30 grudnia 2009

Empatia i egoizm - nowa oś na scenie politycznej

Nieco ponad rok temu Grzegorz Basiak napisał tekst na temat miejsca Zielonych na polskiej scenie politycznej. Ja do tej pory był to jeden z najlepszych głosów na ten temat - można było nie zgadzać się z pewnymi szczegółami, jednak uwzględniając ogólny obraz była to bodaj najbardziej skonkretyzowana i przeniesiona do postaci tekstowej wizja tego, jaką partią być powinniśmy. W międzyczasie sam zacząłem rozmyślać nad naszą, co tu dużo kryć, niełatwą sytuacją. Do dziś uważam, że diagnoza Grześka - budowania bloku centrolewicowego - była wówczas słuszna. Nie jest naszą winą, że tak znakomita szansa, jaką była słaba pozycja SLD i dość chwiejna PO została zaprzepaszczona fatalną kampanią wizerunkową, kompromitującą wydających własne pieniądze decydentów z SDPL i PD. Patrząc się na wygląd billboardów promujących kandydaturę Tomasza Nałęcza na prezydenta, obawiam się, że nie uczą się na własnych błędach.

Myślę że kwestia usytuowania się na scenie politycznej jest sprawą istotną, równie ważne jest jednak zarysowanie spolaryzowanego podziału owej sceny i wykreowanie się na jedną z głównych sił konfliktu, oczywiście najlepiej w roli liderskiej w obozie, który tworzymy. Nie oznacza to przedawnienia dawnego podziału lewica-prawica, lecz jego konsekwentne uzupełnianie o dodatkowe osie i parametry, albo też zwyczajne podmienienie nazw. Oczywiście, mamy wykres Nolana, rozdzielający kwestie ekonomiczne i kulturowe, ale urok jednowymiarowej osi trzyma się mocno, nawet, jeśli coraz trudniej jest go stosować w praktyce. Pewne rozwiązanie zaproponowała swego czasu Brygida Kuźniak, dokonując podziału na liberalnych reformatorów i konserwatystów. Jej zdaniem do tej ostatniej grupy zaliczyć można nie tylko PO i PiS, ale też np. SLD. Zachowawczość tych formacji przejawia się w różnych dziedzinach, jest jednak dość nieźle widoczna.

Podział ten w swoim manifeście, "A Liberal Moment", replikuje na potrzeby kontekstu brytyjskiego Nick Clegg, obecny lider Liberalnych Demokratów. Chociaż jego ostatnie posunięcia i skręt w prawo partii, której elektorat jeszcze do niedawna sytuował się na lewo od Partii Pracy, nie budzą mojej sympatii (np. rezygnacja z walki o bezpłatne studia motywowana kryzysem ekonomicznym), to sam manifest pokazuje różnicę między polskim pojmowaniem liberalizmu a podejściem anglosaskim. W wyspiarskiej perspektywie wolność nie jest równoznaczna z liberum veto i wolną amerykanką na rynku, jak to nazbyt często można wywnioskować z lektury rodzimych tekstów na ten temat. Dla Clegga najważniejszą zasadą, jaka powinna być realizowana w progresywnej polityce, to rozpraszanie władzy, zarówno politycznej, jak i ekonomicznej. Z tego też tytułu bardzo dużo przeczytać tu możemy o ograniczaniu wpływów korporacji czy o podziale dużych banków po to, by zachować konkurencję rynkową i uniemożliwić oligopolizację. Idzie dalej, chcąc zmienić brytyjską pocztę w przedsiębiorstwo pracownicze i popularyzować tę formę aktywności ekonomicznej, a także domagając się większego oddzielenia bankowości konsumenckiej od inwestycyjnej, by uchronić zwykłych ludzi przed spekulacjami i uniemożliwić na przyszłość ratowanie banków publicznymi pieniędzmi.

Jakoś niewiele (a właściwie to wcale) widziałem tekstów polskich liberałów narzekających na to, że system podatkowo potrafi bardziej obciążać osoby ubogie niż bogate, wierzący w nowoczesną, zdecentralizowaną sieć energetyczną zasilaną ze źródeł odnawialnych, a także w większą społeczną kontrolę nad usługami publicznymi - nad Wisłą usłyszymy co najwyżej o tym, że należy je sprywatyzować. Już to pokazuje dość istotną różnicę klasy i rozłożenia akcentów. Bardzo interesujący jest dział historyczny, opowiadający o zmianie na fotelu lidera progresywnego obozu w Wielkiej Brytanii w latach 20. XX wieku. Co ciekawe, Partia Pracy wcale nie musiała zwyciężyć w walce z Liberałami, jako że w tych ostatnich sporą rolę odgrywał nurt "nowego liberalizmu", popularnego w klasach robotniczych, akceptującego państwowy interwencjonizm. Wówczas jednak nadszedł czas na rzeczywistą, ekonomiczną emancypację robotników w obrębie państwa narodowego. Dziś historia (przynajmniej zdaniem Clegga) ulega zmianie, a zadaniem państwa staje się przekazanie swych prerogatyw na poziom lokalny i międzynarodowy i dbanie o wysoką jakość regulacji, zapobiegających szkodom społecznym, wynikającym z nierówności społecznych czy też słabego funkcjonowania opanowanego przez korporacje rynku.

Poszedłbym jednak krok dalej i zmodyfikował nieco ten podział, wprowadzając nazwy "empatia" i "egoizm" na miano dwóch skrajnych skrzydeł. "Empatia" to nie to samo co kolektywizm, nie ogranicza ona bowiem w żaden sposób jednostki, skłania ją jednak do altruizmu i troski. Z empatii wynika dbałość o państwo i instytucje publiczne, demokratyczna kontrola nad władzami, dążenie do maksymalizacji wolności dla jak najszerszych grup ludności. Egoizm - przeciwnie - zasadza się w poszukiwaniu indywidualnego (względnie grupowego), krótkowzrocznego interesu, ocierając się niekiedy nawet o ograniczenie wolności innych dla własnej przyjemności. Gdyby tego typu podział przenieść na obecną scenę polityczną, większość partii wylądowałaby po egoistycznej stronie, ewentualnie byłyby one podzielone. Bardzo chciałbym, by Zieloni w Polsce jednoznacznie pokazywali, że jako jedyna partia w całości stoją po stronie empatii. To wielka szansa na przyszłość.

28 grudnia 2009

Ukraiński wywiad-rzeka

Wyjazd w rodzinne strony w naturalny sposób wiąże się ze spędzeniem wielu godzin w pociągu. Okres świąteczny oznacza ich spore spóźnienia (do Przemyśla przyjechałem godzinę później w stosunku do rozkładu, więc zapewnienia PKP o tym, że dzięki zmianom na kolei będę całe 20 minut wcześniej okazały się nazbyt optymistyczne), a także niesamowity tłok - dość powiedzieć, że do Lublina stałem, bo miejsca siedzące w pociągu jadącym ze Szczecina były w Warszawie zupełną abstrakcją. W takich warunkach można przeczytać olbrzymie ilości tekstu, a jeśli jest to tekst tak dobry w lekturze, jak wywiad-rzeka Izy Chruślińskiej z Jarosławem Hrycakiem, lwowskim historykiem, wydanym w serii przewodnikowej Krytyki Politycznej, to nawet nie zauważa się upływu przerzucanych kartek.

Ukraina w polskim dyskursie ogólnokrajowym istnieje jako kraina przygód polskiej szlachty z "Ogniem i Mieczem", miejsce masakry wołyńskiej i pomarańczowej rewolucji. Na poziomie lokalnym - podkarpackim - myśli się w kategoriach praktycznych (zamierającego z powodu restrykcji granicznych handlu), lub też z nacjonalistycznym podtekstem wyliczania wzajemnych krzywd zamiast integracji i dbałości o resztki wielokulturowości. Dla osób młodszych Ukraina nie jest tu wielkim tematem, bowiem większą troską jest wyjazd na studia do Lublina, Krakowa czy Warszawy i spoglądanie na Zachód niż zastanawianie się na przeszłością swoją lub innego państwa. Także i ja po dziś dzień pozostaję sceptyczny wobec rzewnego spoglądania na Lwów i mówienia Ukraińcom, jaka jest ich racja stanu, w naszym podejściu zdumiewająco zbieżna z polską.

W takim kontekście tym bardziej zaskoczyło mnie, jak łatwo można zainteresować kwestiami tysiącletniej historii Ukrainy, mającej wpływ na jej teraźniejszość i perspektywy na przyszłość. Analizy Hrycaka nie nużą, nie ze wszystkimi zaraz trzeba się zgadzać, ale poznać je zdecydowanie warto. Mieszkanki i mieszkańców Przemyśla powinien zainteresować np. fakt, że pierwsza fala ukraińskiego odrodzenia narodowego w XIX wieku rozpoczęła się właśnie nad Sanem, w rozkwitającym po zastoju I Rzeczpospolitej kościele grekokatolickim. Przekonująco tłumaczy, dlaczego dla Ukraińców tak ważny był Lwów - wschodnia część Galicji była oazą wolności w porównaniu do Rosji, gdzie represjonowano rozwój języka ukraińskiego, a do tego zaznała ona zachodniego typu modernizacji (rzecz jasna Lwów dużo bardziej niż uboga prowincja), a okcydentalizacja zdaniem Hrycaka była najważniejszym elementem umożliwiającym wyodrębnienie się nie posiadającego swojego państwa narodu.

Historyk opowiada też sporo o samym ruchu narodowym. Aż do upadku pierwszego projektu niepodległościowego z lat 1917-1920 dominował w nim wyraźny rys lewicowy, łączący aspiracje niepodległościowe z hasłami sprawiedliwości społecznej. Sam ukraiński został oparty na mowie ludowej z centralnej części kraju, do której dołączono korpus wyrazów abstrakcyjnych stosowanych w Galicji. Walka o niezależność symbolizowana jest nie tyle przez Symona Petlurę, którego wojska dopuszczały się pogromów ludności żydowskiej (ale, jak zauważa Hrycak, już nie jednostki pochodzące z Galicji), lecz Nestora Machno - lokalnego anarchistę, walczącego o niezależność komun rolnych zarówno z białymi, jak i czerwonymi podczas rewolucji 1917 roku. Ludowy sznyt narodowy przewija się przez całą opowieść, jako że Ukraina nie tworzyła swojej kultury i świadomości na bazie społeczności szlacheckiej, jak to miało miejsce w Polsce.

Czemu zatem historia walki dwóch nacjonalizmów - polskiego i ukraińskiego - skończyć się musiała tak wielką tragedią, jak rzeź Polek i Polaków na Wołyniu? Hrycak zauważa, że poza kwestiami ideowymi na Wołyniu mieliśmy do czynienia z dużo bardziej "przyziemnym problemem" - głodem areału rolnego. Rozwój medycyny zwiększył poziom przyrostu naturalnego, który w zaborze rosyjskim nie był aż tak rozładowywany emigracją jak w austriackim. Brak tradycji samoorganizacyjnych, możliwości budowy społeczeństwa obywatelskiego, a także międzywojenna polska presja kolonizacyjna, ograniczająca i tak wątły dostęp do zasobów naturalnych - to wszystko stworzyło warunki do wybuchu społecznego, który nastąpił podczas II Wojny Światowej. Wybuchu, którego skala była tak wielka, że profesor uznaje za cud dobrą jakość stosunków polsko-ukraińskich po 1989 rokiem.

Nie będę zdradzał wszystkich niuansów książki. Dużo miejsca zajmuje w niej kwestia zniknięcia ze zbiorowej świadomości Żydów, tworzących przed wojną jedno z największych skupisk ludnościowych tej nacji na świecie. Hrycak analizuje rodzimy antysemityzm, który w przeciwieństwie do polskiego zatrzymać się miał na poziomie impulsywnej judeofobii, nie zaś idei antysemickiej. Ważnym tematem jest też dialog ukraińsko-rosyjski, proces wychodzenia z roli "małorusów", do dziś przeprowadzony dużo słabiej niż rozdział ukraińsko-polski. Lektura to wyborna, więc zapraszam do niej.

27 grudnia 2009

Wyliczanie prawdziwego bogactwa

Obserwowanie gigantycznych odpraw dla odchodzącej z upadłych banków kadry menedżerskiej na Zachodzie przyprawiło o migrenę całkiem sporą rzeszę ludzi. Chyba największą mieli ci, którzy w wyniku spekulacji szefostwa stracili pracę, a publicznych pieniędzy nie wystarczyło na ratowanie ich stanowisk. Kryzys unaocznił, jak wiele jest ekscesów na wolnym rynku wynagrodzeń, który z powodu braku odpowiednich regulacji wymknął się spod kontroli. Brak dostatecznie dużych możliwości hamowania wzrostu wynagrodzeń sektora "top management" przez akcjonariuszy zrobił swoje, a wzrostowi płac najwyższego szczebla towarzyszyła polityka ulg, zwolnień i obniżek podatkowych. W takiej sytuacji skala nierówności płacowych nie tylko w całej gospodarce, ale też i w poszczególnych przedsiębiorstwach przekraczać zaczęła wszelkie granice przyzwoitości. O tym zjawisku opowiada - poszukując jego rozwiązań - jedna z najnowszych publikacji New Economics Foundation "A Bit Rich: Calculating the Real Value to Society of different professions".

Wyobraźmy sobie następującą sytuację - internalizujemy do płac wszelkie koszty zewnętrzne (pozytywne i negatywne) naszej działalności ekonomicznej na rynku pracy i w ten sposób kształtujemy płace na nim. Dotychczasowa "wolna amerykanka", oparta na określonych założeniach dotyczących kondycji ludzkiej i warunków gry rynkowej - zdaniem autorek i autorów z NEF - nie potwierdziły się. Za główne zadanie postawili rozprawienie się z 10 mitami neoliberalizmu, dość silnymi także i nad Wisłą, legitymizującymi wzrost nierówności płacowych. Do tej pory osoby, które doprowadziły do kryzysu - a więc np. część pracowników londyńskiego City, uwikłanych w spekulacje finansowe - była hołubiona przez liderów 3 największych brytyjskich partii, podziwiających ich przedsiębiorczość i zaradność. Teraz bardzo o to trudno. NEF zdecydował się na wyliczenie wkładu społecznego i ekologicznego 6 zawodów - 3 dobrze i 3 słabo płatnych, zarówno tych, wykonywanych w sektorze publicznym, jak i prywatnym, by w ten sposób pokazać, jak owe mity o rynku pracy mają się do rzeczywistości.

Popatrzmy zatem na kwestię dysproporcji płacowych między doradcami podatkowymi a pracownikami i pracownicami opieki nad dziećmi. Ci pierwsi (rzecz jasna nie wszyscy) przyczyniają się do znaczącego zmniejszania się dochodów do skarbów państw, w Wielkiej Brytanii szacunki mówią o 13 miliardach funtów straconych dla budżetu z powodu ich "pomocy" osobom indywidualnym i 12 miliardach - przedsiębiorstwom. W tym samym czasie pracownica/pracownik żłobka czy przedszkola zarabia niewielką pensję, co wpływa również na stopień feminizacji zawodu, poziom satysfakcji z pracy i tym samym jakości świadczonej opieki. Owe brakujące 25 miliardów, jak policzono, starczyłoby na stworzenie obejmującej całość populacji opieki nad dziećmi, co skutkowałoby większą obecnością kobiet na rynku pracy, wyższymi dochodami gospodarstw domowych, mniejszą presją na pomoc socjalną etc.

Analizując w tak kompleksowy sposób rzeczywistość społeczną, Eilis Lawlor, Helen Kersley i Susan Steed doszły do wniosku, że należy do analizy skutków działalności poszczególnych zawodów zastosować narzędzia SROI - Społecznego Zwrotu z Inwestycji. W wyniku takiego działania (pełna metodologia dostępna jest pod koniec publikacji) obliczyły one, że najbardziej pożyteczne społecznie i ekologicznie są prace aktualnie dość nisko płatne. Przykład opieki nad dziećmi podałem już powyżej. Innymi są osoby sprzątające szpitale, w ten sposób zmniejszające śmiertelność w ich obrębie, a także pracujące przy recyklingu, przyczyniające się do zmniejszenia zanieczyszczenia środowiska, m.in. emisjami metanu z wysypisk śmieci. W tym samym czasie dobrze zarabiający pracownicy sektora reklamowego, tworzący potrzeby, prowadzące m.in. do nadwagi, zaburzeń na tle nerwowym i do nadwyrężenia możliwości regeneracyjnych środowiska naturalnego (już dziś Wielka Brytania konsumuje proporcjonalnie 3 razy tyle, ile proporcjonalnie powinna biorąc pod uwagę ograniczoność zasobów naturalnych), śpią dość spokojni o stan swojego konta. Biorąc pod uwagę te czynniki, w NEFie wyliczono, że praca w reklamie za każdego włożonego weń funta przynosi 11,5 funta strat, bankiera - 7, a doradcy podatkowego - 47, podczas gdy osoba pracująca w żłobku przynosi za tego samego funta od 7 do 9,5, sprzątająca szpital - 10, a zajmująca się recyklingiem - 12.

New Economics Foundation sugeruje, by przestać zdawać się na założenie, że na pełnym monopoli i oligopoli rynku pracy istnieje w pełni idealna konkurencja tworząca obiektywnie najlepsze odwzorowanie wyceny ludzkiej pracy. Uwzględnienie kosztów zewnętrznych, oddziaływania na społeczność lokalną i na środowisko czy dyskusja nad wprowadzeniem jakiejś formy płacy maksymalnej - to tylko niektóre z sugestii fundacji na zmianę obecnego stanu rzeczy. Inne to m.in. inwestowanie w "zielone technologie" i zawody podnoszące jakość kapitału społecznego, w tym umożliwiające pracę kobietom. Dotychczasowe rozwarstwienie wpływało - i nadal wpływa - na marnowanie potencjału ludzkiego.

Oczywiście przeciwników tego typu pomysłów nie zabraknie, ale autorki i współpracownicy (Daiana Beitler, Stephen Spratt i Andrew Simms) publikacji odparowują neoliberalne stereotypy - na przykład te, że wyższe podatki odstraszą osoby najbogatsze, przez co spadną dochody z budżetu. Skandynawskie przykłady, w których większość najbogatszych osób z tych krajów płaci podatki tamże, świadczą, że w grę wchodzą czynniki inne niż zwierzęca niemal ucieczka od składania pieniędzy na rzecz wspólnego dobra - np. różnice kulturowe czy jakość świadczonych usług publicznych. Również założenie, że sektor publiczny musi być mniej efektywny od prywatnego zostaje zakwestionowane - po pierwsze, dysproporcje zarobkowe bywają w nim mniejsze, a poziom satysfakcji z pracy - wyższy (mówimy o przypadku brytyjskim) niż w prywatnym. Jego pogorszenie zaczęło się wraz z wdrażaniem mechanizmów rynkowych w jego obrębie, np. zmniejszających stabilność zatrudnienia i obniżających jakość świadczonych usług.

Poruszanych zagadnień i niuansów jest w tej publikacji dużo, dużo więcej, tradycyjnie zatem zachęcam do lektury.

26 grudnia 2009

W zielonej sieci - odc. 15

Blogi:

- Ben Duncan pisze o niesprawiedliwości, jaką jest wykluczenie partii spoza "wielkiej trójki" w pierwszych telewizyjnych debatach przed wyborami parlamentarnymi w tym kraju.

- Joseph Healy o rekomendacji, by Zieloni nie startowali w okręgu, w którym szanse na mandat w wyborach westminsterskich ma Brytyjska Partia Narodowa - wszystko po to, by sztuka ta skrajnej prawicy się nie udała.

- Philip Booth pokazuje, jak z butelek po winie zrobić dzieło sztuki. Nie wyrzucajcie po świętach.

- O wzroście i rozkładzie nierówności w Wielkiej Brytanii - Molly Scott Cato.

- Siłą rzeczy wiele komentarzy poświęconych jest sytuacji po kopenhaskim fiasku rozmów klimatycznych - przeczytać można na ten temat u Greenmana.

- 20% brytyjskich posłanek i posłów do Parlamentu Europejskiego nie wierzy w zmiany klimatu - najwięcej w UKIP i u konserwatystów - donosi Adrian Windisch.

- Dwaj Doktorzy o klimatycznych zaleceniach IPCC.

- Ocieplenie spowodowane aktywnością Słońca? Richard Lawson pokazuje, że to chybiona teoria.

- Fragment swojego wstępu do nadchodzącego przewodnika Krytyki Politycznej o ekologii prezentuje Adam Ostolski.

Partie:

- Niemcy: Młodzi o tym, że ważniejsze od dyscypliny fiskalnej są inwestycje w przyszłość - społeczne i ekologiczne.

- Austria: Zieloni po stronie studentów, walczących o wysoką jakość edukacji.

- Anglia i Walia: Światowi liderzy nas zawiedli - komentarz Caroline Lucas. "Liderzy, jacy liderzy?", pyta się szefostwo Europejskiej Partii Zielonych.

- Kanada: Kto obcina fundusze pomocowe dla ekumenicznej organizacji charytatywnej? Konserwatyści!

- Australia: Czekając na poprawę australijskiego rządu, Zieloni piszą list nt. klimatu.

- Holandia: Zielona Lewica broni praw internetowych.

YouTube:

- Elizabeth May, liderka kanadyjskich Zielonych, pragnie złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia świąteczne.

25 grudnia 2009

Polska się zmienia - czy dla kobiet?

Z prawdziwą przyjemnością przeczytałem (i dzięki temu mogę teraz pisać) książkę "20 lat-20 zmian", przygotowaną przez Fundację Feminoteka pod redakcją Anny Czerwińskiej i Joanny Piotrowskiej, która lada dzień pojawi się w wersji elektronicznej do pobrania z sieci - na razie możemy na stronach Fundacji przeczytać tekst poświęcony bojom o parytety. Cieszę się, że udało się zebrać - także z naszym skromnym wsparciem - wymagane 100 tysięcy podpisów (i to ze sporym naddatkiem), które niedawno wylądowały u marszałka Sejmu, Bronisława Komorowskiego. Jego świąteczne życzenia, skierowane do reprezentantek i reprezentantów Kongresu Kobiet pokazują wyraźnie, jak bardzo wyalienowane od realnych problemów społecznych są obecne, zdominowane przez mężczyzn elity polityczne. Życzył on bowiem paniom na święta, by "mężowie nie pałętali się przy kuchni". Doprawdy, w kraju wyższego bezrobocia kobiet w porównaniu do mężczyzn, płciowych luk płacowych czy niepokojących wskaźników przemocy domowej życzyć środowiskom kobiecym, by samodzielnie piekły ciasteczka na wigilijny stół jest co najmniej niesmaczne...

Po raporcie z czerwcowego Kongresu Kobiet trudno było wymyślić coś nowego, wszak dość szczegółowo omówił zagadnienia związane z obecnością kobiet we wszystkich dziedzinach życia i ich społecznym odbiorem. Wydaje się jednak, że autorki wybrnęły z tego zadania, tworząc publikację krótszą, aktualizującą omawiane problemy o najnowsze wydarzenia społeczne i polityczne, takie jak boje o in vitro. Publikacja, z powodu swej objętości przystępności, a także zastosowania obok formy artykułów także i wywiadów z ekspertkami i polityczkami idealnie nadaje się do pełnienia roli "feministycznego przewodnika po Polsce". To zastanawiające, że istotne problemy w niej omawiane, takie jak aborcja, skala przemocy domowej czy sytuacja kobiet na rynku pracy nie są ważnymi tematami w publicznym dyskursie. Wpływ Kościoła na rzeczywistość, a także dominacja prawicy w przestrzeni politycznej nie sprzyja podnoszeniu tego typu tematów. Kto kwestionuje obecną rzeczywistość łatwo może otrzymać łatkę "radykałki" bądź "radykała", jak to bywa we wszelakich dyskusjach medialnych, gdzie dziennikarze z lubością, jako równorzędne strony sporu, sadzą prawicową ekstremę i środowiska kobiece, by z burzliwej dyskusji wyciągnąć, że najlepszy jest "racjonalny kompromis", który praktycznie zawsze począwszy od 1989 roku oznacza lekceważenie praw i aspiracji kobiet.

To ciekawe, jak bezczelnie można lekceważyć dane statystyczne, nawet te przygotowane przez GUS, po to, by zajmować się aferą hazardową czy też specustawami wokół Euro 2012. Skromniutki poziom urlopu tacierzyńskiego, brak możliwości wyrzucenia z domu mężczyzny znęcającego się nad rodziną, argumentowany tym, że może to oznaczać "zapełnienie się dworców" (bo już kobiety z dziećmi w przytułkach refleksji nie budzą), brak refundacji leków antykoncepcyjnych czy też refundacji operacji zmiany płci - włos jeży się na głowie. Jeży się tym bardziej, że podobne dane i artykuły czytam co roku i na lepsze zmienia się bardzo niewiele - jeśli w ogóle. Coś jest nie w porządku, jeśli nie ma publicznej debaty nad tym, że kobieta za tę samą pracę otrzymuje 82% płacy mężczyzny. To tak wygląda ta równość, brak dyskryminacji etc.? Bardzo interesujące...

Po przyniesieniu podpisów pod ustawą parytetową w Sejmie w Internecie zaczęło się prawdziwe szaleństwo. Nagle okazało się, że środowiska progresywne również są w stanie - nie mając do dyspozycji np. infrastruktury kościelnej, jak w wypadku walki o wolne w Trzech Króli, są w stanie zdobyć szersze poparcie społeczne. Pomysł parytetów, wedle danych CBOS, popiera 70% kobiet i 52% mężczyzn. Odezwały się zatem głosy przeciwników zmian, krzyczących o ograniczeniu demokracji (tja, jeśli 50% społeczeństwa reprezentuje w Sejmie 20% ludzi zasiadających w izbie, to wielka to demokracja...), braku wyboru (bo przy 50% kobiet na liście wyborczej mało będzie mężczyzn...) czy wręcz o tym, że zamiast kompetencji będziemy teraz promować płeć (zaraz zaraz, czy mi się wydaje, czy dużą grupą posłów, w tym tych uznawanych za niekompetentnych, nie stanowią "lokomotywy wyborcze" - "jedynki" na listach, które mają reprezentować wszystko to, co w danej formacji najlepsze?). Szczęśliwie w Zielonych wpisany do statutu parytet mamy od samego powstania partii i jakoś dziwnym trafem problemu ze znalezieniem kompetentnych kobiet i mężczyzn nie mamy - czyżby inne formacje, mające lepszą infrastrukturę i budżetowe dotacje, nie potrafiły szukać wartościowych osób? Skoro tak, to prawo powinno ich do tego zmobilizować.

Na koniec zaś - zaproszenie również z feministycznego kręgu. Gender i ekonomia opieki - książka pod red. Ewy Charkiewicz i Anny Zachorowskiej-Mazurkiewicz będzie miała swoją premierę 29 grudnia (wtorek) o godz. 18.00 w klubie „Cykloza” na ul. Hożej 62. To pierwsza książka Think Tanku Feministycznego, którą otwiera on nową serię wydawniczą Feminizm Jako Krytyka Społeczna. Będzie dyskusja o książce, oraz poczęstunek, a uczestniczkom i uczestnikom podarowane zostaną pierwsze egzemplarze pierwszej książki Think Tanku Feministycznego.

Opieka, rozumiana jako instytucje i praca opiekuńcza i reprodukcyjna jest niezbędna, aby jednostka mogła przeżyć i się rozwijać. Bez tej pracy, którą w większości wykonują kobiety, społeczeństwo zniknęłoby w ciągu jednego pokolenia. Chociaż praca opiekuńcza zaspokaja szeroko rozumiane potrzeby społeczne i przyczynia się do dochodu narodowego, to nie jest traktowana jako aktywność ekonomiczna. Do polityki opieka wchodzi co najwyżej jako kwestia godzenia pracy zawodowej z zajmowaniem się dziećmi czy jako element domowej wojny płci o to, kto wykona prace domowe. W tej książce ujmujemy opiekę jako fundament, na którym nie tylko opiera się rodzina, ale także rynek, państwo i kultura.

Książka Gender i ekonomia opieki jest zbiorem tekstów z feministycznej krytyki społecznej, w tym z ekonomii, filozofii, socjologii, nauk politycznych podejmujących krytyczne analizy opieki i reprodukcji społecznej w kontekście neoliberalnej restrukturyzacji, reform ochrony zdrowia, migracji, i kryzysu finansowego. Autorki ugruntowują swoje analizy w doświadczeniach kobiet z Polski, Norwegii, Italii, Holandii, Chile, Argentyny, Brazylii, Azji Południowo-Wschodniej i z Kanady, oraz pokazują związki między tymi doświadczeniami a przemianami politycznymi w skali makro, w tym także jak ruch kobiet odpowiadał na reprywatyzację opieki.

Na spotkaniu przedstawimy omawianie w książce koncepcje pracy opiekuńczej, ekonomii opieki, reprodukcji społecznej. Odniesiemy się do polskiego przykładu pracy pielęgniarek i ich protestów w kontekście reformy zdrowia. Ale rama opieki jest przydatna nie tylko do krytycznej analizy. Feministyczna etyka opieki może być także punktem wyjścia do wyobrażenia sobie państwa, rynku i społeczeństwa, które uznają podstawową rolę opieki, jak i alternatywnych ścieżek rozwoju.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...