6 stycznia 2010

Trójka - kolejna ofiara "historycznych kompromisów"

Zawsze, kiedy myślę, że gorzej już być nie może i politycy z prawa i z lewa wymyślili już wszelkie najgłupsze możliwe pomysły, musi pojawić się taki, który zrewiduje moje przekonanie. Tak było z odwołaniem Magdaleny Jethon, wieloletniej dziennikarki radiowej Trójki i powołania w jej miejsce Jacka Sobali. Nowy zarząd Polskiego Radia, powstały w wyniku koalicji PiS-SLD, nie miał zbytniej litości dla jednej z nielicznych anten publicznej radiofonii, która radzi sobie ostatnio całkiem nieźle. Casus Trójki, o którą drży teraz pół świata nauki i kultury, a także coraz liczniejsza grupa słuchaczek i słuchaczy tego radia. Bezczelność tego żałośnie żarłocznego politycznego ataku, który nie da się obronić jakimkolwiek racjonalnym argumentem, jest porażająca. Jak w soczewce pokazuje on przyczyny, dla których pod względem szacunku dla państwa, jak również kultury politycznej, do Europy bardzo nam daleko.

Trójkę słuchałem kiedyś, akurat za czasów dość krytykowanego za obniżanie jego poziomu dyrektora Laskowskiego. Dziś, kiedy potrzebuję dobrej muzyki w tle pracy wybieram inne rozgłośnie lub włączam radio internetowe, pozostawiłem jednak po Trójce ciepłe uczucia i jestem pełen szacunku dla ogromu pracy, jaką najpierw Krzysztof Skowroński, a potem Magda Jethon, włożyli w odbudowę jakości programu, przy stale pogarszającym się klimacie wokół publicznych mediów w naszym kraju. Z powodu systematycznego podmywania przez PO idei abonamentu spadły z niego zyski, a w wypadku radia, które w 2/3 otrzymuje się właśnie z tego tytułu (co słychać, kiedy porównuje się poziom publicznej radiofonii ze znacznie bardziej skomercjalizowaną telewizją) oznaczało to spore kłopoty. Trójkę podratowały słuchaczki i słuchacze, zbierając 700 tysięcy złotych na zachowanie misyjności tej anteny. W kraju, w którym na instytucjach publicznych wiesza się psy (wyobraźmy sobie spontaniczną akcję społeczną pt. "Składka na ZUS"...), trzeba być ślepym, by nie dostrzegać, że na taką instytucję należy chuchać i dmuchać.

Argumenty za pozostawieniem Jethon, jak rzadko kiedy, mogły płynąć z dwóch stron - misyjności i ekonomicznej efektywności. Owszem, z perspektywy Warszawy i szerokopasmowego Internetu można mówić o powszechnym dostępie do kultury, kiedy jednak przypomni się o tym, że dostęp do sieci ma raptem połowa z nas, a w wielu miejscowościach publiczne radio (i to najczęściej Trójka właśnie, bowiem kosztem zwiększenia zasięgu najbardziej upolitycznionej Jedynki zmniejszyła się ilość nadajników Dwójki i Radia Euro) jest jedynym źródłem dostępu do np. jazzu, słuchowisk teatralnych na poziomie czy też najnowszych trendów w muzyce innej niż ta znana z Vivy czy MTV. Co zatem robi zarząd spółki wobec dyrektorki anteny, która ową misję wykonuje wzorowo, przekonując do siebie zdecydowaną większość zaniepokojonego poprzednią dymisją Skowrońskiego zespołu rozgłośni? Zwalnia ją, a na jej miejsce powołuje dziennikarza, który zabił już wówczas kultowe Radio Bis, kasując z niego audycje autorskie (które później musiał przywrócić), wprowadzając playlistę i doprowadzając do czterokrotnego obniżenia słuchalności Biski. Człowieka, który będąc dyrektorem Jedynki nie zrobił nic, by powstrzymać spadek jej słuchalności. Zaiste, świetny wybór...

Teraz odrobinę logiki rynkowej - jak wielkim trzeba być ignorantem, by decydować się na zmiany w kierownictwie stacji, która właśnie zdobyła 7% udziału w rynku słuchalności, rekordowy wynik od czasu rozpoczęcia tego typu badań w Polsce, a na najbardziej konkurencyjnym, warszawskim rynku (około 30 stacji) ma 10,3% udziału w rynku i zajmuje trzecie miejsce pod względem słuchalności miejsce i w większości dużych miast lokuje się w pierwszej trójce? Jak bardzo trzeba służyć politycznym zleceniodawcom, by na szefa stacji z założenia rozformatowanej uczynić faceta, który zasłynął sformatowaniem Biski, które przyniosło antenie takie straty, że pomimo wycofania się kolejnych dyrekcji z tego pomysłu radio to, po dziś dzień (jako Radio Euro) nie może wyjść ponad 0,2% i praktyczną nieobecność na dużych rynkach? Takiej stacji jak Trójka komercyjny nadawca, skupiony na cięciu kosztów i maksymalizacji zysków, raczej nie zrobi - wymaga ona sporego zespołu ludzi, więzi społecznych, wieloletniego budowania marki i zaufania. Porażające, że szefostwo PR tego nie widzi.

Media publiczne padły ofiarą spisku wszystkich głównych formacji polskiego życia społecznego, które dążyły bądź to do ich przejęcia, bądź to zniszczenia. Zamiast tworzyć warunki i ramy do pluralistycznej wymiany opinii w ich obrębie, uznawały one, że wyborcze zwycięstwo zapewni im ich totalne zdominowanie. Teza ta nigdy empirycznie się nie potwierdziła - formacja, która przejmowała TVP i PR ponosiła z reguły klęskę w kolejnych wyborach. W tym wypadku głównymi winnymi stają się po równi PO, która przygotowała ostatecznie odrzucony projekt likwidacji abonamentu bez jednoczesnych gwarancji finansowych dla mediów publicznych, jak i PiS i SLD, które zawłaszczyły własność publiczną dla własnych celów. Żeby jeszcze na czele Trójki stanął znów budzący kontrowersje, ale jednak całkiem przyzwoity w dyrektorowaniu stacją Krzysztof Skowroński - ale nie, Sojusz miał być przeciw. Taka to lewicowość SLD - dobrze ma być nam, a wszyscy mają mieć równy dostęp do chłamu. Sobala z wysoką jakością tworzenia radia nic wspólnego nie ma, sukcesem będzie, jeśli nie uda się mu zepsuć tego, co dostał w wyniku politycznego nadania. Panom od rzekomej "wrażliwości społecznej" z obu partii chciałbym przypomnieć jedno - ludzie mają prawo nie tylko do godnego życia, ale i dostępu do kultury i jej reprodukcji, prawo do słuchania czegoś innego niż żenujących dowcipów prowadzących wciśniętych między playlistowy plastik. I realizacja ich prawa jest Waszym obowiązkiem.

Trójki warto bronić, bo jest dziś ona ostatnią sympatyczną instytucją publiczną, której nie postrzega się jako skazaną na prywatyzację, nieefektywną spółkę kolesi. Przez 20 lat udowadniano nam, że publiczne musi być złej jakości, nieefektywne i drogie. By tego dowieść, potrafiono zniszczyć każdą, skutecznie działającą instytucję państwową, ograniczyć jej kompetencje bądź zapobiec zmianom na lepsze (jak niedawno w wypadku Kolei Mazowieckich). Obrona Trójki jest ostatnim krzykiem społeczeństwa, które chce walczyć o "swoją" instytucję publiczną, której słucha, która wyrabia gusta, informuje i na rzecz której ludzie nawet dobrowolnie się opodatkowują. Kiedy myślę o tym, jak niszczy się państwo w którym żyję, i instytucje, które do niego należą, nie ogarnia mnie już zwykłe zdenerwowanie czy irytacja. Ogarnia mnie prosty, atawistyczny wkurw i ochoty, by tym pieprzonym darmozjadom odebrać zabawki i oddać je z powrotem nam - obywatelkom i obywatelom tego kraju. Bo Polskie Radio nie jest ich radiem - jest NASZE. Mam nadzieję, że ta kradzież publicznej własności nie ujdzie im płazem - ale by tak się stało, Sejm musi uchwalić nową ustawę medialną, gwarantującą depolityzację wyboru władz mediów publicznych i ich stabilne finansowanie. Łatwo nie będzie, ale ducha nie traćmy.

5 stycznia 2010

To będzie grane... w Warszawie

Polityczny sezon w nowym roku zaczął się wyjątkowo wcześnie. Sondaż przedwyborczy, pytający się o preferencje w wyborach na stołeczny urząd prezydencki jakoś niespecjalnie mnie zdziwił, w przeciwieństwie do wypowiadających się w mediach ekspertek i ekspertów. Powtarza on bowiem z grubsza proporcje z poprzedniego badania, zleconego przez SDPL. Marek Borowski, jeśli ostatecznie zdecyduje się startować (i nie zdecyduje się na opieranie się na firmach wizerunkowych z zeszłorocznego boju o Parlament Europejski) ma szanse powalczyć o drugą turę. PiS raczej tym razem nie znajdzie nikogo, kto mógłby powtórzyć wyczyny Kazimierza Marcinkiewicza z 2006 roku, choć - jak widać po ostatnim badaniu - wahnięcie o kilka punktów procentowych w jedną bądź drugą stronę może mieć kolosalne znaczenie. Walka powinna zatem toczyć się o dwie kwestie - po pierwsze, czy uda się doprowadzić do drugiej tury, i po drugie - kto wejdzie do niej poza Hanną Gronkiewicz-Waltz?

Kandydatura Borowskiego jest lokalną formą poparcia dla Cimoszewicza - tyle że tym razem jest szansa, że kandydat w szranki jednak stanie. Jego poparcie nie dziwi mnie dlatego, że jest on politykiem, którego lokalność się czuje - chociażby wtedy, gdy opowiada o swoim dzieciństwie. Osoba spoza Warszawy nie jest skazana na margines politycznego wyboru (casus Kazimierza Marcinkiewicza), niemniej jednak wypadałoby wtedy wykazać sporą dozę nie tylko wiedzy (wszak byłemu premierowi uszło nawet pomylenie Ursusa z Ursynowem), ale i woli do zrozumienia delikatnego mikroklimatu społeczno-politycznego miasta. Wojciech Olejniczak może być sympatyczny, ale kiedy ma trudności z wymienieniem warszawskich mostów nie wygląda to dobrze. Największą jego wpadką moim zdaniem było zagrożenie zerwaniem koalicji PO-SLD w Radzie Miasta, jeśli dojdzie do eksmisji kupców z KDT. Bura, jaką wtedy dostał, musiała mu nieco głosów odebrać.

Fascynujące jest też obserwowanie reakcji warszawskiego Sojuszu na tego typu badania. Radnemu Golimontowi już nawet nie chciało się silić i uznał, że żadnej drugiej tury nie będzie, a Borowski to polityczny przegrany. Radnego nie chcę martwić, ale wydaje się, że tutaj bliżej prawdy jest radny Dominiak - w 2006 roku, gdy polaryzacja między PO a PiS sięgała zenitu zdobycie 22% poparcia to nie lada wyczyn, który byłby wątpliwy, gdyby np. SLD poszło do tamtych wyborów z kandydaturą typowanego wówczas Marka Rojszyka. Strach pomyśleć, ilu radnych Sojuszu pociągnąłby do Rady Miasta, ale raczej mało prawdopodobne, by ośmiu, jak "przegrany" Marek Borowski. Marzenie o "jedności na lewicy" pod hegemonią Sojuszu wcale nie musi gwarantować wielkich sukcesów. Dziś, kiedy SLD, gdyby powtórzyło swój wynik z wyborów do PE, mogło by liczyć na 3 osoby w Radzie Miasta. Jeśli PO miałaby wówczas absolutną większość (a byłoby to prawdopodobne), to znaczenie takiego zgrupowania (bo nawet nie klubu) byłoby istotnie mniejsze niż w Radzie Warszawy tej kadencji.

Czyż monopol prawicy nie wziął się z tego, że po tamtej stronie barykady powstała nie jedna, a dwie silne partie - PO i PiS, które zaczynały od poparcia rzędu 10-15%? Czy doświadczenie to nie mówi SLD, że dużo lepiej byłoby mieć kolejnych 2-3 radnych z innej formacji, ale ideowo bliskich, niż dążyć do sztucznego monopolu? Wyniki badań dają szansę na stworzenie alternatywnego wobec Sojuszu porozumienia "na lewo od PO", w obrębie którego już teraz toczy się współpraca SDPL i PD. Nikt nie każe SLD udzielać mu wielkiego poparcia, ale czasem wystarczy życzliwa neutralność, bowiem elektoraty te wcale nie muszą się kanibalizować. Perspektywa konkurencji jest dla Sojuszu tak przerażającą wizją, że woli powtarzać swoje odezwy o "zdradzie" Borowskiego i marginalności SDPL.

PiSowi nie będzie łatwo znaleźć osobę, która realnie powalczyłaby z Hanną Gronkiewicz-Waltz. Ostra, wręcz betonowa opozycyjność w Radzie Miasta tej partii nie pomoże, więc o ocieplaniu wizerunku (no, chyba że postawiliby na Joannę Kluzik-Rostkowską) można włożyć między bajki. Wejście do II tury w Warszawie kandydata spoza duopolu PO-PiS miałoby ważną symboliczną wartość, jeśli zatem SLD woli jej nie dostrzegać, to ich strata. Tegoroczne wybory pokażą też, jaka jest siła ewentualnych inicjatyw obywatelskich i czy mają one szanse na sukcesy w dzielnicach, czy też padać będą ofiarą upartyjnienia rywalizacji na szczeblu lokalnym. Zobaczymy też, czy kampania będzie merytoryczna, czy też opierać się będzie na poszukiwaniu personalnych haków. O ile dotychczas typowane kandydatki i kandydaci skłaniają raczej do optymizmu w tej dziedzinie, to nigdy nie wiadomo, jak zachowywać się będzie ich polityczne zaplecze. Zobaczymy też, jakie będą korelacje między kampanią prezydencką a wyborami samorządowymi i jak wpłynie ona na ich wyniki. Jednego możemy być pewne i pewni - nudno być nie powinno.

4 stycznia 2010

Skomunizowani

Lektura historii Komuny Otwock, która przekształciła się w Komunę Warszawa to interesująca lekcja historii polskiej transformacji i dążeń różnych alternatywnych grup do nadania jej innego wymiaru. KO można rozpatrywać w szerszym kontekście dziedzictwa "trzeciej drogi" lat 80. - bujnego życia prawdziwego społeczeństwa obywatelskiego między "Solidarnością" a upadającym reżimem. Rozbudzanie życia mniejszych i większych miejscowości, działalność społeczna, undergroundowe ziny, alternatywne koncerty - to wszystko były elementy, które na początku lat 90. XX wieku były fascynującym przejawem społecznej aktywności. Jednym z ważnych miejsc na ówczesnej alternatywnej mapie Polski był Otwock, gdzie grupa ludzi zdecydowała się na stworzenie "anarchistycznej wspólnoty działań", mającej zmienić pejzaż tej podwarszawskiej miejscowości.

Dziś Grzegorz Laszuk, nieformalny lider środowiska Komuny uważa, że poniosła ona porażkę. To prawda, że w porównaniu do pierwotnych założeń wiele nie udało się osiągnąć - ale czy nie jest to wina owych przesiąkniętych idealizmem założeń? Trudno oczekiwać, by kulturalne happeningi, nawet najbardziej zaangażowane, miały doprowadzić do końca państwa i do stworzenia opartych na sprawiedliwości społecznej samoorganizujących się społeczności. Z drugiej strony łatwo jest nam oceniać sytuację z perspektywy dzisiejszych doświadczeń - tymczasem działania z "fazy romantycznej", jeszcze w Otwocku, miały olbrzymią siłę polityczno-kulturową. Czy to nocny przemarsz z waleniem w bębny, wzywający mieszczan do pobudki, czy to akcje ekologiczne - wszystko to realnie ożywiało dość senne miasteczko.

Niewiele zostało z atmosfery tamtego czasu, bo świat znacząco się zmienił. Niegdyś Warszawa zjeżdżała na koncerty do otwockiego "Smoka", bo w stolicy były dwa kluby tego typu (niewyobrażalne...), a imprezy często sabotowali skini. Dziś to dawna Komuna Otwock wiąże się z Warszawą, tworząc przestrzeń działań artystycznych na Lubelskiej. Jej członkinie i członkowie mają za sobą trudy zmagań z lokalną władzą, szczególnie po tworzeniu ośrodka kulturalnego w dawnej szkole w Ponurzycy, co skończyło się walką z lokalną władzą świecką i duchową. Musiało to być mocne doświadczenie, które wpłynęło na ewolucję postaw i poglądów grupy, doprowadzając do jej skupienia się na działalności teatralnej i performatywnej, a zminimalizowaniu bezpośrednich interwencji w lokalną społeczność, takich jak np. szkółki ekologiczne dla młodzieży.

W obrębie działalności kulturalnej udawało się Komunie powiedzieć sporo na temat ludzkiej kondycji. Bardzo wiele debaty na łamach książki zajęła kwestia zwątpienia KO w rewolucję i możłiwość zmiany, akceptacji "małej stabilizacji", z którą polemizują zarówno działacze anarchistyczni, jak i Zygmunt Bauman. Alina Gałązka, członkini zespołu, przekonuje, że to nie proletariat lecz mieszczaństwo może być siłą postępową w dzisiejszych czasach i nie ma co tego ukrywać. Takie podejście determinuje formę prezentowania opowieści, która w ostatnich, "warszawskich" latach zaczęła dominować.

A w treści te warto się zapoznać, np. poprzez lekturę opisów przedstawień czy też treści ostatniej produkcji, "Przyszłości świata", opowiadającej o naukowcu-samouku i o chińskim cesarzu, który w XV wieku po podróży po Oceanie Indyjskim kazał spalić imperialną flotę i przenieść ludność 20 km w głąb lądu, by powstrzymać proces zmian, gdy jego zdaniem świat przyjął już ostateczną formę. Wartym analizy są też przypominane w listopadzie dzieła - "Perechodnik/Bauman" o otwockim Żydzie, pragnącym uratować swoją rodzinę poprzez własną kolaborację, co kończy się niepowodzeniem, a także "Mill/Maslow". Kto chce wiedzieć więcej, niech poczyta kolejny już przewodnik "Krytyki Politycznej", w której 20 lat działalności KO analizowane jest także z punktu widzenia wiedzy o teatrze i polskiej kultury alternatywnej. Lektura warta polecenia.

3 stycznia 2010

To będzie grane... w 2010

Żadnym hurraoptymistą być nie zamierzam, tym bardziej, że powrót do realnej konkurencji między PO a PiS pod względem społecznego poparcia wielkim postępem w demokratyzacji naszej sceny politycznej nie jest. A taki nawrót się szykuje - po cichu, na razie bez wielkiej medialnej burzy, ale jak pokazałem w niedawnym raporcie sondażowym jest to możliwe i jeśli trend się utrzyma, to na jesieni możemy oczekiwać bardzo brudnej kampanii ze strony coraz bardziej zmęczonej rządzeniem i zestresowanej Platformy Obywatelskiej. Obie formacje będą zapewne walczyć w zakresie 30-35% poparcia, SLD zapewne będzie orbitować w okolicach 15%, dążąc do bycia koalicjantem PO w jak największej ilości miast i sejmików wojewódzkich. Brak blokowania poparcia, które 4 lata temu skandalicznie wykrzywiało społeczne poparcie nie będzie już karać Sojuszu, zobaczymy, jak takie alianse będą odbierane przez społeczeństwa i jaki będą miały wpływ na przyszłoroczne wybory parlamentarne.

Platforma, jeśli wyniki nie będą dla niej specjalnie korzystne, prawdopodobnie zrezygnuje z przeprowadzenia wyborów parlamentarnych na wiosnę 2011, wracając do jesiennego terminu. Szkoda, bo po raz kolejny uniemożliwi się konstruowanie kolejnego budżetu w pełni przez nowo wybrany rząd, który nie będzie mógł się już tłumaczyć, że odziedziczył fatalny projekt, z którym niewiele mógł zrobić, a poprzednia partia rządząca udawać będzie, że nie ma z nim nic wspólnego. Jak zwykle wygra kalkulacja polityczna (związana też z kwestiami jak najbardziej materialnymi, czyli wypłatami pieniędzy z budżetu dla partii politycznych).

Ciekawi mnie, czy uda się jakimkolwiek inicjatywom poza "wielką czwórką" zdobyć jakieś większe przyczółki na rodzimej scenie politycznej. Największą szansę ma tu Stronnictwo Demokratyczne, które może wznieść się na fali poparcia dla Andrzeja Olechowskiego. Myślę, że spokojnie będzie on mógł zdobyć co najmniej 10% poparcia, a może i więcej - trudno powiedzieć z powodu uporu ośrodków badania opinii publicznej do uwzględniania w prezydenckich sondażach Włodzimierza Cimoszewicza. Osoby, chcące na niego głosować, zapewne przerzuciłyby głosy na Szmajdzińskiego, Olechowskiego, w mniejszym zakresie zapewne też na Nałęcza i Tuska. Znacząco zmieniłoby to rozkład sił i kto wie, czy nie okazałoby się, że obecność Kaczyńskiego w II turze nie byłaby poważnie zagrożona. To rzecz jasna domysły, ale na razie sondażownie nie dają nam wielu narzędzi do oszacowania takich opcji.

Przełamanie duopolu PO-PiS nie będzie łatwe, ale wybory samorządowe dają na to pewne szanse. Jeśli w kilku większych miastach uda się wejść do Rad Miast SD czy ewentualnemu aliansowi SDPL-PD (coraz bardziej prawdopodobnemu, zważywszy na wspólną kandydaturę Nałęcza na prezydenta) nie pozostanie to niezauważone wśród opinii publicznej. Wielką niewiadomą będą komitety obywatelskie - ponoć wszyscy jesteśmy znudzeni upartyjnieniem samorządów, a kiedy przychodzi co do czego i tak na partie głosujemy. Trudno oczekiwać powrotu LPR czy Samoobrony - ich elektorat przeszedł głównie do PiS i nie ma powodów, by odeń odchodzić, bardziej radykalna jego część może ewentualnie wspomóc Marka Jurka, którego Prawica Rzeczpospolitej zapewne zdoła zdobyć nieco mandatów w mniejszych ośrodkach miejskich.

Zobaczymy, na ile powyższe prognozy zmaterializują się w rzeczywistości innej niż wirtualna. Scena polityczna ma to do siebie, że zdarzają się jej nieoczekiwane zwroty akcji, takie jak wzrost PO i PiS, ich poróżnienie się ze sobą czy zwycięstwo Kaczyńskiego nad Tuskiem w 2005. To, że dziś jest ona nieco bardziej stabilna niż 5 lat temu nie oznacza, że wszystkie karty są na niej już rozdane. Daleko nam jeszcze do ustalenia ostatecznej listy kandydatek i kandydatów na urząd prezydencki, nie wiemy, z jakimi aliansami będziemy mieć do czynienia w wyborach samorządowych. Bardzo możliwe, że przegrupowania poszczególnych graczy trwać będą do początku wakacji. Oznacza to, że ten rok nudny być nie powinien.

2 stycznia 2010

To było grane... Warszawa 2009

Ponieważ po sylwestrowych szaleństwach sił nieco jeszcze brakuje, a tradycyjnego podsumowania roku jeszcze na blogu, to czas takowe podsumowanie uczynić. Działo się całkiem sporo z punktu widzenia zielonej polityki w Warszawie, a wydarzenia te umożliwiły porządną debatę na temat wizji modernizacji naszego miasta. Ogólny bilans jest rzecz jasna niejednoznaczny, wszak obok udanych interwencji i trafnych inwestycji mieliśmy do czynienia na przykład z wielkim harmidrem wokół Euro 2012. Wydarzenie, które miało odnowić pół miasta coraz wyraźniej okazuje się być ograniczone do budowy stadionu. To tylko jeden z przykładów na to, że nie ma co spoczywać na laurach i sądzić, że wszystko zrobi się samo. Zielony głos w debacie publicznej będzie w tym nowym roku równie potrzebny, jak był do tej pory. Pora na zaprezentowanie naszych najważniejszych działań - lista nie wyczerpuje tematu, najlepiej w tym celu po prostu odwiedzić stronę koła warszawskiego, tutaj wspomnę tylko o "okrętach flagowych" naszych działań:

- Walka z pomysłami na zmniejszanie liczby radnych. Polski system wyborczy jest już dostatecznie zabetonowany i podzielony między "wielką czwórkę", mającą olbrzymie dotacje finansowe z budżetu, dające im olbrzymią przewagę nad mniejszymi formacjami, a także nowymi i lokalnymi inicjatywami. Pomysły PiS na ograniczenie o połowę ilości radnych dzielnicowych i stołecznych podnosiłyby jeszcze bardziej realny próg wejścia do tych ciał, w warunkach naszego miasta ograniczając realny wybór do PO, PiS i SLD, a na szczeblu dzielnicowym marginalizującym lokalne komitety obywatelskie. Trudno by nam było na takie posunięcie się zgodzić. Na takie pomysły mieliśmy swoją odpowiedź - potrzebujemy nie mniej, lecz więcej demokracji, na przykład w formie referendów dzielnicowych.

- Lepszy transport zbiorowy. Przedstawiliśmy pomysły na jednolite oznaczenie pociągów i metra. Przez ostatnie parę miesięcy pojawiały się i inne, a spontaniczny rozwój tego typu projektów sprawił, że w tym miesiącu ma być w końcu ogłoszony plan wcielenia tej koncepcji w życie. Mam nadzieję, że będzie on spójny, czytelny i atrakcyjny graficznie, umożliwiając ludziom łatwiejsze przesiadanie się do transportu kolejowego. Broniliśmy i nadal bronimy buspasa na Łazienkowskiej - nie zmniejszymy poziomu korków, spalin i hałasu, jeśli nie zaczniemy jednocześnie inwestować w transport zbiorowy (o skali zaniedbań mogą świadczyć pożary miejskich autobusów), jak i zniechęcając wszelkimi sposobami do podróży samochodem.

- Jakość przestrzeni publicznej. Opiniowaliśmy plany zagospodarowania przestrzennego, komentowaliśmy pomysły na nowe centrum miasta, wyglądające raczej jak leczenie kompleksów w stosunku do Zachodu niż jako urzeczywistnienie wizji "miasta dla ludzi". Najważniejszym wydarzeniem roku w tej dziedzinie była bez wątpienia kwestia Pola Mokotowskiego. Zagrożenie jego zabudową zmobilizowało bezprecedensową uwagę stołecznej opinii publicznej, dzięki wysiłkom której udało się przyjąć plan zagospodarowania przestrzennego obszaru, ratującego go przed zabudową. Warszawa nie dała sobie amputować swoich płuc. Nie zawsze jednak jest tak różowo - przykłady pomysłów na spychanie pieszych pod ziemię na Pradze pokazują, że wśród wielu urzędników nadal widać wiele wiary w to, że warunki życia w mieście dyktuje auto, a nie ludzie.

- Handel uliczny. To relatywnie nowy element naszej działalności i uwagi, ale istotny z powodu dania ludziom możliwości robienia zakupów nie tylko w centrach handlowych, ale też i blisko domu - to forma, którą według badań Warszawianki i Warszawiacy bardzo lubią i cenią. Dawaliśmy wyraz swojej niechęci do działań wymierzonych w Bazar Banacha, zaś na coraz bardziej stanowcze działania miejskich służb porządkowych względem handlu ulicznego mówiliśmy wyraźnie - handel uliczny musi zostać ucywilizowany, a stosowanie kija bez marchewki jest nieuczciwe. Marchewka na szczęście się pojawiła i w 2010 będziemy śledzić, w jaki sposób dzielnice wdrażają projekty jednodniowych bazarków. Rzecz jasna wobec jednego z najważniejszych wydarzeń roku - bitwy o KDT - nie pozostaliśmy obojętni, będąc rozczarowanymi postawą stron tego konfliktu, zarówno uporem kupieckiej spółki, jak i brutalną i nieprofesjonalną akcją firmy ochroniarskiej.

- Kwestie klimatyczne. Tym tematem najwięcej zajmowaliśmy się w grudniu, przypominając o naszym projekcie Stołecznej Polityki Klimatycznej, a także współorganizując demonstrację "Chrońmy Ziemię, chrońmy ludzi" i pisząc własne uwagi do projektu programu ochrony środowiska w Warszawie. Oczywiście nie wyczerpuje to spektrum naszych działań - zdecydowanie warto wspomnieć o tym, jak Irena Kołodziej dzielnie walczyła o obowiązek noszenia adresatek przez psy, czy też o naszych interwencjach w dziedzinie kultury i bezdomności. Tak, był to pracowity rok, byliśmy widoczni w mediach, więc baza do Szczęśliwego Nowego Roku 2010 jest całkiem niezła. Czego życzę Zielonym i Wam wszystkim.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...