Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Mosiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Mosiewicz. Pokaż wszystkie posty

3 grudnia 2012

Zaproszenie: "Ciągle wierzę" na festiwalu Watch Docs


Na festiwalu „Watch Docs” będzie można obejrzeć film „Ciągle wierzę”w reżyserii Magdaleny Mosiewicz. Film poświęcony jest postaci Ewy Hołuszko.

W sekcji „Nowe filmy polskie” odbędą się dwa pokazy w Warszawie:

* 10 grudnia, poniedziałek, 20:30, stary BUW, ul. Krakowskie Przedmieście 26/28

*13 grudnia, czwartek, 18:00, Laboratorium CSW Zamek Ujazdowski, ul. Jazdów 2

Po projekcji 13 grudnia odbędzie się spotkanie z bohaterką i reżyserką.

Źródło: strona filmu.

6 września 2012

Zaproszenia Fundacji Panoptykon: piknik i debata


PIKNIK PRZY PŁOCIE NARODOWYM

W niedzielę 9 września o godz. 17.00 zapraszamy na piknik przy płocie wokół Stadionu Narodowego w Warszawie!



Piknik to będzie szczególny, bo motywowany ideologicznie: co roku, w rocznicę zamachów z 11 września 2001 r. na całym świecie aktywiście i organizacje społeczne organizują akcje pod hasłem "Wolność a nie strach". Sprzeciwiamy się w ten sposób wykorzystywaniu bezpieczeństwa jako pretekstu do ograniczenia praw obywatelskich (więcej na ten temat). Płot Narodowy jest dla nas tylko symbolem - wzmożonej kontroli nad ludźmi i braku zaufania.

W tym kontekście niepokoi nas też zwiększanie kontroli nad przestrzenią miejską: fizyczne grodzenie miasta, prywatyzowanie przestrzeni publicznej, wprowadzanie kolejnych zakazów (picia alkoholu czy przeklinania na ulicy). Uważamy, że 11/09 to dobry moment na zastanowienie się, czemu rzeczywiście służą zakazy i ograniczenia w przestrzeni miejskiej. Ponieważ w tym roku ten dzień wypada we wtorek, nasze publiczne obchody postanowiliśmy urządzić w niedzielę. I tak właśnie narodził się pomysł pikniku, którym chcemy zamanifestować potrzebę pozytywnej alternatywy: zamiast grodzić się i oddalać, usiądźmy razem na trawie i porozmawiajmy!

Wpadajcie ze znajomymi, dziećmi, dziećmi znajomych, bębnami, gitarami. Zabierzcie ze sobą kocyki piknikowe i dobry humor. Będziemy wieszać na płocie kolorowe baloniki, w ten sposób protestując przeciwko grodzeniu przestrzeni miejskiej i ograniczaniu naszych praw obywatelskich.


Słowo o samym Płocie Narodowym:

Ma około 2 km długości, jest wysoki na 2,5 m, otacza Stadion Narodowy - PŁOT. Początkowo miał być tymczasowy, ale teraz już wiemy, że jednak zostanie. Jest symbolem - grodzenia przestrzeni publicznej, braku zaufania i bezpieczeństwa, oraz idącej na przekór historii tendencji, zgodnie z którą współczesne miasta stają się coraz mniej otwarte.

Dawniej budowano mury miejskie, które miały chronić mieszkańców przed zewnętrznym zagrożeniem. Teraz ogrodzenia - dodatkowo nadzorowane przez prywatną ochronę i setki kamer - są wznoszone wewnątrz miast, grodząc i niszcząc ich społeczną tkankę. Są odpowiedzią na strach, brak zaufania do sąsiadów i najbliższego otoczenia i niewiarę w to, że bezpieczeństwo może jeszcze zapewnić państwo. Paradoksalnie łatwiej powierzamy to zadanie kamerze czy nieznanemu ochroniarzowi.


Więcej info na http://plotnarodowy.blogspot.com/


*****************************************************


DEBATA: MIASTO WOLNE OD STRACHU

11 września, wtorek, godz. 19.00, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, ul. Pańska 3

Uczestnicy: Maciej Czeredys - architekt i urbanista, Magda Mosiewicz - działaczka społeczna, reżyserka, Michał Olszewski - wiceprezydent m. st. Warszawy, Katarzyna Szymielewicz - prezeska Fundacji Panoptykon, a także przedstawiciel klubokawiarni Warszawa Powiśle oraz przedstawiciel Komendy Stołecznej Policji. Moderator: Bogna Świątkowska - Fundacja Bęc Zmiana

Fundacja Panoptykon zaprasza na debatę dotyczącą bezpieczeństwa w miastach, problemu grodzenia i zwiększania kontroli nad przestrzenią miejską z okazji Freedom Not Fear Day. Rocznica zamachów terrorystycznych z 11 września 2001 r., które dały początek globalnej wojnie z terroryzmem i fali ograniczeń wolności obywatelskich, jest także dobrą okazją do zamanifestowania sprzeciwu wobec tej tendencji. Co roku aktywiści i organizacje społeczne wykorzystują ten symboliczny dzień do promowania hasła “Wolność a nie Strach” (ang. Freedom Not Fear Day). Na całym świecie są organizowane akcje pokazujące bezsens i krótkowzroczność polityki opartej na strachu, która sukcesywnie ogranicza naszą wolność, dając w zamian tylko złudzenie bezpieczeństwa.

W tym roku Fundacja Panoptykon chce przy tej okazji poruszyć temat miasta, które stało się kolejną areną polityki strachu i ograniczeń wolności obywatelskich - ograniczeń, które stoją w głębokiej sprzeczności z tradycyjną ideą miasta, jako przestrzeni integrującej, wolnej i otwartej nawet dla “obcych”. Od kilku lat, szczególnie w dużych miastach, obserwujemy tendencję do poddawania wspólnej przestrzeni coraz silniejszej kontroli. Ta tendencja ma wiele wymiarów: przejawia się nie tylko w fizycznym grodzeniu miasta czy zabudowywaniu przestrzeni publicznej prywatnymi obiektami, ale także we wprowadzaniu kolejnych zakazów (np. spożywania alkoholu, przeklinania na ulicy) i ograniczeń, które skutecznie utrudniają odradzanie się życia miejskiego w Polsce.

Modelowym przykładem jest niestety Warszawa, w której każde nowe (a coraz częściej także stare) osiedle mieszkalne jest odgradzane płotem i która od kilku miesięcy prowadzi dość represyjną politykę wobec klubokawiarni i plenerowych miejsc spotkań mieszkańców. Według planów zagospodarowania przestrzennego także ścisłe centrum miasta z czasem ma zostać przekształcone z publicznego parku i placu w swoisty business park...

Polityka miejska bywa widziana z perspektywy dychotomii “wolność albo bezpieczeństwo”. Ważone są takie wartości, jak: bezpieczeństwo publiczne, czystość, cisza i spokój dla mieszkańców z jednej strony oraz wolność poruszania się, dostęp do wspólnej przestrzeni, prawo do udziału w kulturze i dostęp do rozrywki z drugiej. Jak je ważyć? Czy w ogóle trzeba je ważyć? Czy znamy przykłady miast, które sobie z tym dylematem poradziły w konstruktywny sposób? Czy zwiększanie kontroli nad przestrzenią miejską ma realne uzasadnienie czy raczej pełni funkcję symbolicznego, foucaltowskiego narzędzia kontroli społecznej? Czemu rzeczywiście służą zakazy i ograniczenia, jakie spotykamy w miastach?

Więcej na stronie Fundacji Panoptykon

3 września 2012

Zaproszenie - Rakowiecki Departament Propozycji

"WARSZAWA W BUDOWIE" I STOWARZYSZENIE ODBLOKUJ ZAPRASZAJĄ

Co zmienić na osiedlu?

Jak spotkać ludzi, ktorzy myślą podobnie i jak przekonać tych, którzy mają inną wizję?

Kolejna edycja Departamentu Propozycji festiwalu Warszawa w Budowie odbędzie się na Rakowcu w ramach cyklu działań M4 Stowarzyszenia Odblokuj.

W poprzednich latach Muzeum Sztuki Nowoczesnej udostępniało przestrzeń na cotygodniowe sesje mieszkańców. Ujawnił się potencjał Warszawy, padły setki propozycji – od przejść dla pieszych w centrum po statki i gondole linowe zamiast autobusów; od wydania słownika gwary warszawskiej po całościowy projekt dzielnicy nad Wisłą. W zeszłym roku spotkania te odbywały się na Białołęce, Pradze, Ursynowie i Żoliborzu.

Tym razem, dzięki projektowi M4 Stowarzyszenia Odblokuj, spotykamy się na Rakowcu.

W spotkaniu weźmie udział burmistrz dzielnicy, będzie więc można bezpośrednio przekazac swój pomysł najkrótszą drogą od obywatela do władzy.

Zapraszamy 8 września (sobota), godz. 18.00, pawilon na Wiślickiej (w parku obok Domu Kultury)

Czekamy na propozycje profesjonalistów i amatorów, marzycieli i inżynierów, seniorów i dzieci.

Departament Propozycji to może być pierwszy krok do zawiązania trwałych inicjatyw, włączenia się w działalność lokalnej organizacji, nagłośnienia projektu wśród sąsiadów i w mediach. Ale inspirujące są też projekty fantastyczne i humorystyczne.

Zasada jest jedna: przedstawiamy propozycje, nie ograniczamy się do krytyki.

Każda osoba ma 10 minut na przedstawienie swojego projektu. Do dyspozycji są mikrofony, projektor, komputer.

Prosimy o wysyłanie zgłoszeń na adres: magda.mosiewicz(at)odblokuj.org

21 lipca 2012

Piotr Kozak: Imigracja u bram

Migranci z Haiti, fot. Wikimedia Commons
Na tle tysiącletniej historii Polski jej jednolita struktura narodowa w ostatnich 50-u latach budzi co najmniej zdziwienie. Polska Jagiellonów to ojczyzna Polaków, Żydów, Niemców, Litwinów, Rusinów i Ukraińców. II Rzeczpospolita to kraj żyjących obok siebie mniejszości narodowych (jeżeli konserwatywny sen o powrocie do dawnej Polski miałby się kiedyś ziścić, to najprawdopodobniej nie byłby on tym, o czym marzą piewcy jedności narodowej). Choć kraj nad Wisłą nie przypomina już wielonarodowej mozaiki kultur, to wciąż pozostała w nas duma płynąca z wielowiekowej tradycji tolerancji. Jeżeli jesteśmy więc dumni z Polski i z Polaków, to przede wszystkim ze względu na nasz stosunek do innych.

Pytanie brzmi jednak: czy jeszcze mamy z czego być dumni? Pytanie o tyle istotne, ponieważ implikuje, że być może zaprzepaściliśmy i zaprzepaszczamy tysiąc lat postępu cywilizacyjnego. Jeżeli ktoś wierzy jeszcze w historyczny postęp, to być może powinien w tym miejscu zweryfikować swoje przekonania.

Pytania o stosunek Polaków i państwa polskiego do imigrantów i innych kultur, o jakość życia imigrantów i imigrantek w Polsce stanowiło m.in. przedmiot debaty zorganizowanej przez warszawskie koło Zielonych, która odbyła się 18 lipca w Zielonym Centrum Marszałkowska 1. Rozmawiano na nim o wielonarodowej kulturze oraz etycznych i prawnych podstawach dla współistnienia kultur. Spotkaniu towarzyszył pokaz filmów dokumentalnych, m.in. poruszającego obrazu „Inguska narzeczona” w reżyserii Joanny Turowicz. W debacie udział wzięli: Krystyna Starczewska, dyrektorka 20 Społecznego Gimnazjum w Warszawie przy ul. Raszyńskiej, reżyserki prezentowanych filmów dokumentalnych, Joanna Turowicz i Magdalena Mosiewicz oraz koordynatorka projektów z Fundacji Inna Przestrzeń, Narmina Hebanowska. Spotkanie poprowadził Adam Ostolski, socjolog, felietonista „Przekroju” oraz redaktor „Zielonych Wiadomości”.

Imigracja – Co robić?

W Polsce, według oficjalnych danych Eurostatu z 2008 roku, liczba osób posiadających kartę pobytu wynosi ok. 60 tysięcy. W większości są to osoby posiadające obywatelstwo ukraińskie i rosyjskie. Procentowo, udział cudzoziemców w całej populacji Polski (0,2%) jest więc najniższy (obok Rumunii) w całej Unii Europejskiej. Należy przy tym podkreślić niską roczną ilość nadawanych polskich obywatelstw. Na tysiąc cudzoziemców przyznawane jest rocznie około 28 obywatelstw (w Szwecji i na Węgrzech odpowiednio 68 oraz 50). Trudniej oszacować liczbę osób przebywających w Polsce nielegalnie (jeżeli w ogóle wypada posługiwać się tym wyrażeniem). Według różnych statystyk jest to od 50 do nawet 500 tysięcy osób. Już sama rozbieżność tych danych świadczy o nikłej wiedzy, jaką posiadamy o imigracji. Jeżeli jednak dodać do tego przeszło pół miliona osób o innym niż polskim obywatelstwie zatrudnionych legalnie, to okazuje się, że w Polsce przebywa nawet milion osób obcego pochodzenia. Te liczby nie są wprawdzie niczym szokującym z perspektywy Francji czy Wielkiej Brytanii, ale należy podkreślić, co czyniła Magdalena Mosiewicz, że jesteśmy na początku naszej drogi, a postępujący proces imigracji do Polski jest nieunikniony. Jedyna pytanie, jakie można w tym miejscu postawić, to czy przed nami krótka, czy daleka droga.

Milion osób obcego pochodzenia przebywających w Polsce jest jednak wystarczającą liczbą, by zapytać o wzajemne relacje pomiędzy kulturami. I nie chodzi tu jedynie o stosunek Polaków do innych narodów. Nie zapominajmy, że imigracja nie stanowi monolitu. W jej skład wchodzą członkowie wielu, często obcych i wrogich sobie kultur. Szczególnie mocna zaznaczała to Krystyna Starczewska, która z perspektywy polskiej szkoły ma na co dzień do czynienia z uczącymi się dziećmi imigrantów m.in. wietnamskich, chińskich i tybetańskich czy rosyjskich, ormiańskich i czeczeńskich. Zdarzają się pomiędzy nimi konflikty – twierdzi. Nieporozumienia wynikają również z niezrozumienia. Przykładowo, dzieci z rodzin muzułmańskich muszą być zwalniane z lekcji wychowania fizycznego w czasie Ramadanu ze względu na obowiązujący ich całodzienny post i wynikające z tego ogólne osłabienie organizmu. Ta nauka płynie jednak dopiero z praktyki. Z drugiej strony, dzieci często powołują się na wymogi kulturowe uzasadniając kontrowersyjne i często niezrozumiałe dla społeczności polskiej zachowania. Często również błędnie dokonują nadinterpretacji kulturowych norm. O ile więc, jak podkreśla dyrektorka, należy zwalniać uczniów muzułmańskich z wychowania fizycznego, to nie może być mowy o tolerancji dla zachowań nietolerowalnych. To wymaga jednak pracy tak od nauczyciela, który musi posiadać wiedzę o innych kulturach, jak i od samych dzieci, które muszą uczyć się jak – pomimo inności – żyć razem.

Szczególnie ten ostatni punkt jest warty uwagi. Pierwszym krokiem do zbudowania podstaw dla zgodnego współżycia i tolerancji jest wzajemne poznanie się i zrozumienie. Dlatego też w Gimnazjum organizowane są dni kultur, m.in. dni kultury tybetańskiej czy ormiańskiej. Jest to dobra metoda, żeby dzieci poznały się nawzajem i przestały być anonimowe. Starczewska podkreśla zarazem: Poza szanowaniem różnic kulturowych należy zawsze odnajdywać to, co wspólne, np. wartości moralne. Znalezienie wspólnych wartości łączy i pozwala inaczej spojrzeć na różnice.

Niemalże utopijny obraz sytuacji edukacyjnej imigrantów przekonująco przełamała jednak Mosiewicz. W rzeczywistości większość dzieci nie chodzi do szkoły, ponieważ nie zna języka polskiego. W ośrodku dla uchodźców, w którym mają uczyć się języka, nikt nie mówi po polsku. Wynika to z bardzo złej polityki imigracyjnej oraz przepisów. Dzieci imigrantów traktowane są tak samo, jak dzieci polskie, a jednocześnie nie zapewnia się im odpowiednich możliwości wyrównania szans edukacyjnych.

Nasza demokracja nie jest przystosowana na inność – kontynuuje Mosiewicz – instytucje są nieprzystosowane. Wynikiem tego jest powstanie szarej strefy, podziemia innych kultur, a ostatecznym rezultatem to, że spychamy te kultury poza prawo. Istnieje drugi obieg gospodarczo-kulturowy, całkowicie poza kontrolą państwa. Jest olbrzymi problem ze znalezieniem pracy przez imigrantów. Celowa jest polityka zniechęcania przez urzędy. Brak jest instytucji, do której uchodźcy mogliby się zwrócić – wylicza. Najlepszym rozwiązaniem byłoby zaangażowanie do pracy na rzecz innych kultur osób zintegrowanych i czerpanie z ich doświadczeń i wiedzy. Potrzebni są pośrednicy kulturowi.

Jak żyć razem?

W toku dyskusji pojawiła się również bardziej fundamentalna kwestia: co mogłoby być etyczną podstawą dla współistnienia? Czy mamy się tolerować, czy wzajemnie integrować? Jak podkreślała Joanna Turowicz – nie należy przy tym mylić integracji z asymilacją. Integracja zmienia nie tylko innych, ale i nas samych. Lepiej mówić o byciu razem niż o asymilacji – twierdzi.

Najbardziej oczywistym kandydatem dla stworzenia wspólnej podstawy etycznej wydawałoby się świeckie prawo, które musi być jedne dla wszystkich i obowiązywać wszystkich. Kwestia jest jednak złożona. Przykładowo: co może być, a co nie może być przedmiotem tolerancji? Czy należy tolerować sprzeczne z polskim prawem porwania kobiet czy wielożeństwo?

Sprawa komplikuje się jednak, gdy przyjrzymy się jej bliżej. Jaka jest różnica pomiędzy oficjalnym wielożeństwem muzułmanów a nieoficjalnym wielożeństwem chrześcijan – pytała prowokacyjnie Narmina Hebanowska. Porwania kobiet często odbywają się też przy wspólnej zgodzie porywaczy i porywanego w celu pobrania się wbrew woli rodziców. O ile jednak na Kaukazie porywa się kobiety, by się z nimi ożenić, to w Europie porywa się kobiety, by nimi handlować – argumentuje Hebanowska. Z kolei, ograniczenia kulturowe, czego przykładem jest choćby zakaz noszenia chust we Francji, są często pretekstem do tego, by pozbyć się imigrantów z kraju. To działa! Muzułmanie coraz częściej wyjeżdżają – mówi Hebanowska. Laickość państwa może również przybrać formę (anty)religijnego fanatyzmu.

Zmianie prawa musi więc towarzyszyć zmiana w moralności (stara zasada Hegla). Musimy nauczyć się żyć razem w oparciu o wspólne wartość etyczne takie jak poszanowanie godności człowieka i odpowiedzialność za drugiego. Musimy zbudować wspólnotę (dodajmy – zieloną wspólnotę). Nie w imię troski o innego, nie w imię współczucia, ale w imię odpowiedzialności za moralne wychowanie nas samych i naszych dzieci. Stosunek do innego wyznacza charakter tego, kim naprawdę jesteśmy. Jeżeli mamy być dumni z Polski i z Polaków, to tylko ze względu na nasz stosunek do innych.

Piotr Kozak, członek warszawskich Zielonych

23 września 2011

Prawo do mieszkania: Ile interwencji państwa, ile rynku? Przykłady polityki mieszkaniowej z Austrii, Niemiec, Szwajcarii


Magda Mosiewicz, Zieloni: W mediach panuje zdumiewająca cisza dotycząca kwestii mieszkaniowej, i to w sytuacji, kiedy deficyt mieszkaniowy w naszym niemal 40-milionowym kraju wynosi 1,5 miliona. W zeszłym roku udało się ich gminom wybudować jedynie... 3,5 tysiąca. Państwo polskie przeznacza jedynie 0,5% budżetu na budownictwo, z czego większość idzie na fundusz termoizolacyjny, a więc nie tworzenie nowych domów, ale ocieplenie już istniejących. Gminy mogą dodatkowo wykorzystywać pieniądze ze swoich budżetów na dodatki mieszkaniowe - mają tu pełną dowolność, co sprawia, że przeznaczają od 0,5 do 10% swoich budżetów - ta ostatnia liczba dotyczy Rzeszowa.

Jan Strumiłło – architekt: W Zurychu, podobnie jak w przedwojennej Warszawie, głównym aktorem polityki mieszkaniowej są spółdzielnie, które dysponują 18% mieszkań, miasto tymczasem ma ich 5%. Zakładane były jeszcze w XIX wieku, a więc mają tradycję równie długą - a nawet ciut dłuższą - niż spółdzielczość w Polsce. Powstały po to, by ułatwić ludziom z obszarów wiejskich przenosiny do miasta. Są to organizacje non-profit, które przeznaczają swój zysk na cele statutowe. Bogacenie się społeczeństwa oznacza, że ludzie potrzebują więcej przestrzeni (przeciętne mieszkanie ma tu 54 metry kwadratowe), często bowiem następuje mieszanie funkcji mieszkania - stają się jednocześnie miejscami do życia i pracy. Nie zawsze zresztą w jednym mieszkaniu mieszkają osoby, które są ze sobą w związku, często są to np. grupy przyjaciół, co również zmienia krajobraz mieszkaniowy miasta. Duża rola spółdzielni, nastawionych nie na zysk, sprawia, że można ściąć nawet do 40% kosztów mieszkania - tyle bowiem wynosi standardowa stopa zysku dewelopera. Jedynie banki i fundusze emerytalne są w stanie konkurować z nimi finansowo, ich przeciętna stopa zwrotu z inwestycji wynosi jednak nie 40, a 7%.

Reiner Schendel – spółdzielnia Stattbau Hamburg: W naszym mieście z budownictwa spółdzielczego pochodzi od 5 do 7% ogółu mieszkań. Aktualnie rocznie powstaje ich 3 tysiące, docelowo chcielibyśmy, by wskaźnik ten wzrósł do 6 tysięcy. Mimo starzenia się społeczeństwa nie zmniejsza się zapotrzebowanie na mieszkania z rynku pierwotnego, głównie o małej i średniej powierzchni. Spółdzielczość umożliwia społeczne zaangażowanie już od samego procesu projektowania i budowy mieszkań, co wpływa na wzrost zaufania społecznego, znajdujący swe odzwierciedlenie w wynikach badań nad jakością życia sąsiedzkiego w mieście. Umożliwia to również tworzenie projektów z uwzględnieniem wysokich norm ekologicznych czy też integracji społecznej (osób młodych i starych czy zdrowych i chorych). Za czasów rządów CDU i Zielonych ustalono wysokie standardy ekologiczne nowo budowanych mieszkań. Miejskie działki przekazywane są nie według wartości finansowej projektu, a oceny ich jakości. Rynek nie jest sam w siebie zaspokoić zapotrzebowania na przystępne cenowo mieszkania i to na ten problem odpowiadamy swoją działalnością. Firmy komercyjne nie odważyłyby się przygotowywać takich ofert, jak domy ekologiczne czy integracja osób defaworyzowanych. Przy budowie społecznej możemy uniknąć tak wysokich narzutów na ceny, jak 20%, bo tyle wynosi średni zysk dewelopera w naszym mieście.

Gerhard Jordan, Rada 21. dzielnicy Wiednia: Krótko o mieście - ma ono ponad 1,7 miliona mieszkanek i mieszkańców, z czego 20,6% stanowią osoby pochodzące spoza Austrii. Spośród 900 tysięcy mieszkań w mieście mieszkań komunalnych jest około 210-220 tysięcy (ok 24%), podczas gdy mieszkań prywatnych jest jedynie 19%. Do mieszkania komunalnego ma prawo osoba będąca obywatelką/obywatelem Unii Europejskiej lub Europejskiego Obszaru Gospodarczego, mająca miesięczne dochody poniżej 2.859 euro (przeciętny dochód osoby zatrudnionej to 1.400 euro netto miesięcznie) i mieszkająca w Wiedniu od co najmniej 2 lat. Tradycje budownictwa społecznego wywodzą się z okresu rządów socjaldemokratów po I Wojnie Światowej - "czerwonego Wiednia" (1919-1934), a nawet jeszcze dalej w przeszłość - w XIX-wieczne fundusze społeczne i wzajemne ubezpieczenia robotnicze. W 1923 roku miasto uchwaliło specjalny "podatek mieszkaniowy" od bogactwa i luksusu, który stał się kołem zamachowym programu budowy 60 tysięcy mieszkań. Poprawiło to dostępność wysokiej jakości mieszkań dla robotników. Skutkiem takiej polityki był fakt, że w wyborach 1927 roku socjaldemokraci zdobyli w wyborach do rady miasta 60,3%, a sama partia miała 400 tysięcy członkiń i członkiń w mieście. Koniec tego projektu nastąpił w wyniku prawicowego zamachu stanu w 1934 roku, choć już wcześniej przeżywał on problemy z powodu globalnego kryzysu ekonomicznego, który w Austrii uderzył w 1931 roku.

Odbudowa miasta po II Wojnie Światowej dokonywana była znacznie tańszymi kosztami, przez co utraciły one swoje przedwojenne detale architektoniczne. W latach 60. i 70 XX wieku zdecydowano się na rozwój budownictwa z wielkiej płyty, jednak zrezygnowano z niej w kolejnej dekadzie, kiedy wróciły tradycje budownictwa jakościowego - przestały dziwić bloki socjalne z basenem na dachu czy dużą ilością zieleni w otoczeniu. Niestety, po roku 2001, głównie z powodów finansowych, program budowy mieszkań socjalnych został zahamowany. Większą rolę zaczyna odgrywać budownictwo spółdzielcze, wspierane przez budżet miasta. Wsparcie w wysokości 500 milionów euro rocznie stanowi 4% budżetu miasta. Zieloni, po raz pierwszy w historii, są w czerwono-zielonej koalicji i chcą, by realizowane były postulaty takie jak budowa mniejszych mieszkań (60-70 zamiast 90-100 m2) czy mniejsza ilość miejsc parkingowych. Udało nam się także zablokować wyprzedaż mieszkań komunalnych w budynkach sprzed 1918 roku.

10 października 2010

Departament Propozycji czas zacząć!

W czwartek odbył się pierwszy w tej edycji festiwalu "Warszawa w budowie" Departament Propozycji. Departament to otwarta sesja projektów dla Warszawy prezentowanych przez zawodowców i amatorów, organizacje i jednostki, fantastów i realistów. W odróżnieniu od branżowych konferencji tutaj spotykają się różne światy, mentalności z dość odległych galaktyk.

Temat "droga" doprowadził do zderzenia korporacji dowodzącej, jak szkodliwe są protesty mieszkańców i protestujących dowodzących, że organizujące się grupy sąsiedzkie budują w Polsce prawdziwą demokrację. Inżynierowie prezentowali ekonomiczne zalety linii tramwajowych (są 10-20 razy tańsze od metra), a "zwykli mieszkańcy" - a właściwie mieszkanki - mówiły, że tramwaje są po prostu przyjemniejsze. Kategoria "przyjemności" wywołała u drugiej strony nieskrywane zdziwienie.

Konkluzje były niestety przygnębiające: mamy złe prawo, chaos decyzyjny i bezkarnie grasujących w tym chaosie developerów - którzy nie mają obowiązku informować kupujących mieszkania o istniejących planach budowy dróg.

Wolny rynek. Wolnoć Tomku w swoim domku - 30 m od czteropasmowej trasy ekspresowej.

Miejmy nadzieję, że następny Departament będzie bardziej optymistyczny. Zapraszamy w czwartek 14.10 na sesję: "Europejska? Stolica? Kultury?" W październiku dowiemy się, czy Warszawa przejdzie do kolejnego etapu konkursu na Europejską Stolicę Kultury. Jak wykorzystać tę szansę? Jakiej polityki kulturalnej oczekujemy od miasta? Jakie chcielibyśmy mieć wydarzenia, miejsca, instytucje bez względu na to, czy Warszawa będzie nominalnie stolicą kultury czy nie?

19 lipca 2010

Poparadowaliśmy sobie

Było miło. I gorąco. Obok dbania o spójność szeregów i równego trzymania transparentów, regularne zaopatrywanie się w płyny było niezbędnym elementem dość długiej, bo trwającej 5 godzin, eskapady przez miasto. EuroPride uważam za udany - kolorowy tłum dzielnie walczył z upałem, zdecydowanie przewyższył liczebnie grupki kontrmanifestantów i - choć ostatecznie przeszedł krótszą niż planowana trasę (ale to akurat dobrze, pomysł na przejście na Plac Konstytucji przez Plac Unii Lubelskiej nie uważam za specjalnie dobry w momencie tak dużych upałów) - to jednak pokazał, że można. Nasi zieloni goście i gościnie z Europy słusznie zauważyli, że przeszliśmy daleką drogę od zakazanych parad w 2004 i 2005 roku, kiedy nieliczne, stacjonarne pikiety musiały radzić sobie z agresją prawicowych bojówek. Teraz, 5 lat później, to my zajmujemy główny nurt ulicy, a przeciwnicy kolorowej, tolerancyjnej Polski znajdują się tam, gdzie ich miejsce - na marginesie - zauważyła zielona eurodeputowana z Austrii, otwarta lesbijka, Ulrike Lunacek. Szkoda tylko, że na chwilę obecną politycy dominujących partii - PO i PiS - uznają kwestie równouprawnienia, czyli europejski główny nurt, za margines. Mam nadzieję, że za kilka tego typu parad będziemy to lekceważenie ludzkich uczuć i życia mieli za sobą.

Cywilizacja życia w różnorodności powoli, ale konsekwentnie wygrywa z cywilizacją uniformizującej nienawiści. W jednym pochodzie znaleźli się ludzie o różnych światopoglądach, preferowanych modelach rodziny i życia czy sytuacji finansowej. Widać było różnorodne strategie przeżywania karnawału - baloniki, bańki mydlane, mniej lub bardziej widoczna nagość. Żadnych kopulacji, o istnieniu których zapewniali prawicowi zadymiarze, ku mej rozpaczy nie było, nieco bardziej odsłonięte ciała były tyleż efektem ludzkich chęci, co wspomnianego już upału, który chyba pozostanie w pamięci uczestniczek i uczestników. Kolor był widoczny od poziomu bielizny po różnorakie gadżety. Nawet patrząc się na reakcje przechodniów można było zauważyć większe zainteresowanie i sympatię. Maszerując Marszałkowską, po drugiej stronie jezdni, zamiast samochodów, jeździły rowery. Pomyślałem sobie wtedy, że tolerancja ma wielką moc zmieniania - choćby na chwilę - przestrzeni miejskiej w taką, w której liczy się ludzka miara i jakość życia, a nie homofobiczne frustracje zagubionych pretendentów do miana samców alfa. Zresztą - najwięcej powie chyba sam obraz, jemu zatem pozostawiam dopowiedzenie reszty.

Fotografie - Magda Mosiewicz i Łukasz Mirocha
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...