Szatański pomysł Donalda Tuska na zamrożenie dotacji budżetowych dla partii politycznych upadł. Pan premier rzecz jasna nie mógł się pohamować ze swym gniewem, i miast polityki miłości począł rozprawiać o hipokryzji i innych tego typu kwestiach. Prezes Kaczyński zaraz potem przypomniał na konferencji prasowej o tym, jak mogłaby wyglądać kampania wyborcza bez kasy - na przykład tak jak posła Palikota, któremu pieniądze miały - wedle relacji prasowych - wpłacać podstawione osoby. Do dalszych prac z kolei przeznaczono projekt znacznie lepszy, ograniczający strumień pieniędzy budżetowych, likwidujący wielkie dysproporcje między PiS, PO i całą resztą. W końcu przeszedł. Dziś - niestety - pieniądze idą raczej na kosztowne błyskotki niż na przykład na pracę programową. Ciekawe, czy mając ograniczone źródła finansowania PO przeznaczałaby darowizny od sponsorów bardziej na billboardy czy też na partyjny think-tank. Dla mnie odpowiedź jest jasna.
To, że obecny model finansowania przetrwał nie oznacza bynajmniej, że jest idealny. Wręcz przeciwnie - aktualne ordynacje wyborcze w Polsce służą petryfikacji systemu politycznego w naszym kraju, nie zaś rozwojowi demokracji. Nie wylewa się jednak dziecka z kąpielą - reformowanie systemu poprzez uprawdopodobnienie korupcji (bo niby skąd partie - nawet parlamentarne - miałyby finansować kampanie wyborcze, na których tak bardzo im zależy) raczej nie wpłynie pozytywnie na polską scenę polityczną.
Co zatem powinno ulec zmianie? Przede wszystkim dostępność publicznych pieniędzy. Dziś próg finansowania to 3% dla partii i 6% dla koalicji wyborczych. W ten sposób już pozostające w politycznym głównym nurcie partie zapobiegają powstaniu jakiejkolwiek konkurencji dla siebie. To, że Samoobrona i LPR nie mają dziś kasy na funkcjonowanie niemal uniemożliwia ich powrót na scenę polityczną. Być może mało kto płacze z tego powodu, ale ten sam system zapobiega powstawaniu także merytorycznych alternatyw, czy to z lewa, czy to prawa. Przejęcie przez Pawła Piskorskiego Stronnictwa Demokratycznego nastąpiło tak naprawdę z powodu majątku tej formacji - jedynej realnej szansy na pozyskanie finansowania koszmarnie drogich kampanii wyborczych. Tego typu wyczyn raczej już nie będzie mógł być powtórzony, a jakikolwiek nowy ruch społeczny - poza permanentnym użeraniem się z urzędniczą papierologią - już na wstępie będzie skazany na niszowość bądź też gorzkie kompromisy z ugrupowaniami już obecnymi na scenie.
Nie sposób przemilczeć w tej krótkiej analizie także braku regulacji, dotyczących wydatkowania pieniędzy na kampanie wyborcze. We Francji nie tylko nie można wykupywać spotów w płatnym czasie reklamowym (pozostaje tylko równy dla wszystkich zarejestrowanych podmiotów bezpłatny czas antenowy), ale nawet plakaty wyborcze nie mogą być większe od określonego przepisami formatu - znacząco mniejszego niż wszędobylskie w Polsce billboardy. W Niemczech z kolei pieniądze budżetowe idą do przypartyjnych fundacji, które dzięki temu wydają publikacje, urządzają konferencje naukowe i zajmują się szeroko pojęta pracą intelektualną. Nie wspominając już o tym, że za Odrą dostęp do funduszy państwowych mają wszystkie formacje, które zdobywają powyżej 0,5% głosów - próg ten ustawiony jest zatem znacząco niżej.
To tylko kilka z przykładów, które warto brać pod uwagę przy zmianach rodzimych ordynacji wyborczych i zasad ich finansowania. Dobrym pomysłem jest tu stworzenie kodeksu wyborczego, w którym znalazłyby się takie kwestie, jak np. ułatwienie głosowania dla osób niepełnosprawnych czy też możliwość wprowadzenia w przyszłości (przy odpowiednich gwarancjach bezpieczeństwa) głosowania przez Internet. Ordynacja proporcjonalna musi być zachowana, jeśli chcemy zapobiec zawłaszczeniu sceny politycznej przez dwie partie prawicowe. Przykład Senatu pokazuje dobitnie, jakie mogą być efekty ordynacji większościowej - niespecjalnie ciekawe. Jeśli jednak Donald Tusk nadal ma zamiar pod płaszczykiem dbania o budżet podmywać demokrację, to szczęśliwie ten Sejm nie daje mu takiego pola do popisów, jakiego by sobie życzył.
Do zdrowego rozwoju człowieka, poza odpowiednimi warunkami materialnymi, niezbędny jest dostęp do czystej wody i powietrza, a także do zieleni blisko miejsca zamieszkania. To truizmy, ale paradoksalnie o truizmach zdaje się najłatwiej przychodzi nam zapominać. Tak samo jest i z dziećmi - gotowi jesteśmy przychylić im nieba, zapominając, że potrzeba wprowadzić je w świat, a nie chronić go od niego poprzez szklany kokon. Co więcej, niektórzy bardziej od prawa dzieciaków do przebywania na świeżym powietrzu wolą bronić swojego rzekomo przyrodzonego i niezbędnego w procesie wychowawczym prawa do dawania im klapsów. Hierarchia to dość pokraczna, ale cóż, żyjemy w pokracznych czasach.
Kiedy byłem małym chłopcem, zabawy na podwórku były czystą przyjemnością. Wchodziło się na trzepak, bawiło w piaskownicy, wdrapywało na drzewa. Było w tym coś bezpretensjonalnego - poznawało się dzieci z sąsiedztwa, bawiło się w sklep, w dom, w panowanie nad daną częścią osiedla. Dziś, kiedy na piesze wędrówki albo inne aktywności poza domowe nie mam już tak dużo czasu jak kiedyś, wyjście z domu, np. w celu pozwiedzania odległej dzielnicy Warszawy, są dla mnie synonimem najwyższej formy odpoczynku. Oznacza ono szczytową dostępność czasu wolnego i osiągnięcie stanu wewnętrznej harmonii. Nie trzeba mi wtedy biegać albo jeździć na rowerze - wystarczy spacer.
Kiedy zatem słyszę o pomysłach na to, by dzieciaków pozbawiać tego typu rozrywek, burzy się we mnie krew. To tak, jakby amputować komuś rękę bez powodu. To drastyczne stawianie klosza, który wcześniej czy później runie i skrzywdzi młodego człowieka. Nie można wpadać w paranoidalne przekonanie, że na każdym rogu czai się gotowe do ataku Zło. Owszem, należy być ostrożnym, uczyć zasady ograniczonego zaufania w stosunku do obcych dorosłych itepe itede. Zabieranie młodziakom trzepaków, placów zabaw i innych tego typu przyjemności nie jest jednak żadną zasługą - jest kapitulacją w stosunku do rzeczywistości.
Dziecko tak czy siak będzie miało siniaki, podrapie sobie łokcie i kolana, pobrudzi ubranie. Sterylizowanie ich doświadczeń życiowych będzie ich kaleczeniem. Oczywiście że należy dążyć do zapewnienia pewnego komfortu życiowego i możliwości samorozwoju w obrębie domów i mieszkań. Zdolności komputerowe (internetowe w szczególności) są również nad wyraz cenne. Jeśli jednak dajmy na to pedofil będzie zainteresowany, może dorwać dzieciaka nawet w domu, np. przebierając się za listonosza. Absurdalne? Być może, ale niewykluczalne. Czy w związku z tym przezorni rodzice będą zamykać swoje dzieci w klatce?
Nie dajmy się zatem zwariować - naprawdę nie warto. Dziecko mające ograniczone kontakty z rówieśniczkami i rówieśnikami może mieć problemy z nawiązywaniem kontaktu w późniejszym życiu. W żłobkach, przedszkolach i szkołach trzeba i warto uczyć o tym, jak w pełni korzystać z przestrzeni miejskiej i z otaczającej nas przyrody. Inaczej nie będziemy żyli w zielonych miastach, ale w sterylnych powierzchniach, gdzie zamiast drzew wyrastać będą kolejne wieżowce, a transport polegac będzie na przemieszczaniu się z jednej, oddzielonej od zewnętrznego świata bańki do drugiej. Sterylizowanie doświadczeń życiowych może skończyć się na wysterylizowaniu naszej egzystencji z interakcji międzyludzkich. To nie żart - społeczna alienacja i jej przezwyciężenie będzie jedną z najbardziej palących kwestii, jaka będzie stała przed nami w najbliższych latach.
Mówiąc szczerze coraz bardziej śmieszą mnie doniesienia o wykryciu kolejnych "pokoleń", szczególnie wśród osób młodych. Niedawno w konkurujących ze sobą dziennikach zaprezentowano dwie wizje "pokolenia 1989", które są o tyleż interesujące, co... w dużej mierze sprzeczne! "Dziennik" doniósł o zainteresowanych sobą indywidualistach, natomiast "Rzeczpospolita" - o samorealizujących się ludziach, mających na uwadze dobro wspólne. Teraz pada teza o kolejnych potencjalnych "pokoleniach" - JPII i Matrixa. Śmiem twierdzić, że tak jeden, jak i drugi koncept zbyt pokoleniowy nie jest, ale cóż, media potrzebują wielkich słów i wielkich zdarzeń, więc zapewne za rok usłyszymy o kolejnych pomysłach na włożenie ludzi w kolejny, prosty (niekiedy wręcz prostacki) szymel, mający na celu zabicie jakiegokolwiek poczucia indywidualizmu.
Żeby jeszcze naprawdę istniały jakieś uniwersalne, podzielane przez większość przekonania i wartości - ale tak zwyczajnie nie jest. A już na pewno nie w grupie od 18 do 25 lat. Być może później, kiedy pojawiają się jakieś interesy, mające wpływ np. na wybory polityczne, można mówić o jakichś bardziej zwartych grupach. Mówienie o "pokoleniach" w czasach posmodernistycznych, kiedy to wyjątkowość jest wartością samą w sobie (znowuż złudną, bowiem im bardziej kultura wymaga od nas indywidualizmu, tym bardziej staje się on niedoścignionym ideałem) jest moim zdaniem chęcią użycia przestarzałych narzędzi do opisania rzeczywistości początku XXI wieku. Wraz z dalszym rozwojem mediów, a w szczególności silnie zdecentralizowanego Internetu skala wspólnotowych przeżyć spada - budowanie społeczeństwa w dzisiejszych czasach musi uwzględniać, że nawet pozornie homogeniczna grupa ma różne potrzeby i zapatrywania i ich ograniczanie na niewiele się zda.
A właśnie tworzenie kolejnych "pokoleń" takim poznawczym ograniczeniem jest. Kiedy ktoś mówi mi o "pokoleniu Matrixa", mogę jedynie spytać - ki diabeł? Czymże miałoby ono się ono charakteryzować? Nie dostrzegam jakiegoś powszechnego, refleksyjnego poczucia, że oto żyjemy w "wielkim Babilonie", nie widzę masowych demonstracji przeciwko ograniczaniu dostępu do kultury czy też rosnącej ilości kamer na ulicach. Nie widzę masowego lęku przed coraz bardziej wyrafinowanymi metodami zbierania i archiwizowania danych osobowych o nas - a właśnie tego typu działania mogłyby być pod pojęcie "Matrixa na ziemi" podciągnięte. Nie satysfakcjonuje mnie uznanie, że ktoś może należeć do takiej grupy, bo obejrzał film braci Wachowskich lub też wyraża przekonanie, że "polityka to syf". To trochę za mało, by mówić o pokoleniu.
Nieco lepiej pod względem badawczym wychodzi sławetne "pokolenie JPII". Jest ono znacząco przereklamowane, ale nie da się ukryć, że istnieje grupa ludzi, którzy nie dość, że są zainteresowani życiem zgodnym z nauczaniem Papieża-Polaka, to jeszcze tego typu przekonania wcielają w swoim życiu. Nie mówię tu jednak o wielkich grupach, które rozpaczały po jego śmierci, ale o niewielkich wspólnotach, które są zainteresowane nieco głębszą refleksją egzystencjalną. Nie jest to jednak zjawisko powszechne i stąd prędzej niż "pokoleniem" warto je nazwać "subkulturą" - piszę to w kategorii opisu, a nie wartościowania. Tutaj także nie byłbym ustysfakcjonowany, gdyby uznać za "pokolenie" osoby, których refleksja kończy się na "papieskich kremówkach" i na zdawaniu testu z wiedzy o Janie Pawle II w publicznej telewizji. Czekam teraz na podobny test chociażby z wiedzy o Karolu Darwinie - jak widać, o równym prawie dostępu do debaty publicznej mowy być nie może.
Dyskusja o możliwych "pokoleniach" pełni w publicznej debacie jeszcze jedną, ciekawą rolę - to bodaj jeden z nielicznych wentyli, przez który możemy jeszcze mówić o wspólnocie, a nie tylko o zbiorze jednostek. Z tego punktu widzenia można zatem powiedzieć "lepszy rydz niż nic". Szkoda tylko, że nie ma miejsca na refleksję o różnorodności ludzkich doświadczeń i że zamiast akceptacji tejże różnorodności serwuje się nam nachalną propagandę, mówiącą o istnieniu nieistniejących grup, powstałych tylko po to, by móc wykluczyć osoby myślące inaczej. Ileż było jatki na ludzi, którzy nie płakali po papieżu - sama ich egzystencja zdawała się dla niektórych nieznośna. Tymczasem takich ludzi nie brakowało i należy to uszanować - tak samo, jak w wielu krajach szanowano osoby, które przeżywały śmierć JPII mimo faktu, że należały do grupy mniejszościowej. Świat się z tego powodu nie zawalił.
Chciałbym, żebyśmy w końcu porozmawiali o nas. O tym, jak różne są nasze problemy i o tym, jak wspólnie możemy próbować je rozwiązać. Debata o "pokoleniach", tak popularna w mediach, nie przybliża nas ku temu. Niemniej jednak trwać będzie - chociażby dlatego, że łatwo z doolnych badań wyciągnąć dowolne wnioski, częstokroć nie pytając samych zainteresowanych. Komentarze na różnych forach internetowych wskazują wyraźnie, że młodzi ludzie w tego typu opowieściach zwyczajnie się nie odnajdują. To jednak nieistotne - coraz częściej bowiem pokusa kreacji rzeczywistości jest bowiem znacznie bardziej atrakcyjna niż jej opisu.
By to zbadać, warto zerknąć do bardzo ciekawego "Barometru Zrównoważonego Rozwoju", przygotowanego w ramach programu "Eko-Herkules" przez Instytut na Rzecz Ekorozwoju. Publikacja dostępna jest w sieci, tak więc tylko jedno kliknięcie dzieli nas od niemal 140-stronnicowej lektury. Lektury o tyle ciekawej, że prezentującej przemiany, jakie zaszły w naszym kraju w dziedzinie ekorozwoju od roku 1989, a także efektów monitoringu działań samorządowych w roku 2008 i badania świadomości ekologicznej Polek i Polaków w tym samym roku. Na koniec zaś zostawiono kwestię możliwości inwestycji w energetykę odnawialną i ograniczeń ekologicznych z nimi związanych.
Przemiany polityczne i gospodarcze roku 1989 zbiegły się w czasie z olbrzymim kryzysem ekologicznym. PRL nie tylko zbankrutował ekonomicznie, ale też ekologicznie - przykładem niech będą brudne rzeki, zatrute powietrze i ogołocone z życia stoki Gór Izerskich. Rozmowy Okrągłego Stołu były dla środowisk ekologicznych bardzo istotne, bowiem doświadczenie degradacji przyrodniczej było namacalnie. W wyborach samorządowych, które odbyły się rok później, hasła ekologiczne ustępowały jedynie kwestiom zmiany ustrojowej. Niestety, lata dziewięćdziesiąte odznaczyły się spacyfikowaniem ruchów ochrony środowiska naturalnego, zrzuceniem ich do niszy NGOsów i lekceważenie ich postulatów. Przykładem niech będzie Forum Ekologiczne Unii Wolności - alians ekologów z tą partią przyniósł im wprawdzie paru posłów, wiceministra środowiska (Radosława Gawlika) i wejście do Konstytucji zasady zrównoważonego rozwoju, jednak inwestycyjna praktyka państwa zbyt często rozmijała się ze szczytnymi hasłami.
W dziedzinie legislacji sytuacja uległa niewątpliwie uległa poprawie - przyjęto masę nowych ustaw, zwiększających np. udział społeczeństwa w procesach decyzyjnych i obowiązki przedstawiania ocen oddziaływań na środowisko. Z drugiej zaś strony proporcje finansowania inwestycji transportowych zmieniły się znacząco na niekorzyść transportu publicznego. Od 1990 roku zlikwidowano w naszym kraju aż 7 tysięcy kilometrów trakcji kolejowych, podczas gdy na terenie całej Unii Europejskiej - w tym samym okresie - 16 tysięcy. Dziś na drogi wydaje się 7 razy więcej środków niż na kolej, co przyczynia się do osłabienia pozycji kolei w przewozach pasażerskich i towarowych. Nie trzeba dodawać, że wraz ze wzrostem ilości aut poruszających się po rodzimych drogach sytuacja nie sprzyja zrównoważonej polityce transportowej.
By jakiekolwiek zmiany w polityce państwa mogły mieć miejsce, musi istnieć grupa zainteresowana zrównoważonym rozwojem i jego implementacją. Na początku lat dziewięćdziesiątych co trzeci z nas był w stanie podpisać się pod deklaracją, że wzrost gospodarczy nie może odbywać się kosztem degradacji środowiska naturalnego. W 2008 roku grupa ta wynosi już tylko 11%, co wskazuje na znaczące osłabienie potencjału kapitału społecznego i troski i coś więcej niż tylko własne dobre samopoczucie. Najwięcej osób deklarujących zrozumienie dla potrzeby zrównoważonego rozwoju występuje w grupie z wyższym wykształceniem - 24%, inteligencji - 23%, mieszkańców miast powyżej pół miliona osób - 18%, osób w wieku 39-45 lat - 17%, o poglądach lewicowych i w dobrej sytuacji materialnej. Wypisz wymaluj elektorat Zielonych w krajach Europy Zachodniej.
Kiedy już zobaczymy, jak aktualnie traktuje się kwestie zrównoważonego rozwoju obecnie (np. wydatkuje się fundusze unijne w sposób zwiększający emisję gazów cieplarnianych), warto poznać stojące przed nami alternatywy w dziedzinie zmian klimatycznych. Niezależnie od tego, czy są one powodowane przez człowieka, czy też nie (na tę pierwszą opcję jest już dostatecznie dużo dowodów), należy pamiętać, że poza przeciwdziałaniem im należy już dziś myśleć o środkach adaptacyjnych. Ocieplenie temperatury dla niektórych kojarzy się z cieplejszym latem i powrotem na szerszą skalę winnic - jest jednak druga strona medalu. Większe prawdopodobieństwo susz utrudni hodowlę ziemniaków, a topniejące lodowce podwyższać będą poziom wód morskich. Pogorszy się także sytuacja z poziomem wód gruntowych, szczególnie w już boykającej się z tym problemem Wielkopolsce.
To tylko kilka z wielu przykładów na to, że już wkrótce, jeśli nie zaczniemy działać, będziemy żyć w czasach sporych przemian. Jedną z metod na ograniczenie ich zasięgu jest inwestowanie w energetykę odnawialną. Badania InE wskazują, że do 2020 roku istnieje techniczna możliwość, by nasz kraj, dziś w 94% czerpiący energię z węgla, mógł czerpać aż 20,6% swego zapotrzebowania ze źródeł odnawialnych. Wyliczenie to uwzględnia jedną, bardzo ważną kwestię, o której nie wolno zapominać. Energia odnawialna ma służyć środowisku, a to oznacza, że nie można stawiać jej byle gdzie. Niestety, tak czasem się dzieje - np;. gdy stawia się morską farmę wiatrową zbyt blisko wybrzeża. Rejony ochrony krajobrazu, takie jak parki narodowe i krajobrazowe czy też sieci Natura 2000 nie pozwalają na swobodne stawianie nań wiatraków. Również hodowla biomasy nie może oznaczać, że importujemy do naszego kraju inwazyjne gatunki wysokoenergetyczne, które wypierają rodzime rośliny i zmieniają strukturę łańcuchów pokarmowych. Wszelkie tego typu inwestycje muszą wpisywać się w ramy zrównoważonego rozwoju, nie zaś być uznawane za ekologiczne jako takie - postawienie wiatraka na szczycie Rysów trudno byłoby uznać za tego typu działanie...
Publikacja Instytutu na rzecz Ekorozwoju warta jest poświęcenia na nią nieco czasu. To książka, która wskazuje, jak wiele jeszcze pozostaje nam do zrobienia, by być "zielonym tygrysem Europy" i jak bardzo brakuje nam na scenie politycznej silnej partii promodernizacyjnej, która będzie pamiętać, że interesy ekonomiczne, społeczne i ekologiczne muszą się równoważyć, a nie być lekceważone.
Takie przynajmniej odnoszę wrażenie, kiedy zerkam na artykuły "Gazety Stołecznej" poświęcone blokowiskom. Widziałem już krytyczny artykuł, który lekce sobie ważył umieszczone obok deklaracje ankietowanych, którzy w 2/3 wyrażają swoje zadowolenie z mieszkania w bloku. Apogeum osiągnięto, gdy zaczęto się na łamach dziennika zastanawiać nad... kosztami wyburzenia blokowisk. Nie da się ukryć, że kiedyś bloki przestaną nadawać się do mieszkania (a i niektóre z nich już teraz nie grzeszą wysokim komfortem życia), jednak pomysł totalnego wyburzenia blokowiska zdał mi się dość kuriozalny. Chyba nawet redaktorzy go wysnuwający po podliczeniu kosztów stwierdzili, że nieco się zagalopowali i z pomysłu się wycofali.
Kiedy czytam materiały z tego cyklu, uderza mnie jedno - nadal traktujemy blokowiska jako miejsce dopustu bożego i patologii. Trudno zatem uwierzyć w deklaracje, że ludzie na swych osiedlach czują się relatywnie bezpiecznie. Pamiętam własny blok ze wczesnego dzieciństwa, w Przemyślu. Nie było tam tak źle - dostęp do zieleni i infrastruktury przydatnej dzieciakom był zadowalający, a poczucie niebezpieczeństwa (a była wówczas pierwsza połowa "szalonych lat dziewięćdziesiątych") nie towarzyszyło wówczas wszystkim dookoła. Później jednak zaczęły się medialne doniesienia o mafii, gwałtach, pedofilach i wszystkim co najgorsze - no i blokowiska stały się naturalną scenerią dla wszelkiego półświatka.
Nie oznacza to, że wszelkie negatywne zjawiska, utożsamiane z blokami były wyssane z palca. Zjawisko blokersów jak na dłoni pokazało klęskę polityki państwa i samorządów w stosunku do ludzi młodych. Do dziś na wielu osiedlach brakuje możliwości samorealizacji dla ludzi, którzy chcieliby się wyrwać z matni domowej beznadziei i szkolnej rutyny. Placówki oświatowe w swej większości nie są w stanie wyjść poza szablon - wygodniej w końcu obniżać osobom z problemami zachowanie niż spróbować wykorzystać ich potencjał. Niedawno mieliśmy sprawę ursynowskiego miejsca spotkań dla miłośników hip-hopu, które traciło swą siedzibę. U mnie na osiedlu z kolei zniknęła ławka - najwyraźniej komuś bardzo przeszkadzało, że spotykała się wokół niej dzielnicowa młodzież. Teraz siada przy wejściu do jednego z mieszkań. Nie ma to jak zaspokajanie potrzeb społeczności lokalnej...
Tak więc rozwiązaniem problemu stało się wykluczenie. Rewelacja. Z drugiej jednak strony pamiętajmy o tym, jaką alternatywę częstokroć nam się stawia. Dziś nie buduje się już mrówkowców, tylko apartamenty - najchętniej zamknięte dla obcych. Najczęściej kosztujące dość znaczne pieniądze, co znacząco ogranicza do nich dostęp. Chyba, że ktoś zdoła się zadłużyć po uszy. Budownictwo komunalne nie idzie specjalnie szybko, ale kiedy już uda się coś wybudować, to są to przestrzenie nowoczesne, funkcjonalne i przystępne - tak jak na niedawno otwartym osiedlu na Białołęce. Na chwilę obecną więcej jednak widać wyizolowanego z tkanki miejskiej elitaryzmu niż dostępnego egalitaryzmu. Bloki, choć nie imponują metrażem, częstokroć mają w swym pobliżu wybudowaną przy okazji ich stawiania infrastrukturę edukacyjną i usługową, a także nieco zieleni, plac zabaw i inne tego typu udogodnienia.
Swego czasu mieszkałem na Przyczółku Grochowskim w sławetnym "Pekinie" - architektonicznej instalacji na 7 tysięcy osób. Było ciasno - nie przeczę - ale z drugiej strony wystarczyło zejść na parter i już było się w sklepiku osiedlowym. Zaraz obok miało się ławeczkę, tonącą wśród zieleni, a plac zabaw i przedszkole w ramach dziedzińca i szkołę niewiele dalej. Dodajmy do tego bliskie położenie przystanków autobusowych, sąsiedztwo ogródków działkowych i kanaliku, pocztę, pizzerię i bar wietnamski - i nagle okazuje się, że do zaspokojenia podstawowych potrzeb nie trzeba wcale wybierać się na drugi koniec miasta.
Doświadczenie blokowiska można wykorzystać nawet i dziś, kiedy myśli się o budowie lepszych miast dla ich mieszkanek i mieszkańców. Na pewno nie ma co powtarzać doświadczenia ścisku, ale już dostępność usług wpływa na minimalizację konieczności podróży, poprawia komfort życia i zmniejsza emisję szkodliwych dla zdrowia spalin. Dziś na przykład rozbudowuje się Wilanów, do czego zupełnie nie jest przygotowana miejska komunikacja zbiorowa. Zieleń poprawia koncentrację, ułatwia odprężenie i poprawia jakość powietrza. W otwartej przestrzeni łatwiej o swobodne interakcje niż na zamkniętych osiedlach. Z drugiej zaś strony poprawia się teraz jakość termoizolacji, co wpływa na obniżenie zużycia energii i tym samym rachunków za jej używanie. Zgrabne połączenie starego z nowym, unikające błędów poprzednich rozwiązań (a więc modelu "miasto, masa, maszyna") - to wyzwanie, przed którym stoimy obecnie. Być może właśnie dlatego potrzebujemy bloki - by uczyć się na własnych błędach, nie wylewając dziecka z kąpielą.