16 marca 2009

Zielony plan ratunkowy

Czas na zmiany - lepszy niż kiedykolwiek. Szanse, jakie mamy, możemy z łatwością przepuścić, na przykład lekceważąc potrzebę regulowania rozregulowanych gałęzi gospodarki, czy też nieprawidłowo kierunkując pomoc publiczną. Zieloni mają swoje pomysły na obecny kryzys, który zagraża miejscom pracy i zmniejsza szansę na opanowanie innego kryzysu, o którym zdajemy się zapominać - ekologicznego. To właśnie ten element propozycji programowych zielonej polityki - Zielony Nowy Ład - był obiektem warsztatów, które na początku marca odbyły się w Brukseli z inspiracji Zielonych/Wolnego Sojuszu Europejskiego w Parlamencie Europejskim.

Niezbędne jest znalezienie zrównoważonych środków finansowania inwestycji w zrównoważoną gospodarkę - muszą być to umiejętne pakiety publicznych pieniędzy, skierowanych w konkretne dziedziny gospodarki, stymulujące powstawanie zielonych, wysokiej jakości miejsc pracy. Nie zapewnią tego nowe elektrownie atomowe, centralizujące przesył energii i nie rozwiązujących problemu uzależnienia od surowców. Podobnież z inwestowaniem w technologie, których termin wdrożenia nie gwarantuje ani poprawy jakości środowiska naturalnego, ani też zwalczenia skutków kryzysu finansowego (takich jak na przykład sekwestracja węgla - CCS). Rozwiązanie jest proste - wspieranie lokalnych ekonomii, a także tworzenie warunków do wspierania inwestycji sektora prywatnego w rozwój trwałej gospodarki.

Kiedy już uda się zreformować system podatkowy (przerzucając obciążenia z pracy na zanieczyszczenia), doprowadzić do zamknięcia rajów podatkowych i do transparentności rynków finansowych, będzie można kierować konkretne wsparcie dla dziedzin, które mają szanse zazielenić gospodarkę Unii Europejskiej. Jedną z nich będzie efektywność energetyczna i nowe budownictwo, które szanować będzie przyrodę i nasze portfele. Dziś 160 milionów budynków w Europie odpowiada za 40% emisji gazów szklarniowych i 40% zapotrzebowania energetycznego. Potencjał oszczędności energetycznej w tym sektorze szacowany jest na 28%, co zmniejszyłoby zapotrzebowanie energetyczne kontynentu (i tym samym uzależnienie od zagranicznych źródeł energii) o 11%. Zwrócenie uwagi na budynki i ich efektywność energetyczną ma szansę poprawić komfort życia i zredukować konsumenckie koszty. By zrealizować cel 20% redukcji emisji do 2020, potrzeba nam, by nowe budynki były budowane już jako pasywne, a do tego czasu należy wykonać termoizolację 3/4 budynków w UE. Potrzebna jest legislacja, która wesprze ekonomicznie tego typu inwestycje. Tego typu działania mogą utrzymać - i stworzyć nowe - miejsca pracy w sektorze, który może paść jedną z większych ofiar kryzysu.

Nie da się ukryć, że nie ma powrotu do społeczeństw o ograniczonej mobilności. Możliwość przemieszczania się sprzyja zwiększania wolności i możliwości wyboru własnych, satysfakcjonujących dróg życiowych. Ważne jednak, by wolność ta nie ograniczała wolności innych, jak w obecnych modelach transportu, skupionych na dogadzaniu rynkowi samochodowemu, zamiast na rozwoju łagodnych form transportu, takich jak transport zbiorowy. Dziś rządy idą w odwrotnym kierunku, czego przykładem pomysł rządu niemieckiego - subsydia w Niemczech do złomowania starych samochodów sprawia, że finansuje się kwotą 2.500 Euro zmianę emitującego 81g CO2/km VW Lupo z 1999 na nowe Porsche Cayenne Turbo 2009, emitującego 358g CO2/km. Potrzebny jest natychmiastowy wzrost wydajności silników samochodowych o 35%, a także szerokie upowszechnienie samochodów elektrycznych, które emitują mniej spalin i hałasu.

Zielony transport to jednak nie auta, nawet bardziej efektywne energetycznie i mniejsze. To przede wszystkim transport zbiorowy. 3/4 Europejek i Europejczyków żyje w miastach, a tam priorytetem nie może być samochód. By przewieźć w ciągu godziny 50.000 osób samochodem, potrzebna by nam była szeroka na 175 metrów ulica, podczas gdy dla autobusów potrzeba jedynie 35 metrów, a tramwajem - 9. 75 osób używa średnio 60 samochodów, podczas gdy wystarczy jeden autobus. Nie trzeba mówić, o ile mniej powoduje on korków i zanieczyszczeń powietrza, wpływających na pogorszenie stanu zdrowia. Potrzebna jest w tym celu integracja polityki rozwoju miast i transportu w ich obrębie, np. poprzez ograniczanie miejsc parkingowych dla samochodów. Na dalsze dystanse potrzeba inwestycji w kolej jako środka transportu najbardziej ekologicznego i o najmniejszych kosztach zewnętrznych.

Potrzeba nam w końcu nowej energii - odnawialnej i przyjaznej naturze. Taką możliwość dają np. farmy wiatrowe na otwartym morzu. Ostrożne szacunki wskazują, że w ten sposób można w 2030 roku zaspokoić 25% konsumpcji energetycznej Unii. Potrzebne są też inwestycje w rozwoju transeuropejskich sieci energetycznych. Tego typu inwestycje do 2030 roku mają szansę na stworzenie niemal 400.000 miejsc pracy - 15 na każdy wyprodukowany w takich farmach megawat energii. Z drugiej strony rośnie zapotrzebowanie na fotowoltaikę - nic dziwnego, skoro zasoby energii słonecznej są znacznie większe, jak wszystkie szacowane przez zasoby nieodnawialne. Wraz z rozprzestrzenianiem się technologii maleją jej koszty - już dziś panele słoneczne na obszarze Europy Środkowej zwracają się po 3 latach użytkowania. Decentralizacji energetycznej muszą towarzyszyć działania wspierające, takie jak np. europejska sieć miast solarnych, w których istnieć będzie wiążące zobowiązanie instalowania paneli słonecznych na nowych budynkach. Przy tego typu inicjatywach generowane jest zatrudnienie - przy aktywnej polityce w tej dziedzinie na terenie UE do 2030 roku może powstać nawet 8,9 milionów miejsc pracy (przy bardziej umiarkowanym scenariuszu - 3,7 miliona).

Wszystkie dane i przykłady pochodzą z materiałów warsztatów Green New Deal - serdecznie zachęcam do ich przeglądnięcia, żeby samemu i samej przekonać się, że troska o środowisko naturalne i dążenie do tworzenia miejsc pracy nie muszą być ze sobą sprzeczne.

15 marca 2009

Ten typ tak ma?

Nie wiem, czy coś lepszego niż tytuł pewnej piosenki bodaj Ryszarda Rynkowskiego może racjonalnie wytłumaczyć ogólnokrajową popularność pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz. W świeżo przeprowadzonym sondażu GfK Polonia dla "Rzeczpospolitej" aż 46% Polek i Polaków uznało ją za najbardziej cenioną polityczkę wśród kobiet. Kolejna w rankingu - Maria Kaczyńska - zdobyła 23% poparcia społecznego. Jeśli ktoś sądzi, że sądzą tak jedynie ci, którzy mieszkają poza stolicą, przeżyje rozczarowanie - we wcześniejszym sondażu dla "Gazety Stołecznej" Platforma Obywatelska zdobyłaby aż 51% głosów. I to pomimo faktu, że spora część wyborczych postulatów tudzież problemów, sygnalizowanych przez Warszawianki i Warszawiaków - takich jak kwestie gospodarki odpadowej czy też przygotowania szkół do przyjęcia sześciolatków nie wygląda na załatwione w sposób satysfakcjonujący. Z wielkich marzeń o rozkwicie Pragi na Euro 2012 zostaje w tym momencie stadion, który po zakończeniu imprezy będzie zapewne większym problemem niż błogosławieństwem. I tak dalej, i tak dalej...

Żeby nie było - miasto się nie sypie, ZTM działa ogólnie rzecz biorąc w porządku, buspasy są w planach - nie mam zatem zamiaru być opozycją totalną. Niemniej jednak wiele pomysłów nie wskazywało na dbałość o dobro publiczne. Podwyżki cen biletów komunikacyjnych i czynszów (tych ostatnich bez gwarancji względem np. poprawy efektywności energetycznej budynków), plany wieżowca w Parku Świętokrzyskim czy też prywatyzacji miejskich spółek, służących nie poprawie jakości usług publicznych, ale wypełnieniu miejskiego skarbca - to wszystko działania, które powinny w jakiś sposób wpływać na obniżenie notowań pani prezydent. W Internecie trudno znaleźć życzliwych polityce Ratusza blogerów i blogerek. Nawet media dalekie są od czołobitnych postaw. A jednak...

I znowuż - skoro ma tak wysokie poparcie, nie sposób uznać, że wszystko robi źle. Trzeba tu zatem wskazać na efekt "potrzeby normalizacji", którą ekipa HGW realizuje śpiewająco. Po rządach Lecha Kaczyńskiego nie jest to specjalnie trudne - faktycznie, obserwując nawet obcięte plany inwestycyjne można odnieść wrażenie, że miasto tętni życiem. Na zrewitalizowanym Krakowskim Przedmieściu wkrótce powstaną placówki kulturalne, a nikomu do głowy nie przychodzi zakazywanie Parady Równości. No i jest fajnie. Spokojnie. Normalnie. Nie działa ani obrona osób uboższych, którą posiłkuje się PiS i SLD (bo nawet, jeśli biedy w stolicy nie brakuje, to w powszechnym odczuciu aspirujących do klasy średniej miasto ma oblicze znane z telenowel, a dziś juz nawet Praga Północ jest oswajana przez ambitne kawiarenki), ani fatalna, daleka od zrównoważonego rozwoju polityka rozwojowa. Nic.

Czy zatem Hanna Gronkiewicz-Waltz jest terminatorką, której żadne zło imać się nie będzie? Na pewno ma ułatwione zadanie - Warszawa to miasto syte i liberalne, które nie przerzuci się na neokonserwatywny PiS albo na niewyraźne SLD. Nawet kryzys, patrząc na wskaźniki bezrobocia, przebiegać tu będzie znacząco spokojniej. Budżet miejski na chwilę obecną jakoś się domyka, bo obok mniejszych dochodów mniej żądają firmy biorące udział w rozlicznych miejskich konkursach. Metropolia nasza może zostać oazą szczęśliwości na wzburzonych wodach gospodarki. Poczucie rozwoju miasta dla wielu będzie wystarczającym argumentem, by oddać głos na "modernizatorów" z PO.

Pewnego dnia na szerszą skalę pojawi się - już nieśmiało wykluwające się - poczucie potrzeby racjonalności obranej drogi rozwoju. Na dzień dzisiejszy blokujących konkretne inwestycje można uznawać za "ekoterrorystów" i piętnować jako "morderców" (szczególnie, jeśli mówi się o tym w anonimowej przestrzeni Internetu), ale kiedy przy dzisiejszych, dających złudne poczucie bezpieczeństwa zamkniętych osiedlach zaczną wyrastać zasłaniające słońce wieżowce, postawać zakorkowane drogi, wycinać zacznie się kolejny, dający chwilę wytchnienia park - wtedy zaczną się zmiany. Gdy ludzie zauważą, że walczący o miasto do życia nie dbają o swój partykularny interes, ale chcą realnej zmiany rozwojowego paradygmatu miasta, wtedy będziemy mieli otwartą drogę do zmian na lepsze. Na razie zaś mamy, co mamy.

14 marca 2009

Kościół kończy lustrację

Eh, jak ja lubię tego typu historie. Minęło 20 lat od Okrągłego Stołu, a my nadal grzebiemy w swojej historii, zamiast patrzeć w przyszłość. Archiwa dawnych tajnych służb nie zostały otwarte, stają się zatem atrakcyjnym, politycznym cepem, służącym do masakrowania niewygodnych w danym momencie postaci życia publicznego. Historycy w tym momencie mogą swobodnie bawić się w inkwizytorów, a swobodna interpretacja dokumentów bezpieki poddana jest odpowiednim ograniczeniom. Lustracyjne szaleństwo może zatem trwać - i choć nieco ostatnimi czasy osłabło, to jednak nadal funkcjonuje. Wystarczy przypomnieć sprawę Marcina Libickiego, europosła PiS, który ma problemy z uzyskaniem pierwszego miejsca na liście tej formacji w Wielkopolsce. Nie liczą się w tym wypadku zasługi lub ich brak - liczy się medialny donos, a czy już sąd stwierdzi co innego, to nie będzie już tak istotne. Ślad pozostanie.

Z tego punktu widzenia decyzja Kościoła o zakończeniu lustracji nie jest ani lepsza, ani gorsza od dotychczasowych dróg. Komisja kościelna wcale nie musiała być lepszym narzędziem dochodzenia do prawdy i historycznego pojednania niż Instytut Pamięci Narodowej. W sytuacji, gdy proces lustracyjny skażony jest grzechem pierworodnym niekonsekwentnej "grubej kreski" i spalenia na początku lat 90. XX wieku części akt, trudno wyobrazić sobie taki dostęp do dokumentów bezpieki, który nie rozdrapywałby raz. Zabetonowanie tudzież spalenie akt w tym momencie byłoby niesprawiedliwością w stosunku do osób, które przeżyły już gehennę udowadniania, że nie są wielbłądami. Powszechny dostęp również spowodować może wiele szkód - nie do końca wiadomo, jak wygląda wiarygodność owych akt. Pozostawienie sytuacji w obecnej formie nie jest w żaden sposób zatrzymać tego karnawału śmierci. Trzeba wybierać.

Jeśli Kościół sądzi, że od lustracji ucieknie, to grubo się myli. Dziś i tak ma lżej - rząd Platformy Obywatelskiej, w przeciwieństwie do Prawa i Sprawiedliwości, nie ma ambicji podporządkowywania sobie hierarchii kościelnej. Raczej woli sam przed Kościołem kapitulować, czego przykładem mogą być działania posła Gowina w sprawie in-vitro. Zawsze jednak istnieć będzie pokusa, by prześwietlać życiorysy osób "ze świecznika" - także kościelnego. Szczególnie tyczyć się to będzie osób, mających własne zdanie, usiłujących powstrzymać inkwizycyjne szaleństwo. I znów - trudno powiedzieć, jaka forma rozliczenia się z własną przeszłością ma szanse na uspokojenie sytuacji. Być może "szokowa terapia teczkowa" jest jedynym rozwiązaniem?

Z przeszłością zmierzyć się należy. O tym, jak kończy się zamiecenie jej pod dywan, świadczą przypadki krajów, które nie przeszły jeszcze do końca refleksji nad własną historią. W Austrii, która nie zaznała zupełnej denazyfikacji, dziś 30% głosów zdobywają populistyczne partie skrajnej prawicy. Kult militarnych sukcesów Japonii utrudnia integrację polityczną i gospodarczą na terenie Dalekiego Wschodu. W Polsce nadal trudno nam o lewicę, bowiem termin ten został utożsamiony li tylko z formacjami postkomunistycznymi - było to utożsamienie, które ułatwiło zohydzenie tego nurtu myśli społecznej. Do dziś dawne podziały mają dla wielu bardzo istotne znaczenie.

Nie chodzi mi też o to, by lustracja miała wspierać szablonowy, czarno-biały obraz Polski Ludowej. Nie był to bowiem ani raj na Ziemi, ani też reżim równoznaczny z tym III Rzeszy. Nie był to też czas jednolity - zupełnie inaczej wyglądał poziom wolności za Bieruta, a inaczej - za Gierka. Poza pewnymi sukcesami w podnoszeniu poziomu życia system komunistyczny spowodował także bezprecedensowe zniszczenia w obszarze środowiska, forsując ideologicznie wygodną wizję państwa robotniczego, realizowaną poprzez inwestycje w przemysł. Aparat represji był integralnym elementem tego systemu. Dopóty historia będzie specjalnością jedynie jednej ze stron politycznego sporu, dopóty nie wykroczymy poza jałowe przepychanki ku nowemu, merytorycznemu sposobowi prowadzenia polityki.

13 marca 2009

Co można w Radzie Miasta?

Do napisania tego postu zachęciła mnie pozornie niekoniecznie sensacyjna informacja o tym, że Katarzyna Munio, radna Platformy Obywatelskiej, prawdopodobnie zdecyduje dziś o opuszczeniu klubu i wejściu bądź to do Partii Demokratycznej, bądź też (ostatnimi czasy to dość popularny kierunek) do Stronnictwa Demokratycznego. Niezależnie od tego, w którą stronę pójdzie, należy wspomnieć o tym z szacunkiem. Opuszczanie partii, która ma od 40 do 60% poparcia w sondażach na rzecz formacji, które formalnie zdobywają po 1%, to niewątpliwie kwestia odwagi. Tym bardziej, że swoimi decyzjami - na przykład sprzeciwem wobec wydawania kolejnych milionów złotych na stadion Legii - wykazała się niezależnością myślenia, wykraczającą poza doraźne, polityczne gierki. Jak na rodzimą politykę to naprawdę cenna cecha.

Jeśli przejdzie do SD, to partia ta wraz z PD i SDPL mieć będzie 4 radnych (w tym aż 3 kobiety). Brakuje zatem jedynie jednej osoby do tego, by utworzyć własny, samodzielny klub radnych Centrolewicy. Nie jestem przekonany, by sztuka ta udała się w tej kadencji (chociaż polityka uczy mnie nigdy nie mówić nigdy), jednak jeśli Porozumienie dla Przyszłości będzie, zgodnie z zapowiedziami, kontynuowane, to posiadanie 5 osób w liczącej ich 60 Radzie Miasta staje się planem minimum. Zobaczymy, jaki będzie los ustawy metropolitarnej - Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło już do Sejmu projekt ograniczenia ilości radnych w mieście i w dzielnicach o połowę, czemu sprzeciwiali się tak Zieloni, jak i specjalistki i specjaliści w dziedzinie samorządu. Mam nadzieję, że ten ograniczający demokrację i lekceważący wybór wyborców projekt wyląduje tam, gdzie zasługuje - w koszu.

Dobrze, ale czemu tak ważne jest mieć klub? Przede wszystkim dlatego, że ma on prawo do wpływania na agendę zebrań Rady Miasta. Dzięki pięcioosobowej reprezentacji znacząco zwiększa się szansa na uwzględnienie własnych projektów (dajmy na to Stołecznej Polityki Klimatycznej czy też rezolucji wspierającej wprowadzenie jednolitego oznakowania metra i kolei w mieście), a to z kolei daje szanse na budowanie większości wspierających własne propozycje, ewentualnie tworzenia czytelnych linii sporu. Mobilizuje się zatem swój elektorat dużo skuteczniej, pokazując "zobaczcie, oto staramy się, jak możemy". Przy byciu radnym/radną niezależną nie jest to tak spektakularne, dużo trudniej jest negocjować z silniejszymi podmiotami wzajemne ustępstwa. Klub - jeśli ma jednolite stanowisko w danej sprawie - ma mocną pozycję już z powodu samego progu, od którego się go tworzy - w RM 5 na 60 to nieco ponad 8% składu tego ciała, a dla porównania 15 osób, wymaganych w 460-osobowym Sejmie, to jedynie nieco ponad 3%.

Jeśli alians SDPL-PD-Zieloni z potencjalnym udziałem SD ma się utrzymać do wyborów samorządowych, mus zaproponować spójną wizję zrównoważonego rozwoju miasta. Nie wolno przy tym popełniać na siłę grzechu przymusowego ujednolicania - wiadomo, że są kwestie, które tego typu porozumienie mogłyby rozsadzić. Pewne elementy programu mogą zatem być odrębne dla każdej z formacji, która tym samym mogłaby kierować swój przekaz do zróżnicowanych grup wyborców. Oczywiście, nie oznacza to zupełnej samowolki programowej. Potrzeba zgodnej, szczegółowej wizji rozwiązania najważniejszych kwestii lokalnych, takich jak rozwój transportu zbiorowego, wysoka jakość przestrzeni publicznej czy też rozwoju miasta w dużo bardziej zrównoważony sposób. Wtedy główny przekaz takiego sojuszu poszczególne formacje mogłyby wzmacniać własnymi pomysłami w innych dziedzinach.

Ktoś może powiedzieć - do wyborów samorządowych daleka droga. Owszem, ale nie można lekceważyć ludzi, pracując jedynie w okresie kampanii wyborczej. Jako stołeczni Zieloni staramy się pozytywistycznie pracować cały czas i mamy nadzieję, że jest to widoczne i że urozmaicamy polityczny krajobraz miasta. Także to - coraz bardziej popularne miejsce w sieci - zaczyna w jakiś drobny sposób zmieniać ton debaty internetowej i "infekować" sieć zieloną polityką. Pracujemy nad tym, by nasze miasto było bardziej Zielone - i liczymy na Was, bo bez Was nie uda się nic.

12 marca 2009

Kryzysowe zaciskanie pasa

Ponieważ moje zarobki nie należą do specjalnie wielkich, oszczędzanie na czymkolwiek niemal nie wchodzi w rachubę. Szczęśliwie i potrzeby mam niewielkie, i najgorsze dla siebie wydatki już za sobą. Owszem, mogę nieco mniej pałaszować słodyczy, ewentualnie przejść z powrotem na tanią, zapychającą (aczkolwiek zupełnie niesatysfakcjonującą smakową) kuchnię typu makaron z sosem z puszki. Na studenckich kserówkach oszczędzać trudno, książki kupować trzeba czasem (jestem nieuleczalnym przykładem człowieka wyznającego wartości postmaterialne bez materialnego zabezpieczenia, w sumie ciekawa postawa życiowa), tak więc drobne kwoty sumują się w całkiem spore. Szczęśliwie na chwilę obecną nie jest źle z mymi funduszami, więc chwilowo - będąc i tak dość ostrożnym w wydatkowaniu własnych funduszy - nie muszę umierać ze strachu przed jutrem. Niestety, nie każdy ma tego typu komfort...

Likwidacja Swarzędza, fabryki mebli Forte w Przemyślu, planowane zwolnienia, rosnące bezrobocie, zamrażanie czy wręcz obniżki płac - obraz rzeczywistości nie jest specjalnie optymistyczny. Zapewnienia premiera Tuska o tym, że kryzys nas nie dotknie, okazały się palcem na wodzie pisane. Rzeczywistości nie da się oszukać - w zglobalizowanej gospodarce trudno jest być samotną wyspą ekonomicznej prosperity na morzu globalnej recesji. Niestety, z uporem maniaka realizujemy metody wychodzenia z kryzysu, które mają szanse mieć zgoła odwrotne skutki. Siłowe trzymanie się niskiego deficytu w sytuacji, kiedy potrzebne są publiczne pieniądze do pobudzenia koniunktury, nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem. Podwyżki składek mogą wydawać się ciężkie do zniesienia, ale to ich obniżka spowodowała zmniejszenie się pola manewru, jaki mamy obecnie.

Oczywiście, publiczne wydatki wymagają racjonalizacji. Nie jest to jednak dobry czas na to, by dajmy na to obniżać ilość zamówień publicznych. Jest to za to świetna okazja do zasadniczej zmiany aktualnego kierunku rozwoju i jego zazielenienia. I to nie w sposób "tuskowy", poprzez forsowanie budowy elektrowni atomowych. Nadszedł czas na postawienie gospodarki na nogi poprzez inwestowanie w zielone technologie i w kapitał ludzki. W ostatnich latach miliony z nas w końcu mogło poczuć (m.in. dzięki wejściu do Unii Europejskiej i dobrej koniunkturze), że nasz komfort życia ulega poprawie. Dzisiejsze spowolnienie nie może oznaczać przyzwolenia do ponownego zredukowania naszego kraju do rezerwuaru taniej siły roboczej. Przekonałyśmy i przekonaliśmy się, że można żyć i pracować jak Europejki i Europejczycy.

Donald Tusk nie wydaje się być w tym momencie przekonującym liderem na czas kryzysu. Granie w piłkę podczas głosowań sejmowych zdaje się ilustrować tę tezę aż nazbyt dobitnie. Poprzez próbę przerzucania odpowiedzialności na innych (np. przez plany prywatyzacji służby zdrowia) chciał na politycznym boisku grać w swą postpolityczną grę i utrzymywać nienaturalnie wysokie poparcie społeczne. Kryzys będzie okresem przewartościowań - także politycznych, kiedy to nowe byty polityczne mają wyjątkową szansę na dojście do głosu. Sondaż, w którym LPR otrzymała 5% poparcia być może jest wybrykiem, ale też sygnałem, że scena partyjna zaczyna się chwiać i być może wkrótce proces ten stanie się jeszcze bardziej wyraźny.

Dobrze, czas jednak wrócić do tego, co rząd może zrobić w tych trudnych czasach. Może na przykład pomóc sektorowi budowlanemu poprzez inwestycje w termomodernizację budynków. Mają one szanse na to, by utrzymać miejsca pracy w sektorze, uczynić go bardziej ekologicznym i przy okazji zmniejszyć zapotrzebowanie odbiorców indywidualnych na energię i - co za tym idzie - ich rachunki. Termoizolacja, panele słoneczne, pompy cieplne, inwestycje w rozwój wytwarzania ciepła za pomocą biomasy - to tylko pierwsze z brzegu przykłady na to, że zielona gospodarka ma rację bytu i może amortyzować skutki kryzysu. Transport zbiorowy również wymaga rąk do pracy, nie czas zatem na zachwycanie się autostradami, kiedy korkują się nasze miasta, a samochodowe spaliny obniżają jakość życia i przyczyniają się do pogorszenia naszego stanu zdrowia (i - co za tym idzie - większych wydatków na leczenie).

Ekologiczna modernizacja to także inwestowanie w energetykę odnawialną. Zmniejsza ona nasze uzależnienie energetyczne i tym samym finansową zależność od innych państw. Jeśli Polska na serio chce traktować swój własny postulat solidarności energetycznej, musi włączyć się we wspieranie pomysłu Europejskiej Wspólnoty Energii Odnawialnej - ERENE. Dzięki niej ma szansę na otrzymanie pieniędzy na rozwój niezbędnej, generującej wysokiej jakości miejsca pracy infrastruktury.

Kryzys nie jest winą naszego kraju, wiele z jego przyczyn ma swoje źródła w nadmiernej deregulacji rozlicznych sektorów gospodarki - a sektora finansowego w szczególności. Likwidacja rajów podatkowych, niezależne agencje ratingowe i nadzorujące rynki, podatek Tobina - to tylko niektóre z proponowanych przez Europejską Partię Zielonych rozwiązań, które mają szansę na zapobieżenie podobnym kryzysom w przyszłości. Wbrew zapowiedziom niektórych analityków, powątpiewających w fakt głębokości kryzysu, jest on faktem. W Stanach Zjednoczonych bezrobocie jest już najwyższe od ćwierć wieku. Najważniejszi decydenci nie ukrywają już, że to największy kryzys od lat 30. XX wieku. Lekarstwem na tamten był Nowy Ład - dziś potrzebujemy działań dostosowanych do aktualnych problemów społecznych, ekologicznych i ekonomicznych. Potrzebujemy Zielonego Nowego Ładu.

Być może zmienią się nasze wzorce konsumpcji i zaczniemy konsumować tylko to, czego potrzebujemy, a nie to, co chcą nam wcisnąć błyszczące reklamy. Zmiany nawyków konsumpcyjnych na pewno ulżyłyby nieco planecie. Daniel Bell w swych "Kulturowych sprzecznościach kapitalizmu" opowiada o tym, jak rozwój akumulacji dóbr ponad miarę i konieczność ułatwiła redefinicja pożyczek bankowych. Kiedy źle brzmiące słowo "dług" zastąpiono "kredytem", pojawiła się możliwość debetu na kontach bankowych, a system sprzedaży ratalnej roztoczył iluzję powszechnej dostępności wielu dóbr, zanikła etyka oszczędzania. Dziś potrzebujemy podobnych zmian, które popchną nasze funkcjonowanie na Ziemi w kierunku zrównoważonego, trwałego rozwoju, dostępnego dla każdej i każdego z nas.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...