10 grudnia 2010

Wyciek polskiej niemocy

WikiLeaksowe informacje na temat polityki zagranicznej naszego kraju pozornie nie pokazują niczego nowego - co najwyżej wskazują na wysoki poziom paranoi prawicowych polskich dyplomacji na punkcie Rosji, z hipotezą o możliwości pojawienia się kremlowskiego zagrożenia dla niepodległości kraju nad Wisłą w przeciągu 10-15 miesięcy od inwazji na Gruzję włącznie. Zabrakło zwrócenia uwagi na parę ważnych szczegółów, takich jak chociażby pewne oddalenie od Moskwy (umówmy się, że obwód kaliningradzki nie jest tym samym, co pełne graniczenie z jednej ze stron świata), brak istnienia zbuntowanej prowincji, leżącej przy granicy z Rosją i o chronionej przezeń niezależności, przynależność Polski do NATO i UE, o takich szczegółach, jak choćby fakt, że kraj ten ma na głowie inne niż Polska zmartwienia, jak chociażby wejście do Światowej Organizacji Handlu, a operacja na Kaukazie kosztowała go bardzo dużo, jeśli o kwestie dyplomatyczne chodzi... Ale któż przejmowałby się tego typu szczegółami, prawda?

Z wielkim namaszczeniem - i nie bez powodu - żegnaliśmy ostatnie, wyjeżdżające z naszego terytorium jednostki Armii Czerwonej. Zdawać by się mogło, że mając ten fakt w pamięci, nie będziemy z uporem maniaka zamieniać obecności militarnej jednego państwa na innego. A jednak - idee fixe polskiej dyplomacji było sprowadzenie amerykańskich wojaków niemal za wszelką cenę - z pomysłami na zwiększenie polskiego kontyngentu w Afganistanie do 3 tysięcy żołnierzy włącznie. Miłość do Wuja Sama przysłoniła rodzimemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych już nie tylko sceptycyzm opinii publicznej wobec naszego udziału w ponoszącej w obecnej formie fiasko interwencji w Azji Środkowej, ale też - jak się wydaje - jakiekolwiek alternatywy. Nie słyszymy bowiem w medialnych doniesieniach chociażby o dążeniach do wzmocnienia wspólnej, unijnej polityki zagranicznej czy też obronnej. O takich nowoczesnych narzędziach tworzenia systemu globalnego bezpieczeństwa, jak pomoc rozwojowa (poza Białorusią i Ukrainą) czy walka ze zmianami klimatu ani widu, ani słychu...

Myślenie o tym, że w międzynarodowym koncercie mocarstw widzimy jedynie kolejny odcinek zimnej wojny - z zawsze dobrą Ameryką i wiecznie złą Rosją - zwyczajnie trąci myszką. Pojawiają się nowe potęgi, takie jak Chiny, Indie czy Brazylia, zaś oś transatlantycka powoli, ale konsekwentnie przestaje być osią centralną dla dziejów świata, na jej miejsce wchodzi sieć skomplikowanych zależności strefy Pacyfiku. W tym kontekście Europa stoi przed trudną sytuacją, której dramatyzm obnaża aktualny kryzys finansowy - albo stanie się ona bardziej spójnym blokiem, którego wartości, takie jak wrażliwość ekologiczna, społeczna gospodarka rynkowa czy polityka międzynarodowa oparta na sile argumentów zamiast argumentów siły (tu Stany Zjednoczone nie mają sobie równych z ich rozdętym budżetem wojskowym), albo czeka ją marginalizacja. Z depesz, ale też chociażby z niemrawych przygotowań do polskiej prezydencji trudno uwierzyć, by władze naszego kraju miały jakiś pomysł na wyjście z aktualnego impasu, w jakim znalazła się Unia Europejska. Tymczasem jedynie integrując się z blokiem europejskim Polska może zacząć mieć realny wpływ na światową rzeczywistość - jeśli tylko jej władze będą miały dostatecznie dużo wizji i determinacji. Jak widać, nie ma jej zbyt wiele.

"Tarcza antyrakietowa", wobec której polscy politycy nawet specjalnie nie ukrywali, że skierowana jest przeciw Rosji, a nie Iranowi, tajne więzienia CIA, których miało nie być, a które jednak istniały, psujące się F-16, dekoracyjne Patrioty i realnie istniejące wizy do USA - oto sukcesy polskiej dyplomacji niezależnie od politycznej proweniencji w ostatnich latach. Już nawet z Rosją, poza Gazociągiem Bałtyckim (który spadł na nas jako rezultat sceptycyzmu wobec drugiej nitki Gazociągu Jamalskiego) szło nam w ostatnich latach lepiej. Skupianie się na wirtualnym sojuszniku sprawiło, że w polityce europejskiej zajmowaliśmy się głównie wpisywaniem Boga do preambuły projektu konstytucji europejskiej. Broniąc korzystnego dla nas przeliczania głosów metodą nicejską, nie potrafiliśmy pokazać jakiejkolwiek stojącej za podtrzymaniem tego rozwiązania wizji, jakiegokolwiek projektu, który pociągnąłby Europę w górę, zamiast ciągnąć ją w dół poprzez rozdarcie w sprawie amerykańskiej inwazji na Irak.

Smutne to, bo wiele istniejących na europejskim rynku idei pomysłów, jak na przykład Europejska Agencja Energetyki Odnawialnej - ERENE, mogąca zapewnić kontynentowi zaspokojenie jego potrzeb energetycznych w całości z efektywności energetycznej i źródeł odnawialnych, czekały na ich podchwycenie przez europejskiej rządy. Zamiast realnego bezpieczeństwa energetycznego wybraliśmy tymczasem ozdobne Patrioty, co nawet przy założeniu realności rosyjskiej inwazji pozostaje idiotycznym marnowaniem czasu i zasobów - albo bowiem, jak wskazują na to sojusznicze zobowiązania, doszłoby do odpowiedzi zbrojnej NATO i bardzo prawdopodobnej wówczas wojny nuklearnej (Patrioty czy F-16 skażeniu radioaktywnemu nie zapobiegają), albo też - zakładając już bardzo czarny scenariusz zlekceważenia sojuszniczych zobowiązań - Rosjanie zajęliby Polskę bez większego oporu i strat, co wynika z prostej, prostackiej wręcz, przeważającej i niemożliwej do przemożenia dysproporcji sił zbrojnych. Sami możecie oszacować prawdopodobieństwo zajścia wyżej wymienionych zdarzeń, jak również wpływ potencjalnych amerykańskich inwestycji militarnych na poprawę bezpieczeństwa Polski w takim scenariuszu. Wystarczy popatrzeć na aktualną sytuację Euro i dużo bardziej realne, możliwe reperkusje kryzysu na kształt UE by zorientować się, że osoby odpowiedzialne za taki, a nie inny kształt polskiej polityki zagranicznej nie powinny zajmować się dyplomacją.

9 grudnia 2010

Bitwa o Ursynów niczym Bitwa o Anglię

Śledzę to, co dzieje się na południu miasta, w porównaniu do wielu moich koleżanek i kolegów dość pobieżnie. Nawet jednak pobieżna obserwacja pokazuje, że w debacie na temat tego, kto ma rządzić w mateczniku Platformy Obywatelskiej, słychać niekiedy dość fałszywe tony. Trudno mi rzecz jasna zaprzeczać, by obstrukcja ze strony PO była czymś kompromitującym, wszak nie jest tak, że wyborczy mandat pozwolił im na samodzielne rządy w dzielnicy. Nie dziwiłbym się wyłuszczaniu przez partię Hanny Gronkiewicz-Waltz problemów proceduralnych, gdyby jej pełnomocnik uczynił to zaraz po stwierdzeniu nieprawidłowości. Statut miasta i podział kompetencji między nim a dzielnicami przez lata się zmieniał, a statuty poszczególnych dzielnic potrafią się różnić między sobą dość znacznie i nie są identycznie brzmiące, jak statut Rady Miasta, zatem słabą linią obrony jest argumentowanie, że jakiś lokalny urzędnik zliczał głosy w Radzie Ursynowa od kilkunastu lat. Kiedy jednak pełnomocnik orientuje się w takiej nieprawidłowości (umówmy się, dość pośledniego typu) z dość dużym opóźnieniem czasowym, można mieć słuszne obawy, że to raczej wyraz trzymania się brzytwy przez tonącego niż chęć dbałości o realizację litery - bo ducha już może niekoniecznie - prawa.

Powyborcza sytuacja jest taka - Platforma nieznacznie tylko wygrała wybory z lokalnym "Naszym Ursynowem" (11 do 10 radnych), jej dotychczasowy koalicjant - SLD - wyleciał z rady, a języczkiem u wagi stał się PiS (4 osoby). W konsekwencji pojawienia się tego typu układu któraś z formacji musiała pozostać poza nim, bo o stworzeniu w Polsce ponadpartyjnej ekipy rządzącej, uwzględniającej wspólne elementy programowe, można by co najwyżej napisać powieść science (bo nie political) fiction. Kiedy formacja Piotra Guziała (dość luźnie nazywana centrolewicową, chociaż tworzą ją osoby zaangażowane w lokalną społeczność o nierzadko dość sporym wachlarzu różnorodności ideowej) zdecydowała się na alians z PiSem, zaczęły pojawiać się w mediach komentarze, zdające się urabiać na ten temat negatywne opinie. Był on "dobrym policjantem", kiedy utarł Platformie nosa, ale już "złym policjantem", gdy na serio zaczął realizować scenariusz pozbawienia jej władzy. Władzy, ocenianej zarówno przez media, jak i mieszkanki oraz mieszkańców dzielnicy jako niespecjalnie udaną.

Polityka polega na tym, by decydować się na takie alianse, które zmaksymalizują poziom realizacji przedwyborczych obietnic i powinny być przede wszystkim recenzowane na kolejnych etapach działań nowych władz Ursynowa (i oby nie była to ekipa komisaryczna pod parasolem PO) i przy urnie wyborczej, niekoniecznie zaś odsądzana od czci i wiary na samym jej starcie. Dziwnym trafem nie słyszałem jęków oburzenia na przecieki, że to PO i PiS, omijając lokalne komitety, będą dogadywać się w sprawie podziału władzy, chociażby na Żoliborzu czy Ursynowie. Czy wówczas porozumienie o nietykalności proboszczów (kuriozalne, no ale cóż poradzić, widać to najważniejsza dla lokalnych Prawych i Sprawiedliwych kwestia) byłoby mniej bulwersujące, niż kiedy podpisane zostaje przez "czerwonego antyklerykała"? Nie będąc jego zwolennikiem jestem w stanie bez problemu uznać, że nie jest to jeszcze powód, by od razu taki alians skreślać. Gdyby "Nasz Ursynów" dajmy na to zgodził się na budowę kościoła na Kopie Cwila (dzięki sprzeciwowi wobec tej inwestycji komitet ten powstał i odniósł sukces w 2006 roku) można by śmiało mówić o sprzedaniu swojego programu w zamian za frukta władzy. Jak na razie jednak - z tego co mi wiadomo - taki pomysł w ogóle nie jest przez nikogo rozważany.

Nie zgadzam się również ze stwierdzeniem, jakoby wyborcy wybrali do władzy PO i "Nasz Ursynów", bo frakcje te dostały najwięcej głosów. Choć wielkie koalicje w dzisiejszych, coraz bardziej postpolitycznych czasach się zdarzają, to jednak nikt w Niemczech nie myśli o takiej opcji jako czymś naturalnym - kiedy jedna partia wygrywa, a druga przegrywa, jedna współtworzy rząd koalicyjny, a druga przechodzi do opozycji. Jeśli nie tworzą one stałych bloków z mniejszymi formacjami, pokrewnymi ideowo, dwie mniejsze partie mogą wejść ze sobą w sojusz i mieć większość, co stało się niedawno w Czechach. Czasem w wyniku takich manewrów powstają rządy dobre, czasem zaś niedobre, co zasadniczo nie powinno być żadnym zdziwieniem - wszak alianse te "poznaje się po owocach". To zwykłe narzędzie demokracji, które w polskich warunkach niemal zawsze budzi nieodmienne zdziwienie. Stąd te "fałszywe tony" na początku mojego wpisu.

W ursynowskich warunkach "Nasz Ursynów" i tak zrobił całkiem sporo, będąc gotowym do zakopania topora wojennego i do negocjacji z PO. Wizja dzielnicy stronnictwa Piotra Guziała różni się dość znacząco od tego, co w latach 2006-2010 realizowała tam Platforma Obywatelska. Nawet, jeśli uznać (z czym się nie zgadzam), że kwestie samorządowe są "z dala od polityki", to ostrze Platformy skierowane zostało na bardzo trudnego przeciwnika. Nie jest bowiem łatwo przekonać ludzi, że oto lokalny komitet "bawi się w politykę" - po prostu dąży do tego, żeby dzielnica rozwijała się w zgodzie z wizją, którą uznają za lepszą. Na poziomie dzielnicowym współrządy PiSu (i to w roli słabszego partnera koalicyjnego) nie oznaczają inwazji kleru albo powołania lokalnej speckomisji zajmującej się katastrofą smoleńską. Partia Hanny Gronkiewicz-Waltz chyba o tym wie, więc przeraża ją co innego - wizja, że w swoim "mateczniku" inne formacje będą mogły udowodnić, że potrafią rządzić lepiej. Straszenie, że i tak budżetami dzielnic zajmuje się (platformerska) Rada Warszawy jest już działaniem na bardzo niskim politycznym poziomie. Mam zatem nadzieję, że obawy PO się potwierdzą i w ciągu najbliższych 4 lat jakość życia na Ursynowie ulegnie poprawie. Jeśli się omylę, to w 2014 roku wyborczynie i wyborczy dadzą ekipie "Naszego Ursynowa" i PiS stosowne upomnienie - bo to na tym polega demokracja, nie zaś na straszeniu zarządami komisarycznymi.

8 grudnia 2010

Odśnieżanie – temat polityczny

Nie wiem, jak to wygląda z poziomu waszych dzielnic i podwórek. Na moim terenie – śródmiejska część Muranowa - wygląda fatalnie.

- Od opadów do próby odśnieżenia mija wiele godzin/dni. W międzyczasie śnieg i wydeptane w nim ścieżki zdążą zlodowacieć.

- Po kilku dniach pojawia się człowiek, który sypie na to sól. Zlodowaciały śnieg na chodnikach zmienia się w breję... Breję można by usunąć, ale robi się to tylko gdzieniegdzie. Z rzadka także pojawia się próba odstukania lodu za pomocą łomu. Rezultat: zdarzają się odcinki oczyszczone ze śniegu, ale na ogół brodzi się w gęstszej lub rzadszej brei.

- W podobnej brei pogrążone są dróżki osiedlowe, po których jeżdżą auta.

Według mojej oceny przyczyną tego stanu jest sprywatyzowanie sprzątania/odśnieżania. Bo:

- po pierwsze - firmy sprzątające, żeby wyjść na swoje, oszczędzają na liczbie pracowników, a 1 człowiek nie jest w stanie zrobić na czas roboty, którą dawniej robiło kilku/kilkunastu dozorców. Robi jak może, czyli odcinkami - raz tu, raz tu. Nie jest też w stanie, o ile nie mieszka w pobliżu (a firmy niekoniecznie zatrudniają wg klucza miejsca zamieszkania) przyjechać w razie potrzeby, np. wieczorem. Efekt jw. - dane miejsce odśnieża się raz na jakiś czas, a nie stosownie do aury, jak za czasów dozorców;

- po drugie - rozmyła się odpowiedzialność: za niektóre fragmenty miejskiego terenu (wewnętrzne podwórka) odpowiada ZGN (który zleca sprzątanie firmie), za inne zaś (chodniki przyległe do ulicy) - Zarząd Dróg Publicznych (a wówczas sprzątać ma wspólnota mieszkańców, nie wiem - za własną kasę, czy też ZDP jej to refunduje?). Dotąd, jak było nieodśnieżone, szło się do dozorcy, a teraz - szukaj wiatru w polu, czyli łaź po firmach/urzędach.

Z mojego rozeznania wynika, że ta sytuacja jest typowa, a nie wyjątkowa. Być może istnieją gdzieś firmy sprzątające, które dysponują dostateczną liczbą dostatecznie elastycznych pracowników i odśnieżają stosownie do potrzeb, ale ja takiej nie znam. A zresztą - nawet jakbym znała, to i tak niewiele mam do gadania, bo firmę zatrudnia nie wspólnota i nawet nie lokalna administracja, tylko centrala, tzn. ZGN. Ja, mieszkanka, mogę tylko ew. składać skargi. Wtedy być może na przyszły rok wybiorą w przetargu kogo innego. A on się znowu sprawdzi lub nie (raczej nie, jako że praktyka firm, którą opisałam, jest nagminna - inaczej funkcjonować w tym biznesie się nie da).

Podobnie źle wygląda sprzątanie chodników. Wielogodzinny/wielodniowy opad -> udeptanie/zlodowacenie -> sól -> breja. Tylko odcinki bezśnieżne. Na moim osiedlu na dodatek jest pełno schodków, które – nieodśnieżone – tworzą równię pochyłą, a może raczej zjeżdżalnię. Przez parę dni (zanim sypnięto solą) wspinali się po niej starsi ludzie, których na moim osiedlu sporo.

Wydaje mi się, że odśnieżanie powinno wyglądać tak:

1) przywrócić instytucję dozorcy, zamieszkałego na miejscu, odpowiedzialnego za przyległe podwórko, zdolnego reagować szybko, stosownie do potrzeb, odśnieżającego również dróżki dojazdowe.

2) do sprzątania terenów publicznych zatrudnić ARMIĘ ludzi z łopatami, pracujących non stop. Archaiczne? Ale skuteczne. Zima to jak wojna (proszę mi wybaczyć niepacyfistyczne porównanie) i potrzebna jest mobilizacja. Albo może lepiej - jak żniwa, i trzeba pracować non stop.

Jak się na bieżąco odgarnia, nie trzeba sypać soli. To, co oszczędzamy na płacach tych potencjalnych robotników oraz zwolnionych rok temu przez Ratusz dozorców, zapłacimy w długofalowych kosztach zewnętrznych. W miejskim Programie Ochrony Środowiska, który miałam okazję współrecenzować rok temu, jest informacja o ilości soli spływającej każdej zimy do wód podziemnych i powierzchniowych i o skutkach tego - pośrednio dla naszego zdrowia. Wiem, że nie da się uniknąć sypania na jezdnie i parkingi, ale na chodniki i posesje – można!

Wydaje mi się, że to miasto powinno zatrudnić tę armię, bez spuszczania się na firmy. Być może sprzątanie/odśnieżanie to jest właśnie taka dziedzina, w której nie powinna rządzić kategoria zysku? Która - podobnie jak gospodarka odpadami - nie może się doraźnie opłacać, jeśli robota ma być zrobiona porządnie? Może to my - obywatele powinniśmy się opodatkować na ten cel i zapłacić gminie, by zrobiła to sensownie i systemowo - aby uniknąć płacenia później długofalowych kosztów zewnętrznych? Jak to jest w innych krajach? Bo u nas - z tego co widzę - prywatyzacja sprzątania/odśnieżania okazała się pomysłem chybionym.

Z rozmów, jakie prowadzę – w osiedlowej administracji, w okolicznych sklepach, z sąsiadami i sąsiadkami – wynika, że inni ludzie też są tego zdania. Dziwne swoją drogą, że w tej sytuacji wybrano do samorządu jak wybrano (czyli głównie PO oraz panią HGW – autorkę pomysłu ze zwolnieniem dozorców). Szkoda, że ludzie w Polsce nie mają w zwyczaju zadawać kandydatom paru prostych pytań, np: jak pan/i proponuje rozwiązać kwestię odśnieżania? Ech.

7 grudnia 2010

Powybierani

Wybory, wybory i po wyborach - chciałoby się rzec. Żadnych większych zaskoczeń w II turze nie było, choć nie da się też powiedzieć, że nie ma w ogóle niespodzianek. Zgodnie z przewidywaniami w większości wypadków wygrali dotychczasowi prezydenci (głównie mężczyźni), silący się na podkreślanie swej niezależności - co jak dowodził między innymi Michał Syska w dużej mierze jest sprawnie sprokurowaną fikcją. Większość z nich zaczynała bowiem w strukturach partyjnych, ale zdołała zbudować wokół siebie alternatywne struktury, które zmieniła w sprawne, wyborcze machiny. Paradoksalnie w ich wyborczych szansach mogła im pomóc Platforma Obywatelska ze swym magicznych hasłem "Z dala od polityki". Skoro z dala, to czemuż ludzie mieli głosować na kandydatów partyjnych, kiedy na wyborczej karcie byli też i "bezpartyjni"?

Wydaje się, że PO odniosła dość nieprzekonujące zwycięstwo, jeśli chodzi o szczebel prezydencki. Wizerunkowo na pewno symbolicznie zyskała - Hanna Zdanowska zostanie pierwszą kobietą-prezydentką Łodzi, co sprawi, że zwolnione po niej miejsce w Sejmie zajmie pierwszy w III RP czarnoskóry poseł - John Godson, jednak już na poziomie ilościowym trudno rysować sytuację w różowych barwach. Szczęśliwie dla partii Donalda Tuska udało się pokonać urzędujących prezydentów Bydgoszczy (kto śledzi bloga moich koleżanek i kolegów chyba już wie, że Konstanty Dombrowicz zasłużył sobie na wymianę jak mało kto) w Elblągu czy w Płocku, a także pokonać PiS w prestiżowym pojedynku w Lublinie, jednak to nieco mało. Szczecin, Kraków, Poznań - w tych dużych miastach ta sztuka już się nie powiodła, a jeśli doliczyć do tego miejscowości, w których urzędujący prezydenci wygrali w I turze, to obraz powyborczego pola bitwy daleki jest od marzeń sztabowców PO.

Nie jest też tak, że na osłabieniu Platformy utuczył się PiS - nich z tych rzeczy. Największym miastem pod ich kontrolą będzie Radom - i na tym ta lista się kończy. Nawet na Podkarpaciu górą okazali się niezależni. SLD w tej kategorii może pochwalić się znacznie lepszymi rezultatami - jeszcze w I turze udało się Januszowi Kubickiemu w Zielonej Górze, w turze drugiej - poza sukcesami w miastach takich jak Słupsk czy Stargard Gdański, gdzie udało się obronić dotychczasowych włodarzy z lewicy, zdobyte zostały dwa miasta-bastiony prawicy. Częstochowa i Łomża, gdzie udało się pokonać odpowiednio PO i PiS zdają się pokazywać, że POPiSowy duopol powoli zaczyna się chwiać. Zwycięstwo Jacka Majchrowskiego w Krakowie czy wyrównane starcia osób związanych z lewicą w Opolu i Wałbrzychu - wszystko to wskazuje, że nie jest z nią tak źle, jak można by usłyszeć z ust sceptyków. Inną ważną wiadomością niedzielnego wieczoru jest ta, że oskarżany o molestowanie seksualne Czesław Małkowski nie wróci na fotel prezydenta Olsztyna - to dobra wiadomość, po I turze istniało bowiem całkiem spore prawdopodobieństwo takiego rozwoju wypadków.

Oczywiście nie da się - jak słusznie zauważa Wiesław Dębski - prorokować o wynikach przyszłorocznych wyborów parlamentarnych jedynie na podstawie zakończonych właśnie wyborów samorządowych. Nie da się też jednak zupełnie ich pominąć - już zresztą pojawiają się pierwsze sondaże, w których po świetnym wyniku na poziomie sejmików wojewódzkich PSL idzie w górę. W tegorocznym teście nie brały jeszcze udziału nowe, krystalizujące się ugrupowania - Ruch Poparcia Palikota oraz Polska Jest Najważniejsza. Jednocześnie medialne komentarze były dość jednoznaczne - trudno mówić o sukcesie tak PO, jak i PiS, a swoją pozycję na politycznej scenie tak SLD, jak i PSL odbudowują całkiem prężnie. Choć mało prawdopodobne, by w ciągu najbliższego roku pozycja Platformy miała osłabnąć na tyle, by miała ją przeskoczyć jakakolwiek inna siła polityczna, o tyle nie da się już z pewnością powiedzieć, czy na przykład lewica nie przeskoczy pod względem poparcia formację Jarosława Kaczyńskiego, czy do Sejmu wejdą jakiekolwiek nowe formacje i jaki ostatecznie będzie wynik ludowców. Paradoksalnie ta niepewność może nieco ożywić rodzimą demokrację - nic bowiem nie działa na nią równie źle, jak brak politycznej konkurencji dla formacji rządzącej.

6 grudnia 2010

Sieciowe proroctwo

Miałem przyjemność udać się na krótki, pokampanijny wypoczynek. Wyjazd do innej miejscowości, spotkanie się z przyjaciółmi, poszukiwania metod wspólnego spędzania czasu wolnego, wymagające negocjacji i ucierania poglądów na ten temat aż po zadowalający wszystkich rezultat - wszystko to wpływa pozytywnie zarówno na regenerację, jak i na wynajdywanie nowych, nieoczywistych do tej pory inspiracji i wzajemnych powiązań między elementami rzeczywistości. Mniej tu będzie o inspiracjach na prace roczne (choć bardzo możliwe, że praktyczne ich realizacje pojawią się także na Zielonej Warszawie), więcej - o filmie, który zdarzyło nam się wspólnie obejrzeć. Tron, bo o nim mowa, miał swoją premierę w roku 1982, a jednak wizualnie trzyma się całkiem nieźle, niedługo do kin ma zresztą wejść jego sequel. Co ciekawe, poruszone w nim - może nieco na uboczu, ale jednak - kwestia prymatu technologii czy różnych podejść, dotyczących modelu sieci i wirtualnej rzeczywistości - pozostają po 28 latach zaskakująco aktualne.

Wspomnijmy nieco o fabule. Oto Flynn, zwolniony z pracy kreator gier komputerowych, usiłuje odzyskać z serwera swej firmy informacje o ich autorstwie - zostały one bowiem przywłaszczone przez jednego z pracowników, Eda Dillingera, który teraz pociąga w niej za sznurki. Wraz z dwójką pracowników rzeczonej firmy - ENCOMU (cóż za przypadkowe podobieństwo nazw z Enronem...) - włamuje się do niej, by zostać przeniesionym do wirtualnej rzeczywistości przez system operacyjny serwera. System ten uniezależnił się od swoich twórców i dąży teraz do zdominowania ludzkości. Jeden ze współpracujących z Flynnem naukowców zajmował się stworzeniem narzędzia kontroli owego systemu, co nie zostało przez Główny Program Sterujący przyjęty z entuzjazmem. Rozpoczyna się walka o to, czy uda się odzyskać nie tylko własność intelektualną Flynna, ale też kontrolę człowieka nad sztuczną inteligencją.

Cóż w tym filmie wydaje się aktualne? Być może niekoniecznie lęk przed przejęciem kontroli nad światem przez komputery - ani taka wizja za szybko nie chce się zrealizować, ani dla wielu osób nie zdaje się w tych postpolitycznych czasach wydawać bardziej szokująca od tego, co obserwują obecnie w serwisach informacyjnych. Dużo bardziej ciekawe wydaje się przeciwstawienie dwóch wizji rozwoju informatyki, które zmagają się w filmie. Z jednej strony mamy Główny Program Sterujący, scentralizowany, podporządkowujący sobie inne programy oraz użytkowniczki/użytkowników, z drugiej zaś - wizja społecznej kontroli, poszanowania prawa i autonomii i decentralizacji. Władza wiąże się tu z wiedzą, co zdaje się zapowiadać refleksje Hakima Beya na temat tymczasowych stref autonomicznych czy dyskusji na temat infotariatu/cybertariatu (proponowanych chociażby przez Ewę Charkiewicz).

Jeśli wydaje się komu, że kwestia kontroli w sieci zdaje się być abstrakcyjna, to wydarzenia ostatnich lat powinny zachęcić do refleksji na ten temat. Walka z "piractwem", sięgająca aż po kwestionowanie prawa do remiksów czy cytowania, wzrost poziomu retencji danych i zwiększania dostępu do nich dla służb specjalnych, wyszukiwanie możliwości różnicowania szybkości przesyłu danych w zależności od ich źródła (co umożliwiłoby ograniczanie dostępu do niekomercyjnych treści), czy pomysły na mniej lub bardziej wyrafinowaną cenzurę sieci pod najróżniejszymi pretekstami (ostatnio na topie zamiast terroryzmu jest pedofilia) - wszystko to wpływa na odchodzenie od koncepcji Internetu jako sieci wolnych i równych w stronę tworzenia nowych i replikowania starych stosunków władzy, obejmujących między innymi przymus polityczny czy wykorzystanie przewagi ekonomicznej. Wszyscy wiemy bowiem, że choć w przestrzeni wirtualnej od wielkiego portalu do niszowego bloga politycznego dzieli nas raptem kliknięcie, to dziwnym trafem - chociażby z powodu asymetrii informacji czy braku zasobów na skuteczną reklamę - bardzo często do owego kliknięcia nie dochodzi.

Kiedy zatem słyszymy w filmie "cybernetyczne credo" - wyzwolenia uciemiężonych programów z władzy wszechogarniającego Systemu, to brzmi to nadal nad wyraz aktualnie. Ruch piracki od jakiegoś już czasu pokazuje drugą stronę rozwoju sieci - koncerny usiłujące tłumić ludzką ekspresję kulturalną, szpiegujące i nietransparentne rządy czy też brak wykorzystywania narzędzi wirtualnej demokracji to tylko czubek góry lodowej problemów z siecią, które pojawiły się przez te lata. Pytanie, czy możemy zdemokratyzować sieć, czy też będzie ona jedynie kolejnym narzędziem replikowania istniejących stosunków społecznych, w świecie kapitalizmu kognitywnego na Globalnej Północy nabierać będzie coraz większego znaczenia. Zobaczymy, czy kontynuacja Trona będzie starała się być tylko hollywoodzką superprodukcją, czy też pokusi się o refleksje i poszukiwanie odpowiedzi na zarysowane powyżej zagadnienia.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...