Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Nawratek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Nawratek. Pokaż wszystkie posty

28 lipca 2014

Nawratek o architekturze dobra wspólnego

W minioną sobotę publiczność Zielonego Jazdowa do swojej koncepcji architektury radykalnej próbował przekonać Krzysztof Nawratek – architekt i teoretyk miasta, wykładowca w School of Architecture, Design and Enviroment na Uniwersytecie w Plymouth. Nawratek nawiązywał do myśli autorów podkreślających wagę koncepcji dobra wspólnego, takich jak Micheal Hardt, Antonio Negri czy Bruno Latour. Odrzucał jednocześnie podejście konfliktowe, odwołujące się do Carla Schmitta. Krzysztof Nawratek powoływał się też – choć nie bezkrytycznie – na dorobek egalitarnego nurtu w obrębie modernizmu, który kładł nacisk na społeczną misję architektury. Zadaniem architektury powinno być w ocenie prelegenta wykreowanie przestrzeni inkluzywnej, z której nikt nie będzie wykluczony. Podczas wykładu Krzysztof Nawratek ilustrował abstrakcyjne idee dotyczące architektury dobra wspólnego konkretnymi przykładami już istniejących budynków oraz projektami stworzonymi przez studentów szkoły architektury Uniwersytetu w Plyomouth.

                                          

Radykalna architektura w ocenie Nawratka musi wykroczyć poza dychotomiczny podział przestrzeni na prywatną i publiczną.  Dychotomia ta jest z natury konserwatywna, a ponadto budzi skojarzenia z prawnym rozumieniem własności. Projekt architektury odwołującej się do tego, co wspólne, wykracza poza dualizm przestrzeni prywatnej i publicznej. Jednocześnie architektura oparta na idei tego, co wspólne, nie rezygnuje z postulatu ochrony intymności. Nawratek odrzuca koncepcję przestrzeni homogenicznej, pozbawionej wszelkich podziałów, jako utopijną i kontrproduktywną. Przykładem architektonicznej realizacji wykraczającej poza dychotomie prywatne/publiczne jest  osiedle elemental w Chile. Idea przewodnia tego projektu polega na zaplanowaniu części wspólnej budynku, zostawiając jednocześnie pustą przestrzeń do zagospodarowania przez użytkowników. Rozwiązanie to sprawdziło się w biednych dzielnicach, których mieszkańcy dysponowali dużymi umiejętnościami technicznymi, pozwalającymi na dokończenie budowy według własnego uznania.

„Horyzontem architektury inkluzywnej jest absolut wielofunkcyjności” – wywodził Krzysztof Nawratek. Postulat wielofunkcyjności architektury to być może najciekawsza koncepcja Nawratka. Jest to idea antymodernistyczna, kwestionująca sens ścisłego podziału na strefy i oddzielana od siebie różnych typów aktywności. Architektura radykalna, przekonywał Nawratek, powinna mnożyć funkcję projektowanych budynków, a tym samym również maksymalizować różne możliwości korzystania z istniejącej przestrzeni. Postulat ten zrozumiemy lepiej, jeżeli przyjrzymy się działaniu architektury ekskluzywnej, dążącej do wykluczenia określonych sposobów korzystania z przestrzeni oraz pewnych kategorii użytkowników. Jaskrawym przykładem takiej praktyki było mocowanie przez hipermarkety Tesco kolców przeciwko londyńskim bezdomnych. Możliwy jest jednak odwrotny sposób postępowania. Jeden z prezentowanych przez Nawratka projektów zakładał, że budynek fabryki udostępnia bezdomnym za darmo ciepło powstające w procesach przemysłowych. Innym przykładem łączenia funkcji jest budynek biblioteki Delft w Mecanoo, którego duży zielony dach stanowi zarazem przestrzeń rekreacyjną. Architektura dążąca do mnożenia różnych funkcji projektowanej przestrzeni nie musi być też bardzo droga. Chodzi w niej między innymi o bardziej efektywne wykorzystywanie możliwości już istniejących budynków.

Inkluzywna architektura obejmuje również środowisko przyrodnicze.  Nawratek nawiązywał do idei ekologii przemysłowej, która polega na takim organizowaniu procesów produkcyjnych, żeby odpady z jednego cyklu produkcyjnego były ponownie wykorzystywane w kolejnym cyklu. Ideałem ekologii przemysłowej jest więc produkcja stanowiąca obieg zamknięty, która nie stanowi obciążenia dla środowiska. Największym przedsiębiorstwem tego typu jest Kalundborg Industrial Symbiosis. 

                                Mapa procesu produkcyjnnego w Kalundborg Symbiosis, źródło: wikipedia.

Mottem radykalnie inkluzywnej architektury dobra wspólnego, za którą opowiada się Krzysztof Nawratek,  jest hasło: „Nikt i nic nie jest odpadem. Wszystko i wszyscy powinni być częścią nowego świata”.

Maciej Kassner

6 maja 2009

Praktyczność i sztuczność - o centrach handlowych

O wpływie centrów handlowych na przestrzeń publiczną Bartłomiej Kozek rozmawia z Krzysztofem Nawratkiem, architektem-urbanistą i wykładowcą.

- Krzysztofie, zawodowo zajmujesz się miastem i jego przestrzenią. Widzimy gołym okiem, że dawne formy przestrzeni publicznej zdają się obumierać, a ich funkcje przejmują nowe obiekty, takie jak centra handlowe. Powiedz proszę, jak oceniasz te przemiany – czy są one Twoim zdaniem naturalne i należy je pozostawić samym sobie, czy też interweniować poprzez np. działania samorządowe?

- Najpierw trzebaby zdefiniować co to jest – lub była – owa przestrzeń publiczna i jakie jej formy obumierają. Ja od dłuższego czasu podchodzę bardzo nieufnie do tego pojęcia. Pamiętam jak na spotkaniu promocyjnym mojej książki w Krytyce Politycznej w Warszawie, profesor Jałowiecki mówił o linoskoczkach pląsających w przestrzeniach publicznych – mnie taka przestrzeń publiczna zupełnie nie interesuje. Interesuje mnie przestrzeń w której mogą zachodzić procesy społeczne i polityczne odkształcające rzeczywistość – a taką przestrzenią może być nawet bardziej „prywatna” przestrzeń zakładu pracy w czasie strajku niż jakiś placyk czy skwerek na którym pląsa linoskoczek.

- W swojej książce „Miasto jako idea polityczna” opowiadasz o potrzebie ponownego tworzenia centrów miejskich jako przestrzeni obywatelskiego życia wspólnoty lokalnej. Czy wyobrażasz sobie centrum handlowe jako przestrzeń demokratycznej debaty?

- Oczywiście. Może niekoniecznie debaty w takim sensie, że ludzie siadają i o czymś dyskutują – choć słyszałem, że Janek Sowa próbował w taki sposób hakować centra handlowe – lecz w sensie, jak już mówiłem, wpływania na rzeczywistość. Czyż przez sam fakt robienia zakupów w galerii handlowej, nie bierzemy udziału w debacie na temat ich istnienia?

- Co odróżnia – jeśli rzeczywiście istnieją różnice – centra handlowe od dawnych pasaży handlowych czy też ulic targowych?

- Dzisiejsze centra handlowe – co zabrzmi paradoksalnie w czasie gdy władza miejska się fragmentaryzuje – są poddane znacznie bardziej homogenicznemu reżimowi dyscyplinującemu. Dawne pasaże handlowe miały różnych właścicieli, podlegały też w większym stopniu władzy miejskiej. Z drugiej jednak strony, dzisiejsze centra handlowe są nieporównywalnie bardziej egalitarne i „demokratyczne” niż burżuazyjne, elitarne pasaże handlowe.

- Czy sam spędzasz czas w galeriach handlowych? Co sprawia, że z nich korzystasz lub też rezygnujesz z robienia tam zakupów?

- Owszem, robię zakupy w centrach handlowych. W Plymouth galeria handlowa jest po drugiej stronie ulicy, przy której jest mój Uniwersytet, i zaczyna ona (lub kończy – zależy z której strony się idzie) centrum miasta, wyznaczonego właśnie przez piesze ulice handlowe. W tym więc przypadku, stare i nowe sposoby handlowania się mieszają. W Katowicach, gdzie bywam również korzystam z „zabójcy centrum” jakim jest Silesia City Center – decyduje tu wygoda, w jednym miejscu można zrobić zakupy z różnych branż (co w moim przypadku, gdy jestem w Polsce zwykle tylko chwilkę ma znaczenie) oraz pójść do kina. Tym co mnie bardziej smuci, jest fakt, że przestrzeń miejska dziś jako taka podporządkowana jest przede wszystkim konsumpcji. No ale to jest problem przede wszystkim polityczny – przestrzeń jest tu ofiarą, nie sprawcą...

- Na czym polega Twoim zdaniem urok tych miejsc? Gdyby go nie było, ludzie zapewne nie spędzaliby w nich tyle czasu. Niedawno przeczytałem, że architekci uznają warszawskie Złote Tarasy za budowlanego potworka, a jednocześnie – gdy oglądam profile ludzi na Naszej Klasie – wiele osób z małych miasteczek jako zdjęcie główne wybiera sobie właśnie wnętrza tegoż centrum...

- Oczywiście. Pisałem kiedyś, że centra handlowe są czyste, ciepłe, mają darmowe ubikacje i miejsca by przewinąć niemowlę (proszę spróbować zrobić to w „publicznym” parku). Dają też poczucie pewnej elitarności (mimo tego, że jak pisałem, są bardzo egalitarne), pewnego luksusu. Odpowiadają więc na bardzo ważne ludzkie potrzeby.

- Co powiesz o „autentyczności” centrum handlowego i jego neutralności – czy stykając się z nim masz poczucie kontroli nad własnym zachowaniem konsumenckim, czy też bliżej Ci do poczucia, że rozbudzane są potrzeby konsumpcyjne, których wcale nie masz?

- O autentyczności nie ma oczywiście mowy – istotą Centrum Handlowego jest jego sztuczność! To właśnie tej sztuczności szukamy oglądając telenowele i przechadzając się po galeriach handlowych. Myślę, że zarówno ja jak i bardzo wielu klientów centrów handlowych, jesteśmy bardzo świadomi tego co galerie usiłują z nami zrobić i stawiamy silny opór. Nawet moja dziesięcioletnia córka robi zakupy bardzo rozsądnie, samoograniczając się do tego co jest jej rzeczywiście potrzebne (a jeszcze dwa lata temu rzeczywiście w galeriach handlowych dostawała swego rodzaju amoku). Myślę więc, że gra jest mniej więcej uczciwa – my wiemy co oni chcą z nami zrobić i czasami im na to pozwalamy. Jeśli sprawia nam to przyjemność. Bo to o przyjemność fantazjowania w galerii handlowej chodzi – o rozkosz wyobrażania sobie innego świata niż ten w którym przyszło nam żyć na co dzień.

- Jak powinna wyglądać demokratyczna kontrola nad przestrzenią miejską? Pytam w kontekście tego, że trudno nie załamać się, gdy z obskurnego dworca Warszawa Centralna wchodzi się do lśniących, Złotych Tarasów trudno jest potem bronić przestrzeni publicznej jako wartości samej w sobie...

Jeśli władze miasta wycofują się z zarządzania przestrzenią, a właściciele prywatni wręcz przeciwnie – to efekty są jakie są. Swoją drogą – przecież Dworzec nie jest publiczny! Jest własnością PKP. Obrona przestrzeni publicznej jest – w teorii – łatwa. Należy zmusić miasto, by robiło co do niego należy. Akcje które podejmują aktywiści miejscy na przykład w Łodzi czy Wrocławiu niosą taki właśnie przekaz – niech władze miejskie władają miastem, bo jeśli nie, to jaki inny jest sens ich istnienia? Co ciekawe, wydaje się, że wszędzie tam, gdzie dogmat neoliberalny jest przez władzę w taki czy inny sposób kwestionowany, tego typu działania mają szanse powodzenia.

- Badania brytyjskich miast i miasteczek wskazują, że pojawienie się centrum handlowego nawet na obrzeżach danej miejscowości prowadzi do zmian nawyków zakupowych i do zamykania małych, niezależnych sklepów w centrach miast. Czy dostrzegasz jeszcze inne przykłady wpływu rozwoju handlu wielkopowierzchniowego na miasto?

- Szczególnie gdy centrum handlowe pojawia się na obrzeżach, jego wpływ na miasto jest potężny. Jak mówiłem – galeria handlowa w centrum Plymouth w jakiś sposób współgra z małymi sklepami działającymi w centrum miasta, wielkie Silesia City Center w Katowicach praktycznie zabiło centrum miasta. Wielkie centra handlowe lokowane poza centrum mają też pewien wymiar dyskryminacyjny – egalitaryzm egalitaryzmem, ale barierą jest posiadanie samochodu. We wspomnianym już Plymouth oprócz galerii handlowej w centrum, są centra handlowe poza miastem – ponieważ nie mam samochodu, nigdy tam nie byłem. W Katowicach natomiast transport publiczny obsługuje Silesie co z jednej strony powoduje, że jest ona bardzo egalitarną przestrzenią, z drugiej sprawia, że jej siła oddziaływania na miasto jest potężna.

- Co powiedziałbyś o władzach miasta, które wolą oddawać przestrzeń dzielnicowych bazarów na budownictwo mieszkaniowe, a jednocześnie z otwartymi ramionami przyjmują każde kolejne wielkie centrum handlowe, sądząc, że w ten sposób zaspokajają potrzeby społeczności lokalnej? Tak moim zdaniem dzieje się w Warszawie...

Nie chce oceniać władz Warszawy, lecz w pewnym teoretycznym modelu, takie działanie jest głupotą. To o co walczę w moich publikacjach, to odbudowa podmiotowości miasta, odbudowanie jego siły w oparciu przede wszystkim o kapitał społeczny jego mieszkańców i użytkowników. Oczywistym jest, że działania które preferują kapitał „zewnętrzny” i „płynny”, kosztem bardziej stabilnego kapitału lokalnego, są – delikatnie mówiąc – mało rozsądne.

- I tak na koniec – kiedy słyszysz słowo „centrum handlowe”, myślisz...

- Oj, chyba skończyło mi się mleko...

9 września 2008

Miasto – wyzwanie i odpowiedzialność

Oto wywiad, który miał sie ukazać we wrześniowym numerze pisma "Zielono i w poprzek". Miał, ale pismo padło, chciałem zatem uratować od zapomnienia ciekawy materiał. Zachęcił mnie do tego mój interlokutor, któremu dziękuje za pomysł. Zapraszam do lektury.

Kwietniowy wieczór w środku tygodnia. W REDakcji Krytyki Politycznej tłumy. Szczerze powiedziawszy nie do końca spodziewałem się takiej frekwencji – a zostałem mile zaskoczony. Ludzie siedzieli zasłuchani w dyskusję autora nowej książki o mieście, przybyłego z Irlandii Krzysztofa Nawratka. Poszukiwania nowej wizji miejskiej okazało się nad wyraz rozpalającym wyobraźnię. Nudno być nie mogło. Prowadzący, Kuba Szreder dbał o to, by wycisnąć wszystko z gościa i towarzyszących mu panelistów. Wśród nich znalazł się profesor Bohdan Jałowiecki, Adam Ostolski z Zielonych 2004 i „Krytyki Politycznej”, oraz Michał Kozłowski – redaktor naczelny „Bez Dogmatu”. Nawratek, siedząc w purpurowej marynarce, odpowiadał na pytania i wątpliwości swej wizji, szczególnie te dotyczące jego wiary w ziarna rewolucji ukryte w kościele rzymskokatolickim. Po zakończeniu rozmowy trwały jeszcze dość długo, a sam autor zgodził się na wywiad dla „Zielono i w Poprzek”.

- Jak mieszka się w Dublinie?

Podejrzewam , że mało przyjemnie. Ja całe szczęście mieszkam w Maynooth, ktore jest sympatycznym uniwersyteckim miasteczkiem, a Dublina staram sie unikać jak tylko mogę.

- W Rydze, gdzie był Pan wcześniej, czuć klimat innego, wschodniego stylu i typu miasta?

Innego na pewno. Innego i od miast polskich i od sąsiedniego Wilna czy Tallina i oczywiście innego od Dublina. Ale czy to jest "wschodni" klimat? Raczej nie. Postsowieckie dziedzictwo jest oczywiscie widoczne, ale struktura Rygi przedwojennej (zdecydowanie zachodnioeuropejska) nieźle sobie radzi.

- Jak może funkcjonować w harmonijny sposób metropolia, z której wykluczone jest 30% mieszkanek i mieszkańców, głównie rosyjskojęzycznych?

Ba! W reżimie neoliberalnym, gdzie nie wazne sa prawa polityczne, lecz raczej ekonomiczne - może. Czy jest to harmonijne? Oczywiście nie. Wykluczenie ze wspólnoty politycznej miasta nie jest zreszta jedynym wykluczeniem jakie w Rydze widać - w centrum miasta nie widać zbyt wielu ludzi starszych, dojazd bowiem komunikacją publiczna nie jest najlatwiejszy...

- Zadaję to pytanie dlatego, że polskie miasta, choć wspominają swoją wielokulturową przeszłość, obecnie zazdrośnie strzegą swojej homogeniczności - o ile Wietnamczyk może sprzedawać na bazarze, o tyle już kandydować na jakikolwiek urząd niekoniecznie miałby wielkie szanse.

Wydaję mi się, ze słyszałem o Syryjczyku, ktory jest burmistrzem jakiegoś polskiego miasteczka... Może więc nie jest tak źle? Choć pewnie ma Pan rację, że w dużym mieście - na przykład w Warszawie - to by sie raczej nie zdarzyło. Jakoś nie wierzę, by imigrant(ka) z Wietnamu czy Syrii został (zostala) prezydentem Stolicy. Co jest zresztą ciekawe samo w sobie - czyzby małe miasteczka, wbrew pozorom i intuicjom - były bardziej otwarte na Innych niz wielkie miasta? Prawdopodobnie po prostu, w mniejszej wspólnocie łatwiej jest wyjść poza stereotypowe postrzeganie Obcego i wejść w relacje bardziej osobiste. Relacje JA - TY, o których, nawiązujac do Levinasa, piszę w mojej ksiazce.

Na pewno jednak, problem niemal zupelnego inorowania kulturowego potencjalu Wietnamczykow mieszkających w Polsce zastanawia i niepokoi. Taka postawa, to niebezpieczna glupota.

- Grodzimy się na potęgę - czy tak jak w Belfaście, w którym protestanci i katolicy chcą mieć ze sobą jak najmniej wspólnego?

Nie można tego porównywać... W Polsce niechęć dopiero sie rodzi i ma podłoże czysto klasowe. W Belfaście to jest (była? bywa?) nienawiść, jeszcze niedawno ci ludzie do siebie strzelali...

Ale oczywiście sama idea grodzenia opiera sie na dokladnie tej samej filozofii - zarówno w Warszawie, Belfaście czy Bagdadzie...

- Ile w postawach mieszkańców Belfastu realnego konfliktu, a ile rytuału? I jak wyjść z tego zaklętego kręgu i spróbować stworzyć prawdziwą, miejską wspólnotę?

Nie wiem. Podejrzewam, że więcej tu rytuału, bo podłoże konfliktu - również przede wszystkim ekonomiczne - powoli zanika. Szczeliny są zasypywane pieniędzmi, a mury rozpuszczane wzrostem gospodarczym. Mimo tego jednak, że ludzie przestali do siebie strzelac, nadal postępuje proces segregacji... Jak widać gospodarka nie wystarcza by rozwiązać wszystkie problemy...

A jak stworzyć miejską wspolnotę? To pytanie na (co najmniej jedną) książkę...

- Czy obecne, wielkie miasta mogą nadal rozwijać się wokół jednego jądra kondensacji? W Pańskiej książce, "Miasto jako idea polityczna", jest Pan dość sceptyczny co do dzielnic miejskich...

Jestem agresywnie niechętny wobec ignorowania faktu, ze dzielnica jest częścią większej całości. Nie znaczy to jednak w żadnym razie, bym był sceptyczny wobec dzielnicy jako takiej. Wręcz przeciwnie - dzielnica, czy szerzej spoleczność lokalna ma swoje znaczenie. To ważne, by na swojej ulicy, na podwórku, w obrębie kwartału ludzie czuli sie "u siebie". Nigdy jednak nie mozna tracić z oczu, że dzielnica to tylko część, a nie całość. Coraz bardziej zresztą liczy sie nie tylko miejsce gdzie śpimy, lecz miejsce gdzie pracujemy, gdzie nasze dzieci chodzą do szkoły, gdzie spędzamy wolny czas. To już nie jest taki podział na dzielnice jak kiedys, dziś ta struktura użytkowania miasta jest znacznie bardziej skomplikowana - i na to zwracam uwagę.

Co do "jądra kondensacji" (ja bym raczej takiego sformułowania nie użył, ale rozumiem, co chciał Pan powiedziec), to ważna jest idea która odpowiada za identyfikację mieszkanców z miastem i ważna jest swiadomość, ze nie ma w mieście miejsc, gdzie nie wolno mi pójść - bo spotkam sie z agresją, niechecią etc.

- Czy dzielnice są naprawdę czymś złym? W końcu dajmy na to Mokotów jest większy niż sam Rzeszów, zatem i on potrzebuje przestrzeń spotkania swoich mieszkanek i mieszkańców ze sobą, ale też i ich z miastem.

Oczywiście dzielnice nie są niczym złym, wręcz przeciwnie, ignorowanie dzielnicy, ignorowanie fragmentu jest groźne.

Ale - powtórzę - równie groźne, a może nawet - jak pokazują przykłady miast amerykańskich - bardziej niebezpieczne, jest zapominanie że fragment jest tylko częścią czegoś większego (boję sie powiedzieć "częścią całości", bo nie do końca wiadomo co to jest całość).

Ponowoczesne "dopieszczanie" marginalnych dyskursów jest w porządku, do momentu gdy wciąż chcemy by one wchodziły ze sobą w relacje. Gdy ignorujemy kontekst, gdy rezygnujemy z prób budowania wspólnoty miejskiej, a nie tylko lokalnej (dzielnicowej), zmierzamy prosto ku katastrofie.

- Opresja i przymus są słowami, które nie kojarzą się ludziom pozytywnie, tymczasem w Pańskiej książce pojawiają się dość często...

Ha! Słów "opresja" i "przemoc" użyłem z pełną premedytacją. Zapewne wygodniej byłoby użyć bardziej neutralnego słowa "regulacja", ale to byłaby ucieczka od problemu. Bo przemoc jest immanentną cechą miasta. Miasto zmusza nas do takich a nie innych zachowań, relacji, ogranicza naszą wolność. Użycie tych - mocnych, przyznaje - słów, ma na celu wyrwanie się z ckliwego dyskursu miasta jako potencjalnej idylli, stanięcie twarzą w twarz z mechanizmami funkcjonowania miasta.

Jesli uświadomimy sobie, ze opresja jest jedną z cech konstutuujacych miasto, przestaniemy - mam nadzieję - próbować przed nią uciekać, a spróbujemy zastanowić się jakiego rodzaju jest (ma być) ta opresja, jakim celom i komu służy.

- Tak więc chcemy wskrzesić miasto - zatem wokół czego, skoro niemal ogłasza Pan przestrzeń publiczną nieistotną i umarłą?

Z moim atakiem na obrońców przestrzeni publicznej jest podobny problem jak z ową "opresja". Nie chodzi o to, ze przestrzeń publiczna jest nieistotna, problem w tym, by sięgnąć do samych fundamentów i zadać pytania czym jest, czym mialo by być miasto i po co w nim owa przestrzeń publiczna.

Mi nie wystarcza przestrzeń publiczna w postaci placu na którym spotkamy linoskoczka czy ulicznego grajka, interesuje mnie przestrzeń rzeczywistego spotkania, wzajemnej relacji miedzy mieszkańcami. Wszystkimi mieszkańcami. Skupiając się czesto na komercjalizacji przestrzeni publicznej, na regulacjach i inwigilacji, zapominamy o fizycznych barierach dostępności, zapominamy również o całych grupach społecznych ktore same się z tej przestrzeni wyłączają.

A wokół czego możemy próbować budować miasto? Wokół wciąż negocjowanego sposobu wspólnego życia.

- Czy projekt demokratyzacyjny miasta odnosi sukces w takich postaciach, jak coraz bardziej rozpowszechniające się budżety partycypacyjne kolejnych miejscowości, w których to ludzie decydują o wydatkach władz publicznych, czy też chodzi tu o co innego?

Budżet partycypacyjny jest niezwykle ciekawą ideą, ale to jest tylko środek do celu. Partycypacja publiczna również to krok w dobrym kierunku. Problem w tym jednakże, że te narzędzia, bez "opresji" która zmusza do ich używania, szybko się nudzą. Ludzie uciekają w prywatność, a mobilizują się we wspólnotę tylko gdy cos im zagraza. Wyłamanie się z tego schematu jest niezbędne dla rzeczywistej demokratyzacji miasta.

- Czy miejskość naprawdę stanowi alternatywę dla uniwersalności rynku i partykularności wspólnot pierwotnych, czy też przed nami jeszcze wiele pracy?W końcu trzeba znaleźć spoiwo łączące ludzi niekiedy diametralnie się od siebie różniących...

Miasto jest konkretne. Istnieje tu i teraz. Można go dotknąć, poczuć, posmakować. To powoduje, że miasto jest oczywistym wyzwaniem i prowokacja dla idei globalnego rynku.

Oczywiście, że jesteśmy - wciąż - na początku drogi. Jednak w tym, że ludzie się roznią nie widzę problemu, lecz wręcz przeciwnie - to jest wspaniałe i to daje nam siłę! To właśnie różnice i to, że nie jesteśmy idealni, sprawia, ze potrzebujemy się nawzajem.

- Kiedy jeździł Pan po tournee promocyjne po Polsce, jakie miasta Pan zobaczył?

Jeżdząc ze spotkania na spotkanie, nie byłem w stanie zobaczyć żadnego miasta. Raczej migały mi tylko obrazy fragmentów miast i krajobrazów...

- Czy naprawdę procesy urbanizacyjne w naszym kraju przebiegają aż tak źle, jak to malują? Może zna Pan jakieś pozytywne przykłady tego, w jaki sposób stworzono lepsze miasto - lub chociażby jego fragment?

Polska ma ciekawą, zbalansowaną strukturę przestrzenną w skali kraju, ma wiele dobrych miast. Sama struktura przestrzenna tych miast jest wciąż w wielkich fragmentach zdrowa. Moze to zresztą jest istota problemu - nie widzimy tych zagrozeń, ktore czają się tuż za rogiem.

Katastrofy w polskich miastach jeszcze nie ma.

Ona dopiero nadejdzie.

Nie śledzę sytuacji w Polsce jednak zbyt dokładnie - nie wiem, jakie miasta zaslugują by dawać je za przykład dla innych.

Jest wiele drobnych projektów, niektóre podnoszą jakość życia w mieście, inne go obniżają. Trzeba być tylko świadomym, ze proces "ulepszania" miasta nie ma końca, bo miasto "idealne" nie istnieje. Istnieje jedynie samo-zarządzająca sobą wspólnota, zmieniająca sie tak by osiągąć swoje własne cele, albo zbiór jednostek, które wzrastają we wzajemnej wrogości i obcości.

- Na zakończenie krótko - czy da się w jednym, prostym zdaniu określić to, czym miasto jest i czym być powinno?

Nie da się.

I to właśnie czyni miasto tak fascynującym tworem.

Krzysztof Nawratek – ur. 1970 w Gliwicach, architekt-urbanista, doktor nauk technicznych. Jego publikacje prasowe pojawiały się w „Gazecie Wyborczej”, „Krytyce Politycznej”, „Obywatelu”, ale także w prasie łotewskiej. Podczas swojego pobytu w Rydze opracował alternatywny plan zagospodarowania przestrzennego tego miasta. Aktualnie pracuje na uniwersytecie w Maynooth. Autor książki „Ideologie w przestrzeni. Próby demistyfikacji”. Jego najnowszym dziełem jest opublikowany w krakowskim wydawnictwie ha!art. „Miasto jako idea polityczna”, wydanej w serii „Linia Radykalna”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...