Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polityka historyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polityka historyczna. Pokaż wszystkie posty

3 grudnia 2012

Zaproszenie: "Ciągle wierzę" na festiwalu Watch Docs


Na festiwalu „Watch Docs” będzie można obejrzeć film „Ciągle wierzę”w reżyserii Magdaleny Mosiewicz. Film poświęcony jest postaci Ewy Hołuszko.

W sekcji „Nowe filmy polskie” odbędą się dwa pokazy w Warszawie:

* 10 grudnia, poniedziałek, 20:30, stary BUW, ul. Krakowskie Przedmieście 26/28

*13 grudnia, czwartek, 18:00, Laboratorium CSW Zamek Ujazdowski, ul. Jazdów 2

Po projekcji 13 grudnia odbędzie się spotkanie z bohaterką i reżyserką.

Źródło: strona filmu.

11 listopada 2012

O jeden wieniec za daleko

Dzisiaj podczas zorganizowanego przez kancelarię Prezydenta marszu "Razem dla Niepodległej" Prezydent Komorowski złoży wieniec pod pomnikiem Romana Dmowskiego. Intencją Prezydenta było podobno łączenie różnych środowisk i świętowanie ponad podziałami. Prezydent tłumaczył, że Piłsudskiego "kocha", a Dmowskiego jedynie "szanuje" i że wieniec nie będzie przecież za antysemityzm, tylko za zasługi dla Polski. Uhonorowanie postaci Dmowskiego na pewno włącza w ową "jedność ponad podziałami" zwolenników nacjonalistycznej prawicy. Ale równie skutecznie, a nawet skuteczniej wyklucza z takiej wspólnoty wszystkich tych, którzy nie godzą się na budowanie polskości na ksenofobii i antysemityzmie.

W historii Polski i Europy jest wiele postaci, które miały na swym koncie antysemickie wypowiedzi, a które mimo to cenimy. Ale Dmowskiego nie można zaliczyć do tej kategorii, ponieważ w jego przypadku antysemityzm nie był po prostu czymś, co można "wziąć w nawias". Był jednym z filarów jego działalności politycznej i jego realnym wkładem w polską kulturę - wkładem, którego dziś winniśmy się wstydzić. Wziąć w nawias przewiny Dmowskiego to tyle, co odebrać głos i prawo do pamięci tym, których jego polityka skrzywdziła.

To zresztą znamienne, że w programie dnia nie znalazło się miejsce na uhonorowanie Gabriela Narutowicza, pierwszego prezydenta niepodległej Polski, zamordowanego przez politycznych wychowanków Dmowskiego.

Aby budować jedność, trzeba nazwać i naprawić krzywdy. Tymczasem od lat mamy do czynienia z wysiłkami, by owe krzywdy przemilczeć bądź zrelatywizować. Kiedy stawiano Dmowskiemu pomnik, groziło to realnie "zamknięciem sprawy". Dlatego 1 września 2006 r. ogłosiliśmy list otwarty przeciwko pomnikowi Dmowskiego. Pisaliśmy w nim:
Do władz miasta stołecznego Warszawy:

Z oburzeniem przyjmujemy wiadomość, że w Warszawie przy Trakcie Królewskim ma stanąć pomnik Romana Dmowskiego.
Nie zgadzamy się na wprowadzanie do polskiego panteonu człowieka, którego program polityczny opierał się na nienawiści. Nazwisko Dmowskiego nierozerwalnie wiąże się z ideologią rasizmu, szowinizmu, "egoizmu narodowego" a nade wszystko antysemityzmu.
Podczas rewolucji 1905 r. bojówki endeckie wspierały siły carskie przeciwko polskim robotnikom. W okresie światowego kryzysu gospodarczego Dmowski propagował nienawiść do mniejszości narodowych jako polityczne panaceum. Otwarcie, a często z entuzjazmem, nawiązywał do włoskiego, a potem niemieckiego faszyzmu. Stworzony pod jego wpływem program endecji w swoich rozwiązaniach wyprzedzał nawet rasistowskie ustawy norymberskie. Postulowano w nim m.in. pozbawienie Żydów praw wyborczych, zakaz małżeństw polsko-żydowskich, zakaz studiowania i nakaz mieszkania na wyznaczonym terenie. W latach 30. antysemickie bojówki inspirowane ideologią Dmowskiego na ulicach i uczelniach szeroko stosowały przemoc i agresję. Koncepcje Dmowskiego odpowiadają też za zaostrzenie konfliktów z mniejszościami narodowymi, zwłaszcza z Ukraińcami, i za eskalację antyżydowskiej przemocy, która przygotowała społeczny grunt pod te polskie postawy wobec Zagłady, za które trzeba się wstydzić. Symbolami tej polityki są pogrom w Kielcach i zbrodnia w Jedwabnem.
W okresie PRL niechlubnym dziedzictwem ideologii Dmowskiego był Marzec 1968 - ostatnie w Europie antysemickie prześladowania pod egidą państwa.
Nie zgadzamy się na stawianie pomnika człowiekowi, którego polityka polegała na propagowaniu nienawiści i gloryfikacji przemocy.
Nie widzimy różnicy między stawianiem pomnika Dmowskiemu a propagowaniem faszyzmu. Nie zgadzamy się na finansowanie takiego pomnika z publicznych pieniędzy. Wnosimy obywatelski wniosek, aby władze Warszawy cofnęły zgodę na ten pomnik, a pieniądze przeznaczone na jego budowę przeznaczyły na rzeczywiste potrzeby miasta.
Alina Cała
Adam Ostolski
Bożena Umińska
Marek Edelman

prof. Maria Janion

Odsłonięcia pomnika nie udało się już powstrzymać, ale list uruchomił pomysłowość osób, którym ta sprawa nie była obojętna. Jan Gebert wynajął w pobliżu pomnika słup ogłoszeniowy, na którym umieszczał drastyczne cytaty pokazujące, jaką postacią był Dmowski. Ktoś inny oblał w nocy pomnik Dmowskiego różową farbą. Warszawskie koło Zielonych zorganizowało dwie akcje przeciw kultowi Dmowskiego. 3 listopada 2006 r. przemianowaliśmy rondo Dmowskiego na rondo Gombrowicza (zob. relację Katarzyny Szumlewicz na Lewica.pl oraz fotorelację Joanny Erbel).
Alina Cała, fot. Joanna Erbel
Dlaczego Gombrowicz zamiast Dmowskiego? – mówiła Alina Cała – Bo Gombrowicz był demokratą, a Dmowski podziwiał Hitlera. [...] Bo Gombrowicz przewietrzył w głowach wielu ludziom, a Dmowski tylko wietrzył spiski. Bo Gombrowicz miał poczucie humoru, a Dmowski nie miał nawet poczucia rzeczywistości. Bo Gombrowicz był wrażliwy i czuł, a Dmowski nienawidził i szczuł.

Piotr Działak odsłania tablicę
Fot. Joanna Erbel
Kilka dni później, 9 listopada, a więc jeszcze przed oficjalnym odsłonięciem pomnika, dokonaliśmy jego uroczystego zasłonięcia. Ustawiliśmy się przed pomnikiem z zielonym transparentem z napisem "NOC KRYSZTAŁOWA PAMIĘTAMY" (zob. relację Katarzyny Szumlewicz na Lewica.pl). Dzięki tym działaniom pomnik Dmowskiego nigdy nie był nieproblematyczny. Zaczęła się kształtować tradycja protestowania przeciw ksenofobii właśnie pod tym pomnikiem. W kolejnych latach akcje pod pomnikiem organizowała m.in. grupa Żelbeton. Pomnik Dmowskiego miał gwarantować, że pewne wstydliwe i trudne karty polskiej historii zostaną "pozamiatane". Ale stało się odwrotnie: dla wielu osób ten pomnik zaczął oznaczać, że nie wolno nam zapominać o etnicznym i rasistowskim szaleństwie XX wieku. Dmowski nie stał się bohaterem narodowym, ani nawet bohaterem całej prawicy. Jak z żalem zauważył parę dni temu na portalu Prawica.net Jan Engelgard:
Prezydent RP Lech Kaczyński omijał pomnik szerokim łukiem, dając w licznych wywiadach wyraz swojej niechęci do „tradycji endeckiej”. Wytworzyła się niebezpieczna sytuacja – w której Roman Dmowski był traktowany jako postać „drugiej kategorii”.
Tabu, którego nie naruszył nawet Lech Kaczyński, nie jest już nieprzekraczalnym problemem dla Bronisława Komorowskiego. Złożenie wieńca pod tym pomnikiem niewątpliwie oznacza jego "awans". Pokazuje to, jak daleko na prawo przesunęła się Polska pod rządami Platformy Obywatelskiej.

Kryzys gospodarczy sprzyja szczuciu jednych ludzi na innych - a wszystko wskazuje na to, że kryzys będzie się pogłębiał. Dla nas - wszystkich tych, którzy chcą żyć w kraju i świecie wolnym od rasizmu i ksenofobii - to przede wszystkim wezwanie do pracy. Już raz przecież udało nam się wspólnym wysiłkiem pozbawić ten pomnik - i samą postać Dmowskiego - aury "oczywistości".

Adam Ostolski

6 listopada 2012

Zaproszenie: dyskusja o 11 listopada




Redakcja kwartalnika „Bez Dogmatu” zaprasza na dyskusję


Lekcja historii, czyli dlaczego 11 listopada (nie) jest naszym świętem

7 listopada, środa, godz. 18.00
Centrum im. I. Daszyńskiego, Al. Ujazdowskie 20/6 (sala główna)

W spotkaniu udział wezmą: 
* Bartosz Machalica (Centrum im. I. Daszyńskiego) 
* Agnieszka Mrozik („Bez Dogmatu”) 
* Adam Ostolski (Krytyka Polityczna) 
* Anna Zawadzka („Bez Dogmatu”)

Od kilku lat im bliżej 11 listopada, tym większy niepokój. Ulicami polskich miast przechodzą wtedy demonstracje, które na swoich sztandarach wypisują hasła tyleż miłości do ojczyzny, co niechęci do przeciwników politycznych. Święto patriotyzmu staje się okazją do eskalacji konfliktów, które narastają przez cały rok. Czym dla Polaków i Polek jest 11 listopada? Czym jest dla lewicy w Polsce? Czy warto bić się o patriotyzm, wydzierać go z rąk prawicy? A może lepiej stworzyć lewicową „wersję” patriotyzmu? Czy lewica w ogóle potrzebuje historii, a jeśli tak, to jaka jest lewicowa narracja historyczna?

Spotkanie promuje najnowszy numer kwartalnika kulturalno-politycznego „Bez Dogmatu”. Pismo do kupienia w Empikach w całym kraju, a w Warszawie dodatkowo w księgarniach MDM na Pięknej, Prus na Krakowskim Przedmieściu oraz w sklepie Bęc Zmiany na Mokotowskiej.

Strona wydarzenia na fb.

13 października 2012

Czai się Pani Przeszłość...

Jeszcze czytam, jeszcze wertuję strona po stronie i przyglądam się zamieszczonym zdjęciom – nieraz wracając do już przeczytanych słów, ale już wiem, że historyczno-kulturowy esej „Festung Warschau” Elżbiety Janickiej jest niezwykle ważny dla nas, jako mieszkańców miasta – zgruzowanego i powstałego od nowa z bolesnych popiołów.

Esej wdziera się pod zakrytą tkankę miejską, gdzie działy się wydarzenia, o których nie uczą nas w szkołach, których ślady niełatwo dzisiaj znaleźć na powierzchni miasta, a przecież dotyczą mieszkańców Warszawy, obywateli Rzeczpospolitej – naszych żydowskich sąsiadów, a więc i nas wszystkich dotyczą. Elżbieta Janicka przedziera się przez warszawskie ulice, place i podwórka pokazując „prawdy” historyczne, które zakryły inne „prawdy”, przedziera się przez mury – polityczne, literackie i religijne.

Czytanie tego niezwykłego tekstu uświadamia, jak bardzo jest zakryta historia Żydów warszawskich. Zakryta pomnikami, tablicami, nazwami ulic, które wdarły się do dawnych dzielnic żydowskich, a upamiętniają Polaków-katolików, i kiedy przyjrzymy się bliżej mapie Warszawy, widzimy, że nie w tych kwartałach powinny wyrosnąć. Zasłaniają przed nami przeszłość, sprawiają, że przechodząc placem czy ulicą nie wiemy, czym tak naprawdę było to miejsce wiele lat przed wojną i w jej trakcie.

Autorka poprzez swoją książkę zadaje pytania: Skąd wzięły się w Warszawie podwórkowe kapliczki? O czym kłamie kobieta z pomnika na Placu Krasińskich, schodząc z dzieckiem do kanału? Czego jeszcze nie wiemy o Akcji pod Arsenałem?

Nie są to łatwe sprawy, poplątane kulturowo i politycznie, dla wielu bardzo bolesne – wstrząsające i wypierane ze świadomości, a często po prostu nieznane fakty. W dzieciństwie i w rodzinnych domach wielu z nas miało swoich bohaterów – czystych, kryształowych, a dzisiaj okazuje się, że te kryształy mają skazy, których dziś się wstydzimy. I pytamy: Jak to, czemu? Czemu tak opisałeś tamte wydarzenia, czemu zapomniałeś o warszawiakach i warszawiankach z getta? Czemu tak bardzo się hołduje bohaterom tylko jednego powstania?

Wiele takich pytań się nasuwa przy odkrywaniu kolejnych kart historii, ale nie ma prostych odpowiedzi, bo to „zburzona pamięć”, jak kiedyś nasze miasto Warszawa. Dzięki takim książkom jak „Festung Warschau” możemy ją odbudować w swojej świadomości i w przestrzeni miejskiej.

Jak pisze Sylwia Chutnik: „Pod asfaltem pod ziemią, w zmielonych murach byłego getta czai się Pani Przeszłość. Co z nią zrobimy, gdy już ją odkryjemy?”.

Idę czytać dalej, aby dowiedzieć się, co kryje się pod tym asfaltem.

Marek Matczak

3 listopada 2011

Garść zaproszeń na listopad

S/PRZECIW HISTORIA – dyskusja wokoł książki Marii Solarskiej o krytycznym wymiarze historii kobiet i czytaniu wspołczesnych dyskusji o równości płci i parytecie przez jej pryzmat.

Wprowadzenia do dyskusji: Maria Solarska, Agnieszka Weseli, Ewa Charkiewicz

Warszawa, 4 listopada (piątek), w godz. 19 – 21


Warszawa, Piękna 64a lokal 11

***

Polska Zielona Sieć i Polska Akcja Humanitarna serdecznie zapraszają na briefing dla dziennikarzy zatytułowany:

Głos aktywistek z Globalnego Południa na rzecz sprawiedliwości klimatycznej

Briefing odbędzie się 7 listopada (poniedziałek), w kawiarni Wrzenie Świata przy ul. Gałczyńskiego 7, w godz.11.30 – 12.30

Przed jakimi wyzwaniami stoją kobiety, które aktywnie angażują się w działania dla klimatu i przeciw ubóstwu w krajach najbiedniejszych?

Jaką rolę odgrywają skutki zmian klimatu w walce lokalnych społeczności Nigerii oraz Papui Nowej Gwinei z ubóstwem?

Jakie obawy i nadzieje wiążą ze zbliżającą się konferencją klimatyczną w Durbanie najubożsi?

Czy polska prezydencja w Radzie UE pomoże czy przeszkodzi w wypracowaniu nowego, wiążącego porozumienia klimatycznego?

Tylko przez jeden dzień gościć będą w Polsce dwie niezwykłe działaczki – Hauwa Umar-Mustapha z Nigerii i Serafhina Gigira Aupong z Papui Nowej Gwinei. Spotkanie z nimi będzie niecodzienną okazją, by usłyszeć bezpośrednie relacje świadków zmian klimatu i przekonać się, jak duży wpływ ma zmieniający się klimat na rozwój najbiedniejszych.

Hauwa Umar-Mustapha, koordynatorka Inicjatywy Rozwojowej Tubali (The Tubali Development Initiative, www.tubali.com) z Nigerii. Zajmuje się badaniem wpływu zmian klimatu na rolnictwo i rozwój nigeryjskich wiejskich społeczności pod kątem zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego. W swojej działalności szczególną uwagę poświęca sytuacji kobiet, których życie dramatycznie pogarsza się w związku ze skutkami zmian klimatu.

Serafhina Gigira Aupong, kampanierka the Bismarck Ramu Group (BRG) z Papui Nowej Gwinei. Serafhina aktywnie działa w jednej z papuaskich prowincji Madang, wspierając tradycyjne społeczności rybaków dotkniętych negatywnymi skutkami zmian klimatu. Specjalizuje się w temacie przymusowych migracji związanych z podnoszącym się poziomem morza.

Pobierz zaproszenie na briefing

Po briefingu serdecznie zapraszamy na wspólny obiad.

Prosimy o potwierdzenie uczestnictwa drogą emailowa lub telefoniczną:

kasia@globalnepoludnie.pl

Tel. 91 880 38 72, kom. 697 185 614

***

Kolorowa Niepodległa, 11.11.11., Warszawa, godzina 12.00, miejsce - wkrótce podamy

Kolorowa Niepodległa to uliczny koncert a zarazem wiec, przygotowany na Święto Niepodległości przez Krytykę Polityczną, wchodzącą w skład Koalicji Porozumienie 11 listopada. Koalicję, zrzeszającą szereg organizacji, środowisk, grup nieformalnych i osób - łączy wspólna wizja wolnej, otwartej, wielokulturowej Polski. Chcemy Polski przyjaznej wszystkim; bez względu na wiek, płeć, kolor skóry, orientację seksualną, status społeczny, poziom wykształcenia czy wyznawaną religię. Dlatego łączy nas również sprzeciw wobec wszystkich form nacjonalizmu, wobec rasizmu, wobec ksenofobii, wobec pogardy i nienawiści szerzonej przez nacjonalistyczne ugrupowania pod przykrywką narodowej dumy.

W dniu Niepodległości chcemy świętować, śpiewać, słuchać muzyki , słuchać ważnych i mądrych głosów zaproszonych gości i członków Koalicji Porozumienie 11 listopada. Chcemy być razem, w poczuciu solidarności, radości i szacunku. Nasze credo to wyraźne TAK! dla praw człowieka i wolności. I wyraźne NIE! dla nacjonalizmu i neofaszyzmu. NIE! dla mowy i czynów nienawiści.

Popieram Kolorową Niepodległą. Czuję się jej częścią - profesor Maria Janion

Idziemy na Kolorową Niepodległą, bo kolory tęczy nie kłócą się nam z biało-czerwonym - a kolor brunatny jak najbardziej - Michał Sutowski, Krytyka Polityczna

Jestem Polką. Chcę żyć w Polsce wielokulturowej, wieloreligijnej, wieloetnicznej. Przyjdźcie na Kolorową Niepodległą. Ja tam będę. Faszyzm nie przejdzie. - Ilona Ostrowska, aktorka.

Chcę żyć w Polsce mieniącej się kolorami i pachnącej jak cała kultura światowa. Zapraszam na wiec Kolorowa Niepodległa - Tomasz Karolak, aktor.

Prowadzenie: Kazimiera Szczuka i Mikołaj Lizut

Zagrają:

- aFrykasy Sunsystem; Grajek Krawiec, Mamadou Diouf & Friends, - Tymon Tymański - Stołeczny Chór Rewolucyjny "Warszawianka". W składzie chóru między innymi: Piotr Najsztub, Mikołaj Lizut, Katarzyna Kwiatkowska, Sylwia Chutnik, Michał i Ola Bilewiczowie, Piotr Laskowski, Ania Blumsztajn. - Jarosław Sacharski, finalista konkursu Pamiętajmy o Osieckiej zaśpiewa "Deszcze Niespokojne".

Prócz tego na wiecu głos zabiorą przedstawiciele społeczności romskich, żydowskich, wietnamskich, afrykańskich, kaukaskich i LGBT. Między innymi: Stanisław Krajewski, Robert Biedroń, Mariusz Kurz. A także: Prof. Magdalena Środa, prof. Stanisław Obirek, Bari z Koalicji Porozumienie 11 listopada, Krzysztof Krauze , Joanna Kos- Krauze i inni.

Wspierają Kolorową Niepodległą i będą z nami między innymi: Jacek Poniedziałek, Wojciech Pszoniak, Borys Szyc, Eryk Lubos, Roma Gąsiorowska, Sonia Bochosiewicz, Katarzyna Kwiatkowska, Iza Kuna, Renata Dancewicz, Małgorzata Niemirska, Antoni Pawlicki, Urszula Dudziak, Tomasz Karolak, Małgorzta Niemirska, Włodzimierz Staniewski, Krystyna Krakowska-Krauze, Olga Tokarczuk, Cezary Harasimowicz, Grażyna Wolszczak, Xawery Żuławski, Włodzimierz Staniewski, Małgorzata Braunek, prof. Małgorzata Fuszara, prof. Zbigniew Szawarski, prof. Sławomir Wołczyński.

Będą obecni również politycy, tym razem w charakterze prywatnych osób solidarnie świętujących z nami na ulicy.

***

Wiec solidarności z ruchem Occupy Wall Street

11.11.11 o godzinie 11.00 zapraszamy wszystkich na wiec solidarności z uczestnikami akcji Occupy Wall Street, która w ponad stu amerykańskich miastach przeistoczyła się w obywatelski ruch Occupy Together, działający także w innych krajach. Wiec będzie miał miejsce w Warszawie, przed gmachem Ambasady Stanów Zjednoczonych w Alejach Ujazdowskich 29/31. Chcemy w ten sposób zaprotestować przeciwko nieuzasadnionym represjom stosowanym wobec uczestników masowych wystąpień obywatelskich.

Chcemy poprzeć ideę walki non-violence, walki pozbawionej jakiejkolwiek przemocy, opartej na zasadach obywatelskiego nieposłuszeństwa, zakładającej przeciwstawianie argumentom siły jedynie argumentu racji, wywodzącej się także z najlepszych tradycji amerykańskich, sięgających czasów Henry’ego Davida Thoreau.

Dziś, gdy do tych tradycji odwołują się Zgromadzenia Powszechne na Liberty Plaza w Nowym Jorku i setkach miast w USA i na świecie, powinniśmy do nich dołączyć. Już przed dwoma tygodniami, uczestnicząc w Marszu Oburzenia zorganizowanym przez Porozumienie 15 Października, w parku obok warszawskiej giełdy wyraziliśmy wolę by stać się zaczątkiem takiego Zgromadzenia Powszechnego także w naszym kraju.

Kolejnym miejscem jego obrad niech będą zatem 11 listopada Aleje Ujazdowskie przed ambasadą USA, gdzie chcemy zaprotestować przeciwko brutalnym i nieuzasadnionym represjom wobec tworzącego się obywatelskiego ruchu przywrócenia należnych wspólnocie praw i wyrazić swoje poparcie dla tych dzielnych i wytrwałych ludzi, którzy w ruchu tym uczestniczą.

A dlaczego właśnie 11 listopada? Bo trudno wyobrazić sobie lepszy termin niż Święto Niepodległości, by przywrócić pojęciu międzyludzkiej solidarności (tej z małej litery) zapomniane znaczenie. Bo przecież „za wolność naszą i waszą”, Pułaski, Kościuszko, te sprawy…

Jest też pewna symetria świąt. 11 listopada to w Stanach Zjednoczonych Dzień Kombatanta. Przykładem na to, w jaki sposób państwa traktują niepotrzebnych już żołnierzy, jest przypadek Scotta Olsena, 24-letniego weterana marines, który odbywał służbę w Iraku. Należy on do organizacji Weterani dla Pokoju, zrzeszającej byłych amerykańskich wojskowych, którzy zdecydowali się wystąpić przeciwko militarystycznej polityce swojego kraju. W USA weterani są otaczani szczególnym szacunkiem, choć państwo często o nich zapomina. Scott, który wyszedł bez szwanku z uczestnictwa w bezsensownej wojnie, na którą wysłało go jego państwo, został poważnie raniony przez policję. Znalazł się w szpitalu w stanie krytycznym – obecnie jego stan jest stabilny, ale jak się okazało doznał poważnego urazu mózgu, ma uszkodzony m. in. ośrodek mowy. Czeka go operacja neurochirurgiczna, a po niej długa, mozolna rehabilitacja.

Faszyzm miewa różne oblicza, a dziś możemy dostrzec paskudne oblicze korporacyjnego faszyzmu. „Faszyści zmieniają koszule”, pisał niegdyś Ryszard Krynicki po jednym z dramatów naszej najnowszej historii. Ten wiersz ma też jednak wymiar uniwersalny. Dziś są to białe koszule – white collars – z bardzo ekskluzywnymi metkami, należące do CEO’s – dyrektorów zarządzających wielkich korporacji, zwłaszcza z sektora finansowego, który ponosi największą odpowiedzialność za wywołanie obecnego światowego kryzysu ekonomicznego. To ci ludzie – pod pretekstem obrony porządku, który zapewnia im władzę i niewyobrażalne zyski – domagają się od polityków tłumienia przemocą protestów społecznych.

To nie jest wewnętrzna sprawa Stanów Zjednoczonych. To sprawa nas wszystkich.

Nie, nie jesteśmy antyamerykańscy. Wręcz przeciwnie. Pamiętajmy, że to w gruncie rzeczy melting pot, wrzący tygiel różnych ras, korzeni etnicznych, kultur, czyli – innymi słowy – skupiają się tam jak w soczewce dobre i złe cechy całej ludzkości.

Postulaty, jakie wysunął ruch Occupy Wall Street – zarówno ekonomiczne, jak i dotyczące respektowania elementarnych zasad demokracji – dotyczą nas wszystkich.

Las Birnam ruszył. Nie spóźnijmy się.

23 września 2011

Prawo do mieszkania: Ile interwencji państwa, ile rynku? Przykłady polityki mieszkaniowej z Austrii, Niemiec, Szwajcarii


Magda Mosiewicz, Zieloni: W mediach panuje zdumiewająca cisza dotycząca kwestii mieszkaniowej, i to w sytuacji, kiedy deficyt mieszkaniowy w naszym niemal 40-milionowym kraju wynosi 1,5 miliona. W zeszłym roku udało się ich gminom wybudować jedynie... 3,5 tysiąca. Państwo polskie przeznacza jedynie 0,5% budżetu na budownictwo, z czego większość idzie na fundusz termoizolacyjny, a więc nie tworzenie nowych domów, ale ocieplenie już istniejących. Gminy mogą dodatkowo wykorzystywać pieniądze ze swoich budżetów na dodatki mieszkaniowe - mają tu pełną dowolność, co sprawia, że przeznaczają od 0,5 do 10% swoich budżetów - ta ostatnia liczba dotyczy Rzeszowa.

Jan Strumiłło – architekt: W Zurychu, podobnie jak w przedwojennej Warszawie, głównym aktorem polityki mieszkaniowej są spółdzielnie, które dysponują 18% mieszkań, miasto tymczasem ma ich 5%. Zakładane były jeszcze w XIX wieku, a więc mają tradycję równie długą - a nawet ciut dłuższą - niż spółdzielczość w Polsce. Powstały po to, by ułatwić ludziom z obszarów wiejskich przenosiny do miasta. Są to organizacje non-profit, które przeznaczają swój zysk na cele statutowe. Bogacenie się społeczeństwa oznacza, że ludzie potrzebują więcej przestrzeni (przeciętne mieszkanie ma tu 54 metry kwadratowe), często bowiem następuje mieszanie funkcji mieszkania - stają się jednocześnie miejscami do życia i pracy. Nie zawsze zresztą w jednym mieszkaniu mieszkają osoby, które są ze sobą w związku, często są to np. grupy przyjaciół, co również zmienia krajobraz mieszkaniowy miasta. Duża rola spółdzielni, nastawionych nie na zysk, sprawia, że można ściąć nawet do 40% kosztów mieszkania - tyle bowiem wynosi standardowa stopa zysku dewelopera. Jedynie banki i fundusze emerytalne są w stanie konkurować z nimi finansowo, ich przeciętna stopa zwrotu z inwestycji wynosi jednak nie 40, a 7%.

Reiner Schendel – spółdzielnia Stattbau Hamburg: W naszym mieście z budownictwa spółdzielczego pochodzi od 5 do 7% ogółu mieszkań. Aktualnie rocznie powstaje ich 3 tysiące, docelowo chcielibyśmy, by wskaźnik ten wzrósł do 6 tysięcy. Mimo starzenia się społeczeństwa nie zmniejsza się zapotrzebowanie na mieszkania z rynku pierwotnego, głównie o małej i średniej powierzchni. Spółdzielczość umożliwia społeczne zaangażowanie już od samego procesu projektowania i budowy mieszkań, co wpływa na wzrost zaufania społecznego, znajdujący swe odzwierciedlenie w wynikach badań nad jakością życia sąsiedzkiego w mieście. Umożliwia to również tworzenie projektów z uwzględnieniem wysokich norm ekologicznych czy też integracji społecznej (osób młodych i starych czy zdrowych i chorych). Za czasów rządów CDU i Zielonych ustalono wysokie standardy ekologiczne nowo budowanych mieszkań. Miejskie działki przekazywane są nie według wartości finansowej projektu, a oceny ich jakości. Rynek nie jest sam w siebie zaspokoić zapotrzebowania na przystępne cenowo mieszkania i to na ten problem odpowiadamy swoją działalnością. Firmy komercyjne nie odważyłyby się przygotowywać takich ofert, jak domy ekologiczne czy integracja osób defaworyzowanych. Przy budowie społecznej możemy uniknąć tak wysokich narzutów na ceny, jak 20%, bo tyle wynosi średni zysk dewelopera w naszym mieście.

Gerhard Jordan, Rada 21. dzielnicy Wiednia: Krótko o mieście - ma ono ponad 1,7 miliona mieszkanek i mieszkańców, z czego 20,6% stanowią osoby pochodzące spoza Austrii. Spośród 900 tysięcy mieszkań w mieście mieszkań komunalnych jest około 210-220 tysięcy (ok 24%), podczas gdy mieszkań prywatnych jest jedynie 19%. Do mieszkania komunalnego ma prawo osoba będąca obywatelką/obywatelem Unii Europejskiej lub Europejskiego Obszaru Gospodarczego, mająca miesięczne dochody poniżej 2.859 euro (przeciętny dochód osoby zatrudnionej to 1.400 euro netto miesięcznie) i mieszkająca w Wiedniu od co najmniej 2 lat. Tradycje budownictwa społecznego wywodzą się z okresu rządów socjaldemokratów po I Wojnie Światowej - "czerwonego Wiednia" (1919-1934), a nawet jeszcze dalej w przeszłość - w XIX-wieczne fundusze społeczne i wzajemne ubezpieczenia robotnicze. W 1923 roku miasto uchwaliło specjalny "podatek mieszkaniowy" od bogactwa i luksusu, który stał się kołem zamachowym programu budowy 60 tysięcy mieszkań. Poprawiło to dostępność wysokiej jakości mieszkań dla robotników. Skutkiem takiej polityki był fakt, że w wyborach 1927 roku socjaldemokraci zdobyli w wyborach do rady miasta 60,3%, a sama partia miała 400 tysięcy członkiń i członkiń w mieście. Koniec tego projektu nastąpił w wyniku prawicowego zamachu stanu w 1934 roku, choć już wcześniej przeżywał on problemy z powodu globalnego kryzysu ekonomicznego, który w Austrii uderzył w 1931 roku.

Odbudowa miasta po II Wojnie Światowej dokonywana była znacznie tańszymi kosztami, przez co utraciły one swoje przedwojenne detale architektoniczne. W latach 60. i 70 XX wieku zdecydowano się na rozwój budownictwa z wielkiej płyty, jednak zrezygnowano z niej w kolejnej dekadzie, kiedy wróciły tradycje budownictwa jakościowego - przestały dziwić bloki socjalne z basenem na dachu czy dużą ilością zieleni w otoczeniu. Niestety, po roku 2001, głównie z powodów finansowych, program budowy mieszkań socjalnych został zahamowany. Większą rolę zaczyna odgrywać budownictwo spółdzielcze, wspierane przez budżet miasta. Wsparcie w wysokości 500 milionów euro rocznie stanowi 4% budżetu miasta. Zieloni, po raz pierwszy w historii, są w czerwono-zielonej koalicji i chcą, by realizowane były postulaty takie jak budowa mniejszych mieszkań (60-70 zamiast 90-100 m2) czy mniejsza ilość miejsc parkingowych. Udało nam się także zablokować wyprzedaż mieszkań komunalnych w budynkach sprzed 1918 roku.

7 września 2011

Żałosny jest upadek króla, czyli wszystko już było...

Upadek przywódcy jest dość często widowiskiem żałosnym. Człowiek – do nie dawna silny i mocny, rozdający łaski i dar życia (niejednokrotnie również tego życia pozbawiający) – staje się czasem kimś na kształt ściganej zwierzyny, uciekinierem nie mającym szans na pomoc i przetrwanie. Ludzie, do niedawna kornie całujący jego rękę i zabiegający o korzyści, są teraz jego potencjalnymi zabójcami. Historia ciągle się powtarza - pułkownik Kaddafi dołącza właśnie do długiego szeregu cesarzy i królów, wodzów i prezydentów. Ich los (zresztą nie tylko ich) skłania do myślenia. Historyk - nie może dojść do innego wniosku - to już było. Żałosny koniec upadającego przywódcy absolutnie nie zaskakuje.

Kaddafi doszedł do władzy w sposób bezwzględny. Rządził - stosując kłamstwo i mord. Skonstruował również ideologię swojej władzy - świat pełen objawienia, mistycyzmu i na wpół religijnej legitymizacji .

Gdy żył - wiele mu wybaczano. Mimo grzechów przyjmowano do wspólnoty światowych przywódców. Hollywoodzkie gwiazdy pojawiały się na organizowanych bankietach. Gdyby zmarł śmiercią naturalną a władze przejęli desygnowany przezeń nastepcy - stawiano by mu pomniki. Grzechy opisywali by jedynie wnikliwi, zachodni dziennikarze. Teraz historię napiszą jego przeciwnicy - Kaddafi pozostanie na wieki(i słuszne) - perwersyjnym i ekscentrycznym zbrodniarzem.

To wszak już było...

Nie będzie żadnym odkryciem odnalezienie podobnych przypadków w historii Wielkiej Brytanii. Tamtejsza monarchia, choć przerwa w jej ponad tysiącletnim funkcjonowaniu trwała zaledwie dwanaście lat, nie była nigdy instytucja zbyt stabilną. Królów wynoszono na piedestał, po czym ich z niego strącano. Wielu brytyjskich monarchów spoczęło w anonimowych grobach, a pamięć dokonań przesłaniała zwycięska propaganda zwycięzców. Żaden z tych, którzy ponieśli klęskę, nie doczekał się równie genialnego opisu jak ten, który wyszedł spod pióra Szekspira. Mowa o Ryszardzie III – ostatnim z Plantagenetów na angielskim tronie.

Williama Szekspira trudno podejrzewać o obiektywizm. Musiał o Ryszardzie III napisać źle. Tworzył w końcu w Londynie, u schyłku epoki Tudorów. Elżbieta I była wszak wnuczką Henryka VII – człowieka, który doprowadził do udanej inwazji na monarchie Ryszarda i jego śmierci. Legitymizacja rodziny Tudorów, potomków walijskiego rycerza i królowej-wdowy, wymagała zohydzenia ich poprzednika. Swoją pracę Szekspir wykonał doskonale. Zbrodnie Henryka VIII zbladły wobec tego, co działo się w czasie kilkunastomiesięcznego regnum Ryszarda Plantageneta. Dopiero historiografia ostatnich dekad odkrywa, że nie było wcale, aż tak źle. Szekspirowi udało się jednak stworzyć dramat tak uniwersalny, że nie odczuwamy potrzeby zajmowania się już tragiczną historią ostatniego Plantageneta – wynosząc ponad nią tragedię człowieka u władzy w ogóle.

"Ryszarda III" przenoszono często na scenę i ekran. Straszliwa postać Ryszarda przypominającego monstrum i zdolniejszego do najstraszliwszych perwersji i zbrodni podobała się scenarzystom. W roku 1955 przenosi ją na ekran sam Lawrence Olivier, który zagrał zresztą tytułowego bohatera. Po raz pierwszy w filmowej adaptacji szekspirowskiej sztuki wykorzystano w tak wielkim natężeniu zbliżenia. Olivier stworzył najważniejszy traktat o istocie władzy w historii brytyjskiej kinematografii.

Równo cztery dekady później - Richard Loncraine tworzy swoją adaptację. Parada hollywoodzkich i brytyjskich gwiazd uczestniczy w filmie, którego realia przeniesione są do Londynu lat trzydziestych. To maniera modna w szekspirowskich adaptacjach realizowanych od połowy lat osiemdziesiątych (dopasował się do niej nawet Kenneth Branagh). Ryszard III Iana McKellena zagrany jest dobrze i nie przeszkadza nawet stylizowanie go na Hitlera. Całokształt zadowala mniej niż u Oliviera mającego zdolność do rozumienia Szekspira niemalże we krwi.

Kaddafi wiedział że kino utrwala prawdę. nawet tą nieprawdziwą. W Libii realizowano monumentalne filmy o bohaterach antykolonialnej walki. Grali w nich: John Gielgud i Antony Quinn. Zabrakło w nich szekspirowskiego talentu. Marzeń trypolitańskiego satrapy nie utrwaliły.

Ryszard III nie był więc kimś równie straszliwym jak bohaterowie odtworzeni przez Iana McKellena czy Lawrence'a Oliviera. Ale przegrał. Historię piszą zwycięzcy. Podobnie będzie z Kaddafim. I o tym można podumać w rocznicę bitwy pod Bosworth (tej od "Królestwa za konia" - którą całkiem przypadkowo obchodzimy w momencie gdy libijska władza leży na ulicy - porzucona jak korona Ryszarda III - w ostatnim akcie sztuki pana ze Stratfordu.

Szekspir - symbol brytyjskiej literatury i kultury -znowu przewidział to - do czego mozolnym trudem dochodzą współcześni analitycy. Co cieszy zwłaszcza nas - anglofilów...

Łukasz Jasina - historyk, doktor nauk humanistycznych, członek zespołu "Kultury Liberalnej".

4 września 2011

W pułapce rytuałów i tradycji


Zjawisko zwane "przywództwem w Rosji" jest niezwykle wdzięcznym tematem. Osobliwie kochają je historycy. Przywódcy rosyjscy nadają się wszak do opisywania w książkach biograficznych lepiej od władców Chin czy amerykańskich prezydentów.

Rosyjscy carowie i generalni sekretarze to od prawie czterech stuleci (z naprawdę nielicznymi wyjątkami) ciekawe postacie. Dominujące w Rosji (choć nie zawsze) jedynowładztwo również pomaga w snuciu analiz dotyczących wpływu osobowości przywódcy na system polityczny panujący w tym kraju. Ponadto zwalnia to od myślenia. Wszak każdą z przemian w rosyjskim systemie politycznym usprawiedliwić można samowładną decyzją Putina. Tymczasem kwestia przywództwa w Rosji jest nieco bardziej skomplikowanym problemem. Jedynowładztwo jest legendą, wzorcem wykreowanym przez rosyjską historię. Choć z drugiej strony - nawet władcy tacy jak: Iwan Groźny czy Józef Stalin nigdy tego stanu nie osiągneły a ich uzaleznienie od sfery symboli czy wykreowanej przez nich samych klasy rządzącej było większe niż może sie to na pierwszy rzut oka wydawać.

Wzór

Wzorzec rosyjskiego przywódcy kształtował sie przez kilka stuleci. Prac nad tą skomplikowaną budowlą nie zapoczatkował pierwszy władca Rosji (wcześniej tego słowa nie uzywano) Piotr Pierwszy Romanow. Jego poprzednicy na carskim tronie w Moskwie oraz wielkoksiążęcych stolcach w Moskwie, Włodzimierzu i Kijowie pozostawili mu w spadku tradycję do której musiał nawiązywać - czy tego chciał czy nie. Tradycji tych nie mogła zmienić równiez i Rewolucja. Związek Radziecki czy Rosja po 1991 roku były nowymi organizmami politycznymi jedynie w sensie deklaratywnym - rytualna całość wracała bardzo szybko do normy. Kolegialne kierownictwa partyjne potrzebowały wodzów: Lenina i Stalina. Kolegialne próby organizacji władzy po smierci Stalina czy upadku Chruszczowa równiez kończyły się wyznaczeniem jednej osoby - symbolicznie odpowiedzialnej za państwo i jego losy.Władza może spoczywac w jednych rekach rzeczywiście lub symbolicznie - niemniej musza to byc dłonie jednego człowieka. Wtedy Rus jest bezpieczna. Rozumiał to Borys Jelcyn - gdy likwidował parlamentarną opozycję Chazbułatowa i Rutskiego (Rutskoja) w 1993 roku.

Tradycja

Pierwsze tradycje dotyczące przywództwa wypracowali władcy z dynastii Rurykowiczów. Stanowiły one przedziwną mieszankę słowiańskich i skandynawskich tradycji wolnego wyboru i bizantyńskich rytuałów. Państwo stanowiło własność rządzącego rodu (Rurykowicze panowali w Moskwie az do 1598 roku), przywódca więc zawsze pochodził z panującej dynastii. Niejednokrotnie namaszczał go jego poprzednik. Niemniej na Rusi Rurykowiczów nie dziedziczyło się tronu automatycznie jak w przedrewolucyjnej Francji czy dzisiejszej Wielkiej Brytanii. Prawo boskie nie było ślepe - jego narzędziem był każdorazowy panujacy. Rywalizację o tron wygrywał najlepszy z członków rodziny. Następca musiał być zatem człowiekiem silnym i godnym - albo przynajmniej sprawiać takie wrażenie. Tradycja ta zadomowiła sie na Rusi i w Rosji - przetrwała zresztą tatarskie i polskie najazdy oraz rewolucję. Tylko gwałtowne zmiany - takie jak Wielka Smuta czy Rewolucja Październikowa pozbawiały nowego rosyjskiego przywódcę legitymizacji ze strony jego poprzednika. Taki przegrany władca musiał jednak zginąć i w ten sposób zalegitymizować zwycięzcę. Tak postapili i Dymitr Samozwaniec i Katarzyna Druga a także Lenin. czasami wyboru nowego przywódcy dokonywali sposród siebie bezpośredni następcy zmarłego - nastepca Stalina -został najpierw Georgij Malenkow a potem Nikita Chruszczow. Władcy Rosji nie wynosił do władzy lud. Stało się tak tylko raz - w 1613 roku z Michałem I Romanowem ( a i ten wybór też był jednak przede wszystkim dziełem elity). Tradycja ta trwa i w Rosji współczesnej. Naród wyniósł do władzy tylko jednego z jej prezydentów - Borysa Jelcyna - członka dotychczasowego establishmentu. Jego następcy byli już faktycznie nominatami. Nawet wyniesienie Borysa Jelcyna było niepełnym aktem przemiany. W grudniu 1991 Michaił Gorbaczow przekazał mu odpowiedzialność za losy państwa - czyli uznał go za swojego następcę.

Przywódca Rosji zawsze wywodzi sie więc z okreslonej grupy. Najpierw była to dynastia Rurykowiczów (Godunowowie, Szujscy i kolejni Dymitrowie Samozwańcy byli kuzynami carskiego rodu albo sobie to pokrewieństwo uzurpowali), poźniej ród Romanowych (wraz z bocznymi łże-liniami), po nim partia komunistyczna. Władmir Putin i Dmitrij Miedwiediew są przedstawicielami nowej, dopiero kreujacej sie grupy rosyjskiego establishemtu. czy tradycja istnienia ograniczonego środowiska - z którego dobiera się przywódców - przetrwa - czas pokaże.

Ciagłość władzy zaburzały trzy momenty zmiany: jej początek - legendarny wybór Ruryka, autentyczny wybór Michała Romanowa na cara i Rewolucja Październikowa Jak na ponad tysiącletnia historię - to mało. Oczywiście podniosą w tym momencie głos sprzeciwu historycy z tradycyjnej ukraińskiej szkoły Mychajły Hruszewskiego - którzy w przeciwieństwie do imperialnej historiografii rosyjskiej - łącznosci miedzy Rusią a Rosja nie dostrzegają. Ale to już inna historia.

Bizantyński Rytuał

Włodzimierz Wielki przyjął chrzest za pośrednictwem Bizancjum. Bogaty bizantyński rytuał przyjął sie w nowym, słowiańskim świecie całkiem dobrze. I dominuje tam do dziś.W Konstantynopolu monarcha był osobą pólboską. Zamieszkiwał w specjalnej siedzibie a jego pojawienie sie wśród poddanych stawało się wydarzeniem sakralnym. Symboliczne odwołanie się w Moskwie do Bizancjum, narasta zwłaszcza po upadku Konstantynopola. Iwan III Srogi wstępuje na tron w roku 1462. Wnuk litewskiego księcia Witolda powoli likwiduje dominację litewską na ziemiach ruskich. Zrywa także z symbolicznym podporządkowaniem ( o czym za chwilę) tatarskiej Złotej Ordzie. Potężniejący władca staje się wymarzonym sojusznikiem. Papiez wysyła do Moskwy - Zoe Paleolog - bratanicę ostatniego bizantyńskiego cesarza -jako żona Iwana III wnosi mu w posagu s. Wielcy książęta przyjmują jako herb cesarskiego, dwugłowego orła. Moskwa jest odtąd centrum świata - "Trzecim Rzymem". panujacy na Kremlu ( a później w Petersburgu - nazwanym tak dla kolejnego podkreslenia rzymskich koneksji) aspiruje odtąd do przywództwa ogólnoświatowego. Rosyjski przywódca nie może być więc jedynie władcą swojego kraju. Aspiruje do władztwa globalnego. Jednocześnie staje sie więźniem rytuału. Jego wstąpienie na tron czy pogrzeb stają sie wielkimi rytualnymi igrzyskami utwierdzającymi jego wyjątkową pozycję na ziemi. Tak jak w Bizancjum - nic nie może być przypadkowe. Upadły przywódca traci również prawo do honorów. Zwłoki Mikołaja II trafiły do zrujnowanej kopalnii pod Jekatierynburgiem. Upadły Chruszczow spoczął na zwykłym cmentarzu. Wspólczesna Rosja jest jednak przypadkiem rytualnej schizofrenii. Zreahabilitowany car spoczął w carskiej krypcie. Jego morderca Lenin nadal spoczywa w swoim mauzoleum. Okazuje się że obie strony konfliktu - car i rewolucja sa jednakowo słuszne i zasłużone. Car i Lenin sa przodkami ideowymi obecnych przywódców.

Uroczyste zaprzysiężenia Jelcyna, Putina i Miedwiediewa oraz uroczysty pogrzeb Jelcyna w 2007 roku sa ciagiem dlaszych kilkusetletniej niewoli rytuałów. Władca nieukoronowany nie jest władcą prawdziwym. Władca nieodpowiednio pochowany też traci otaczający go nimb. Panowanie musi mieć swój początek i koniec.

Chan

Przez dwieście lat władcy Włodziemierza i Moskwy byli jedynie wasalami mongolskich chanów. Po uniezależnieniu pieczołowicie dokonywali podbojów ziem dawnego suzerena: chanatów: Kazania, Astrachania, Syberii i Krymu a później ziem właściwej Mongolii. Wielki Książe i Car stawał sie kolejno zastępcą i nastepcą chanów - przejmując ich metody rządzenia. Sukcesywnie rosyjska ekspansja przyłączała kolejne tereny należące do ludów koczowniczych.

Wspomniane wyżej nastepstwo pogłębiało jedynie identyfikację przywódcy i państwa. Jednocześnie wzorem Czyngis-Chana - rosyjski car stawał sie władcą wszechwiedzącym. Rosyjscy przywódcy reprezentują z grubsza dwa style sprawowania władzy: bizantyński polegający na stałym (przy praktycznym jej nieopuszczaniu lub opuszczaniu w sytuacjach wyjątkowych) rezydowaniu w stolicy i rządzeniu przy pomocy róznego rodzaju akolitów i plenipotentów oraz rozbudowanego aparatu urzędniczego. Styl drugi to mongolska mobilność - stałe przemieszczanie sie po wielkim Imperium. Władcy mobilni to rzadkość: Piotr Wielki, Aleksander I, Mikołaj II, Lenin i Chruszczow, Jelcyn, Putin i Miedwiediew,Władcą zamkniętym w pałacu był Józef Stalin. Przywódca musi byc ponad narodem i razem z nim. To stan niezwykle trudny do osiągnięcia.

Panowanie w rękach mężczyzn

Przywództwo w Rosji wydaje sie być zjawiskiem typowo męskim. Stereotypowe pojmowanie siły i znaczenia lidera wykluczało kobietę jako władcę albo czyniło przejęcie przez nią władzy zdarzeniem wyjątkowym. Wielka Księżna Olga, Zofia Witoldówna (córka Wielkiego księcia Witolda i matka Wasyla III) i Helena Glińska były jedynie regentkami sprawującymi władzę w imieniu swych synów. Piotr Wielki pozbawił życia własnego syna i uczynił nastepczynią swoją drugą żonę - córkę litewsko-polskiego chłopa z Inflant - Martę Skowrońską. Pod imieniem Katarzyny Pierwszej była ona jednak li-tylko marionetką.Jej krótkie panowanie pozostało by efemerydą gdyby nie koniecznośc utrzymania tradycji i władzy nad Rosją w obrębie rodu panującego. W osiemnatym wieku miały panować w Rosji jeszcze trzy cesarzowe. Bratanica Piotra Wielkiego - Anna - niegdysiejsza księżna kurlandzka - była figurantką podobna do swojej poprzedniczki. Rosja zawdzięczała jej nową tradycje polegającą na obsadzaniu stanowisk państwowych inflanckimi Niemcami. Później jednak władze nad Rosja przejeły władczynie samodzielne. Elzbieta I (córka Piotra Wielkiego) i Katarzyna II. Elzbieta - zupełnie jak jej szesnastowieczna brytyjska imienniczka wyrzekła sie kobiecych metod sprawowania władzy. Nie wyszła za mąż a swoja nieslubna córke ukrywała przed światem. Nie ukrywała jednak swej kobiecość w sposób ewiedentny. Polskie władczynie: Jadwiga i Anna Jagiellonka nosiły tytuł "króla". Elzbieta była jednak "cesarzową".

Katarzyna Druga przejeła władzę (podobnie jak jej poprzedniczka) w wyniku zamachu stanu. Po zamordowaniu obalonego męża sprawowała autokratyczna władze przez ponad trzydzieści lat. jej śmierć w roku 1796 zakończyła jednak udział kobiet w sprawowaniu najwyzszej władzy - jak na razie definitywnie. Nawet kolejne cesarzowe- małżonki i "pierwsze damy" nie zdobywały pozycji podobnej do ich zachodnich koleżanek. Aleksandra Fiodorowna - zona Mikołaja II spotykała sie z wrogością wobec swojego udziału w życiu publicznycm. Nadieżda Krupska - zona a nastepnie wdowa po Leninie - dopracowała się własnej pozycji w ruchu rewolucyjnym. Jedynie Raisa Grobaczowa usiłowała zaistnieć w zyciu państwa. Równie nieudanie jak Aleksandra Fiodorowna.

Kobiety sa w Rosji ministrami i deputowanymi. generałami i gubernatorami. Nic jednak nie zapowiada żeby stało sie to normą. Następcą carów, cesarzy i chanów bywa jednak mężczyzna a kobiece antrakty jedynie potwierdzają regułę.

Namiestnicy i podwładni

Aparat urzędniczy i samorządowy musi byc emanacją przywódcy. W chwilach smuty ośrodki regionalne zdobywają większa samodzielność. Stabilizacja ustroju oznacza jednak ponowną centralizację. Po okresie "smuty " lat dziewięćdziesiatych - nastąpiła putinowska centralizacja.

Przywódca Rosji jako przedstawiciel jej establishmentu

Choć współcześni przywódcy Rosji - od Jelcyna począwszy - nasladują niegdysiejsze rytuały - można stwierdzić że nie powracaja juz do prób sakralnej legitymizacji swej władzy. Carowie reprezentowali na ziemi Boga, sekretarze generalni - powszechną szczęśliwość. Teraz prezydent reprezentuje Rosję.

Pozbawiony sakralnej otoczki - przywódca staje sie w daleko większym stopniu zakładnikiem politycznego establishmentu. To on wyłania kandydata i przeprowadza jego legitymizację. Rytuał demokratycznych wyborów zastepuje boskie namaszczenie.

Pułapka

Możliwe że historia nie ma az tak wielkiego znaczenia dla terazniejszosci i przyszlosci. Co ciekawe - to twierdzenie - podtrzymują zazwyczaj nie-historycy. Warto jednak zwrócić uwagę na dziedzictwo. Rosja jest krajem wyjątkowo mocno zakotwiczonym w historii - nie powinno nas więc dziwic i to że historia wpływa tak mocno na stosunki polsko-rosyjskie.

Przed nami kolejne, rosyjskie wybory prezydencie. Ciekawe jak przebiegną? Myślę ze zgodnie z dotychczasowymi rytuałami.

Łukasz Jasina - historyk, doktor nauk humanistycznych, członek redakcji "Kultury Liberalnej".

26 sierpnia 2011

Subiektywne wojaże warszawskie: Znaki Budapesztu

Tak, wiem, ten cykl, z początku poświęcony wycieczkom do różnych dzielnic Warszawy, jak wszystko na tym blogu wraz z upływem czasu wyewoluował dość mocno. Dziś służy głównie składaniu czci innym miastom, tak Polski, jak i Europy, w których znajduję spokój, inspirację i piękno. Tak się składa, że dość często, bo już po raz trzeci, gości tu Budapeszt. Tym razem nie będę się skupiał na mieście jako na całości, ale na kilku jego mniejszych i większych symbolach, zajmujących przestrzeń publiczną i wpływających na jej odbiór oraz pamięć historyczną, którą przywołują.

Na sam początek naszej wycieczki po stolicy Węgier Andras, wraz ze swą przyjaciółką nasz przewodnik po mieście, zaparkował na placu przy pewnym oryginalnym pomniku, którego zdjęcie rozpoczyna dzisiejszą notkę. To w tym miejscu stał obalony podczas rewolucji 1956 roku pomnik Stalina (bardzo blisko stąd do budynku ambasady Serbii, dawniej Jugosławii, w którym skrył się wówczas premier kraju, Imre Nagy), tu też przechodziły defilady Armii Czerwonej. Dziś, dzięki kooperacji pomnika i parkingu, tego typu przemarsze nie są już możliwe. Pojedyncze pręty w kolorze rdzy wyrastają - z początku nieśmiało - z poziomu ziemi. Później pojawiają się coraz bliżej siebie, sięgają coraz wyżej, zmieniają kolor i materiał, by w końcu zjednoczyć się i rozbić, niczym lodołamacz, budapeszteński bruk. To pomnik jednocześnie abstrakcyjny i kontrowersyjny - jego usunięcia domagają się nie środowiska postkomunistyczne, ale skrajna prawica, która wolałaby w tym miejscu jakiś bardziej dosłowny, martyrologiczny posąg.

Zapewne dużo bardziej prawicowym środowiskom spodobałoby się bardziej dosłowne odwołanie się do historii Węgier, które można podziwiać (mówię to bez ironii - monument robi wrażenie) na Placu Bohaterów. Wybudowany na rocznicę tysiąclecia państwa węgierskiego, w latach 1896-1900, prezentuje w pigułce dzieje państwa Madziarów, którym opiekować się ma spoglądający ze szczytu wysokiego obelisku Archanioł Gabriel. Na jego podstawie odlano wyobrażenia siedmiu postaci, które miały być wodzami siedmiu plemion, z których narodzić się miał nowoczesny naród. Całość spina kolumnada z postaciami najznamienitszych władców Panonii, od świętego Stefana, który przyjął chrześcijaństwo (proces chrystianizacji był jednak na tyle płytki, że jeden z kolejnych władców Węgier uwieczniony na monumencie musiał radzić sobie z pogańską reakcją), aż po Lajosa Kossutha, który przewodził powstaniu narodowowyzwoleńczemu podczas Wiosny Ludów.

Poziom niezależności Budapesztu od Wiednia za czasów monarchii austro-węgierskiej dobrze ilustruje fakt, że Kossuth nie jest jedyną postacią buntującą się przeciw Habsburgom, która znalazła tu swe miejsce, np. Franciszek Rakoczy. Zobaczymy tu także co najmniej jedną postać, która odcisnęła swe piętno na polskiej historii, czyli Ludwika Andegaweńskiego, za którego panowania terytorium Węgier było największe w historii. Założenie pomnikowe na Placu Bohaterów to chyba najbardziej klasyczny przykład na to, w jaki sposób tworzy się mit narodowotwórczy i jak wpływa on na przestrzeń publiczną miasta. Obok niego znajdują się inne ważne instytucje, takie jak Muzeum Narodowe, będące depozytariuszami zbiorowej pamięci.

Inną pamięć przechowuje budapeszteńska synagoga. To miejsce pamięci o jednej z największych społeczności żydowskich na kontynencie europejskim, która po dziś dzień - jak mówią szacunki - ustępuje jedynie społeczności w Londynie. Nawet II Wojna Światowa, w przeciwieństwie do Polski, nie starła jej z powierzchni ziemi. Regent Węgier, sprawujący wówczas autorytarne rządy - Miklos Horthy - długo opierał się naciskom III Rzeszy na włączenie się do Holokaustu. Sytuacja zmieniła się, gdy planował zmianę sojuszy, wtedy to Niemcy wsparli przewrót faszystowskich Strzałokrzyżowców, przychylnie spoglądających na zbrodniczą eksterminację Romów i Żydów. Do Auschwitz trafiły społeczności z prowincji, pochód Armii Czerwonej uratował ludność żydowską w stolicy Węgier.

Dziś Holokaust przypomina drzewo-pomnik. Na jego gałęziach wiszą liście, nie są to jednak liście zwyczajne. To metalowe tabliczki, na których wypisano imiona osób, które zginęły w węgierskim rozdziale Zagłady. Na dziedzińcu bożnicy, w ogrodzie, spoczywają z kolei macewy z żydowskich cmentarzy, niegdyś rozsianych po kraju równie gęsto, co i w Polsce. Dziś skumulowano je w miejscu, który przypomina o dawnej wielokulturowości, z której nie zostało już tak wiele. Dość wspomnieć, że po II Wojnie Światowej wywieziono do Niemiec sporą część węgierskiej mniejszości niemieckiej. Wiele wytłumaczył mi jeszcze w Horanyi nowo poznany znajomy, studiujący urbanistykę i interesujący się historią swojego kraju. Gdy w XVIII wieku Turcy opuścili Węgry, spore połacie kraju były niemal opustoszałe. Bardzo niewiele - poza np. kamienicami na wzgórzu zamkowym w stolicy - zostało obiektów starszych niż rok 1700. W samym środku kraju zasiedlano rozmaite mniejszości, np. Słowaków, Serbów czy Bułgarów - po to, by kraj znów stanął na nogi. Aż do czasu połączenia dynamicznie rozwijających się Budy i Pesztu pod koniec XIX wieku jedno z nich - wybaczcie, ale muszę wyszperać, które - było de facto miastem niemieckim.

Historia pisze różne scenariusze, dlatego obok wielkich władców i codziennego życia w węgierskim tyglu narodów i wyznań działy się tu i inne zdarzenia. Oto na jednej z kamienic znaleźć można mapę miasta, zalanego w roku 1836 przez wezbrane fale Dunaju. Uwierzcie mi, że miejsce to od rzeki położone jest dość daleko. Mimo upływu czasu - została pamięć, która w wypadku wielu miast w Polsce została przerwana. Dobrze zatem czerpać z Budapesztu lekcje i inspiracje na temat tego, w jaki sposób o historii państwa i miasta opowiadać.

25 sierpnia 2011

Ukryta opcja węgierska?

W zeszłym roku podczas pobytu na Letniej Akademii Ekopolitycznej w podbudapeszteńskim Horanyi czułem się niezwykle światowo. Tematy, o których wówczas rozmawiano, w polskim dyskursie medialnym pojawiły się w najlepszym wypadku po około pół roku, jak w wypadku wątpliwości co do stanu strefy euro, w najgorszym zaś – w ogóle nie zagrzały swojego miejsca, tak jak dyskusja na temat alternatywnych metod uprawy roli. W tym roku poczułem się bardziej lokalnie – trochę tak, jakby moje przyjaciółki i przyjaciele z węgierskiej partii Zielonych – LMP – chcieli zająć się nieco więcej lokalnymi sprawami. Poprzez „lokalne” rozumiem kwestie węgierskie, które jednak mają swój szerszy, regionalny wymiar.

Osób spoza Węgier w tym roku było mniej niż w zeszłym, ale nie przeszkodziło to w wynajdywaniu ciekawych spostrzeżeń. Podczas wieczornej rozmowy wraz z Węgrami tłumaczyliśmy zaproszonemu paneliście z Holandii koncept Europy Środkowej, z którym podczas swoich przygód edukacyjnych w tym kraju Beneluksu w ogóle się nie spotkał. Tam prezentuje się podział kontynentu na Zachód i Wschód, tożsamy z dawnym podziałem na część towarowo-pieniężną oraz folwarczno-pańszczyźnianą. Wraz z Węgrami długo tłumaczyliśmy najróżniejsze aspekty istnienia naszych krajów i narodów – od geograficznego usytuowania między Niemcami a Rosją, poprzez poczucie bycia pomostem między poszczególnymi częściami kontynentu, po koncepcję „przedmurza Europy”, chroniącego ją niegdyś przed turecką inwazją. Jeśli sądzimy, że tylko Polska rości sobie prawo do tego tytułu, jesteśmy w błędzie – konkurujemy tu tak z Węgrami, jak i z Austriakami.

Z „bratankami” walczymy także o palmę największego, pokrzywdzonego przez historię cierpiętnika w regionie. Węgrzy mają w sumie gorzej niż my – nas po II Wojnie Światowej „przesunięto” nieco bardziej na zachód kontynentu, co sprawia, że po dziś dzień tęsknimy (ewentualnie zmusza się nas do tęsknoty) za mitycznymi „kresami”. Węgrzy po I Wojnie Światowej mieli gorzej – traktat z Trianon pozbawił ich 2/3 terytorium, co miało być formą ukarania kraju za udział w zmaganiach zbrojnych po stronie państw centralnych. Kara potrafiła przyjąć tak kuriozalne formy, jak oddanie kawałka zachodu kraju, Burgenlandu... Austrii, która była częścią (trudno uznać, że pomniejszą) upadłego imperium austro-węgierskiego. Po dziś dzień w basenie Karpat napotkać możemy na silne, zwarte społeczności Węgrów, mieszkające poza tym krajem – w dziś rumuńskim Siedmiogrodzie, serbskiej Wojwodinie czy na południu Słowacji. Ich aktualne ojczyzny przez lata usiłowały stosować strategie asymilacyjne, i często dopiero wejście lub perspektywa wejścia krajów regionu do Unii Europejskich doprowadziła do zahamowania tego procesu.

Węgierscy Zieloni są z debatą narodowościową do przodu w stosunku do polskiego głównego nurtu. Ten albo podchodzi bezkrytycznie do polskiego dziedzictwa na terenach dzisiejszej Ukrainy, Białorusi czy Litwy, albo chętnie w ogóle rezygnuje z rozpatrywania i przejmowania od populistycznej, nacjonalistycznej prawicy koncepcji polskości, naiwnie wierząc, że nad Wisłą zatriumfuje naiwnie rozumiany kosmopolityzm. Debata nad Dunajem wydaje się być w zupełnie innym miejscu – nic dziwnego, wszak obecność w parlamencie nacjonalistycznej partii Jobbik zmusza progresywne siły polityczne – w tym LMP – do zejścia na ziemię i zaangażowani się w spór o narodową tożsamość. Podczas Letniej Akademii Ekopolitycznej obejrzałem węgierski dokument „Każdy jest obcym”, poświęcony społeczności węgierskiej we wschodnim Siedmiogrodzie – Kraju Szeklerów. Ale – czy na pewno są oni Węgrami? Ludzie wypowiadający się do kamery poszukują własnej tożsamości, większej autonomii od rządu w Bukareszcie, nie zaś staniem się węgierską enklawą w rumuńskim terytorium. Działacze lokalnej społeczności sceptycznie podchodzą do prób objęcia rządu dusz w rejonie przez węgierskich nacjonalistów, w zamian pielęgnując własne tradycje, różnice w wymowie węgierskiego między nimi a ludźmi z Węgier, a także kreując własną historię i teraźniejszość, chociażby poprzez własną flagę regionu.

Z polskiej perspektywy nieco szokująco brzmią wypowiadane w filmie, trącące ksenofobią opinie, w rodzaju wywodzenia pochodzenia Rumunów z mieszania się Wołochów i Cyganów, co oceniane jest jako zjawisko negatywne. Nieco zdziwienia budzi niedawne poparcie przez LMP autonomii dla Kraju Szeklerów, który niewątpliwie w obrębie Węgier się nie znajduje. Trochę dziwnie bym się czuł, gdyby moi czescy czy niemieccy znajomi popierali autonomię którejkolwiek części mojego kraju, co już pokazuje sporą, mentalnościową różnicę. Węgierscy Zieloni powołują się nie tyle na poczucie etnicznej wspólnoty (sceptycznie oceniali chociażby pomysły prawicowego rządu Fideszu na przyznanie praw wyborczych Węgrom nie mieszkającym w kraju), co na uniwersalne poszanowanie praw mniejszości, analogiczne do uznania prawa do autonomii Tybetańczyków. Niewątpliwie mocnym argumentem na rzecz spójności ich poglądów jest fakt, że przy okazji debaty na temat nowelizacji węgierskiej ordynacji wyborczej opowiedzieli się za zwolnieniem mniejszości narodowych w swoim kraju z obowiązku przekroczenia progu wyborczego do uczestnictwa w podziale mandatów.

Opowieści uczestniczek i uczestników wspomnianego pokazu filmowego nakreśliły skomplikowaną sytuację narodowościową w regionie. W Rumunii proces asymilacji szczególnie silnie postępował za czasów dyktatury Ceausescu, kiedy to wiele niegdyś przeważnie niemieckich bądź węgierskich miejscowości zostało zdominowanych przez Rumunów. Powoduje to obawy pozostałych na miejscu mniejszości i ich zamykanie się przed obcymi wpływami. W ten sposób Szeklerzy izolują się zarówno od Węgrów, jak i Rumunów, do niedawna nawet między poszczególnymi wioskami w regionie nie brakowało konfliktów. Z tego co mówiła mi po swej podróży na Bukowinę moja siostra, podobne odruchy dominują w polskich wsiach tego fragmentu Rumunii, w których szaleje dystans do aktualnej ojczyzny, spiskowe teorie dotyczące świata, izolacjonizm i poczucie własnej wyższości. Wskazuje to, że postawa tego typu jest czymś szerszym niż jedynie wzbudzoną przez nacjonalizm irredentą – trudno przecież spodziewać się, by polscy mieszkańcy Bukowiny, która nigdy fragmentem Polski nie była, liczyli na powrót do mniej lub bardziej mitycznej „macierzy”.

Wygląda na to, że żarty z sąsiadów zostają z nami. Węgrzy opowiadać będą o porośniętych włosami stopach Serbów, Polacy zżymać się będą na bycie posądzanymi przez Niemców o kradzież samochodów, jednocześnie w niewybredny sposób okazując swoją cywilizacyjną wyższość nad Ukrainkami, niańczącymi im dzieci, a wraz z „bratankami” z Panonii będą spierać się, który z naszych narodów został bardziej pokrzywdzony przez historię. Można się na to oburzać, można też spróbować zbadać przyczyny tego stanu rzeczy i zaproponować konkretne rozwiązania, zasypujące podziały między państwami i społeczeństwami regionu. Bardzo chciałbym, żebyśmy wyszli poza mało wybredne dowcipy, i by wzajemne zrozumienie nie było jedynie przywilejem intelektualnych elit, ale codziennym doświadczeniem każdej i każdego z nas.

Mój nowy, holenderski znajomy zainteresował się „Lalką” Bolesława Prusa – ciekawe, czy spełni swoją obietnicę i przeczyta...

20 sierpnia 2011

Letnia Akademia Ekopolityczna: Przodkowie ekopolityki - Bibo i Polanyi

Andras Bozoki, politolog: Obaj myśliciele opierali się myśleniu o redukcji społeczeństwa do pojedynczego źródła działania i tłumaczenia jego funkcjonowania pojedynczym czynnikiem. Jedną ze szkół tego typu myślenia, która w ten sposób postępowała, była szkoła marksistowska, sprowadzająca wszystko do kwestii klasy, a także społeczny darwinizm. U Istvana Bibo podziwiam jego koncepcję władzy, którą można streścić ideą soft power – jego zdaniem to mechanizm koordynacji, który ma służyć poprawie jakości życia jak największej grupie ludzi. Jego skupianie się na równowadze władz było głębsze niż w anglosaskiej tradycji ustrojowej realizującej zasadę checks and balances. Nie wierzył jak anarchiści w możliwość zniesienia władzy, zamiast tego chciał rozdzielenia jej między wszystkich ludzi, co w ten sposób zmuszałoby ich do współpracy. Demokracja nie była jego zdaniem możliwa bez zaangażowanego w życie społeczne obywatela. Po II Wojnie Światowej analizował między innymi kwestie stosunków węgiersko-żydowskich oraz przyczyn ubóstwa Europy Środkowej i Wschodniej.

Przez całe życie pozostał na Węgrzech, doświadczając na własnej skórze działania państwa autorytarnego – w okresie międzywojennym prawicowego reżimu Horthyego, po II wojnie światowej zaś realnego socjalizmu. W 1956 roku jako jedyny poseł przebywał w węgierskim parlamencie, pisząc projekt porozumienia pokojowego podczas inwazji wojsk radzieckich, którego nikt nie brał poważnie. Zmarł w roku 1978, a wskrzeszenie jego myślenia nastąpiło w latach 1981-1989, ironią jest fakt, że partie, które brały go na swoje sztandary, po transformacji ustrojowej porzuciły jego nauczanie i – jak Fidesz – zaczęły realizować politykę przeciwną jego hasłom.

Bibo był członkiem węgierskiej, agrarnej Partii Drobnych Właścicieli Ziemskich, współpracował między innymi przy modernizacji organizacji administracji krajowej, która miała zerwać z feudalnymi nawykami i zbliżyć ją do lokalnych społeczności. Zamiast do ugody węgiersko-austriackiej z 1867 odwoływał się do doświadczeń rewolucji 1848 roku i postaci demokraty i ówczesnego przywódcy, Lajosa Kossutha. Nie jest go łatwo zaszufladkować w poszczególnej idei – konserwatyzmu, liberalizmu czy socjalizmu, nazywano go chrześcijańskim lub populistyczną socjalistą, liberalnym demokratą, a nawet radykalnym anarchistą. Był swego rodzaju „myślicielem ludowym”, skupiających się na ludności wiejskiej, drobnych gospodarstwach indywidualnych i kooperatyw, jednocześnie promując bliskie Zielonym idee tolerancji i wielokulturowości w jego koncepcji „małych kręgów wolności”. Jego koncepcja władzy miała wpływ także na postrzeganie gospodarki rynkowej – wiara w to, że równa dystrybucja władzy wyeliminuje wyzysk była krytykowana jako naiwna. Postawa Bibo w praktyce była bliska chociażby polskiej „Solidarności”, która przyjęła strategię samoograniczającej się rewolucji, tworząc swego rodzaju alternatywne wobec reżimu komunistycznego społeczeństwo i jego instytucje.

Gabor Scheiring, poseł LMP: W przedmowie Josepha Stiglitza, laureata ekonomicznej nagrody Nobla, do jednego z wydań „Wielkiej transformacji” Polanyego, autor wyraził przekonanie, że książka mówi o czasach nam współczesnych. Na tego autora trafiłem wraz z narodzinami mojego zainteresowania polityką, w tym fatalnymi efektami ekonomicznymi transformacji ustrojowej na Węgrzech. Zgadzam się z Andrasem – obaj myśliciele, o których dziś mówimy, byli przywiązani do wartości demokratycznych oraz do odrzucenia jednostronnego widzenia świata. Karl Polanyi obserwował transformację społeczeństwa własnego państwa, do tej pory w praktyce półfeudalnego, w dojrzałą społeczność żyjącą w nowoczesnym kapitalizmie i narodziny nowoczesnych instytucji politycznych i społecznych. Poza byciem intelektualistą był także politykiem – po ukończeniu studiów prawniczych zaangażował się w ruch progresywnych intelektualistów. Był sekretarzem – drugą najważniejszą osobą – w promującej liberalną wersję socjalizmu Partii Radykalnych Obywateli, oceniany był jako znakomity mówca. Badał różne interpretacje socjalizmu, poszukując modelu odpowiadającego potrzebie społecznej modernizacji. Nie stał się marksistą, zbliżając się raczej do modelu utopijnego kooperatyzmu angielskiego Towarzystwa Fabiańskiego.

Inspirujące są jego uwagi zarówno na temat społecznej samoorganizacji, jak i sprzecznych interesów, realizowanych w gospodarce kapitalistycznej. Wypracował metodologiczne metody krytyki funkcjonowania ekonomii z początku XX wieku, zwrócił także uwagę na ograniczone zasoby surowców naturalnych i na konieczność ich utylitarnego ich używania – tak, by funkcjonowanie gospodarki prowadziło do produkcji dóbr, na które istnieje społeczne zapotrzebowanie. Ekonomia nie była dla niego ścisłą nauką wykorzystującą przede wszystkim modele matematyczne, lecz skupiać się powinna na historycznych formach działania rynku, skąd powinna czerpać lekcje na przyszłość. Dla funkcjonowania społeczeństwa potrzebna jest ochronna rola instytucji publicznych, jego zdaniem pełna implementacja prawa popytu i podaży zakończyłaby się zagładą gatunku ludzkiego. Komunizm i faszyzm były efektem nadmiernego poluzowania regulacji funkcjonowania rynku. Gospodarka rynkowa nie była dlań faktem, lecz konstruktem społecznym, wprowadzonym do społecznego przekonania przez instytucje publiczne. Ziemia i praca stały się czynnikami produkcji – tę komodyfikację, prowadzącą do społecznej alienacji, realizowaną za pośrednictwem pieniądza, należy powstrzymać. W tym celu należy na nowo podporządkować rynek społeczeństwu.

Był bezdomny nie tylko mentalnie, ale także ze względu na konieczność częstej zmiany miejsca zamieszkania. Po I Wojnie Światowej przeniósł się do Wiednia, gdzie pracował jako dziennikarz, spierając się z liberałami pokroju Misesa czy Hayeka, argumentującymi, że socjalizm jest niemożliwy z powodu niemożności zebrania całości danych niezbędnych do centralnego planowania. Gdy faszyści przejęli władzę w Austrii, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Zaangażowany w ruch pracowniczy, uznany przez władze za komunistyczny, musiał wyjechać do Kanady. Dziś jest on bardziej znany na świecie niż na Węgrzech. Karl miał brata, Michała, który z chemika stał się filozofem, który w swych pismach sprzeciwiał się technokratycznemu obiektywizmowi naukowemu, przeciwstawiając mu wiedzę osobistą – idee obu braci, jak mi się wydaje, są inspirujące dla ekopolityki. Wystarczy przejrzeć spis treści „Wielkiej transformacji”, by zdać sobie sprawę z faktu, że traktował środowisko bardzo poważnie, dostrzegając zakorzenienie człowieka w ekosystemie. Stał w opozycji do ówczesnej ekonomii ekologicznej, skupiającej się na ograniczeniu poziomu zanieczyszczeń poprzez policzenie i wprowadzenie opłat za koszty zewnętrzne produkcji. Uważał, że rynek nie jest w stanie sam z siebie uregulować kwestii swojego wpływu na kapitał naturalny i należy w celu jego ochrony korzystać z uprawnień regulacyjnych instytucji publicznych.

Daniel Oross, prowadzący: Warto przypomnieć, że Bibo był niezwykle płodnym twórcą – w ciągu swojego pobytu w Wiedniu we wczesnych latach 20. XX wieku był w stanie napisać 130 artykułów rocznie. W jego pismach możemy znaleźć wielką wiarę w człowieka, którego obowiązkiem jest służba społeczności i wobec którego trzeba podchodzić z dobrą wiarą co do jego działań i przekonań. U Polanyego zwróciłem uwagę na jego analizę faktu zakorzenienia rynków – nie są one wolne, nie brak też przykładów na wady w jego funkcjonowaniu.

19 sierpnia 2011

Letnia Akademia Ekopolityczna: Szansa na pluralistyczną demokrację na Węgrzech?

Lajos Mile, poseł LMP: Chciałbym opowiedzieć o konserwatyzmie na Węgrzech – ma on wiele oblicz, sam chciałbym mówić o jego umiarkowanym wariancie, który miast centralnych działań rządu preferuje oddolne inicjatywy nad działania rządu, oraz stopniowe przekształcenia społeczne ponad „terapię szokową”. To ważne w kontekście obecnego rządu Viktora Orbana.

Podczas rewolucji francuskiej zwolennicy takiej postawy, którzy przyznawali królowi więcej prerogatyw, w tym prawo weta wobec decyzji parlamentu, siedzieli po prawej stronie ław parlamentarnych. Kolejną historyczną gałęzią tego nurtu politycznego był bonapartyzm – przyznanie władzy monarszej z nadania ludu i wykonywanej w jego imieniu, nie zaś z bożego nadania. Węgierscy konserwatyści pojawili się na naszej scenie politycznej w połowie XIX wieku, kiedy to funkcjonował podział na lokalne wersje Torysów i Wigów – jedna preferowała monarchię absolutną, druga zaś konstytucyjną. Pierwsza węgierska partia konserwatywna powstała na Węgrzech w roku 1846 roku i poszukiwała porozumienia z monarchią habsburską. W reakcji na rozwój przemysłowy oraz rosnące znaczenie klasy robotniczej pojawiły się antyliberalne tendencje wśród konserwatystów, akceptujących większą rolę państwa, zamiast demokracji parlamentarnej ufność pokładali w działaniach oddolnych. Spore wpływy miała także społeczna nauka kościoła katolickiego. To między innymi stąd przyszła idea sprawiedliwości społecznej, realizowana w politycznej praktyce przez Konrada Adenauera. W ostatnich dziesięcioleciach XX wieku największe wpływy zyskała wśród nich idea zupełnie inna – inspirowana Hayekiem rezygnacja z ingerencji w działalność rynku. Dzisiejszy kryzys tworzy warunki do nawrotu politycznego bonapartyzmu, choć potrzeba nam czego innego – odejścia od dychotomicznego sporu na linii lewica-prawica w stronę poszukiwania syntezy adekwatnej do dzisiejszych czasów. Wierzę, że taką syntezę oferuje LMP. Syntezę, której do tej pory nie zaproponowały ekologiczne organizacje pozarządowe i pod którą podczepiają się taktycznie także inne formacje, jak np. węgierscy socjaliści.

Andras Bozoki, politolog: W ciągu ostatnich latach węgierska demokracja straciła wiele ze swojej wiarygodności. W 1989 roku przeżyliśmy przejście od państwowej gospodarki i cenzury do nowego systemu. Działo się to w czasach, na których piętno odcisnęła na świecie myśl i działania Ronalda Reagana i Margaret Thatcher, zrywająca w poszukiwaniem równowagi między państwem a rynkami i marząca o stworzeniu „społeczeństwa rynkowego”. W efekcie ich działalności publicznej nikt nie zadawał sobie pytań na temat tego, jaki jest sens i powinien być zakres prywatyzacji, spierano się jedynie na temat tego, czy powinna ona odbywać się szybko czy wolno. Wierzono święcie w ściekanie bogactwa w dół, do nowej klasy średniej, co skończyło się olbrzymim wykluczeniem i rozwarstwieniem społecznym, czego przykładem sytuacja społeczności romskiej. Węgierski, półperyferyjny kapitalizm okazał się wyjątkowo wykluczający i skierowany na realizację korzyści nowych elit. Aktualny rząd wpisuje się w te tendencje – za retoryką protekcjonizmu, nacjonalizmu i populizmu kryje się neoliberalna polityka ekonomiczna, symbolizowana przez wprowadzenie podatku liniowego. Mało kto o przeciętnych zarobkach spodziewał się, że dzięki temu rządowi w swoim portfelu będzie miał mniej pieniędzy, bo takie są efekty nowej polityki fiskalnej rządu Fideszu.

Jaki typ demokracji promuje ekopolityka? Kontraktu międzypokoleniowego i długofalowego działania. Nie da się jej wprowadzić odgórnie, co było grzechem pierworodnym węgierskiego roku 1989. Rozwiązaniem nie jest też wybór silnego, charyzmatycznego przywódcy, który pokaże, w jaki sposób „robi się” demokrację. Nie potrzeba nam wielkich liderów, ale takich, którzy szanują zasady i mechanizmy demokratyczne. Wielopartyjna demokracja parlamentarna jest niezbędnym minimum dla uprawiania polityki – chcemy jej poszerzenia, dlatego LMP opowiada się za zniesieniem zbiórki podpisów, wymaganych do rejestracji komitetów wyborczych, wprowadzenia kwot dla kobiet na listach oraz obniżenia progu wyborczego z 5 do 3%. Ani demokracja, ani ekopolityka nie może jednoczyć na siłę, jest formą myślenia, nie aspiruje do wprowadzania totalitarnej jednomyślności. Dopóki ludzie mają poczucie, że rządzi nimi oderwana od rzeczywistości, dopóty zagrażać jej będzie ryzyko pociągnięcia jej do odpowiedzialności za ich działania. To właśnie takie zjawisko stało za sukcesem LMP – najpierw dobrym wynikiem w wyborach do Parlamentu Europejskiego, potem zaś wejściem do węgierskiego parlamentu.

Erzsebet Szalai, feministka, autorka książki „New Capitalism and What Can Replace It”: Ekopolityka zgadza się ze stwierdzeniem, że gospodarka musi być podporządkowana celom społecznym, nie zaś odwrotnie. Prawo do pracy to kolejny jej element – wiemy, jak bardzo brak pracy prowadzi dziś do rozrywania więzi społecznych. Mieści się tu także wsparcie takich aspektów liberalnej demokracji, jak szacunek i wspieranie praw mniejszości. Empatia i poszukiwanie porozumienia, udział kobiet w życiu publicznym, który w dzisiejszych Węgrzech jest mniejszy niż w ostatnich latach realnego socjalizmu – to kolejne wartości bliskie zielonej polityce. To ideologia bardziej internacjonalistyczna nawet w porównaniu z lewicowymi międzynarodówkami, jako że zdaje sobie sprawę ze wzajemnego powiązania wszystkich elementów funkcjonowania środowiska oraz społeczeństwa.

Jak pokazuje nam wojna w Iraku, demokracji nie da się wprowadzić z zewnątrz. Moim zdaniem środowiska liberalne i lewicowe popełniają błąd, odmawiając ludziom przyznawania się do dumy ze swej narodowości. Dla mnie bycie Węgierką jest najważniejszą tożsamością, którą wiążę z wizją wielokulturowego, pluralistycznego społeczeństwa. Dzisiejszy ludzie w wieku 25-35 lat, z którymi wiąże się nadzieję na odnowę demokracji, nie mają pokoleniowej samoświadomości. Są coraz bardziej pod wpływem elastycznego rynku pracy – nierzadko do 30 roku życia mają już za sobą 3-4 prace, co przyczynia się do wzrostu poczucia alienacji i kryzysu tożsamości. Coraz trudniej wejść tym ludziom w dorosłe życie w związku w takich warunkach ekonomicznych. Plany rządu Orbana dotyczące dalszej liberalizacji kodeksu pracy skutkują za to ożywieniem naszych związków zawodowych, niezadowolonych z tych pomysłów.

7 sierpnia 2011

Lektura nie do końca wakacyjna

Było do przewidzenia, że miast skupić się na książkach, które posiadam od dawna i od dawna oczekują na moje zainteresowanie, zdecyduję się wynagrodzić sobie trudy sesji za pomocą kupna książki kolejnej. Wojna domowa w Rosji, szalony, krwiożerczy dowódca białych, wojna na odludziu, świeżo po I wojnie światowej - nie byłem w stanie się oprzeć. Biografia barona Romana Ungern-Sternberga nie była w stanie czekać, zatem wysupłałem nieco grosza i kupiłem dzieło Jamesa Palmera. Nie żałuję.

Choć nie brak w nim pewnych błędów merytorycznych, niekoniecznie istotnych, ale jednak irytujących (nazywanie Słowianami chłopskiej ludności Estonii wydaje się bodaj najbardziej kuriozalnym spośród nich), to jednak należy autorowi oddać należną mu zasługę. Choć pozornie "Krwawy biały baron" to historia biograficzna, to jednak nie poprzestaje on na opisie portretowanej przez siebie osoby. Czasem można odnieść wrażenie, że baron ginie wśród opisów stosunków społecznych i historycznych zatargów ówczesnych mocarstw. W sytuacji, gdy odtworzenie całości żywota jednego z ostatnich obrońców starego porządku (i to na dodatek w bardzo reakcyjnej jego odmianie) wydaje się niemożliwością, to chyba jedyna słuszna strategia. Rezygnacja ze snucia opowieści na temat tajników ezoteryki, idei "żółtego zagrożenia" czy też panmongolizmu poważnie utrudniłaby zrozumienie kontekstu epoki, jak również sposobów rozumowania tego wojskowego o niemieckich korzeniach, który wierzył w boskie nadanie monarchów i stworzył własną syntezę buddyzmu i monarchizmu.

Jego życie nadaje się nie tylko na kanwę filmów, ale też może stanowić niezły materiał badawczy dla tych, chcących zrozumieć psychologiczne motywy postępowania ideowych zbrodniarzy, takich jak niedawny zamachowiec z Norwegii. Ideowo Breivik i Ungern-Sternberg są zresztą zarówno blisko, jak i daleko - każdy z nich miał/ma swojego "obcego", którego nienawidzi, każdy też gotów był bez zmrużenia oka zadawać ludziom ból, jeśli tylko uznał takie działanie za konieczne do osiągnięcia swojego ideowego celu. W świecie żyjącego na przełomie wieków niemieckiego arystokraty najważniejsza była obrona powoli przemijającego świata społecznej hierarchii i związanej z nią władzy. Za zagrożenie dlań uznawał zarówno kapitalizm, jak i rosnące wówczas w siłę ideały socjalistyczne i komunistyczne. Kiedy rozpadło się carskie imperium, bronił jego resztek, a następnie udał się na ekspedycję do Mongolii, by na bazie tego kraju wskrzesić dawne imperium Czyngis-Chana, mające rozciągać się od Wołgi po Ocean Indyjski i Pacyfik.

Podczas lektury nie brakuje opisów bardzo brutalnego traktowania ludzi, którzy mieli wątpliwą przyjemność zetknąć się z jego osobą. Na początku chciałem napisać "politycznych oponentów", lecz byłoby to stanowczo zbyt daleko posunięte zawężenie grona osób, które torturował i zabijał. Z jednej strony był kosmopolitą, mieszającym znane mu religię i zapewniającym swobodę ich wyznawania. Z drugiej - nienawidził Żydów, co skutkowało ich pogromami na terenach przezeń okupowanych. Wierzył, że komunizm został wymyślony w... Babilonie, 3 tysiące lat temu, przypisywał sobie też nadnaturalną zdolność do wyszukiwania wśród przemieszczających się po Syberii i Dalekim Wschodzie rzesz ludzi osób "dotkniętych złem", głównie Żydów oraz agentów Czerwonych. Można się domyślić, że w rzeczywistości jego przeczucia nie znajdowały zbyt często oparcia w rzeczywistości, a wraz z upływem czasu coraz mniej jego charyzma, a coraz bardziej - strach przed surowymi torturami trzymały jego armię w ryzach.

Ungern, otoczony przez Czerwonych, zdecydował się na zajęcie Mongolii, będącej wówczas w niejasnej sytuacji politycznej, zawieszonej między rozpadającymi się imperiami - rosyjskim i chińskim. To lęk przed zmianą kraju w bazę wypadową resztek wojsk Białych sprawił, że bolszewicy zdecydowali się na interwencję zbrojną i wsparcie lokalnych komunistów. Baron, wiedziony przepowiedniami, postanowił sforsować granicę i spróbować połączyć swe siły z interweniującą wówczas na obszarze przyszłego ZSRR armią japońską. Japończyków już jednak nie było, a po szeregu klęsk zdradziła go własna armia. Pojmany, przewieziony w głąb sowieckiej Rosji i rozstrzelany, nadal jednak budzi emocje. Jak sugeruje Palmer, wymuszenie rosyjskiej interwencji uratowało Mongolię przez ponownym wejściem w skład Chin i kontynuacją procesów kolonizacji i niszczenia dziedzictwa kulturowego tego kraju. Problem w tym, że inspirowani z Moskwy lokalni komuniści z wielką żarliwością wzięli się w latach 30. XX wieku do niszczenia klasztorów buddyjskich i mordowania zamieszkujących ich lamów. Ungern-Sternberg zapowiedział swoimi krwawymi rządami kolejne ciężkie lata dla Mongołek i Mongołów, już pod nowymi władzami. Warto zatem poznać historię rejonu, który niezbyt często bywa opisywany na łamach poczytnych mediów.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...