14 kwietnia 2009

Wyścigi w równaniu w dół

Skoro już przy raportach Caroline Lucas jesteśmy, to zachęcam gorąco do lektury krótkiej, acz treściwej. Ma ona raptem 10 stron, więc można przeczytać na przerwie w pracy albo między zajęciami na uczelni. W obydwu tych miejscach czytanie jest zalecane, bowiem tyczy się w dużej mierze pracy i jej przyszłości w zglobalizowanym świecie. Jednym ze sztandarowych haseł tego procesu jest społeczeństwo wiedzy. Hasło to dość szczytne, jednak podobnie jak z flexicurity jest wykrzywiane przez przez dominującą myśl neoliberalną na wszelkie strony. Twierdzi ona bowiem, że wysokie technologie mają na celu nie poprawę jakości życia czy też tworzenie świadomych obywatelek i obywateli, ale że służą one specjalizacji społeczeństw Zachodu i uczynieniu ich konkurencyjnymi w stosunku do gospodarek wschodzących - w szczególności Chin i Indii. W ten właśnie sposób tłumaczą, dlaczego zachowują spokój w obliczu odpływu miejsc pracy w tradycyjnych sektorach gospodarki przemysłowej.

Zapomina się tylko o jednym, ale bardzo ważnym czynniku - gospodarki azjatyckie już dawno nie są skierowane jedynie na tworzenie dóbr dla państw Zachodu, ale aktywnie konkurują z nimi także w sektorze high-tech. Tutaj Lucas sypie danymi, wobec których nie można przejść obojętnie. W Bangalore znajduje się 150 tysięcy informatyków, więcej niż w sławnej Dolinie Krzemowej (130 tysięcy). Co roku (!) chińskie uczelnie produkują ćwierć miliona inżynierów, a więc średniej wielkości polskie miasto. Te rzesze ludzi nie pracują przy produkcji markowych ubrań, lecz pracują w firmach bądź to konkurujących z zachodnimi koncernami, bądź to realizującymi dla nich swoje usługi. Już dziś wiele amaerykańskich linii call center operuje z Indii lub Pakistanu - niższe niż w USA zarobki sprawiają, że tego typu działalność jest nie tylko możliwa, ale i opłacalna.

W takiej sytuacji nie dziwią kolejne liczby i prognozy. Między rokiem 2001 a 2004 zatrudnienie w przemyśle informatycznym w Stanach spadło o 16%. W statystykach rozwoju rynku pracy za oceanem próżno szukać sektora high-tech - potrzebne będą m.in. pielęgniarki i pielęgniarze, wożni, kelnerki, nauczyciele. Kryzys, z którym amy obecnie do czynienia raczej nie będzie sprzyjał zmianie tych trendów. W Polsce, z powodu niższych kosztów pracy fala ta dojdzie z opóźnieniem (nadal powiem rodzima informatyka ma dobrą renomę) - ale dojdzie, trudno bowiem będzie konkurować cenowo z Chindiami, np. z hinduskimi inżynierami, zarabiającymi 13 tysięcy dolarów rocznie.

Dziś możliwości outsourcowania swej pracy rozważa już nawet produkująca gry komputerowa firma Electronic Arts. Reuters już dziś sporą część pracy związanej z obróbką zdjęć wykonuje w... Singapurze. Rynki wschodzące to niewiarygodne źródło potencjalnych zysków - szacuje się, że do 2020 roku do chińskich miast napłynie nawet do 300 milionów ludzi ze wsi. To olbrzymi rezerwuaj taniej, wyzyskiwanej siły roboczej - o tym, jak niewiele znaczy ona dla decydentów w Pekinie i dla lokalnych pracodawców świadczyć może liczba 100 tysięcy śmierci rocznie z powodu wypadków w pracy.

Sytuacja robi się nieciekawa z kilku powodów. Po pierwsze, niskie standardy owocują gigantycznymi zanieczyszczeniami środowiska. Wzrost produkcji i konsumpcji oznacza tam, że kwaśne deszcze padają na 1/3 terytorium kraju, połowa wody z 7 największych rzek nie nadaje się do niczego, a aż 6 z listy 10 najgorszych do życia z powodów zdrowotnych miast, przygotowanej przez WHO, znajduje się w Chinach. Po drugie, niezrównoważona globalizacja oznacza przesuwanie miejsc pracy z jednego regionu świata w inny, zamiast kreowania nowych. Odpowiedzią rządów na ten stan rzeczy była niekontrolowana liberalizacja i pogarszanie warunków pracy pod hasłem obrony konkurencyjności. Działania te pogorszyły jakość życia nas wszystkich i jednocześnie w żaden sposób nie rozwiązały problemów.

Żeby było jasne - nie chodzi tu o to, by odmawiać prawa do rozwoju państwom, które mają za sobą wiele ciężkich chwil w historii. Chodzi o stworzenie stabilnego systemu globalnego, w którym każda i każdy będzie mógł się realizować w tym, co uznaje za słuszne. Nie służy temu "specjalizowanie" i powstawanie gospodarczych monokultur, jakie oferuje się nam w chwili obecnej. Zdrowe, lokalne gospodarki są zróżnicowane - tylko wtedy chroni się je przed wyjałowieniem, a kryzys jednego sektora nie staje się katastrofą całej gospodarki. Samo społeczeństwo wiedzy z kolei musi być dźwignią innowacji, które podnoszą jakość życia, a także źródłem tworzenia świadomych obywatelek i obywateli, czynnie uczestniczących w życiu kulturalnym, społecznym i politycznym. Sprowadzanie tego szczytnego hasła do wynajdywania kolejnych sposobów na zarabianie pieniędzy grozi kompromitacją, na którą żadne społeczeństwo pozwolić sobie nie może.

13 kwietnia 2009

Zielony Nowy Ład - ciąg dalszy

O ciekawej koncepcji nigdy za wiele - tym razem w ujęciu angielskim, i to nieco bardziej teoretycznym. Nie jest to bowiem program polityczny partii X czy Y, ale manifest, nakreślający obecną sytuację i sugerujący odważne działania naprawcze. Do zespołu przygotowującego pakiet antykryzysowy dołączyli znani działacze ekologiczni, związkowi i przemysłowi, by znaleźć wspólny grunt, na bazie którego będzie można zwalczyć wszystkie trzy kryzysy nad nami wiszące. Aż trzy? Tak, bowiem w epoce problemów na rynkach finansowych zapominamy już nie tylko o kwestii zmian klimatycznych, ale i o powolnym wyczerpywaniu się nieodnawialnych surowców energetycznych, takich jak ropa naftowa i gaz ziemny. Kłopoty z tymi surowcami mogą prowadzić do kolejnych negatywnych zjawisk, takich jak na przykład wzrost cen żywności, zatem ignorowanie kłopotów związych z tą kwestią uniemożliwia przygotowanie jakiegokolwiek długofalowego planu ratunkowego dla gospodarki.

Nie ma co po raz kolejny powtarzać liczb związanych z potencjałem zielonych miejsc pracy, jak również wyliczać wszystkie sektory, w których kombinacja inwestycji publicznych i prywatnych będzie tworzyła zapotrzebowanie na nowe osoby pracujące. Tym razem skupię się na dwóch kwestiach, związanych z planami postawienia gospodarki na nogi - kwestią banków i roli konsumpcji w nowym ładzie społeczno-gospodarczym. Autorami pomysłów są takie znane osobistości, jak Caroline Lucas, obecna szefowa Partii Zielonych Anglii i Walii, Toni Jupiter, były dyrektor Friends of the Earth, czy też Larry Elliot z działu ekonomicznego dziennika "The Guardian". Warto zatem pochylić się nad tymi 48 stronami tekstu i zobaczyć, że nie da się utrzymywać gospodarki na dotychczasowych torach.

Coraz więcej znaków na niebie i na ziemi wskazuje na to, że do roku 2012 osiągniemy tak zwany peak oil, czyli szczytowe możliwości wydobycia ropy naftowej, po czym produkcja przestanie rosnąć. Tego samego nie będzie można powiedzieć o popycie, który nakręcać będą m.in. gospodarki wschodzące, takie jak Chiny i Indie. Tymczasem okres największych odkryć złóż przypadał na... lata 60. XX wieku. Dziś powoli kończą się złoża na Morzu Północnym (peak oil osiągnięty już w 1999) i w miejscach innych niż Bliski Wschód, a eksploatacja nietypowych złóż, takich jak kanadyjskie piaski roponośne, jest droga i niezwykle szkodliwa dla środowiska. Same, deklarowane przez poszczególne państwa rezerwy brzmią na zawyżone, co potwierdził przykład Kuwejtu - w 2007 zrewidował on swoje szacunki ze 100 milionów baryłek rezerwy do 48 milionów.

W obliczu tego typu faktów, jak również oczywistej eksploatacji ekosystemu ponad jego zdolności regeneracyjne, konieczne jest zastanowienie się nad kwestią finansowania wyjścia światowej gospodarki z kryzysu i uczynienia jej bardziej przyjazną dla środowiska. Potrzebne będą fundusze m.in. na decentralizację energetyczną, rozwój odnawialnych źródeł energii i poprawę efektywności energetycznej. Działania te mogą uniezależnić nas od paliw kopalnych (trudno bowiem wyobrazić sobie nawrót do jeszcze bardziej nieekologicznego węgla) i uchronić nad przed szokiem, związanym z nadchodzącym niedoborem surowcowym. Pieniądze na transformację można będzie uzyskać m.in. z dodatkowego, uwzględniającego koszty zewnętrzne wydobycia, opodatkowania firm wydobywających ropę i gaz, a także poprzez skierowanie drogą legislacji pieniędzy lokowanych w funduszach emerytalnych z ryzykownych akcji na bezpieczne, państwowe lub samorządowe, obligacje wspierające ekologiczną modernizację.

Czy naprawdę konsumujemy tyle, ile potrzebujemy i czy zapewnia nam to szczęście? Badania cytowane w raporcie wskazują, że niezależnie od poziomu śladu ekologicznego, a więc naszego udziału w użytkowaniu planety, w skali 1-10 średnia zadowolenia oscyluje w granicach 7. Oznacza to, że po zaspokojeniu naszych podstawowych potrzeb czynniki naszego szczęścia są pozaekonomiczne i zależą np. od ilości i jakości czasu wolnego, przyjaciół, udziału w życiu kulturalnym etc. Nadmierna konsumpcja nie służy nam i ekosystemowi, jednak trudno nam wyobrazić dziś sobie alternatywę. Same autorki i autorzy musieli posłużyć się przykładami... Wielkiej Brytanii podczas II wojny światowej i dzisiejszej Kuby, która pomimo embarga nadal notuje dość wysokie wskaźniki dobrobytu. Dość przypomnieć, że kraj ten po upadku Związku Radzieckiego przestawił się na niskie zużycie ropy naftowej, rozwinął organiczne rolnictwo (użycie pestycydów spadło o 80%), co doprowadziło do zmniejszenia się wskaźników ludności z nadwagą czy też chorujących na serce, a w samych miastach rozkwitł ruch... przydomowych ogródków, znacząco ograniczający konieczność transportu żywności i tym samym ślad ekologiczny wyspy.

Oczywiście nie chodzi tu o przeszczepianie modelu kubańskiego, w szczególności politycznego. Warto jednak przypomnieć, że podobne do rządów braci Castro pomysły były już praktykowane w krajach demokratycznych - na przykład przydomowe ogródki to dokładnie to samo, co tzw. "victory gardens" Eleanor Roosevelt, które zapewniały podczas II WŚ od 30 do 40% zapotrzebowania na krajową konsumpcję żywności. Twórcy publikacji wyrażają się jasno - czas, w którym się znajdujemy, można porównać do czasu wojny. W Wielkiej Brytanii zmiany w gospodarce w latach 1940-1945 poprawiły sytuację na rynku pracy, przyczyniły się do obniżenia konsumpcji przy jednoczesnym rozwoju życia kulturalnego i towarzyskiego, a także doprowadziły praktycznie do zniknięcia indywidualnego transportu samochodowego. Bogata bibliografia na ten temat wskazuje, że nie są to informacje wyssane z palca.

Powyższe diagnozy mogą brzmieć pesymistycznie, jednak jednego odmówić im nie można - są odważne. Trzeba bowiem nieco odwagi, by zaproponować np. oddzielenie bankowej działalności biznesowej od obsługi klientów indywidualnych czy też postulować podział konglomeratów finansowych na mniejsze - tak, by ich upadki nie doprowadzały gospodarki do stanu podgorączkowego. Trzeba odwagi, by jako rozwiązanie problemów proponować pomysły z kraju, który raczej osądza się od czci i wiary niż podaje jako wzór. Z całą pewnością jednak zapoznać się z tym raportem warto - chociażby po to, by wyrobić sobie zdanie na temat tego pakietu. Różni się on od poprzednich, prezentowanych przeze mnie, więc jego poznanie pozwala na wyrobienie sobie zdania na temat tego, który z nich najlepiej nadaje się do aplikacji i zastosowania.

12 kwietnia 2009

Wiara i niewiara góry przenoszą

Miałem nic nie pisać w czas wielkanocny, jednak skoro już zobaczyłem, że kolejna debata oczekuje, nie mogłem się powstrzymać. Takie zboczenie zawodowe. Po raz kolejny zresztą zadane w niej pytania są dość dziwne. Niestety, w kraju religii w szkołach zamiast w salkach katechetycznych możliwe.

Stwierdzenie, że wiara nie wyznacza moralności zdaje się być niemal oczywiste. Nie chodzi o to, że nie może tego robić - może, dzięki czemu ma sens i potrafi sprawić, że pewna grupa osób będzie zachowywać się w sposób bardziej etyczny. Ale znowuż nie musi - pamiętajmy o wyprawach krzyżowych jako najlepszemu przykładowi na to, że religia wcale nie musi oznaczać życia w miłości i wzajemnym zrozumieniu. Nie jest to zresztą specjalność chrześcijaństwa - to chyba ludzka natura sprawia, że nawet najbardziej chwalebne zalecenia jesteśmy w stanie zmienić w ich karykaturę. Skoro widzimy, że tak to naszym świecie bywa, trudno zatem uznać religię i wiarę za gwarantkę dobrego życia. Daje ona pewną szansę, natomiast pewność - już niekoniecznie. Być może zresztą właśnie dlatego ludziom chce się jeszcze w coś wierzyć.

A czy można być moralnym tudzież etycznym (bardziej odpowiada mi to drugie słowo, łatwiej w nim o życiowy uniwersalizm, miast podatnej na wpływy tego czy owego prądu moralności) bez wiary w Boga? Jak najbardziej - przykładem pierwszym z brzegu może być niedawno zmarły Zbigniew Religa. Przykładem literackim, który niestety zbyt często tonie wśród lektur licealnych - a teraz, dzięki kolejnym reformom, grozi mu już zupełne utonięcie - jest główna postać powieści Alberta Camus, "Dżuma" - doktor Rieux. Leczy on ogarniętych chorobą mieszkańców i mieszkanki śródziemnomorskiego Oranu, z narażeniem swojego życia. Nie potrzebuje wiary w nadprzyrodzone, by zachowywać swą godność w czasach, gdy pękają wszelkie hamulce. Wolimy jednak więcej czasu analizować Kmiciców i innych Konradów Wallenrodów, miast przystanąć nad tą postacią.

Niestety lekcja doktora Rieux nie jest przez nas odrabiana. Wolimy żyć w kloszu przekonania, że 90% z nas to katoliczki i katolicy. Jest to klosz w tym sensie, że tkwią w nim - obok osób autentycznie wierzących - także i takie, które z wiarą są dosyć na bakier. Kiedy zaś jest się na bakier, dość często słabo znosi się krytykę własnego zachowania. Skoro tak, równie często poszukuje się jakiegoś zewnętrznego wroga, który pozostaje poza kloszem. Piętnuje się go zatem i obarcza winą za wszelkie zło tego świata. Żydzi, Niemcy, świadkowie Jehowy, geje - listę można dłużyć w nieskończoność. Łatwiej jest bowiem poprawić własne samopoczucie uznaniem, że "ktoś jest jeszcze gorszy" (by mieć takie samopoczucie wymyśla się najdziwniejsze kryteria domniemanej "niemoralności"), niż popracować nad sobą.

Przyczepianie łatki uniwersalizmu do jednego światopoglądu tego typu pojmowanie rzeczywistości ułatwia. Łatwo uznać osoby homoseksualne za "grzeszne", ale trudno podać ku temu przyczynę inną niż cytaty z Biblii, która księgą uniwersalnej moralności nie jest. W protestantyźmie możliwość indywidualnej interpretacji umożliwiła stępienie co dziwniejszych radykalizmów, dzisiejsze poszukiwania katoliczek i katolików, którzy kwestionują pewne elementy nauczania Kościoła również wpisują się w ten nurt. Bez niego bowiem, gdyby literalnie interpretować Pismo, należałoby kamieniować osoby uprawiające płodozmian na roli, a historia eksterminacji rdzennej ludności Kanaanu stanowiłaby inspirację dla najbardziej szalonych militarystów - w jaki bowiem sposób można byłoby dowieść, że nie wszczyna się wojny "w imię boże"?

Jeśli zatem chce się postępować etycznie, wystarczy po prostu myśleć. Można przy tym wierzyć - nie ma ku temu przeszkody. Jeśli ktoś uznaje swe dobre uczynki jako efekt wiary, nie ma powodu, by mu/jej to odbierać. Jeśli ktoś tego nie potrzebuje, nie ma potrzeby przeprowadzania akcji ewangelizacyjnych. Tam, gdzie ten tok myślenia został zrozumiany, owocuje to wspólnym czynieniem dobra. Publikacje o polepszeniu doli krajów Trzeciego Świata potrafią wspólnie wydać Christian Aid i związana z Zielonymi Fundacja Boella. Może zatem lepiej przyjąć taką perspektywę, zamiast walczyć o to, kto jest bardziej "moralny"?

11 kwietnia 2009

Zielony skręt potrzebny od zaraz

Taka oto myśl naszła mnie po przeczytaniu piątego numeru magazynu belgijskiego think-tanku Etopia. Ich "Przegląd Polityczny" z reguły wydawany jest po francusku, jednak numer o znamiennym tytule "Europa - Zielony skręt" wyszedł także po angielsku, co umożliwiło mi lekturę. Cóż, nie da się ukryć, że taki zielony odpowiednik "Krytyki Politycznej" byłby sporym osiągnięciem na polskim rynku wydawniczym i że tego typu inicjatywa jest potrzeba. Potrzebna, bowiem także i u nas warto zadać pytania z okładki tegoż magazynu. Jaki jest cel prowadzenia polityki? Jaki jest cel Europy? Jaki jest cel Zielonych w Europie? To kluczowe kwestie, bez odpowiedzi na które można co najwyżej miotać się na scenie politycznej. Mając je przerobione, można artykułować wizje polityczne i przekonywać do nich innych.

Celem polityki powinna być służba ludziom i ich reprezentowanie. Oznacza to budowanie polityki dla ludzi, wciąganie ich w proces decyzyjny, zamiast tworzenia rzeczywistości ponad ich głowami. Tak niestety działało się ostatnimi czasy w zdominowanych przez prawicę władzach Unii Europejskiej. Manuel Barroso i jego ekipa odpowiadają między innymi za rygorystyczną politykę "Fortecy Europa", kończącej się dla setek imigrantek i emigrantów śmiercią na morzu, obozami dla uchodźców na pustyniach czy też śmiercią od kul na granicach, np. hiszpańsko-marokańskiej w Ceucie i Melilli. To dramatyczne finały całego procesu politycznego, w którym Europa bierze udział. Ostatnimi latami, mimo sprzeciwów Zielonych w Parlamencie Europejskim, przedstawiciele UE na negocjacjach ws. liberalizacji handlu zawsze zajmowali stanowisko, utrzymujące unijny protekcjonizm na rynku rolnym, jednocześnie żądając swobodnego dostępu do rynku usług w krajach rozwijających się. Nie trzeba mówić, że polityka prowadzona w takim stylu jest nieludzka, rodzi nierówności na globalną skalę i należy ją czym prędzej zmienić. Zieloni są pod tym względem nieodmiennie konsekwentni.

Po co nam Europa? Po to, by powstrzymać to szaleństwo. Bez marzenia o pokoju i wolności od biedy po II Wojnie Światowej dziś znów poszczególne państwa podgryzałyby się wzajemnie, rynki pracy pozostałyby zamknięte, a w obliczu zmian geopolitycznych i nowych, globalnych wyzawań kontynent byłby bezsilny i zmarginalizowany. Dziś narodowe egoizmy znów podnoszą głowę, ale rozwiązaniem tego problemu nie może być izolacja. Przykład dwóch wojen światowych doskonale to ilustruje. Musimy być razem i współpracować jeszcze ściślej dla dobra świata, przyszłych pokoleń i nas samych. Obniżanie standardów socjalnych przez poszczególne państwa nie może być przenoszone na poziom europejski, a zamiast równać w dół potrzebujemy równania w górę - na przykład w kwestii praw kobiet i wzrostu ich roli w życiu społecznym. Potrzebujemy także ochrony wysokiej jakości usług publicznych, ciągłej dyskusji nad tym, które sektory powinny zostać poza grą rynkową z powodu ich istotności społecznej, a także dążyć do zwiększenia kontroli samych społeczeństw nad instytucjami publicznymi. Celem Europy musi pozostać wyrównywanie szans, a nie pozostawiania ludzi samym sobie.

Po co w tym wszystkim Zieloni? Chyba po to, by bronić spraw, o których pisałem powyżej. Aktualny kryzys pokazuje, że potrzebna jest poważna korekta kursu światowej gospodarki. Regulacje sektora finansowego są konieczne, jeśli chcemy na przyszłość uniknąć wybuchów podobnych baniek, jak tych znanych z rynku internetowego, mieszkaniowego i finansowego. Unijna polityka rolna nie może już dłużej prowadzić do zmniejszania bioróżnorodności na obszarach wiejskich, lecz powinna tworzyć nowe miejsca pracy na wsi i warunki do upraw zdrowej, wonej od modyfikacji genetycznych żywności. Polityka zagraniczna musi opierać się na kooperacji i zrozumieniu, a nie na dyktacie. Ekonomia kontynentu musi mieć solidne podstawy, co wymaga regulacji na odpowiednim poziomie - ani za dużym, ani za małym. Podobnych przykładów można mnożyć wiele. Inne partie nie są dostatecznie doważne, by wspominać o tych problemach, albo wręcz same te problemy wywołały.

Jak zatem widać, jesteśmy w Europie, bo wierzymy w to marzenie. Realizacja tego marzenia zapewni ludziom godność, kontynentowi - stabilność, gospodarce - trwały, zrównoważony rozwój. Po tylu latach Unia Europejska staje się nie tylko przestrzenią wolnego rynku, ale też dbałości o środowisko i powolnego wykluwania się europejskiej opinii publicznej i polityki społecznej. Chcemy wzmacniać te procesy i kierować je w stronę jak najbardziej przyjazną dla ludzi i środowiska. W końcu Europa - to ludzie, którzy ją tworzą.

Na czas świąteczny - chwila przerwy, po której wrócimy do normalnego nadawania. Po słupkach oglądalności widzę, że każda i każdy z Was od polityki chce nieco odsapnąć. I w sumie słusznie - zatem życzę smacznego jajka i świątecznego spokoju!

10 kwietnia 2009

Jak to się robi... dla Jean Lambert

Jeśli szybko chcecie dowiedzieć się, czym jest zielona polityka w pigułce, polecam filmiki z udziałem Jean Lambert, Zielonej eurodeputowanej z Londynu, która w tym roku ubiegać się będzie o reelekcję. Z powodu zmniejszenia ilości członkiń i członków tejże izby (z 785 do 732) stolica Wielkiej Brytanii straci jeden mandat, co oznacza bardziej zacięty wyścig do Brukseli. Osobiście za Jean trzymam kciuki bardzo mocno, bowiem wykonywała przez ostatnie 5 lat fenomenalną robotę w kwestii praw socjalnych i praw człowieka. Takich ludzi potrzeba nam w Europie!










Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...