Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksandra Kretkowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksandra Kretkowska. Pokaż wszystkie posty

4 marca 2013

Bez słów: VII Kongres Partii Zieloni

W dniach 2-3 marca 2013 odbył się w Warszawie Kongres Partii Zieloni, który wyłonił nowe władze krajowe. Na ich czele, przez następne dwa lata, stać będą Agnieszka Grzybek oraz Adam Ostolski.
















Zdjęcia: Elżbieta Hołoweńko.

11 listopada 2010

Zielone miasto, zielone zaproszenia

Zieloni – chcemy miasta kolorowego, a nie brunatnego! Bierzemy udział w demonstracjach antynazistowskich!

Warszawscy Zieloni popierają działania, mające na celu wyrażenie dezaprobaty przez mieszkanki i mieszkańców Warszawy wobec faktu przejścia przez miasto demonstracji środowisk skrajnej prawicy. Planowane jest między innymi wygwizdanie narodowców, a także akcja Pawła Althamera, który o 12.00 na rogu Świętokrzyskiej i Nowego Światu zamierza, wraz z innymi osobami, przebrać się w pasiaki i jako armia duchów przypomnieć o mrocznym dziedzictwie ideologii nacjonalistycznych.

- Zachęcamy do udziału wszystkie osoby, którym nie jest obojętne, jakie idee prezentowane są na ulicach Warszawy – mówi Aleksandra Kretkowska, która kandyduje do rady dzielnicy Śródmieście z 8. miejsca na listach SLD w okręgu nr 2 – Uczestnicy „Marszu niepodległości” już wielokrotnie pokazywali, że nie zależy im na niepodległości, ale na promowaniu nienawiści i dyskryminacji wobec kobiet, mniejszości narodowych i etnicznych, religijnych czy seksualnych. Nie zgadzamy się na to i mamy nadzieję, że warszawianki i warszawiacy tłumnie pokażą, że poglądy środowisk narodowych nie są ich poglądami.

***

Nie zrobiło miasto, zrobili Zieloni – zapraszamy na prezentację raportu o konfliktach w przestrzeni publicznej!

Zieloni zapraszają na konferencję prasową, na której zaprezentują raport o konfliktach w przestrzeni publicznej – raport, o który bezskutecznie apelowali przez półtora roku, od sprawy zagrożenia zabudową fragmentu Pola Mokotowskiego. Obejmuje on miejsca, w których inwestycje deweloperów bądź polityka miejska doprowadzają do zagrożenia ekologicznego, konfliktów społecznych i obniżenia jakości życia.

Konferencja odbędzie się w piątek, 12 listopada, o godz. 12.00 przed remontowanym budynkiem Kina Iluzjon (ul. Narbutta, skwer Słonimskiego).

- Przyjemnie jest przecinać wstęgi przy nowych inwestycjach, natomiast dużo trudniej jest przygotować rzetelny raport o konfliktach, które przetaczają się przez miasto – komentuje sprawę Bartłomiej Kozek, przewodniczący warszawskich Zielonych, kandydujący z 2. miejsca w okręgu Stary Mokotów na listach SLD do rady dzielnicy. - Przykro obserwować, jak rośnie ilość zatrudnionych w miejskim ratuszu urzędników, za którym nie idzie bardziej pogłębiona analiza sytuacji w mieście. Raport o konfliktach pomógłby w zlokalizowaniu „punktów zapalnych”, ukazaniu skali negatywnych zjawisk i znalezieniu rozwiązań sytuacji, takich jak konsultacje społeczne, przyjmowanie planów zagospodarowania przestrzennego czy odpowiednio elastycznej polityki czynszowej. Wystarczy chcieć – niestety w tym wypadku władzom miasta tych chęci zabrakło.

***

W PRZYSTANI BEZIMIENNYCH

Odebrane naturze, zniewolone przez człowieka, pokochane, a potem porzucone, nie potrafią już samodzielnie żyć, przechodzą drogę przez mękę zarówno na wolności jak i w schroniskach - uwięzione zwierzęta wołają…

Galeria Na Willowej, ma zaszczyt zaprosić na wystawę fotografii Ewy Pszczółkowskiej „W PRZYSTANI BEZIMIENNYCH” w sobotę 13 listopada 2010 r o godz. 19 przy ul. Willowej 11.

Mile widziane prezenciki dla bezdomnych zwierząt.

Informacja o autorce:

Ewa Pszczółkowska - Psi i koci fotograf – honorowa obywatelka świata zwierząt, przyjaciółka Zielonych 2004

Jeśli kochasz ludzi pomóż zwierzętom.

Można będzie także zapoznać się z projektem PROGRAMU PRZEDZIWDZIAŁANIA BEZDOMNOSCI ZWIERZĄT, opracowanym przez Ewę Pszczółkowską i Irenę Kołodziej z Zielonych. W wernisażu wezmą też udział kandydaci Zielonych na Mokotowie - Krystian Legierski i Bartłomiej Kozek.

2 kwietnia 2010

Meczet powinien stać się przyczynkiem do debaty na temat integracji i wielokulturowości

Koło warszawskie partii Zieloni 2004 wyraża swoje zaniepokojenie wzniecaniem lęków i uprzedzeń wobec społeczności muzułmańskiej w mieście, czego symbolem była sobotnia demonstracja przeciwników budowy meczetu na Ochocie. Naszym zdaniem powinna być ona sygnałem ostrzegawczym dla władz miasta, że pilnego wsparcia wymaga dialog międzykulturowy i międzyreligijny w Warszawie.

- W Europie mamy istotnie problem związany ze zwiększającą się liczbą muzułmanów, głównie imigrantów – jest to problem europejskiej islamofobii. Do antysemityzmu politykom już dziś wstyd się przyznać, natomiast na wzbudzaniu islamofobii można jeszcze łatwo zbić polityczny kapitał. Muzułmanin stał się nowym Obcym, którym straszy się nie zważając na rzeczywistość. W UE, rzekomo „zalewanej” przez muzułmanów, żyje ich zaledwie 13 mln, co stanowi 2,6% ludności UE. Kiedy w Szwajcarii przegłosowano zakaz budowy minaretów, w całym kraju było ich aż… cztery. Niestety trend ten zawitał właśnie do Polski. - mówi Aleksandra Kretkowska, członkini koła warszawskiego Zielonych.

- Bieda, bezrobocie, złe warunki pracy, rosnące rozwarstwienie społeczne, wszechobecny brud, bezwzględny wyścig szczurów, prowadzący do zniszczenia więzów lokalnych i poczucia wspólnoty - oto prawdziwe polskie problemy tu i teraz, a nie zagrożenie islamskim fanatyzmem! - dodaje Irena Kołodziej, przewodnicząca warszawskich Zielonych. - Społeczność islamska w Polsce jest niewielka i nie ma podstaw, by spodziewać się znaczącej imigracji z krajów arabskich. Skąd więc te obawy przed islamskim fanatyzmem? Prawicowi radykałowie wykreowali sztucznego wroga. Zatomizowane społeczeństwo łatwo zmanipulować - i tak właśnie zrobiono w Warszawie. To znany sposób - skanalizować ludzkie lęki i frustracje związane z brakiem bezpieczeństwa socjalnego, wskazując palcem zastępczego wroga.

- Warszawa już dziś nie jest miastem jednorodnym etnicznie, kulturowo czy religijnie i nie ma co tego faktu ukrywać – mówi Bartłomiej Kozek, przewodniczący koła. - Władze Warszawy powinny rozpocząć intensywne działania na rzecz wkluczania nowych społeczności do głównego nurtu życia w mieście, zamiast trzymać je na uboczu, narażając tym samym na stereotypizację. W najbliższych latach, obok już istniejącej i liczebnej mniejszości wietnamskiej, możemy się spodziewać na przykład zwiększenia się ilości osób pochodzenia ukraińskiego czy białoruskiego. Wsparcie finansowe dla otwartego dialogu – debat, ulicznych karnawałów, edukacji na rzecz tolerancji w szkołach i wielu innych podobnych działań – opłaci się na dwa sposoby. Po pierwsze, stworzyć może wizerunek wielokulturowego, otwartego miasta, zachęcający do odwiedzin turystów i zachęcający do inwestycji. Po drugie – równie istotne – da szansę na zachowanie realnej spójności społecznej i umożliwi każdej i każdemu z nas – niezależnie od religii bądź jej braku, narodowości, koloru skóry czy jakichkolwiek innych czynników – osiąganie wysokiej jakości życia.

17 grudnia 2009

W Europie padł kolejny mur

19 grudnia UE zniesie wizy dla obywateli i obywatelek Serbii, Czarnogóry i Macedonii (kraje te wchodzą na tzw. białą listę Schengen). Oznacza to, że nareszcie skończy się ich prawie 20-letni „areszt domowy”. Uzyskanie wizy turystycznej było bowiem praktycznie niemożliwe – w związku z tym np. 70% młodych Serbów nigdy w życiu nie było za granicą.

Ogłoszenie zniesienia wiz wywołało ogromną radość. W Skopje tłum wyległ na ulicę i pod siedzibą parlamentu odbyło się spontanicznie świętowanie z flagami Macedonii i Unii Europejskiej. W serbskim Internecie natomiast już krąży dowcip: “Ostatni obywatel opuszczający Serbię 19 grudnia proszony jest o zgaszenie światła. Władze Serbii”. Specjaliści zajmujący się Bałkanami również są zadowoleni. Od lat zwracali oni uwagę na fakt, że zniesienie wiz jest pilną sprawą. „Areszt” w obecnej sytuacji niewiele wnosił, poza pogłębianiem izolacji (też intelektualnej). Trudno wymagać „europejskiej perspektywy” czy „wspierania wartości UE” od ludzi, którzy od 20 lat nie mogą UE zobaczyć, lub nigdy w życiu jej nie widzieli.

Zniesienie wiz to jednak nie tylko powód do świętowania.

Unia Europejska „kupiła” dzięki niemu potężne narzędzie inwigilacji. Wymusiła ona na przyjętych krajach wymianę wszystkich paszportów na nowe, biometryczne, dzięki którym może śledzić przemieszczanie się ich posiadaczy po obszarze Schengen. Kto chce podróżować, musi więc pogodzić się z utratą prywatności. Ten problem dotyczy jednak wszystkich mieszkańców krajów obszaru i białej listy Schengen.

Prawdziwe kontrowersje na Bałkanach budzi jednak fakt zniesienia wiz tylko wybranym państwom, choć starały się o to wszystkie. Mimo iż specjaliści z European Stability Institute uważają, że przywilej ruchu bezwizowego nadany został według sprawiedliwych kryteriów, to wśród innych komentatorów wzbudzają one wątpliwości. Przestrzegają przed zgubnymi skutkami dzielenia Bałkanów. Petycję w tej sprawie w lecie 2009 roku podpisało tysiące ludzi, w tym wielu europarlamentarzystów, wpływowych polityków czy naukowców. Jednak UE zdecydowała się podtrzymać podział.

Smaku sprawie dodaje fakt, że kryterium podziału staje się… religia, a konkretnie dyskryminowani są muzułmanie. Po 19 grudnia poza białą listą Schengen zostaną na Bałkanach tylko te wszystkie państwa, w których dominuje islam: Albania, Bośnia i Hercegowina oraz Kosowo (Albanii i BiH obiecano wpisanie na białą listę najwcześniej w połowie 2010 roku). Co więcej, w najgorszej sytuacji w tych multietnicznych i multireligijnych państwach pozostaną właśnie muzułmanie, czyli ci ludzie, którzy najbardziej ucierpieli podczas ostatnich wojen domowych. Ich sąsiedzi o innym wyznaniu czy pochodzeniu, czyli np. mieszkający w BiH prawosławni Serbowie czy katoliccy Chorwaci mają bowiem podwójne obywatelstwa i paszporty serbskie lub chorwackie. Będą więc mogli korzystać przywilejów. Nietrudno domyślić się, że pogłębi to podziały etniczne i religijne, o czym ostrzegano, bezskutecznie, od dawna.

Wprowadzenie ułatwień wizowych już wprowadziło zamieszanie w Kosowie. Kosowo to obecnie najbardziej izolowane państwo na świecie. Jego obywatele i obywatelki mogą podróżować bez wiz tylko do 5 państw na świecie (dla porównania Afgańczycy do 22, a Duńczycy aż 157). Dodatkowo, nie mają oni nawet prawdziwych paszportów. To najnowsze państwo w Europie dopiero je wydaje. Odbierają je głównie Kosowarzy (muzułmańscy mieszkańcy Kosowa posługujący się językiem albańskim i uważający się za osobną grupę narodową – przez Serbów nazywani Albańczykami). Serbia, która nie uznaje Kosowa i traktuje jego mieszkańców jako swoich obywateli, oferuje im swoje paszporty, które odbierali dotąd głównie mieszkający tam Serbowie. Teraz sytuacja się jednak zmieniła. Z powodu zniesienia wiz dla Serbów serbski paszport stał się atrakcyjny i proszą o niego też Kosowarzy. Minister Spraw Wewnętrznych Serbii ogłosił, że wydano im już ponad 1000 paszportów. Władze Serbii to cieszy, bo dzięki temu błyskawicznie zwiększa się liczebność serbskiej mniejszości w Kosowie. Podróże bez wiz przysługują jednak tylko Serbom zameldowanym na terenie Serbii. Trwają więc masowe próby przemeldowania się z Kosowa do Serbii, głównie do Preševa i Bujanovca, dwóch muzułmańskich miast na południu. Na to już serbscy urzędnicy się nie zgadzają, bo wnioskodawcy nie potrafią udowodnić faktycznej zmiany miejsca zamieszkania. Rząd serbski powiększa więc serbską diasporę, jednocześnie nie dopuszczając muzułmanów do przywilejów bezwizowego ruchu. Wzbudza to protesty zarówno Kosowarów, jak i kosowskich Serbów, którzy pomimo posiadania tylko serbskiego obywatelstwa pozbawieni są praw, jakimi cieszą się Serbowie w kraju (dodajm, kosowscy Serbowie przez prawicowe środowiska uważani są za najbardziej patriotycznych, nie opuszczających „serbskiej kolebki” mimo jej „okupacji” – i mimo tego mają mniejsze prawa niż Serbowie w kraju). Sytuacja w Kosowie jest kolejnym przykładem na to, jak dzielenie Bałkanów w sprawie wiz komplikuje lokalną sytuację, pogłębia etniczne i religijne podziały, a nawet podważa sens istnienia lokalnych granic.

Polityka UE na Bałkanach bezwzględnie obnaża islamofobię wspólnoty europejskiej. Oficjalnie religia państwowa nie ma żadnego znaczenia i w przypadku Bałkanów nie jest ona podnoszona jako argument. Wystarczy jednak posłuchać sporu o przyjęcie Turcji do UE, by zobaczyć, że jest to tylko pusta deklaracja. Politycy europejscy śmiało grają na niechęci wobec islamu. Otwarcie mówią też o wspólnocie europejskiej jako wspólnocie chrześcijańskiej. Wystarczy rzut oka na mapę UE by zauważyć, że obecnie skupia ona państwa zachodniego chrześcijaństwa. Wyjątkami są oczywiście Grecja oraz Cypr, ale miejsce w europejskiej wspólnocie „zaklepały” już sobie w starożytności. Przyjęte niedawno Rumunia i Bułgaria stanowią miłe zaskoczenie, ale są raczej dowodem na to, że łatwiej zaakceptować nam prawosławie niż islam (albo, że gazociąg Nabucco, który ma przez te dwa państwa przebiegać i dostarczać Europie Zachodniej i Środkowej gaz z innego źródła niż Rosja, jest już naprawdę niezbędny UE). Do UE dołączy zapewne niedługo katolicka Chorwacja. Prawosławne i muzułmańskie kraje będą musiały poczekać, przy czym jak wskazywałam w najgorszej sytuacji są wszystkie europejskie państwa muzułmańskie i mieszkający w nich muzułmanie.

Europa zawsze była kontynentem wielu religii, a pokój i wolność religijna są jej wielkimi cywilizacyjnymi osiągnięciami. Stoi teraz przed nią teraz wyzwanie, czy będzie potrafiła przezwyciężyć uprzedzenia religijne i odbudować prawdziwą, wielowyznaniową wspólnotę europejską. Bałkany są dla niej świetnym polem do popisu.

Tekst Aleksandry Kretkowskiej, członkini warszawskiego koła Zielonych 2004.

6 czerwca 2008

Frontex – przestańcie dzielić, zacznijcie łączyć!

Koło warszawskie Zielonych 2004 wyraża swoje zaniepokojenie powtarzającymi się doniesieniami prasowymi dotyczącymi sytuacji osób pochodzących spoza Polski, które nierzadko padają ofiarą ludzkiej chciwości oraz rządowej i samorządowej bezmyślności.

„Wymownym przykładem jest sytuacja ukraińskich kierowców autobusów, zatrudnianych przez niektóre stołeczne firmy przewozowe” – wskazuje
Bartłomiej Kozek, przewodniczący koła warszawskiego Zielonych. „W doniesieniach prasowych pojawiają się szokujące informacje o tym, że pracują po 16 godzin dziennie, a miesięcznie od 20 do nawet 50 godzin więcej niż ich polscy koledzy. Tego typu traktowanie może już wkrótce doprowadzić do tragedii. Mieliśmy już pierwszy przypadek – zasłabnięcie kierowcy linii 505, który uderzył w drzewo w al. Lotników.” – przestrzega Kozek.

„Ten przypadek to nic w porównaniu z opisanym dziś przez „Gazetę Wyborczą” procederem zatrudniania chińskich robotników do budowy luksusowych apartamentowców na Mierzei Wiślanej. Pracują oni nielegalnie, w koszmarnych warunkach, pod okiem chińskiej służby bezpieczeństwa i za grosze, bo „pośrednicy” zabierają większość ich pensji. Lokalna służba bezpieczeństwa nęka też Wietnamczyków, czeczeńscy uchodźcy nie mogą liczyć na dostateczne wsparcie, przypadki można by mnożyć. ” – zauważa
Aleksandra Kretkowska z koła warszawskiego Zielonych.

„Dodatkowo sytuacja obcokrajowców, którzy próbują zalegalizować swój pobyt i pracę w Polsce, wcale nie jest lepsza” – przypomina Kretkowska. „Legendarne są już ustawiające się w środku nocy kolejki pod wojewódzkim Wydziałem Spraw Cudzoziemców przy ul. Długiej w Warszawie. Ci, którzy nie zapłacą haraczu kolejkowym staczom, nie dopchną się do okienka. Procedury przeciągane są w nieskończoność, na roczną kartę czasowego pobytu czeka się nierzadko 10 miesięcy, co jest parokrotnym przekroczeniem ustawowych terminów. Kontakt z urzędem jest dla mieszanych małżeństw, zagranicznych studentów i pracowników męką. Urząd Wojewódzki wie o nieprawidłowościach w Wydziale i nie reaguje – wskazuje Kretkowska.

Domagamy się, aby m. st. Warszawa oraz Województwo Mazowieckie poświęciło więcej uwagi sytuacji mieszkających tu obcokrajowców!

Domagamy się bardziej inkluzywnej polityki wobec imigrantów zarówno rządu polskiego, jak i całej Unii Europejskiej!
Zapraszamy wszystkich do wzięcia udziału w demonstracji, która odbędzie się w piątek, 6 czerwca, o godz. 14.00 pod rondem ONZ i o godz. 16.30 pod Pałacem Prezydenckim.

Ostatnio obrodziło u nas w zaproszenia i oświadczenia prasowe - ale chyba widać tego efekty. Żeby nie być gołosłownym, parę linków do artykułów i relacji TVP Warszawa o Parku Świętokrzyskim, w których odegraliśmy poczesną rolę:

Polska Agencja Prasowa - Gazeta Wyborcza - Życie Warszawy - TVP Warszawa

29 lutego 2008

Ibiza jest sercem Serbii

Dwa tygodnie temu młodzi Serbowie świętowali na ulicach z flagami Unii Europejskiej zwycięstwo w wyborach prezydenckich demokraty Tadicia. Dziś, po uznaniu niepodległości Kosowa przez większość państw europejskich, Serbowie demonstrują na ulicach paląc flagi Unii.


Tak w skrócie można opisać obecną sytuację polityczną w Serbii – z jednej strony dążenie, szczególnie młodych ludzi, do jak najszybszej integracji z Unią i powrót kraju do normalności, a z drugiej niekonsekwentną politykę samej UE wobec tego kraju, która pomaga agresywnym nacjonalistom w stylu niedoszłego prezydenta Nikolicia wzniecać ksenofobiczne, antyzachodnie uczucia, ożywiać resentymenty i zbijać na tym kapitał polityczny.


Kosowo – wpadka Zachodu?


Według Serbów obrońcą prawa międzynarodowego okazała się nie Unia Europejska, a putinowska Rosja. Ten paradoks jest jednym z wielu, na które wskazują młodzi Serbowie.


Przede wszystkim zarzucają oni Unii hipokryzję: nieustannie głosi ona wagę przestrzegania europejskiego prawa, np. wytykając Serbii niewydawanie zbrodniarzy wojennych Hadze, przez co Serbia utknęła w negocjacjach unijnych, a z drugiej same łamią to prawo uznając jednostronne ogłoszenie niepodległości Kosowa. Serbski rząd przypomina, że zagwarantowanie terytorialnej jedności Serbii było warunkiem zgody Serbii na wejście sił pokojowych do Kosowa w 1999 roku, przyznanie niepodległości jest też złamaniem innych praw i umów międzynarodowych, np. o nieuznawaniu unilateralnych zmian granic. Dodatkowo, właśnie przyjęci na europejskie salony przywódcy Kosowa mają sporo na sumieniu - premier Kosowa Hashim Traci, dawny lider Wyzwoleńczej Armii Kosowa – UCK, która dokonywała zbrodni wojennych, został skazany na 10 lat więzienia za terroryzm, a za jego czasów UCK wsławiła się handlem heroiną i kokainą.


Serbowie nie rozumieją też, dlaczego państwa unijne uznały dążenia niepodległościowe kosowskich Albańczyków, którzy mają już swoje państwo (Albanię), a nie uznają dążeń innych grup, które własnych państw nie mają i od lat walczą o niepodległość (np. Baskowie).


Inną niekonsekwencją Unii jest sam stosunek do UCK, albańskiej organizacji paramilitarnej, założonej przez gasterbaiterów, niekontrolowanej właściwe przez nikogo, utrzymywanej również z przestępstw, np. z handlu narkotykami. Dokonywała ona czystek etnicznych i zbrodni na Serbach, Romach i innych mniejszościach oraz na samych Albańczykach, w tym na funkcjonariuszach podziemnego, demokratycznie wybranego państwa kosowskiego, którzy próbowali opanować tę „armię”. Zachód potępia stosowanie przemocy – właśnie z powodu zagrożenia czystkami etnicznymi NATO zbombardowało Serbię w 1999 roku – ale w przypadku Kosowarów brutalne wyczyszczenie etniczne regionu poskutkowało uznaniem jego odrębności i niepodległości. Samo UCK została przez siły międzynarodowe przekształcone w oficjalną policję, choć wcześniejsze umowy międzynarodowe przewidywały rozbrojenie bojówek.


Wypędzenia i czystki wiążą się z jeszcze jednym problemem – część wypędzonych Serbów i Romów do dziś żyje w koszmarnych warunkach w barakach w obozach dla uchodźców, ich domy i dobra w Kosowie zajęte zostały przez Albańczyków. Nie wiadomo jak nowe, zrujnowane ekonomiczne państwo kosowskie chce poradzić sobie z tym problemem – szanse na odszkodowania są znikome, a wypędzeni boją się wrócić do domów. Do dziś dochodzi do ataków na enklawy serbskie, na samochody z serbskimi rejestracjami, na średniowieczne prawosławne monastyry. Wrażliwa na prawa człowieka, w tym prawa mniejszości etnicznych i religijnych Unia Europejska jakby przymyka na to oko, dając nowemu państwu nieuzasadniony kredyt zaufania, wierząc, że będzie ono chroniło prawa człowieka.


Osobnym tematem, którego nie sposób tu omówić, jest kompromitacja oenzetowskich programów prowadzonych na terenie Kosowa i Metohji. Lata wydawania ogromnych pieniędzy na ten zaledwie dwumilionowy region nie doprowadziły właściwie do niczego – Kosowo jest nadal niebezpieczne, zdewastowane ekonomiczne, z ogromnym bezrobociem i silną mafią, boryka się też z problemem uzależnień od narkotyków.


Albańskie argumenty


Kosowscy Albańczycy mają poważne argumenty za swoją niepodległością, poza oczywistym prawem do samostanowienia. Żyją oni na terenach Kosowa i Metohji wraz z Serbami co najmniej od średniowiecza, od XX wieku stanowią na nim większość. To tu rozpoczęło się ich odrodzenie narodowe, a potem rozwijała albańska kultura – nie na terenach dzisiejszej Albanii. Albańczycy udowodnili, że potrafią stworzyć własne państwo, tworząc państwo podziemne, mają na koncie takie sukcesy jak podziemny uniwersytet kształcący 10 tys. studentów. Albańczycy walczyli o swą niepodległość pokojowo, organizując referenda, wybierając podziemne władze, które, co ważne, nie uznawały zbrodniczej UCK i próbowały ją opanować.

Kosowarzy przestali być bezpieczni w Jugosławii w latach dziewięćdziesiątych. Milosevic od 1989 roku stopniowo odbierał autonomię Kosowu, a z żyjących tam muzułmanów tworzył publicznego wroga, by zachować władzę (osławione przemówienie w 600-lecie bitwy kosowskiej „Nikt więcej nie będzie Was bić!). Podczas konfliktu armii serbskiej z UCK wielu niewinnych Albańczyków straciło życie, dochodziło do zbrodni wojennych popełnianych przez Serbów, jak choćby osławiona czystka etniczna we wsi Racak. Nienawiść Serbów i Albańczyków jest żywa do dziś i kultywowana przez serbskich nacjonalistów i byłych komunistów. Warto dodać, że mają oni w Serbii razem tyle poparcia co demokraci. Konflikt albańsko – serbski jest często rozgrywany na poziomie nienawiści etnicznej i religijnej, wykorzystującym po stronie serbskiej islamofobię – padają argumenty, które dla Polaków brzmią znajomo: „prawosławna Serbia jako przedmurze chrześcijaństwa chroniące Europę przed muzułmanami”. Najbardziej chyba jednak razi cyniczne posługiwanie się przez polityków serbskich problemem Kosowa jako łatwym tematem do zbijania poparcia politycznego – każdy „prawdziwy Serb” zgodzi się, że „kolebki kultury i kościoła serbskiego” nie można oddać w obce ręce.

Jest jeszcze jedna ważna kwestia. Problem Kosowa streszcza się zwykle stwierdzeniem, że Serbowie mają do niego prawo historyczne, a Albańczycy etniczne, więc powinno się zadecydować, które prawo jest ważniejsze. Taka perspektywa jednak niewiele nam pomaga – najważniejszym pytaniem w tym konflikcie jest to, kto jest w stanie zapewnić regionowi stabilizację, bezpieczeństwo, rozwój i poszanowanie praw mniejszości. W tej konkurencji wszystkie trzy strony konfliktu przegrywają, zarówno Serbowie i Albańczycy jak i państwa zachodnie. Historia, a szczególnie dawno minione średniowiecze, nie ma w tym wypadku wielkiego znaczenia. Z drugiej strony zauważyć należy, że czystość etniczną Kosowarzy uzyskali wypędzeniami i czystkami, a przede wszystkim galopującym rozwojem demograficznym, który jest oparty na wysokiej rozrodczości niewyedukowanych, biednych muzułmańskich kobiet. Albanka, która nie skończyła żadnej szkoły ma średnio siedmioro dzieci, Albanka po szkole średniej lub wyższej tylko dwoje. Jest więc to typowy przykład wykorzystywania wykluczonych kobiet jako nacjonalistycznych czy religijnych „inkubatorów”, uprzedmiotowienia ich w celu powiększania ilości przedstawicieli danej grupy. Rolę w tym procesie gra też religia tradycyjne miejsce kobiety w islamie. Dodać należy, że proces ten widoczny jest też po drugiej stronie – podczas tegorocznej konferencji naukowej sponsorowanej przez rząd Serbii, a poświęconej problemowi Kosowa, jeden z panelistów wzywał serbską „patriotyczną młodzież” płci męskiej do osiedlania się z żonami w Kosowie i „przechylania demograficznej szali na drugą stronę”.

Rosja zamiast Unii?



Przyglądając się nieporadnym działaniom organizacji międzynarodowych na Bałkanach, trudno się dziwić, że młodzi Serbowie czują się sfrustrowani – państwa zachodnie zdają się robić wszystko, aby ich do siebie zniechęcić, jednocześnie zarzucając im antyeuropejskość. Młodzi do dziś płacą za zbrodnie Milosevica, choć sami go obalili podczas studenckiej pokojowej rewolucji w 2000 roku i od tego czasu wybierają demokratyczne i prozachodnie władze.


Pracując w Serbii w lokalnej organizacji pozarządowej, przygotowywałam kampanię prounijną skierowaną do młodzieży, finansowaną przez rządy paru bogatych krajów zachodnich. Mieliśmy wydać tysiące kolorowych folderów i zawiesić setki billbordów wychwalających Unię Europejską, podczas gdy Serbowie nie mogą realnej Unii poznać z powodu wiz przez nią wymaganych. Do dziś 70% młodych Serbów nigdy nie było za granicą. Przygotowaliśmy reklamową ulotkę o zaletach unijnego programu edukacyjnego Erasmus, z którego studenci serbscy nie mają prawa korzystać. Reklamowaliśmy więc wśród nich za ciężkie pieniądze coś, czego oni i tak nie mogą dotknąć, bo sami im tego zakazaliśmy.


O takie absurdy Serbowie niestety potykają się co krok.


Dla młodych Serbów Kosowo parę lat temu nie było istotnym problemem politycznym – dziś jest problemem ze szczytu hierarchii, jak wynika z przeprowadzonych badań. Na murze w Belgradzie przez lata znajdowało się zabawne graffiti: „Ibiza jest sercem Serbii” – prześmiewcza trawestacja propagandowego hasła rządu serbskiego „Kosowo jest sercem Serbii”. Parę dni temu ktoś zamalował „Ibizę” i wstawił „Kosowo” – Kosowo przestało być tematem, z którego można żartować. Choć kiedyś młodzi często przyznawali, że właściwie nie zależy im na Kosowie, w którym nigdy nie byli, w którym mieszka już niewielu Serbów, dzisiaj, w wyniku sposobu, w jaki się ono oderwało od ich państwa przyjmują inną postawę. Nawet Młodzi Serbscy Zieloni, silni członkowie Federacji Młodych Europejskich Zielonych, wydali oświadczenie, w którym stwierdzają, że nie zgadzają się z uznawaniem niepodległości Kosowa i krytykują Unię za hipokryzję i nie dbanie o prawa mniejszości w Kosowie.


Unia, jeśli nie chce nie stracić swoich ostatnich sojuszników w regionie oraz resztek szacunku, powinna przyjąć konsekwentną i jasną postawę. Jeśli uważa, że przyznanie niepodległości Kosowu, nawet kosztem złamania prawa i okrojenia Serbii z 15% terytorium, jest jedynym sposobem na zapewnienie pokoju i dobrobytu tego regionu, powinna to jasno wyartykułować, a nie kluczyć jak nasz polski dyplomata nazywający uznanie niepodległości „prawie legalnym” (sic!). W przeciwnym wypadku w regionie znowu zaczną zwyciężać antyeuropejscy nacjonaliści, którzy otwarcie nawołują do wojen etnicznych. Serbia konsekwentnie zbliża się w stronę Rosji, co najlepiej widać było przy jej ostatnich manewrach energetycznych, a oddala od reszty Europy, w tym swoich najbliższych, dążących do integracji z UE sąsiadów. Póki co premier Serbii Vojislav Kosztunica odwołał ambasadorów z krajów, które uznały niepodległość Kosowa, a dziś ogłosił, że wyklucza dalsze zbliżenie jego kraju z Unią Europejską z powodu unijnej polityki wobec Kosowa. Czy naprawdę chcemy na własnej skórze sprawdzić, co będzie dalej?


(Na górze - pamiątkowe zdjęcie przed spaloną ambasadą amerykańską w Belgradzie; wyprostowane trzy palce to symbol Serbii, obok - kordon policji przed meczetem w Belgradzie)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...