Autor filmów - Bogumił Kolmasiak, portal PolskaLiberalna.net, członek Zielonych 2004.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Tkacz-Janik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Tkacz-Janik. Pokaż wszystkie posty
21 czerwca 2011
20 czerwca 2011
11 marca 2011
Afryka, Europa, Polska

Przemówienie przewodniczącej Zielonych 2004, Małgorzaty Tkacz-Janik, wygłoszone na otwarciu konferencji „Europa w procesie transformacji”, Poznań, 3 marca 2011
Szanowni Państwo! To dla mnie wielka przyjemność witać Państwa na tej konferencji, którą Zieloni 2004 mają zaszczyt współorganizować razem z grupą Zielonych – Wolnego Sojuszu Europejskiego oraz Europejską Partią Zielonych. To bardzo dobry pomysł, by europejską debatę o Europie w procesie transformacji prowadzić właśnie tu, w Polsce. Polska kojarzy się na świecie z „transformacją”, ale wśród samych Polaków i Polek słowo to budzi sprzeczne opinie i bardzo mieszane uczucia. Tytuł konferencji stanowi więc jednocześnie zobowiązanie, by nasza rozmowa nie była tylko rytualną pogawędką, lecz także próbą poważnego zmierzenia się z wyzwaniami współczesnego świata.
Dlatego chciałabym zacząć naszą rozmowę od Afryki. Nie przypadkiem oczy świata zwrócone są dziś na północną Afrykę. Społeczeństwa arabskie upominają się dziś o głos, którego przez lata im odmawiano. Buntują się w odpowiedzi na rosnące koszty życia, ale także żądają respektowania ich ludzkich praw, włącznie z prawem do demokratycznego samostanowienia. Buntują się przeciw miejscowym dyktatorom, ale także przeciw systemowi międzynarodowemu, który tych dyktatorów podtrzymywał u władzy przez lata, przez dekady.
Ich bunt to dla nas wyzwanie i nadzieja. Wyzwanie, bo zmusza nas do refleksji nad współudziałem naszych europejskich rządów i instytucji w tym upadającym systemie opresji i zniewolenia. Wyzwanie, bo zmusza do krytycznego spojrzenia na rolę naszych, zachodnich ekspertów w uzasadnianiu i utrzymywaniu status quo. Chodzi o ekspertów, którzy zawsze lepiej od mieszkańców Afryki Północnej wiedzieli, jacy „oni” są, czego potrzebują i co jest dla nich możliwe, a co niemożliwe. Ponieważ spotykamy się w murach Uniwersytetu, nie sposób nie wspomnieć w tym kontekście o wielkim dziele Edwarda Sa'ida „Orientalizm”. To książka, która obnażyła współudział akademickiej wiedzy w budowaniu świata bez wolności, ale z drugiej strony paradoksalnie pokazała jej zdolność do samokrytyki i samonaprawy.
Te rewolucje, dziejące się na naszych oczach w społeczeństwach arabskich, są też powodem do nadziei. Okazało się, że ludzie, którzy zdobędą się na odwagę i solidarność, mogą zmieniać świat w którym żyją. Że to, co wczoraj wydawało się niemożliwe, dziś staje się oczywiste. Że systemy polityczne i kategorie poznawcze, w których żyjemy, nie są wykute w kamieniu. Że zamykanie oczu na marzenia i dążenia ludzi na dłuższą metę nic nie daje. To piękna i bardzo orzeźwiająca lekcja!
Podobne wyzwanie i podobną nadzieję niesie ze sobą inna rewolucja, związana z działalnością WikiLeaks. Ale o tym będzie jeszcze okazja porozmawiać.
Wracając do transformacji. Wielu Polakom, a zwłaszcza Polkom, słowo „transformacja” kojarzy się nieprzyjemnie. Nie powinniśmy zamykać na to oczu. Transformacja kojarzy się nie tylko z możliwością swobodnego podróżowania, ale także z ograniczaniem praw kobiet, rosnącym rozwarstwieniem społecznym, postępującą alienacją klasy politycznej i odsuwaniem ruchów społecznych na margines politycznego życia. Musimy się zmierzyć z tym faktem. My, jako Zieloni, wyrastamy między innymi z doświadczenia buntów i ruchów społecznych lat 80., zwłaszcza ruchu ekologicznego. Dlatego mamy obowiązek przypominać o ogromnych nadziejach, jakie towarzyszyły przemianom roku 1989: nadziei na radykalną, oddolną demokrację, nadziei na bardziej ekologiczne społeczeństwo, nadziei na solidarność i sprawiedliwość społeczną.
Te nadzieje nie spełniły się, ale pozostają z nami jako utracony skarb polskiej transformacji. Dlatego potrzeba nam wiary i determinacji, by kolejna transformacja, którą przechodzimy już w Europie i wraz z Europą, była dla ludzkich marzeń i aspiracji bardziej łaskawa.
Na koniec chciałabym powiedzieć kilka słów o bezpośrednim kontekście naszego spotkania, jakim jest zbliżająca się polska prezydencja. Uczestniczymy w debacie o tym, czego w jej programie zabrakło. Zdumiewamy się, że w przypadku polityki energetycznej nie ma poważnej próby zmierzenia się z kryzysem klimatycznym. Zastanawiamy się, gdzie się podziała polityka na rzecz równości, zwłaszcza w kontekście praw kobiet. Pytamy, dlaczego nasza prezydencja nie podjęła wyzwania, jakim jest reforma Wspólnej Polityki Rolnej i szerzej – przyszłość rolnictwa. To ważne zwłaszcza w kontekście nacisków niektórych rządów i korporacji na narzucenie europejskim rolnikom upraw GMO. Te tematy, nieobecne w programie prezydencji, podejmują nasze radne sejmików. Ewa Koś, zielona radna sejmiku województwa zachodniopomorskiego, rozpoczęła w swoim regionie prawdziwą debatę o bezpieczeństwie odpadów nuklearnych. Zaś ja sama jako radna sejmiku śląskiego włączyłam się w inicjatywę zmierzającą do skłonienia polskiego rządu do podjęcia w czasie prezydencji tematyki rolnictwa i GMO.
Na miarę naszych możliwości, usiłujemy podejmować wyzwania, jakie stawia przed nami współczesny świat. Te wyzwania nie będą czekać, aż znajdziemy czas, by się nimi zająć. Tu i teraz domagają się naszej uwagi – i wyobraźni. Dlatego z całego serca – i z nadzieją – życzę Państwu owocnych obrad.
27 sierpnia 2010
Wszystkie barwy tęczy
Tomasz Goliński: Zieloni są jedyną w Polsce partią, w której funkcjonuje parytet we wszystkich ciałach decyzyjnych. Czy rzeczywiście musicie „łapać” kobiety, niechętne polityce?
Małgorzata Tkacz-Janik: Parytet mamy nie tylko w ciałach decyzyjnych. Zdarza się, że wprowadzamy go w trakcie dyskusji, dając na zmianę głos kobiecie i mężczyźnie. Zieloni dostrzegają niesprawiedliwą dla kobiet proporcję uczestnictwa płci w otaczającym nas życiu. I robimy wszystko, aby to naprawiać i zmieniać. Tu chodzi nie tylko o politykę, ale również o o ludzką godność i o fundamentalne kwestie życia codziennego. Inaczej, jako kobieta, nie chciałabym zostać polityczką!
Parytet nigdy nas nie ograniczał. Nie „łapaliśmy” kobiet w zielone sieci. Po prostu odrzuciliśmy patriarchalny model polityki, zmieniliśmy retorykę. Nie ma umizgów, kokieterii, seksualnych aluzji. Jest partnerska rozmowa, dzięki której możemy obejrzeć daną kwestię z różnych punktów widzenia. Wtedy kobiecy język jest różny, ale równy. Nie ma to nic wspólnego z poprawnością polityczną. To głęboko humanistyczny, polityczny, bardzo zielony projekt.
T. G.: Czy 154 tys. podpisów pod obywatelskim projektem ustawy o parytecie to sukces?
M. T.-J.: Tak, to jest sukces. Zwłaszcza że Polacy i Polki są zniechęceni do polityki, nie wierzą, że mogą coś zmienić. Szczególnie kobiety mają złe doświadczenia. Nie jest to ich pierwsze „pospolite ruszenie” podczas 20 lat transformacji. Wszystkie poprzednie zamieciono pod dywan. A mimo to znowu udało się wzbudzić energię i nadzieję na zmianę.
Parytet to nie panaceum na całą krzywdę kobiet. Ale to znakomite narzędzie demaskowania nierówności. Walka o parytet pozwoliła otworzyć debatę o dyskryminacji kobiet, a także innych mniejszości. Okazało się, że nierówności płacowe mają płeć, że niesprawiedliwy jest patriarchalny podział ról. Że umowy śmieciowe czy pracę „na czarno” najczęściej podejmują właśnie kobiety. Że politycy siedzą nie tylko w naszych portfelach, ale także leżą z nami w łóżkach, decydując o tym, kiedy i czy w ogóle będziemy mieć dzieci.
Klasa polityczna nic dziś nie robi, aby pomóc kobietom i mniejszościom. Niemal jednopartyjna dziś władza wprowadza neoliberalne reformy, które pogłębiają rozwarstwienie i ubożenie społeczeństwa. PO nie chce przyjąć ustawy o płacy minimalnej. Przerzuca ciężar na rodzinę (czytaj: kobiety) i w haniebny sposób prywatyzuje opiekę! Co z tego, że mamy ustawę o mikroprzedszkolach i żłobkach, skoro będą one prywatne? Kobieta w tym systemie zostaje w domu, bo to się jej i rodzinie bardziej opłaca. Czy to jest równość? Czy to jest demokracja?
T. G.: Czy Bronisław Komorowski podpisze ustawę o 35-procentowych kwotach na listach wyborczych? Czy samą propozycję kwot zamiast parytetu uważa pani za udany kompromis?
M. T.-J.: O postawie Komorowskiego i PO wiele mówi dotychczasowe procedowanie nad parytetami. Od 16 lutego odbyły się cztery posiedzenia komisji. Na każdym temat był spychany z porządku obrad albo przesuwany na kolejne daty. Mimo to zmiany w ordynacji mogłyby wejść w życie już podczas najbliższych wyborów samorządowych.
Konstytucjonaliści mówią, że z punktu widzenia prawa to nie jest „zmiana zasadnicza”. Tyle że proponowana przez Komorowskiego 35-procentowa kwota niewiele zmienia. To nie jest kompromis, to ochłap z patriarchalnego, neoliberalnego, bardzo konserwatywnego stołu. Realnie niewiele to zmieni, bo partie i tak wystawiają zwykle zbliżony odesetek kobiet. Trzeba także pamiętać, że nawet 50% miejsc na listach, ale bez „suwaka” (czyli naprzemiennego umieszczania na listach kobiet i mężczyzn), niekoniecznie przełożyłoby się na zwiększoną obecność kobiet w Sejmie.
T. G.: Czy po wyborach prezydenckich są szanse na podjęcie kolejnych tematów związanych z prawami kobiet? Sytuacja matek na rynku pracy, aborcja, wychowanie seksualne, refundacja środków antykoncepcyjnych, przemoc wobec kobiet...
M. T.-J.: Minęły prawie 3 lata rządów PO. To były 3 lata milczenia na temat przyjęcia przez Polskę w całości Karty Praw Podstawowych. Ustawa o płacy minimalnej nie niższej niż połowa średniego wynagrodzenia, co zapewniłoby wstrzymanie ubożenia społeczeństwa, leży w lasce marszałka od ponad 2 lat.
Dlaczego marszałek jako prezydent miałby nagle rozmrozić ten temat? Prawo do aborcji? Chyba pan żartuje! Przypomnę tylko, że to Komorowski nazywał się z dumą podczas tzw. debaty „twórcą kompromisu w sprawie aborcji”. Bez komentarza. Związki partnerskie? Słyszeliśmy wszyscy, jak obecny prezydent tłumaczy, że są niepotrzebne, bo przecież lesbijki i geje „dziedziczyć po sobie mogą i tak”, a jeśli nie, to może „kiedyś trzeba będzie to poprawić”. A przecież to tylko część praw, które powinna zapewnić ustawa o związkach partnerskich. Ustawa o finansowaniu in vitro z NFZ leży w lasce od 3 lat. Po śmierci Izabeli Jarugi-Nowackiej, reprezentującej klub Lewicy, który ją złożył, Komorowski wycofał ją z procedowania.
Zauważmy, że antykaczyńska histeria w większym stopniu dotyczyła facetów. Wiele kobiet przeczuwa, że za rządów PO czekają nas pozory polityki równościowej. Nie znoszę „kaczyzmu”, ale boję się „bronkizmu” jak ognia. Przede wszystkim boję jako kobieta. Kobieta w neoliberalnej Polsce nie ma łatwego życia.
T. G.: Czyli nic się tu nigdy nie zmieni?
M. T.-J.: Pokładam nadzieję w nowym pokoleniu, na które stawia też Grzegorz Napieralski. Dla nich PRL jest abstrakcją, za to realia neoliberalnego rynku pracy odczuwają boleśnie na własnej skórze. Dla nich ochrona matek na rynku pracy przez państwo to „oczywista oczywistość”. To pokolenie, które ostatecznie położy kres polskiemu patriarchatowi i konserwie. Amen (śmiech).
T. G.: Jest pani z Górnego Śląska. Jak duży udział mieli Zieloni w powstaniu pierwszego śląskiego Marszu Tolerancji?
M. T.-J.: Bez Zielonych i KPH pierwszy marsz tolerancji w Katowicach w ogóle by się nie odbył. Tematyka antydyskrymincyjna była tu wcześniej nieobecna. Ten pierwszy marsz był marszem policji – było tyle samo policjantów, co uczestników. Nie był to marsz pokazujący ideę tolerancji, tylko marsz strachu.
Gdy to wspominam, nasuwają mi się pytania. Czy rzeczywiście ludzie tutaj tak myślą? Czy Ślązacy są większymi homofobami niż mieszkańcy innych regionów Polski? Gdy ostatnio delegacja z Kolonii – miasta partnerskiego Katowic – na spotkaniu w UM Katowice mówiła o różnorodności (etnicznej, narodowej, płciowej itd.) Kolonii jako o najważniejszym czynniku rozwoju miasta, jeden z wiceprezydentów Katowic zapytał: a gdzie są w tym wszystkim prawdziwi Niemcy? Tym bardziej doniosłe jest to, że ten Marsz w ogóle się odbył. Chwała ludziom ze śląskiej KPH.
Katowice przygotowują się do bycia kulturalną stolicą Europy 2016. Jeżeli wątek różnorodności nie będzie uznany za wartość (bo jest on wartością, niezależnie od tego, czy pan prezydent tego chce, czy nie), odejmiemy sobie wiele punktów, które moglibyśmy zdobyć.
T. G.: Zieloni od lat aktywnie walczą o prawa osób LGBT w Polsce. Jak legalizacja związków partnerskich ma się do wizji zielonej polityki?
M. T.-J.: Zawsze stawaliśmy po tęczowej stronie świata. Jesteśmy za legalizacją związków według kryteriów, które wypracują środowiska LGBT. W Grupie Inicjatywnej ustawy o związkach partnerskich jest Krystian Legierski, będący członkiem Zielonych. Znamy różne przykłady rozwiązań: PACS, małżeństwo, konkubinat czy inne formy kohabitacji. Ale politycznie chcemy poprzeć rozwiązanie wypracowane przez samych obywateli i obywatelki. Najlepszą formą zielonej demokracji jest właśnie oddolność, różnorodność, żeby nie powiedzieć… równość (śmiech).
Dr Małgorzata Tkacz-Janik – dziennikarka, wykładowczyni akademicka, feministka. W 2006 roku zorganizowała pierwszą Manifę na Śląsku. Współorganizatorka i członkini rady programowej Kongresu Kobiet. Była kandydatką Zielonych w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 r. i do Sejmu w 2005 r. (na liście SdPl). W styczniu 2009 r. nominowana przez „Gazetę Wyborczą” do tytułu Polki Roku 2008. Od kwietnia 2010 r. jest przewodniczącą Zielonych 2004 (parytetowo obok Dariusza Szweda).
30 listopada 2008
Po zdobyciu Sejmu
Piątek był pięknym dniem - ponad 200 kobiet z całej Polski przyjechało do Sejmu, by przypomnieć o fakcie 90-lecia uzyskania przez Polki praw wyborczych. Wydarzenie to zacne, a jednak w "Wiadomościach" w TVP 1 ważniejszą kwestią była również rocznica, tyle że... powstania polskiej marynarki, natomiast na Wiejskiej jeden Ludwik Dorn stanął na wysokości zadania spośród wielu zaproszonych polityków i przybył na dyskusję poświęconą temu wydarzeniu. Po wydarzeniach "za dnia" w Sejmie przyszedł czas na wieczornicę w Komunie Otwock, podczas której można było obejrzeć film o amerykańskich sufrażystkach, obejrzeć spektakl parateatralny i posłuchać debaty z udziałem kobiet, którym udało się pokonać lepką podłogę.Prowadząca spotkanie Paulina Młynarska poprosiła panelistki o podanie "backgroundu", z którego przybyły. Katarzyna Piekarska, wiceprzewodnicząca SLD przypomniała, że działa w ruchu kobiecym już 18 lat, kiedy zakładała razem z Barbarą Labudą sekcję kobiecą ROAD. Po dziś dzień postulaty owego ruchu są aktualne. Katarzyna Król z Partii Kobiet stwierdziła, że jej powstanie było dla niej zaskoczeniem, ale to zaskoczenie sprawia, że ludzie podobni sobie mogą domagać się swoich praw. Agnieszka Grzybek, przewodnicząca Zielonych jest z kolei pod wrażeniem "superbabek polskiego feminizmu", dzięki którym jesteśmy tam, gdzie jesteśmy. Po doświadczeniu koalicji kobiet, dzięki którym w 2001 roku do parlamentu weszło więcej kobiet - ale głównie o poglądach konserwatywnych, stwierdziła, że jeśli chce się działać na rzecz praw kobiet, należy być w środku organów decyzyjnych. Dzięki temu trafiła do Zielonych, w których panuje parytet płci, a każda z nich ma zagwarantowanych po 40% pierwszych miejsc na listach wyborczych.
Na pytanie prowadzącej o wydarzenie, które zmieniło ich życie i skierowało na inne tory, liderka OZZPiP na Śląsku opowiadała o swoich doświadczeniach życiowych, jak przekonanie jej matki o tym, że "z dużo pupą zajdziesz daleko, a z dużą buzią nie", start w wyborach, a także własne życie rodzinne, w którym mąż i syn, choć dworują sobie z określenia "feminizm", rozumieją potrzeby kobiet i walkę o swoje prawa. Piekarska przypomniała wydarzenie z czasu, gdy miała 11 lat i oglądała w telewizji relację z wizyty jakiegoś premiera. Powiedziała wtedy do taty, że chciałaby być żoną premiera, na co jej ojciec odparł, że może lepiej jest być premierem, co całkiem się jej spodobało. Jako swoją mentorkę uznała Zofię Kuratowską, długoletnią działaczkę na rzecz praw człowieka, w tym równouprawnienia kobiet. Król powiedziała, że gdy Manuela Gretkowska ogłosiła swój manifest, a jednocześnie entuzjazm kobiet, przybywających do pierwszej siedziby Partii Kobiet, wtedy poczuła, że warto działać. Agnieszce Grzybek nie spodobało się zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej, a następnie wciągnęła się w spotkania o feminizmie z Marią Janion.
Czy odwaga kobiet jest chorobą? Piekarska przypomniała, że jedynym przypadkiem, kiedy kobiety zostały zaproszone do debaty politycznej w programie "Kawa na ławę", to... z okazji 8. Marca. Piekarska z kolei przypomniała o pewnej historii, w której brała udział, gdzie życzliwy dla niej dziennikarz spytał z nutką niepokoju w głosie "Ale Pani chyba nie jest feministką?". Król dodała, że problemem jest brak śmiałości w określaniu się mianem feministek, czego najlepszym przykładem jest stwierdzenie "Nie jestem feministką, ale...". Podczas dyskusji przypomniano także o bohaterkach walki o prawa kobiet dnia dzisiejszego - Alicję Tysiąc, Anetę Krawczyk, Annę z Olsztyna, walczącą z odwołanym już prezydentem Małkowskim, czy też Bożenę Łopacką, toczącą boje o poszanowanie praw pracowniczych w Biedronce.
Kiedy zapytano o to, co najbardziej je denerwuje w przestrzeni publicznej, przedstawicielka OZZPiP uznała, że jest to fałszywy podział na żeńskie i męskie role społeczne. Piekarska z kolei fakt trwania przekonania, że kobietom "wolno mniej" i że same kobiety często nie widzą potrzeby zmiany tego stanu. Król martwi się brakiem widoczności w przestrzeni medialnej kobiet-ekspertek. Agnieszce Grzybek wadzi z kolei seksualizacja kobiety, niezależna nawet od jej pozycji materialnej. Z tą opinią nie zgodziła się Kazimiera Szczuka, uznając, że szefowe nie bywają molestowane. Prawa kobiet bez kontekstu "bazy" są niewiarygodne, bo "nadbudowę" kolejne rządy mogą prowadzić "na niby". Partia Kobiet jej zdaniem jest próbą realizacji iluzji możliwości stworzenia enklawy, położonej z dala od brudu polityki. Małgorzata Tkacz-Janik, bez której tych hucznych obchodów by nie było stwierdziła, że "społeczeństwo obywatelskie" jest narzędziem patriarchatu, służącym rozdrabnianiu ruchów obywatelskich i prowadzeniem do kłótni w walce o pieniądze na działalność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)