Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczeństwo informacyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczeństwo informacyjne. Pokaż wszystkie posty

27 lipca 2011

Nauka i państwo - konieczna współpraca

Publikacja brytyjskiej fundacji Demos – "The Entrepreneurial State" – rozprawia się z mitami na temat tego, jak indywidualna inicjatywa odpowiada za postęp naukowy i technologiczny. Na czołowego gracza wyrasta państwo, pełniące funkcje dalekie od "nocnego stróżowania".

Przyzwyczajeni jesteśmy do wizji postępu tożsamej z dokonywaniem kolejnych odkryć naukowych, dzięki którym zmniejszały się odległości między kontynentami, zmniejszała śmiertelność z powodu chorób czy też wydłużał się nasz czas życia. Roli wybitnych jednostek – od Leonarda da Vinci po Marię Curie-Skłodowską – nie sposób zlekceważyć. Problem w tym, że wraz z kolejnymi odkryciami wiedza gatunku ludzkiego na temat otaczającego go świata stawała się coraz bardziej kompleksowa, a kolejne odkrycia wymagały zainwestowania coraz większej ilości pieniędzy. Proces ten szczególnie przybrał na sile w okresie II wojny światowej oraz po jej zakończeniu. Rola instytucji państwowych w przyspieszeniu postępu technologicznego jest nie do przecenienia. Niestety, wraz z postępem neoliberalizmu od lat 80. XX wieku doktryna zakładająca redukcję roli państwa zaczęła brać górę – i to nie tyle w praktyce jego funkcjonowania (udział sektora publicznego w badaniach i rozwoju pozostaje po dziś dzień znaczny), co w dominującej narracji międzynarodowych koncernów. Promują one swoją wersję historii, w której to nieskrępowany pęd do przedsiębiorczości doprowadził do sukcesu amerykańskiej Doliny Krzemowej, stawiając ją jako wzór dla pozostałych krajów świata.

Autorka raportu przygotowanego dla think-tanku Demos, ekonomistka Mariana Mazzucato, rozprawia się z tym mitem, przypominając o instytucjach, odpowiedzialnych za technologiczny skok Stanów Zjednoczonych po 1945 roku. Jedną z nich była DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency), powstała w 1958 roku na fali rywalizacji ze Związkiem Radzieckim w dziedzinie militarnej oraz eksploracji kosmosu. Jej działania szły dwutorowo: z jednej strony tworzyła własne instytucje badawcze, z drugiej zaś wspierała swoimi zasobami finansowymi oraz naukowymi młode, obiecujące inicjatywy sektora prywatnego, chcące realizować jej projekty. Główną przewagą, jaką instytucja ta miała nad działaniami niepublicznymi, było skupianie się na długofalowych, wręcz wizjonerskich inicjatywach, których okres wdrożenia do komercyjnego wykorzystania mógł sięgać 20 i więcej lat, podczas gdy większość sekcji badawczo-rozwojowych (B+R) w komercyjnych firmach ukierunkowana jest na działania mające przynieść szybki zysk (maksymalnie w ciągu 3 do 5 lat od rozpoczęcia badań). Publiczne finansowanie pozwoliło chociażby na rozwój Internetu. DARPA ułatwiała sieciowanie inicjatyw naukowych oraz zapewniała stabilne finansowanie obiecującym jej zdaniem projektom, rezygnując ze wspierania tych pomysłów, które przestały zapowiadać się perspektywicznie. Wizjonerstwo, decentralizacja i elastyczność – to połączenie zdaniem Mazzucato miało przyczynić się do amerykańskiego sukcesu technologicznego.

Innym amerykańskim sukcesem był SBIR (Small Business Innovation Research). Co ciekawe, odpowiada za niego... administracja Ronalda Reagana, która doprowadziła do jego uchwalenia w 1982 roku. Wspiera on komercjalizację badań, prowadzonych przez firmy z sektora high-tech kwotami nawet do 2 mld dolarów rocznie. W Japonii z kolei sukces w transformacji tej pierwotnie eksportującej głównie mało skomplikowane produkty gospodarki na tory nowoczesnych technologii osiągnięto dzięki MITI – Ministerstwu Międzynarodowego Handlu i Przemysłu. To o tyle istotne, że w latach 70. XX wieku, kiedy proces zmian w stronę high-tech był najbardziej zaawansowany, Japonia na sektor badań i rozwoju wydawał średnio 2,5% swojego PKB, podczas gdy ówczesny Związek Radziecki – aż 4%. Mimo to – jak wiemy z historii – to nie ZSRR wygrał w tym wyścigu. Mazzucato wskazuje na źródła tego stanu rzeczy: Moskwa bardzo silnie inwestowała w sektor militarny (konsumujący ponad 70% budżetu B+R), ale – w przeciwieństwie do USA – praktycznie nie było tam instytucji prywatnych, mogących skomercjalizować poczynione w nim odkrycia. Badania naukowe były odizolowane od międzynarodowej konkurencji, produkcji i wymiany handlowej, co dodatkowo pogarszało sytuację ekonomiczną Związku Radzieckiego, ostatecznie prowadząc do przegranej nawet w jedynym wyścigu, na który nakierowany był rozwój technologiczny – w wyścigu zbrojeń.

Autorka "The Entrepreneurial State", na bazie doświadczeń historycznych, krytykuje aktualną politykę kolejnych brytyjskich rządów, skupiających się na – jej zdaniem – złej alokacji środków na badania i rozwój oraz wiarę w to, że ulgi podatkowe przyczynią się do wzrostu innowacji. Jej zdaniem należy zerwać z dominującymi przekonaniami, które na Wyspach Brytyjskich wiążą się z komercjalizacją działań naukowych. Wsparcia finansowego potrzebują nie tyle małe i średnie przedsiębiorstwa (wedle badań niekoniecznie skłonne do innowacji w dziedzinie zarządzania czy stosowanych w nich technologii), często będące rodzinnymi firmami, co młode, obiecujące inicjatywy. Jeśli już należy tworzyć specjalne przestrzenie rozwoju naukowego, to nie powinny to być znane z Polski specjalne strefy ekonomiczne, lecz parki technologiczne. Ważniejsze bowiem jest wspieranie konkretnych inicjatyw niż uniwersalne ulgi podatkowe bez względu na rezultaty działań badawczo-rozwojowych. Co więcej, sugeruje ona, by za miernik postępu nie uznawać ilości patentów, które pojawiają się w narodowych gospodarkach, bardzo często bowiem ograniczają one możliwości badawcze przedsiębiorstw i instytucji naukowych, które nie miały szczęścia posługiwać się nimi jako pierwsze (szczególnie, gdy zamiast końcowych rezultatów badań obejmują one np. metody badawcze).

Coraz ważniejszą sprawą, którą powinny zająć się instytucje publiczne, jest udział w zyskach z wprowadzonych do rynkowego procesu produkcji i dystrybucji pomysłów, sfinansowanych z kieszeni podatników. W Stanach Zjednoczonych udział rządu federalnego w sektorze badań podstawowych (a więc swego rodzaju "infrastruktury naukowej") wynosi aż 57%, a uniwersytetów – dalsze 15%, tymczasem z tego typu badań korzystają komercyjne firmy, które dzięki nim zwiększają swoje zyski. Co więcej – jak w wypadku leków – często koszty terapii, przerzucane na osobę chorą, poważnie ograniczają dostępność medykamentu do osób o niskich i średnich dochodach. Warto w tym momencie wspomnieć, że wedle statystyk z rynku amerykańskiego 2/3 nowych medykamentów stanowią wariacje już istniejących produktów, co wskazuje na niechęć koncernów farmaceutycznych do ponoszenia kosztów tworzenia jakościowo nowych leków. Mazzucato apeluje o znalezienie równowagi w tej kwestii, np. poprzez zapewnienie państwu – w zamian za finansowanie badań komercyjnym firmom – określonego udziału w zyskach ze sprzedaży oraz prawa kształtowania cen produktu, jeśli ma on istotne, społeczne znaczenie, jak wspomniane przed chwilą leki na rzadkie choroby. W ten sposób finansowanie badań naukowych podmiotom komercyjnym mogłoby w większym niż do tej pory stopniu opierać się na środkach pozabudżetowych. Wszystko to wymaga do sprawnego funkcjonowania efektywnych instytucji publicznych, mających plan wykorzystania odkryć naukowych (na przykład w szeroko omawianym w brytyjskiej publikacji sektorze zielonych technologii) dla społecznego dobra.

22 czerwca 2011

Kreska, która mówi. Dialog animacji dla dorosłych z rzeczywistością.

Symulakrum, społeczeństwo spektaklu, McŚwiat, postpolityczność – określeń dotyczących kulturowych przemian, których wspólnym mianownikiem można uznać spłycanie przestrzeni publicznej debaty, nie brakuje. Dobrą ilustrację tego procesu daje w swej książce „Dżihad kontra McŚwiat” Benjamin Barber, który już w latach 90. XX wieku, w których dominował nurt myślenia o „końcu historii”, pisał o coraz bardziej jednolitym rynku medialnym i coraz bardziej płytkich jego produkcjach. Niczym u Baudrillarda mapa zaczęła poprzedzać terytorium - „czwarta władza”, a w szczególności telewizja, miast odzwierciedlać społeczną rzeczywistość zaczęła ją kreować. Wśród przejawów negatywnych zmian w tym sektorze Barber wymieniał między innymi mieszanie się informacji z rozrywką, tworzące w efekcie lekkostrawną papkę, w żaden sposób nie przyczyniającą się do zrozumienia świata. Przykładów nie trzeba szukać daleko – starczy na chybił trafił obejrzeć którykolwiek z dzienników telewizyjnych, nadawanych w głównych kanałach. W jednym z tegorocznych wydań programu „TVN Fakty” pierwszą informacją zagraniczną było... uratowanie zagrożonego utonięciem cielaka przez ekipę helikoptera w jednym z amerykańskich stanów, kolejną zaś – wakacje Obamy na Florydzie, podczas których chodził w krótkich spodenkach, gdy w tym samym czasie Nowy Jork dotknęły paraliżujące miasto opady śniegu. W innym wydaniu znalazło się miejsce na materiał o łódce pełnej niemieckich naturystów, która przepłynęła wzdłuż plaży, na której składał wizytę i uczestniczył w konferencji prasowej polski minister obrony. Podobnych materiałów można obejrzeć setki, często spychają one z ramówki ważne zmiany społeczne i polityczne, zachodzące na naszych oczach – dość wspomnieć „arabską wiosnę” czy problemy globalnej gospodarki.

Tabloidyzacja dotyka całą, telewizyjną ramówkę. Programy publicystyczne relegowane są z anten głównych kanałów telewizyjnych do wyspecjalizowanych, informacyjnych kanałów tematycznych, jeśli udaje się im pozostać poza tą niszą, najczęściej ograniczają się do wymiany efektownych bon motów, nie pozbawionej elementów agresji wobec adwersarzy. Estetyka wideoklipu towarzyszy coraz droższym programom w rodzaju talent show czy reality show, wykorzystywana głównie do tego, by zatrzymać odpływ widowni do małych, tematycznych stacji telewizyjnych. Dostęp do wyższej jakości produkcji coraz bardziej zaczyna być „premium” - wymaga uiszczania dodatkowych opłat na poczet inwestycji w telewizję kablową bądź satelitarną. W „szalonych latach dziewięćdziesiątych”, by użyć tu tytułu książki Josepha Stiglitza, symbolem przeobrażeń krajobrazu medialnego było MTV. Benjamin Barber poświęca tej stacji sporo uwagi w „Dżihadzie kontra McŚwiecie”, a wśród zjawisk, które w tej (wówczas i tak znacznie bardziej muzycznej niż do tej pory) telewizji mu się nie podobają, wymienia animowany serial „Beavis i Butt-head”. W książkowych przypisach nie ukrywa swojego negatywnego nastawienia:

„(...) Beavis i Butt-head, kiczowate postacie z kreskówki wyświetlanej w MTV. (…) Miesiąc przedtem kreskówka została przesunięta na późne godziny, bo dzieci oglądające jej głupkowatych bohaterów w najlepszym czasie oglądalności naśladowały ich i podpalały własne pokoje.”

Można rzecz jasna dyskutować na temat tego, czy swego czasu kultowa animacja prezentowała sobą intelektualną rozrywkę, kiedy jednak zestawi się słowa Barbera z opinią Parents Television Council, organizacją zajmującą się monitorowaniem amerykańskich stacji telewizyjnych, która dotyczy serialu „Głowa Rodziny”, uderzy podobieństwo w portretowaniu odważniejszych animacji niemal jako siedliska wszelkiego zła, moralnej zgnilizny i degradacji publicznej debaty:

„Chociaż show ma w założeniu być satyrą amerykańskiej rodziny, przez większość czasu zajmuje się przekraczaniem granic przyzwoitości za pomocą sporej dawki seksualnych aluzji i tematów. W jednym z odcinków Peter nazywa swą żonę „podłą, roznoszącą choroby weneryczne, uliczną dziwką” podczas seksu. W innym widzimy szkolnego dyrektora zażywającego masażu prowadzącego go do orgazmu. Powszechna jest tu nagość i przemoc, występująca często i brutalna, chociaż jedynie animowana. Odcinki często obfitują w przekleństwa. Rodzice małych dzieci powinny szczególnie uważać, jako że animowany format „Głowy Rodziny” z pewnością będzie atrakcyjny dla młodych widzów.”

W swojej pracy licencjackiej chciałbym przyjąć nieco inną optykę. Choć faktem jest, że we współczesnej telewizji jest znacznie mniej miejsca na kiedyś na pogłębioną, intelektualną rozmowę na temat rzeczywistości, nie oznacza to, że zniknęły wszelkie metody komentowania zmian społecznych i politycznych, wykraczających poza migawki telewizyjnych dzienników. Ich krótkie przypomnienie będzie wstępem do skupienia się na meritum pracy, a więc analizy, jak w zmieniającej się rzeczywistości medialnej odnajdują się seriale animowane dla dorosłych, na przykładzie jednego z nich, popularnej „Głowy rodziny” (ang. Family Guy), w której moim zdaniem najbardziej wyraźnie widać zdolność serialu animowanego dla starszej widowni do komentowania rzeczywistości. Pokrótce – wykorzystując fragmenty filmowe – będę chciał wskazać na możliwości, jakie animacja i towarzyszący jej montaż dają dla aktywnego jej uczestnictwa w publicznej debacie. Wskażę na dwie jej cechy – metanarracyjność oraz karnawałowość – które umożliwiają im zdobycie popularności, zwrócę uwagę na fakt, że świadome ich oglądanie wymaga, wbrew powszechnym opinią, niemałej wiedzy i kulturalnego obycia. Choć animacja ma nieco większą „taryfę ulgową” niż inne formaty telewizyjne, to jednak zdarza jej się wchodzić w – niekiedy bardzo żywiołowe – relacje z rzeczywistością, z procesami sądowymi włącznie. Na tle „Głowy rodziny” będę chciał pokazać także polskie próby jej wykorzystania (na przykładzie „Włatców Móch” oraz „Tysiąca złych uczynków”) oraz uzasadnić opinię, że próby te nie były tak udane, jak ich amerykańskie odpowiedniki.

„Amerykanie oczekują więcej wobec serialu. Sitcomy nie są już dłużej miejscem, w którym znaleźć można satyrę i ostre komentarze na temat społecznej rzeczywistości. „Simpsonowie”, na antenie od roku 1989 (…) przeskoczyli „All in the Family” w roli arbitra rzeczywistości. Kreskówki miały subwersywny potencjał parodystyczny od wczesnych lat 60. i serialu „Rocky i Łos Superktoś” (…) ucharakteryzowanie wrogów Rocky'ego z KGB, Borysa i Nataszy na niedorajdów okazało się prorocze i nieśmiertelne.”

Ten cytat z artykułu z New York Timesa zarysowuje rolę, jaką zaczęły przejmować animowane seriale dla dorosłych w momencie sporych zmian w globalnej telewizji. Pierwszym ich przejawem było powstanie amerykańskiej sieci informacyjnej CNN i jej rozwój po pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej. Przez lata stacji informacyjnych na całym świecie powstało kilkaset, większość z nich zdążył już dotknąć syndrom tabloidyzacji. Pewna ich część jednak zachowała charakter opiniotwórczy, zdobywając globalne znaczenie. Sieci takie jak CNN International, BBC World News czy Al Jazeera English aspirują do roli globalnych mediów, zdających relację z wydarzeń z całego świata. Nie zamykają się w sensacyjnych informacjach kryminalnych i plotkarskich, służąc informacją o znaczeniu wykraczającym poza granice państw, z których nadają. Narodowe ambicje państw, decydujących się na publiczne wsparcie działalności tego typu kanałów (np. France 24 czy rosyjska RT) i target tego typu kanałów – publiczność wysoce świadoma globalnych współzależności – skutecznie zapobiegają ich głębszej tabloidyzacji.

Inną odpowiedzią na obniżanie się jakości dominujących do końca lat 80. XX wieku wieczornych serwisów informacyjnych stają się satyryczne programy parodiujące je. Sztandarowymi przykładami są tu znane z amerykańskiej sieci Comedy Central „The Daily Show” oraz „Raport Colberta”, które – jak pokazują badania – dla coraz większej grupy młodych osób stają się podstawowym źródłem informacji o wydarzeniach z kraju i ze świata. Z jednej strony mamy w nich tęsknotę za czasami masowej telewizji, kiedy pojedyncze, półgodzinne serwisy były oknami na świat wielomilionowych widowni, z drugiej zaś – postmodernistyczną ironię i dystans, zaprzęgnięte do publicznej służby. Odwracają one logikę tabloidyzujących się głównonurtowych serwisów, skupiając się na polityce i przekonaniach o niej, wykorzystując śmiech na podobnej zasadzie, jak czynią to komicy podczas stand-upów. Często przedstawiając swoją wersję wydarzeń („The Daily Show” bardziej – wedle amerykańskich standardów – liberalną, „Raport Colberta” z kolei igra z konserwatywnym stereotypem widzenia świata), istotnie potrafią informować nie gorzej niż dzienniki telewizyjne, a obecność gości w studiu i pogłębionych – aczkolwiek rzecz jasna humorystycznych – materiałów reporterskich dodaje im publicystycznego sznytu.

Animowane seriale dla dorosłych, spośród których warto wymienić takie tytuły jak „South Park”, „American Dad” czy „Futurama”, znajdują się na nieco podobnej do satyrycznych magazynów informacyjnych pozycji. Za główne zadanie bardzo często biorą sobie ostrą krytykę społeczną, często bijącą we wszystkie strony ideologicznych sporów. Mają one jednak znacznie większe pole do popisu, i to co najmniej z dwóch powodów. Pierwszy polega na technicznych możliwościach, jakie daje sama animacja. Narracja nie wymaga inwestowania w efekty specjalne czy uciekania się do sztuczek w perspektywie kamery, by dana scena wyglądała wiarygodnie. Od samego początku zgadzamy się na ich umowność (jak na razie niewiele przykładów na próby maksymalnego naśladowania rzeczywistości, będące coraz częściej obecne w pełnometrażowej animacji komputerowej – może poza niektórymi produkcjami anime) wytworzonego za pośrednictwem tytułowej kreski świata. Wymyślone przez scenarzystów postacie mogą strzelić sobie w głowę i zaraz później, bez jakichkolwiek obrażeń, chodzić po ścianach i spadać w jednych scenach, a łamać prawa fizyki w innych, w zależności od potrzeby – plastyczność tak wykreowanej rzeczywistości daje pole do popisu wyobraźni bez konieczności dysponowania olbrzymim budżetem na samą produkcję.

Drugim z kolei powodem, dla którym bajki "mogą więcej" jest ich niepoważne traktowanie. Choć w społeczeństwie amerykańskim kulturowa recepcja komiksu – a więc jednego ze źródeł animacji wykorzystywanej w medium telewizyjnym – stoi na wyższym niż polski poziomie, to jednak nadal widoczny jest dystans między nim a innymi gałęziami sztuki. O tym, co to oznacza dla "Głowy rodziny" i innych, podobnych seriali animowanych, opowiem w dalszej części prezentacji.

Najpierw czas opowiedzieć pokrótce o analizowanym przeze mnie serialu. "Głowa rodziny" to kreskówka, która ujrzała światło dzienne w roku 1998, zaraz po finale amerykańskiego Super Bowl, regularna jego emisja ruszyła w kolejnym roku. Składa się on ze skeczy z życia "typowej" amerykańskiej rodziny z klasy średniej – głupkowatego Petera Griffina, jego zajmującej się głównie domem żony Lois, trójki dzieci – gamoniowatego Chrisa, Meg – nastolatki cierpiącej z powodu wyśmiewania jej wyglądu oraz niemowlaka Stewie'go, który owładnięty jest chęcią zdobycia władzy nad światem oraz uśmiercenia własnej matki. Istotną osobą w domu Griffinów jest pies Brian, uwielbiający dobrą lekturę, piękne (i niekoniecznie inteligentne) kobiety oraz dobre alkohole. Interakcje między nimi, a także między poszczególnymi osobami z rodziny a otaczającym ich światem fikcyjnego przedmieścia jednej z metropolii Nowej Anglii – Quahog. Istotną rolę odgrywają tu tak zwane "cutaway gags" – najczęściej kilkunastosekundowe wątki poboczne, nie mające wiele wspólnego z fabułą danego odcinka. Poszczególne epizody nie są ze sobą zbyt powiązane fabularnie, co umożliwia wejście w rytm oglądania serialu praktycznie w dowolnym momencie. Już same jego losy w telewizyjnej ramówce pokazują, że telewizyjne produkcje nie pozostają w społecznej próżni, jako jeden z nielicznych projektów medialnych został on wznowiony po zdjęciu z anteny telewizji FOX, gdy wpierw odniósł sukces w wieczornym paśmie Cartoon Network – Adult Swim, a następnie zanotował rekordową sprzedaż swojego wydania na DVD. Skłoniło to szefostwo kanału FOX do rewizji decyzji o zawieszeniu emisji i – co więcej – przyznania serialowi stałego miejsca w ramówce, do tej pory bowiem zmieniało się ono praktycznie co sezon. Seth MacFarlane – pomysłodawca "Głowy rodziny" – poza sowitym wynagrodzeniem realizuje dla kanału więcej produkcji tego typu – "American Dad" oraz "The Cleveland Show". Ten ostatni serial jest zresztą spin offem, który główną postacią czyni jednego z pobocznych bohaterów "Family Guya". Dlaczego zatem "Głowa rodziny" musiała wrócić i co podtrzymuje jej popularność? Oddajmy głos dwójce młodych mężczyzn z grupy docelowej, do której kierowany jest jego przekaz:

„Ten serial jest cudowny jeśli chodzi o cytowanie”, mówi Kaufman, lat 13, który zdenerwował swojego wuefistę ciagłym jego cytowaniem. „W siódmej i ósmej klasie w Dalton wszyscy znają go na pamięć, poza oczywiście kilkoma osobami, które go nie oglądają.”

„Kocham Głowę Rodziny gdyż jest ona kompletnie absurdalna i niepoprawna – mówi Mary Blakemore, mająca 23 lata fanka z Manhattanu, która często ogląda nagrane odcinki przed snem. (…) Dziecko stale pragnie zabić swoją matkę, rodzice obniżają samoocenę własnej córki. To show komentuje aspekty rzeczywistości, z którymi wiele ludzi nie czuje się wygodnie. Często bywa mroczny i surowy. Uważam go komiczny.”

Wygląda zatem na to, że ceniony jest on dokładnie za te cechy, za które bywa krytykowany przez chociażby Parents Television Council. Animacja daje możliwość użycia groteski na niespotykaną do tej pory skalę, którą można porównać do skeczy Monty Pythona – dla przykładu w jednym z najnowszysch odcinków wracający do szkoły Peter pada ofiarą wydmuchanej przez słomkę... krowy. Osoby sceptycznie nastawione do tej formy ekspresji widzieć będą głównie te brutalne i makabryczne elementy przekazu, jednak pojawiają się w nim także wątki i pomysły, które nie da się tak łatwo zbyć jako element infantylizacji przestrzeni medialnej.

Nie sposób uznać, że przekaz tego fragmentu - SMS-owej sondy na temat cytatu z Henry Davida Thoreau - ma za zadanie sprawić, że osoby oglądające serial miałyby poczuć się lepiej ze swoją niewiedzą. Tego typu pobocznych wątków jest tu dużo, dużo więcej, a znajomość kontekstu kulturowego w dużej mierze warunkuje poziom zrozumienia aluzji, umożliwiający śmianie się z nich. Nie brak tu odwołań do kultury popularnej, ale także do amerykańskiej kultury i historii, co może stanowić wyzwanie także dla widza spoza anglosaskiego kręgu kulturowego. Ze względu na dużą ilość gagów o różnym stopniu intelektualnej głębi (doprawdy nie trzeba mieć wysokiego IQ by być poruszonym puszczeniem wiatrów) możliwa jest rzecz jasna recepcja "Głowy Rodziny" jako prostej, pozbawionej głębi kreskówki (co jak mam nadzieję wskazałem już we wcześniejszych fragmentach), jednak obraz ten burzyć może nie tylko scena powyższa, ale i ta, gdy przenosząc się po różnych wymiarach czasu i przestrzeni Stewie i Brian trafiają do świata satyrycznych rysunków pewnej amerykańskiej gazety.

Wystarczy bardzo szybko wyliczyć elementy które wymagają pewnego rozeznania w tym krótkim, 45-sekundowym fragmencie, by poddać w wątpliwość możliwość łatwego przyporządkowania serialu do na osi wysokie-niskie. By zrozumieć zawarte tu aluzje, należy przypomnieć sobie kulisy ustawy McCain-Feingold (wspólnej inicjatywy senatorów: Republikanina oraz Demokraty – na rzecz ograniczenia możliwości finansowania kampanii wyborczych przez bogate grupy nacisku, takie jak wielki biznes), skojarzyć, dlaczego prawo to miałoby się podobać amerykańskim liberałom (pod tym tytułem w USA kryją się głównie osoby o poglądach europejskiej socjaldemokracji, opowiadające się za bardziej aktywną rolą państwa w życiu ekonomicznym, większą ilością regulacji etc.), a zaraz potem odpowiednio szybko rozszyfrować aluzję w postaci rządowego kota i broniącej się przed nim Statuy Wolności, odzwierciedlających archetypiczny konflikt między "małym" a "dużym rządem", by zauważyć, że wymaga to przypomnienia sobie wielu faktów i powiązań. Konia z rzędem temu, kto w Polsce pamiętałby po 6-7 latach, bo tyle dzieliło czas debaty nad ustawą od emisji 8. sezonu "Głowy rodziny", jakie ustawy były obiektem debat ówczesnego parlamentu. Okazuje się więc, że nawet szybki montaż, dostosowujący ludzką percepcję do dominujących doświadczeń wideoklipów MTV, filmików z YouTube oraz szybkiego przeskakiwania z jednej strony internetowej na drugą nie muszą koniecznie wiązać się z brakiem możliwości odnoszenia się do rzeczywistości, i to nie pozbawionego ambicji.

Moim zdaniem sukces takiego trybu budowania narracji bierze się z faktu, że w momencie premiery "Głowa rodziny" wyprzedziła trend, który przy jej powrocie na antenę FOX w roku 2005 był już w mediach wyraźnie zauważalny, a mianowicie ich rosnącej defragmentacji. Tak jak rzadko kiedy czeka się dziś na wieczorny dziennik, mając możliwość włączenia kolejnej edycji trwającego całą dobę serwisu informacyjnego, tak zjawisko to stało się jeszcze bardziej widoczne wraz z upowszechnieniem się Internetu. Szybkie łącza oraz serwisy społecznościowe a la Facebook czy Twitter sprawiły, że dziś coraz rzadziej strona główna portalu internetowego staje się jedynym źródłem informacji. Możliwość zasysania z sieci informacji przefiltrowanych wedle indywidualnych gustów z różnych stron internetowych i ich bieżącego komentowania wygląda na ziszczenie się rzeczywistości, opisywanej przez Nicolasa Negroponte w jego "Wieku postinformacyjnym". Bombardowani informacjami, stopniowo przystosowujemy się do coraz bardziej intensywnego kontaktu z zewnętrznymi bodźcami, wymuszającymi szybkie analizowanie i interpretowanie rzeczywistości. "Głowa rodziny", z jej dużą ilością wątków pobocznych oraz pełnym przekrojem łamanych tabu – religijnych, społecznych, obyczajowych, rasowych etc. - idealnie wpasowuje się w tak żywiołowo rozwijający się świat nowoczesnych technologii i towarzyszącego mu szumu informacyjnego.

Wspomniany przed chwilą szum, emitowany przez rosnąca ilość stacji radiowych, telewizyjnych oraz stron internetowych sprawia, że coraz trudniej połapać się nawet w najbardziej masowych przejawach kultury popularnej. Odwołując się do nich, "Głowa rodziny" i inne kreskówki (zjawisko to jest równie zauważalne w "South Parku") stają się swego rodzaju metanarracją – projektem, który żywi się strumieniami kultury popularnej oraz amerykańskiego życia publicznego, ułatwiając ich zrozumienie. Być może zbyt daleko idącym wnioskiem byłoby uznanie, że na podstawie odcinków "Family Guy'a" można nauczyć się tamtejszej kultury i historii, niemniej jednak stanowią swego rodzaju soczewkę, umożliwiającą obejrzenie – naturalnie w krzywym zwierciadle – amerykańskiego społeczeństwa. Każdy odcinek jest swego rodzaju pojedynkiem z osobą oglądającą, nie tylko z powodu częstego balansowania na granicy smaku. Głównym obiektem zmagania staje się pojedynek na sensy – widz, przed każdą emisją, zakłada się z twórcami, ile wątków, anegdot i aluzji jest w stanie zrozumieć. Testowana jest też zdolność jej/jego wyobraźni do wymyślenia możliwości takiego, a nie innego wykorzystania danego motywu, na przykład umieszczenia nalepki wyborczej "McCain – Palin" na masce... hitlerowskiego samochodu z roku 1939, do którego w ramach podróży czasoprzestrzennych, lądując w Polsce, trafili Stewie i Brian.

"Głowa rodziny" nie ucieka od kontrowersji – wręcz przeciwnie, sama dość intensywnie je prowokuje. Podczas niedawnej kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych sporo szumu wzbudził odcinek, w którym Stewie zakochał się w dziewczynce z zespołem Downa. Na pytanie o to, kim są jej rodzice, odpowiedziała, że jej mama jest gubernatorką Alaski. Sęk w tym, że istotnie jedno z dzieci Sary Palin, ówczesnej republikańskiej kandydatki na wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, zespół Downa ma. Serial z anteny zdjęty nie został, tak jak nie stało się to po groźbach procesów sądowych o plagiat pewnej postaci kabaretowej, magicznych sztuczek kuglarza, a także zarzutach o antysemicki charakter jednej ze śpiewanych w nim piosenek, odwołującej się do stereotypu żydowskiej chciwości. Mimo to serial jak był emitowany, tak jest, co nie jest normą na przykład w wypadku programów publicystycznych, w których prowadzącym zdarzy się zagalopować "o jeden most za daleko". Zjawisko to dobrze zdaje się odzwierciedlać jedna ze scenarzystek serialu, która w wywiadzie dla "New York Daily" powiedziała:

„Nasze show łamie zasady równego traktowania – mówi Alex Borstein (…) Jeśli odczekasz odpowiednio długo każda rasa, religia, kstałt oraz wymiar zostnie zbesztany. W czasach, gdy w naszym kraju jest tak wiele cenzury, każde pierdniecie Petera ma wymiar polityczny.”

Warto przekonać się zresztą na własne oczy, jak bardzo „po bandzie” jadą twórcy serialu na przykładzie jednego z ostatnio wyemitowanych przez FOX odcinków, poświęconych powojennym rozliczeniom dwóch starszych sąsiadów Griffinów, z czego jeden miał być komendantem obozu koncentracyjnego, drugi zaś – jego więźniem. Można by się spodziewać, że chociaż świętość w postaci nadawcy, decydującego się na powrót serialu na antenę, zgodnie z rynkową logiką, zostanie zachowany. Nic z tych rzeczy – w pierwszym po wznowieniu serialu odcinku ostrze dowcipu spada na kierownictwo stacji:

„Zostaliśmy zdjęci z anteny! - oznajmia swej rodzinie fikcyjny charakter, Peter, tłumacząc, że Fox musiał zrobić miejsce tak wspaniałym programom, jak … - i tu następuje długa wyliczanka poległych na placu boju formatów. Bardzo długa wyliczanka. - Czy jest nadzieja? - pyta jego żona, Lois. - Cóż, wydaje się że jeśli wyrzucą do kosza wszystkie te formaty, mamy pewną szansę – odpowiada Peter.”

Wszystkie te pokrótce przybliżone przykłady skłoniły mnie do postawienia tezy, że to, co umożliwia tak dalekie odejście od zasad politycznej poprawności, określić można mianem karnawałowości i sowizdrzalskości animacji dla dorosłych. Swego rodzaju postmodernistyczny nihilizm odgrywa mniej więcej taką samą rolę, jaką w średniowieczu odgrywały lokalne mutacje opowieści o Dylu Sowizdrzale, za nic mającym sobie społeczne normy i obyczaje. By wygrać zakład, potrafił w obecności króla zjeść ludzkie odchody. Był jednoosobową inkarnacją zjawiska karnawału – momentu, w którym odwracane i zawieszane były normy i hierarchie społeczne. Przez krótki czas symboliczne władztwo przejmowały niższe klasy społeczne, a na grzech – w obliczu zbliżającego się Wielkiego Postu – istniało mniej lub bardziej widoczne przyzwolenie. Tak postacie, jak i czas kwestionujący status quo nie służyły jednak jego zmianie, ale wręcz przeciwnie – jego ustabilizowaniu, kanalizując uczucia gniewu i buntu. Podobnie i dziś, kiedy popatrzymy na autorki i autorów animacji, które kpią z politycznej poprawności, nie ma żadnych przesłanek mogących skłonić do wyciągnięcia wniosku, że pragną ją obalić. Wręcz przeciwnie – tak jak Doktor House czy John Steward, prowadzący „The Daily Show” poprzez ironię i dystans de facto pokazują, że świat bez political correctness byłby znacznie gorszy niż ten, z którym mamy do czynienia obecnie. Dzięki temu jednak, że ta ambiwalencja nie zawsze jest widoczna, może on znaleźć swoje miejsce na antenie sieci, której siostrzany kanał informacyjny Fox News słynie z konserwatywnego światopoglądu. Skoro bowiem rola współczesnego sowizdrzała nie jest do końca rolą rozpoznaną, zawsze można spoglądać na krytykę społeczną prezentowaną w serialu wprost – jako atak na „liberalną Amerykę”, który na dodatek trafia do grupy demograficznej młodych mężczyzn między 15 a 30 rokiem życia, która w dużej mierze pod jej wpływem pozostaje.

Na tle amerykańskiej tradycji mniej lub bardziej społecznie zaangażowanej animacji polskie doświadczenia z kreskówkami dla dorosłych nie wyglądają imponująco. Z jednej strony mieliśmy całkiem bogatą tradycję przyzwoitej czy wręcz dobrej jakości bajek dla dzieci (dzięki studiu animacji w Bielsku-Białej), z drugiej – niszowe, ale doceniane dziedzictwa artystycznej animacji dla dorosłych, z nagrodzonym Oskarem „Tangiem” Rybczyńskiego. Swego czasu popularnością cieszyło się wykorzystywanie kukiełek do komentowania bieżących wydarzeń politycznych („Polskie ZOO”, „Gumitycy”), ostatecznie jednak nie przetrwało w zinstytucjonalizowanej formie, takiej jak np. kukiełkowe wiadomości na francuskim Canal+. Dwie próby zmiany tego stanu rzeczy i stworzenia rodzimego odpowiednika „South Parku” czy „Głowy rodziny” - a zatem „Włatcy móch” oraz „Tysiąc złych uczynków”, pozostawiają mieszane uczucia. Pod względem komercyjnym ten pierwszy z dwóch seriali Bartka Kędzierskiego sukces odniósł większy – oglądalność poszczególnych odcinków na antenie TV4 potrafiła zbliżyć się do miliona widzów, serial został wyeksportowany zagranicę, emitowany jest także w polskich stacjach sieci Viacom, m.in. MTV oraz Comedy Central. Opowieść o grupie szkolnych przyjaciół, wśród których mamy młodzieńca owładniętego chęcią władzy nad światem czy też Czesia – zombi z dziurą w głowie – wśród młodej widowni z pewnością odniósł sukces. Takimi sukcesami nie może się pochwalić druga produkcja - „Tysiąc złych uczynków”, opowiadająca historię grupy diabłów, którzy z powodu zaniedbania obowiązków względem Lucyfera zostają skazani na pobyt na Ziemi, na której – jako pozornie zwyczajna rodzina Rogowieckich – mają za zadanie dokonać tytułowych tysiąc złych uczynków. Seria skończyła się na jednym sezonie i nie porwała widowni.

Na czym polega różnica między tymi produkcjami a ich amerykańskimi odpowiednikami? Uderza stosunkowo wolne tempo narracji, znacznie mniej efektowne od „Głowy Rodziny”, co wiąże się z mniejszym wysiłkiem intelektualnym. „Włatcy móch”wyszli obronną ręką, bowiem tak jak „Family Guy” czy „South Park” każdy odcinek stanowi odrębną całość, umożliwiającą „zarażenie się” nawykiem oglądania praktycznie w dowolnym momencie. Co zdaje uderzać w obu polskich przypadkach najbardziej to widoczna kapitulacja wobec rzeczywistości społecznej i politycznej, rozgrywającej się w świecie rzeczywistym, nad Wisłą. O ile kwestie obyczajowe bywają tu poruszane, o tyle obecność bieżącej polityki jest nikła. Może to z jednej strony gwarantować większą długowieczność serialu takiego jak „Włatcy móch”, jednak dowcipy z polityki prowadzonej przez USA kilka lat temu nadal pozostają zrozumiałe (trudno zapomnieć epokę George'a Busha i jego współpracowników). Również kulturowe podłoże rzeczywistości, w której dorastają Czesio, Maślana czy Konieczko pozostaje dość słabo wyeksploatowane, co znowuż – umożliwia eksport serialu na zagraniczne rynki, ale zarazem tępi jego potencjalne, publicystyczne ostrze. Potencjał animacji dla dorosłych z Ameryki polega na tym, że albo jest w stanie wytłumaczyć zagranicznym odbiorcom kontekst lokalnego dowcipu, albo – z powodu siły popkultury i „American way of life” jest on oczywisty. Polskie produkcje wobec tego problemu kapitulują, nie mając ambicji zażartowania sobie np. z któregoś z królów Polski czy jakiegokolwiek rodzimego powstania narodowowyzwoleńczego. Obecność motywów literackich również występuje w stężeniu homeopatycznym, przez co „Włatcy móch”, a tym bardziej „Tysiąc złych uczynków” nie mają środków do kwestionowania podziału na kulturę wysoką i niską, raczej petryfikując dotychczas dominujące przekonanie o pośledniości rozrywki oferowanej przez kreskówki. Wydaje się to wpisywać w szerszą tendencję, widoczną często chociażby w programach satyrycznych (poza wyjątkami w rodzaju „Szymon Majewski Show”) do uciekania od bieżącej tematyki politycznej czy cywilizacyjnej w stronę ponadczasowych dowcipów skupiających się głównie na sferze obyczajowej. W dziedzinie komentarza publicystycznego nadal większą rolę odgrywa nad Wisłą kinematografia, dość wspomnieć takie tytuły, jak „Dzień świra” czy „Cześć Tereska”. Parafrazując Borstein, tu pierdzenie wymiaru politycznego nie ma.

Rzecz jasna nie jest moim celem gloryfikowanie jednego serialu i besztanie innych projektów tego typu. Także podczas „Głowy rodziny” zdarzają się sceny, podczas których robi się słabo i nie pomaga wówczas jakakolwiek ich intelektualna analiza. Największy problem, jaki mam z polskimi odpowiednikami „Family Guy'a” polega na tym, że cechy odpowiadające za fakt jego kulturowego sukcesu – nie tylko w Ameryce – nie są wykorzystywane przez polskich twórców. Można cieszyć się, że po latach faktycznego upadku rodzimej animacji powoli zaczyna ona stawać na nogi, problem w tym, że jej niechęć do wykorzystywania kodu historycznego i kulturowego dostępnego „na miejscu” skazuje projekty w rodzaju „Włatców móch” na kulturową peryferyjność względem produkcji amerykańskich. Brak w nich alternatywnej narracji, a przecież polskie popkulturowe dziedzictwo zasługuje na metakomentarz tak samo, jak i amerykańskie. Jak na razie szanse z tym związane wykorzystywane nie są, co sprawia, że nawet w dziedzinie kultury, używając terminologii znanej chociażby z analiz Immanuela Wallerstina, bliżej nam do globalnych peryferii niż do centrum.

Artykuł jest szkicem prezentacji licencjackiej, wygłoszonej 22 czerwca w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego.

7 czerwca 2011

Fuzja


Uważne Czytelniczki i Czytelnicy tego bloga z pewnością zauważyli już powoli dokonujące się na nim zmiany. Wpierw pojawił się niewielki baner, który klikających przenosił na witrynę "Zielonych Wiadomości", następnie na liście społeczności facebookowych pojawiła się również witryna gazety, na koniec zaś - zmianie uległo logo bloga, przygotowane teraz przez Wojtka Kłosowskiego. Już to krótkie wyliczenie pokazuje, że - wbrew plotkom - Zielona Warszawa żyje i żyć zamierza. Nie ma co ukrywać jednak, że wchodzi ona w nową fazę swojego istnienia, a to dzięki połączeniu sił z redakcją naszego bezpłatnego czasopisma pod redakcją Beaty Nowak i Adama Ostolskiego. Zdecydowałem się na ten krok, bowiem wzajemne wsparcie zielonej obecności w przestrzeni medialnej staje się teraz niezmiernie istotne. Spojrzenie na rzeczywistość społeczną i polityczną z ekopolitycznej perspektywy będzie teraz - mam nadzieję - widzialne bardziej niż do tej pory, pewne plany już są, ale wolę ich nie zdradzać. Niech będą one miłymi niespodziankami dla wszystkich tych, chcących od tego roku widzieć Zielonych w Sejmie.

Nie da się ukryć, że będzie tu nieco mniej tekstów niż do tej pory. Ostatnimi czasy to zjawisko spowodowane było głównie przez moją sesję, skrajnie nie sprzyjającą jakiejkolwiek działalności publicystycznej, chciałbym też - czego nie ukrywam - nieco inaczej kształtować swój czas, tak, by polityka była jego istotnym, nie zaś jedynym elementem. Od jakiegoś czasu informacje na temat zielonych sukcesów w wyborach na świecie czy też przegląd interesujących artykułów w sieci pojawiają się na witrynie Zielonych Wiadomości. Chciałbym, by strona internetowa pisma, którego publicystą zostałem, była swego rodzaju zieloną agencją informacyjną, portalem, trzymającym rękę na pulsie wydarzeń. Będzie to szczególnie istotne w obliczu zbliżających się wielkimi krokami wyborów parlamentarnych. By zapewnić polskim czytelniczkom i czytelnikom pełen dostęp do głównego nurtu politycznych debat w obrębie zielonej rodziny politycznej, udało się nawiązać współpracę z portalem Sieci Współpracowników Europejskiej Partii Zielonych - GreenYourope, dzięki czemu teksty z tej strony tłumaczone będą na polski, a sam portal umieszczać będzie teksty Adama Ostolskiego z jego anglojęzycznego bloga - pierwszy, na temat praw mniejszości seksualnych, już zresztą na GreenYourope wisi.

Zielona Warszawa pozostanie miejscem, w którym znaleźć będziecie mogły/mogli bieżącą publicystykę dotyczącą lokalnych spraw warszawskich - liczę, że dzięki temu blog ten w większym stopniu realizować będzie swoje pierwotne założenie bycia źródłem debaty na temat Warszawy naszych marzeń i stanie się swego rodzaju "internetową wkładką lokalną" Zielonych Wiadomości. Nie znikną stąd recenzje czytanych przeze mnie książek, zaproszenia na lokalne wydarzenia czy spostrzeżenia z odwiedzanych wystaw, a więc utrzymanie dużej roli tekstów kulturalnych czy metapolitycznych na stronie. By szybciej reagować na pędzącą jak szalona rzeczywistość, zdecydowałem się na założenie sobie konta na Twitterze - z poziomu Zielonej Warszawy możecie obserwować najnowsze wpisy, pojawiające się po jego lewej stronie, zaraz pod facebookowymi społecznościami, gorąco zachęcam też do zapisania mojego profilu i jego śledzenia z poziomu samego Twittera. To całkiem niezła lekcja krótkiego i treściwego wyrażania swoich opinii, co może spodobać się szczególnie osobom, nie mającym czasu na czytanie dłuższych postów na blogu. Na pewno będzie tu można znaleźć również odniesienia do wszystkich innych miejsc w sieci innych niż Zielone Wiadomości, w których będzie można znaleźć moje teksty. Dziękując zatem za to, że do tej pory byłyście i byliście z Zieloną Warszawą - proszę o nieregulowanie odbiorników, nadawanie trwa bowiem w najlepsze.

27 kwietnia 2011

Zielone kino: produkcje Al Jazeera English

Powoli dochodzę do siebie po magicznym okresie świątecznym. Jednocześnie, z powodu natłoku innych obowiązków informuję, że w najbliższym czasie mogą (ale nie muszą) nastąpić przerwy w pisaniu nowych postów - sesja, na dodatek licencjacka, nigdy nie jest łatwym kawałkiem chleba. W okresie świątecznym udało mi się obejrzeć trzy programy z repertuaru Al Jazeera English. Wywiad z Tariqiem Ramadanem i Slavojem Żiżkiem na temat sytuacji w Egipcie oraz w całym świecie arabskim, choć przeprowadzony jakiś czas temu, nadal pozostaje aktualny. Chwilę później zerkniemy za kulisty niedawnego szczytu przywódców państw BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, Południowa Afryka) i będziemy mogli sprawdzić, jak sprawują się gospodarki tego rosnącego w siłę bloku polityczno-ekonomicznego. Materiał dotyczący problemów z mikrokredytami, które miały podnosić ludzi nie dysponujących dostatecznymi kapitałami z nędzy, wpisuje się w debatę na temat tego, czy dobra idea nie została przejęta przez instytucje zainteresowane przede wszystkim zyskiem. Na koniec zaś będziemy mogli przyjrzeć się próbce cotygodniowego magazynu, zajmującego się sytuacją mediów na całym świecie, którego szczególnie ciekawym fragmentem jest materiał o tym, czy egipskie media publiczne będą w stanie wypracować własną niezależność po latach bycia kontrolowanymi przez reżim Mubaraka. Zapraszam zatem do oglądania.

13 kwietnia 2011

Stan demokracji na Węgrzech - debata w Budapeszcie

Rebecca Harms, współprzewodnicząca Grupy Zielonych/Wolnego Sojuszu Europejskiego w Parlamencie Europejskim: Jesteśmy tu z dwóch powodów. Po pierwsze, gości nas LMP - partia Zielonych, której udało się wejść do parlamentu w kraju Europy Środkowej, co napawa mnie sporą radością. Niestety, drugi powód nie jest tak wesoły - to nasz sprzeciw wobec stylu polityki uprawianego przez rząd Victora Orbana w kraju, który sprawuje dziś prezydencję w Unii Europejskiej. Ekipa Fideszu pragnie dziś przenieść wartości wyznawane przez swoją partię do nowo tworzonej konstytucji tego kraju. Potrzeba nam siły do zmagania się z wyzwaniami współczesności - chociażby w sytuacją w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie czy też sytuacją w Fukushimie. Tu, na Węgrzech, mamy do czynienia z debatą wokół wydłużania działalności elektrowni jądrowej w Pacs, i to pomimo zupełnie innych trendów, dominujących dziś w Europie.

Andras Schiffer, lider Lehet Mas a Politika: Pamiętam czas, kiedy wraz ze swymi koleżankami i kolegami spotykaliśmy się w innych, dużo mniej imponujących niż wnętrza naddunajskiego hotelu Marriott, a mianowicie naszych mieszkaniach. Niedawny sukces Zielonych w Badenii-Wirtembergii, która w niektórych rejonach Stuttgartu zdobyli 45% głosów pokazuje, że nie jesteśmy tylko partią młodych i intelektualistów, ale ludzi wiodących różne style życia. To nie czas na politykę i ideologie rodem z XIX wieku, bo nie opisuje ona dzisiejszej sytuacji Węgier w zglobalizowanym świecie. Musimy zastanowić się nad tym, jak iść naprzód, kwestionować fetyszyzację nieustającego wzrostu w świecie ograniczonej ilości zasobów naturalnych, przywrócić ludziom wiarę w sens demokracji. Odpowiedzią na globalne zwątpienie w instytucje demokratyczne wielu znajduje w populizmie - dlaczego? Mało kto w przestrzeni debaty publicznej był zdolny przyznać, że dla wielu ludzi powrót kapitalizmu do świata Europy Środkowej oznaczał osunięcie się w biedę. Mam nadzieję, że dzięki temu typu spotkaniom na sile przybierze głos mówiący o tym, że technokratyczne czy populistyczne pomysły nie są odpowiedzią na wyzwania współczesności - jest nią zielona polityka.

Miklos Haraszti, były obserwator wolności mediów OBWE na Węgrzech: Mała dygresja na temat "nowoczesności" obecnego rządu - nowa konstytucja Węgier jest pierwszym tego typu dokumentem, napisanym na iPadzie, na tym jednak jej nowoczesność się kończy. Viktor Orban twierdzi, że wolność była zapisana już w dokumencie przyjętym za czasów komunizmu, co stawia pod znakiem zapytania jej wiarygodność, moim zdaniem nie ma co używać tego argumentu, będę szczęśliwy, jeśli poprzestaniemy na analizie ostatnich 20 lat. Prawda jest taka, że walcząc z ustawą zasadniczą z 1949 roku, Fidesz po raz kolejny w historii naszego kraju pisze najważniejszy dla kraju dokument bez udziału opozycji i lekceważąc porozumienia dotyczące zmian systemowych z 1989 roku. Nowa konstytucja likwiduje niezależność Trybunału Konstytucyjnego i innych instytucji publicznych - medialnych, finansowych i związanych z naszym krajowym systemem sprawiedliwości.

Bruksela nie jest Moskwą, bo Bruksela - w jakimś sensie - należy do nas, a nie my do niej, jak to było ze stolicą Związku Radzieckiego. Byłoby dziwne, gdyby Unia Europejska nie walczyła o wolne media, kiedy już staliśmy się jej członkami, tak, jak czyniła to wcześniej. To niewiarygodne, że na naszych oczach, za pomocą demokratycznych narzędzi, rozmontowuje się zasady za nią stojące. W innych krajach o demokracje toczono zażarte boje, z wojnami domowymi włącznie. Mam nadzieję, że nie będziemy biernie przyglądać się procesowi jej obumierania. Nie trzeba poddawać się negatywnemu myśleniu - węgierscy Zieloni bardzo mocno prezentowali swoje twarde stanowisko w sprawie zmian konstytucyjnych, skupiające się na przestrzeganiu zasad proceduralnych i kooperacji, a nie forsowaniu jedynie własnego zdania przez rządzący Fidesz.

Istvan Elek, węgierski dziennikarz: Nasza demokracja jest chora - była taka już rok temu. Zmiany ustrojowe stworzyły grupy, które czuły się pokrzywdzone przez transformację. Na Węgrzech nadal wielu uważa, że zmiany ostatnich lat nie przyniosły realizacji obietnic, składanych przy ich rozpoczęciu. 1/3 naszego społeczeństwa tak naprawdę go nie współtworzy, pozostając w sferze ekonomicznego wykluczenia. Mamy dziś rząd, skupiony na centralizacji władzy, korodowaniu demokracji i systemu zabezpieczeń społecznych. Ustawa medialna czy nowa konstytucja to tylko kilka przykładów tego trendu. Wydawało się nam - osobom zaangażowanym w demokratyczne przemiany - że stworzymy system kontroli poszczególnych sektorów władzy i będzie to oczywistością, i jak do tej pory nie było partii, która zdecydowałaby się na samodzielne zmiany w konstytucji.

Istnieje duża akceptacja dla sporej centralizacji władzy w rękach rządu, która jest dziedzictwem nie tylko epoki Kadara, ale także okresu międzywojennego, gdzie parlament owszem, istniał, ale nie miał wiele do powiedzenia. Przed nami wiele wyzwań - chociażby kwestia włączenia społeczności romskiej z powrotem do społeczeństwa. Cieszę się, że jest partia, która o tego typu problemach i wyzwaniach mówi - LMP, przed którą stoi wielkie zadanie przywrócenia wiary węgierskiego społeczeństwa w liberalną demokrację, w możliwość poprawy losu osób wykluczonych, poradzenia sobie z problemami starzejącego się społeczeństwa. Europejska socjaldemokracja nie jest w stanie odpowiedzieć na te wyzwania, moim zdaniem niedawny sukces Zielonych w Badenii-Wirtembergii jest rezultatem takiego stanu rzeczy.

Daniel Cohn-Bendit, współprzewodniczący Grupy Zielonych/Wolnego Sojuszu Europejskiego w Parlamencie Europejskim: Miałem wczoraj sen, w którym Viktor Orban przyszedł na naszą konferencję, by dowiedzieć się, o co nam chodzi z krytyką jego osoby. Niedawno twierdził on w Europarlamencie, że atakuję naród węgierski - nie sądzę, by naród ten składał się wyłącznie z jego rządu. Cenię wolną prasę, nawet, gdy tak jak ostatnio prasa węgierska, pisze o mnie i wypomina mą przeszłość - takie jest życie. Jeśli prasę podda się kontroli, wśród dziennikarzy zapanuje lęk przed jej wszechobecnością - wiemy, do czego to prowadzi. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby premier Węgier, jako lider Unii Europejskiej, pojechał z taką ustawą jako "prezentem" dla społeczeństw demokratyzujących się: Tunezji i Egiptu...

Demokracja nie polega na rządach większości, lecz na trosce i szacunku wobec mniejszości. Kiedy w jednej z węgierskich miejscowości marsz skrajnej prawicy atakował romską społeczność, to spodziewałbym się, że Orban jasno powie, że Romki i Romowie są pełnoprawnymi obywatelkami i obywatelami - to jest demokracja! Viktorze - napisałeś nową konstytucję, z którą mam pewien problem. Rewolucja roku 1956 była dla mnie pierwszym ważnym, politycznym wydarzeniem - brałem wówczas udział w demonstracji przeciwko francuskim komunistom. Tymczasem dziś, w preambule, czytamy "Boże, błogosław Węgrów!". Nie wierzę w Boga, ale szanuję wszystkie osoby wierzące. Każdy ma prawo żyć zgodnie z własnymi przekonaniami - z Bogiem lub bez Boga, nie może to być cecha, która ma wyróżniać Węgra. Czemu pisać w Konstytucji coś, w co nie wierzy większość osób, które ta konstytucja ma bronić - prawa mają osoby żyjące w rodzinach i takie, które wolą inny tryb życia? Obie te strony mają prawo domagać się przestrzegania swoich praw obywatelskich.

My, Zieloni, bronimy demokracji i wolności, przyrody i ludzi. Atakowaliśmy łamanie tych zasad w Chinach, Korei Północnej i na Kubie, ale też we Włoszech, Francji i na Węgrzech - w tej pierwszej grupie krajów znika poparcie europejskiej lewicy, w tej drugiej - prawicy, nasze wołanie za każdym razem pozostaje równie donośne. Jeszcze jedno - Viktorze, liderze Europy, nie idź drogą rozwoju technologii jądrowej, bo nigdy nie da się zlikwidować ryzyka z nią związaną. Problemy dają szanse na zmiany w myśleniu i stylu rządzenia - któż, kto na początku grudnia odwiedzał Kair sądziłby, że za 3 miesiądze nie będzie już Mubaraka? Dwa lata temu napisałem książkę "Zapomnieć Rok 1968" - i coś w tym jest. W 1968 roku chcieliśmy zmienić społeczeństwo, będąc optymistycznie nastawieni do tej możliwości. Wielu z nas wybierało szalone ideologie, wzorując się na Chinach, Kubie, Korei Północnej. Mając słuszne marzenie o emancypacji, wybieraliśmy zużyte klisze. Dzisiejsze pokolenia nie mają przywileju popełniać tego typu błędów, w świecie kryzysu ekologicznego, społecznego i społecznego. Można, i warto, czerpać pozytywne wzorce z przeszłości - nie tylko roku 1968, ale z doświadczeń polskiej "Solidarności" czy też niedawnych rewolucji w Tunezji i Egipcie.

1 kwietnia 2011

Uważam Rze to boli

"Rok 2011 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia" - tego typu parafraza pierwszego zdania sienkiewiczowskiego "Ogniem i Mieczem" dobrze zdaje się oddawać aktualną sytuację na scenie politycznej. Platforma Obywatelska nie gnije może tak spektakularnie jak SLD w 2005 roku, ale poczucie rozczarowania Donaldem Tuskiem wśród liberalnych elit, symbolizowane przez manifestacyjne wypowiedzi Marcina Mellera oraz Leszka Balcerowicza poważnie podcięły szanse PO na bezproblemową reelekcję. Odczuwalny wzrost kosztów życia dużo bardziej zaprzątają głowę osobom o niskich i średnich zarobkach niż kolejne telewizyjne debaty i utarczki. Choć sondaże (a przynajmniej spora ich część) nie pokazują jakiegoś szczególnego zbliżania się słupków Prawa i Sprawiedliwości do tych należących do Platformy, to jednak pewne "znaki na niebie i ziemi" zdają się wskazywać, że jesienny wyścig daleki będzie od monotonnego. Wspominałem już o pieśniach gniewnego ludu, przywołanych przez kolektyw R.U.T.A., tymczasem w ostatnich dniach zaprezentowano najnowsze wyniki badań czytelnictwa tygodników opinii - a w nich - szok i konsternacja.

Dlaczego akurat ten medialny segment i przemiany w jego obrębie miałyby być szczególnie interesujące i wymowne? Przede wszystkim - nie zachodzi tu zjawisko znane z poszczególnych dzienników, kiedy ich nakłady i sprzedaż rosną w dni, w które dołączają programy telewizyjne i ogłoszenia o pracę. Dodatkowo wszelkie wzrosty czytelnictwa poszczególnych tytułów - tak starych, jak i nowych - w obliczu trwającego się już od kilku lat spadku znaczenia tej formy medium prasowego muszą odzwierciedlać jakieś społeczne prawidłowości. Dość przypomnieć, że kilka lat temu trójka najważniejszych wówczas tytułów - "Polityka", "Wprost" i "Newsweek Polska" - biły się o palmę pierwszeństwa, mając po około 180-200 tysięcy sprzedaży. Dziś tylko "Polityka" potrafi poruszać się w okolicach 150 tysięcy, podczas gdy "Newsweek" i "Wprost" biją się w okolicach 100-120 tysięcy. Ten ostatni tytuł jako jedyny spośród niegdysiejszych liderów tego segmentu zaczął notować bardziej wyraziste wzrosty czytelnictwa dzięki zmianie linii pisma pod przewodnictwem Tomasza Lisa. Z grubsza proweniencje tej trójki pism da się uznać za liberalną, w różnym stopniu afirmatywnie podchodzącą do wolnego rynku i - mniej lub bardziej - także do swobód obyczajowych. Tymczasem dużo zaczęło się ostatnimi czasy zmieniać...

Na początku obserwatorki i obserwatorów zdumiewać zaczynał powolny, ale zauważalny wzrost sprzedaży "Gościa Niedzielnego". Ten z początku niszowy tygodnik dziś wyprzedza w rankingach "Politykę". Nie da się tego tłumaczyć jedynie jego różnorodnymi, w tym także kościelnymi, kanałami sprzedaży - być może coraz silniej osoby konserwatywne, pozbawione poczucia obiektywizmu mediów głównego nurtu i często także wykluczone z dostępu do Internetu mogą chcieć poczytać opinie i komentarze dotyczące otaczającej ich rzeczywistości bliskie ich światopoglądowi.

Zjawisko to może tłumaczyć także spektakularny - bo aż o 250% - roczny wzrost sprzedaży "Gazety Polskiej", pisma dość intensywnie organizującego społeczne emocje po katastrofie smoleńskiej. Wrażenie robi podanie liczb bezwzględnych - w styczniu 2010 roku było to nieco ponad 25 tysięcy egzemplarzy "GP", a w styczniu 2011 - już ponad 87,5 tysiąca. Dla porównania - znajduje się on teraz pod względem popularności między "Newsweekiem" (ok. 107,5 tys.) a "Przekrojem" (niecałe 38 tys.). Upadek tego ostatniego pisma wydaje się szczególnie spektakularny - to lewicowo-liberalne pismo społeczno-kulturowe jeszcze kilka lat temu miało około 80-100 tysięcy sprzedaży, jego przeformatowanie i odejście od bieżącej polityki, zamiast przynieść zapowiadany przez nowego właściciela wzrost do okolic stu tysięcy sprzedawanych egzemplarzy, dał praktyczną marginalizację w sektorze, którą dziś próbuje się łatać zmniejszaniem objętości pisma i wprowadzaniem odpłatności za jego treści internetowe. Nie wróżę tej taktyce wielkiego powodzenia, mało kto bowiem w czasach napiętych budżetów domowych będzie chciał wydawać pieniądze na pismo, które w porównaniu do innych niemal krzyczy już, że jest robione na odczepnego, "bo wypada".

Wydawać by się mogło, że na tak nasyconym rynku, zarówno na liberalnej, jak i na konserwatywnej flance, żaden nowy tytuł nie będzie miał racji bytu. Ostatnia próba tego typu - wprowadzony w 2005 roku i mający reprezentować "pokolenie JPII" tygodnik "Ozon", wydawany przez Janusza Palikota, nie odnalazł się ani w wersji delikatnej, ani w formie "pisma uświęconego", redagowanego przez mocno prawicową ekipę "Frondy" - i to w czasie, kiedy warunki tak rynkowe (chwilowe ożywienie sektora tygodników opinii po śmierci Jana Pawła II), jak i polityczne (zmiana politycznego klimatu, tryumf PiS) dawały wszelkie nadzieje na powodzenie. Casus "Ozonu" na wiele lat zahamował pomysły na nowe tytuły. Gdy zatem "Rzeczpospolita" ogłosiła, że chce mieć swój własny tygodnik tego typu, nie za bardzo wierzono w jego sukces. Owszem, pojawiła się luka w postaci części czytelniczek i czytelników "Wprost", rozczarowanych kursem obranym przez Lisa, zdawało się jednak, że są już oni zagospodarowani przez tak "Gościa Niedzielnego", jak i "Gazetę Polską". Dość nieśmiałe szacunki, mówiące o docelowej sprzedaży na poziomie 50 tysięcy egzemplarzy, zdawały się realną oceną aktualnego stanu rynku i zdradzały raczej przemyślaną strategię ekipy Pawła Lisickiego. Ekipy, która dziś może świętować niewątpliwy sukces.

Starczy spojrzeć na liczby - sprzedaż pierwszych trzech egzemplarzy, jeszcze z promocyjną ceną 1,90 zł i mniej atrakcyjnym papierem, to ponad 123 tysiące egzemplarzy, co już - gdyby lutowe wyniki innych tytułów nie uległyby znaczącej zmianie - dałoby trzeci najlepszy wynik sprzedaży w tym segmencie. Dalsze prognozy mówią o zbliżeniu się numeru szóstego, już w formacie magazynowym i kosztującym 2,90 zł, nawet do pułapu 150 tysięcy, co sprawia, że ściga się o palmę pierwszeństwa z "Gościem Niedzielnym". Nieprzychylni projektowi mówią, że sprzedaż spadnie, kiedy pismo osiągnie wreszcie cenę taką jak inne tytuły na tym rynku, a więc w okolicach 5 złotych - jestem jednak dość sceptyczny co do tego typu spadku. Czytelnik konserwatywno-liberalny będzie prawdopodobnie miał mniejszy problem z zakupem tego typu tytułu po wyższej cenie, mało prawdopodobne, by miał on jakąś znaczącą grupę osób, które się z nim nie zgadzają, ale czytają dla sprawdzenia, co myślą polityczni oponenci. Pamiętajmy też, że ze względu na synergię z "Rzeczpospolitą" (chociażby poprzez fakt, że do obu tytułów piszą te same nazwiska) koszty produkcji tego typu tygodnika mogą być znacznie niższe, niż gdy takiego zaplecza się nie posiada. Dodajmy do tego zdolności mobilizacyjne prawicowej publicystyki - i oto na naszych oczach, jak wszystko na to wskazuje, pojawia się właśnie medialny sukces.

Czemu ten sukces "Uważam Rze" mnie niepokoi? O ile "Rzeczpospolitą" da się jeszcze czytać dla względnie rzetelnych informacji, o tyle konserwatywno-liberalny tygodnik tej samej ekipie wyszedł dość mocno nie po drodze z moimi przekonaniami. Niemal w każdym numerze możemy przeczytać tyrady na ekoterrorystów, lewaków i socjalistów, podane w sosie obyczajowego zaduchu. Choć potrafią pojawić się ciekawe teksty (jak o Marine Le Pen, nowej liderce francuskiego Frontu Narodowego), to jednak ogólne wrażenie dla osoby o szeroko pojętych progresywnych poglądach jest mało ciekawe. Wysokie wskaźniki sprzedaży świadczą o tym, że istnieje spory popyt na czytanie tego typu przekazu. Jeszcze w styczniu, sumując sprzedaż tygodników konserwatywnych, miały one łącznie niemal 238 tysięcy sprzedaży ("Gość Niedzielny", "Gazeta Polska", "Przewodnik katolicki"), podczas gdy sprzedaż tytułów liberalnych (oprócz dawnej "wielkiej trójki" także "Przekrój" i "Tygodnik Powszechny", bez lewicowego "Przeglądu") - prawie 424,5 tysiąca. Jeśli w lutym sprzedaż innych tytułów nie będzie różniła się znacząco wielkością w porównaniu do stycznia, to dodając do "obozu konserwatywnego" "Uważam Rze", będzie mieć on już 361 tysięcy sprzedaży. Takich proporcji ideowych wśród tygodników opinii dawno już nie było i warto obserwować, jak w kolejnych miesiącach będą się one układać.

26 marca 2011

Bye, bye, TVN Warszawa

Stało się - wczoraj ostatni premierowy program na telewizyjnej antenie, a od teraz nowości już tylko w sieci. Wszystko rzecz jasna w ramach "optymalizacji", "efektywnej alokacji zasobów" i innych tego typu wartości. "Gdzie misja?", spytał się ktoś na Facebooku. Nigdzie - wszak misja nigdy nie jest celem telewizji komercyjnej, chyba że bodźce finansowe ze strony państwa (no bo przecież nie rynku, tam liczy się tylko maksymalizacja zysku) jakoś ją do tego zachęcają. Skoro nie ma się pieniędzy z abonamentu, można liczyć tylko na reklamy - a tu, o dziwo, nawet rynek warszawski okazał się zbyt płytki. Nie jest to dobra wiadomość, wszak w wielu europejskich krajach komercyjne telewizje czy to lokalne, czy regionalne żyją i mają się całkiem nieźle. Okazało się niestety, że wyniki oglądalności i reklamowe zyski nie będą w stanie w tym roku być większe niż koszty operacyjne, więc biznes przenosi się do sieci. Dobrze, że zostanie chociaż portal informacyjny (mam nadzieję, że i on nie padnie za parę miesięcy ofiarą wspomnianych tu przed chwilą "optymalizacji), aczkolwiek wiele osób do takiej formy prezentowania informacji jeszcze długo się nie przyzwyczai.

Wieść to niedobra dlatego, że był to projekt w jakiś sposób ambitny i misyjny. Do tej pory jedyną niezależną telewizją regionalną była Telewizja Silesia, która żyje i wydaje się, że ma się dobrze. Oglądalności na poziomie 0,3-0,4% nie da się wytłumaczyć tylko tym, że na Górnym Śląsku mieszka więcej ludzi, a i to nie wystarczyło do tego, by podtrzymać wszystkie ambitne plany, związane chociażby z ilością informacji i publicystyki obecnej na antenie. Nieliczne projekty, wykraczające poza kilkuminutowe dzienniki i relacje z miejskich imprez, jak chociażby Wielkopolska Telewizja Kablowa, dalekie są od pokrycia całego terytorium kraju, o emisji naziemnej nie wspominając. Większość dawnych lokalnych telewizji tego typu dziś najczęściej emituje niewielkie "okienka", w reszcie czasu antenowego emitując programy większych kanałów, tak jak Odra i Telewizja Dolnośląska na zachodzie Polski (TV4) czy NTL w Radomsku (TVN). Pokazuje to chyba najwyraźniej, że bez publicznej telewizji regionalnej dostęp do informacji z najbliższej okolicy, szczególnie dla osób które nie dysponują jeszcze dostępem do Internetu, byłby bardzo poważnie ograniczony.

Tak, wiem, że jakość prezentowanych przez lokalne ośrodki programów nierzadko nie powala na kolana. Trudno się jednak temu dziwić, skoro to one były przez ostatnie lata najciężej dotknięte przez słabnące wpływy z abonamentu. Systematycznie ograniczano ich dostępność - tak w pasmach TVP2, aż po ich ostateczną likwidację, jak i poprzez wdrożenie projektu TVP Info, w którym dziś mają zagwarantowane raptem około 3 godziny emisji, w dużej mierze w bardzo trudnym czasie antenowym (np. emisji "Faktów" i "Wiadomości"). W wielu ośrodkach program lokalny tworzony jest przez niewielkie grono pracownic i pracowników, wręcz cudem jest, że w niektórych województwach jeszcze funkcjonuje. Pokazuje to, że konieczne jest opracowanie strategii stabilnego finansowania tego typu inicjatyw, na przykład poprzez wprowadzenie specjalnego podatku od zysków z reklam komercyjnej prasy i telewizji, który mógłby finansować - zamiast abonamentu - produkcję TVP i Polskiego Radia, w zamian za co na media publiczne nałożono by zakaz emisji reklam. To oczywiście jeden z pomysłów, ale mało stabilna sytuacja finansowa publicznej telewizji (w radiu wygląda na lepszą) powinna mobilizować do tego typu dyskusji.

Pośpiech w wycofaniu TVN Warszawa z anteny zdaje mi się przedwczesnym z jednego, ważnego powodu - chodzi o powoli, ale jednak ruszającą cyfryzacją naziemnego sygnału telewizyjnego. Nic nie stałoby na przeszkodzie, by TVN Warszawa ubiegała się o koncesje na nadawanie w tym trybie własnego sygnału (tego typu testowa emisja pojawiła się przy okazji zeszłorocznego stanu zagrożenia powodziowego), co w perspektywie około roku 2015 dałoby kanałowi stuprocentowe pokrycie u mieszkanek i mieszkańców miasta i okolic, a więc zasięg na poziomie 2-2,5 miliona ludzi, żywotnie zainteresowanych poruszanymi, lokalnymi treściami. Większy zasięg dałby większe szanse na zyski z reklam - chociaż rozumiem, że w warunkach komercyjnej działalności tego typu myślenie wybiega już zbyt daleko w przyszłość.

Niestety, lokalne kanały prywatne znajdują się w swego rodzaju pułapce - by zdobyć zaufanie lokalnej społeczności, muszą emitować dużo aktualnej produkcji własnej, która wiąże się z dużym zatrudnieniem i kosztami emisji. Ich ograniczanie przekłada się na mniejszą ilość wspomnianych programów, ewentualnie gorszą ich jakość, a to nie pozostaje bez wpływu na wskaźniki oglądalności. Te zaś - w przeciwieństwie do telewizji informacyjnych - dużo trudniej poprawić poprzez różnego rodzaju "wiadomości z ostatniej chwili" - mało jest bowiem wydarzeń, które są spektakularne i znaczące w skali lokalnej, a nieistotne na poziomie ogólnokrajowym. Trochę udało się TVN Warszawa wstrzelić przy okazji eksmisji kupców z KDT, ale już na przykład przenosiny krzyża były tematem dla ogólnopolskich kanałów informacyjnych, więc antena lokalna tak wiele nie zyskała.

Pytanie, jak proces cyfryzacji i zwiększenie się ilości dostępnych kanałów wpłynie na chęci TVP do inwestowania w lokalne ośrodki telewizyjne. Być może lokalne samorządy chciałyby, by tematyka regionalna była obiektem minimum siedmiogodzinnego pasma programowego, ale przy obecnych, wysokich kosztach produkcji tego typu audycji wydaje się to bardzo mało prawdopodobne - tym bardziej, że produkcja, jednego, centralnego programu (nawet dość drogiego, bo informacyjnego) jest dużo tańsza, niż 16, nawet względnie tanich, programów lokalnych. Być może - gdyby udało się, jak już wspomniałem, zapewnić solidne źródła finansowania publicznych mediów - udałoby się rozdzielić ostatecznie TVP Info od produkcji ośrodków regionalnych (obie anteny miałyby - gdyby były na tym samym multipleksie - ten sam, niemal stuprocentowy zasięg) i w pewien sposób powrócić do koncepcji TVP 3 - wspólnej emisji ciekawych, często niszowych, audycji wspólnych (archiwaliów TVP, filmów i seriali) i rozłącznych pasm regionalnych, obecnych tam w formie dłuższej, niż obecnie na antenie informacyjnego kanału Telewizji Polskiej. Jak na razie to pieśń przyszłości, ale już dziś warto o takiej możliwości rozwoju sytuacji głośno mówić.

23 lutego 2011

Ja bloguję, on bloguje

Dawno nic tak nie poruszyło mediów w kontekście wirtualnego światka, co blogowy debiut Jarosława Kaczyńskiego. Rzecz jasna przy tej okazji nie zabrakło złośliwości, które dziwnym trafem zgodnie ominęły treść zaprezentowanej przez prezesa PiS notki, skupiając się zamiast tego na całej otoczce. Wypomniano zatem kontrowersyjne wypowiedzi o internautach, którzy chcieliby równocześnie głosować i oglądać pornografię, podważono zdolności szefa największej partii opozycyjnej do obsługi komputera, a Marek Migalski, jego niegdysiejszy sojusznik, zaczął na swym blogu dowodzić, że to on, a nie jego niegdysiejszy kandydat na prezydenta kraju jest prawdziwym blogerem. Przeciwko internetowemu debiutowi prawicowego polityka wytoczono ciężkie działa, niektóre dość wątpliwej jakości. Owszem, blogi nie są już szczytem technologicznych możliwości, jednak blogosfera żyje i ma się dobrze. Dobrze wykorzystywane portale społecznościowe mogą nie tylko nie wypierać, ale wręcz prowadzić do zwiększenia ilości odwiedzin danej strony - dla przykładu linkowanie postów Zielonej Warszawy na Facebooku przyczynia się do tego, że blog ten radzi sobie pod względem oglądalności całkiem nieźle. Nie wszyscy też wychodzą z założenia, że forma blogowa musi nosić znamiona warsztatowo niedorobionego ujścia emocji, być krótka i zwięzła. Przykład całkiem popularnych stron, takich jak chociażby Azraela, pokazuje, że poważna, kompleksowa analiza blogowa nie musi ustępować ani objętością, ani jakością tym, czytanym w mediach głównego nurtu.

Ten przydługi nieco wstęp wydaje mi się bardzo potrzebnym w wypadku analizy blogowego debiutu Kaczyńskiego. Blog nie musi służyć ocieplaniu wizerunku, równie dobrze może być kolejnym, medialnym narzędziem transmisji wiedzy o działaniach poszczególnych polityczek/polityków. Najczęściej służyć może gromadzeniu wokół siebie społeczności osób o podobnych poglądach - z tego punktu widzenia, moim zdaniem, dyskutowanie w komentarzach pod postami, choć to ważna czynność, nie jest w blogowaniu najważniejsza. Blogi mogą być po prostu kolejnym ważnym źródłem wiedzy, potrzebnym tak samo, jak chociażby obecność w portalach społecznościowych. W dzisiejszym świecie poprzestanie na jednej formie komunikacji gwarantuje, że nasz komunikat nie trafi do sporej grupy osób, które mogą być nim zainteresowane. To tak jak z konsultacjami społecznymi - założenie, że starczy tylko stoisko z wyłożonym planem zagospodarowania albo tylko możliwość wysyłania uwag drogą mailową gwarantuje klapę i niski poziom społecznej partycypacji. Dezawuowanie blogosfery i opowiadanie bajeczek, jakoby dziś nikt nie był w stanie wyczytać komunikatu dłuższego niż kilkaset znaków opisu na Facebooku czy na Twitterze, staje się absurdem godnym postpolitycznych czasów, w jakich żyjemy.

Premiując wizję, jakoby podstawą nowoczesnego marketingu internetowego miały być proste i emocjonalne komunikaty, dajemy ponieść się fali depolityzacji polityki. Wiele osób czynnie w niej działających i zgadzających się z tą tezą zajmuje się już nie tylko "ocieplaniem wizerunku", ale czasem już tylko tym. Możemy zatem poczytać rzewne historie o wspaniałych, rodzinnych wakacjach (ciekawe jak reagują na nie osoby, które na takie wojaże nie stać), a polityczny komunikat może skończyć się na deklaracji, że oto brało się udział w partyjnym spotkaniu, czuje się po nim energię i wierzy się, że przekona się elektorat do swojej wizji. Problem w tym, że elektorat ma coraz większe problemy z poznaniem owych wizji, dużo większe niż chociażby z zobaczeniem opalonych torsów czołowych polskich polityków. W wielu bardziej rozwiniętych demokracjach ograniczenia dotyczące ilości znaków prowokują do porządnej pracy nad komunikatywnością politycznych przekazów - u nas służą raczej wyżywaniu się na politycznych oponentach.

Z tego punktu widzenia blog Kaczyńskiego, z inaugurującym tekstem, będącym zmienioną wersją przemówienia z kongresu gospodarczego PiS, z pewnością będzie odstawał, być może też nieco trącił myszką. Paradoksalnie może to być jego zaleta - kto będzie chciał poznać filary ekonomicznego przekazu Prawa i Sprawiedliwości (inna sprawa, czy gdyby partia ta rządziła, owe deklaracje byłyby realizowane), ten będzie mógł to uczynić, a nawet skomentować. Mamy tu całkiem ciekawy wywód, w którym spogląda na dzieje rodzimego kapitalizmu, wielokrotnie burzliwie przerywane, dostrzegając owe zerwania i związane z nimi społeczne problemy dostosowań do zmieniającego się świata. Zwraca uwagę na potrzebę silnego państwa, dzięki sprawności którego mają skończyć się mitręgi przedsiębiorców w starciu z urzędami, dostrzega wadliwe gospodarowanie przestrzenią, co skutkować ma coraz większymi korkami - miło, że ktoś wreszcie zwraca uwagę na temat, który Zieloni poruszali od lat.

Jego zdaniem nie może być mowy o rodzimym kapitalizmie bez rodzimego kapitału, banków znajdujących się w polskich rękach i oszczędzania w bankach spółdzielczych, pocztowym czy też PKO BP. Chce większych inwestycji na badania i rozwój, krytykuje też (za co z kolei trudno o sympatię Zielonych) unijny pakiet klimatyczny, nie przejmując się faktem, że z drogą energią można walczyć inwestycjami infrastrukturalnymi, decentralizacją jej wytwarzania albo efektywnością energetyczną, co ze zmniejszaniem emisji gazów cieplarnianych w ogóle się nie kłóci. Jak widać z tej pobieżnej analizy, wśród jego postulatów można znaleźć takie, z którymi osoba myśląca ekopolitycznie może się zgodzić, jak również takie, które budzą stanowczy opór. Wszystkie jednak jak najbardziej warte są dyskusji - tyle tylko, że jej nie ma... Nie chodzi mi o komentarze blogowe, których jest całkiem sporo, ale o recepcję faktu założenia bloga przez lidera partii, która przy słabnącej Platformie Obywatelskiej nie jest bez szans, jeśli chodzi o wyborczy sukces w tym roku. Jeśli tak ma wyglądać debata na temat modernizacyjnych szans naszego kraju, to rodzime "elity" prędzej czy później zafundują sobie powtórkę z rządów PiS-Samoobrona-LPR, jeśli nie w postaci dzisiejszego Prawa i Sprawiedliwości, to za kilka lat w formie innej, trudnej do przewidzenia, populistycznej reakcji na aroganckie traktowanie demokracji jako takiej.

PiS po Smoleńsku niespecjalnie mnie bawi, partia to dla mnie skrajnie nieatrakcyjna. Niemniej jednak równie nieatrakcyjne pozostaje dla mnie zlewanie politycznych różnic i lekceważenie stawek, o jakie toczy się gra. Nie obchodzi mnie, czy Kaczyński jest prawdziwym blogerem czy nie - obchodzi mnie, czy w swoim tekście ma coś do powiedzenia, co w nim wartego jest uwagi, komentarza czy sprzeciwu. Z tego punktu widzenia jego inauguracyjna notka waży i warta jest więcej niż setki emocjonalnych wynurzeń Migalskiego czy Palikota, które być może nadają się do efektownego cytowania w prasie, ale nie wnoszą absolutnie niczego do publicznej debaty. Owszem - proste wklejanie postów dwa razy w tygodniu, będących transkrypcją własnych przemówień to na dłuższą metę oferta dość monotonna, na razie jednak - obserwując rozwój sytuacji - bloga Jarosława Kaczyńskiego dodaję do obserwowanych, po to, by samemu lepiej prezentować zieloną wizję Polski, Europy i świata, innej od tej, prezentowanej przez szefa PiS.

19 stycznia 2011

Barwy sieci

Kolor – obok pozycji obrazów w tworzeniu danej strony, zastosowanego w niej podziału na poszczególne moduły oraz stosowanych czcionek, stanowi jeden z ważniejszych elementów ewolucji stron internetowych. Pierwsze strony www dziś – z perspektywy powszechnej dostępności edytorów WYSIWYG (What You See Is What You Get) – rażą dość sporą topornością. Jednym z połączeń estetycznych, które w naszych głowach często uważane jest za wyjątkowo fatalne, jest białe tło z ciągłym tekstem napisanym w Times New Roman. Poziom rozwoju skomplikowania kodu tworzonych stron w dużej mierze dostosowany był do ograniczeń technologicznych, takich jak niska przepustowość łącza modemowego czy mniejsze rozdzielczości monitorów. Inne niż biały kolory to zmniejszały, to zwiększały swój udział w powierzchni strony, nierzadko wpływając na zupełną zmianę jej odbioru, niezależnie od ewolucji prezentowanych na nich treści.

By pokazać ewolucję i zróżnicowany stopień zmian, jakie zaszły na poszczególnych stronach, wpisałem w pasek adresu mojej przeglądarki internetowej http://www.archive.org/index.php – to strona, przechowująca zarchiwizowane strony internetowe z całego świata, umożliwiająca między innymi prowadzenie badać nad wizerunkami używanych przez nas dziś stron internetowych. Zdecydowałem się na sprawdzenie zmian, jakie na kilku z nich zaszły w latach 2000-2011, porównując ich aktualne wcielenia z ich dawnymi wersjami.

Na wstępie należy zaznaczyć, że choć w poszczególnych latach istniały pewne dominujące tendencje w sieciowym dizajnie (jak na przykład widoczna na wielu stronach tendencja do stosowania w miejscu różnorodnych kolorów odcieni szarości), to jednak nie oznacza to, że nie powstają w tym samym czasie mniej lub bardziej popularnych stron idących im pod prąd. Dobrą ilustracją wspomnianej przeze mnie tendencji będzie strona WirtualneMedia.pl, prezentująca informacje dotyczące rynku medialnego w Polsce i na świecie. Porównajmy wersje z lat 2003, 2005 i 2011.

Różnica widoczna jest na pierwszy rzut oka – w roku 2003 autorzy strony nie widzieli niczego złego w tym, że ma ona dość szeroką paletę barw – sporo osób korzystało wówczas jeszcze z modemów, więc mogło nie przepadać za dużą ilością długo ładujących się zdjęć. Jednocześnie – ze względu na wysokie koszty połączenia – czas spędzany w sieci był znacznie krótszy niż dziś, więc feeria barw nie była wówczas tak męcząca. W 2 lata później przejrzystości i szarości było już więcej, nadal jednak za słuszne uznawano chociażby wyszczególnienie różnymi kolorami na górnej belce poszczególnych działów strony. Dziś zakres używanych w silniku strony barw i odcieni można by zliczyć na palcach jednej ręki – zwiększa się za to ilość zdjęć na stronie głównej, które mają ogniskować wzrok i stanowić dodatkowy materiał informacyjny.

Im dana strona i firma/organizacja ją firmująca większa, tym bardziej dba o to, by zmiany w jej zakresie były raczej ewolucyjne niż rewolucyjne. W ciągu 10 lat nadal widzimy obecność pewnych funkcjonalności na stronie głównej Onetu. Zwiększanie szerokości strony z początku oznacza powiększenie się ilości kolorów strony, po czym trend „wybielania” dociera także do polskiego portalu. Charakterystyczny staje się fakt ograniczania palety barw jako elementu budowania marki – w Onecie widoczne jest to poprzez fakt, że belki i tekst mają być błękitne (ewentualnie szare na nowym, lewym pasku bocznym), a żółte tło zachowują już nieliczne elementy, takie jak usługi na górnej belce, które muszą się wyróżnić na niebieskim tle, czy też tło tytułów na głównej fotografii. Co nie pasuje do takiego modelu, na przykład żółte tło wyszukiwania z roku 2001, widoczne jeszcze 4 lata później, ostatecznie ulega presji na uspójnienie kolorytu strony. Kolor wyraźnie służyć tu ma oddzieleniu funkcjonalności i skupieniu na nich uwagi. Inne barwy lewego paska bocznego mają pokazać, że jest on nową (gotową na personalizację) jakością, stonowanie całości strony sprawia zaś, że pierwszym, co przykuć ma nasz wzrok, są fotografie promujące „tematy dnia”.

Nieco inaczej sprawa ma się ze stroną główną serwisu Gazeta.pl – o ile bowiem Onet nie miał za sobą bagażu tradycyjnego medium, o tyle portal Agory – owszem. Zmiany na stronie poszły w kierunku ograniczenia z początku dość mocno obecnego czerwonego koloru, dbając jednocześnie o jego pozostawienie jako elementu dekoracyjnego w ramach swego rodzaju „ciągłości korporacyjnej tożsamości”. Czerwień – jako że w powszechnym odczuciu kojarzy się z emocjami, co w przestrzeni medialnej wiąże się z jej wykorzystywaniem raczej przez tabloidy niż gazety opinii – zmieniła swoją rolę z koloru dominującego do jedynie uzupełniającego wobec aktualnie dużo bardziej widocznego granatu. Widać tu pewne tendencje do ujednolicania i wybierania już przetestowanych praktyk kolorystycznych (zmniejszanie palety barw i jej stonowanie), dawniej dominującą czerwień traktuje się zaś – tak jak „onetową” żółć – jako detal, mający odróżniać od innych portali. Warto zauważyć, że nawet jej odcień uległ zmianie tak, by nie rozpraszał uwagi osób czytających stronę, a kiedy już to robi – na przykład przy prezentowaniu ważnych wydarzeń „z ostatniej chwili”, kiedy zastępuje granat przy fotografiach – czyni to analogiczne do żółci, pomarańczu czy czerwieni pasków w kanałach informacyjnych.

Jak już pisałem, nie jest rzecz jasna tak, że wszystkie strony poddają się „terrorowi bieli i szarości” – w dużej mierze zależy to od tematyki danej strony, ale też technologii jej wykonania. Te które w przeważającej mierze wykorzystują Flasha mogą mieć zupełnie inny dominujący kolor (na przykład czarny albo ciemnoniebieski, ale nie tylko – strona TVN 7 tonie w odcieniach fioletu, zupełnie innych, niż ten sam kolor wykorzystany przez Chilli Zet), również tematyka strony często wpływa na wykorzystanie takich czy innych barw. Witryny poświęcone grom komputerowym – dla przykładu – bieli raczej unikają, zmierzając w kierunku bardziej „młodzieżowych” czy też po prostu dynamicznych kolorów, takich jak połączenie ciemniejszych odcieni szarego z pomarańczowym i czarnym (vide gamespot.com).

Jeszcze inaczej sprawa ma się z partiami politycznymi. Tu z kolorów kojarzonych z reprezentowanymi ideami korzysta się nad wyraz chętnie. Kiedy spojrzymy na stronę niemieckich Zielonych, to niezależnie od okresu dziejowego nie sposób nie natknąć się na ten kolor. Zmienia się za to jego zastosowanie – szczególnie ostatnio, gdy wraz z przyspieszeniem połączeń technologicznych, ale też nowymi technikami prezentacji treści na stronie (np. ruchomym „migaczem”) z koloru można korzystać zupełnie inaczej niż 10 lat temu. Wtedy wystarczył nieduży wpis w kodzie strony, by zmienić barwę czcionki bez znaczącego wydłużania okresu wczytywania się treści. Dziś czcionka może już być czarna bądź biała – atrakcyjną tapetą wypełniającą tło można wypełnić przestrzeń, która gdzie indziej pozostaje biała. W ten sposób nie ma się wątpliwości, czyją stronę właśnie się odwiedza. Jednocześnie – jeśli jakaś sprawa jest „paląca”, to zamiast zmieniać kolor na czerwony, jak na stronie Gazeta.pl, można zmodyfikować odcień tła i zamiast słonecznika umieścić nań dajmy na to przekreślone elektrownie atomowe. Przestrzeń kolorowa nie musi zatem być „dającym po oczach” obszarem wypełniającym stronę, ale też komunikować pewne treści. Jak na razie tego typu zastosowanie koloru nie jest jeszcze rozpowszechnione, chociaż kto wie, czy nie jest kwestią czasu.

O tym, w jaki sposób technologia wpływa na kolory Internetu, może najlepiej świadczyć Blogger. Osoby tworzące bloga na tym silniku od lat znajdują się w ciągłym dialogu między dominującymi w sieci stylami a proponowanymi przez serwis szablonami. W ich obrębie możliwość dostosowania koloru czcionek czy tła jest całkiem spora, co daje możliwość (albo przynajmniej iluzję) niemal pełnego potencjalnego spersonalizowania tworzonej przez siebie strony. Niedawna zmiana w projektancie szablonów, przynosząca zupełnie nowe wzory kompozycyjne, wpłynęła na dość istotną zmianę w tworzonych w serwisie blogach, co widać m.in. w serwisie piszącego niniejsze słowa. Z początku powstał on na kolorowym szablonie, następnie na kilka chwil wykorzystał „modę na minimalizm”, po czym wrócił do aktywnego zapełniania pustej przestrzeni, nie zajętej przez tytuł, linki czy posty, przez zieleń.

Nie bez znaczenia dla transformacji estetycznej blogów były same szymele, zaproponowane przez Bloggera, aktywnie zachęcające do rezygnacji z białego tła. Jedną z nowych możliwości staje się wykorzystanie fotografii – zarówno własnej, jak i z bogatego zestawy serwisu Google. Ich wykorzystanie (widoczne na przykładzie bloga A Very Public Sociologist) znacząco, wręcz rewolucyjnie zwiększa paletę barw na blogach. Jednocześnie technologia ta na słabszych komputerach wpływa na wydłużenie wczytywania się strony bądź wolniejszą nawigację po niej – wygląda na to, że obecność koloru, niegdyś używanego jako element mający zakryć technologiczne słabości ówczesnych stron www, dziś wraca jako przykład ich rozwoju, a wspomniany w tekście Flash czy Blogger dają szansę na renesans „kolorowego Internetu”.

Wspomniane w tekście zrzuty ekranu historycznych wydań stron internetowych znajdziecie na blogu "Antropologia Internetu", na potrzeby którego powstał powyższy tekst.

13 stycznia 2011

Zielona Warszawa na bloga roku!

Zielona Warszawa to ponad 1.000 tekstów, zróżnicowane tematy i opinie z zielonego punktu widzenia. To jednak także i Wy - czytelniczki i czytelnicy, którzy już czwarty rok decydują się tu znajdować. Teraz - wspólnymi siłami - możemy pokazać, że ekopolityczne spojrzenie na świat zaczyna być coraz bardziej znaczące.

Zielona Warszawa po raz kolejny bierze udział w konkursie na Bloga Roku. Wystarczy wysłać SMS o treści C00109 (w treści są zera, nie litery!) na numer 7122. Jeden SMS kosztuje 1,23 zł brutto.

Dla Was to niewielki wysiłek, dla zielonej polityki - kolejna szansa do pokazania, że ma ona wiele do powiedzenia tak o Polsce, jak i o świecie. To szansa na to, by pokazać, że blogosfera nie składa się wyłącznie z "łowców komuchów", zwolenników Janusza Korwin-Mikkego i walczących z "cywilizacją śmierci". Blogosfera również może być zielona.

Dzięki Wam.

***

Inne blogi warte polecenia:

10 stycznia 2011

Rusza projekt.WarszaWA.pl

Warszawa dla ludzi – Miasto naszych marzeń

Połączyły nas wspólne marzenia o mieście, w którym nie słyszymy, że „nie da się”. Mieście, które przede wszystkim służy osobom w nim mieszkającym. Mieście, w którym po prostu da się dobrze żyć.

Powołaliśmy do życia projekt.WARSZAWA.pl, bo chcemy miasta:

− otwartego – na ludzi i ich marzenia, dającego szansę pełnej realizacji własnych ambicji i planów przez mieszkanki i mieszkańców niezależnie od płci, koloru skóry, wieku, orientacji seksualnej, religii i światopoglądu. Chcemy Warszawy, w której ludzie nie są petentami w urzędach, ale mają szanse wspólnie kształtować przestrzeń, w której żyją, pracują i wypoczywają,

− inteligentnego – świadomie korzystającego z własnych zasobów i ludzkich doświadczeń. Pamiętającego o swojej przeszłości, a zarazem myślącego o nowych wyzwaniach. Wspierającego dostęp do globalnej sieci i otwarte oprogramowanie. Miasta, w którym każda i każdy ma prawo wiedzieć o decyzjach, podejmowanych przez jego władze.

− zielonego – pamiętającego o tym, że przyroda ma wartość, daje odpoczynek, czystą wodę i powietrze, a życie w zabetonowanym mieście nie jest życiem zdrowym. Gdzie każdy ma w zasięgu krótkiego spaceru swój „dotleniacz”, miejsce odprężenia, swobodnego oddechu i kontaktu z przyrodą. Chcemy Warszawy, w której każda i każdy z nas ma prawo do zieleni.

− mobilnego – przyjaznego pieszym i osobom podróżującym na rowerze. Miasta, w którym kwitnie transport publiczny o wysokim standardzie usług i rozwijają się alternatywy dla samochodu.

− kulturalnego – z kwitnącym życiem miejskim, przestrzenią publiczną umożliwiającą odpoczynek niezależnie od zasobności portfela. Chcemy Warszawy różnorodnej, dyskutującej i bawiącej się, miasta uśmiechniętych twarzy.

− pomocnego – w urzędzie, szpitalu, szkole. Miasta, w którym różnice społeczne nie warunkują dostępu do usług publicznych, w którym mamy prawo do informacji, rzetelnej i szybkiej obsługi urzędniczej, dobrej komunikacji, opieki zdrowotnej i edukacji na najwyższym poziomie. Tylko wtedy możemy w pełni wykorzystać potencjał rozwojowy stolicy.

− zdrowego – tworzącego warunki do aktywnej rekreacji, możliwości dbania o własne zdrowie – na rowerze, na boisku i na korcie. W XXI wieku to nie luksus – to konieczność.

− bezpiecznego – dzięki mądremu planowaniu przestrzennemu i rozwiązywaniu problemów u ich źródeł zamiast skupianiu się na leczeniu skutków zaniedbań.

− atrakcyjnego – dzięki tworzeniu warunków do wysokiej jakości życia, dbaniu o wspólną przestrzeń – także dla dzieci i osób starszych. Chcemy Warszawy, które pozbędzie się łatki brzydkiego miasta grodzonych osiedli.

− światowego – biorącego odpowiedzialność za wyzwania współczesności. Miasta, które walczy ze zmianami klimatu, promuje sprawiedliwy handel i współpracuje z miastami partnerskimi na rzecz wdrażania rozwiązań, poprawiających jakość życia w Warszawie. Miasta, w którym dzieją się ważne wydarzenia światowe i do którego turyści chętnie wracają.

To są nasze marzenia. Chcemy, by stały się rzeczywistością. Projekt.WarszaWA.pl będzie działał dopóty, dopóki będzie co zmieniać w naszym mieście. Wierzymy, że wspólnymi siłami uda się nam zmienić Warszawę na lepsze.

Projekt.WarszaWA.pl
Warszawa, 22.6.2010

Więcej szczegółów wkrótce...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...