5 kwietnia 2010

Krytycznie, politycznie

Zaprawdę powiadam Wam - dziwny to numer. Dziwny, bo zasadniczo nie jest łatwo utrzymywać kultowy status kwartalnika intelektualnego, kiedy jednocześnie prowadzi się prężne wydawnictwo książkowe. Zasadnym zdaje się wówczas na pytanie "Co robić?". Tłumaczyć fragmenty tekstów, kiedy można wydać całość w formie książkowej? Zajmować się określonym zagadnieniem, kiedy można na jego podstawie pokusić się o wydanie przewodnika? Starać się trzymać rękę na pulsie bieżących wydarzeń w cyklu kwartalnym, kiedy ma się do dyspozycji mającą spore publicystyczne ambicje stronę internetową? Paradoksalnie, gdy jakaś instytucja obrasta w określone narzędzia, te, od których się zaczynało, wymagają raz na jakiś czas porządnej redefinicji.

Czy kwartalnik "Krytyka Polityczna" jako taki wymaga redefinicji? Być może, chociaż od jakiegoś czasu widać, że zmiany już się zaczęły. Jak już spostrzegłem przy poprzednim numerze, teksty w końcu zaczęły być przystępne. Dla mnie pismo ma nową gwiazdę - kilkuletniego Lucka, który swą dziecięcą wyobraźnią skutecznie dekonstruował najpierw mitologię Powstania Warszawskiego, w tym numerze zaś wgłębił się w psychikę autorek i autorów, rekonstruując ich profile. Część z tych osób znam osobiści i muszę powiedzieć, że wstrzelił się perfekcyjnie. Ba, nawet z postaci szczerbatego Karola Marksa wieje swego rodzaju charyzmą, osiągniętą za pomocą prostoty wykonania plastycznego. Chylę czoła.

Sam numer koncentruje się na dwóch tematach - komunizmie i kryminale. Ostatnimi czasy zazębiają się one ze sobą dość mocno, a to z powodu przyjętych przez parlament zmian w kodeksie karnym, przewidujących karanie rozpowszechniania "promocji komunizmu" (swego rodzaju zastępczy odpowiednik dla niedozwolonego unijną legislacją antydyskryminacyjną "promowania homoseksualizmu"). Niestety, jeśli miała to być jakaś prowokacja, to może ona chybić, jako że w kolejnym paragrafie przytoczonej nowelizacji istnieje zapis, wyraźnie wykluczający karanie za naukowe badania w tym temacie. Dobrze zatem, że ktoś przypomniał zarówno sam "Manifest komunistyczny", jak i postacie osób, walczących o jego urzeczywistnienie, dużo lepiej bowiem dokonać interpretacji i analizy tematu, niż zamiatać go pod dywan.

Lektura "Manifestu" pozwoliła mi zrozumieć, skąd bierze się u niektórych "prawdziwych, starych lewicowców" sekciarstwo, związane z dystansem wobec sojuszy i dbałością o "partyjną czystość". Choć sam Marks dopuszczał alianse z innymi formacjami, to jednak chwilę przedtem pisał o różnych, "obiektywnie reakcyjnych" jego zdaniem krytykach przemysłowego kapitalizmu. Przejechał on walcem po "reakcyjnych socjalistach", utopistach, drobnomieszczanach i konserwatystach, tak, jak dziś czynią to różne insze "czerwone" środowiska. Dbałość o wyzwolenie klasy robotniczej, niezależnie od jej aktualnego stanu liczebnego, znaczenia gospodarczego czy innych czynników jest dla nich nierzadko ważniejsza nawet od innych poruszanych przez ichnich "ojców-założycieli" tematów, a co dopiero jeśli chodzi o kwestie, których nie poruszali. Bezinterpretacyjna lektura tworzy niekiedy wręcz "czerwonych inkwizytorów", uznających za "burżuazyjny wymysł" walkę o prawa kobiet czy też dbałość o środowisko. Niestety, o ile część opisowa dzieła Marksa i Engelsa nadal ma aktualne spostrzeżenia, o tyle już ich recepty wydają się zupełnie nieprzekonujące, co nie wszyscy zdają się zauważać.

Ciekawa jest wielowątkowa dyskusja na temat twórczości szwedzkiego pisarza, Stiega Larssona, pokazująca, że dzieła kultury są żywe, gdy można analizować je z różnych punktów ideowych, zamiast udawać rzekomą apolityczność, skrywającą w sobie dominujący dyskurs. Inaczej na trylogię "Millenium" spoglądają prowadzące dyskusję redakcyjną feministki, doceniające jego niesamowita empatię i zrozumienie dla spraw kobiecych, inaczej z kolei Bartosz Kuźniarz, który przekonuje, że dużo bliżej jest owemu wykreowanemu światu do modelu liberalnego indywidualizmu typu "zrób to sam" i do pojawiających się odczytań jego książek jako odczarowujących model nordyckiego państwa dobrobytu. Dobrze zetrzeć się z tymi opiniami, szczególnie komuś, kto lekturę książek Larssona ma już za sobą.

Wszystkich godnych poleczenia tekstów nie sposób wymienić, zwrócę zatem jeszcze uwagę na materiał Jakuba Bożka na temat metod ratowania klimatu, przyczyn, dla których dotychczasowa droga się nie sprawdza i jaka w ewentualnym nowym modelu powinna być rola rynku. Zaraz po nim warto rzucić okiem na tekst Doroty Janiszewskiej, której to zdaniem kwestia czyhającej na nas "biologicznej bomby zegarowej" w formie starzenia się społeczeństwa jest fikcją i należy skupić się na zwiększaniu ogólnego poziomu zatrudnienia. Yael Bartana buduje kibuc na Muranowie, Olga Tokarczuk opowiada o swej najnowszej powieści, Eliza Szybowicz i Błażej Warkocki obnażają konserwatywny charakter opowiadań o wrocławskim detektywie Mocku. Jest co czytać, zapewniam.

4 kwietnia 2010

Porozciągane polis

"Żadna nowa droga i żaden nowy parking nigdy nie uczyniły ruchu bardziej płynnym. Każda nowa lub poszerzona droga, każdy nowy parking generują nowy ruch, a nie tylko zmieniają istniejący. To jest fakt znany i potwierdzony wszędzie na świecie. Jeżeli ktoś próbuje wmówić wam coś innego, to nie mówi prawdy. (...) Kiedy zapewnia się dużą liczbę miejsc parkingowych, to wtedy ma się gwarancję, że wzrośnie ruch samochodowy i będą większe korki."

Roberta Gratz, New York Post (cytat wzięty z magazynu "Obywatel")

W archiwaliach różnych przepastnych stron internetowych znaleźć można ciekawe publikacje nieco starszej daty. Ich lektura wcale nie bywa daremna - jednocześnie sprawdzić można, czy prognozowany rozwój wypadków miał miejsce, jak również to, czy stawianie wówczas hipotezy pozostają aktualne. Akurat jeśli chodzi o raport "Miasto za miastem" Instytutu na rzecz Ekorozwoju z 2002 roku muszę przyznać, że nadal jego spostrzeżenia pozostają ważne, a nawet stają się coraz bardziej aktualne. Wraz z dalszym wzrostem ilości samochodów na naszych drogach rośnie presja na rozrastanie się miast, podsycana przez deweloperów czy też sklepy wielkopowierzchniowe. Proces urban sprawl - niekontrolowanego rozrostu miast, zatracania ich pierwotnej zwartości i odpływu klasy średniej na przedmieścia miast - zdaje się nadal nie być intensywnie rozpatrywany przez władze Warszawy. Z jednej strony mamy działania dostosowawcze - jak chociażby większy nacisk ZTM na połączenia podmiejskie, z drugiej zaś nie czuć dużo woli opanowania tego zjawiska. Zupełnie zahamować się go nie da (wszak trudno zmuszać ludzi do tego, by pozostawali w stolicy, jeśli sami tego nie chcą), ale już starać się nad nim zapanować - jak najbardziej.

Rozszerzanie się miast na modłę amerykańską prowadzi do rozlicznych negatywnych skutków. Rozwój wielkopowierzchniowych centrów handlowych niszczy dotychczasowe bazarki czy sklepy osiedlowe, zmniejsza ilość miejsc pracy i często (ze względu na odliczenia podatkowe) podmywa zyski fiskalne państwa i samorządu. Kultura samochodowa sprzyja rozwojowy ciągnących się kilometrami przedmieść, często pozbawionych podstawowych usług publicznych w okolicy, zaspokajanych we wspomnianych już centrach handlowych. W takiej formie zabudowy trudno o zapewnienie efektywnego systemu komunikacji zbiorowej, co wpływa na ograniczenie alternatyw wobec samochodu i na wzrost korków i długości dojazdu do szkoły czy do pracy. Przeprowadzki za miasto podmywają dochody z podatków metropolii dotkniętej problemem, co jeszcze bardziej utrudnia rozwiązywanie problemów ekologicznych i społecznych związanych z tym zjawiskiem, w tym z powolnym upadkiem przestrzeni śródmiejskiej i jej funkcji publicznych.

Jeśli popatrzeć na Warszawę, to widać dość wyraźnie z danych statystycznych, że obok imigracji do samego miasta istotną rolę odgrywa osiedlanie się lub wręcz przeprowadzka do podwarszawskich miejscowości. Sprzyja temu dość sporo czynników, a w szczególności - moim zdaniem - niedostateczny rozwój przystępnego celowo budownictwa komunalnego. Sprawia to, że na rynku tym dominują prywatni deweloperzy, wysoko wyceniających budowane przez siebie mieszkania i do tego nie mających oporów przed inwestycjami mogącymi przynieść szkody ekologiczne. Jak wskazuje zresztą Stanisław Wyganowski, prezydent stolicy w latach 1990-1994, jeśli mierzyć poziom uczestnictwa władz samorządowych w przestrzeń miejską w czterostopniowej skali (gdzie I to pełen leseferyzm, zaś IV - pełne planowanie), od roku 1990 nastąpił dość duży przechył w kierunku oddania kwestii rozwoju miasta wolnemu rynkowi. Rezultaty widzimy po dziś dzień, np. brak planów zagospodarowania przestrzennego (w Warszawie problem nadal dotyczy ponad 75% powierzchni miasta) czy chociaż systemowego rozwiązania tego problemu dla najbardziej spornych miejsc w mieście skutkuje takimi rezultatami, jak spory wokół Pola Mokotowskiego czy Jeziorka Czerniakowskiego.

Gdzie zatem szukać sojuszy w celu uświadomienia tak władzom, jak i mediom, skali oraz potencjalnych skutków tego zjawiska? Bardzo szeroką - i jak się zdaje nadal aktualną paletę możliwości przedstawia Rafał Górski. Mieszkanki i mieszkańcy centrów miast, ruchy antyautostradowe, piesi, osoby starsze, rodzice z dziećmi, działkowcy, lokalne środowiska kupieckie, osoby pracujące w transporcie zbiorowym - wszystkie te grupy mieć mogą wrażenie, że miasto traktuje je po macoszemu, przyjmując za jedyny miernik rozwoju ilość spektakularnych budów i napływ inwestycji (najlepiej zagranicznych). Największym problemem, o który wszyscy się rozbijamy, polega na sporej atomizacji społecznej i na tym, że bardzo rzadko udaje się przekonać daną grupę, że jej partykularny interes mieścić się może w szerszej perspektywie dobra wspólnego. Ten brak współpracy mści się na ruchach społecznych dość często, ułatwiając decydentom zachowanie status quo, sprzyjającego powstawaniu dalszych, konfliktowych inwestycji.

Zachęcam do samodzielnego przekonania się, czy po 7 latach wnioski i rekomendacje "Miasta za miastem" pozostają aktualne. Publikacja może być ciekawa nie tylko dla osób z Warszawy i jej metropolii (2,5 miliona ludzi), ale też dla osób mieszkających w aglomeracji łódzkiej i krakowskiej. Co do tej pierwszej dość sporo miejsca w jej analizie - poza rekomendacjami dotyczącymi zagęszczania zabudowy miejskiej (aktualnej i dla stolicy Mazowsza, rzecz jasna pod warunkiem zachowania zasad zrównoważonego rozwoju) - zajmuje stworzenie bipolarnej, wspólnej metropolii warszawsko-łódzkiej. Wraz z rozwojem środków transportu (w tym przyspieszeniem komunikacji kolejowej między miastami) oraz rozwojem obydwu metropolii wzdłuż najważniejszych dróg i linii kolejowych wizja ta zaczyna wydawać się coraz bardziej realistyczna.

3 kwietnia 2010

Zielone ideolo na rodzimym gruncie

Potrzeba nam nieco więcej szacunku do siebie. Doskonale rozumiem, dlaczego ludzie mogą się bać nieznanego - jak niedawno w wypadku z budową meczetu w Warszawie, nie zgadzam się jednak z tym, że nie warto starać się, by ten strach opanować. Dla mnie jasne jest jedno - wszędzie na świecie Zieloni mają swoją naturalną "grupę docelową", czasem mniejszą, czasem większą, i to do niej przede wszystkim kierują swój przekaz. Skoro zatem na Zielonych głosują głównie osoby średnio- i wysoko zarabiające, empatyczne, mające potrzeby związane z wysoką jakością usług publicznych, ceniących środowisko, głównie kobiety, myślące o dzieciach i ich przyszłości, to siłą rzeczy nasz focus powinien być skierowany na tę grupę. Wśród osób które organizowały demo antymeczetowe w Warszawie nie ma zbyt wiele osób, które oddałyby na nas swój głos - powiedzmy to sobie jasno. To, że dostrzegamy ich lęk, niepokój, spowodowany złą sytuacją socjalną etc. - świadczy o dużej dozie empatyczności (którą należy chwalić), ale nie wmawiajmy sobie, że gdziekolwiek na świecie Zieloni mają jako swój elektorat dominujący np. zdewastowaną klasę robotniczą, mogą go co najwyżej zagospodarowywać jako "nowe terytorium". Udaje się to zresztą tylko tam, gdzie słabnie "stara lewica", kto raz wpadł w bagno populistycznej prawicy, ten tak łatwo się z niego nie wydostanie. To też ważna, zielona postawa - poczucie odpowiedzialności za innych nawet, jeśli nie odwdzięczą się głosem wyborczym. Jeśli jednak sądzić będziemy, że naginając się do protestujących wyciągniemy jakieś głosy, to zrobimy krzywdę zarówno tym ludziom - którzy i tak nas nie wybiorą, głosując na partie, która zniszczy im ostatnie resztówki stabilności socjalnej - jak i nam, bo nasi już istniejący i powoli bo powoli, ale jednak zwiększający się elektorat nie będzie już zainteresowany głosowaniem na "chorągiewki".

Święte księgi i zielona polityka

Tak, zielona polityka ma podstawy, które powinny być dla niej fundamentalne, i są to pewne wspólne dla zielonej rodziny wartości - ekologia, sprawiedliwość społeczna, pacyfizm, równość płci... Siła każdej ideologii - i zarazem największym dla niej testem - jest trzymanie się tych wartości i dostosowywanie ich do zmieniającego się świata. Ich odrzucenie albo lekceważenie kończy się klapą i ideowym bankructwem partii, która idzie tą drogą. Meksykańscy Zieloni np. wpadli na pomysł by poprzeć karę śmierci wbrew jakimkolwiek zielonym przekonaniom, co skończyło się ich bojkotem przez Europejską Partię Zielonych, Czesi wpadli na pomysł, by wspierać pomysł na bazę radarową USA i po dziś dzień wylizują się z ran, swoją drogą minister
który z ich ramienia firmował ten pomysł dziś jest liderem... konserwatywnej partii TOP 09. Zachodnioeuropejska socjaldemokracja po dziś dzień w UK czy w Niemczech ma problemy z wymiganiem się z "trzeciej drogi", która po latach przestała tarzać wyborców. O ile zatem konkretne zasady i propozycje programowe mogą ulegać zmianie w zglobalizowanym świecie, o tyle rezygnacja z pewnych wartości (np. tolerancji dla odmienności kulturowej) kończy się klapą.

Moim zdaniem problem leży gdzie indziej. Narzekamy na siebie i otaczający nas świat, bo nie działa w nim coś, co nazwałbym "zielonym odruchem". Polega on na tym, że kiedy słyszymy jakąś wiadomość, to po paru chwilach jesteśmy w stanie, na bazie zielonej polityki, wyczuć, jak interpretować daną wiadomość. Jeśli dowiadujemy się, że np. w Polsce jest jeden z najwyższych w Europie wskaźników ubóstwa dzieci, myślimy "oj, to znaczy, że trzeba pomyśleć o lepszej polityce społecznej i edukacyjnej". Jeśli rząd chce wybudować elektrownie atomowe, myślimy "nie, to bez sensu" etc. U nas niestety nie działa to za często, bo przez x lat bombardowani byliśmy 2 komunikatami: a) zewnętrznymi stereotypami (np. że odbiorcy pomocy społecznej to tylko "darmozjady") b) mitem "zastąpienia polityki technokracją", gdzie bezstronni (neoliberalni) eksperci załatwią za nas wszystko. Trudno, by miało to nas nie dotknąć, szkoda, że w takim zakresie. To, że świat robi się coraz bardziej skomplikowany, nie powinno oznaczać, że będziemy się zastanawiać 10 razy dłużej, zanim coś powiemy, tylko raczej wbudowanie w siebie "instynktu odpowiadania zgodnie z zielonym drogowskazem". Może brzmi górnolotnie, ale cóż - bez tego nigdy zielona polityka nie stanie w szranki z innymi formacjami.

Kiedy obserwuję różne dyskusje z ludźmi stwierdzam jedno - ludziom nie jest potrzebna kilkuset stronnicowa instrukcja jak zmienimy świat, ale WIARA że faktycznie to zrobimy. Programy - w dużej mierze, w polskiej rzeczywistości niestety - są dla nas, byśmy wiedzieli, jak osiągnąć jakieś cele i byśmy wiedzieli, co mówić, kiedy nas się dopytują. Widzę momentami brak wiary w to, że nie jesteśmy w stanie rozwiązać jakiegoś zagadnienia, np. stworzenia społeczeństwa wielokulturowego. Jeśli słyszę, że to "idealistyczna mrzonka", to cóż, wysiadam, szczególnie porównując takie stwierdzenie np. z wieloletnią działalnością Zielonych w PE, mających holistyczną wizję np. polityki rolnej, migracyjnej, handlowej, rozwojowej, która pozwoliłaby stworzyć świat, w którym migruje się, bo się chce, a nie - bo od tego należy czyjeś biologiczne przetrwanie. Jeśli my nie wierzymy w to, że nasza "zielona rodzina" nie jest w stanie zająć się tą kwestią z ogólnym pożytkiem, to kto ma wierzyć?

Realizm i utopia

Muszę zradykalizować swoje stanowisko, w takim sensie, że jestem przekonany, że osoba aktywnie działająca w partii powinna dzielić z innymi przekonanie, że razem - tak jak kiedyś utopijni socjaliści - jesteśmy w stanie tak zmienić świat, żeby woda zmieniła się w oranżadę. Nie musimy przejmować tego poglądu (np. ze względu na potencjalne koszty ekologiczne), ale jeśli nie wierzymy, że np. jesteśmy w stanie zmniejszyć ilość biedy w kraju, rozbić energetyczne monopole i zapewnić wszystkim więcej energii ze źródeł odnawialnych, zbudować silną Europę, zmienić globalne stosunki międzynarodowe choćby o krok w stronę większej sprawiedliwości społecznej i ekologicznej - to po cóż w ogóle działać w polityce? Czy gdyby Martin Luther King "nie miał snu" i w zamian domagałby się możliwości wspólnego jeżdżenia autobusami z białymi tylko w godzinach szczytu - cokolwiek by osiągnął? Kochane/Kochani, więcej wiary, Obamami może nie jesteśmy, ale mamy coś pod naszymi czaszkami ;)

Wspólnota i kompromisy

Jeśli chcemy mieć jakąś wizję, czerpiącą w jakikolwiek sposób z przeszłości, to a) musimy mieć kompleksowy obraz ocenianej wspólnoty, także z jej wadami b) musimy dostosować ją do współczesności. Tak jak po lewej stronie mało kto rozumie, że model państwa dobrobytu przed 1968 był daleki od ideału (nie widząc opresji w tym, że mamy jednego ojca rodziny, przynoszącego do domu pieniądze, żonę siedzącą w owym domu i państwa dopiero co pozbywające się swych kolonii), tak samo nie zapominajmy, że w bardziej "prawicowych" małych społecznościach lokalnych np. szukano czarownic, osoby LGBTQI nie miałyby dziś życia, dochodziło do gettoizacji mniejszości etnicznych. Wystarczy poczytać literaturę XIX wieku - "Dziurdziów", "Meira Ezofowicza", "Ziemię obiecaną" - by zobaczyć, ile tamtejsi bohaterowie stosują wobec inności negatywnych epitetów. Co więcej - tę i tak trudną wielokulturowość zabiła II Wojna Światowa, a homogeniczność społeczeństwa pozwala na dalszy rozwój dawnych stereotypów. Jeśli już przyjmujemy małomiasteczkową perspektywę, to zapewniam - przez monokulturowość osoby z mniejszych ośrodków mają realne problemy jak w ogóle radzić sobie z odmiennością, przecież stąd tyle tu atencji do tradycyjnych ról płciowych, tyle niechęci do osób LGBTQI - przecież tu wszyscy zmuszeni są być nieziemsko jednakowi...

I żeby nie było - dla mnie silna wspólnota lokalna jest pomysłem dobrym, tyle że ani nie zwalczy ona wstrętnych korporacji, ani nie ma możliwości, by wcześniej czy później nie spotkała się ona z jakąkolwiek odmiennością. Co więcej - uważam, że bez owej różnorodności ich powstanie będzie służyło raczej PiSowi niż zielonej polityce. I znów zresztą pojawiła się kwestia "za dużo tematu x, za mało y". Postawię sprawę inaczej - my za mało zajmujemy się większością tematów z politycznego spektrum, a te dziedziny, które akcentujemy (feminizm, LGBTQI, energia), to po prostu te, w których to, co powinniśmy robić dobrze i w wielu innych, robimy w miarę OK dobrze już teraz. Stąd - jeśli chcemy zajmować się więcej ekologią - nic nie stoi temu na przeszkodzie. By miało to ręce i nogi, powinniśmy jednak - o czym mówię od dawna, a co od równie dawna nam sugerowano - wybrać 2-3 tematy wiodące naszego przekazu (z różnymi podtematami w ich zakresie) i konsekwentnie je realizować, od razu będzie łatwiej ;)

Przyrodnik zainteresowany ekologią ma prawo być w naszej partii, natomiast powinien uszanować to, że zielona polityka to nie tylko ekologia i są tu osoby, które zajmują się np. kwestiami kobiecymi, polityką socjalną etc. Gdyby próbował to zmienić, wtedy cóż, musielibyśmy mu podziękować - niestety. Mamy taki, a nie inny system polityczny, ograniczenia instytucjonalne itp., że w tym momencie dużo ważniejsze jest zachować spójność ideową, niż targać się na przewodzenie słabemu w skali krajowej, nad czym niezmiernie ubolewam, ruchowi społecznemu - tak to widzę i raczej niewiele się w tej materii zmieni. Inaczej niż długim marszem nic nie zdziałamy.

2 kwietnia 2010

Meczet powinien stać się przyczynkiem do debaty na temat integracji i wielokulturowości

Koło warszawskie partii Zieloni 2004 wyraża swoje zaniepokojenie wzniecaniem lęków i uprzedzeń wobec społeczności muzułmańskiej w mieście, czego symbolem była sobotnia demonstracja przeciwników budowy meczetu na Ochocie. Naszym zdaniem powinna być ona sygnałem ostrzegawczym dla władz miasta, że pilnego wsparcia wymaga dialog międzykulturowy i międzyreligijny w Warszawie.

- W Europie mamy istotnie problem związany ze zwiększającą się liczbą muzułmanów, głównie imigrantów – jest to problem europejskiej islamofobii. Do antysemityzmu politykom już dziś wstyd się przyznać, natomiast na wzbudzaniu islamofobii można jeszcze łatwo zbić polityczny kapitał. Muzułmanin stał się nowym Obcym, którym straszy się nie zważając na rzeczywistość. W UE, rzekomo „zalewanej” przez muzułmanów, żyje ich zaledwie 13 mln, co stanowi 2,6% ludności UE. Kiedy w Szwajcarii przegłosowano zakaz budowy minaretów, w całym kraju było ich aż… cztery. Niestety trend ten zawitał właśnie do Polski. - mówi Aleksandra Kretkowska, członkini koła warszawskiego Zielonych.

- Bieda, bezrobocie, złe warunki pracy, rosnące rozwarstwienie społeczne, wszechobecny brud, bezwzględny wyścig szczurów, prowadzący do zniszczenia więzów lokalnych i poczucia wspólnoty - oto prawdziwe polskie problemy tu i teraz, a nie zagrożenie islamskim fanatyzmem! - dodaje Irena Kołodziej, przewodnicząca warszawskich Zielonych. - Społeczność islamska w Polsce jest niewielka i nie ma podstaw, by spodziewać się znaczącej imigracji z krajów arabskich. Skąd więc te obawy przed islamskim fanatyzmem? Prawicowi radykałowie wykreowali sztucznego wroga. Zatomizowane społeczeństwo łatwo zmanipulować - i tak właśnie zrobiono w Warszawie. To znany sposób - skanalizować ludzkie lęki i frustracje związane z brakiem bezpieczeństwa socjalnego, wskazując palcem zastępczego wroga.

- Warszawa już dziś nie jest miastem jednorodnym etnicznie, kulturowo czy religijnie i nie ma co tego faktu ukrywać – mówi Bartłomiej Kozek, przewodniczący koła. - Władze Warszawy powinny rozpocząć intensywne działania na rzecz wkluczania nowych społeczności do głównego nurtu życia w mieście, zamiast trzymać je na uboczu, narażając tym samym na stereotypizację. W najbliższych latach, obok już istniejącej i liczebnej mniejszości wietnamskiej, możemy się spodziewać na przykład zwiększenia się ilości osób pochodzenia ukraińskiego czy białoruskiego. Wsparcie finansowe dla otwartego dialogu – debat, ulicznych karnawałów, edukacji na rzecz tolerancji w szkołach i wielu innych podobnych działań – opłaci się na dwa sposoby. Po pierwsze, stworzyć może wizerunek wielokulturowego, otwartego miasta, zachęcający do odwiedzin turystów i zachęcający do inwestycji. Po drugie – równie istotne – da szansę na zachowanie realnej spójności społecznej i umożliwi każdej i każdemu z nas – niezależnie od religii bądź jej braku, narodowości, koloru skóry czy jakichkolwiek innych czynników – osiąganie wysokiej jakości życia.

1 kwietnia 2010

W zielonej sieci - odc. 26

Blogi:

- U Australijskich Zielonych przeczytać można na blogu o wyzwaniach, jakie w stosunku do Partii Pracy i Liberałów stawia sytuacja w Tasmanii - żadna partia nie ma tam absolutnej większości w lokalnej legislaturze. Nadszedł czas koalicji?

- New Economics Foundation w tym tygodniu zwraca uwagę na analizę budżetu Wielkiej Brytanii z punktu widzenia zrównoważonego rozwoju, a także broni swojej koncepcji gospodarki bezwzrostowej.

- Derek Wall chwali się swoją książką na temat zielonych akcentów w historii powszechnej.

- Richard Lawson w temacie stałości zielonej polityki w obliczu ideowych dryfów trzech największych angielskich partii politycznych.

- Wyspiarscy studenci oddaliby swój głos na Zielonych - te optymistyczne dane przybliża Adrian Windisch.

- Matt Selwood o tym, jak walczyć z ubóstwem energetycznym.

- Molly Scott Cato zadaje ciekawe pytanie - kto ocenia kogo pod względem stabilności ekonomicznej?

Partie:

- Niemcy: Zieloni przypominają o swym alterglobalistycznym sznycie.

- Europa: Europejska Partia Zielonych przyjmuje szereg rezolucji, w tym przeciwko elektrowni atomowej w Polsce, Zieloni w europarlamencie kiepsko oceniają próby ratowania przez rządy UE sytuacji finansowej Grecji.

- Anglia i Walia: Opowiadać o programie walki z przestępczością przez Twittera? Da się!

- Irlandia: John Gormley przemawia na partyjnej konwencji.

- Kanada: Konserwatyści trują nie tylko ten kraj, ale tworzą międzynarodowy nacisk na obniżenie standardów ekologicznych.

- Australia: Problemy z ordynacją wyborczą - nie tylko nad Wisłą.

- Nowa Zelandia: Lobbing za nową linią kolejową.

- Czechy: Zieloni wychodzą z rządu i prezentują bilans swoich rządów w ministerstwie środowiska.

- Holandia: Propozycje do reformy emerytalnej.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...