Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Wrzos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Wrzos. Pokaż wszystkie posty

2 grudnia 2013

Marcin Wrzos: Przyszłość Placu Powstańców wciąż w zawieszeniu


Plac Powstańców Warszawy to miejsce, o przyszłości którego należy rozmawiać. Nie tylko dlatego, że jest to jeden placów w ścisłym centrum stolicy, ale również dlatego, że obecnie służy on raczej samochodom niż ludziom. Stąd konieczność organizowania spotkań takich, jakie miało miejsce w Zielonym Centrum M1 w poniedziałek 25 listopada. Debata poświęcona Placowi Powstańców Warszawy spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem. Pozwoliła nie tylko na poznanie planów władz miejskich i oczekiwań mieszkańców co do przebudowy tego ważnego punktu na mapie miasta, ale dała również szansę na szerszą dyskusję co do koncepcji  organizacji przestrzeni publicznej w centrum Warszawy.

Spotkanie poprowadził Marek Matczak, inicjator akcji "Konsultacje społeczne w sprawie Placu Powstańców" i przewodniczący warszawskich Zielonych. W panelu udział wzięli: Andrzej Rokiciński (przewodniczący rady osiedla Centrum), Grzegorz Piątek (były naczelnik ds. estetyki przestrzeni publicznej), Jarosław Jóźwiak (dyrektor Centrum Komunikacji Społecznej) oraz Joanna Erbel (socjolożka miasta, aktywistka miejska).

Marek Matczak omówił powody, które doprowadziły do skorzystania z nowo uchwalonego prawa o inicjatywie lokalnej. W jego opinii władze miasta nie interesowały się zupełnie zgłaszanymi przez mieszkańców postulatami remontu i przebudowy Placu Powstańców Warszawy. Na odpowiedź na list napisany do Pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz trzeba było czekać aż pół roku. Niewiele mniej zajęło władzom miejskim odpowiedzenie na interpelację w Radzie Miasta. W lakonicznej odpowiedzi oprócz zapewnień, że „problem jest dostrzegany” i „zostaną przedsięwzięte odpowiednie działania” nie znalazły się żadne konkrety. Zbieranie podpisów pod inicjatywą konsultacji jest jego zdaniem doskonałym sposobem na wymuszenie podjęcia działań na władzach miejskich. Zwrócił również uwagę na fakt, że władze dzielnicy często swoją bierność uzasadniają tym, że za daną część miasta odpowiadają władze miejskie. Władze Śródmieścia chętnie uczestniczyły w konsultacjach dotyczących Placu Małachowskiego, ale nie chciały się angażować w konsultacje dotyczące Placu Powstańców Warszawy.

Andrzej Rokiciński  zaczął od przypomnienia od jak dawna mieszkańcy starają się o zainteresowanie władz miejskich przebudową Placu Powstańców. Pierwsze inicjatywy, w których uczestniczył miały miejsce w 2008 roku.  Jego zdaniem budowa II linii metra i w konsekwencji wymuszona przebudowa ulicy Świętokrzyskiej to doskonały moment, by zająć się również remontem Placu Powstańców Warszawy. W tej chwili jest to martwe miejsce. Mieszkańcy chcieliby by stał się on miejscem rozpoznawalnym, w którym tętni życie. Hałas, na który zazwyczaj skarżą się mieszkańcy, nie byłby problemem ponieważ w bezpośrednim sąsiedztwie placu nie ma niemal budynków mieszkalnych. Zaletą jest również położenie, znajduje się on w bliskiej odległości od obu linii metra. Jego zdaniem nie trzeba dużych nakładów na remont. Ważne, by władze miejskie miały koncepcję na zagospodarowanie tego terenu i stworzyły warunki to jej realizacji.

W odczuciu Rokicińskiego remont Placu Powstańców Warszawy powinien być przeprowadzony na tyle szybko, by w 2014 roku mogły się odbyć na nim obchody 60 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Ponieważ jest to miejsce ważne dla Warszawy, warto by w planach ewentualnej rewitalizacji wziąć pod uwagę jego przedwojenny wygląd. Rokiciński  zapewnił również, że ruszyło już zbieranie podpisów pod wnioskiem o konsultacje.

Grzegorz Piątek zauważył, że trudno mówić o zagospodarowaniu na nowo Placu Powstańców bez informacji o tym, czy władze miejskie zamierzają wybudować podziemny parking, czy też nie. Jeśli inwestycja miałaby być zrealizowana w krótkim czasie, to sensowna wydaje się tylko powierzchowna estetyzacja. Jeśli parking byłby budowany za 10 lat, to zmiany mogą być bardziej gruntowne. Wyraził obawę, że będzie miał miejsce trzeci wariant: zostanie przeprowadzona estetyzacja, a parking mimo planów budowy szybko nie powstanie.

Jego zdaniem należy przemyśleć na nowo zasadność tej inwestycji. Z jednej strony miasto planuje ograniczenie ruchu samochodowego w centrum miasta, a z drugiej chce wybudować duży parking. Jeśli za 8 lat zostanie wprowadzona opłata za wjazd do Centrum, to może się okazać, że jest on niepotrzebny. Jego zdaniem być może jest to ostatni moment na zablokowanie jego budowy. Ulica Świętokrzyska zostanie po remoncie zwężona, pojawi się dodatkowy pas dla rowerzystów. Budowa parkingu w tym miejscu przeczy logice wprowadzanych zmian. Jego zdaniem na Placu powinno pojawić się dużo zieleni, ta część miasta cierpi na jej deficyt. Wyraził jednak obawę, że nie zawsze wszystko da się architektonicznie zaplanować. Czasem trudno przewidzieć jak zachowają się ludzie. Dlatego tak ważne jest prowadzenie konsultacji. Problemem dla placu są budynki instytucji publicznej, które nie generują aktywności.

Joanna Erbel zgodziła się, że Plac Powstańców sam z siebie nie wygeneruje aktywności i dlatego należy się zastanowić nad realną przestrzenią rekreacji w Warszawie. Nie jest nią ciąg Krakowskie Przedmieście - Nowy Świat z uwagi na natężenie ruchu autobusowego. Brakuje takich miejsc, pozytywnym przykładem jest tylko Plac Zbawiciela. Jej zdaniem ideałem byłaby policentryczna Warszawa. Lokalna wspólnota same chce ożywić Plac Powstańców i należy ją w tym wesprzeć. Tym bardziej, że jest to precedens. Dotąd mieszkańcy pragnęli przede wszystkim ciszy i spokoju. Jej zdaniem może być to dowód na to, że dorośliśmy do wielkomiejskości.

W jej ocenie w realizowanych przez miasto inwestycjach nie widać kompleksowego myślenia o przestrzeni miejskiej. Dotyczy to również centrum, gdzie inwestycje mają punktowy charakter. Myślenie kompleksowe pozwoliłoby łączyć poszczególne inwestycje i uniknąć sytuacji, w której dąży się do zmniejszenia ruchu samochodowego i jednocześnie buduje duży podziemny parking. Ułatwiłoby również kontakt z mieszkańcami, którym łatwiej byłoby ocenić zasadność podejmowanych przez miasto działań. Jej zdaniem konsultacje są czymś szalenie istotnym. Ścieżka rowerowa nie jest atrakcyjna dla kogoś, kto nie jeździ na rowerze. Jeśli jednak pokaże się, że nie chodzi tylko o rowery ale również o ciszę pod oknami i mniej zanieczyszczone powietrze, to ludzie poprą jej budowę.

Jarosław Jóźwiak wskazał, że miasto podejmuje liczne działania, stara się na bieżąco wychwytywać miejsca wymagające remontów. Zaprzeczył również, że nie ma pomysłu zagospodarowania centrum. Ulica Marszałkowska ma być bardziej przyjazna dla pieszych i rowerzystów. Ma powstać szereg nowych przejść dla pieszych, co będzie połączone z jej zabudową od strony Placu Defilad. Najważniejszą inwestycją będzie Muzeum Sztuki Współczesnej. Miasto często ma jednak związane ręce. Aleje Jerozolimskie do niedawna były drogą krajową i miasto nie miało wpływu na to co się na niej działo. Teraz będzie można zacząć wprowadzać zmiany.

Odnosząc się do Placu Powstańców powiedział, że miasto planuje remont jego północnej części. Potwierdził również, że powstanie tam parking podziemny. Powołał się na analizy finansowe, które potwierdziły opłacalność tej inwestycji. Jego zdaniem wybudowanie parkingu pozwoli zmniejszyć liczbę miejsc parkingowych na powierzchni. Zaprzeczył jednocześnie, że miasto będzie dopłacało firmie prowadzącej parking tak, by ceny parkowania tam były takie same jak na powierzchni. Jego zdaniem za 2,5-3 lata, kiedy parking już powstanie, Plac Powstańców powinien być poddany rewitalizacji. Teraz jest więc najlepsza pora na rozpoczęcie konsultacji. Dotąd miasto najpierw przygotowywało projekty, a potem poddawało je konsultacjom. Teraz ma być odwrotnie i koncepcje mają być przygotowywane zgodnie z oczekiwaniami mieszkańców. Ograniczeniem są plany miejscowe, które ogólnie określają, co można zrobić, a co nie. Pewnym problemem jest to, że bardzo często nie są one jeszcze uchwalone.

Jarosław Jóźwiak przyznał, że być może inwestycje mają na razie charakter punktowy ale wkrótce będzie można mówić o pewnej całości. Celem nadrzędnym jest zmniejszenie ruchu samochodowego w centrum. Ciekawostką są plany wprowadzenie wypożyczania samochodów (elektrycznych) na wzór Veturilo, co mogłoby zniechęcić ludzi do posiadania własnych samochodów.

Michał Dobrzański (Instytut Obywatelski) stwierdził, że miasto ma całkiem sensowną strategię transportową. Zasadniczym problemem jest to, że nie zawiera ona horyzontów czasowych, a bez tego wszelkie planowanie jest niemożliwe. Na Placu Powstańców należy jego zdaniem nawiązać do rozwiązań znanych choćby w Nowym Jorku i zdecydować się na tymczasową organizację przestrzeni. Oddanie jej mieszkańcom pozwoli zobaczyć, jak będą z niej korzystać. Ludzie przyzwyczaili się już do zamknięcia ulicy Świętokrzyskiej, jego zdaniem nie należy jej oddawać do ruchu samochodowego.

Marcin Wrzos

11 maja 2013

Marcin Wrzos: Jakiej polityki potrzebuje Internet

We wtorek 7 maja odbyła się w Zielonym Centrum M1 debata o nowej polityce Internetu. Poprowadziła ją Agata Czarnacka, redaktora naczelna portalu Lewica24. Wśród panelistów znaleźli się: Józef Halbersztadt (ISOC Polska), Jarosław Lipszyc (Fundacja Nowoczesna Polska), Radosław Pietroń (Polska Partia Piratów) i Adam Ostolski (Partia Zieloni). [Zob. fotorelację]

Na początku prowadząca debatę Agata Czarnacka, nawiązując do głośnego artykułu Michela Bauwensa, postawiła pytanie o ewentualną współpracę między partiami Zielonych a Piratami. Dla panelistów był to punkt wyjścia dla szerszej dyskusji na temat zagrożeń płynących dla wolności internetu i sposobów radzenia sobie z nimi. Nie zabrakło odniesień do ACTA. Na koniec poruszono sprawę zależności między internetem a wolnościami obywatelskimi.

Ile polityki w polityce?

Józef Halbersztadt rozpoczął od wskazania realiów polityki prowadzonej w Parlamencie Europejskim. Układ partyjny jest, patrząc na skalę europejską, dość stabilny. Istnienie frakcji Zielonych stanowi gwarancję, że tematy związane ze społeczeństwem informacyjnym się przebiją. W Polsce ACTA przepadła, ponieważ organizacje pozarządowe były merytorycznie przygotowane i zdołały przebić się ze swoją fachowością do mediów. Dzięki temu udało się podzielić chadeków, zmuszając część z nich, by opowiedzieli się przeciwko ACTA. Jednak zdaniem Halbersztadta ten sposób działania powoli się wyczerpuje. Czas zacząć myśleć o stałym przesunięciu politycznym w Europie i Polsce, które gwarantowałoby trwałe i głębsze traktowanie tych tematów. W przeciwnym razie jesteśmy skazani na pojedyncze sukcesy w blokowaniu szkodliwych inicjatyw, ale pozbawieni szans na przeforsowanie własnych propozycji.

Z kolei Jarosław Lipszyc odżegnywał się od zainteresowania polityką rozumianą jako walka o władzę (politics). Stwierdził, że w jego interesie nie leży antagonizowanie się z nikim. Wchodząc w politykę, organizacje pozarządowe robią sobie wrogów. Gwarancją na załatwianie konkretnych celów jest więc niepopieranie żadnych partii politycznych. Należy chwalić lub ganić konkretne inicjatywy. Sfera rywalizacji o władzę interesuje go o tyle, o ile wpływa na wprowadzane przez państwo rozwiązania (policy). Dlatego tak ważna jest apolityczność i niezależność organizacji pozarządowych. Sprawą drugorzędną jest, która partia zrealizuje ich postulaty.

Radosław Pietroń nie wykluczył współpracy polskich Piratów z Zielonymi, zaznaczył jednak, że mogłaby mieć ona tylko charakter taktyczny. Innego typu współpraca nie miałaby sensu, ponieważ jego zdaniem i Zieloni, i Piraci to partie celowe, którym zależy na załatwieniu konkretnych – a przy tym różnych – spraw.

W odpowiedzi Adam Ostolski zauważył, że w przypadku ruchów społecznych zauważyć można pewną „alchemię”. Ludzie przychodzą z pewną konkretną sprawą, reszta postulatów na początku ich nie interesuje. Z czasem jednak zaczynają dostrzegać większą całość, a sprawy dotąd będące poza ich zainteresowaniami okazują się ważne. Powoli wyłania się konkretna wizja całościowej zmiany rzeczywistości. Zieloni i Piraci zaczynali od ruchów społecznych. To zbliża do siebie te projekty polityczne. Piratów na początku połączyły sprawy pozornie ze sobą niezwiązane, takie jak prawa autorskie i ochrona prywatności. Jednak Piraci pokazali, że te sprawy łączą się nieprzypadkowo, a traktowanie ich osobno odsuwa uwagę od sedna problemu.

Zdaniem Ostolskiego ograniczanie się do załatwienia konkretnych spraw sprzyja efektowi salami: rządzące partie przejmują kilka postulatów, parę innych włączają do programu, chociaż nie zamierzają ich realizować, a zdecydowana większość traci tym samym nośność i szanse na realizację. W ten sposób traci się szansę na zmianę świata, która jest celem działania politycznego, zaś partia zmienia się w organizację lobbystyczną.

Demokracja - płynna czy nie?

Odnosząc się do kwestii powiązania wolności w internecie i swobód obywatelskich, Józef Halbersztadt odwołał się do swoich obserwacji. Zauważył, że jest silna tendencja do ograniczania wolności obywatelskich na rzecz wielkiego biznesu. Tak dzieje się od kilkunastu lat i popierają to zarówno partie konserwatywne, jak i socjaldemokratyczne. Nie sposób się do tego nie ustosunkować. Jak przyznał, w pewnym momencie wyobrażał sobie, że da się pewne kwestie wyłączyć z politycznej walki. Takie myślenie okazało się jednak naiwne. Nie można liczyć na głębszą zmianę tak długo, jak nurty konserwatywne i chadeckie mają w Europie przewagę.

Natomiast Jarosław Lipszyc uznał, że łączenie tematu wolności internetu z ruchami progresywnymi jest za daleko idące. Przykład ACTA w Polsce udowadnia, że nic takiego nie ma miejsca. Jest raczej tak, jak mówią Piraci: ludzie zabrali głos tylko w tej konkretnej sprawie. W kwestiach takich jak aborcja czy budowa obwodnicy przez Dolinę Rospudy spór między nimi byłby bardzo gwałtowny. Wiele osób, które wyszły na ulicę przeciw ACTA, miało poglądy konserwatywne lub libertariańskie.

Zdaniem Radosława Pietronia potrzebna jest gruntowna zmiana systemu, w którym mniejszą rolę odgrywałyby partie polityczne, a większą obywatele. Odwołał się do koncepcji „płynnej demokracji”. Sposób wprowadzenia jej w życie jest sprawą drugorzędną. Jego zdaniem należy odejść od demokracji przedstawicielskiej i oddać głos obywatelom. Piratom zleży na kwestiach związanych z internetem i nie chcą odnosić się np. do spraw światopoglądowych czy ochrony środowiska naturalnego. Jego zdaniem mogłoby to tylko ograniczyć potencjalną liczbę wyborców i tym samym odsunąć w czasie realizację programu. Dlatego Piraci funkcjonują poza tradycyjnym podziałem na prawicę i lewicę.

Piraci i Zieloni po ACTA

W opinii Józefa Halbersztadta nikt się nie spodziewał w przypadku ACTA takich protestów. Wyraził też wątpliwość co do trwałości sukcesów partii Piratów. Kryzys finansowy sprzyja raczej polaryzacji politycznej, skupieniu na kwestiach gospodarczych, ewentualnie wzrostowi prawicowych partii antyeuropejskich. Partie Piratów pojawiły się wraz z konstatacją, że kwestii społeczeństwa informacyjnego nie da się „wyjąć” ze sporu politycznego i załatwiać osobno. W jego odczuciu partie Piratów wcale by nie powstały, gdyby Zieloni wykazali się większym refleksem. Na szczeblu europejskim była świadomość wzrostu znaczenia Internetu. Nie przeniosła się ona jednak na partie krajowe i na czas nie zaoferowano środowiskom, które dziś tworzą partie Piratów, współpracy np. poprzez zaoferowanie im miejsc na listach wyborczych.

Adam Ostolski nie podzielił opinii, że Piraci w Europie nie mogą odnieść sukcesu. Będzie to wprawdzie zależało od wielu czynników, jednak znaczenie tematów podnoszonych przez partie pirackie nie będzie maleć. Tak jak polska prawica nie rozumie, że matka Ziemia nie jest dana na zawsze, tak samo nie wszyscy jeszcze rozumieją, że Internet nie jest dany na zawsze. Dla nich Internet to tylko technologia, a nie umowa społeczna, wymagająca wsparcia ze strony państwa. Nie rozumieją, że pewnego dnia Internet w postaci, w jakiej go znamy – jako sieć uniwersalną, umożliwiającą swobodne dzielenie się treścią – może po prostu przestać istnieć. A ponieważ w jego ogrodzeniu, ocenzurowaniu i poddaniu logice zysku zainteresowane są przede wszystkim wielkie korporacje i potężne państwa, obrona Internetu jest z natury swej bardziej lewicowa niż prawicowa.

Odpowiadając na pytanie o rolę, jaką mogą odegrać Piraci czy Zieloni w Polsce, Jarosław Lipszyc zasugerował, że powinni się skupić na tworzeniu programów i ich nagłaśnianiu. Muszą mieć „pełne szuflady”. Wtedy jest szansa, że partie głównego nurtu podchwycą ich postulaty i przynajmniej część z nich zrealizują. Dlatego należy się skupić na pracy eksperckiej. Pisząc „gotowce” dla partii, które w dziedzinie ekologii czy wolności w Internecie nie mają sprecyzowanych poglądów, mają szansę na realizację swojej wizji świata.

W odczuciu Radosława Pietronia zryw wokół ACTA zakończył się wielkim sukcesem. To była wygrana, nie zostały zabrane nam pewne wolności. W jego odczuciu gdyby obywatele indywidualnie głosowali nad każdym problemem i zostały zrealizowane ideały płynnej demokracji, to wynik byłby zawsze taki, jak w przypadku ACTA.

Adam Ostolski stwierdził, że protest przeciw ACTA zmobilizował głównie ludzi młodych, wśród których poglądy libertariańskie są rzeczą normalną. Jego zdaniem niemożność dogadania się co do spraw światopoglądowych jest w dłuższym okresie pozorna. Podobnie zaczynali Zieloni w latach 70. i 80. Wtedy również podkreślano kwestie wolności indywidualnej. Później jednak można było zauważyć wyraźną ewolucję ruchu Zielonych od wartości lewicowo-libertariańskich w stronę myślenia nastawionego na dobro wspólne. Dziś Zieloni nie tylko chcą „chronić przyrodę”, lecz dążą do zbudowania świata, w którym przyroda, Internet i opieka będą traktowane jako dobra wspólne. Każdy, kto angażuje się w działalność społeczną czy polityczną, skądś przychodzi, ale ten punkt wyjścia nie przesądza jeszcze o kierunku. Ważny jest impuls, który inicjuje pewne procesy, a ich efekty trudno z początku przewidzieć. Takim impulsem jego zdaniem były protesty przeciwko ACTA.

Marcin Wrzos

19 kwietnia 2013

Marcin Wrzos: Kontenery - "trudne decyzje" czy kopanie leżącego?

Fot. Elżbieta Hołoweńko
W poniedziałek 15 kwietnia w Zielonym Centrum M1 odbyła się debata pt. „Jak rozwiązać problemy mieszkaniowe Warszawy?”. Udział wzięli: zastępca burmistrza dzielnicy Bemowo Krzysztof Zygrzak, Marcelina Zawisza z Partii Zieloni, Katarzyna Czarnota z Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów, Piotr Ciszewski z Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów oraz architekt Maciej Czeredys. Debatę poprowadziła Justyna Samolińska.

W Warszawie wrócił pomysł na budowę „kontenerów socjalnych” dla zadłużonych lokatorów. Tym razem problem niedostatecznej liczby lokali socjalnych chcą rozwiązać w przy ich pomocy władze Bemowa. Debata publiczna wokół tej propozycji mogłaby skłonić władze miasta i poszczególnych dzielnic do przemyślenia na nowo polityki mieszkaniowej w Warszawie. Niestety dyskusja w Zielonym Centrum M1 nie pozwala być w tym względzie optymistą. Burzliwa debata przebiegała według znanego już schematu: przedstawiciele samorządu słuchali strony z społecznej z uwagą, ale nie słyszeli tego, co ta strona ma do powiedzenia. I jak zwykle przyparci do muru najpierw prosili o rzeczową dyskusję, by potem zasłaniać się różnicami ideowymi.

Pierwszy zabrał głos Krzysztof Zygrzak. Rozpoczął od przedstawienia powodów, dla których władze samorządowe zdecydowały się na budowę kontenerów. U podstaw tej decyzji leży duża liczba wyroków eksmisyjnych orzekanych przez sądy. Władze Bemowa nie są w stanie wywiązać się z konieczności zapewnienia eksmitowanym lokali socjalnych. Niemożność eksmisji powoduje konieczność wypłaty właścicielom mieszkań wysokich odszkodowań. Jak wyjaśnił Krzysztof Zygrzak trzeba zrobić wszystko, by nie płacić odszkodowań za ludzi, którzy „żyją na koszt innych”. Z jednej strony podkreślił, że kontenery to tylko jedno z rozwiązań, które będzie testowane. Z drugiej zaznaczył, że tylko całościowe rozwiązanie problemu wchodzi w grę. Nie można dłużej sprawy odkładać, bo władze dzielnicy tracą pieniądze, które można by przeznaczyć na szkoły. Zaznaczył również, że każda sprawa będzie rozpatrywana indywidualnie. Zapewniał, że do kontenerów na pewno nie trafią osoby, które nie powinny się tam znaleźć.

Jego zdaniem budownictwo modułowe ma niezaprzeczalną zaletę: jest tanie i szybkie. Dzięki niemu można rozwiązać problem eksmisji jeszcze przed następnymi wyborami samorządowymi. Sam pomysł budowy kontenerów socjalnych nie jest ani dobry ani zły, wszystko będzie zależało od tego, w jaki sposób zostanie zrealizowany. Zapewnił, że nie powstaną getta biedy, ponieważ nie jest planowana budowa osiedla. Kontenery mają być rozmieszone równomiernie w całej dzielnicy. Na razie będą to dwa kontenery, a potem, jeśli się okaże, że program się sprawdza, zostaną zbudowane następne. Jego zdaniem lokal socjalny nie jest ani karą, ani nagrodą. Eksmitowani nie muszą przecież w nich zamieszkać. Podkreślił, że założeniem mieszkalnictwa socjalnego jest niski standard. O tym, kto trafi do kontenera, zdecydują władze dzielnicy. To one powinny podejmować trudne decyzje i dlatego „wezmą to na siebie”.
 
Piotr Ciszewski zaczął od uwagi, że w polskim prawie nie ma kary zesłania. W Warszawie różne dzielnice różnie sobie radzą z eksmisjami orzekanymi przez sądy. Jego zdaniem osobom eksmitowanym do kontenerów o wiele łatwiej wpaść w spiralę nędzy. Trudniej im znaleźć pracę, gorzej są traktowane w urzędach. Wieloletnie zaniedbania ze strony miasta doprowadziły do tego, że czynsze są teraz absurdalnie wysokie. Często nie stać na ich płacenie nawet osób pracujących, gdy pracują na tzw. umowach śmieciowych, które w Warszawie stanowią całkiem pokaźny odsetek mieszkańców.

Jak podkreślił Ciszewski, nie jest łatwo dostać lokal socjalny. Trzeba spełnić dość wyśrubowane wymagania. Co więcej, nawet ich spełnienie nie gwarantuje przyznania lokalu. Jedyną receptą jest rozpoczęcie prowadzenia przez miasto aktywnej polityki lokalowej. Należy brać przykład z takich miast jak Wiedeń, a nie czerpać inspirację z miast Trzeciego Świata.
 
Maciej Czeredys zauważył, że działania władz dzielnicy Bemowo zmierzają raczej do rozproszenia problemu niż jego rozwiązania. Polityka mieszkaniowa powinna tworzyć zdrowe środowisko mieszkaniowe. Architektura jest ramą, która może osłabiać lub wzmacniać pewne tendencje. Można to dostrzec analizując różnice w rozwoju społecznym między dzielnicami Targówek i Praga Północ.

Jego zdaniem kontenery to nie jest eksperyment, który cokolwiek może rozwiązać. Zamiast tego władze samorządowe powinny zainteresować budownictwem prowadzonym na takich zasadach, wedle których mieszkania prywatne, komunalne i socjalne byłyby ze sobą wymieszane. Zapobiega to skutecznie pojawianiu się gorszych i lepszych dzielnic i jednocześnie służy miastu jako całości.

Marcelina Zawisza uważa, że eksmisje do kontenerów tworzą wielopokoleniowe wykluczenie. Ludzie tam mieszkający mają utrudniony dostęp do szkół i szpitali. Dotyka to ludzi najsłabszych, samotne matki, osoby starsze, którym zmarł małżonek czy osoby niepełnosprawne. Trzeba być świadomym, że problem będzie narastał. Ludzie chcą płacić czynsz, chcą pracować. Sytuacja na rynku pracy im to uniemożliwia. Każdy potrzebuje stabilizacji, szczególnie jeśli chodzi o mieszkanie. Władze dzielnicowe zamiast pomagać „kopią leżącego”.

Z etycznego punktu widzenia kryteria, kto powinien trafić do lokalu socjalnego, a kto do kontenera, będą niemożliwe do ustalenia. Kontenerom trzeba się przeciwstawić z całą stanowczością: jeśli dziś zgodzimy się na jeden kontener, w przyszłości będzie ich sto.

Katarzyna Czarnota przywołała dwie ekspertyzy prawne, które udowadniają, że kontener nie może pełnić funkcji lokalu socjalnego. Nikt się do nich nie odnosi, władze miast raczej szukają furtek prawnych, niż przyjmują ten fakt do wiadomości. Sytuacja jej zdaniem jest prosta. Miasta nie wywiązują się z obowiązków, które nakłada na nie Konstytucja, ustawy i akty prawne niższego rzędu. Zamiast budować lokale socjalne, szukają drogi na skróty. Jest to bardzo groźne, ponieważ tylnymi drzwiami wprowadzają nowy standard lokalowy, odmienny od tego określonego prawem. W imię cięcia kosztów buduje się kontenery, bo w wedle obiegowej opinii jest to tanie i szybkie. Badania pokazują jednak coś wręcz przeciwnego. Nawet jeśli pominie się koszty społeczne, to i tak budowa kontenerów okazuje się dużo droższa od tradycyjnego budownictwa.

Widać to na przykładzie Poznania. Wybudowano tam w 2009 r. za duże pieniądze 25 kontenerów, do dziś tylko trzy udało się zasiedlić. 15 z nich zostało wynajętych i służą teraz za szpital dla chorych kotów. Tylko w trzech mieszkają ludzie. Problemem było stworzenie listy, okazało się, że na mieszkania socjalne czekają głównie osoby, które z założenia nie powinny trafić do kontenerów… Jej zdaniem władze samorządowe zawsze, kiedy tylko pojawia się projekt budowy kontenerów socjalnych, powołują się na mitycznego „trudnego lokatora”. Jej zdaniem chodzi o to, by społeczeństwo się przyzwyczaiło do zmiany standardów dla lokalu socjalnego. Władze samorządowe traktują kontenery jako straszak na niepłacących lokatorów. W Poznaniu faktycznie przez chwilę ludzie zaczęli spłacać długi, potem jednak zaczęły one znów rosnąć. Jej zdaniem władze muszą zrozumieć, że problem z długami nie bierze się z lenistwa, ale z obiektywnej sytuacji (bezrobocie, brak polityki lokalowej). Przypomniała, że eksmitowani lokatorzy mają prawo do lokali socjalnych, gwarantuje im to orzeczenie sądu. Postępowanie władz miasta zmierzające do obniżenia i tak niskich standardów uznała za karygodne.

W otwartej części dyskusji padło kilka ważnych głosów z publiczności. Ewa Sufin-Jacquemart powiedziała, że prawdziwym eksperymentem byłoby tanie i solidne budownictwo ekologiczne. Zauważyła również, że kontenery mogą być ogrzewane tylko prądem. Zimą kosztuje to ponad 1000 zł miesięcznie. Ludzi najzwyczajniej w świecie na to nie stać i są zmuszeni mieszkać w nieogrzewanych kontenerach. Wanda Pradzioch zwróciła uwagę na wysokie stawki czynszu, które nie mają uzasadnienia społecznego i ekonomicznego. Marek Jasiński zaapelował o oddłużanie lokali. W innych miastach ten proces już ruszył, a w Warszawie władze samorządowe nawet nie chcą o tym słyszeć.

Marcin Wrzos

31 marca 2013

Czy sąd zamknie usta antyfaszystom?

W poniedziałek 25 marca w Zielonym Centrum M1 odbyła się debata pt. „Czy prawa człowieka kończą się tam, gdzie zaczyna się wartość rynkowa korporacji?”.

W debacie udział wzięli: Mirosław Wróblewski z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich, Irmina Pacho z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, Ewa Siedlecka z Gazety Wyborczej oraz Jerzy A. Masłowski i Wojciech Cegielski z Fundacji Zielone Światło. Dyskusję poprowadziła Agnieszka Grzybek.

Punktem wyjścia do dyskusji był wyrok wydany przez sąd okręgowy w Warszawie w sprawie Allegro vs. Fundacja Zielone Światło i Jerzy A. Masłowski. Przedmiotem oceny sądu była kartka sporządzona przez Jerzego A. Masłowskiego na przypadający 21 marca 2010 r. w Międzynarodowy Dzień Walki z Rasizmem. Chcąc zwrócić uwagę na trwający od dawna proceder handlu przedmiotami o charakterze nazistowskim na aukcjach organizowanych na portalu Allegro, przerobił logo zamieniając „ll” symbolem hitlerowskiej formacji SS.

W ogłoszonym niedawno wyroku sąd przychylił się do niemal wszystkich wysuwanych przez Allegro roszczeń, uznając, że krytyka była w opinii sądu za ostra, a granica prowokacji artystycznej przekroczona.

„Po co wam to było?” – zażartowała otwierając debatę Agnieszka Grzybek. Jerzy A. Masłowski zapewniał, że niczego nie żałuje. Reakcję Allegro przyjął z radością, mimo, że bywanie w sądzie jest męczące. Wcześniej wysyłając dwa maile nie doczekał się odpowiedzi, dopiero przerobienie logo i upowszechnienie się go w internecie wymusiło jakąkolwiek reakcję firmy. Bez tego problem handlu nazistowskimi „pamiątkami” na Allegro nie zostałby nagłośniony i tego typu przedmioty nadal byłyby dostępne. Z tego punktu widzenia akcję można uznać za zakończoną sukcesem. Sąd uznał jednak, że „za bardzo się zdenerwowałem” – mówił.

 
Wojciech Cegielski zauważył, że na świecie podobne akcje podejmowane są bardzo często. Dzięki temu Allegro miało możliwość określenia się, czy jest miłą firmą wspierającą fundację Jurka Owsiaka czy też taką, która zarabia na sprzedaży symboli nazistowskich na swoich aukcjach. Przerobienie logo było akcją adekwatną do sytuacji: wszystkie elementy graficzne, jakie znalazły się na pocztówce, zostały wzięte ze stron Allegro.

Cegielski zwrócił również uwagę, że pomimo tego że sąd i przedstawiciele Allegro zapewniali o tym, że roszczenia nie mają charakteru materialnego, to w istocie jest zupełnie inaczej. Koszty przeprosin w istocie mogą wynieść nawet 200 tysięcy złotych. Nie do końca zrozumiałe jest też to, że przeprosiny ma zamieścić oddzielnie Jerzy Masłowski i Fundacja Zielone Światło, co przecież dwukrotnie zwiększa koszty. Sąd dość bezrefleksyjnie potwierdził podwójne roszczenia Allegro, mimo że firma nie wykazała strat spowodowanych protestem.

Ewa Siedlecka stwierdziła, że jest i jednocześnie nie jest zaskoczona wyrokiem sądu. Polskie sądy mają tendencję do przedkładania „dobrego imienia” nad „wolność słowa”. Praktyka ta została w tym przypadku przeniesiona z osób fizycznych na firmę. Sąd w takich przypadkach idzie po najmniejszej linii oporu, stwierdza tylko, czy zostały naruszone czyjeś dobra osobiste. Z takiej perspektywy Jerzy Masłowski rzeczywiście to zrobił. Sądy cywilne powinny jednak brać pod uwagę w swoim orzecznictwie interes publiczny.


Nie tylko łamanie prawa może być powodem do podjęcia krytyki postępowania jakiejś firmy – kontynuowała Siedlecka. Ważny jest również wymiar etyczny. Ideologia nazistowska staje się w Polsce coraz większym problemem i w tej perspektywie tłumaczenie sądu, że sprzedaż symboli nazistowskich jest marginalna w całej działalności firmy, jest nie do zaakceptowania.

Jej zdaniem najlepiej by się stało, żeby to dopiero Sąd Najwyższy ostatecznie rozstrzygnął w tej sprawie, na tym poziome powstają standardy później funkcjonujące powszechnie. Gdyby wyrok wydany w sądzie okręgowym został podtrzymany, to zagrażałoby to debacie publicznej. W obawie przed pozwami sądowymi ze strony korporacji, ludzie poddawaliby ich działania anonimowej krytyce, co sprzyjałoby radykalizacji debaty.


Irmina Pacho przyznała, że precedensowy wymiar sprawy i jej ewentualne przyszłe oddziaływanie na system praw człowieka w Polsce miały decydujące znaczenie dla włączenia się w nią Fundacji Helsińskiej. Dla niej wyrok był zaskoczeniem. Normy zawarte w Konstytucji i konwencjach europejskich stoją wyżej w hierarchii od aktów prawnych, na które powoływał się sąd. Jej zdaniem debata publiczna nie musi być miła, ze swojej natury ma ona charakter emocjonalny. Wolność słowa powinna być chroniona nie tylko w przypadku, gdy wypowiedzi odnoszą się do polityków, ale również firm.

Pacho powołała się na analizę przeprowadzoną przez prof. Wojciecha Sadurskiego, który bardzo rzetelnie przedstawił wszelkie aspekty związane ze sprawą. Sąd włączył ją do akt, ale niestety nie odniósł się do niej. Jej zdaniem interes społeczny został wykazany w tej sprawie, tylko sąd nie był zainteresowany jego uwzględnieniem.


Mirosław Wróblewski uznał, że stosowanie orzecznictwa o ochronie dóbr osobowych w przypadku firm jest już normą. Głównym problemem było to, że sąd nie „wgłębił się” w tę sprawę, czego symptomatycznym przykładem może być nieuwzględnienie ekspertyzy prof. Wojciecha Sadurskiego.

Rzecznik Praw Obywatelskich dotąd mógł się tylko przyglądać sprawie, statutowo zajmuje się on ochroną względem organów władzy publicznej. Teraz po wyroku sądu sytuacja się zmieniła. Mirosław Wróblewski poinformował, że RPO z urzędu zajął się tą sprawą. Przesłał już do sądu wniosek o przesłanie akt. Jego zdaniem ciężko dodać cokolwiek do opinii prof. Sadurskiego. Z jednej strony jest duża korporacja, a z drugiej podmiot chcący zwrócić uwagę na prawa człowieka. W tej sprawie tak jak zaznaczył prof. Sadurski mamy dwie wartości. Przeważyć powinien interes publiczny, a tak się nie stało.

Wróblewski zwrócił również uwagę, że w przypadku przeprosin powinna być zastosowana zasada proporcjonalności. Pytany o to, w jakim kierunku powinny iść dalsze działania obrony, wskazał tylko na słabe zrozumienie przez sądy cywilne interesu publicznego. Jego zdaniem znacznie lepiej wygląda to w sądach karnych.


Magdalena Mosiewicz wskazała na barierę psychologiczną, sądom cywilnym nie mieści się często w głowie, że można coś robić w interesie publicznym. Zwróciła również uwagę, że firmy coraz częściej powołując się na ochronę wizerunku starają się ograniczyć debatę publiczną. Przykładem może być firma deweloperska, która złożyła pozew sądowy przeciwko dyrektorce Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie Joannie Mytkowskiej za jej wypowiedź w mediach.

Dużym korporacjom opłaca się składać takie pozwy, nawet jeśli wliczą w to koszty przegranej. Już same ich podejmowanie skutecznie zniechęcać ludzi do podejmowania akcji przeciwko ich szkodliwym z punktu widzenia społecznego działaniom. Jest to niestety mechanizm bardzo skuteczny, bo przecież właściwie każda krytyka godzi w wizerunek. Dlatego wyrok sądu, który przychylił się do roszczeń Allegro, jest tak groźny: bo tworzy precedens, który może skutecznie utrudnić akcje społeczne.

Marcin Wrzos

20 stycznia 2013

Czy transport publiczny musi być taki drogi?

Joanna Erbel
Fot. Elżbieta Hołoweńko
Z nowym rokiem wprowadzono w Warszawie podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej. To jeszcze nie koniec, przed nami trzeci etap podwyżek zaplanowany na początek przyszłego roku. Już teraz okazuje się, że tak drastyczny wzrost cen za bilety jest dla wielu osób nie do zaakceptowania. 10 stycznia powstała inicjatywa obywatelska Stop Podwyżkom Cen Biletów ZTM, która zainicjowała akcję zbierania podpisów pod uchwałą mającą przywrócić ceny biletów z 2012 r. Warszawianki i warszawiacy podpisują się tłumnie, a jednocześnie władze miasta wydają się zdeterminowane, by doprowadzić sprawę podwyżek do końca.

W takiej atmosferze odbyła się w Zielonym Centrum M1 debata o warszawskim transporcie. Jej celem było szukanie odpowiedzi na pytanie, jak wyglądać powinien transport publiczny w mieście. Ze strony władz miasta w debacie uczestniczył Jarosław Jóźwiak (zastępca dyrektora gabinetu Prezydenta Warszawy) i Igor Krajnow (rzecznik prasowy ZTM). Stronę społeczną w panelu reprezentowała Magda Mosiewicz (Partia Zieloni). Debatę poprowadziła Joanna Erbel, pełnomocniczka komitetu Stop Podwyżkom Cen Biletów ZTM.


Rozpoczynając debatę, Joanna Erbel nawiązała do akcji zbierania podpisów pod uchwałą o przywróceniu cen biletów z 2012 r. Niezadowolenie jest tak wielkie, że ludzie ustawiają się w kolejkach, by złożyć swój podpis. Udało się ich zgromadzić w niespełna cztery dni ponad 3 tysiące. Erbel zapytała wprost, czy władze Warszawy poważnie rozpatrzą społeczny projekt, jeśli uda się zebrać wymaganą liczbę podpisów. Przywołała również przykład Tallina, który dopiero co wprowadził darmowy dla mieszkańców transport publiczny.

 

Jarosław Jóźwiak zapewnił, że każdy projekt społeczny będzie rozpatrzony. Bronił jednak podwyżek cen biletów. Wskazał, że z biletów finansowane jest tylko 32% budżetu ZTM. Powołując się na przykłady innych miast, starał się udowodnić, że ceny biletów w Warszawie są relatywnie niewielkie. Zapewnił, że dla władz miasta transport publiczny jest priorytetem. Wymaga to dobrego systemu, a ten jego zdaniem jest konsekwentnie budowany. Powstają nowe trasy, tabor wymieniany jest na nowy, bardziej oszczędny. Do tego potrzebne są pieniądze, których w budżecie miasta nie ma. Winny temu jest kryzys, który radykalnie zmniejszył wpływy do kasy miejskiej. Swoje zrobiła również ustawa znosząca trzeci próg w podatku PIT. Warszawa ucierpiała na tym najbardziej, ponieważ tu mieszka najwięcej osób najlepiej zarabiających. Warszawa musi również borykać się ze skutkami dekretu Bieruta. Rząd dokonał nacjonalizacji, a teraz po skomunalizowaniu nieruchomości odszkodowania musi płacić samorząd. Od 2005 r. przybyło za to kilkadziesiąt nowych zadań, które kosztują miasto miliony złotych. Trzeba więc szukać dodatkowych sposobów na pozyskiwanie środków.

 

Igor Krajnow nie zgodził się, że wzrost cen biletów zniechęci ludzi do korzystania z komunikacji miejskiej. Jego zdaniem władze miejskie rozważyły argumenty za i przeciw podwyżkom. Jako przykład powołał się na zlecone przez miasto badania, wedle których, większość mieszkańców Warszawy pragnie zakupu nowego taboru. Jego zdaniem to inwestycja bardzo kosztowna, niemniej jest to jeden z najlepszych sposobów na zachęcenie ludzi do korzystania z komunikacji miejskiej. Nowoczesna infrastruktura to miernik rozwoju cywilizacyjnego. Dziś w budżecie miasta brakuje na transport 150 mln zł. Gdyby nie podniesienie cen biletów, byłoby niemal dwukrotnie więcej. ZTM stara się działać tak, by ewentualne cięcia były odczuwalne przez pasażerów w jak najmniejszym stopniu.
 

Zdaniem Magdaleny Mosiewicz działania władz miasta wynikają z szybko rosnącego zadłużenia. Dzieje się tak w całej Polsce, samorządy na gwałt szukają dochodów. Najczęściej nie podejmują racjonalnych decyzji, czego przykładem jest podwyżka cen biletów w Warszawie. Przestrzegła, że wzrost cen nie musi automatycznie oznaczać proporcjonalnego wzrostu przychodów. Może pojawić się opór, taki jak swego czasu w Sztokholmie. Ludzie woleli stworzyć kasy samopomocowe, z których płacili kary, niż kupować bilety. Drogie bilety najbardziej uderzają w najbiedniejszych, np. w bezrobotnych poszukujących pracy. Przywołując przykład Tallina, Mosiewicz wskazała, że wprowadzenie darmowego transportu w bardzo krótkim czasie spowodowało spadek ruchu samochodowego o 15%.

Władze Warszawy wprowadziły wiele dobrych dla popularyzacji transportu publicznego rozwiązań, takich jak buspasy czy wspólny bilet. Decyzją o podwyżce przekreśliły jednak wszystko, co do tej pory udało się osiągnąć. To kolejna zachęta dla transportu indywidualnego. Jego koszty w wielu przypadkach już dziś są niższe od publicznego. Miasto w swoich ekspertyzach nie bierze pod uwagę kosztów związanych ze wzrostem ruchu samochodowego i związanego z tym spadku jakości życia w mieście. Jej zdaniem nie pora jeszcze na likwidowanie biletów, należy jednak zachęcać do korzystania z transportu miejskiego. W dłuższej perspektywie jest on znacznie bardziej korzystny.
 
Wsparł ją Dariusz Szwed (Partia Zieloni), wskazując, że same korki kosztują nawet do 2 mld zł rocznie. Oczywiście koszty ponoszą ludzie, a nie bezpośrednio budżet miejski. Dlatego nie bierze się ich pod uwagę, podobnie jak kosztów wynikających z rosnącego zanieczyszczenia. A spadek jakości życia to wzrost wydatków na leczenie. Zdaniem Szweda wzrost cen biletów wynika z przyjętego przez rządzącą PO polaryzacyjno-dyfuzyjnego modelu rozwoju, w którym najbogatsi mają się bogacić, bo dzięki temu i biedniejsi coś zyskają. Ma się to niestety nijak do konstytucyjnej zasady zrównoważonego rozwoju. Mobilność mieszkańców powinna być dla władz miejskich priorytetem.

Maciej Konieczny (Inicjatywa Obywatelska „Stop Podwyżkom Cen Biletów ZTM”) zauważył, że wzrost cen biletów nie uderza tylko w bezrobotnych. Również dla licznej grupy ludzi pracujących na umowach śmieciowych to poważny problem. Zaapelował również o uczciwą dyskusję, straszenie tym, że aż 70% pieniędzy na transport publiczny jest z budżetu, jest nie na miejscu. Trzeba się raczej martwić brakiem działań, które by ten budżet zwiększały.

Marcin Rzońca (Ruch Palikota) zarzucił władzom miasta brak konsekwencji. Działania takie jak zakup nowego taboru i podwyżka cen biletów są jego zdaniem nie do pogodzenia z proponowanymi właśnie cięciami wydatków, skracaniem lub likwidacją niektórych linii czy wreszcie likwidacją nocnych kursów metra. Są to sprzeczne działania, które utrudniają ograniczenie transportu indywidualnego.

Dla Patryka Bieleckiego (Zielone Mazowsze) ważną przyczyną kłopotów ZTM są umowy długoterminowe. Utrudnia to racjonalizację funkcjonowania transportu publicznego. Umowy takie powodują, że wydaje się znacznie więcej pieniędzy, niż wynikałoby z potrzeb. Miasto ostatnio rezygnuje również z przewoźników zewnętrznych, którzy są znacznie tańsi, zasłaniając się niską jakością świadczonych przez nich usług.

Karol Kretkowski, Joanna Erbel
Fot. Elżbieta Hołoweńko
Karol Kretkowski wyraził rozczarowanie brakiem polityków na debacie. Urzędnicy zajmują się realizacją polityki, a nie jej kreowaniem. Warszawie potrzeba nowych rozwiązań, takich jak choćby zwiększenie finansowania samorządów z podatku PIT.

Zdaniem Macieja Czeredysa, by rozwiązywać skutecznie problemy Warszawy, należy brać pod uwagę również problemy aglomeracji. Ludziom nie opłaca się tu mieszkać, przyjeżdżają tu tylko do pracy. Winna jest fatalna polityka mieszkaniowa i gruntowa. To jedna z przyczyn paraliżu komunikacyjnego w Warszawie.

Karol El Kashif kpił, że tabor jest tak nowoczesny, że aż sobie nie radzi. Jego zdaniem niedopuszczalne jest, by w sytuacji kryzysu rozpisywać nowe przetargi na tabor. Miasto powinno gdzie indziej szukać dochodów. Przede wszystkim stwarzać dobre warunki dla drobnych przedsiębiorców. Wskazał też na szereg chybionych inwestycji, takich jak budowa toalety przy Stadionie Narodowym wartej 4 mln zł. Jego zdaniem w ten sposób można by zaoszczędzić tyle pieniędzy, że podwyżka cen biletów nie byłaby konieczna.

Grzegorz Walkiewicz (Ruch Palikota) stwierdził, że luksusowy tabor niestety staje się dobrem luksusowym. Powinniśmy mieć komunikację publiczną na poziomie takim, na jaki nas stać.

Dla Ellisiv Rognlien (Pracownicza Demokracja) podwyżki to część polityki antyspołecznej, prowadzonej przez rząd na szczeblu centralnym, a przez władze Warszawy na szczeblu lokalnym. Użytkownik ma płacić, a podatki mają być obniżane. Decyzja o podwyżce to kropla, która przelała czarę. Ludzie są naprawdę wściekli. Przez 2 godziny udało się jej zebrać ponad 700 podpisów, co daje 6 podpisów na minutę. Władze jednak nie chcą nawet rozmawiać o ponownym wprowadzeniu trzeciego progu PIT dla najlepiej zarabiających. Jednak bez mrugnięcia okiem podnoszą VAT, który najboleśniej dotyka najbiedniejszych.

W podobnym tonie wypowiedział się Andrzej Grabowski (Pracownicza Demokracja). Stwierdził, że powoływanie się na szukanie oszczędności to infantylna formuła. „My wiemy, co chcecie powiedzieć, nie ma co rozmawiać. Najważniejsze to się organizować przeciw waszym działaniom. Próbowaliśmy przed nowym rokiem, wtedy ludzie jeszcze nie zdawali sobie sprawy z sytuacji. Teraz wiedzą, i zamierzamy to bez skrupułów wykorzystać dla dobra nas wszystkich”. 

Marcin Wrzos

17 grudnia 2012

29 października 2012

Kupcy z podziemi

We wtorek 23 października w Zielonym Centrum Marszałkowska 1 odbyła się debata na temat polityki miasta wobec drobnego handlu. Wśród zaproszonych gości byli: Bożena Jasińska, pełnomocniczka Stowarzyszenia Kupców i rzecznik ZDM Adam Sobieraj. Punktem wyjścia debaty było brutalne wyrzucenie kupców z podziemi przy Dworcu Centralnym. Niestety nikt ze spółki WPP, która jest odpowiedzialna za tę akcję, nie przyjął zaproszenia. W ostatniej chwili z powodu choroby odwołał obecność dyrektor gabinetu Prezydenta m.st. Warszawy Jarosław Jóźwiak.

Debatę poprzedziło wyświetlenie dwóch filmów. Pierwszym był fragment serii wywiadów nakręconych przez Marka Matczaka i Weronikę Bloch w podziemiach Dworca Centralnego, drugim zaś film pt. „Bezprawie.waw”. Malujące się na twarzach oglądających silne emocje zapowiadały bardzo ostrą debatę. Tak też się stało, prowadzący Marek Matczak niejednokrotnie musiał tonować nastroje.




Adam Sobieraj konsekwentnie powtarzał, że kupcy nie są stroną i dlatego miasto nie może z nimi rozmawiać. Dotąd wynajmowanie powierzchni pod Dworcem Centralnym regulowały przepisy kodeksu cywilnego. Teraz się to zmieniło, wydanie decyzji o prowadzeniu działalności gospodarczej w pasie ruchu (dlatego leży to w gestii ZDM) ma charakter administracyjny. O tym, kto będzie administrował tym terenem w imieniu ZDM, decyduje kolejność zgłoszeń. Dlatego jego zdaniem kupcy sami są sobie winni, że nie złożyli stosownego wniosku sami. Nadal mogą to zrobić, ponieważ spółka WPP ma podpisaną umowę tylko do 15 czerwca 2015 r. Jego zdaniem pretensje kupców nie mają uzasadnienia, zgodnie z prawem 20 czerwca ich stoiska powinny zostać zdemontowane. Dlatego spółka WPP miała podstawy do usunięcia kupców z podziemi. Relacje między kupcami a prywatną spółką nie są i nie mogą być przedmiotem zainteresowania ZDM. Wyjaśnił również, że ponieważ decyzja miała charakter administracyjny, nie ma znaczenia fakt, że kupcy oferują wyższe stawki za prowadzenie działalności w pasie ruchu. Są one stałe i ich wysokość zależy od statusu drogi, której dotyczy wniosek. Nie mogą więc podlegać negocjacjom.

Bożena Jasińska zwróciła uwagę, że spółka WPP nie spełniła warunków, jakie nakładała na nią decyzja ZDM i nie wniosła w terminie opłaty administracyjnej. Jej zdaniem powinno być to równoznaczne z unieważnieniem decyzji. Podniosła również problem własności znajdujących się w podziemiach dworca stoisk. Teraz kupcy nie mogą nawet odebrać znajdujących się tam towarów. Spółka WPP nie dopuszcza bowiem kupców do ich pawilonów. Jej zdaniem ważne jest to, że kupcy inwestowali przez ostatnie 20 lat w przestrzeń w podziemiach dworca. ZDM nie wziął tego pod uwagę, tylko zdecydował się oddać ten teren w ręce ludzi, który dotąd słabo wywiązywali się z nałożonych na nich obowiązków.

W odpowiedzi na te zarzuty Adam Sobieraj powiedział, że spółka zwróciła się do ZDM o rozłożenie kwoty opłaty administracyjnej na raty, na co nie uzyskała zgody. Teraz zgodnie ze stanem jego wiedzy pieniądze zostały wpłacone w całości. Odnosząc się do inwestycji poczynionych przez kupców, stwierdził, że ci, co inwestują w cudzą własność, zawsze tracą. Nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie, do kogo należą pawilony. Zgodnie ze stanem jego wiedzy przy rozmowach z WPP przyjęto, że należą one do tej spółki. Wymaga to jednak sprawdzenia.

Prowadzący debatę Marek Matczak wyraził zdziwienie, że mimo narastającego konfliktu władze miasta nie interesują się problemem. Tym bardziej, że działania podjęte przez spółkę mają wpływ na mieszkańców miasta. Akcja firmy ochroniarskiej spowodowała zamknięcie dużej przestrzeni publicznej, uniemożliwiając korzystającym z dworca podróżnym swobodne przemieszczanie się. Zapytał również o to, czy miasto ma jakąś wizję rozwoju tego miejsca, którą spółka ma realizować czy też to, co tam będzie się działo, zależy tylko od niej.

Równie gorąca atmosfera panowała podczas zadawania pytań z sali.

Karolina Hammerszmidt powiedziała, że jednym z warunków przyznania spółce WPP tego terenu było zachowanie bezpieczeństwa publicznego. Trudno się czuć bezpiecznie w miejscu, gdzie prywatna firma ochroniarska bije ludzi. Co na to miasto? Czy nie jest to wystarczający argument by unieważnić decyzję przyznającą WPP administrowanie tym terenem? Zwróciła również uwagę na szereg zaniedbań, które świadczą o niewywiązywaniu się przez WPP ze swoich obowiązków.

Ewa Sufin-Jacquemart nie kryła oburzenia, że w centrum wielkiego europejskiego miasta władz miejskich nie obchodzi to, co się dzieje w przestrzeni publicznej. Miasto oddaje ją we władanie prywatnej firmie i umywa ręce. To, co się tam dzieje, nikogo nie interesuje, mimo że ma to przecież wpływ na jakość życia wszystkich mieszkańców. Ma również wpływ na to, jak będziemy postrzegani na świecie: dworzec to przecież miejsce, przez które przybywają do nas goście z zagranicy. "Miasto de facto oddało w prywatne ręce publiczną przestrzeń miejską w sercu miasta i jak ta przestrzeń jest wykorzystywana to już władz miasta nie dotyczy i nie interesuje..." - mówiła - "Mam wrażenie, że śnię. Mieszkałam 25 lat w regionie paryskim, ale jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby merostwo Paryża wynajęło prywatnej firmie pasaż pod Champs-Elysée, mając w nosie, co ta firma tam będzie wyrabiała".

Karol el Kashif zwrócił uwagę na aspekt finansowy. Miasto przekazuje niezwykle atrakcyjne handlowo miejsca za niewielkie pieniądze spółce, która właściwie nie musi robić nic, by zarabiać olbrzymie sumy z wynajmowania ich kupcom. Jest to tym dziwniejsze, że w budżecie miasta ciągle jest mało pieniędzy i dokonuje się cięć. Dlaczego nie wynająć tych terenów kupcom, którzy oferują znacznie lepsze warunki. Urzędnicy działają w imieniu obywateli, dlaczego podejmują decyzje sprzeczne z ich interesem? Kashif zwrócił również uwagę na aspekt prawny. Władze miejskie nie wzięły przy wydawaniu decyzji stanu faktycznego. Pawilony 20 czerwca powinny zostać rozebrane, ale się tak nie stało. Gdyby podpisano umowę z WPP sp. z o.o., nie byłoby problemu, ale ponieważ był to zupełnie nowy podmiot, budzi to wątpliwości. Jeśli ten pas ruchu jest użytkowany, to nie może być równocześnie użytkowany przez kogoś innego. Należy najpierw usunąć poprzedniego użytkownika, a potem dopiero wydać decyzję nowemu. Nie uczyniono tego, tym samym decyzja administracyjna nie powinna być formalnie wydana.



Marcin Wrzos



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...