22 lipca 2011

Krótki przewodnik po ratowaniu miast

Zamiast rozpisywać się na temat kolejnej ciekawej, liczącej sobie 20 stron publikacji brytyjskiej Fundacji Nowej Ekonomii, postanowiłem, że najlepiej będzie przetłumaczyć (korzystając z licencji Creative Commons) jej podsumowanie. Zawarte w broszurze "Ten Steps to Save the Cities" pomysły można by - rzecz jasna przy odrobinie politycznej woli, tak na szczeblu lokalnym, jak i centralnym, spróbować wdrożyć i w Polsce, szczególnie w miejscowościach, zmagających się po dziś dzień ze skutkami deindustrializacji i depopulacji. Można tez pomarzyć na temat ponownych inicjatyw chociażby na warszawskiej Pradze Północ...

***

Istnieje pilna potrzeba dla miast Wielkiej Brytanii - szczególnie na północy kraju - nowego zestawu bodźców ekonomicznych do zapoczątkowania lokalnej odnowy. Ministerstwa nie mają takich planów. Same miasta często sądzą, że muszą cierpliwie czekać na moment, gdy rząd lub cykl koniunktury ekonomicznej wyciągnie je za uszy.

Wyłania się nowa agenda ekonomiczna, często oparta na przykładach z odnoszących największe sukcesy miast Europy oraz obu Ameryk, która pozwoliłaby miastom na odzyskanie kontroli nad ich sytuacją ekonomiczną. Oto zarys tego planu. Będzie on się różnił w zależności od miejsca wdrażania - to podstawa dla jego sukcesu - lecz podstawowe pomysły łatwo wyodrębnić i podsumować w formie następujących propozycji:

1. Odbudowa lokalnych gospodarek poprzez zatkanie dziur, przez które wyciekają lokalne pieniądze. Sposób, w jaki pieniądze krążą na danym obszarze jest równie ważny jak ich ilość w obiegu. Tradycyjna ekonomia sugeruje, że miasta powinny się specjalizować. Może to być dobrym pomysłem dla największych przedsiębiorstw, ale jest nieadekwatnym rozwiązaniem dla lokalnych biznesów. Najlepszym rozwiązaniem dla nich jest nie specjalizacja, ale budowanie różnorodności i poszukiwanie sposobów na zastępowanie produktów z importu.

2. Wytwarzanie lokalnej różnorodności i wyjątkowości. Zbyt wiele spośród naszych miast poświęciło swoją wyobraźnię i zasoby na to, by wyglądać tak samo jak inne. Ponieważ różnorodność ekonomiczna pomaga pieniądzom krążyć w lokalnym obiegu ważne jest, by wszelkie nowe inwestycje uwzględniały jakość życia, wyjątkowość oraz wskaźniki zrównoważonego rozwoju w ich procesie planowania, a także by każda nowa inicjatywa handlowa poszerzała, nie zaś ograniczała, różnorodność miejskich ulic handlowych.

3. Zwalczanie lokalnych monopoli dla rozwoju przedsiębiorczości. Jednym z powodów, dla których nasze lokalne gospodarki tak cienko przędą jest fakt, że wiele miast promowało inwestycje, które w rozrachunku netto prowadziły do zmniejszenia ilości miejsc pracy, jako kreatorów rozwoju.

4. Organizowanie wsparcia dla biznesu, poradnictwa dla każdego sąsiedztwa. "Trenerzy", wspierani przez lokalnych przedsiębiorców, osoby pracujące w sektorze bankowym oraz lokalne wolontariuszki i wolontariuszy, pomogliby w ominięciu barier utrudniających rozpoczęcie działalności gospodarczej, budując sieci społeczne, które odnosiły sukces w innych miejscach.

5. Wykorzystanie lokalnych surowców do zbudowania nowej, lokalnej struktury kredytowej. Brytyjskie przedsiębiorstwa są dziś w słabszej pozycji niż ich konkurencja w USA czy w Niemczech, a także innych krajach, brak nam bowiem odpowiedniej struktury kredytowej. Prawdziwym problemem nie jest brak kapitału, ale brak instytucji zdolnych do pożyczania go (małym i średnim przedsiębiorstwom).

6. Inwestycje w lokalną energię. Aktualnie jedynie 0,01% elektryczności w Anglii wytwarzana jest przez komunalne, odnawialne źródła energii, pomimo dużych możliwości instalowania stosownej infrastruktury na miejskiej ziemi i na budynkach. W Niemczech analogiczny wskaźnik jest stokrotnie wyższy.

7. Wykorzystywanie odpadów jako surowców dla nowych przedsiębiorstw. Tradycyjna ekonomia ogranicza swoje zainteresowania do momentów, w którym pojawiają się pieniądze i w którym produkt zostaje zużyty. Miasta są często ślepe na potencjalną wartość tego, co jest marnowane i wyrzucane - a gdzie pojawia się potencjał dla przedsiębiorczości.

8. Wykorzystanie wydatków sektora publicznego do maksymalizacji lokalnych przepływów pieniędzy. Upewnijmy się, że kontrakty sektora publicznego budują lokalną gospodarkę i zapewniają stały dostęp do zasobów ekonomicznych na obszarach pogrążonych w stagnacji.

9. Doprowadźmy do uruchomienia zestawu nowego rodzaju pieniędzy. Udane wzorce działają dziś na całym świecie, utrzymując lokalną cyrkulację pieniądza i zapewniając niezależność wykluczonym społecznościom. Mogą one umożliwiać zaciągnięcie niskooprocentowanego bądź wolnego od odsetek kredytu, a w niektórych krajach opierają się na nich całe sektory gospodarki.

10. Eksperymenty z nowymi rodzajami tworzenia kredytowania dla korzyści lokalnej społeczności. Koniecznością stanie się wytwarzanie przez regionalne gospodarki nowego rodzaju publicznych pieniędzy, wolnych od oprocentowania, przydatnych na wyzwania potencjalnych katastrof ekonomicznych, jako podstaw kredytów umożliwiających odbudowę infrastruktury produkcyjnej na lokalnym poziomie.

Nie wszystkie z tych propozycji da się wdrożyć już jutro, a już na pewno nie bez wsparcia władz centralnych. Zapewnienie nowych rodzajów działań antykryzysowych oraz ich dostępności regionom nie jest czymś, co władze lokalne mogą sobie zapewnić samodzielnie. Doprowadzenie do tego, by banki zaczęły finansować nową infrastrukturę dla bankowości społecznościowej - zdolnej do wspierania rynku małych i średnich przedsiębiorstw, tak jak już czyni ona w Stanach Zjednoczonych - wymaga co najmniej współpracy między poszczególnymi podmiotami sektora bankowego.

Cała reszta może zostać zrealizowana dzięki posiadającym wyobraźnię i wybiegającym w przyszłość miejskim włodarzom, i to zrobiona natychmiast, wykorzystując nowe uprawnienia udostępnione samorządom przez Localism Bill. Wszystkie te idee są już praktykowane w różnych miejscach świata. Nie doszło jeszcze do ich połączenia przez oświecone władze miejskie, co pozwoliłoby im na wydobycie się z recesji. To dla nich wielkie wyzwanie, a wyzwaniem dla nas - pracujących nad nową ekonomią, jest możliwie jak najlepsze ich wspieranie.

20 lipca 2011

Zerwać ze schematami

Nieczęsto zdarza się nam kwestionować paradygmaty, w obrębie których funkcjonujemy. Zadawanie pytań na temat fundamentów współczesnego świata, takich jak wzrost gospodarczy, w najlepszym wypadku traktowane jest jako naiwność, którą są w stanie wyprostować frazesy na poziomie licealnej nauki przedsiębiorczości, w najgorszym - jako lewacko-anarchistyczne jątrzenie, które w prostej drodze doprowadzi ludzkość z powrotem do jaskiń. Dlaczego jednak nawet gdy poszczególne państwa dotyka recesja ludzie do jaskiń nie wracają, a co więcej - spora część z nich nadal ma pracę i konsumuje? Być może największym problemem, jaki mamy ze społeczną i ekonomiczną zmianą jest to, że właściwie ciężko nam sobie ją wyobrazić. Przyzwyczajeni do status quo, stajemy się - świadomie bądź nie - konserwatystami broniącymi zastanego porządku, ewentualnie marzącymi o przywróceniu stanu z bliższej lub dalszej przeszłości. Ponieważ jak do tej pory kwestie realności zazieleniania globalnych i lokalnych procesów ekonomicznych opierały się głównie na dyskusji o technologicznej możliwości przeprowadzenia zmian, odmienna perspektywa wydaje się być niezwykle cenna - szczególnie, jeśli proponuje ją Harald Welzer.

Autor wydanych niedawno w Polsce "Wojen klimatycznych" napisał dla Fundacji imienia Heinricha Boella esej, który zamiast skupiać się na kwestiach technologicznych bada coś zupełnie innego - sposób, w jaki konstruujemy swoje poglądy na temat rzeczywistości. Tytułowe "infrastruktury mentalne" to jego zdaniem źródła naszego przekonania o odwieczności i bezalternatywności sposobu funkcjonowania świata. Przywołując historyczne przykłady pokazuje on, jak bardzo nowe są narracje, które dziś uznajemy za "oczywistą oczywistość". Dla przykładu - w średniowieczu hierarchiczność społeczeństwa sprawiała, że o jakiejkolwiek narracji indywidualnych starań i sukcesu nie mogło być mowy. Poza myśleniem w kategoriach zbawienia w przyszłym życiu, mającego osładzać ziemską niedolę, przyszłość niemal nie istniała jako istotny koncept egzystencjalny. Dopiero etyka protestancka i Oświecenie zaczęły ten stan rzeczy zmieniać, co swą kulminację znalazło w wieku postępu technologicznego i narodzin nowoczesnych tożsamości, takich jak narodowa - w wieku XIX.

Choć Welzer daleki jest od stwierdzenia, że jedynym istotnym czynnikiem "wieku pary i elektryczności", zmieniającym ludzką mentalność było użycie paliw kopalnych, to jednak uważa ten fakt za jeden z ważniejszych dla rozwoju dzisiejszego produktywizmu i materializmu. Przed boomem technologicznym, który rozpoczął się w II połowie wieku XVIII w Anglii, roczne tempo wzrostu globalnego PKB wynosiło 0,05% i w dużej mierze związane było z przyrostem populacji, bardziej niż z wielką ekspansją produkcji i wymiany towarowo-pieniężnej. Poprawa warunków sanitarnych przyczyniła się do wydłużenia czasu życia ludzi, szczególnie w zachodnim kręgu cywilizacyjnym. Zjawisko to ułatwiło logiczne rozwijanie oświeceniowych tez dotyczących postępu. Rozluźnianie się dotychczasowych hierarchii, opisane chociażby przez Karola Marksa, tworzyło podatny grunt dla łączenia dawnej etyki pracy z nowoczesną etyką indywidualnej odpowiedzialności. Postęp skojarzony został z nieustającym wzrostem gospodarczym, a dawny łańcuch pokoleń zastąpił łańcuch niekończącej się produkcji dla samej produkcji, nie zaś dla zaspokajania potrzeb. W tak funkcjonującym świecie, jak zauważa Welzer, częściej wykonuje się jakiś zawód niż jest się kimś z zawodu, raczej praktykuje się jakąś wiarę niż jest się wiernym tego czy owego wyznania. Przygodność zastąpiła stałość i trzyma się dość mocno.

Problem w tym, że kontynuowanie dotychczasowej drogi, w obliczu kurczących się zasobów naturalnych oraz zdolności planety do regeneracji kontynuowanie dotychczasowego modelu rozwoju wydaje się prowadzić wprost do katastrofy. W obliczu konieczności jego zmiany infrastruktury mentalne pokazują swoje znaczenie - konserwując status quo. Skoro do tej pory rozwój i postęp kojarzone były ze zwiększaniem produkcji, co miało tworzyć miejsca pracy i zaspokajać potrzeby rosnących populacji, wszelkie ograniczenia w tym zakresie traktowane są jako zamach na ludzkie prawo do szczęścia. Kiedy już nawet udaje się przemóc te stereotypy, często usiłuje się przekonać do tego (jak czyni to zdaniem Welzera część ruchu ekologicznego), że "trzecia rewolucja przemysłowa" i technologiczne zmiany w sposobie produkcji załatwią problem ekologicznej degradacji. Zdaniem autora pamfletu tak nie będzie - już dziś, co z perspektywy chociażby XIX wieku byłoby perwersją - dla coraz większej grupy ludzi ciągły wzrost produkcji i konsumpcji nie jest w stanie zapewnić miejsc pracy. Dziś walczą oni nie o skrócenie czasu pracy, lecz o to, by w ogóle pracować. Pokazuje to, że skojarzenie postępu z permanentnym wzrostem gospodarczym - dla dobra ludzi i planety - należy przerwać.

Ponieważ nie wierzy on już w wielkie narracje, możliwe wtedy, gdy w fabrykach rodziło się mające podobne interesy społeczeństwo masowe, jako antidotum proponuje Welzer raczej ewolucyjną, pozytywistyczną działalność oddolną niż wielkie, publiczne projekty. Choć nie lekceważy on roli instytucji państwowych, uważa, że samorzutne inicjatywy mogą stać się inkubatorami dla nowych, mentalnych infrastruktur, dostosowanych do realiów świata kurczących się zasobów naturalnych. Choć z tezami autora można zgodzić się lub nie, to lektura daje sporą, intelektualną satysfakcję - tym bardziej, że naświetla ważny, cywilizacyjny problem z humanistycznej perspektywy. Także dla badaczek i badaczy źródeł współczesnej kultury ta cieniutka (nieco ponad 40 stron) broszurka powinna być lekturą obowiązkową. Lekturą, na temat której można dyskutować całkiem sporo.

18 lipca 2011

Marzenie o wielkiej narracji

Ruch przeciwników promowanego przez "Krytykę Polityczną" zaangażowania sztuki w życie społeczne i polityczne przybiera na sile, stając się istotnym - skądinąd jak najbardziej politycznym - głosem w dyskusji. Przybiera on najróżniejsze formy, od głosu Marty Tarabuły m.in. na temat wystawy badającej związki między kulturą a polityką w krakowskim MOCAK-u, po coraz bardziej histeryczne akcje grupy The Krasnals, z początku w ciekawy sposób kpiącej z nagle odkrytej fascynacji Wilhelmem Sasnalem, dziś zaś twierdzącej, że osoby uprawiające sztukę zaangażowaną nie pozwalają im na twórczą ekspresję. W połączeniu z niewątpliwie urokliwymi z powodu swej rachityczności inicjatywami, jak naklejanie na witryny Nowego Wspaniałego Światu plakatów sugerujących, że miejsce to zamieszkują bolszewiccy zdrajcy ojczyzny, nie sposób zareagować inaczej, niż uśmiechem politowania nad tego typu pomysłami. Jeśli jednak przyjmiemy wiarę w to, że polityczne zaangażowanie sztuki stanie się oczywistością, nasze przekonanie również zostanie poddane próbie - chociażby w postaci filmów Yael Bartany, w których główną rolę odgrywa Sławomir Sierakowski.

Bartana - izraelska lewicowa artystka, która reprezentowała Polskę na biennale w Wenecji - postanowiła zaproponować widzowi koncept Ruchu Odrodzenia Żydowskiego. ROŻ to fikcyjna (pytanie, na jak długo, skoro w przyszłym roku ma się odbyć jego pierwszy kongres) organizacja, kierowana przez odgrywanego przez Sierakowskiego bohatera, która za cel stawia sobie powrót Żydów do Polski. Jak w pierwszym z trzech filmów na ten temat mówi główny bohater, ruch ten pozwoli na zaleczenie historycznych ran oraz na wykrzesanie energii różnorodności, dzięki której "zadziwi się Europa". Pierwsze działania - balansujące na granicy tego, co wyobrażone a tego, co realne - sportretowano w filmie drugim, na którym działaczki i działacze ROŻ budują kibuc na terenie stołecznego Muranowa, a więc tam, gdzie niegdyś występowało spore skupisko społeczności żydowskiej w Warszawie. Najdłuższy, finałowy film prezentuje uroczystości pogrzebowe zabitego w zamachu Sierakowskiego, odbywające się między innymi w Pałacu Kultury i Nauki oraz na Placu Piłsudskiego. Myślę, że warto z tą trylogią się zapoznać.

Problem w tym, że coś w tak zbudowanej narracji nie gra. W pierwszej części szef "Krytyki Politycznej" prezentuje manifest Ruchu na pustym Stadionie Narodowym. Niby symbolika jasna - miejsce, w którym niegdyś odbywały się wielotysięczne pochody i manifestacje, w momencie kręcenia materiału zaś puste, tak jak opustoszała jest nasza pamięć, jeśli chodzi o zabitych podczas Holokaustu Żydów - ale przez swą dosłowność budzi pewien dystans. Stadion Dziesięciolecia, zanim zaczął przekształcać się w panoptyczny symbol neoliberalnego, nadwiślańskiego kapitalizmu, zastępującego wielobarwne, wieloetniczne targowisko, był miejscem komunistycznych spędów, na które mało kto patrzy dziś z zachwytem. Podawane Sierakowskiemu przez dzieci kwiaty i ich obchód po przestrzeni stadionu, nawet jeśli w mikroskali, owe skojarzenia wydobywają na wierzch. Jeśli to socrealistyczna wersja modernistycznej polityki ma być wzorem, z którego współczesne projekty polityczne miałyby czerpać, to taka próba - nawet, jeśli artystyczna - zbyt wielkich szans na realizację nie ma.

O ile budowanie kibucu - jako konkretny, pozytywistyczny projekt wydaje się jeszcze nieść jakąś otuchę, pokazywać na znaczenie, moc i symbolikę pozornie niewielkich działań (co niweluje nieco mieszane uczucia po obejrzeniu przemówienia), o tyle pogrzeb Sierakowskiego momentami trudno oglądać bez alkoholowego wzmocnienia. Nie wiem, na ile odpowiada za to sam czołowy, lewicowy publicysta, na ile zaś autorka, ale coś poszło tu nie tak. Nie do końca jestem przekonany, by kamieniem węgielnym społeczeństwa i państwa innego, niż bijącego pokłony relikwiom Jana Pawła II, miałyby być uroczystości, na których na placu Piłsudskiego staje czyjekolwiek popiersie - a z tym mamy do czynienia w finałowym filmie. Dzieci - młode aktywiści i aktywiści - układają na nim ze zniczy logo ROŻ - godło Polski z wpisaną weń Gwiazdą Dawida. Scena to całkiem niezła, tak jak mocne jest logo organizacji, ale znowuż - czy możliwe jest opowiedzenie tego typu historii z aktorem, którego główna rola tak bardzo podobna jest do działalności, jaką prowadzi w swej codziennej egzystencji? Gdyby zmienić stylistykę i obsadzić na miejscu Sierakowskiego Tuska czy Kaczyńskiego nadal trudno byłoby uwierzyć, by kogoś taka narracja miała skłonić do ponownego uwierzenia w możliwość utopii - nawet najbardziej wiernych wyznawców smoleńskiego spisku, jeśli o prezesa PiS chodzi.

To prawda, że lewica utraciła język, umożliwiający jej tworzenie wielkich narracji, przez co emocje łatwo przechwyciła populistyczna prawica. Wiemy to co najmniej od czasów wydania przez Krytykę Polityczną "Co z tym Kansas?" Thomasa Franka. Problem w tym, że nie każde wykorzystywanie emocji - nawet, jeśli coś buduje - może budować coś dobrego, w szczególności zaś stabilne fundamenty demokracji. Katastrofa smoleńska nie zakończyła mitycznej wojny polsko-polskiej, a wręcz przeciwnie - jeszcze bardziej ją zaostrzyła. Śmierć Icchaka Rabina z rąk żydowskiego radykała, niczym analogiczna śmierć Gabriela Narutowicza z rąk Eligiusza Niewiadomskiego, jeśli chodzi o jakość demokracji w II RP, nie była w stanie stać się katalizatorem zmian na lepsze na Bliskim Wschodzie. Wybór zamachu jako finału politycznego projektu pozwolił na wypowiedzenie przez kilka osób ogólnie słusznych, humanistycznych tez, ale nie dowiadujemy się nawet, czy dokonał go polski nacjonalista, superortodoksyjny Żyd czy może osoba umysłowo niepoczytalna, co mogłoby być dla osoby oglądającej ciekawą informacją, podobnie jak reakcje na sam film dla Yael Bartany.

Wykorzystywanie pseudopaństwowej pompy, kojarzącej się z PRL (bo raczej nie z wiecami PPS czy Bundu) obnaża fantazję o powrocie do modernistycznej fazy demokracji - wielkich wieców i wielkich, politycznych namiętności. Nie twierdzę, że nie jest to dziś zupełnie niemożliwe, vide rewolucje w świecie arabskim albo wydarzenia w Hiszpanii, niemniej jednak pełen powrót do przeszłości wydaje się mało prawdopodobny. Nie poradzimy zbyt wiele na to, że emocje dziś znajdują swe ujście na forach internetowych częściej niż na ulicach - ale, zważywszy na to że przez sieć zadanie fizycznego bólu znanego chociażby z konfrontacji dwóch przeciwnych sobie manifestacji z międzywojnia - możemy zadać pytanie, czy koniecznie to taki zły obrót wydarzeń? Umówmy się, że slogany wykrzykiwane na ulicznych marszach najczęściej nie są dużo bardziej rozbudowaną wersją politycznych projektów niż te, które możemy usłyszeć z mediów.

Znów - nie oznacza to mej wiary w prowadzenie polityki bez emocji, jest to niemożliwością. Problem w tym, że kręgi lewicowe mają bardzo silnie wdrukowaną liberalną ironię i dystans, w której orężem politycznego sporu częściej bywa śmiech niż gniew, dyscyplina czy patos. Wydaje się zatem, że kluczowym zadaniem jest raczej pokierowanie tą ironią tak, by nie służyła ona jakiejś formie klasowej dystynkcji ("wykształciuchy" kontra "mohery"), ale by zbliżała się raczej do form bardziej kompatybilnych z namiętnością w rodzaju promowanej przez Rorty'ego czy Walzera, obiecujących lepsze życie, a nie idealną utopię. Filmy Bartany zdają się iść utopijną drogą, co grozi sytuacją, w której, jeśli już kogoś zmobilizują, to raczej politycznych adwersarzy niż osoby, do których owa utopia miała być kierowana. No, chyba że liberalna ironia owładnęła mną tak mocno, że nie zauważyłem tych lewicowych tłumów, które czekają już tylko na swego wodza, który poprowadzi ich do krainy szczęśliwości.

13 lipca 2011

Subiektywne wojaże warszawskie: Nowa Huta

Nadal usiłuję poradzić sobie z bąblem, którego nabawiłem się na lewej stopie po wycieczce do kawałka Krakowa, w którym jeszcze nie byłem. Wycieczka rzecz jasna jak najbardziej się udała, bo i miejsce, po latach, odkrywane jest na nowo. Do Nowej Huty tramwajem z centrum jedzie się całkiem sporo, po drodze mijając rzadko zaludnione tereny, na których pobudowały się biura i centra handlowe. Gdy docieramy na miejsce, powoli poznajemy strukturę obszaru. Kolega-przewodnik utyskuje na drzewa, które zasłaniają modernistyczną zabudowę, ale jak na mój gust jest dzięki temu przepięknie. W głowie migają skojarzenia ze Starym Mokotowem, choć reszcie naszej trójki raczej przypomina Muranów.

Wielkie, socrealistyczne założenie architektoniczne dziś raczej głosuje na PiS oraz lokalny komitet prezydenta Majchrowskiego. Nie przeszkadza to mieszkającym tu ludziom tamować zapędy prawicowych polityków, chcących zmieniać nazwy ulic. Nie udało się z Placem Centralnym, który po śmierci Ronalda Reagana otrzymał jego imię, choć ponoć nie funkcjonuje ono w społecznej świadomości. Zastanawiamy się, jak mógłby wyglądać np. przewodnik Krytyki Politycznej po tym miejscu i jakimi kategoriami je opisać. Idealne, socjalistyczne miasto nie wydało zbyt wielu wybitnych myślicieli czy artystów - a może właśnie taka miała być funkcja owego idealnego miasta? Z pewnością bardzo ciekawie wyglądają przestronne ulice, rozchodzące się promieniście od wspomnianego już Placu Centralnego. Pierwotny plan, jak to zwykle bywa, w życiowej praktyce uległ pewnym modyfikacjom. Nie ma nowohuckiego ratusza (z początku samodzielna miejscowość stała się częścią Krakowa), a przez lata w przestrzeń wnikały kolejne kościoły, z którymi bezskutecznie usiłowała walczyć władza ludowa.

Tramwaje docierają nawet i tu - mam czasem wrażenie, że jest ich więcej niż w Warszawie, nie wiem, czy bierze się to z bezwzględnej przewagi w długości trakcji (chyba nie, wszak w stolicy w okolicach roku 2008 było ich ok. 120 km, a w Krakowie - ponad 80), czy może po prostu z faktu, że mam do czynienia z mniejszym powierzchniowo miastem? Najciekawsze dla mnie zaczyna się na południe od Placu Centralnego, na którym od dawna nie stoi już pomnik Lenina. Od nowohuckiej łąki oddziela nas tylko pomnik "Solidarności", a za nim rozpościera się panorama nie tylko na pobliskie wzgórza, ale - przy dobrej pogodzie - nawet na Tatry. Nie sposób nie zauważyć w taki upał jak ten, który towarzyszył nam w sobotę, że duża ilość drzew daje cień i ochłodę. Nie sposób nie zauważyć też, że nie brakuje tu sklepów, restauracji czy szkół - co więcej, dzielnica ta ze swoimi placówkami ponadgimnazjalnymi staje się edukacyjnym punktem odniesienia dla okolicznych miejscowości. Kiedy spoglądam na "nowoczesne" osiedla deweloperów, do których czasem dobrze, że udaje się dociągnąć jakąś drogę, to daje do myślenia...

Żeby zbyt różowo względem socrealizmu nie było, niedługo napiszę o swoich wrażeniach z wystawy poświęconej odbudowie Warszawy, którą za darmo zobaczyć można w Domu Spotkań z Historią. Być może w tym wypadku zadziałał fakt, że Nowej Huty nie wybudowano na zburzonym fragmencie już istniejącego miasta, ale pozwolono mu żyć, dobudowując obok alternatywną, konkurencyjną polis? Któż to wie. Na pewno dzielnica domaga się analiz dotyczących jej profilu i zmian, które ją czekają, świadectw mieszkanek i mieszkańców, póki co, nie wykorzystano tymczasem dostatecznie dobrze w badaniach naukowych. Pierwsze koty za płoty w postaci spisanych wspomnień poznałem jeszcze na zajęciach z animacji kultury, nieco inną, bardziej architektoniczną perspektywę prezentowała książka na temat futuryzmu miast przemysłowych - autorstwa Kuby Szredera, Ewy Majewskiej i Janka Sowy. Do odkrycia pozostaje jeszcze wiele zakątków i wiele dziedzin życia w tym uroczym zakątku, zdecydowanie ich za dużo na jedną, bardzo przyjemną wizytę, pomijając może bąbla na stopie...

12 lipca 2011

Subiektywne wojaże warszawskie: krakowska pocztówka

Miłość (a co najmniej sympatia) do Krakowa, żyjąc w Warszawie, nie jest prosta. Historyczne różnice tożsamościowe zdają się niewielkie, ale kiedy je zsumować, okazuje się, że to niemal dwa różne światy, trochę jak Warszawa i Poznań. Dla przykładu - mieszkając na Kazimierzu nie sposób wyegzekwować ciszy nocnej o 22.00, z dość oczywistych względów, jak chociażby chęć zabawy osób tam przyjeżdżających. Mimo to hałasów nie ma znów tak dużo, by nie móc zasnąć, a jeśli coś już budziło mój nocny spokój, to równie często co imprezujący byli to "aktorzy pozaludzcy", jak przejeżdżająca śmieciarka albo wrzeszczący dość energicznie kot sąsiadów. Pomyślałem sobie, że w Warszawie zaraz rozpoczęłoby się wzywanie policji i utyskiwanie nad tym, że ludzie w środku miasta mają prawo do odpoczynku, egzekwowane z uporem prowadzącym do zamierania społecznej funkcji miasta włącznie.

Podobnie, jedząc zapiekanki na Małym Rynku w tejże samej dzielnicy, zerknąłem na fasady niektórych kamienic, które nie zachwycały swoim stanem. Sama przestrzeń, dzięki drobnemu handlowi i gastronomii, może wydawać się obskurna. Miejsce to tętni jednak życiem stokrotnie bardziej, niż - dajmy na to - wypacykowany stołeczny Plac Grzybowski, chyba nawet ciut bardziej niż i tak żywy Plac Zbawiciela. Zastanawiając się nad tym problemem, Adam zwrócił mi uwagę, że przez lata zaborów na południu dzisiejszej Polski kwitło życie kulturalne (czy trąci dziś ono myszką czy nie, to już temat na zupełnie inne rozważanie), podczas gdy w Warszawie trwający przez dziesięciolecia stan wojenny, wprowadzony przez rosyjskiego zaborcę, zepchnął normalne życie społeczne do prywatnych mieszkań. Może więc dlatego tak trudno jest dziś z tego modelu wyrwać stolicy, nadal podskórnie niedowierzającej, że może się bawić, albo że drobny handel to esencja miejskiego życia, nie zaś ekonomicznego zacofania?

Mając to pytanie w tyle głowy, przypomniałem sobie jedną z wielu lektur, jaką musiałem przeczytać, przygotowując się na kolejny egzamin. Tadeusz Boy-Żeleński, poza tłumaczeniem i pisaniem dzieł w rodzaju "Piekła kobiet", popełnił swego czasu "Znasz-li ten kraj? (Cyganeria krakowska) oraz inne wspomnienia o Krakowie". Książka to nad wyraz ciekawa, czyta się ją jednym tchem, opiera się bowiem na wspomnieniach z momentu, w którym rodziła się legenda miasta jako prężnego ośrodka kulturalnego na mapie nadal pozostającej pod zaborami Polski. Boy - który nie słynął wszak z delikatności, jeśli chodzi o piętnowanie zjawisk uznawanych przez niego za symbole mentalnego zaścianka - maluje obraz tego czasu przebudzenia i rozwoju miasta (mniej więcej od ok. 1880 roku do początku I Wojny Światowej) barwnie i z nieskrywanym ciepłem.

Na początku widzimy małe miasteczko, duszące się w dotychczasowych murach austriackiej twierdzy, senne i z żalem spoglądające na swój stan. Miasto o zgoła nieeuropejskim podziale społecznym, zdominowanym przez rody szlacheckie, nie zaś przez typowe, z początku słabe, mieszczaństwo. Boy, zamiast iść w ślady Brzozowskiego, uznającego Kraków za składowisko narodowych rojeń i fantazmatów, woli pokazać społeczną zmianę. Wzrost zamożności i znaczenia powoli rodzącej się klasy średniej zaczął tworzyć rynek zbytu dla artystów, ci zaś zaczęli mieć coraz bardziej śmiałe pomysły, realizowane za pomocą kabaretu, literatury czy teatru. Na dzieła, do tej pory kończące się towarzyskimi skandalami, zaczęło być więcej miejsca dzięki rosnącemu znaczeniu prasy. Co ciekawe, więcej przestrzeni dla awangardy i eksperymentu dawały łamy konserwatywnego "Czasu", niż progresywnej "Reformy", co zdaje się być ciekawą ilustracją trwającego po dziś dzień tworzenia ośrodków intelektualnych i stronnictw spójnych bardziej pod względem towarzyskim niż ideowym.

Dziś Kraków jest znacznie większym ośrodkiem miejskim, dzięki depopulacji Łodzi i wcześniejszemu przyłączeniu doń Nowej Huty pod względem ludności udało mu się wdrapać na drugie miejsce w tej kategorii. Choć z lokalnej perspektywy może wydawać się to mało widoczne, to jednak odczuwam tam skutki dłuższej niż w Kongresówce, nowoczesnej samorządności. Inaczej na miejską wyobraźnię działają reformy rosyjskiego Sokratesa Starynkiewicza, nawet jeśli zapisały się w historii Warszawy złotymi zgłoskami, inaczej zaś - krakowskiego Juliusza Leo, za kadencji którego wykupiono Wawel od Austriaków i wdrożono projekt "wielkiego Krakowa", a więc administracyjnego znacznego powiększenia miasta, który otworzył przed nim nowe perspektywy rozwoju. Także i dziś, gdy tak wiele mówi się o konserwatyzmie tego miasta nie sposób zupełnie bezrefleksyjnie pominąć faktu, że jego prezydent - Jacek Majchrowski - wielkim prawicowcem nie jest. Miejskość i mieszczańskość Krakowa nie jest zatem - przynajmniej moim zdaniem - tak jednowymiarowa, jak usiłuje się ją portretować, i to właśnie sprawia, że z przyjemnością powracam do niego, kiedy znajduję nieco więcej czasu dla siebie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...