów.

Marcin Budzyński działa w Zrzeszeniu Studentów Polskich, jest również członkiem FMS i SLD. Marzy mu się w Polsce koalicja na wzór SPD-Grunen w Niemczech. Sam angażuje się w różne akcje na rzecz ochrony środowiska m.in. w ochronę drzew w Parku Krasińskich. Nie podoba mu się, że państwo polskie wspiera transport indywidualny, kosztem zbiorowego.

Paulina Wawrzyńczyk z Ruchu Palikota trafiła do polityki, będąc najpierw edukatorką seksualną. To właśnie wprowadzenie solidnej edukacji seksualnej i zmianę systemu edukacji na mniej autorytarny uznała za kwestię, którą załatwiłaby po wejściu do Sejmu. Dodała, że projekty, którymi się zajmowała, spotykała na mur ze strony państwa i samorządu, co pokazuje, że temat jest polityczny, a podejście do niego - konserwatywne.

Bogumił Kolmasiak z Zielonych stwierdził, że dziś priorytetem jest zmiana proporcji w wydatkach państwa: mniej pieniędzy na projekty wizerunkowe jak stadiony czy militaria, więcej na poprawę jakości życia. Ocenił Polskę, jako państwo dość bogate, choć prowadzące antyspołeczną politykę, również w kontekście szkodliwej koncepcji rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego.

Główne osie sporu, jakie zarysowały się podczas debaty, to ocena PRL-u (krytyczna ze strony Zielonych i liberałów, pozytywna u części lewicowych panelistów), kwestie uboju rytualnego (Samoobrona uważa, że jego zakaz pozbawi pracy 5 tysięcy osób), wagę kwestii ekologicznych (czy wycinka drzew jest rzeczywiście ważna - pytał rzecznik Samoobrony), stosunku do transformacji (wielki sukces zdaniem Projektu: Polska, wzrost rozwarstwienia i pozbawienie ludzi praw socjalnych, według części pozostałych panelistów). Ponadto zastanawiano się czy państwo powinno wspierać przedsiębiorców (Wojciech Cegielski z fundacji "Zielone Światło" mówił, że państwo i tak odbiera dotacje na firmy w inny sposób - biorąc 40 tys. na założenie firmy, traci się prawo do liniowego CIT, Samolińska wspominała, że wsparcie dla przedsiębiorców jest kosztem społeczeństwa) oraz oceny stanu polskiej demokracji (zarówno paneliści jak i publiczność zgodnie twierdzili, że wiele spraw pozostaje poza jakąkolwiek kontrolą społeczną). Ania, zabierając głos z sali, spierała się z reprezentantem Samoobrony: jej zdaniem lewica musi być internacjonalistyczne. Podobnie argumentowali Ewa Sufin-Jacquemart i Darek Szwed z Zielonych - sprawy takie jak zanieczyszczenie środowiska nie znają granic narodowych i trzeba nad nimi deliberować wspólnie, nie na poziomie innego kraju. Wspomniana już Ewa Sufin mówiła o spirali długu, w jaką wpadają młodzi ludzie, przywołując przykład Francji i dodając, że czeka to też Polskę.

Pierwsze "Konfrontacje młodych" były niezwykłą szansą spotkania się i dyskusji młodych osób z różnych środowisk, dlatego projekt będzie kontynuowany. Zapowiadają się też reperkusje w kulturze: dramaturg, Jerzy Masłowski napisał na facebooku: "Była, naprawdę, ciekawa. Jako że obecnie piszę widowisko muzyczne będące rodzajem rock opery - debata zainspirowała mnie do dodania kilku ekowątków. Jak widać OSTRA ZIELEŃ zapładnia intelektualnie".

Bogumił Kolmasiak

Relacja ukazała się na blogu autora na TOK FM.

24 lutego 2013

Nazywam się Miliard / One Billion Rising w Zielonym Centrum M1

14 lutego Zielone Centrum M1 uczestniczyło w akcji Nazywam się Miliard - ogólnoświatowej kampanii przeciw przemocy wobec kobiet. Impreza połączona była z finisażem wystawy Elżbiety Hołoweńko.

27 stycznia 2013

Ogród Krasińskich - zabytek czy miejsce spotkań?

Wycinka drzew podczas rewitalizacji Ogrodu Krasińskich była tematem debaty, która odbyła się 22 stycznia 2012 r. w Zielonym Centrum M1. W dyskusji prowadzonej przez przewodniczącego warszawskiego koła Zielonych Marka Matczaka wzięli udział mieszkańcy okolic ogrodu, członkowie i sympatycy Zielonych oraz zaproszeni goście.

Fot. Elżbieta Hołoweńko
Barbara Jezierska, wojewódzka konserwator zabytków w latach 2007–2011, zwróciła uwagę na fakt, że w tej sytuacji zawiodły służby miejskie. Konkurs został rozstrzygnięty prawidłowo, a plany rewitalizacji były zaaprobowane przez wszystkie służby. A przecież Ogród Krasińskich wpisany jest do rejestru zabytków, a zatem na wycinkę drzew musiał wyrazić zgodę miejski konserwator zabytków. Jezierska zaznaczyła, że miejski konserwator zabytków zatrudnia 60 urzędników na umowę o pracę i kolejnych 20 na umowę-zlecenie. „To, co się stało, nie ma nic wspólnego z rewitalizacją. Nazwano to rewitalizacją tylko dlatego, aby uzyskać dotacje unijne” – mówiła.

Następnie zabrały głos ekspertki z Katedry Architektury Krajobrazu SGGW: dr inż. Edyta Rosło-Szeryńska i dr Beata Fortuna-Antoszkiewicz. Zgodnie stwierdziły, że przyczyną wycinki drzew musiały być założenia projektowe, a nie choroba drzew. Z pewnością 300 drzew nie mogło być chorych. Nie wiadomo natomiast, ile spośród nich mogło zagrażać bezpieczeństwu. Teren parku jednak ogrodzono, uniemożliwiając wejście niezależnym ekspertom, którzy mogliby to ocenić. Co gorsza, dokonanych szkód nie da się już naprawić, a zasadzone w obecnych czasach lipy, z powodu zanieczyszczenia powietrza, nie będą miały szansy dożyć takiego wieku i takich rozmiarów jak ich poprzedniczki.

Z kolei Witold Jaszczuk z Zielonego Mazowsza, członek Komisji Dialogu Społecznego ds. ochrony środowiska, zauważył, że chociaż przeprowadzono konsultacje społeczne, ich wyniki zostały – jak często w takich przypadkach – zignorowane przez urzędników. Jaszczuk zaznaczył, że to, co udaje się wypracować w KDS jest często umniejszane lub rozmywa się na dalszych etapach. Po przetrawieniu przez biurokratyczną machinę postulaty społeczne znikają.

W konkursie zwyciężył projekt, który kładł nacisk na zabytkowy i historyczny charakter ogrodu, tymczasem dla oburzonych mieszkańców miał on przede wszystkim charakter parku rekreacyjnego. Osoba z sali zauważyła, że Ogród Krasińskich to nie skansen i muzeum, ale tętniący życiem obszar zieleni w centrum, który pełnił liczne funkcje dla okolicznych mieszkańców: „To był nasz salon, sala gimnastyczna, psiarnia, miejsce spotkań i wytchnienia”.

Artur Wieczorek

20 stycznia 2013

Czy transport publiczny musi być taki drogi?

Joanna Erbel
Fot. Elżbieta Hołoweńko
Z nowym rokiem wprowadzono w Warszawie podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej. To jeszcze nie koniec, przed nami trzeci etap podwyżek zaplanowany na początek przyszłego roku. Już teraz okazuje się, że tak drastyczny wzrost cen za bilety jest dla wielu osób nie do zaakceptowania. 10 stycznia powstała inicjatywa obywatelska Stop Podwyżkom Cen Biletów ZTM, która zainicjowała akcję zbierania podpisów pod uchwałą mającą przywrócić ceny biletów z 2012 r. Warszawianki i warszawiacy podpisują się tłumnie, a jednocześnie władze miasta wydają się zdeterminowane, by doprowadzić sprawę podwyżek do końca.

W takiej atmosferze odbyła się w Zielonym Centrum M1 debata o warszawskim transporcie. Jej celem było szukanie odpowiedzi na pytanie, jak wyglądać powinien transport publiczny w mieście. Ze strony władz miasta w debacie uczestniczył Jarosław Jóźwiak (zastępca dyrektora gabinetu Prezydenta Warszawy) i Igor Krajnow (rzecznik prasowy ZTM). Stronę społeczną w panelu reprezentowała Magda Mosiewicz (Partia Zieloni). Debatę poprowadziła Joanna Erbel, pełnomocniczka komitetu Stop Podwyżkom Cen Biletów ZTM.


Rozpoczynając debatę, Joanna Erbel nawiązała do akcji zbierania podpisów pod uchwałą o przywróceniu cen biletów z 2012 r. Niezadowolenie jest tak wielkie, że ludzie ustawiają się w kolejkach, by złożyć swój podpis. Udało się ich zgromadzić w niespełna cztery dni ponad 3 tysiące. Erbel zapytała wprost, czy władze Warszawy poważnie rozpatrzą społeczny projekt, jeśli uda się zebrać wymaganą liczbę podpisów. Przywołała również przykład Tallina, który dopiero co wprowadził darmowy dla mieszkańców transport publiczny.

 

Jarosław Jóźwiak zapewnił, że każdy projekt społeczny będzie rozpatrzony. Bronił jednak podwyżek cen biletów. Wskazał, że z biletów finansowane jest tylko 32% budżetu ZTM. Powołując się na przykłady innych miast, starał się udowodnić, że ceny biletów w Warszawie są relatywnie niewielkie. Zapewnił, że dla władz miasta transport publiczny jest priorytetem. Wymaga to dobrego systemu, a ten jego zdaniem jest konsekwentnie budowany. Powstają nowe trasy, tabor wymieniany jest na nowy, bardziej oszczędny. Do tego potrzebne są pieniądze, których w budżecie miasta nie ma. Winny temu jest kryzys, który radykalnie zmniejszył wpływy do kasy miejskiej. Swoje zrobiła również ustawa znosząca trzeci próg w podatku PIT. Warszawa ucierpiała na tym najbardziej, ponieważ tu mieszka najwięcej osób najlepiej zarabiających. Warszawa musi również borykać się ze skutkami dekretu Bieruta. Rząd dokonał nacjonalizacji, a teraz po skomunalizowaniu nieruchomości odszkodowania musi płacić samorząd. Od 2005 r. przybyło za to kilkadziesiąt nowych zadań, które kosztują miasto miliony złotych. Trzeba więc szukać dodatkowych sposobów na pozyskiwanie środków.

 

Igor Krajnow nie zgodził się, że wzrost cen biletów zniechęci ludzi do korzystania z komunikacji miejskiej. Jego zdaniem władze miejskie rozważyły argumenty za i przeciw podwyżkom. Jako przykład powołał się na zlecone przez miasto badania, wedle których, większość mieszkańców Warszawy pragnie zakupu nowego taboru. Jego zdaniem to inwestycja bardzo kosztowna, niemniej jest to jeden z najlepszych sposobów na zachęcenie ludzi do korzystania z komunikacji miejskiej. Nowoczesna infrastruktura to miernik rozwoju cywilizacyjnego. Dziś w budżecie miasta brakuje na transport 150 mln zł. Gdyby nie podniesienie cen biletów, byłoby niemal dwukrotnie więcej. ZTM stara się działać tak, by ewentualne cięcia były odczuwalne przez pasażerów w jak najmniejszym stopniu.
 

Zdaniem Magdaleny Mosiewicz działania władz miasta wynikają z szybko rosnącego zadłużenia. Dzieje się tak w całej Polsce, samorządy na gwałt szukają dochodów. Najczęściej nie podejmują racjonalnych decyzji, czego przykładem jest podwyżka cen biletów w Warszawie. Przestrzegła, że wzrost cen nie musi automatycznie oznaczać proporcjonalnego wzrostu przychodów. Może pojawić się opór, taki jak swego czasu w Sztokholmie. Ludzie woleli stworzyć kasy samopomocowe, z których płacili kary, niż kupować bilety. Drogie bilety najbardziej uderzają w najbiedniejszych, np. w bezrobotnych poszukujących pracy. Przywołując przykład Tallina, Mosiewicz wskazała, że wprowadzenie darmowego transportu w bardzo krótkim czasie spowodowało spadek ruchu samochodowego o 15%.

Władze Warszawy wprowadziły wiele dobrych dla popularyzacji transportu publicznego rozwiązań, takich jak buspasy czy wspólny bilet. Decyzją o podwyżce przekreśliły jednak wszystko, co do tej pory udało się osiągnąć. To kolejna zachęta dla transportu indywidualnego. Jego koszty w wielu przypadkach już dziś są niższe od publicznego. Miasto w swoich ekspertyzach nie bierze pod uwagę kosztów związanych ze wzrostem ruchu samochodowego i związanego z tym spadku jakości życia w mieście. Jej zdaniem nie pora jeszcze na likwidowanie biletów, należy jednak zachęcać do korzystania z transportu miejskiego. W dłuższej perspektywie jest on znacznie bardziej korzystny.
 
Wsparł ją Dariusz Szwed (Partia Zieloni), wskazując, że same korki kosztują nawet do 2 mld zł rocznie. Oczywiście koszty ponoszą ludzie, a nie bezpośrednio budżet miejski. Dlatego nie bierze się ich pod uwagę, podobnie jak kosztów wynikających z rosnącego zanieczyszczenia. A spadek jakości życia to wzrost wydatków na leczenie. Zdaniem Szweda wzrost cen biletów wynika z przyjętego przez rządzącą PO polaryzacyjno-dyfuzyjnego modelu rozwoju, w którym najbogatsi mają się bogacić, bo dzięki temu i biedniejsi coś zyskają. Ma się to niestety nijak do konstytucyjnej zasady zrównoważonego rozwoju. Mobilność mieszkańców powinna być dla władz miejskich priorytetem.

Maciej Konieczny (Inicjatywa Obywatelska „Stop Podwyżkom Cen Biletów ZTM”) zauważył, że wzrost cen biletów nie uderza tylko w bezrobotnych. Również dla licznej grupy ludzi pracujących na umowach śmieciowych to poważny problem. Zaapelował również o uczciwą dyskusję, straszenie tym, że aż 70% pieniędzy na transport publiczny jest z budżetu, jest nie na miejscu. Trzeba się raczej martwić brakiem działań, które by ten budżet zwiększały.

Marcin Rzońca (Ruch Palikota) zarzucił władzom miasta brak konsekwencji. Działania takie jak zakup nowego taboru i podwyżka cen biletów są jego zdaniem nie do pogodzenia z proponowanymi właśnie cięciami wydatków, skracaniem lub likwidacją niektórych linii czy wreszcie likwidacją nocnych kursów metra. Są to sprzeczne działania, które utrudniają ograniczenie transportu indywidualnego.

Dla Patryka Bieleckiego (Zielone Mazowsze) ważną przyczyną kłopotów ZTM są umowy długoterminowe. Utrudnia to racjonalizację funkcjonowania transportu publicznego. Umowy takie powodują, że wydaje się znacznie więcej pieniędzy, niż wynikałoby z potrzeb. Miasto ostatnio rezygnuje również z przewoźników zewnętrznych, którzy są znacznie tańsi, zasłaniając się niską jakością świadczonych przez nich usług.

Karol Kretkowski, Joanna Erbel
Fot. Elżbieta Hołoweńko
Karol Kretkowski wyraził rozczarowanie brakiem polityków na debacie. Urzędnicy zajmują się realizacją polityki, a nie jej kreowaniem. Warszawie potrzeba nowych rozwiązań, takich jak choćby zwiększenie finansowania samorządów z podatku PIT.

Zdaniem Macieja Czeredysa, by rozwiązywać skutecznie problemy Warszawy, należy brać pod uwagę również problemy aglomeracji. Ludziom nie opłaca się tu mieszkać, przyjeżdżają tu tylko do pracy. Winna jest fatalna polityka mieszkaniowa i gruntowa. To jedna z przyczyn paraliżu komunikacyjnego w Warszawie.

Karol El Kashif kpił, że tabor jest tak nowoczesny, że aż sobie nie radzi. Jego zdaniem niedopuszczalne jest, by w sytuacji kryzysu rozpisywać nowe przetargi na tabor. Miasto powinno gdzie indziej szukać dochodów. Przede wszystkim stwarzać dobre warunki dla drobnych przedsiębiorców. Wskazał też na szereg chybionych inwestycji, takich jak budowa toalety przy Stadionie Narodowym wartej 4 mln zł. Jego zdaniem w ten sposób można by zaoszczędzić tyle pieniędzy, że podwyżka cen biletów nie byłaby konieczna.

Grzegorz Walkiewicz (Ruch Palikota) stwierdził, że luksusowy tabor niestety staje się dobrem luksusowym. Powinniśmy mieć komunikację publiczną na poziomie takim, na jaki nas stać.

Dla Ellisiv Rognlien (Pracownicza Demokracja) podwyżki to część polityki antyspołecznej, prowadzonej przez rząd na szczeblu centralnym, a przez władze Warszawy na szczeblu lokalnym. Użytkownik ma płacić, a podatki mają być obniżane. Decyzja o podwyżce to kropla, która przelała czarę. Ludzie są naprawdę wściekli. Przez 2 godziny udało się jej zebrać ponad 700 podpisów, co daje 6 podpisów na minutę. Władze jednak nie chcą nawet rozmawiać o ponownym wprowadzeniu trzeciego progu PIT dla najlepiej zarabiających. Jednak bez mrugnięcia okiem podnoszą VAT, który najboleśniej dotyka najbiedniejszych.

W podobnym tonie wypowiedział się Andrzej Grabowski (Pracownicza Demokracja). Stwierdził, że powoływanie się na szukanie oszczędności to infantylna formuła. „My wiemy, co chcecie powiedzieć, nie ma co rozmawiać. Najważniejsze to się organizować przeciw waszym działaniom. Próbowaliśmy przed nowym rokiem, wtedy ludzie jeszcze nie zdawali sobie sprawy z sytuacji. Teraz wiedzą, i zamierzamy to bez skrupułów wykorzystać dla dobra nas wszystkich”. 

Marcin Wrzos

12 stycznia 2013

Aborcja w zaklętym kręgu

fot. Elżbieta Hołoweńko
W środę 9 stycznia w Zielonym Centrum Marszałkowska 1 przy wypełnionej po brzegi sali odbyła się debata o prawie do aborcji. Prowadząca spotkanie Agnieszka Grzybek przypomniała ważniejsze fakty związane z wprowadzeniem ustawy antyaborcyjnej w 1993 r. i późniejszymi próbami zarówno jej złagodzenia jak i zaostrzenia. Zauważyła, że gdy my obchodzimy 20. rocznicę ograniczenia praw kobiet, Kanada świętuje 25. rocznicę uzyskania przez kobiety prawa aborcyjnego. W Kanadzie aborcja jest uznawana za zwyczajny zabieg medyczny i refundowana ze środków państwa. Następnie otworzyła dyskusję, zadając tytułowe pytanie: czy nam się jeszcze chce?

Impas

Zdaniem Elżbiety Korolczuk (socjolożka, działaczka Porozumienia Kobiet 8 Marca) przyjemniej byłoby nie musieć już walczyć o równouprawnienie kobiet. Jednak problem polega na tym, że nie możemy sobie odpuścić tej kwestii. Bardziej interesująca jest odpowiedz na pytanie, w jaki sposób mamy o tym mówić i co mamy robić, żeby coś zmienić. Znalazłyśmy się w impasie i nie wiemy, jak go przełamać.


Elżbieta Korolczuk, Anna Czerwińska, Katarzyna Pabijanek
fot. Elżbieta Hołoweńko



Odnosząc się do kwestii impasu, Katarzyna Pabijanek (Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny) wskazała na problem mediów. W związku z rocznicą ustawy antyaborcyjnej pojawiło się kilka artykułów, ale największą perełką dla mediów była informacja o kobiecie, która wstrzykiwała sobie domestos do dróg rodnych. To dowodzi że aborcja jest przez media sytuowana w paradygmacie potrzeb. Nie udało się tej dyskusji przenieść na płaszczyznę praw kobiet.

Z kolei Anna Czerwińska (feministka, współtwórczyni Wirtualnego Muzeum Kobiet) wskazała, że zasadniczym pytaniem jest to, czy rzeczywiście aborcja jest dla kobiet kwestią zasadniczą.

Pułapka języka

„Czy mamy jakiś pomysł, jak wyjść z tego zaklętego kręgu?” – dopytywała Grzybek. W odpowiedzi Elżbieta Korolczuk zwróciła uwagę, że musimy w tym pytaniu widzieć dwie kwestie: po pierwsze co mówimy, mówiąc o aborcji, a po drugie – jak to mówimy. Wyraziła obawę, że próba użycia racjonalnego języka przeciw bardzo emocjonalnemu przekazowi, w którym dominują wyrażenia takie jak „obrona życia” czy „obrona mordowanych dzieci”, jest skazana na niepowodzenie. Jeżeli racjonalne argumenty stawiamy naprzeciw emocjom to są to dyskursy niekompatybilne. Oddając pole emocjom, rezygnujemy z mówienia o indywidualnej wolności. Jeśli chcemy się przebić z naszym przekazem, to musimy zacząć pokazywać zdjęcia macicy po wstrzyknięciu domestosa. Oczywiście pojawia się pytanie jakie są koszty posługiwania się takim emocjonalnym językiem. „Nie chciałyśmy pokazywać zdjęć macicy po wstrzyknięciu domestosa, nie chciałyśmy pokazywać trumny 25-latki z Piły, która zmarła, bo była w ciąży i lekarze nie leczyli jej wrzodziejącego zapalenia jelita grubego, bo chciałyśmy być przyzwoitymi ludźmi. Pytanie, czy nie jest błędem nieużywanie tego rodzaju argumentów”.

Magdalena Środa
fot. Elżbieta Hołoweńko
Magdalena Środa zgodziła się, że niemożność przełamania impasu wynika z problemu z językiem. Ten język zaczął nas zjadać a myśmy zaczęły się wycofywać. „Wycofałyśmy się z takich terminów jak «skrobanka», «aborcja» i wycofując się pozwalałyśmy, aby druga strona zaanektowała pole semantyczne. Ten język spowodował, że jesteśmy dziś w tej sytuacji bezbronne. Nasza defensywa dała miejsce dla obrazu «świętej rodziny» wobec którego nie wiele można zrobić” – mówiła. Drugi problem polega na niewiarygodnym sukcesie propagandy antyaborcyjnej. W konkluzji Środa stwierdziła, że należy walczyć o język, o to, aby mówić o aborcji w medycznych, neutralnych kategoriach.

Władza emocji

Agnieszka Grzybek zauważyła, że aby móc walczyć o język trzeba mieć władzę: władzę formułowania opinii. Jak ją zdobyć? Zdaniem Środy trzeba stosować te same środki co druga strona. Czerwińska zaprotestowała przeciw epatowaniu kobiecymi ofiarami. „Naprzeciw ofiary – kobiety zawsze zostanie postawiona ofiara – bezbronne dziecko i to drugie wygra” – ostrzegała. Wykorzystywanie obrazu kobiety jako ofiary jest pułapką, bardzo łatwo może obrócić się przeciw kobietom.

Korolczuk zauważyła jednak, że strategia emocjonalna – choć nie jest idealna – to jest jedyną, która jeszcze może zadziałać: „Tym bardziej że my z tej strategii ciągle jeszcze nie skorzystałyśmy, bo nie chcemy manipulować ludzkimi emocjami”. Natomiast Środa powtórzyła, że argumenty racjonalne nie działają. „Debata wiąże się z mediami, a media karmią się emocjami i tu koło się zamyka” – dodała.

Z kolei Grzybek zauważyła, że jednak raz udało się zagrać na emocjach. To było wtedy, gdy działaczki pro-choice zostały pobite przez Młodzież Wszechpolską we Władysławowie. Gdy te obrazy obiegły Polskę, coś się ruszyło. Liczba zwolenników liberalizacji prawa aborcyjnego wzrosła o 10%. Ta historia pokazuje, że ten emocjonalny przekaz może działać.

Bezwzględnie szczerze

Podsumowując debatę, Elżbieta Korolczuk stwierdziła, że po pierwsze należy przekonać ludzi, że istnieje poważny problem związany z niesprawiedliwością, z którym trzeba walczyć. Po drugie trzeba ich przekonać, że zmiana jest potrzebna i możliwa. A po trzecie zmotywować, aby spróbowali o tę zmianę zawalczyć. Na każdym z tych etapów potrzebny jest zarówno język emocjonalny, jak i racjonalny. Trzeba również pokazać, że ten problem jest realny, niesie ze sobą realne cierpienie kobiet. Dodała również, że środowisko lewicowe jest tak bardzo zapędzone w kozi róg, że nie możemy sobie pozwolić na szczerą dyskusję, czym jest aborcja dla niektórych kobiet, a dla niektórych jest autentycznym cierpieniem i też trzeba o tym mówić, bo inaczej zamykamy drzwi przed kobietami, które rzeczywiście podchodzą do problemu emocjonalnie. „Powinnyśmy stać się reprezentantkami również tych, które mają wątpliwości” – przekonywała.

W odpowiedzi Magdalena Środa stwierdziła, że na poziomie akademickim to wiemy i rozumiemy złożoność tego problemu. Natomiast na poziomie politycznym jest to zwyczajna walka i tu trzeba walczyć bezwzględnie: „Nie możemy tego problemu rozmydlać. Najpierw musimy uzyskać prawa i sferę wolności, a dopiero wtedy możemy powiedzieć, że nie musimy z tego prawa korzystać albo możemy korzystać częściowo. Nie możemy zrezygnować z jedności tego ruchu. Musimy tę walkę opierać na cywilnej odwadze i mówić, że problem aborcji jest kluczem do sfery wolności kobiet. Cywilizacja polega na tym, że każdy ma coraz większe prawo do dysponowania swoim ciałem i swoim losem, kobieta tego nie ma. Musimy jednoznacznie walczyć o to prawo dla kobiety”.

Magdalena Czyż
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...