Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewa Charkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewa Charkiewicz. Pokaż wszystkie posty

9 września 2012

Czego boi się władza?

W Warszawie trwa dyskusja o klubokawiarniach, miejscach kulturotwórczych, ciszy nocnej i koncesjach na alkohol. Ale czy miastu rzeczywiście chodzi o koncesje? Z tego punktu widzenia Ratuszowi kluby nie przeszkadzają, a wręcz przeciwnie, przynoszą dochody. Myślę, że na te decyzje trzeba spojrzeć w kontekście wcześniejszej zmiany ustawy o zgromadzeniach, kolejnych akcji przeciwko skłotom, przyznaniu broni palnej dla straży miejskiej, Euro 2012 jako poligonu integracji różnych praktyk nadzoru i współpracy służb, wzrostu wydatków na policję w kolejnych budżetach, brutalnych pobić przez policję osób protestujących przeciw eksmisjom itd. itp. Zamykanie relatywnie niedrogich lokali i alternatywnych ośrodków kultury to kolejny wątek scenariusza władzy, która zabezpiecza się przed politycznym ryzykiem, jakie niosą protesty społeczne.

„Panująca władza” doskonale sobie zdaje sprawę, że: (1) trwa pogłębiający się kryzys gospodarczy, (2) wśród największych przegranych transformacji jest obecne młode pokolenie (prekariat, bez szans na mieszkania, awans społeczny itp.). Jak pokazują wyniki ostatniego spisu powszechnego i wcześniejsze badania cytowane w rządowym raporcie Młodzi 2011, tylko 32% ludzi w wieku 25–35 lat ma jakąkolwiek pracę lub są samozatrudnieni. 42% osób poniżej 30 roku życia żyje poniżej granicy ubóstwa. Wśród tych, którzy pracują, tylko 25% kobiet i 28% mężczyzn do 30 roku życia zarabia więcej niż 2 tys. zł brutto. 54,6% kobiet i 38% mężczyzn do 30 lat ma wyższe wykształcenie. Badania Think Tanku Feministycznego pokazują, że młodzi po studiach pracują w call centers na słuchawkach albo przy taśmach, na tymczasowych umowach.

Wykształceni, żyjący w ubóstwie, bez szans na przyszłość, a jednocześnie z aspiracjami – z perspektywy klasy zarządzającej to jest niebezpieczne. Są oczywiście neoliberalne oferty na zagospodarowanie tych energii: lewica à la Palikot, granty na kreatywne miasto, na aktywizację, na gender mainstreaming i antydyskryminację, czy na projekty usługowe – ale to też się kurczy.

Ci, którzy patrzą z perspektywy zabezpieczenia się przed ryzykiem protestów społecznych, mają do wyboru takie właśnie strategie: wzrost represji i kanalizację energii politycznych tak, żeby utrzymać spektakl demokracji. Ludzie muszą się gdzieś spotykać, nawiązywać relacje, tworzyć razem wspólny sens/wiedzę krytyczną. Likwidacja miejsc, gdzie młodzi ludzie się spotykają (brutalna likwidacja nowego skłotu w Poznaniu czy nękanie hipsterskich miejsc w Warszawie), uniemożliwia budowanie ruchów społecznych. I o to właśnie chodzi...

Ewa Charkiewicz

11 sierpnia 2012

Potrzeba całej wioski, aby wychować dziecko

prof. Nilüfer Çağatay
Co by się stało, gdyby człowieka i jego (lub jej) potrzeby umieścić w centrum – a nie na marginesie – teorii ekonomicznej? Jedną z prób takiego poszerzenia myślenia o tym, czym jest gospodarka, stanowi ekonomia feministyczna. Na początku sierpnia w Zielonym Centrum Marszałkowska 1 gościliśmy jedną z najwybitniejszych przedstawicielek tego nurtu, prof. Nilüfer Çağatay z Uniwersytetu Utah w Salt Lake City. Prof. Çağatay wygłosiła wykład „Motherhood is global”, poprzedzony pokazem filmu „Strajk matek” (SzumTV / Think Tank Feministyczny).

Ekonomia i macierzyństwo

Prof. Çağatay odniosła się w wykładzie do paradoksalnego zjawiska. Wszystkie znane kultury wysoko wartościują macierzyństwo, ale jeśli przyjrzymy się temu, jak matki są w tych kulturach rzeczywiście traktowane, okazuje się, że ich praca jest ujmowana jako bezwartościowa w sensie ekonomicznym. Dominująca ideologia opiera się więc na fundamentalnej hipokryzji. Mimo że cała gospodarka zależy od pracy osób zajmujących się opieką, czyli matek i ojców, a także od matki Ziemi, uwzględnianie tego faktu w analizie ekonomicznej i polityce gospodarczej jest rzadkością. Ekonomia feministyczna stara się temu zaradzić, stawiając człowieka i jego potrzeby w centrum analizy.

Odnosząc się do filmu „Strajk matek”, który dokumentuje protest wałbrzyskich kobiet przeciw antyspołecznej polityce mieszkaniowej władz miasta, prof. Çağatay wskazała na globalny kontekst pokazanych na filmie problemów. W wyniku dezindustrializacji miasta przemysłowe na całym świecie zamieniają się w nienadające się do życia „miasta duchów”. Zamykanie kopalń uzasadnia się zwykle nierentownością lub względami ekologicznymi, ale brak troski o społeczne skutki takich decyzji wskazuje na leżącą u podstaw obecnego systemu bezwzględność. Na filmie widać ją w nieludzkim traktowaniu ubogich kobiet i skazywaniu ich na wyłącznie niestabilne, niegwarantujące środków do życia zatrudnienie. Prof. Çağatay podkreślała, że „fundamentalna bezwzględność” systemu dotyka zarówno kobiet, jak i mężczyzn, jednak w przypadku kobiet jest bardziej widoczna. Nawet kobiety żyjące w pozornym bezpieczeństwie mogą z dnia na dzień popaść w ubóstwo wskutek rozwodu lub śmierci partnera, ponieważ w większości krajów na świecie gospodarstwa domowe, których głową jest kobieta są wyraźnie uboższe od tych, których głową jest mężczyzna.

Co w praktyce oznacza wprowadzenie macierzyństwa w centrum analizy ekonomicznej? Prof. Çağatay przywołała afrykańskie przysłowie: „Potrzeba całej wioski, aby wychować dziecko”. W sensie ekonomicznym „matkami” są wszyscy ci, którzy troszczą się o własne bądź cudze dzieci, kobiety i mężczyźni. Umieszczenie pracy opiekuńczej w centrum analizy ekonomicznej to pierwszy krok, oznaczający, że wartość tej pracy została w końcu rozpoznana. Drugim krokiem powinna być sprawiedliwsza dystrybucja ciężaru opieki między kobiety i mężczyzn.

Czy odzyskiwać państwo?

Dyskusję po wykładzie rozpoczęła Ewa Charkiewicz. Przede wszystkim przypomniała, że wałbrzyskie kopalnie nie zostały zamknięte ani z powodów ekologicznych ani z powodu braku zapotrzebowania na węgiel (gdyż Polska importuje węgiel). Zamknięto je z powodów czysto ideologicznych, ale także dlatego, że zbiedniała ludność jest ekonomicznie pożyteczna jako rezerwowa armia taniej siły roboczej dla przemysłu nastawionego na eksport. Nieludzkie traktowanie wałbrzyskich matek jest następstwem neoliberalnej transformacji gospodarki, dlatego w analizie ich sytuacji potrzebne jest krytyczne pojęcie „neoliberalizmu”. Ewa Charkiewicz podniosła również kwestię stosunku do państwa. „Odzyskiwanie państwa” jest dziś hasłem przewodnim wielu zaangażowanych ekonomistek i aktywistów. Ale czy ten postulat ma sens w sytuacji, gdy nie mamy już do czynienia z opiekuńczym państwem społecznie zakorzenionego liberalizmu, lecz z państwem neoliberalnym, które funkcjonuje jak firma?

Odpowiadając na te pytania, prof. Çağatay wskazała, że neoliberalizm jest tylko pewną formą ideologii kapitalizmu i że istnieją zarówno mniej, jak i bardziej brutalne jego formy. Ale w każdej swej formie, czy to mniej, czy bardziej humanitarnej, kapitalizm zawsze stawia zysk ponad dobrem ludzi i przyrody. W tym kontekście bardzo cenne jest wskazanie na ekonomiczną funkcję zubożałej ludności. Według prof. Çağatay potwierdza to, że pojęcie „wykluczenia społecznego” nie ma krytycznej wartości. Ludzie uznawani za „wykluczonych” tak naprawdę są zawsze zintegrowani z systemem, tyle że są włączeni na nieludzkich warunkach, często na warunkach superwyzysku. Ekonomistka powtórzyła, że odzyskiwanie państwa jest ważnym postulatem, ponieważ państwo nie jest po prostu zbiorem instytucji, lecz przede wszystkim obszarem walk społecznych. Dlatego powinniśmy domagać się od państwa np. uspołeczniania (a nie prywatyzowania) pracy opiekuńczej.

Kto i komu zapłaci za pracę w domu

Ten ostatni wątek podchwyciła inna uczestniczka spotkania, Nicole, pytając prof. Çağatay o jej opinię na temat postulatu pensji dla gospodyń domowych. Prof. Çağatay zdystansowała się wobec tego pomysłu. Z feministycznego punktu widzenia należałoby mówić nie o pensjach dla gospodyń domowych (bo to utrwala konserwatywny podział ról), lecz o opłacaniu pracy domowej bez względu na to, czy wykonują ją kobiety czy mężczyźni. Ale nawet w takiej wersji oznaczałoby to utowarowienie kolejnego obszaru życia. Lepiej żądać od państwa, by tworzyło dla kobiet miejsca pracy, niż płacić im za zostawanie w domu. Wymagałoby to także innej organizacji miejsca pracy, aby umożliwić kobietom i mężczyznom godzenie pracy najemnej i opiekuńczej.

Roberto Cobas Avivar polemizował z prof. Çağatay, odwołując się do języka praw. Opieka oznacza reprodukowanie przyszłej siły roboczej, z której będą korzystać kapitaliści. Przyczynia się do tworzenia wartości, dlatego mamy prawo żądać za nią wynagrodzenia od państwa, podobnie jak za wszystkie inne rodzaje pracy.

Macierzyństwo i kapitalizm

Warto jednak zapytać, czy faktycznie opieka nad dziećmi wyczerpuje się w pojęciu „reprodukcji siły roboczej dla kapitalistów”. I czy uznajemy to, że ci, którzy dziś są dziećmi, jutro będą pracować dla kapitalistów, za fakt bezdyskusyjny i nieuchronny. W kontekście dyskusji o odzyskiwaniu państwa warto zauważyć, że nie tylko struktury władzy podtrzymują obecny system – podtrzymujemy go także my sami i same naszym codziennym życiem, o ile wpisuje się ono w oczekiwany wzorzec kierującej się własnym interesem jednostki. Homo oeconomicus to nie jest ani neutralne odbicie rzeczywistości, ani czysto teoretyczny model – to także pedagogiczny projekt kształtowania ludzi i ich motywacji. Aby system kapitalistyczny mógł funkcjonować, ludzie muszą nauczyć się nie dostrzegać swojej współzależności i odsuwać na dalszy plan motywacje związane z bezinteresownym dzieleniem i opieką nad innymi. Dlatego zmiana społeczna wymaga czegoś więcej niż odzyskania państwa – wymaga kultywowania i upowszechniania sposobów życia związanych z rozpoznaniem fundamentalnej współzależności ludzi oraz ludzi i przyrody. Ruchy pirackie, wykorzystujące internet do odbudowy kultury dzielenia się, oraz ruchy feministyczne podkreślające znaczenie opieki w relacjach międzyludzkich dają realną nadzieję, że możliwe jest coś więcej niż zmuszenie kapitalizmu, by raz jeszcze stał się „trochę bardziej ludzki”.

Adam Ostolski


10 maja 2011

PO Arłukowiczu

Właśnie przeczytałam informację o tym, że polityk klubu poselskiego SLD, Bartosz Arłukowicz przyjął stanowisko w gabinecie Tuska. Przypuszczam, iż jest to wynikiem dyskusji w ramach SLD, oraz nie dziwię się tej decyzji i nie jest to szokujące, ale wprost przeciwnie - jest to moment, który moim zdaniem lepiej pozwala zobaczyć, że SLD nigdy nie było lewicowe, miało zresztą ku temu niewiele intelektualnych zasobów i politycznych warunków możliwości. Ta sytuacja redukuje SLD do roli politycznej przystawki do partii neoliberalnych, bo sojusz z narodowo-katolickimi ugrupowaniami jest dla nich jeszcze bardziej niestrawny.

Granica prawica/lewica zawsze była umowna i płynna, jednak dzisiaj, w czasach spektaklu czy neoliberalno-konserwatywnej hegemonii mamy do czynienia z przesunięciem granicy lewica/prawica poza obręb dyskursu publicznego i parlamentarnej demokracji. Socjaldemokracja przeszła do historii, a partie, które zajmowały tę pozycję albo zostały zmarginalizowane, albo przeobraziły się w neoliberalną lewicę, która etykietuje się jako tak zwana trzecia droga, odwołuje się do nowej (neo)modernizacji, o której nota bene u nas ciągle opowiada tak Sławomir Sierakowski i środowisko Krytyki Politycznej, jak i Michał Boni). W kraju takim jak Polska, lewica straciła język, a więc zdolność kumunikacji i krytyki, nie stworzyła siatki pojęciowej do krytyki transformacji, co się dopiero teraz i grubo za późno powoli zmienia. Politykom z SLD nie przechodzą do głowy i przez usta takie zakazane przez salon pojęcia jak neoliberalizm czy nowy konserwatyzm i ich nierozerwalne związki, które pozwalają zobaczyć nową rzeczywistość społeczną niczym króla bez ubrania. Podobnie jak inne partie, SLD skupiło się na taktyce, na polityce medialnej reprezentacji, nie mając strategii, a co ważniejsze - SLD nie wykształcił swojego języka do zaistnienia w polityce inaczej niż w neoliberalnych ramach.

Ma to liczne i różne przyczyny. MFW i Bank Światowy efektywnie popierali partie postkomunistyczne, gdyż uważali, że włączenie tych partii do rządzenia i polityki parlamentarnej ułatwi deregulację i prywatyzację. Zarządzenie politycznym ryzykiem przemawiało za tym, aby nie zostawiać ich na zewnątrz, gdzie mogliby ogniskować opór wobec neoliberalnej transformacji. Domowa patologizacja "postkomuny" wytwarzała zapotrzebowanie na autoprezentacje siebie jak dobrych chłopców, którzy chcą rynku, demokracji, nie lubią kościoła, wspominają o biednych, popierają gejów, formalną równość i parytety... słowem - chcą udowodnić, iż są nowocześni. Co istotne, były i są pewne ciągłości między państwowym socjalizmem a neoliberalizmem. Główne zajęcie rządów i administracji od Gomułki po Tuska to rządzenie ekonomiczne, skupione na wzroście gospodarczym i wzmacnianiu potencjału gospodarczego kraju, Robią to inaczej, w różnych kontekstach, inaczej odnosili się do podziału wyników wzrostu gospodarczego, ale cele podporządkowania 'społeczeństwa' wzrostowi gospodarczemu i jego miary (PKB) są identyczne. Między innymi dlatego tak łatwo było intelektualnym elitom wychowanym w czasach PRL przejść od socjalizmu do neoliberalizmu.
Taktyczne wstawienie Arłukowicza na stanowisko "reprezentanta" wykluczonych jest momentem, który pozwala zobaczyć politykę jako spektakl (idea Guy Deborda) i zawłaszczenie języka, które ukrywa faktyczne relacje władzy, płci i kapitału. Jeśli reprezentacja "wykluczonych" jest dopuszczalna, to tylko przez mianowanie, a więc zawieszenie demokracji i tym samym fikcję reprezentacji. Ponadto, sama kategoria wykluczonych służy tylko do legitymizacji normy (bogactwa), od której 80-90% tak zwanego społeczeństwa jest wykluczone, jednocześnie będąc wprzęgniętym do wytwarzania zysków i służąc jako zasób fiskalny, z którego dochody mikroklasa zarządzająca państwem przekierowuje na konta członków i członkiń tej klasy, dla wielkiego biznesu i sektora finansów. Jak uważa Agamben, jesteśmy (na różne sposoby) włączani przez wykluczenie, które jest powszechnym stanem normalnym. Paradoksalnie więc Arłukowicz mianowany jest jako przedstawiciel wykluczonych, a więc (prawie) wszystkich po to, żeby 'wszyscy" nie mieli swojego przedstawiciela.

Kategoria ‘wykluczeni’ powszechnie kojarzy się z polityką społeczną panstwa. Wprowadzana inkrementalnymi krokami neoliberalna rewolucja zachowała pewne atrapy pojęciowe (w tym polityki społecznej), ale de facto dla neoliberałów polityka społeczna to polityka gospodarcza. Neoliberalizm zakłada, iż wzrost gospodarczy skapuje do dołu, wszyscy z niego korzystają, problem ubóstwa jest rozwiązany, a jeśli jeszcze zostają jacyś ubodzy, to na własne życzenie, w każdym razie są to dewianci, czy dewiantki (patrz wypowiedzi Balcerowicza na temat ubóstwa czy też opinie internautów po strajku matek z Wałbrzycha, gdzie wzywano do sterylizacji i uwięzienia niezamożnych, a więc wyrodnych matek, czyli pasożytów). W tym kontekście, w swoim rezydualnym stadium atrapy, polityka społeczna jako praktyka dąży do zmniejszenia ubóstwa tak wizualnie jak i materialnie. Mówi się o enklawach biedy, polskich fawelach i tak dalej.

Dyskurs ten robi z ubóstwa marginalny wyjątek. Ubóstwo jest uniewidaczniane statystycznie, przez zaniżone progi dochodowe, które oddziela bogatych od ubogich, lub gdy na przykład Instytut Pracy i Polityki Społecznej zmienia metody kalkulacji minimum egzystencji, tak jak stało się to w 2005 roku, co statystycznie zmniejszyło liczebność grupy konstruowanej jako ubodzy. Materialnie problem ubóstwa jest likwidowany przez brak płatnej pracy, likwidację praw socjalnych, redukcje nakładów finansowych na zabezpieczenia społeczne (opieka/reprodukcja społeczna), niskie zasiłki i represje ludzie doprowadzani są do śmierci (warto spojrzeć na 16 lat krótszą średnią długość życia kobiet na Pradze w porównaniu z kobietami z Wilanowa, najbiedniejszej i najbogatszej dzielnicy Warszawy). De facto więc Arłukowicz jest specjalnym pełnomocnikiem od wojny z biednymi. Nie jest możliwa likwidacja ubóstwa bez podważenia neoliberalnej ramy rządzenia. Widzialna ręka neoliberalnego państwa (w tym także, kiedy u jego steru stało SLD) produkuje ubóstwo. Ponieważ Arłukowicz wstępuje do neoliberalnego rządu jako 'lewicowy' reprezentant wykluczonych, pozwala to tę wojnę zamazać. Dla SLD z kolei zajęcie przyczółka w rządzie PO oznacza przekroczenie bariery odrębnej politycznej tożsamości i konfuzję w tym jak SLD reprezentuje siebie. Budując figurę PO jako partii pro-społecznej, SLD rozdziera związki z własnym elektoratem.

23 marca 2011

Co z naszymi emeryturami?

Poniższa notka jest podsumowaniem wypowiedzi gościń i gości, zaproszonych przez zieloną grupę roboczą ds. polityki społecznej i usług publicznych do dyskusji na temat przyszłości i alternatyw wobec aktualnego systemu emerytalnego.

***

Prof. Leokadia Oręziak, Szkoła Główna Handlowa: Moje główne hasło jest proste - zlikwidować OFE! Ich utworzenie uważam za zupełnie bezsensowne. Nie było bowiem i dalej nie ma pieniędzy na ich finansowanie. Cieszę się, że rząd robi teraz chociaż tyle, co robi, ale widać, że nawet tak umiarkowana reforma napotyka na niesamowity opór. Istnieje spore ryzyko, że pisana w pośpiechu ustawa może zawierać jakieś błędy, mogące spowodować zakwestionowanie ustawy przez Trybunał Konstytucyjny. Większość ludzi obserwujących tę debatę nie wie, o co chodzi, co umożliwia utrzymywanie tego nieracjonalnego rozwiązania, jakim są OFE - duża w tym rola mediów, bezmyślnie zapraszających głównie zwolenników podtrzymania status quo. Młodzi ludzie otrzymując taki przekaz sądzą, że rząd "kradnie im pieniądze". Tymczasem w OFE nie ma żadnych realnych pieniędzy. Są tam tylko zobowiązania państwa z tytułu obligacji oraz inne intrumenty finansowe, silnie narażone na ryzyko.

To przerażające, że w tak krótkim czasie z powodu OFE można zadłużyć kraj i nie ponieść z tego tytułu konsekwencji - co więcej, duża część osób za tę reformę odpowiedzialna dalej wpływa na kształt systemu. Gdy Bułgaria myślała o wycofaniu się z podobnego do naszego systemu, ostro sprzeciwił się Międzynarodowy Fundusz Walutowy. By ratować finanse publiczne Bułgaria musiała wprowadzić bolesne cięcia budżetowe. Eksponowany przez obrońców OFE argument, że istnienie tych funduszy wspiera polski rynek finansowy, oznacza w praktyce zadłużanie całego kraju, by OFE mogły inwestować w akcje. W ten sposób OFE przyczyniają się do tworzenia bańki spekulacyjnej na giełdzie. Rozwiązanie problemu OFE w Polsce powinno iść w kierunku rozwiąznaia zastosowanego na Węgrzech. Przyjeto tam, że kto pozostaje w systemie prywatnym traci prawo do państwowej emerytury. Jeśli ktoś chce powiązać swą emeryturę z rynkiem finansowym, to, powinien mieć pełną świadomość zagrożeń z tym związanych. Uważam, że przymusowe wcielenie ludzi do drugiego filaru, jest niezgodne z polską konstytucją.

Efektywności OFE nie da się zreformować w jakikolwiek systemowy sposób. OFE są niereformowalne. Wszelkie wymuszanie na nich większej efektywności będzie tylko oznaczało podejmowanie znacznie większego ryzyka przez Powszechne Towarzystwa Emerytalne. W krótkim okresie mogą one tym sposobem zwiększyć rentowność inwestowania środków znajdujących się w OFE. Tych rezultatów nie da się jednak utrzymać na trwałe, przez dziesięciolecia oszczędzania na emeryturę. Efekty działania PTE są więc odwracalne. Nieodwracalne natomiast są opłaty od składek i opłaty za zarządzanie, pobrane sobie przez PTE. Te ostatnie opłaty, pobierane przez kilkadziesiąt lat od raz wpłaconej kwoty, mogą drastycznie zredukować świadczenie należne przyszłemu emerytowi.Taki skutek będą też mieć przyszłe kryzysy finansowe oraz możliwe złe zarządzanie środkami OFE przez PTE, a także bankructwa tych instytucji, które też mogą się zdarzyć. Jedyny bezpieczny system emerytalny - to system repartycyjny. Pracujące pokolenie finansuje emerytury obecnym eme rytom. Trzeba więc tworzyć warunki, by w przyszłości był wysoki wzrost gospodarczy i dobra sytuacja demograficzna kraju. Marnotrawienie pieniędzy w OFE temu nie służy.

Dr hab. Jerzy Żyżyński, Uniwersytet Warszawski: W aktualnym modelu systemu emerytalnego nie ma żadnych realnych pieniędzy - są one lokowane w aktywach, zależnych od nastrojów giełdowych. Powierzanie emerytur tego typu fluktuacjom nawet w długim okresie czasu jest niesprawiedliwe - wystarczy rok czasu różnicy w przechodzeniu na emerytury z wahnięciem na rynku, by wskaźniki wypłacanych emerytur były drastycznie różne. Wolność wyboru, jak proponuje się względem wyboru między ZUS a OFE, wymaga symetrii informacji, inaczej staje się fikcją. Jeśli system emerytalny miałby mieć komponent kapitałowy, powinno istnieć zobowiązanie inwestowania przez funduszy w realną gospodarkę.

Najlogiczniejszym systemem powinien być ten, w którym zawierana jest umowa społeczna między rządem a obywatelkami i obywatelami na temat wysokości przyszłych świadczeń - taką rolę spełnia system repartycyjny. Każda umowa, niezależnie od formy, powinna być obciążona składką, co pozwoliłoby na obniżenie jej wysokości, składki zaś powinny być odprowadzane na indywidualne konto w ZUS, by osoba je wpłacająca mogła obserwować, jak wiele pieniędzy jej się odkłada. Innym pomysłem byłoby wprowadzenie kolejnej, wysokiej stawki PIT na najbogatszych.

Wiek emerytalny można wydłużać, gdy bezrobocie wynosi nie 13, a 3% - priorytetem musi być tworzenie miejsc pracy, jego wydłużanie może mieć sens wtedy, gdy znajdujemy się w sytuacji pełnego zatrudnienia. W systemie kapitałowym aktualne różnice w wieku przechodzenia na emeryturę istotnie stawiają kobiety na gorszej pozycji. Na niedawnej konferencji Jerzy Osiatyński zdradził, że w momencie przeprowadzania reformy uznano, że na 70-procentową stopę zastąpienia (stosunek między ostatnią płacą a wysokością emerytury) państwa nie stać, więc zostawi się to w rękach rynku. Okazuje się tymczasem, że w aktualnym systemie stopę zastąpienia szacuje się nawet na 25-30%!

Andrzej Strębski, Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych: Powszechne Towarzystwa Emerytalne mają w aktualnym systemie gwarancje zysku, co sprawia, że nie mają żadnych bodźców do pomnażania pieniędzy emerytek i emerytów. Większość PTE ma zagranicznych właścicieli, co oznacza (wraz z lokowaniem pieniędzy w spółki giełdowe należące do podmiotów zewnętrznych) wypływanie pieniędzy poza Polskę. Co się stało, że rząd w końcu zainteresował się taką sytuacją? Koszty tego systemu i obcięcie źródeł dochodu do budżetu - chociażby zmiany w poziomie stawek podatku dochodowego. Dziś około 1,5% podatników, rozliczających się w górnej, 32-procentowej stawce, generuje 25% dochodów budżetowych z PIT-u, przy poprzednich stawkach (19, 30 i 40%) wskaźniki te były jeszcze większe - pieniędzy tych pozbyto się lekką ręką, i to w sytuacji olbrzymiego poziomu rozwarstwienia społecznego.

Myślenie o systemie emerytalnym musi wpisywać się w całość polityki społecznej - od opieki nad ciążą, poprzez wychowanie dzieci, rynku pracy, aż po zasiłek pogrzebowy, który nota bene aktualny rząd obciął. Skoro głównym argumentem na rzecz wprowadzenia OFE były kwestie demograficzne, to czemu nie wprowadza się kompleksowej polityki rodzinnej? Tego typu przewartościowanie mogłoby doprowadzić do tego, że zamiast w wirtualne papiery inwestowano by w realne potrzeby społeczne. W aktualnym systemie nie ma żadnych wymogów dotyczących stażu pracy. Państwo gwarantuje nam minimalną emeryturę ze swej strony tylko wtedy, gdy kobieta ma za sobą 20-letni, a mężczyzna - 25-letni staż pracy, i gdy zebrane składki w sumie owej emerytury minimalnej nie gwarantują. Bardzo możliwe, że wielu młodych ludzi dziś wchodzących na rynek pracy, ze względu na jego rozregulowanie w formie umów krótkoterminowych, mogą mieć spore problemy z wyrobieniem tego typu stażów.

Jeśli OFE miałoby zostać, to wynagrodzenie osób zarządzających powinno być uzależnione od wyników finansowych, a ludzie mogliby - niczym w bankach - otrzymywać gwarantowaną stopę zysku. Moim zdaniem zatem ważniejsze niż chociażby równanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn jest zwiększenie poziomu zatrudnienia, tymczasem nasz rząd prognozuje po roku 2015... jego spadek, przy zwiększaniu się wskaźników bezrobocia!

Ewa Charkiewicz, Think Tank Feministyczny, Zieloni 2004: Potrzebna jest nam rama myślowa, która umożliwi interpretację zachodzących wydarzeń w kontekście praw człowieka i praw obywatelskich. To nie tyle problem tego, że z aktualnego systemu nie tyle korzysta zagranica, co system finansowy, który "kładzie czapę" na realnej gospodarce. Musimy zatroszczyć się też o sporą grupę "pracujących biednych", w tym osób młodych, których głodowe pensje i niepewna praca nie pozwalają mieć nadziei na jakąkolwiek emerytury.

22 marca 2011

Co nas grzeje? Relacja z debaty Zielonych Wiadomości

Radek Gawlik, były wiceminister środowiska, Zieloni 2004: "Najnowsza" technologia jądrowa, tak zwana "generacja III+" była zaprojektowana ponad 20 lat temu, aktualnie reaktory budowane w tej technologii - we Francji i w Finlandii - rodzą się w bólach, także finansowych. Nie mówi się o około 200 różnego rodzaju awariach rocznie - w ostatnich latach najważniejsze z nich zdarzyły się na Węgrzech (Pecs), Niemczech (Krummel) i Szwecji - dochodziło między innymi do stopienia się prętów reaktora. Im bardziej wczytuję się w ostatnie opracowania na temat energetyki jądrowej, tym większym staje się jej przeciwnikiem i cieszę się, że Zieloni, od powstania w 2003 roku, konsekwentnie stoją po stronie nowoczesnej energetyki.

Węgiel i atom są źródłami energii XX wieku - czas na energię XXI wieku. W ciągu ostatnich lat wydajność fotowoltaiki wzrosła dwukrotnie. Mamy olbrzymie szanse wykorzystania efektywności energetycznej. W każdym kraju do finansowania energetyki jądrowej potrzebny był kapitał publiczny, więc koszty wcześniej czy później wracają do podatników, podczas gdy energetyka odnawialna może być też polem działania prywatnego kapitału. Decentralizacja energetyczna pozwoliłaby nam na stanie się prosumentami - nie tylko konsumentami, ale także wytwórcami energii. Jak rząd reaguje na ryzyko, że już za 5 lat może dojść do wyłączeń prądu? Obietnicą, że za 10 lat postawi pierwszą elektrownię nuklearną - to niepoważną. Biogazownie powstawałyby już dziś, gdyby nie było blokowania odbioru energii z tego typu źródeł.

Ewa Charkiewicz, Fundacja Ekologia i Sztuka, Zieloni 2004: Energia atomowa nie jest energią tańszą - koszty budowy elektrowni tego typu w Polsce szacowane są na 8 miliardów złotych - to tyle, ile państwo rocznie wydaje na emerytury. Poza kosztami ekologicznymi należy mówić także o kosztach społecznych, zasoby budżetowe są bowiem ograniczone. W krajach rozwijających się, jak w Nigrze, odbywają się protesty przeciwko eksploatacji zasobów uranu przez koncerny energetyczne, w tym wypadku chodzi o Arevę, która bierze udział w konkursie na budowę polskiej elektrowni i - jeśli wygra - to stamtąd będziemy prawdopodobnie czerpać surowiec. Ich choroby, spowodowane pracą przy wydobyciu lub przebywaniu w otoczeniu, w którym poziom promieniowania dziesięciokrotnie przekracza dopuszczalne normy, tłumaczy się nie winą przedsiębiorstwa energetycznego, a... niedbałością lokalnych mieszkańców o zdrowie.

Władza patrząca się na energetykę "z lotu ptaka" myśli o scentralizowanej władzy nad energią, nie martwiąc się faktami takimi jak te, że mieszkając w Piasecznie, 30 kilometrów od Warszawy, doświadczam przerw w dostarczaniu energii. Musimy zakwestionować myślenie tego typu. Rynki można przeorganizować na różne sposoby, tak samo można - i trzeba - przeprojektować funkcjonowanie przedsiębiorstw tak, by osiąganie zysków nie stało się wartością samą w sobie i by nie wygrywały one z prawami człowieka. Brak tego typu założenia wstępnego, z jakim mamy do czynienia obecnie, nie jest równoznaczne z zyskami społecznymi i ekologicznymi. Nie ma dziś publicznej debaty na temat energetyki jądrowej, zastępuje się ją projektami promowania energetyki jądrowej w popularnych serialach telewizyjnych. Mamy prawo do informacji, niezbędnych do podejmowania świadomych decyzji i kontroli nad rzeczywistością, jaką daje chociażby energetyka rozproszona.

Maciej Nowicki, były minister środowiska: Argumentuje się, że uran jest tani - tymczasem należy do niego doliczyć koszty nie tylko wydobycia, ale także eksploatacji, monitoringu i zapewnienia bezpieczeństwa. Koszty inwestycyjne elektrowni jądrowej są większe, niż w wypadku nie tylko węgla czy gazu, ale także i wiatru. Potrzeba nam realnej rekonstrukcji energetyki jądrowej w Polsce, która musi iść wielotorowo. Elektrownia jądrowa może dać nam góra 10% udziału w miksie energetycznym, co nie załatwi wszystkich problemów związanych z pogarszającą się jakością infrastruktury. Potrzeba nam lekkich elektrowni gazowych, ale też wykorzystania produkcji z biomasy, rozproszonej po całym kraju zamiast budowy kilku scentralizowanych jednostek. Biogazownie i elektrociepłownie będą korzystne dla lokalnego rynku paliw, dają dochód rolnikom i osobom zatrudnionym w produkcji. Walczę za to ze spalaniem biomasy wraz z węglem - dziś wielkie elektrownie węglowe sprowadzają - nierzadko z dużych odległości - drewno i odpady po to, by otrzymać dzięki temu "zielony certyfikat" i uzasadnić sprzedawanie "zielonej" energii tego typu trzykrotnie drożej, niż energii "czarnej".

W Niemczech pracuje dziś w sektorze odnawialnej energetyki 260 tysięcy osób - więcej niż w przemyśle motoryzacyjnym tego kraju. 16 tysięcy megawatów zamontowanych na dachach tego kraju, co dało zatrudnienie 80 tysiącom osób w 10 tysiącach firm - to tylko pokazuje, w jakim kierunku idzie świat, a którego w ogóle nie widzimy. Warto brać pod uwagę wszystkie koszty wytwarzania danego typu energii, dla przykładu fotowoltaika ma dziś wysokie koszty inwestycyjne, ale już eksploatacyjne - praktycznie zerowe, co sprawia, że jest obiecującą technologią w perspektywie 20-30 lat. Potrzeba do tego przede wszystkim rozwiązania problemu magazynowania energii, najbardziej obiecującą w tym zakresie technologią jest wykorzystywanie hydrolizy wodoru.

Debatę prowadziła Agnieszka Grzybek (Zieloni 2004).

18 stycznia 2011

Nie masz konta, nie masz kasy?

Obecnie świadczenia można otrzymywać za pomocą poczty - przynosi je listonosz. Ministerstwo Finansów planuje zmiany metod wypłacania świadczeń i chce zlikwidować system płatności gotówkowych na rzecz transakcji bankowych. Rozwiązanie takie uniemożliwi dostęp do świadczeń osobom niepełnosprawnym, z wiejskich regionów, czy innym osobom, którym niedostatek i brak transportu publicznego uniemożliwia mobilność. W niskodochodowych i skrajnie ubogich gospodarstwach domowych takie rozwiązanie oznacza większą presję na czas kobiet i zmniejszy ich dochody poprzez konieczność wniesienia opłaty za prowadzenie konta.

Ministerstwo Finansów "nie widzi" ludzi żyjących w niedostatku, a czas pracy domowej (obsługa życia codziennego) nie ma dla nich wartości ekonomicznej. Efektywnie skutkuje to dofinansowywaniem banków kosztem ludzi. Własne konto ma tylko 77 % Polaków, w tym tylko 55 % rolników i 33% osób z wykształceniem podstawowym (najuboższa grupa społeczna). Banki już jakiś czas temu lobbowały na rzecz tego rozwiązania. Niektóre z nich zapowiadają wyższe opłaty dla klientów z niskimi dochodami - to bowiem dla nich droższy, a więc nieopłacalny, klient.

W ubiegłym roku Ministerstwo Finansów opracowało program rozwoju obrotu bezgotówkowego wspólnie ze Związkiem Banków Polskich. Interes ma w tym także ZUS, który na koszt przelewów wydaje 288 mln rocznie.

Mamy do czynienia z systemem relacji władzy, który charakteryzuje współpraca interesów banków i państwa zarządzanego jak firma (rachunek kosztów i strat, maksymalizacja efektywności). Kto reprezentuje ludzi z regionów wiejskich, żyjących w niedostatku? To konkretne rozwiązanie i metoda uprawiania polityki wskazuje na duży demokratyczny deficyt w naszym kraju.

Ekspansja obrotu bezgotówkowego przyspiesza i intensyfikuje presje na środowisko. Im więcej kasy i im szybciej się pieniądz obraca (skracanie cyklu zysków z inwestycji) w ramach obecnych wzorów produkcji i konsumpcji oznacza większe zużycie zasobów środowiska - w każdej produkcji jest wszak wkład przyrody - jak i presje na intensyfikację i wzrost produktywności pracy, czemu szczególnie w Polsce nie towarzyszy wzrost dochodów z pracy.

Ewa Charkiewicz jest członkinią Rady Krajowej Zielonych i współtwórczynią Think Tanku Feministycznego.

***

Zielona Warszawa po raz kolejny bierze udział w konkursie na Bloga Roku. Wystarczy wysłać SMS o treści C00109 (w treści są zera, nie litery!) na numer 7122. Jeden SMS kosztuje 1,23 zł brutto. Głosowanie trwa do 20 stycznia

17 stycznia 2011

Eko-podatki - panaceum czy narzędzie?

Polemika Ewy Charkiewicz z tekstem Bartłomieja Kozka o podatkach ekologicznych i odpowiedź autora.

W ten tekst autor włożył wiele eko-erudycji i pracy. Bardzo podoba mi się celny tytuł. Niestety, w środku tekstu bardzo mało krytycznej analizy. Bartek porządkuje swoją wiedzę i informacje o ekopodatkach według matrycy dobry/zły i ujmuję tę reformę jako magiczne rozwiązanie na równowagę, holizm i naprawę nadwiślańskiego świata (bo gdzie indziej, czyli w idealizowanej Europie już zapanowało eko-oświecenie...). Podobne pedagogiczne czy misyjne podejście do ekoreformy podatkowej odnajduję także w innych zielonych tekstach. Wiedzę i informacje o ekopodatkach można uporządkować czy ująć inaczej.

Ekopodatki to jeden z instrumentów polityki ochrony środowiska. W tekście Bartka ekologiczna reforma podatkowa jest zredukowana do samej siebie, bo wyjęta z kontekstu polityki ekologicznej i opisana w sposób ahistoryczny.

Zacznę więc od paru słów od historycznych warunków możliwości dla dyskursu o ekopodatkach. Zainteresowanie polityków reformą podatkową w latach 90. wiąże się z szerszymi zmianami na rzecz ekonomizacji polityki (czyli neoliberalizm, gdzie model dla polityki to rynek, sfera społeczna, w tym polityka ochrony środowiska jest marketyzowana, państwo funkcjonuje jak firma, a obywatel/ka znika, zastąpiony przez podatnika, a przy okazji kasowana jest też rama praw człowieka).

Natomiast polityka ekologiczna sprzed neoliberalizmu – nazwana potem „nakazuj i kontroluj” (command and control measures), opierała się na wyznaczaniu przez ustawodawcę standardów, norm zanieczyszczeń oraz kar i opłat za zanieczyszczanie środowiska. Jak rzucę papierek na ulicę, mogę zapłacić mandat, jak spowoduję wypadek pójdę do więzienia. Firmy trują bez ponoszenia konsekwencji, zwłaszcza odkąd w czasach reaganomiki politykę „nakazuj i kontroluj” zaczęto zastępować polityką instrumentów finansowych (bodźce i podatki) oraz wprowadzono nową formę regulacji: zasadę dobrowolnych zobowiązań ze strony przedsiębiorców (z czym wiąże się popularność dyskursu o społecznej odpowiedzialności biznesu). Firmy miały się regulować same. Racją istnienia biznesu jest zarabianie pieniędzy, nie zaś ochrona środowiska. Polityka „nakazuj i kontroluj” ograniczała i spowalniała dochody firm, toteż poszła do likwidacji. Trzeba to było tylko spakować medialnie. Od lat osiemdziesiątych XX wieku bujnie rozkwita ekonomika zarządzania środowiskiem. Podobnie jak dzisiaj, ekonomika ochrony zdrowia jest ważniejsza w zarządzaniu ochroną zdrowia od medycyny, a medyczna diagnoza choroby ma pomniejsze rolę w decyzjach o życiu pacjentki/ka niż diagnoza finansowa (rachunek kosztów leczenia), tak samo wówczas wprowadzone te same praktyki urynkowienia i ufinansowienia do polityki ochrony środowiska. Stworzono też nowe rynki finansowe na handel pozwoleniami na zanieczyszczanie środowiska. (Finansjeryzacja gospodarki, polityki i życia codziennego)

Dzisiaj wiemy (pokazują to miedzy innymi badania z Holandii), ze tej paradygmatycznej zmianie w polityce ekologicznej towarzyszyło pogarszanie stanu środowiska. Opisując reformę poza kontekstem zmian w polityce ekologicznej Bartek tych zmian nie widzi, porusza się w ramach zastanego neoliberalnego, generującego urynkowienie świata, reprodukuje i utrwala jego niektóre założenia (zapewne wbrew własnym politycznym intencjom autora), a jednocześnie na tych samych zasadach przez własny przykład zamyka dyskurs o tym, co i jak należy mówić, żeby być politykiem – ekologiem/ekolożką.

W ramach obecnej polityki prawdy nie mieszczą się propozycje nakazów likwidacji toksycznej produkcji - vide niedawny pożar w firmie Chemie-pack w Moerwijk, Holandia, która to firma była od 2002 upominana i strofowana przez inspektorów ochrony środowiska, z czego rzecz jasna nic sobie nie robiła, raz zapłacili jakieś tam drobne kary, po czym doszło do pożaru. Inspektorzy nie mogli wydać nakazu zamknięcia zakładu, chociaż zdawali sobie sprawę, że pożar nieunikniony i jakie będą tego konsekwencje. Ale ustawodawca wdrożył permisywna politykę stosowania bodźców finansowych, drobnych kar i dużych zachęt dla firm. Jak pokazuje przykład Chemie-pack i wiele innych takich wypadków, nie działa w realu, wskutek czego okoliczni mieszkańcy i ich dzieci pooddychali sobie dioksynami. O eko-podatkach można mówić, ponieważ są częścią neoliberalnego dyskursu, współgrają z redukcyjnym myśleniem o ludziach, gospodarce i polityce ekologicznej wyłącznie w kategoriach logiki ekonomicznej, bodźców finansowych, interesów, maksymalizacji korzyści.

Nie ma jednej dźwigni Archimedesa, która wyprowadzi nas z ekokryzysu do ekologicznej równowagi, jak chce Bartek. (Nota bene współczesne ekomyślenie zakłada, iż w przyrodzie nie ma równowagi, jest stan ustawicznej kalibracji nierównowagi i punktowych kryzysów).

Internalizowanie kosztów nie jest magicznym rozwiązaniem, o ile rynki nie będą organizowane i zarządzane inaczej. Obecnie oznacza to przerzucanie kosztów zużycia i trucia środowiska z producentów (którzy zarabiają na zanieczyszczeniu środowiska) na ostatecznego użytkownika (konsumentów), co w największym stopniu obciąża niskodochodowe gospodarstwa domowe.

Holistyczna czy nie (cokolwiek to znaczy) ekologiczna reforma podatkowa nie przynosi wyłącznie podwójnej dywidendy, na czym skupia się Bartek. Gdyby hipotetycznie przyjąć, że będzie zastosowana w przeciągu jednej dekady i na znaczącą skale (w odniesieniu do przemysłu hutniczego, chemicznego, transportu, produkcji żywności, etc.) oznaczałoby to krzywdy ludzi i wielkie straty społeczne. Jak uniknąć negatywnych skutków tej reformy to jest największy problem tej eko-propozycji, który wymaga namysłu. Pełniąc role misjonarza tej reformy, czy kierując się doraźnym pedagogicznym celem nie widać jej wszystkich uwarunkowań i tego, jak polityka finansowych instrumentów ochrony środowiska i samoregulacji przez biznes wpisuje się i współwytwarza neoliberalizm.

O ekopodatkach trzeba mówić krytycznie, bez laurek, odnosząc się do kontekstu i przyjmując historyczną perspektywę. (Chodzi mi o taka analizę, gdzie brane są pod uwagę relacje wiedzy/władzy, warunki możliwości powstania tego dyskursu, interdyskursywne pole, w którym jest wdrażany). Robienie laurek niczego nie zmieni, wprost przeciwnie – angażuje czas, który można przeznaczyć na strategiczne analizy i przemyślenie skutecznych interwencji. Godna szacunku eko-erudycja i zasób informacji. Tylko że polityka ekologiczna to nie jest misja czy duszpasterstwo. Analogicznie, w sprawach energetyki atomowej nie wystarczy udowadniać, ze jest „złą”, podczas gdy silniejsze głosy zachwalają jej zalety. Trzeba zanalizować jak ci „silniejsi” organizują się do realizacji swoich celów - żeby móc włożyć jakiś kołek w ich szprychy. Żeby coś zmienić, musimy mieć analizę świata w którym żyjemy i przyczyn niszczenia podstaw do życia, choćby po to żeby nie wspierać tych praktyk dyskursu, które kolidują z celami do których dążymy.

Ewa Charkiewicz

***

Mój tekst na temat podatków ekologicznych nie aspiruje do miana wyczerpującego wykładu na temat ich historii i ograniczeń - nie taki był jego cel. Jest on fragmentem szerszej publikacji na temat podatków w ogóle, tak więc główny jego trzon siłą rzeczy skupiał się nie na pełnym wyliczeniu wad, zalet czy ograniczeń tego typu narzędzia, ale na jego prezentacji - nadal bowiem świadomość jego istnienia i potencjalnych korzyści nie jest szeroko znana. Nie oznacza to, że jest to narzędzie idealne - szczególnie, jeśli zostanie ono wyliczone tak, że stanie się nie realnym bodźcem do chociażby zmiany aktualnego modelu produkcji i konsumpcji, lecz jedynie mało znaczącą dla danego przedsiębiorstwa uciążliwością, automatycznie przesuwaną na konsumentki i konsumentów. Polityka podatkowa nie jest też jedynym narzędziem polityki ekologicznej - nie da się ukryć, że w wypadku substancji jednoznacznie określonych jako toksyczne rozwiązaniem może być tylko ich wycofanie (jak to się stało z azbestem). Przykłady z Zachodu nie są w tekście dane po to, by wychwalać "ekologiczny raj" - rajem bowiem ani Europa, ani Ameryka nie są - ale służą pokazaniu, że tego typu mechanizmy są stosowane i przynoszą pozytywne skutki. Zgodzimy się bowiem, że Polska pod tym względem nie ma się za bardzo czym chwalić...

Tak, ekologiczna reforma podatkowa ma swoje ograniczenia - tak samo jak i inne narzędzia. Gdyby na przykład iść tropem podrzuconym przez Ewę i mówić o zamykaniu fabryk, co może być efektem przejścia na dominację myślenia "nakazuj i kontroluj" w obliczu ich kontroli przez międzynarodowe koncerny, bez przedstawienia całościowej alternatywy (chociażby przeciwdziałania prostemu przenoszeniu szkodliwej produkcji do krajów o niższym standardzie legislacji ochrony środowiska, czy też strukturalnemu bezrobociu w wyniku takiego działania) efekty takiej polityki również mogą być nieciekawe dla osób o niskich i średnich dochodach. Nie oznacza to, że z tego narzędzia należy zrezygnować - należy tylko mieć na uwadze, że jak każde ma ono swoje ograniczenie, a zła realizacja może doprowadzić do rozdziału między społeczeństwem a ekologią, do jakiego udało się doprowadzić neoliberalnym luminarzom polskiej transformacji w latach 90. XX wieku.

Podatki ekologiczne - co jasne - są jedynie jednym z narzędzi ekologicznego, Zielonego Nowego Ładu, i muszą być wpisane w obręb nie tylko troski o środowisko, ale też zagwarantowania sprawiedliwości społecznej. Zielona myśl ekologiczna jest coraz bardziej tego świadoma, co widać na przykładzie Zielonych Anglii i Walii. Jak wskazałem w tekście, są oni za rozwojem działań na rzecz efektywności energetycznej i odnawialnych źródeł energii, a wśród działań, służących zapobieżeniu przerzucenia kosztów na osoby o małych i średnich dochodach wskazują m.in. rozwój przystępnego cenowo transportu publicznego i darmową termorenowację budynków, służącą oszczędzaniu przez gospodarstwa domowe nie tylko energii, ale i pieniędzy. Namysł nad tym, jakie inne jeszcze "zawory bezpieczeństwa" są potrzebne, by koszty faktycznie ponosili truciciele, i by przyczyniały się one do zmian we wzorcach produkcji i konsumpcji, potrzebne są zawsze - i bardzo się cieszę, że na ten temat dyskutujemy.

Bartłomiej Kozek

***

Zielona Warszawa po raz kolejny bierze udział w konkursie na Bloga Roku. Wystarczy wysłać SMS o treści C00109 (w treści są zera, nie litery!) na numer 7122. Jeden SMS kosztuje 1,23 zł brutto. Głosowanie trwa do 20 stycznia

5 marca 2010

Myślą globalnie, działają lokalnie

Środowe wyniki wyborów lokalnych w Holandii okazały się sporą porażką dla dotychczas współrządzących partii - chadeków i Partii Pracy. Ta ostatnia zanotowała straty niższe od spodziewanych dzięki rezygnacji z rządu w proteście przeciwko planom pozostawienia holenderskiego kontyngentu wojskowego w Afganistanie, mimo to jednak utraciła ok. 1/3 swojej dotychczasowej liczby radnych w całym kraju. Sporą uwagę komentatorów wzbudziło pierwsze podejście populistycznej, prawicowej partii Geerta Wildersa w pierwszych dwóch radach miejskich. W Hadze wyprzedzili ich jedynie socjaldemokraci, zaś w Almere stali się największą formacją w tamtejszym samorządzie. Skręt w prawo, sygnalizowany przez te wyniki, jak również wzrost stanu posiadania VVD - partii konserwatywno-liberalnej - jest zauważalny, tym bardziej, że do niedawna robiący furorę dawni maoiści z Partii Socjalistycznej zanotowali dość spore straty. Liczebnie największe zyski odniosła partia lewicowych liberałów, Demokraci 66, wracający tym samym do wielkiej polityki - 4 lata temu mieli zaledwie 142 radnych, dziś będą ich mieli ponad 520, stając się czwartą największą liczebnie siłą w holenderskich samorządach.

Zielona Lewica zwiększyła swój ogólny stan posiadania z 385 do ok. 420 radnych w całym kraju, w większości większych miast poprawiając swoje wyniki. Najbardziej spektakularny wynik udało jej się osiągnąć w Utrechcie - zdobyła w tym uniwersyteckim mieście 20,8% głosów i 10 miejsc na 45 w Radzie Miasta, wyprzedzając Partię Pracy (18,7% i 9 miejsc) i Demokratów 66 (17,8%, również 9 miejsc). Udało im się zyskać aż 5,6 punkta procentowego poparcia, podczas gdy socjaldemokratom spadło o 11,3 pkt. proc. W Amsterdamie zajęli trzecie miejsce (z wynikiem 15.2%, +1,5 i 8 mandatami na 45), wyprzedzeni jedynie przez socjaldemokrację PvdA (28,9%, -10,5, 14 miejsc) i konserwatywnych liberałów z VVD (17,1%, +0,9, również 8 miejsc), wyprzedzając minimalnie Demokratów 66 (14,8%, +10,7, 7 miejsc). Dzięki tego typu wynikom są na piątym miejscu pod względem ogólnej liczebności radnych i w wielu miastach Zielona Lewica będzie mogła współrządzić i aktywnie kreować lokalną politykę. To kolejny po wyborach do Parlamentu Europejskiego test wyborczy, przynoszący partii wzrost poparcia.

Otwarte staje się pytanie o lokalne koalicje. Na chwilę obecną, póki PVV Wildersa nie startuje jeszcze do wszystkich samorządów lokalnych, nie trzeba wykonywać "kordonów sanitarnych" wokół partii populistycznych, poza Hagą, gdzie w tworzenie takowego zaangażowała się Partia Pracy. W wewnątrzpartyjnej sądzie, w której padło pytanie o partie najbliższe programowo Zielonej Lewicy, z którymi najłatwiej tworzyłoby się koalicje lokalne, samorządowcy tej partii wskazywali głównie na Demokratów 66, socjaldemokratów i socjalistów. Koalicje tego typu, jak widać, będzie można zawiązać w Utrechcie i w Amsterdamie, ale nie wszędzie lokalne oddziały będą miały tego typu komfort. Tak będzie np. w Maastricht, gdzie na 39 miejsc PvdA ma ich 7, D66 - 5, GroenLinks 4, a SP - 2. Za wyjątkiem rosnących praktycznie wszędzie Demokratów 66, pozostałe partie zanotowały mniejszy lub większy spadek poparcia i łącznie mają 6 mandatów mniej niż 4 lata temu. W wielu miastach pod uwagę w tworzeniu koalicji brane będą lokalne partie miejskie. Z powodu braku progu wyborczego scena wyborcza jest otwarta na nowe inicjatywy.

Jeśli chcecie dowiedzieć się coś więcej na temat Zielonej Lewicy i poznać urok języka niderlandzkiego (ewentualnie zwiększyć swoje użytkowanie translatorów stron internetowych) polecam gorąco rozbudowaną stronę partii. Szczególną uwagę warto poświęcić na lekturę tamtejszego odpowiednika "Zielonego miasta nowej generacji" - "Zielone miasto działa", w przystępnej graficznie formie prezentującej lokalne dokonania Zielonej Lewicy. Prosty, a przez to świetny klip wyborczy załączam poniżej, zachęcając do obejrzenia.

***

Komentarz Ewy Charkiewicz: Partia Wolności Geerta Wildersa jest faszystowska, domagają się deportacji legalnych emigrantów, oraz wyrzucenia z Unii Europejskiej na początek Bułgarii i Rumunii, oraz skończenia z finansowaniem Europy Wschodniej. W tych lokalnych wyborach ich głównym hasłem był zakaz noszenia chust. Startowali tylko w Almeere i w Hadze, w żadnym innym mieście nie wystawili własnej listy. Ale Wilders już ogłosił, że teraz pójdą po zwycięstwo w całym kraju... Ich wygrana jest w kontekście dużego pogorszenia warunków życia w Holandii w związku z radykalnymi neoliberalnymi reformami społecznymi.

Były to wybory lokalne, ale zapowiadają się na maj także te krajowe. Rząd holenderski upadł z powodu konfliktu o przedłużenie pobytu wojsk holenderskich w Afganistanie. PvdA miała wyborcze zobowiązanie, że będzi dążyć do wycofania, ale z tym zwlekali; teraz była taka historia, ze termin upływa w sierpniu 2010, a minister spraw zagranicznych, podobnie jak w przypadku Iraku, nie konsultował się z rządem i uzgodnił z NATO, że kontrakt będzie przedłużony. W rezultacie rządząca koalicja się rozpadła. Teraz będa wybory krajowe. No i tektoniczny wstrząs w układzie politycznym.

Nawet w Almeere (odpowiednik Nowej Huty, tylko inny, nowe miasto wybudowane na polderach) partia Wildersa nie da rady sama rządzić. Na razie nikt nie chce z nimi wchodzić w koalicje.

Kryzys parlamentarny spowodowała nie tylko rządowa komisja, która zakwestionowała prawomocność udziału Holandii w wojnie z Irakiem, ale w tle jest także dyskusja na temat zasadności masywnej pomocy finansowej dla banków, podczas, gdy (tak jak u nas) kryzys wykorzystywany jest do uzasadnienia odbierania praw socjalnych, np przedłużany jest wiek emerytalny, zredukowano wydatki na pomoc w opiece nad małymi dziećmi (mogli ja dostać np. dziadkowie za opiekę nad wnukami), parę lat temu sprywatyzowano ubezpieczenia zdrowotne, a komunalne mieszkania zamieniono w korporacje (odpowiednik naszych spółek skarbu państwa). W ogóle w Holandii jest ogromny zwrot w prawo i jednocześnie wzrost nadzoru, w tym biometrycznego. Prasa podała m.in. informacje o tym, ze konduktorzy w pociągach maja być wyposażeni do pobierania próbek DNA od pasażerów, a policja w Rotterdamie jest wyposażana w ręczne skanery ciała (do tzw nagich zdjęć, takie jak wprowadzane na niektórych lotniskach). Na pociechę dodam, ze przed tymi wyborami przedstawiciele kościołów wzywali żeby nie głosować na Partię Wolności Wildersa. W Holandii, podobnie jak w innych krajach rośnie polaryzacja sceny politycznej.

9 listopada 2009

Ekofeminizm jako krytyka społeczna - zaproszenie

Ekofeminizm rozwinął się w latach 60. ubiegłego wieku jako krytyka patriarchalnej kultury i kapitalistycznego ucisku. W pierwszej części spotkania przedstawimy historię ekofeminizmu, konceptualne podejścia i polityczne stawki w interpretacjach powiązań między dominacją płciową, klasową i dominacją człowieka nad przyrodą oraz spory, jakie ekofeministki toczyły z ekofilozofią (głęboką ekologią) i ich znaczenie dla współczesnych projektów politycznych. (D’Eaubonne, Salleh /na zdjęciu/ – teksty poniżej). W drugiej części spotkania porozmawiamy o współczesnych zastosowaniach ekofeministycznej analizy i przeobrażeniu społecznie zaangażowanego nurtu ekofeminizmu w feministyczną ekologię polityczną (zob. Salleh, 2009, link poniżej)

Wprowadzenie do debaty: dr Ariel Salleh, socjolożka z Australii, jedna z założycielek i kontynuatorek krytyki ekofeministycznej, autorka wielu publikacji, w tym redaktorka i współautorka Ecosufficiency and Global Justice. Pluto Press 2009

Spotkanie odbędzie się w niedzielę, 15 listopada, 2009 godz. 16 – 18, w Warszawie, w siedzibie Zielonych 2004, ul. Piekna 64a/11. Język dyskusji – angielski, z możliwością tłumaczenia. Think Tank Feministyczny organizuje spotkanie w ramach kursu online z feministycznej krytyki filozofii. Osoby, które nie będą mogły wziąć udziału w spotkaniu, zapraszamy do dyskusji na liście dyskusyjnej fem-filozofia @ lists.most.org.pl. Lektury tekstów, w tym rozdziału z najnowszej książki Ariel Salleh, Ekologiczny dług, ucieleśniony dług rozsyłamy przez tę listę. Zapis dyskusji ukaże się na naszej stronie www.ekologiasztuka.pl/think.tank.feministyczny. Streszczenia lektur poniżej.

Lektury:

Ariel Sallleh. Głębiej niż głęboka ekologia – sprzężenie ekofeministyczne. Tłum. Bartłomiej Kozek (Zieloni 2004). Biblioteka Online Think Tanku Feministycznego [1983] 2009

Głeboka ekologia rewiduje relacje między ludźmi a przyrodą. Jej 'ojcowie założyciele' jak Arne Naess i Bill Deval proponują epistemologiczną i polityczną alternatywę wobec dominujących stosunków opartych na przemocy i wyzysku. W artykule napisanym w 1983 roku Ariel Salleh proponuje feministyczną krytykę ekologii głębokiej. Spojrzenie na teksty Naessa i Devalla w szerszym kontekście feministycznej krytyki kultury patriarchalnej uwidacznia milczące przesłanki w ich metodologicznym podejściu, które nie są spójne z dążeniem ekologii głębokiej do przezwyciężania struktur dominacji. Autorka podkreśla, że nierówności w relacjach z przyrodą, w stosunkach społecznych czy w relacjach płci są ze sobą powiązane i identyfikuje praktyczne i teoretyczne zagadnienia, które ekofeminizm może wprowadzić do problematyki ekologii głębokiej.

http://www.ekologiasztuka.pl/pdf/f0081salleh_ekofeminizm.pdf

Françoise d’Eaubonne. Jak mogłoby wyglądać społeczeństwo ekofeministyczne? Tłum Karolina Jankowska (Zieloni 2004).

Francuska lewicowa feministka Françoise d’Eaubonne, autorka ksiązki Ekofeminizm albo śmierć ukuła termin ekofeminizm w 1974 roku. W tym założycielskim tekście społecznie zaangażowanego ekofeminizmu, odnosi się do dwóch największych według niej zagrożeń, wzrostu ludnościowego i rosnącej presji na zasoby środowiska. Przyczyn tego stanu rzeczy upatruje w związkach między patriarchatem i kapitalizmem, której ujmuje jako męski system dominacji. - Tylko ekofeminizm może doprowadzić do końca patriarchatu i uchronić społeczność ludzką przed zagrożeniem dewastacji środowiska naturalnego, przed zagrożeniem nuklearnym oraz systemem opartym na zysku, który jest źródłem wszystkich wojen i eksploatacji na tej planecie – uważa D’Eaubonne.

http://www.ekologiasztuka.pl/pdf/f0012deaubonne.pdf

Ariel Salleh. Ekologiczny dług, ucieleśniony dług. Rozdz. 1 z książki Ecosufficiency and Global Justice. Women write political ecology. Pluto Press 2009. tłum. Małgorzata Chmiel. Biblioteka Online Think Tanku Feministycznego

W tekście tym Ariel Salleh, idąc tropem ruchu alterglobalistycznego, w tym kobiecych organizacji z Ameryki Południowej kwestionuje i odwraca pojmowanie długu. To kapitał zaciąga reprodukcyjny, społeczny i ekologiczny dług u kobiet, pracujących ludzi i w krajach Południa.

http://www.ekologiasztuka.pl/pdf/f0082salleh2009.pdf

Annie L. Booth. Kim jestem? Kim ty jesteś? Rozpoznanie tożsamości i inne trzy ekozofie. Tlum. Agata Korbel. Dzikie Życie, Lipiec/Sierpień 1999

http://pracownia.org.pl/dzikie-zycie-numery-archiwalne,2201,article,3651

W tym artykule Autorka skupia się na jednostce i jej/jego tożsamości. Proponuje, aby zarówno głęboka ekologia jak i ekofeminizm w swoich projektach alternatywnej tożsamości wykorzystały perspektywę rdzennych kultur.

Rosi Braidotti, Ewa Charkiewicz, Sabine Hausler, Saskia Wieringa. Responses to the Crises from Deep Ecology, Social Ecology and Ecofeminism. Rozdz. 8 w: Women, the Environment and Sustainable Development. Towards a Theoretical Synthesis. ZED Books, 1994, sa 149 - 168.

Ten rozdział ww. ksiązki zawiera przegląd debat w ekologii społecznej, ekologii głebokiej i ekofeminizmie. Omawiane są teksty ekofeminizmu kulturowego, jak i ekofeminizmu społecznie zaangażowanego.

http://www.ekologiasztuka.pl/pdf/Overview_debates%20ecophil1994.pdf

Ewa Charkiewicz. From biopolitics to necropolitics. Feminist critique of climate change discourse. Paper for Climate Change Coalition/DFG Dossier on Alternative Climate Change Policies. 2009 (wersja robocza, ang.)

http://www.ekologiasztuka.pl/pdf/Charkiewicz-climate_change.pdf

Tekst zaproszenia pochodzi ze stron Zielonych 2004 i Think Tanku Feministycznego, jego autorką jest Ewa Charkiewicz. Serdecznie zapraszamy!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...