Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wybory 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wybory 2010. Pokaż wszystkie posty

23 czerwca 2011

Mija czas, mija okazja?

Mija już prawie rok od przyspieszonych z powodu wydarzeń smoleńskich wyborów prezydenckich - wyborów, które miały być wyłomem w postępującym procesie zdominowania sceny politycznej przez dwie prawicowe partie polityczne. Wydaje się tymczasem, że po momentach gdy poparciu dla głównej siły lewicowej w kraju, SLD, zdarzało się oscylować w okolicach 20%, wróciło ono mniej więcej do poziomu wyznaczonego zeszłorocznymi notowaniami Grzegorza Napieralskiego. Nie da się ukryć, że Sojusz ma zadyszkę, a w jej opanowaniu nie pomogą za bardzo takie wydarzenia, jak kłócenie się o to, czy decyzja o starcie Katarzyny Piekarskiej z pierwszego miejsca w okręgu podwarszawskim była jej samodzielnym ustępstwem, czy też może inspirowana była przez Napieralskiego. Nie pomoże tym bardziej, że wysoce niepewna staje się obecność w przyszłym Sejmie Marka Balickiego, który jeszcze niedawno prezentował program SLD w dziedzinie opieki zdrowotnej (całkiem niezgorszy), a dziś popada w niełaskę lokalnych działaczy, dla których kwestią nieporównanie ważniejszą jest to, że nie był specjalnie aktywny w tworzeniu biur poselskich w terenie.

Niedawna konwencja Platformy Obywatelskiej w Gdańsku, będąca pokazem siły partii Donalda Tuska, musiała przekonać do PO grono wyborców, wahających się między Platformą a Sojuszem. Komentarze o tym, że rządząca formacja zamienia się stopniowo w rodzimy odpowiednik meksykańskiej Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej nie wydają się tu przesadzone, dość trudno było do tej pory znaleźć dużo punktów wspólnych między Bartoszem Arłukowiczem a Jarosławem Gowinem. Odpowiedzią SLD na to wyzwanie nie jest jak na razie działanie programowe a la PiS (chociaż owszem, odbywa się stopniowe odsłanianie poszczególnych elementów wyborczego przekazu), ale raczej kłótnie o listy, z zastanawianiem się nad powrotem na nie takich mało ciekawych postaci, jak Leszek Miller czy Włodzimierz Czarzasty. Mając ten kontekst z tyłu głowy, ciekawie czyta się opublikowany zapis debaty "Polska po wyborach - lewica przed wyborem", wydany przez zasłużony dla progresywnej myśli politycznej i społecznej wrocławski Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle'a.

W 2010 roku, jak zauważają rozmówcy prowadzącego spotkanie Michała Syski, elektorat lewicy wreszcie dostał zastrzyk świeżej krwi. Jak zauważa Bartosz Machalica, marzenia o tym, że wyginie on śmiercią naturalną, okazały się grubo przesadzone. Bardzo ciekawe jest tu spojrzeć na strukturę terytorialną tego poparcia młodych - to osoby z małych i średnich ośrodków, a w dużych miastach - ich dzielnic peryferyjnych, takich jak stołeczna Białołęka. Dużo wśród nich osób o niepewnej sytuacji materialnej (np. wchodzących na niestabilny rynek pracy) i przyblokowanych możliwościach społecznego awansu. Platforma Obywatelska ma dla nich jeden pomysł - mozolne czekanie na "ściekanie bogactwa w dół" z wielkich metropolii, w które chce zaangażować swe modernizacyjne siły i środki - taki obraz wyczytać można chociażby z "Polski 2030". Tusk i jego ekipa wycofują się teraz z jego postulatów rakiem, dodatkowo przed wyborami prezentując swą nowo odkrytą twarz polityki wrażliwej na społeczne potrzeby. SLD mogłoby z łatwością demaskować fałsz rządowego PR, tymczasem jak na razie zdaje się przegrywać tę walkę z Prawem i Sprawiedliwością, również zainteresowanym w odebraniu osób młodych Platformie.

Z całą pewnością broni się teza Machalicy, wedle której nie ma już miejsca na projekt polityczny, będący centrolewicową "Platformą light". Problem w tym, że zgliszcza tego typu inicjatyw, starannie wybierane przez PO, nadal mają pewną siłę mobilizowania elektoratu. Łatwo daje się wmówić, że Dariusz Rosati, którego polityczna inicjatywa w postaci Porozumienia dla Przyszłości (jakże się cieszę, że dzięki temu, że ją osierocił, umarła śmiercią naturalną), wypakowana politycznymi tuzami na listach, zdobyła raptem 2,5% głosów w 2009 roku, stanowi koniec końców cenny nabytek dla Platformy, który pozwoli jej odebrać głosy SLD. Tego typu opinie, powtarzane dość często, mają sporą siłę przekonywania opinii publicznej - wszak z jednej strony większość badanych zapytanych o polityczne transfery w rodzaju przejścia Joanny Kluzik-Rostkowskiej do PO ocenia je negatywnie, nie przeszkadza to jednak formacji premiera Tuska zanotować po tym politycznym targu wzrost sondażowego poparcia.

Wspomniana przeze mnie przed chwilą ewolucja wizerunkowa Platformy trwa już od jakiegoś czasu, co Michał Syska podczas debaty zauważył na przykładzie artykułu szefa think-tanku tejże partii, Jarosława Makowskiego, broniącego decyzji o podwyżce podatku VAT. Nowy, bardziej łagodny wizerunek, daleki od neoliberalnej krwiożerczości nie opiera się dziś już tylko na Michale Bonim, ale na czynnych politykach - Arłukowiczu, Musze, Kluzik-Rostkowskiej, a nawet - o zgrozo - Rosatiemu. Wspiera go deklarowane mniej lub bardziej cicho poparcie dla senackich ambicji Marka Borowskiego czy Józefa Piniora. Dotychczasowe niemrawe próby odróżnienia się od PO, jak chociażby poprzez podkreślanie chęci cyfryzacji kraju czy też spraw takich jak in vitro lub związki partnerskie, teraz zaczynają być niemal niezauważalne. Na fali płynie Tusk, który wygląda, jakby zmieniał ideowo partię - tu coś napomknie, że związki tak, ale po wyborach, tam mrugnie okiem, że in vitro i owszem, a wokół niego krąży już mający czuwać nad tymi tematami i przekonywać swoje nowe koleżanki i kolegów poseł Arłukowicz. Że po wyborach zapewne nic z tego nie będzie (poseł Gowin pewnie o to zadba) to już zupełnie inna bajka...

Dość konwencjonalne pomysły na "pójście w centrum", sugerowane w dyskusji przez profesora Raciborskiego zdają się dziś już nie wystarczać. Platforma dość skutecznie zagospodarowuje elektorat, który na wybory chodzi i waha się między nią a partią Napieralskiego. Losy PSL uległy dramatycznej odmianie po ostatnich wyborach samorządowych i mało prawdopodobne, by partia miała wypaść z Sejmu. Wydaje się zatem, że jedyną szansą dla SLD na przekroczenie zaklętego kręgu okolic 15% jest mobilizowanie grup wyborców do tej pory nie głosujących. Jak wszyscy wiemy, nie jest to prosta sprawa, ale podobnie nie jest, jeśli chodzi o odbudowę potencjału wyborczego progresywnej lewicy. Podważanie społecznej wrażliwości PO może powstrzymać jej dalszy rozwój na lewej flance, by móc tego dokonać potrzeba jednak nie tylko chwytliwej narracji, ale i przekonującego programu. W dużych ośrodkach miejskich nadal dobrym pomysłem może być pokazywanie zdolności do budowania wokół siebie szerszego projektu politycznego, np. z Partią Kobiet i Zielonymi. Bez próby mobilizowania społecznego gniewu inaczej niż za pomocą wypominania Donaldowi Tuskowi kosztu lotów z Warszawy do Trójmiasta raczej się nie obędzie. Wyzwań nie brakuje - czy Sojusz je podejmie, czy też będzie czekał na zakończenie wyborów i na zamianę miejscami z PSL w roli młodszego koalicjanta PO (na czym mogą się przejechać w wypadku słabego wyniku)? Czasu do wyborów pozostało niewiele i czas już najwyższy, by liderzy Sojuszu przemyśleli swoją wyborczą strategię.

13 grudnia 2010

RAŚ - szansa czy zagrożenie?

Muszę się przyznać, że momentami desperacko wręcz szukam tematów, które w naszym kraju zdają się choć trochę przypominać te, toczone nieco bardziej na zachód od naszego kraju. Nie jest łatwo - jako żywo chociażby dopalacze nie są takim tematem, jak walczący o prawo do edukacji studenci i studentki w Anglii, którym konserwatywno-liberalny rząd podwyższa czesne. Liberalni Demokraci, którzy podczas kampanii wyborczej obiecali nie tylko, że będą sprzeciwiać się tego typu rozwiązaniom, lecz że będą dążyć do ich stopniowego wygaszania, notują rekordowo niskie wskaźniki społecznego poparcia i wiele wskazuje na to, że w kolejnych wyborach dostaną od elektoratu niezłego łupnia. Pewnym testem mogą być chociażby przyszłoroczne wybory do parlamentu w Szkocji, gdzie pojawiają się już sondaże, wskazujące że w głosowaniu na listy partyjne mogą liczyć raptem na 8% poparcia - jedynie o 2 punkty procentowe więcej niż tamtejsi Zieloni.

Ze Szkocji chcę przeskoczyć na Górny Śląsk, chociaż ów celtycki rejon będzie jeszcze pojawiał się w tym wpisie. W ostatnim czasie bardzo duże emocje zaczął budzić Ruch Autonomii Śląska, który w tegorocznych wyborach do sejmiku województwa śląskiego zdobył swoje pierwsze w historii 3 mandaty na tym szczeblu administracyjnym. Wolta Platformy Obywatelskiej, która postanowiła ograniczyć zakres wpływu na władzę w regionach swojego ogólnopolskiego konkurenta - SLD - i wejść w alians z RAŚ spowodowała jeszcze większe zainteresowanie mediów tym stowarzyszeniem, jego celami i liderem - Jerzym Gorzelikiem. Po początkowych trudnościach wszedł on ostatecznie do zarządu województwa, czemu nie przeszkodziły sceptyczne wypowiedzi Bronisława Komorowskiego czy Jerzego Buzka. W ten sposób łatwiej będzie mu realizować swoje marzenia o zmianie Polski w państwo federalne, które mają wedle planów tej formacji stać się rzeczywistością do roku 2020. Pierwszy etap - mandaty w sejmiku wojewódzkim, mają już za sobą.

W dyskusji na temat RAŚ, moim zdaniem, za zagrożenia uważa się te elementy, które zagrożeniami nie są, pomija się zaś te, które mogą realnie wpłynąć na pogorszenie jakości mieszkanek i mieszkańców Śląska. Nie mam poczucia, by wizja autonomicznego regionu (a właściwie zwiększenia autonomii wszystkich województw) miała prowadzić w prostej drodze do rozpadu kraju. Strasząc taką wizją, pozostałe siły polityczne usiłują zamaskować fakt, że w wielu wypadkach żadnej realnej wizji decentralizacji państwa i podziału obowiązków między centralą a samorządem nie posiadają. Jej brak widać było przez lata transformacji, kiedy na barki lokalnych władz przerzucano coraz to więcej obowiązków, za czym nie szło zapewnienie odpowiedniego poziomu zasobów finansowych na ich realizację. Prowadziło to w wielu wypadkach do zmniejszania się poczucia autonomii i sprawczości, szczególnie widoczne tam, gdzie trudno było chociażby o zapewnienie sobie odpowiednio dużych dochodów z podatków lokalnych. Przykład śląski jest tu zresztą bardzo wymowny - dezindustrializacja, połączona z niedostateczną dbałością o społeczną rewitalizację i tworzenie alternatywnych wobec górnictwa miejsc pracy była przyczyną wielu niepokojów w regionie. Nic zatem dziwnego, że hasła decentralizacyjne znajdują tam podatny grunt.

Dystans wobec władz centralnych łatwo przeradza się w pielęgnowanie więzi lokalnych czy regionalnych. Nic zatem dziwnego, że doszło do swego rodzaju przebudzenia śląskiej tożsamości, czego najbardziej widocznym przykładem było zadeklarowanie przez ponad 170 tysięcy osób narodowości śląskiej w spisie powszechnym. Coraz wyraźniej słychać głosu domagające się uznania odrębności języka śląskiego, znajdującego sobie coraz więcej miejsca chociażby w lokalnych mediach. To tożsamościowe przebudzenie, przez wielu traktowane jako zagrożenie, jest tak naprawdę spóźnionym procesem wytwarzania się mniej lub bardziej wyraźnej odrębności. Czynienie z faktu poszukiwania tożsamości zarzutu staje się hipokryzją - Polki i Polacy, którzy przez wiele lat doświadczali opresji polegającej na odmawianiu im odrębności kulturowej powinni być szczególnie wyczuleni na unikanie tego typu kulturowego imperializmu.

Podnoszone w tej dyskusji argumenty za jednoznaczną przynależnością Ślązaczek i Ślązaków do "polskiej macierzy" niespecjalnie mnie przekonują. Śląsk, przez wieki pozostający poza Polską, miał swój okres książąt piastowskich i niemieckiej kolonizacji, władztwa Czech, Austrii, Prus i Niemiec, który z pewnością wykształcił poczucie odrębności tego rejonu wśród części zamieszkującej go ludności. Warto przypomnieć, że o ile przez dziesięciolecia Niemcy traktowali rdzenną ludność jako Polaków, to chociażby w Polsce Ludowej sporą jej część zmuszono do emigracji, uznając za... Niemców. Lekceważenie tej skomplikowanej historii w analizowaniu sytuacji na Śląsku przypominać może chociażby ignorancję sporej części zachodniej sfery opiniotwórczej wobec środkowoeuropejskiej specyfiki - aż dziw bierze, że tak łatwo przychodzi nam internalizowanie takiego podejścia.

W jednym z wywiadów prasowych Gorzelik zauważył ciekawą rzecz - tradycje śląskie zostały zepchnięte, tak jak wielkopolskie, poza obręb głównego nurtu polskiej tożsamości, a pozytywistyczne wartości kultywowane w tych rejonach przykryte przez tradycję sarmacko-romantyczną. Mało o tym w Polsce się mówi - podobnie jak mało mówi się o zjawisku, opisanym przez Jarosława Hrycaka, który w wywiadzie-rzece zwrócił uwagę na to, jak wielką rolę w budowaniu nowoczesnej, ukraińskiej tożsamości odegrali... polscy szlachcice. Z jakichś względów nie odpowiadała im najwyraźniej polska, cierpiętnicza narracja, uznając, że bardziej odnajdują się w innym projekcie tożsamościowym. Łatwo histerycznie zawołać "zdrada" na tego typu przypadki, dużo trudniej - zanalizować ich przyczyny i wyciągnąć wnioski na dziś. Ponieważ krzyczeć "zdrada" na konstruowanie tożsamości nie zamierzam, zatem z tego punktu widzenia uznanie istnienia narodu śląskiego, czy idąca za tym obecność 5-10 posłów takowej mniejszości w Sejmie nie jest dla mnie wizją niepokojącą.

Nie oznacza to, że nie mam z RAŚ problemów. Mam, i to spore. Jak na razie bowiem niewiele wskazuje na to, by mógł on wprowadzić do debaty politycznej nowe, świeże spojrzenie. Kiedy już zejdziemy z poziomu promowania regionalnych kolorów na Stadionie Śląskim, wprowadzenia edukacji regionalnej czy decentralizacji okazuje się, że innych postulatów jest jak na lekarstwo. Wyszukałem tegoroczny program wyborczy stowarzyszenia i cóż - na kolana nie powalił. Na wiele pytań zwyczajnie nie odpowiada, poza sprawną absorpcją funduszy europejskich i rozwojem infrastruktury za wiele w nim nie ma, a to co jest nie wykracza pod względem zakresu kompetencji już istniejącym instytucjom regionalnym. Po cóż zatem federalizacja kraju? Jeśli założyć, że pod jurysdykcją ewentualnego Sejmu Śląskiego miałby być szeroki zakres dziedzin życia, może poza dyplomacją, walutą i obronnością, to czemu brak wizji politycznej regionu po tego typu zmianach ustrojowych? Jaki jest pomysł RAŚ na regionalną opiekę zdrowotną? Jaka jest wizja zagwarantowania bezpieczeństwa na ulicach? Tego typu pytania można mnożyć, gorzej ze znalezieniem na nie odpowiedzi.

Środkowoeuropejski separatyzm nie jest niestety tym samym, co w Europie Zachodniej. Choć także i tam znajdują się partie prawicowe w obrębie tego nurtu, to olbrzymią rolę odgrywają w nim progresywne przekonania polityczne. Szkocka Partia Narodowa i Plaid Cymru w Walii to formacje socjaldemokratyczne, analogiczne formacje we Francji czy Hiszpanii potrafią być jeszcze bardziej na lewo. Łączą one dążenie do autonomii czy niepodległości politycznej ze społeczną emancypacją - tworzeniem bardziej egalitarnego społeczeństwa, co ma być łatwiejsze w wypadku mniejszych bytów państwowych bądź regionalnych. Model niezależności, dominujący chociażby w sprzymierzonym z Zielonymi w Parlamencie Europejskim Wolnym Sojuszu Europejskim kładzie nacisk na wszelkie jej wymiary - w tym brak opresji ze względu na płeć czy status finansowy.

W wypadku RAŚ takiej perspektywy zwyczajnie brakuje - na wyższych szczeblach organizacji jest ona ignorowana, na niższych potrafi być agresywnie zwalczana. Członkowie stowarzyszenia potrafią grać kartą homofobiczną czy pojawiać chociażby w konserwatywnych kontrmanifestacjach przy okazji procesu, wytoczonego "Gościowi Niedzielnemu" przez Alicję Tysiąc. Trudno coś powiedzieć na temat poglądów ekonomicznych Ruchu - tu znowuż, w dołach partyjnych zdaje się dominować podejście neoliberalne, zaś w samych wypowiedziach Gorzelika da się znaleźć fragmenty, sugerujące co najmniej akceptację dla tego typu postawy. Kiedy mówi on o autonomii politycznej, uzasadnia on ją stwierdzeniem, że państwa powinno być jak najmniej, nie zaś na przykład tym, że na przykład pieniądze pozostawione w regionach będą służyły poprawie jakości usług publicznych. Daleko takiemu podejściu do deklaracji zachodnioeuropejskich formacji "narodów bez państw", prezentujących całościowe projekty polityczne, umożliwiające ludziom samodzielne przekonanie się na temat tego, czy zaprezentowane w nich postulaty faktycznie będą zwiększać ich autonomię. Osoba o śląskiej tożsamości nie musi być w pierwszym rzędzie zainteresowana edukacją regionalną, jeśli pozostaje bez pracy albo nie może posłać swojego dziecka do żłobka.

W tym kontekście koalicja PO-PSL-RAŚ wydaje się dużo bardziej oczywista niż rzekomo bardziej oczywista PO-PSL-SLD. Koalicyjnym partnerom blisko ideologicznie do siebie, a wpisanie do umowy koalicyjnej takich zapisów, jak chociażby rzeczone edukacja regionalna czy ponowne przemyślenie koloru ławek na Stadionie Śląskim było doprawdy niewielką ceną, jaką zapłaciła Platforma za odsunięcie od współrządzenia lewicy. Brak holistycznej wizji politycznej ze strony RAŚ jest formacji Gorzelika na rękę - zawsze będzie mógł się chwalić tym, że część postulatów programowych jest przez sejmik realizowana, jednocześnie mogąc bez problemu mówić, że nie ma wpływu na utrzymanie status quo względem relacji Katowice-Warszawa. Jednocześnie - jeśli chodzi o "autonomię dnia codziennego" Ślązaczek i Ślązaków, niezależnie od autodefinicji narodowościowej, może ona w wyniku takiego aliansu erodować (więcej w nim bowiem chociażby dbałości o drogi niż o politykę społeczną wysokiej jakości) zamiast ulegać zwiększeniu. Nie mam wątpliwości, że nasza sejmikowa radna - Małgorzata Tkacz-Janik - będzie pod kątem zapewniania ludziom realnej, a nie wyobrażonej autonomii patrzeć stowarzyszeniu Gorzelika na ręce.

7 grudnia 2010

Powybierani

Wybory, wybory i po wyborach - chciałoby się rzec. Żadnych większych zaskoczeń w II turze nie było, choć nie da się też powiedzieć, że nie ma w ogóle niespodzianek. Zgodnie z przewidywaniami w większości wypadków wygrali dotychczasowi prezydenci (głównie mężczyźni), silący się na podkreślanie swej niezależności - co jak dowodził między innymi Michał Syska w dużej mierze jest sprawnie sprokurowaną fikcją. Większość z nich zaczynała bowiem w strukturach partyjnych, ale zdołała zbudować wokół siebie alternatywne struktury, które zmieniła w sprawne, wyborcze machiny. Paradoksalnie w ich wyborczych szansach mogła im pomóc Platforma Obywatelska ze swym magicznych hasłem "Z dala od polityki". Skoro z dala, to czemuż ludzie mieli głosować na kandydatów partyjnych, kiedy na wyborczej karcie byli też i "bezpartyjni"?

Wydaje się, że PO odniosła dość nieprzekonujące zwycięstwo, jeśli chodzi o szczebel prezydencki. Wizerunkowo na pewno symbolicznie zyskała - Hanna Zdanowska zostanie pierwszą kobietą-prezydentką Łodzi, co sprawi, że zwolnione po niej miejsce w Sejmie zajmie pierwszy w III RP czarnoskóry poseł - John Godson, jednak już na poziomie ilościowym trudno rysować sytuację w różowych barwach. Szczęśliwie dla partii Donalda Tuska udało się pokonać urzędujących prezydentów Bydgoszczy (kto śledzi bloga moich koleżanek i kolegów chyba już wie, że Konstanty Dombrowicz zasłużył sobie na wymianę jak mało kto) w Elblągu czy w Płocku, a także pokonać PiS w prestiżowym pojedynku w Lublinie, jednak to nieco mało. Szczecin, Kraków, Poznań - w tych dużych miastach ta sztuka już się nie powiodła, a jeśli doliczyć do tego miejscowości, w których urzędujący prezydenci wygrali w I turze, to obraz powyborczego pola bitwy daleki jest od marzeń sztabowców PO.

Nie jest też tak, że na osłabieniu Platformy utuczył się PiS - nich z tych rzeczy. Największym miastem pod ich kontrolą będzie Radom - i na tym ta lista się kończy. Nawet na Podkarpaciu górą okazali się niezależni. SLD w tej kategorii może pochwalić się znacznie lepszymi rezultatami - jeszcze w I turze udało się Januszowi Kubickiemu w Zielonej Górze, w turze drugiej - poza sukcesami w miastach takich jak Słupsk czy Stargard Gdański, gdzie udało się obronić dotychczasowych włodarzy z lewicy, zdobyte zostały dwa miasta-bastiony prawicy. Częstochowa i Łomża, gdzie udało się pokonać odpowiednio PO i PiS zdają się pokazywać, że POPiSowy duopol powoli zaczyna się chwiać. Zwycięstwo Jacka Majchrowskiego w Krakowie czy wyrównane starcia osób związanych z lewicą w Opolu i Wałbrzychu - wszystko to wskazuje, że nie jest z nią tak źle, jak można by usłyszeć z ust sceptyków. Inną ważną wiadomością niedzielnego wieczoru jest ta, że oskarżany o molestowanie seksualne Czesław Małkowski nie wróci na fotel prezydenta Olsztyna - to dobra wiadomość, po I turze istniało bowiem całkiem spore prawdopodobieństwo takiego rozwoju wypadków.

Oczywiście nie da się - jak słusznie zauważa Wiesław Dębski - prorokować o wynikach przyszłorocznych wyborów parlamentarnych jedynie na podstawie zakończonych właśnie wyborów samorządowych. Nie da się też jednak zupełnie ich pominąć - już zresztą pojawiają się pierwsze sondaże, w których po świetnym wyniku na poziomie sejmików wojewódzkich PSL idzie w górę. W tegorocznym teście nie brały jeszcze udziału nowe, krystalizujące się ugrupowania - Ruch Poparcia Palikota oraz Polska Jest Najważniejsza. Jednocześnie medialne komentarze były dość jednoznaczne - trudno mówić o sukcesie tak PO, jak i PiS, a swoją pozycję na politycznej scenie tak SLD, jak i PSL odbudowują całkiem prężnie. Choć mało prawdopodobne, by w ciągu najbliższego roku pozycja Platformy miała osłabnąć na tyle, by miała ją przeskoczyć jakakolwiek inna siła polityczna, o tyle nie da się już z pewnością powiedzieć, czy na przykład lewica nie przeskoczy pod względem poparcia formację Jarosława Kaczyńskiego, czy do Sejmu wejdą jakiekolwiek nowe formacje i jaki ostatecznie będzie wynik ludowców. Paradoksalnie ta niepewność może nieco ożywić rodzimą demokrację - nic bowiem nie działa na nią równie źle, jak brak politycznej konkurencji dla formacji rządzącej.

2 grudnia 2010

Co teraz?

Powyborczy krajobraz w Warszawie przypomina nieco pobojowisko. Wygrana Hanny Gronkiewicz-Waltz już w I turze, a także zdobycie przez PO samodzielnej większości w Radzie Warszawy, stanowi duże wyzwanie dla progresywnej polityki w naszym mieście. Wygląda na to, że obecna pani prezydent otrzymała od wyborczyń i wyborców dość spore wotum zaufania, którego nie da się tak łatwo wytłumaczyć li tylko słabością politycznej konkurencji czy tym bardziej "strachem przez PiSem". Nadal w pamięci tkwi marazm, z jakim miasto zmagało się w okresie kadencji Lecha Kaczyńskiego, doszła to tego także kwestia zmiany języka przez ubiegającą się o II turę Gronkiewicz-Waltz. Wyrobiwszy sobie już markę jako osoba, która rozruszała miejskie inwestycje, tym razem chętniej sięgnęła po hasła związane z jakością życia, co poważnie utrudniło życie głównym konkurentom. Czesław Bielecki najpierw skupił się na narzekaniu na stołecznych urzędników, potem zaś zaczął próbować "schodzić do ludzi", co prowadziło niekiedy do kuriozalnych pomysłów, takich jak wyrzucanie osób ubogich ze Śródmieścia. Wojciech Olejniczak próbował nieco grać kartą "miasta dla ludzi", ale niestety - brak bardziej stanowczego punktowania obecnej pani prezydent dał się we znaki. Stanie w rozkroku rzadko jest zadaniem łatwym, niemniej jednak, paradoksalnie - atakowanie PO i odbieranie jej głosów dawało większe szanse na pozostanie z nią przy władzy, niż dyskretne przytyki.

Rezultaty tego stanu rzeczy widoczne są gołym okiem - na 60 radnych Rady Warszawy PO będzie ich miała 33, PiS - 17, a SLD - 10. Odpływ głosów zarówno od formacji Jarosława Kaczyńskiego, jak i Grzegorza Napieralskiego, nie okazał się tak dramatyczny, jak się spodziewano. Platforma zawdzięcza możliwość samodzielnych rządów dużo bardziej Prawu i Sprawiedliwości niż lewicy, ta bowiem - w porównaniu do roku 2006, straciła tylko jedno miejsce. SLD jako takie nie straciło nic, nadal bowiem będzie miało 8 radnych, którym będą towarzyszyć Krystian Legierski z Zielonych oraz Alicja Tysiąc. Strata raptem dwóch punktów procentowych okazała się znacznie mniej dramatyczna niż się spodziewano - jeszcze rok temu, z prognoz opartych na przeniesieniu na poziom samorządowy wyników z wyborów do Parlamentu Europejskiego całkiem realna okazała się wizja, że uda się obronić raptem 3 mandaty. Sojusz Sojuszu z Zielonymi i Partią Kobiet pozwolił na zahamowanie odpływu wyborców do PO, przez co w efekcie wynik SLD jako samodzielnej marki nie różni się tak znacząco od silniejszego pod względem formatu nazwisk (kandydatura Borowskiego była, jak widać, znacznie mocniejsza od Olejniczaka) LiDu.

Chociaż pod względem liczbowym SLD nie poniosło większych strat, to jednak - ze względu na "utuczenie się" Platformy czwórką mandatów zdobytych na PiSie i jednym na LiDzie, atrakcyjność koalicyjna Sojuszu spadła niemal do zera. Można spekulować, że centrala partii będzie uzależniała wejście w koalicje z Platformą w niektórych sejmikach od aliansu w Warszawie, ma on jednak bardzo kruche podstawy. SLD i PiS w żadne koalicje nie wejdą, a już w kilku województwach trwają utarczki wewnątrz Platformy, mające na celu zmianę politycznych partnerów (np. poprzez koalicję z Mniejszością Niemiecką na Opolszczyźnie albo z Ruchem Autonomii Śląska), tak więc PO w żadnym wypadku nie czuje się zakładnikiem lewicy. Może ją zresztą całkiem skutecznie spacyfikować "miękkim rozwodem", czyli pozostawieniem w miejskich spółkach osób związanych z Sojuszem, przez co mogłaby liczyć na wsparcie radnych tej partii. Opowiadanie, że większość trzech głosów jest dość kruchą, jest nietrafione - Platforma zrobiła wszystko, by na jej listach pojawili się lojalni ludzie i nic nie wskazuje na to, by miała chęć dzielenia się chociażby stanowiskami w Ratuszu (Gronkiewicz-Waltz już zresztą zapowiedziała, że mowy o tym być nie może) - zawsze, jeśli w wyniku braku dyscypliny w jej szeregach jakiś pomysł nie przejdzie, będzie mogła zmobilizować się i na kolejnym posiedzeniu go przeforsować. Nie mówiąc o tym, że absencja podczas obrad dość solidarnie dotyka wszystkie kluby...

Najgorszą możliwością dla Sojuszu byłoby przyjęcie oferty "miękkiego rozwodu". W obliczu prywatyzacyjnych zakusów Platformy nawet tak wątpliwe dobro, jakim są miejsca w miejskich spółkach, przestaje być oczywiste. Zdaje się to widzieć Grzegorz Napieralski, który w powyborczym komentarzu wypunktował dość dobrze miejsca, w których kampania jego partii w stolicy zawiodła. Zabrakło silniejszego punktowania PO i wyraźniejszego wskazywania, co Sojuszowi udało się w koalicji z nią osiągnąć. Pod sam koniec kampanii o tym, czemu SLD jest ważne dla politycznego krajobrazu miasta, wspomniał Wojciech Olejniczak - dla przykładu w Wesołej, gdzie lewica nie współrządziła, nie rozwijała się sieć przedszkolna, a na Śródmieściu, gdzie w koalicji byli, nastąpił progres w polityce społecznej. Niestety, tego typu akcenty pojawiło się za późno i za mało, by ktoś mógł np. zapamiętać wprowadzenie biletu seniora w środkach komunikacji publicznej - w 1/3 stołecznych dzielnic (6 z 18) nie będzie nawet radnych SLD w lokalnych radach! Odbudowa programowej niezależności i wyrazistości lewicy nie nastąpi, jeśli nie dojdzie do jej jasnego przejścia w szeregi opozycji. Paradoksalnie niechęć PO do dzielenia się w tej kadencji władzą może wpłynąć zbawiennie na wyborcze szanse SLD za 4 lata.

Budowanie i prezentowanie politycznej alternatywy dla Platformy Obywatelskiej może nie być takie trudne, jak na pierwszy rzut oka wygląda. SLD stoi przed szansą pokazania praktycznych pomysłów na miasto dla ludzi, w opozycji do Platformerskiej wizji miasta jako firmy. Budowanie myśli programowej i poszukiwanie sojuszników w ruchach społecznych będzie tym ważniejsze, że raczej mało prawdopodobne będzie zablokowanie najbardziej ideologicznych pomysłów ekipy Hanny Gronkiewicz-Waltz, takich jak prywatyzacja SPEC w celu łatania miejskiej dziury budżetowej. W kuluarach mówi się już o kolejnych podobnych pomysłach, takich jak chociażby podwyżka cen biletów komunikacji miejskiej czy wyprzedawanie komunalnych zasobów lokalowych.

W takim kontekście rola Zielonych dla realizowania progresywnej polityki miejskiej jest całkiem znacząca. Krystian Legierski, nasz nowy radny, uzyskał ponad 5,3 tysiąca głosów mieszkanek i mieszkańców Mokotowa i drugi wynik spośród osób kandydujących z list SLD. Nie da się tego wytłumaczyć li tylko pierwszym miejscem na liście, wszak bardzo dobry wynik (ponad 4,8 tys. głosów) uzyskała na niej Alicja Tysiąc. Mając za sojusznika osobę specjalizującą się w kulturze, zainteresowaną kwestiami mieszkaniowymi, a także mającą spore wsparcie - nie tylko partyjne - chociażby w dziedzinach ochrony środowiska, odpadów czy transportu, SLD będzie miało istotne, merytoryczne wzmocnienie w Radzie Warszawy. Program Zielonych zyskał mocne, społeczne poparcie i większe jego wykorzystywanie przez warszawskie SLD może zapobiec politycznej marginalizacji. Dalsza praca merytoryczna - rozwijanie sieci kontaktów, realna i partnerska współpraca między SLD a partiami startującymi z ich list (Partia Kobiet, Unia Pracy, Zieloni) może przyczynić się do tego, że za 4 lata uda się zrealizować choćby plan minimum w postaci przegonienia PiS, a najlepiej - zdobycia najlepszego wyborczego wyniku spośród startujących komitetów. Dziś wydaje się to zadaniem trudnym, dodatkowo najeżonym olbrzymią ilością pułapek po drodze. Osobiste ambicje, myślenie wąsko pojętym interesem partyjnym czy zwyczajne lenistwo intelektualne - to zmory, które trapią polskie formacje polityczne głównego nurtu. Jeśli SLD chce realnie zawalczyć o Warszawę w roku 2014, musi pokazać, że umie sobie z tymi zmorami radzić.

Warszawska polityka nie kończy się rzecz jasna na Radzie Miasta, dlatego dla Zielonych kluczowymi wyzwaniami będą: dalsza praca programowa (szczególnie w dziedzinie miejskiej polityki budżetowej), sprawność organizacyjna oraz trzymanie ręki na pulsie oddolnych inicjatyw społecznych. Wraz ze zdobyciem politycznej reprezentacji zwiększyć może się też (można by rzec - nareszcie!) możliwość współpracy z organizacjami pozarządowymi, chcącymi realizacji podobnej czy wręcz takiej samej wizji miasta, co i my. Jeśli te główne zadania będziemy realizować, zielone będzie rosło. Z całą pewnością.

Tekst ukazał się na stronach internetowych e-Kurjera Warszawskiego.

30 listopada 2010

Raport sondażowy - listopad 2010

Przeglądając uśrednione wyniki badań sondażowych z kończącego się miesiąca i porównując je z oficjalnymi wynikami wyborów samorządowych, możemy z jednej strony sprawdzić, jak duża jest różnica w naszych strategiach wyborczych w poszczególnych typach wyborów, po drugie zaś - sprawdzić skuteczność przewidywań ośrodków badania opinii publicznej. Kiedy porównamy wyniki PKW z badaniami z wieczora wyborczego, okaże się, że chyba po raz pierwszy w tak dużych badaniach poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości okazało się wyższe, niż ostateczny wynik wyborczy - aż o 4 punkty procentowe. To, że Platforma Obywatelska wypadła znacząco poniżej własnych oczekiwań widać gołym okiem, podczas gdy - właśnie ze względu na słupki z niedzielnej nocy i buńczuczne zapewnienia, że gdyby nie Kluzik-Rostkowska & Co. PiS by wygrało - nie pisze się o tym tak dużo, jak należy. 23% głosów w sejmikach, pierwsze miejsce raptem w dwóch (+ na Podlasiu ex aequo z PO), żadnych szans na przejęcie władzy w którymkolwiek z nich, symbolizowane przez koalicję PO-PSL-SLD na Podkarpaciu... Wygląda na to, że prezes Kaczyński doczekał się kordonu sanitarnego wokół własnej osoby, który może oznaczać wyczerpanie się formuły jego partii i dalsze przejścia do powstającej formacji Polska Jest Najważniejsza.

Wyniki wyborów samorządowych mogą wskazywać na to, że nisza na formacje polityczne spoza "wielkiej czwórki" powoli, ale jednak będzie powstawać. Platforma Obywatelska wypadła dość mało przekonująco (pamiętajmy, że od słabego wyniku SLD w wyborach samorządowych 2002 roku dla tej partii było już tylko gorzej) i zdaje się tracić wyborców na rzecz lewicy i ludowców. Oś niedoszacowania sondażowego zdaje się przesuwać z partii opozycyjnych na mniejsze formacje. Mało prawdopodobne, by PSL w wyborach parlamentarnych miało uzyskać wynik podobny do samorządowych, ale równie mało prawdopodobne staje się dziś wypadnięcie partii Waldemara Pawlaka z Sejmu. W porównaniu do zaprezentowanego uśrednienia lepsze rezultaty uzyskało SLD - wprawdzie ostatecznie partia ta stała się drugą, polityczną siłą tylko w dwóch województwach (wielkopolskim i lubuskim, minimalnie przegrała na Pomorzu Zachodnim z PiS), to jednak wydaje się, że słowa Jarosława Gowina, że za rok to SLD będzie głównym przeciwnikiem PO, mogą okazać się prawdą. Wygląda też na to, że lewica odzyskuje pole tam, gdzie dominuje Platforma, więc bez zejścia z politycznej sceny PiS proces ten będzie przebiegał znacznie wolniej.

Czy nowo powstałe formacje mają w takiej rzeczywistości szanse? Sondaże nie były dla inicjatywy Janusza Palikota zbyt pomyślne w tym miesiącu. Także wysoki wynik formacji Kluzik-Rostkowskiej bierze się z dobrego startu, a nie zrównoważonego na wysokim poziomie poparcia politycznego. W ostatnich w tym miesiącu notowaniach obie te inicjatywy potrafiły szorować polityczne dno z jednoprocentowymi słupkami poparcia. Sytuacja po wyborach samorządowych zaczęła być wprawdzie bardziej sprzyjająca wobec rozszczelnienia systemu partyjnego, jednak niekoniecznie dla nowoczesnej partii konserwatywnej albo populistyczno-liberalnej. Przepływy głosów z PO do SLD świadczą o słabnięciu lęku przed PiS, którym żywił się Palikot, Platforma, tracąc swe lewe skrzydło, zwinnie przeniosła się na bardziej chadeckie pozycje, które teraz usiłuje zająć Polska Jest Najważniejsza. Nie wiadomo jednak, jaka będzie sytuacja za rok - mocno niepewna sytuacja budżetu czy napięcia w strefie euro mogą nie pozostać bez wpływu na koniunkturę ekonomiczną i na nastroje społeczne. Jedno można powiedzieć z dość sporą dawką pewności - raczej nie będzie nudno.

28 listopada 2010

Zielony Pudelek prezentuje: Świętujemy sukces wyborczy!

Bardzo nam brakowało Zielonego Pudelka na łamach tego bloga. Na szczęście nadarzyła się ku temu znakomita okazja. W piątkowy wieczór świętowaliśmy nasz wyborczy sukces - pierwszą piątkę Zielonych w samorządach w całej Polsce. Przewodniczący partii, Dariusz Szwed i Małgorzata Tkacz-Janik, mieli komu dziękować za olbrzymi wysiłek kampanijny - lista osób wspierających nas tu, w Warszawie, odczytywana przez koordynatorkę naszego startu, Aleksandrę Kretkowską, liczyła sobie 3 strony! Kulisy naszego świętowania - w fotorelacji.

23 listopada 2010

Zielona Fala dotarła do Polski

Warto było czekać na taki dzień. Zdobycie pierwszych w historii naszej partii mandatów w organach wybieranych w bezpośrednich wyborach zajęło nam 7 lat, ale w końcu się udało. Chociaż brak oficjalnych wyników ze strony PKW nie ułatwia pisania na gorąco o tak istotnym wydarzeniu, to jednak ze sporą dozą prawdopodobieństwa mogę ogłosić, że piątka Zielonych - 3 kobiety i 2 mężczyzn - będzie reprezentować naszą partię w samorządach na terenie kraju. Co ważne, osoby te mandaty zdobyły w różnych jego częściach, co tworzy niezłe perspektywy na dalszy rozwój naszych struktur.

- Z pewnością najbardziej radosną informacją będzie fakt - już praktycznie pewien - wyboru do sejmiku województwa śląskiego naszej przewodniczącej, Małgorzaty Tkacz-Janik. Wieloletnia działaczka feministyczna, zaangażowana w działalność społeczną na rzecz równych szans kobiet i mężczyzn, poradziła sobie z konkurencją na listach SLD, a także ze wzrostem Ruchu Autonomii Śląska. Zasiadać będzie w organie reprezentującym 4 miliony mieszkających na Górnym Śląsku i Podbeskidziu osób, co pokazuje, że wyborczynie i wyborcy - nawet w tak rzekomo konserwatywnym regionie - są gotowi na odświeżającą dawkę zielonej polityki. Zielona wizja samorządu, reprezentowana przez działaczkę na rzecz praw kobiet - przez wiele lat mówiono nam, że tego typu połączenia nie przejdą. Przechodzą, co pokazuje, że ekopolityka zaczyna poczynać sobie coraz śmielej w Europie Środkowej.

- Po sąsiedzku, bo w Opolu, do rady miasta udało się wejść Beacie Kubicy. Była to pierwsza osoba, o której sukcesie dowiedzieliśmy się z rana. Innym pewnym sukcesem jest zdobycie mandatu przez Sebastiana Kotlarza, zdeklarowanego feministę, któremu zdarza się pisać teksty do portalu Feminoteki. Sebastian stanowi zaprzeczenie mitu, że na Zielonych głosują tylko jedynie dobrze sytuowane osoby z wielkich miast, został on bowiem wybrany w okręgu... Smolec - do rady gminy Kąty Wrocławskie. Pokazuje to, że połączenie zielonego programu i cieszącej się autentycznym, społecznym poparciem lokalnej społeczności postaci może zaprocentować wyborczym sukcesem.

- Zieloni zwyciężają nie tylko na Śląsku. Bardzo dobry wynik SLD na Pomorzu Zachodnim sprawił, że z drugim wynikiem na liście lewicy do sejmiku wojewódzkiego niemal na pewno wejdzie Ewa Koś - przedsiębiorczyni, feministka, działaczka antyatomowa i wieloletnia liderka Zielonych w regionie. Jeśli nic się nie zmieni, to będzie to olbrzymi sukces, znacznie ułatwiający chociażby możliwości współpracy transgranicznej z niemieckimi Zielonymi czy rozwój struktur w województwie (nie tylko w Szczecinie). Dotyczy to rzecz jasna wszystkich miejsc, w których udało się nam osiągnąć wyborczy sukces.

- Wiele wskazuje też na to, że uda się i w Warszawie. Na Mokotowie Krystian Legierski i Alicja Tysiąc idą łeb w łeb, ale dzięki ich świetnym wynikom SLD w tym okręgu zdobyło niemal 20%. Bardzo możliwe, że będzie to jedyny z 9 rejonów miasta, w którym Sojusz zdobędzie dwa mandaty do Rady Warszawy. Byłaby to świetna wiadomość - bastion lewicy wysłałby jako swoją reprezentację geja-przedsiębiorcę i kobietę, walczącą o prawo do decydowania o własnym życiu, bodaj najbardziej progresywnych kandydatów, jacy pojawili się na stołecznym rynku politycznym w tych wyborach. Sukces Krystiana sprawia, że zielony głos polityczny będzie mocniej niż do tej pory słyszany w życiu naszego miasta, co - nie ukrywam - bardzo mnie cieszy. Jak widać, Zielona Fala jest już w Polsce. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej.

22 listopada 2010

Pierwsze wrażenia

- Nie da się ukryć, że sondażowy wynik Wojciecha Olejniczaka (być może kiedy będziecie czytać te słowa będą już bardziej aktualne dane, jednak nie spodziewałbym się, by miały one być skrajnie różne od tych z wieczoru wyborczego) nie jest zachwycający - 13-14% i trzecie miejsce trudno uznać za spełnienie marzeń. Wynik ten jest gdzieś pośrodku między hurraoptymistycznymi badaniami w okolicach 20%, a niedawnymi analizami, dającymi mu raptem 8% poparcia. Dużo bardziej istotny jest fakt, że traci znacznie więcej niż przewidywano do Czesława Bieleckiego - popierany przez PiS kandydat otrzymać miał niemal co czwarty głos, czego nie przewidywało praktycznie żadne badanie opinii publicznej. Wynik Olejniczaka uniemożliwił także przyblokowanie wzrostu poparcia dla Hanny Gronkiewicz-Waltz z lewej strony, przez co coraz bardziej pewne staje się zakończenie wyborów prezydenckich w stolicy na poziomie I tury. Z innych wyników warto zwrócić uwagę na wysokie wsparcie dla Janusza Korwin-Mikkego (ok. 4,5-5,5%), oraz na niskie - Katarzyny Munio, która prawdopodobnie nie przebiła progu 2%. Kiedy piszę te słowa nie ma jeszcze przewidywań dotyczących składu Rady Miasta, ale bardzo prawdopodobne, że Platforma Obywatelska będzie w niej mieć bezwzględną większość, co pozwoli na samodzielne rządy w mieście.

- Z medialnych doniesień względem prezydentów największych miast wyłania się niejednoznaczny obraz. Słaby wynik Majchrowskiego w starciu z Kracikiem w Krakowie może wprawdzie jeszcze zostać odwrócony w II turze, jednak powinien być poważnym sygnałem ostrzegawczym dla urzędującego prezydenta, że nie wszystkie sprawy miejskie są przez niego rozwiązywane w sposób satysfakcjonujący dla lokalnej społeczności (np. kwestia Zielonego Zakrzówka). W Łodzi w kolejnej fazie zmierzą się PO i SLD - Dariusz Joński, kandydat Sojuszu, prześcignął pretendenta z PiS, Witolda Waszczykowskiego, i to pomimo posiadania silnej, lewicowej konkurencji w postaci Zdzisławy Janowskiej. Wielkim sukcesem są oscylujące w granicach 8% wyniki oddolnego, społecznego komitetu "My-Poznaniacy", walczącego z niezrównoważonym rozwojem miasta za rządów Ryszarda Grobelnego - byłaby to pierwsza tego typu inicjatywa, której udałoby się sforsować ograniczenia ordynacji wyborczej i zdobyć mandaty w radzie jednego z większych polskich miast, nie będąc ani komitetem urzędującego prezydenta, ani też już zasiadających w samorządzie radnych.

- W sejmiku mazowieckim PiS zdobył największą ilość głosów - aż 30%, przeganiając PO (29,5%). Silne będzie tu PSL (18,8% według exit poll TNS OBOP dla TVP), SLD poprawiło nieco swój wynik z roku 2006, ale bez rewelacji - 13,7%. Widać zadziałała duża mobilizacja w mniejszych ośrodkach, tradycyjnie bardziej skłonnych do oddawania głosu na partię Jarosława Kaczyńskiego. Mało jednak prawdopodobne, by Prawo i Sprawiedliwość ze swoją obecną zerową zdolnością koalicyjną miało objąć w sejmiku władzę, bardzo za to możliwa jest "wielka koalicja" całej reszty, swoisty "kordon sanitarny" w tych okręgach, gdzie PiS wysunął się na prowadzenie. Bardzo możliwe, że uda się go stworzyć nawet w ostatnim bastionie Kaczyńskiego, czyli na Podkarpaciu, chociaż na ostateczny werdykt w tej kwestii musimy poczekać do ogłoszenia oficjalnych wyników wyborczych przez PKW, co może nastąpić najpóźniej do środy.

- Ogólnie rzecz biorąc każda z partii "wielkiej czwórki" poprawiła swoje wyniki w wyborach do sejmików w porównaniu do roku 2006. I tak - PO zdobyć ma 33,8% głosów (w 2006 - 27), PiS - 27% (25), SLD - 15,8% (w 2006 jako LiD - 14%) i PSL - 13,1% (13). Wynik ludowców musi być sporym zaskoczeniem dla osób, które wieszczyły im zejście z politycznej sceny - okazuje się tymczasem, że partia Waldemara Pawlaka utrzymuje swój stan posiadania, być może dzięki zmniejszeniu się poziomu konkurencji wśród partii ogólnopolskich (nie ma już Samoobrony i LPR), być może też dzięki przekonaniu do siebie części elektoratu PO - w dwóch województwach (lubelskim i świętokrzyskim) udało im się nawet zostać drugą siłą w tamtejszych sejmikach. Znakomitą wiadomością dla lewicy jest fakt, że w 3 z 16 sejmików wojewódzkich (zachodniopomorskim, lubuskim i kujawsko-pomorskim) będzie ona drugą po PO siłą polityczną. Wygląda zatem na to, że pojawiają się pierwsze tereny kraju, gdzie dychotomia PO-PiS zaczyna pękać - i bardzo dobrze.

- Z innych ciekawych zjawisk warto zaobserwować, jak w niektórych województwach pojawiać się zaczyna silna, regionalna konkurencja dla ogólnopolskich partii politycznych. Do tej pory było tak głównie z mniejszością niemiecką na Opolszczyźnie (i jeszcze z lokalnym komitetem prezydenckim w Świętokrzyskim), ale teraz zaczęło się to zmieniać. Najbardziej proces ten jest widoczny na Śląsku - 6,6% poparcia dla Ruchu Autonomii Śląska czy 18,2% dla komitetu Dutkiewicza w wypadku wyborów sejmikowych robi wrażenie. Dodajmy do tego Porozumie Samorządowe z już wspomnianej Kielecczyzny (8,1%) oraz mniejszość niemiecką na Opolszczyźnie (11,6%) by zacząć na poważnie zastanawiać się, czy zaczynamy mieć do czynienia z rosnącą grupą ludzi, chcących także na szczeblu regionalnym głosować na formacje inne niż ogólnopolskie. To może być jedna z ciekawszych zmian na polskiej, samorządowej scenie politycznej w ciągu ostatnich kilku lat.

19 listopada 2010

Warszawa może być zielona - już w niedzielę!

Kończąca się kampania wyborcza wiele mnie nauczyła. Jeśli chodzi o pisanie tekstów - że nie zawsze trzeba pisać pięć akapitów, żeby zawrzeć wszystkie swoje myśli. Oczywiście - czasem wymagają one i więcej przestrzeni, ale możliwość przekazania tego, co ma się do powiedzenia w 500-1.000 znaków jest raczej przydatną umiejętnością, niż problemem z przekazem.

Nauczyłem się też, że nie warto kierować się utartymi schematami. Pomóc może osoba, po której by się tego nie spodziewało, głosy poparcia nadejść mogą z wielu, nieoczekiwanych miejsc - nie tylko zresztą z Warszawy. Czasem wystarczy porozmawiać, by rozwiać wątpliwości i uprzedzenia, które ludzie mogą o nas z różnych powodów mieć. Kiedy zatem mówimy o budownictwie, kulturze, ekologii czy polityce społecznej, nagle okazuje się, że nadajemy ze spotykanymi ludźmi na tych samych falach. Nie ma żadnego powodu by sądzić, że ludzie na Zielonych nie są gotowi. Są - i mam nadzieję, że niedzielne wyniki to pokażą.

Wypadałoby podziękować wszystkim tym, którzy w tych wyborach pomogli - zgodzili się na kandydowanie z naszych list i przeprowadzili własną kampanię, stawiali nam dedykowaną stronę internetową, czuwali nad wydaniem i dystrybucją gazety, którą rozdawaliśmy na ulicach miasta i która spotkała się - jak zwykle zresztą - ze sporym zainteresowaniem. Przygotowywanie konferencji prasowych, programu, internetowych audycji radiowych i klipów czy rozdawanie materiałów wyborczych oznaczało dla nas sporo wysiłku, nieprzespane noce, nieregularne spożywanie posiłków, rezygnację z czasu wolnego. Wszystkim tym, którzy tę wyborczą przygodę przeżyli z nami - dziękuję.

Wszystkim tym, którzy uwierzyli w to, że zielone miasto jest możliwe, dedykujemy słowa z pierwszej strony warszawskiego wydania "Zielonych Wiadomości". Dedykujemy je także wszystkim czytelniczkom i czytelnikom bloga, które/którzy jeszcze nie podjęli decyzji - w niedzielę, być może po raz pierwszy w historii, możecie zagłosować na to, w co wierzycie, bez obawy, że zmarnujecie swój głos. W demokracji każdy głos ma znaczenie, i do tego zdania chcieliśmy Was przekonać w tegorocznej kampanii. Przeczytajcie nasz program, zobaczcie, kto z Zielonych kandyduje w Waszej okolicy - i zmieńcie Warszawę na dobre, na lepsze.

Przez wiele lat mówiono, że miarą nowoczesności są szklane wieżowce i szerokie drogi. Okazało się, że przez wieżowce stoisz w korku, a poszerzanie ulic nic nie pomaga.

Naprawdę nowoczesne miasto to: tanie mieszkania komunalne, więcej żłobków i przedszkoli, wygodny i szybki transport publiczny. To inwestycje w kulturę i ochrona przed zabudowaniem parków, w których spędzasz czas z rodziną lub przyjaciółmi.

21 listopada masz szansę głosować za miastem przyjaznym dla ludzi – głosuj na Zielonych! Znajdziesz nas na liście nr 1.

Liczymy na Was.

PS>> Ze względu na ciszę wyborczą blog "Zielona Warszawa" publikował będzie nowe artykuły od poniedziałku. Zachęcam do odwiedzenia naszego bogatego - liczącego już ponad tysiąc wpisów - archiwum.

18 listopada 2010

Tomasz Szypuła dla Pragi Południe

Warszawa jest miastem, które dynamicznie się rozwija i zmienia. Jednak cięgle jest przed nami wiele wyzwań i problemów do rozwiązania. Najważniejszym zadaniem władz miasta jest uczynienie Warszawa lepszym miejscem do życia dla wszystkich mieszkańców.

Poniżej przedstawiam Państwu moje priorytety do realizacji w Radzie Miasta w kadencji 2010 – 2014:

Dla Pragi Południe

1. Budowa zintegrowanego dworca Warszawa Wschodnia, gdzie będą znajdowały się: odremontowany dworzec kolejowy, przeniesiony spod stadionu dworzec autobusowy i pętla autobusów ZTM

2. Linia tramwajowa łącząca Rondo Waszyngtona z Gocławiem

3. Rewitalizacja Parku Skaryszewskiego

4. Stworzenie w Radzie Warszawy ponadpartyjnej grupy roboczej dla całej prawobrzeżnej Warszawy

5. Skuteczna ochrona konserwatorska Saskiej Kępy

Dla całej Warszawy

1. Efektywna sieć żłobków i przedszkoli, w tym budowa nowych placówek w szybko rozwijających się dzielnicach – Tarchomin, Miasteczko Wilanów, Nowe Bemowo.

2. Dom seniora w każdej dzielnicy

3. Ścisła współpraca władz miasta z organizacjami pozarządowymi – zwiększenie roli konsultacji społecznych z udziałem mieszkańców miasta i ngo’sów

4. Utworzenie stanowiska pełnomocnika Prezydenta Miasta ds. rozwoju prawobrzeżnych dzielnic Warszawy

5. Pierwszeństwo dla transportu publicznego: rozbudowa sieci buspasów i Szybkiej Kolei Miejskiej

6. Wzmocnienie pozycji pełnomocnika Prezydent Warszawy ds. równego traktowania – aktywna polityka miejska w zakresie przeciwdziałania dyskryminacji z powodu płci, wieku, narodowości, religii bądź bezwyznaniowości, niepełnosprawności i orientacji seksualnej.

7. Zrównoważony rozwój miasta – rozbudowa infrastruktury miejskiej z poszanowaniem terenów zielonych oraz objęcie 100 proc. powierzchni miasta planami zagospodarowania przestrzennego.

8. Zwrócenie miasta ku Wiśle – rewitalizacja terenów po obu stronach rzeki od Cypla Czerniakowskiego do Mostu Gdańskiego.

9. Wyłączenie Warszawy z województwa mazowieckiego od 2020 roku, Warszawa stałaby się miastem na prawach województwa (wraz z zakończeniem kolejnej perspektywy budżetowej UE 2014-2020)

TOMASZ SZYPUŁA (1980), mieszkaniec Saskiej Kępy. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, absolwent Szkoły Liderów Organizacji Pozarządowych oraz Szkoły Praw Człowieka przy Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Od blisko dziesięciu lat zaangażowany w działania na rzecz praw człowieka, w tym szczególnie praw gejów i lesbijek. W 2005 roku był jednym z organizatorów zakazanej przez ówczesnego prezydenta Warszawy Parady Równości. Sprawa ta znalazła swój finał w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu, który orzekł, że władze Warszawy naruszyły Europejską Konwencję Praw Człowieka. W wyborach w 2006 roku kandydował do Rady Miasta Stołecznego Warszawy z listy Zielonych 2004. Od 2009 roku jest członkiem nieformalnej Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich, a od 2010 prezesem Kampanii Przeciw Homofobii.

Lista nr 1, miejsce 11. Okręg 2 Praga Południe

Zrobić porządek na Mokotowie

- Mieliśmy się spotkać w jakimś ważnym dla Mokotowa miejscu. Kilka przystanków stąd jest modna galeria handlowa, a ty mnie zabrałeś na jakiś – za przeproszeniem – bazar.

- Przyprowadziłem cię tutaj, bo właśnie bazar jest dla mnie punktem wyjścia do myślenia o demokratycznej polityce miejskiej.

Z Bartłomiejem Kozkiem spotykam się przy pasażu racławickim, niewielkim bazarku na skrzyżowaniu ulicy Racławickiej i alei Niepodległości. Kozek ubiega się o mandat radnego z drugiego miejsca na liście Zielonych 2004 i SLD w okręgu Stary Mokotów.

Wchodzimy między budki.

- Jak widzisz, na tym bazarze jest sklep spożywczy, warzywniak, usługi krawieckie, mięsny, bar orientalny. W tym sklepie z rzeczami dla zwierząt kupuję żwirek dla kotów – mówi Kozek. - Żeby mieć komfort robienia zakupów w galerii handlowej, trzeba tam dojechać samochodem. To oczywiście powoduje korki. Tu, na Niepodległości, nie jest tak źle, ale na Wołoskiej to już poważny problem. Na bazar można pójść na piechotę lub dojechać metrem.

- Bazar to nie obciach?

- Widzisz, kto tu przychodzi: emeryci, matki z wózkami, studenci. Bazar może być obciachem tylko dla przyjezdnych. Dla lokalnych mieszkańców to ważne miejsce, które wrosło w tkankę miejską.

Kozek przyznaje, że pasaż racławicki nie wygląda najpiękniej – biała blacha falista, z której zrobione są budki, do szczytów osiągnięć estetycznych nie należy. Uważa jednak, że estetykę takiego miejsca można poprawić niewielkim kosztem. - Poza tym, bazar ma jeszcze jedną poważną przewagę nad galerią handlową: jest przestrzenią demokratyczną, tzn. można przeprowadzić konsultacje z mieszkańcami dotyczące tego, jak należy funkcjonowanie miejskiego bazaru jako przestrzeni publicznej poprawić: jak jeszcze usługi czy sklepy są potrzebne, poszerzyć, czy zwęzić przejścia między stoiskami. W przypadki galerii handlowej to niemożliwe – mówi Kozek.

- Kawiarenki nie ma – czepiam się.

- Nie wszystko musi być na bazarze. – Kozek prowadzi mnie na Niepodległości, w stronę Kabat. - Tutaj widzisz lokalną herbaciarnię. Bazar jako miejsce spotkań może skupiać lokalną społeczność, ale może też promieniować. Ta herbaciarnia jest tego przykładem. Przyprowadziłem cię tutaj też po to, żeby opowiedzieć ci o tych ogródkach działkowych. Jeszcze Starzyński chciał, by w tym miejscu był wielki plac, który stanowiłby centrum dzielnicy. Teraz mamy w tym miejscu tereny zielone. Zastanawiałem się, co jest ważniejsze: centralny plac czy zieleń. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że to fałszywy dylemat. To właśnie bazar, oczywiście przerobiony, powinien być centrum dzielnicy, a działki - miejscem na spacery. Okolice pasażu można by ożywić np. jednodniowymi targowiskami w weekendy. Okoliczni mieszkańcy chcieli organizować święto ulicy Racławickiej. To też byłaby dobra okazja.

Zawracamy w stronę bazaru. Co jakiś czas potykam się o wystające płyty chodnikowe. Obok herbaciarni mijamy pralnię i sklep spożywczy. Żadnego banku. – Z tej perspektywy dobrze widać, że Stary Mokotów, kwadrat wytyczony przez ulice Wołoską i Puławską oraz Racławicką i Pole Mokotowskie to typowa miejska, zwarta zabudowa. Jak widzisz chodniki są w miarę szerokie, ale bardzo nierówne. Brakuje ścieżek rowerowych, a jazda na rowerze Alejami Niepodległości jest co najmniej ryzykowna. To powoduje, że nierzadko ludziom stąd łatwiej jest przedostać się do centrum i tam spotykać się ze znajomymi. A przecież i tu są fajne miejsca – opowiada Kozek.

- Z czego to wynika?

- Do kwestii transportu podchodzi się od złej strony. Priorytetem władz dzielnicy nie powinny być samochody. Mieszkańcy Starego Mokotowa do poruszania się po swojej okolicy potrzebują dobrych chodników i ścieżek rowerowych. Spójrz na tę przecznicę. Do niej zniża się chodnik. To świadczy o tym, co jest traktowane jako priorytet. Jezdnia powinna się podnosić w miejscu przejścia dla pieszych. Mielibyśmy przy okazji garb zwalniający.

Można powiedzieć, że rozwiązaniem byłoby metro. Ale nie o to chodzi. Zwykle wyobraźnia tych, którzy decydują o budowie metra, kończy się na zrobieniu podjazdu lub windy. A przecież po wyjściu z tej windy kłopoty ludzi na wózkach lub z wózkami się nie kończą. Dlaczego przy tym wyjściu nie ma żadnego stojaka na rowery? Takie stojaki powinny być również przy pasażu racławickim. Wtedy ten bazar mógłby się naprawdę stać centralnym miejscem dzielnicy.

- Ale nie ma tu przynajmniej grodzonych osiedli.

- Na Starym Mokotowie nie, ale po zachodniej stronie ulicy Wołoskiej, gdzie dzielnica się rozrasta, tak. Problemem zaczyna być również grodzenie już istniejących osiedli. To nie tylko segregacja mieszkańców ale przede wszystkim spadek jakości życia: zamknięte zostają ścieżki i przedepty, którymi ludzie chodzą, nie mówiąc już o ograniczaniu dostępu do takich miejsc jak place zabaw. Niestety władze nie korzystają z dostępnych jej instrumentów, takich jak plan zagospodarowania przestrzennego. Mokotów ma plan, ale pozostawia on wiele do życzenia. Z powodu różnych niedopatrzeń dochodzi do takich sytuacji, jak przy Jeziorku Czerniakowskim: deweloper stawia tam apartamentowce, choć to może zagrozić całemu ekosystemowi rezerwatu.

Jeśli zostałbym wybrany na radnego, chciałbym zaangażować się w prace komisji planowania przestrzennego. Chciałbym też zrobić porządek z lokalami należącymi do miasta i dzielnicy na Mokotowie. W zasadzie nie wiemy, ile takich lokali na Mokotowie jest. Część mogłaby służyć organizacjom pozarządowym. Wiedzielibyśmy również, iloma lokalami komunalnymi dysponujemy. Choć i tak wiemy, że w Warszawie jest ich za mało, bo po prostu się ich nie buduje.

- Łatwo powiedzieć, że należy takich lokali zbudować więcej.

- Ale samo ich wybudowanie też nie jest trudne. Przy sprzedaży terenu pod nowe budynki mieszkalne można jako jeden z warunków zgody na budowę zawrzeć punkt mówiący, że deweloper otrzymuje grunt po niższej cenie, jeśli jakiś procent lokali odda władzom dzielnicy na mieszkania komunalne. Przeciwdziałałoby to również segregacji mieszkańców. Jest to liberalne rozwiązanie, ale nie boję się go.

- Usłyszałem kiedyś, że Mokotów jest szybko starzejącą się dzielnicą.

- Około jednej czwartej mieszkańców Mokotowa to emeryci. Na Żoliborzu robi się akcję „kawa za złotówkę”. Polega to na tym, że emerytom miejscowy MOPS wydaje legitymacje, które uprawniają do zakupu kawy za złotówkę w wybranych kawiarniach, zazwyczaj w środku dnia, gdy młodsze osoby są w pracy, a lokale i tak mają mniej gości.

- Emeryci będą chcieli chodzić na kawę?

- Na Żoliborzu to się sprawdziło. Wiesz, łatwo jest narzekać na „mohery”, na to, że słuchają tylko Radia Maryja i Rydzyka. Taka kawa za złotówkę to oferta dla tych ludzi, by nie skazywać ich na siedzenie w domu.

- Dlaczego właściwie startujesz na radnego?

- Polityką zajmuję się od trzech lat. Brałem udział w kilku akcjach, w tym akcji obrony Pola Mokotowskiego przed parcelacją. Widziałem też, jak w Warszawie rewitalizuje się różne miejsca. W przypadku parków rewitalizacja polega na wycince starych drzew i postawieniu fontanny, bez pytania o to, czy okolicznym mieszkańcom to w ogóle do czegoś jest potrzebne. Tak niestety działa planowanie „z góry”. Chciałbym to zmienić. Startuję na radnego po to, żeby oddać głos w sprawach lokalnych mieszkańcom.

Materiał Jana Smoleńskiego ukazał się w serwisie samorządowym Krytyki Politycznej.

17 listopada 2010

Mokotowski list otwarty

Witamy serdecznie!

21 listopada odbędą się wybory samorządowe. Będą Państwo mieli wpływ na to, jak w ciągu najbliższych lat będzie wyglądać nasze miasto. Jako Zieloni zwracamy się do Państwa z prośbą o poparcie naszych kandydatek i kandydatów.

Zieloni w tegorocznych wyborach samorządowych prowadzą swoją kampanię pod hasłem „Zielona Warszawa – miasto dla ludzi!”. Uważamy, że po latach skupiania się na wielkich inwestycjach czas na danie priorytetu poprawie jakości życia mieszkankom i mieszkańcom Warszawy. Miasto tworzą bowiem przede wszystkim ludzie i relacje, zachodzące między nimi, umożliwiające sprawne działanie miejskiego mikroorganizmu.

Wiele ze spraw, o których mówiliśmy przy okazji wyborów samorządowych 4 lata temu pozostaje aktualnych – nadal osoby z niepełnosprawnością i rodzice z wózkami muszą walczyć z niedostosowaną do ich potrzeb przestrzenią miejską, seniorzy – z niedostatecznym dostępem do życia społecznego i kulturalnego, lokalne społeczności – z niezrównoważonym rozwojem miasta, grożącym ograniczaniem ich dostępu do terenów zielonych i cennych przyrodniczo.

W ciągu ostatnich lat staraliśmy się w praktyce realizować naszą wizję miasta, opiniując miejskie dokumenty i biorąc udział w akcjach, mających na celu obronę tkanki miejskiej. Na Mokotowie walczyliśmy (z sukcesem) o zachowanie integralności Pola Mokotowskiego, utrzymanie kina Iluzjon i o rewitalizację jego otoczenia, uwzględniającą potrzeby lokalnej społeczności, zajmowaliśmy się sprawą Jeziorka Czerniakowskiego, opiniowaliśmy dzielnicowy plan rewitalizacyjny.

W skali miasta jako pierwsi zaproponowaliśmy powstanie Stołecznej Polityki Klimatycznej, łączącej w sobie troskę o środowisko z poprawą jakości życia, zaprezentowaliśmy konkretne pomysły, związane z regulacją obecności reklam w przestrzeni publicznej, wysyłaliśmy nasze uwagi do miejskiej polityki ochrony środowiska, a także odpadowej. To tylko mały fragment naszej dotychczasowej działalności.

Zielone miasto jest dla nas miastem otwartym, tolerancyjnym i wielokolorowym. Przestrzeń publiczna jest w nim zorganizowana tak, by umożliwiać poruszanie się w niej ludziom niezależnie od ich stanu zdrowia. To miasto, w którym – dzięki elastycznej polityce czynszowej – rozwijają się lokalne inicjatywy kulturalne, rewitalizowane są miejskie targowiska i parki, a ludzie mają więcej do powiedzenia, jeśli chodzi o decyzje dotyczące obszaru, na którym żyją.

Zielone miasto możemy zbudować razem. W najbliższych wyborach liczyć się będzie każdy głos. Pragniemy, by mogli Państwo dokonać świadomego wyboru, dlatego załączamy biogramy naszych kandydatek i kandydatów, startujących z list SLD do Rady Miasta i do rady dzielnicy Mokotów. Wśród załączników znajdą też Państwo nasz tegoroczny program wyborczy – tak, abyście mogli samodzielnie zdecydować, czy Zielona Warszawa jest wizją, z którą Państwo się utożsamiacie.

Z chęcią udzielimy wszelkich informacji, dotyczących naszego startu w tegorocznych wyborach. Będziemy też wdzięczni – w wypadku, jeśli podzielają Państwo naszą wizję Zielonej Warszawy – za wszelką pomoc związaną z upowszechnieniem informacji o naszym starcie, takich jak np. informowanie znajomych mieszkających na Mokotowie.

W imieniu zielonych kandydatek i kandydatów na Mokotowie
Bartłomiej Kozek, przewodniczący koła warszawskiego partii Zieloni
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...