Jest ciekawie. W prasie pojawiła się informacja o tym, jak to pewien rosyjski koncern paliwowy będzie dążył do stworzenia na chronionym obszarze Puszczy Białowieskiej pewnej instalacji technicznej, a rozochocony samorząd lokalny jeszcze chce im w tym pomóc. Nic to, że powinien myśleć o agroturystyce, odnawialnych źródłach energii, rozwoju Internetu - tak, aby lokalna społeczność nie pozostawała odcięta od świata... Nie, tak nie można - trzeba za to dewastować środowisko, bo las, jak wiadomo, jest państwowy, a jak państwowy to niczyj... Bo pomysł na dbałość o dobro wspólne i zachowywanie piękna dla przyszłych pokoleń wydaje się być jakąś zupełną abstrakcją.Przeczytałem właśnie ciekawy raport o stanie polskich lasów - wprawdzie z 2004, ale chyba sytuacja nie zmienia się w tej dziedzinie aż tak dramatycznie. Być może wejście do Unii Europejskiej i dotacje dla rolników na zalesianie swych gruntów nieco poszerzą areał lasów prywatnych, jednak zasadniczo raczej nie zmienią sytuacji, w której 85% naszych areałów drzewnych w kraju należy do państwa, z czego zdecydowana większość - do Lasów Państwowych. Nie jest to niczym zaskakującym w Europie - poza Skandynawią, gdzie większość lasów znajduje się w rękach prywatnych, w większości krajów Europy (ale znów nie wszystkich) własność państwowa dominuje - np. w Szwajcarii stanowi ponad 60%, a w Niemczech stanowi około połowę areału.Aktualnie 28% naszego kraju stanowią lasy, a "ambitne" plany uwzględniają zwiększenie areału do 30% w 2020 i 33% w 2050. Zdecydowaną większość porastają sosny, co jest rezultatem słabych gleb w kraju. Raptem 2% z nich to obszary parków narodowych, jednak w ostatnich latach znacząco zwiększył się procentowy udział terenów w jakiś sposób chronionych prawnie. Wskaźnik ten w 1980 roku wynosił zaledwie 3,2%, a w 2003 - już 32,2%, jeśli chodzi o cały kraj, a o lasy odpowiednio z 5,5% do 43,7%. Widać zatem postępy w dziedzinie ochrony przyrody.Nasze położone w środku Europy lasy mają do czynienia z olbrzymią ilością zagrożeń dla ich istnienia. Szkodniki leśne, w jednym roku nieszkodliwe, w następnym mogą stawać się prawdziwą plagą. Na szkodniki owadzie najbardziej narażone są tereny Polski północno-zachodniej, ale też Podhala i Śląska Opolskiego. Szczęśliwie po transformacji zmalała ilość zakwaszających glebę gazów, takich jak NO2 i SO2. Sporo szkód robią też pożary - i tu ciekawostka. W lasach prywatnych zdarza się więcej pożarów, spalonych zostaje dużo większy areał (na ponad 28,5 tysiąca ha w 2003 tylko niecałe 4.200 w Lasach Państwowych) i na jeden pożar przypada dużo większy spalony areał (dla LP w tym samym roku - 0,51 ha, a na pozostałe formy własności - 2,5 ha). Być może jest to wskazówka dla tych, którzy uznają, że nic, co państwowe, nie może działać sprawnie. Jak widać - może.Jeśli chodzi o bliskie nam Mazowsze, to mamy tu do czynienia z paroma interesującymi kwestiami. Przede wszystkim współczynnik udziału własności prywatnej wynosi aż 42,2%, większy jest jedynie w Małopolsce. To ciekawe, bo jest to województwo o jednym z najniższych udziałów lasów w powierzchni - jedynie 22%, mniej jest tylko w Łódzkim. Jednocześnie trwają tu dość intensywne procesy zalesiania.Warto pamiętać, że lasy odgrywają istotną rolę w zrównoważonym rozwoju, pełnią bowiem funkcje zarówno ekologiczne (zachowywanie bioróżnorodności, magazynowanie węgla), ekonomiczne (gospodarka drzewna) i społeczne. Służą za miejsca aktywnego wypoczynku, tworzą przestrzeń dla nowych miejsc pracy. Obok popularnych wśród turystów parków narodowych - aktualnie toczy się bój o powstanie Turnickiego i rozszerzenie Białowieskiego - powstaje coraz więcej Leśnych Kompleksów Promocyjnych, z izbami przyrodniczymi, salami edukacyjnymi i ścieżkami dydaktycznymi. Warto o tym pamiętać przy planowaniu odpoczynku. Mam nadzieję, że złota, polska jesień jeszcze wróci, bo wrześniowa pogoda wyglądała na taką, co to dużo grzybów w lesie zostawia.
„Gospodarka jest zbyt ważna, by oddać ją ekonomistom”
Miriam Kennet, dyrektorka Green Economics Institute, w dyskusjach na temat idei zrównoważonego rozwoju – odbywających się podczas Zielonego Letniego Uniwersytetu w Słubicach/Viadrinie – wielokrotnie podkreślała, że gospodarka jest „zbyt ważna by oddać ją ekonomistom”.
Zielony Uniwersytet odbywał się na polsko-niemieckim Europejskim Uniwersytecie Słubice/Viadrina. W dniach 28-31 sierpnia br. ponad 800 uczestniczek i uczestników z 41 krajów starało się wspólnie wypracowywać perspektywy na zieloną ekonomię i styl życia, konkretyzować wizje zielonego miasta, dyskutować na temat polityki energetycznej i genetycznie modyfikowanych organizmów.
Całość poruszanych problemów zawiera się w wizji Zielonej Gospodarki, która jest nową, aktualnie powstającą dziedziną nauki. Ta wizja gospodarki nie koncentruje się na tradycyjnej ekonomii, ale obejmuje wszelkie obszary ludzkiego życia – jej znaczenie jest bliższe pojęciu „gospodarowania”. Istotną jest wiedza, jak się „gospodarzyć”, zarówno zasobami finansowymi, jak naturalnymi czy ludzkimi. Przesadne skupienie się na kwestiach czysto ekonomicznych prowadzi do wykluczenia jako nieistotnych, a przez to możliwych do poddania ich wyzyskowi ze względu na nadzieję zysku, ogromnych ilości osób, często wręcz większości populacji danego kraju – skoro większość ubogich rekrutuje się wśród kobiet, skoro wśród kobiet jest wyższe bezrobocie i występują większe trudności na rynku pracy i w sferze publicznej, skoro większość osób żyjących na skraju minimum życiowego rekrutuje się spośród osób z gospodarstw sfeminizowanych, opartych na kobietach i dzieciach, skoro edukacja i opieka medyczna stanowią nieustanny problem i balast dla państw kierujących się dyrektywami ideologii neoliberalnej, to niewątpliwie możemy mówić nie tylko o dyskryminacji kobiet, ale o braku poszanowania dla sfery edukacji, opieki, zdrowia, estetyczności. Te obszary są kapitalizowane, monopolizowane i wymykają się ludziom, stają się narzędziami nie pomocy, opieki i troski, ale kontroli i dominacji, a także wypracowywania dodatkowego zysku.
Pragnienie zysku, podkreślanie wagi wzrostu PKB jest związane z powszechnym nastawieniem ilościowym społeczeństw kapitalistycznych. Nieustanne nasze narzekania na utratę jakości kosztem ilości jest efektem redukcyjnego traktowania sfery gospodarczej, w którą nie jest wliczane mądre i zrównoważone zarządzanie jedzeniem, powietrzem, ziemią, jej zasobami, a jedynie pragnienie zysku/wyzysku. Tym, czego potrzeba wszystkim i, co się wszystkim należy jest dostęp do dobrego i zdrowego jedzenia, powietrza, wody, do samorealizacji – co wymaga także zapewnienia podstawowych potrzeb liczonych według istniejących norm cywilizacyjnych (np. środków koniecznych na ubranie, transport, koszty życia, które powinny być zapewniane wszystkim obywatelom i obywatelkom od urodzenia do śmierci w formie Dochodu Podstawowego, zwanego czasem także Dochodem Obywatelskim, a wypłacanego przez państwo niezależnie od wykonywania bądź nie pracy zawodowej).
Zielone cele: jedzenie, powietrze, samorealizacja – dobre i dla wszystkich
„Zielona wizja gospodarcza stawia w centrum swojego zainteresowania społeczną i środowiskową/ekologiczną sprawiedliwość. Oznacza to m.in. uczciwe korzystanie z ziemskich zasobów oraz odwrócenie trendu nieustannie poszerzającego przepaść między bogatymi i biednymi.
Staramy się redukować nierówności w dystrybucji władzy i dostępu do zasobów. Każda osoba ma prawo zaspokajać swoje podstawowe potrzeby: czystego powietrza, wody, jedzenia, gleby, schronienia, energii, zdrowia, wolności. Każda jednostka ludzka ma prawo do solidarności, demokracji, samostanowienia, autonomii, odpowiedzialności, godności, samorealizacji” – tak przekonuje Miriam Kennet.
Zielona Gospodarka powinna zapewniać dobrobyt wszystkim, a nie tylko nielicznym, bowiem jest ona nastawiona na osiągnięcie sprawiedliwości społecznej i ekologicznej. Z tego punktu widzenia opiera się zarówno racjonalistycznemu indywidualizmowi, stawiając na współpracę i współdziałanie wspólnot tak lokalnych, jak ponadregionalnych, czy globalnych. Nie ma tu bowiem mowy ani o rezygnacji z technologii, ani o odrzuceniu zdobyczy nauki. Zielona Gospodarka jest gospodarką innowacyjną, opartą na inwestycjach w zrównoważony rozwój i zielone technologie.
Współtworzący Zieloną Gospodarkę naukowcy i naukowczynie oraz politycy i polityczki postrzegają ją nie tyle jako nową szczegółową dziedzinę wiedzy, ale jako interdyscyplinarne, holistyczne podejście, oparte na zbiorze alternatywnych, względem kapitalistycznych, wartości, wśród których wielu i wiele z nas rozpozna zapoznane uczucia troski, opieki i współczucia, wartości partnerstwa i współdziałania, wartości odwagi samostanowienia i odpowiedzialności osobistej, wartości poszanowania życia tak ludzkiego, jak i życia naszej planety.
Kampanie naukowe, społeczne, polityczne
Zielona Gospodarka jest obecnie powstającą dziedziną nauki, której laboratorium jest zakotwiczone w brytyjskim Reading, choć spotkania konferencyjne organizowane są w Oxfordzie, a której członkowie i członkinie pochodzą z blisko 40 krajów. Wizja przez nich wypracowywana jest świadomie opozycyjna względem dominującego modelu neoliberalnego, nie opierając się ani na powrocie do przeszłości, ani na resentymencie. Jest ona budowana na podstawie badań humanistycznych, biologicznych, fizycznych unifikowanych w całościową perspektywę, z której wynikają postulaty podejmowania poszczególnych działań, czy inicjowania kampanii, na rzecz np. powstrzymania zmian klimatycznych, rzetelnych badań nad genetycznie modyfikowanymi organizmami, poprawą sytuacji kobiet na świecie, zmniejszeniem ubóstwa i dywersyfikacji społecznej na świecie. Konkretne działania są podejmowane tak w sferze pozarządowej, jak politycznej.
Partie Zielone w całej Unii Europejskiej, ale także na całym świecie powinny czerpać z dorobku naukowego wypracowywanego w ramach Green Economics Institute. Przydatne byłoby to także dla polskich Zielonych 2004, którzy toczone przez siebie kampanie mogliby uzupełnić podbudową naukową. Kampanie Zielonych 2004: Zielone Miasto, Zielona Energia, Zielony Transport, Równe Szanse, Zieloni Nie Leją Wody, Zielona Gospodarka, Kampania Klimatyczna, Akcja Refundacja, Wiosna Demokracji, Jedz Lepiej!, Media i Przyroda są zbieżne z szerokimi kampaniami naukowymi Green Economics Institute: przeciwdziałania ubóstwu, zmianom klimatycznym, na rzecz zrównoważonego rozwoju biznesu, a także na rzecz bioróżnorodności i przeciwdziałania wymieraniu gatunków. Bliższa współpraca naukowo-polityczna mogłaby zarówno wesprzeć Zielonych 2004 w ich działalności politycznej, zapewniając zarówno zaplecze naukowe, jak i międzynarodowe wsparcie, jak również pomóc realnie i rzetelnie realizować wizję sprawiedliwego społeczeństwa.
Wzywam zatem wszystkich, którym leży na sercu dobro tak naszego kraju, jak i całego świata, do podjęcia poważnej debaty na temat całościowej pożądanej formy społeczeństwa, która zapewniałaby możliwości życia i rozwoju zarówno nam-aktualnie żyjącym ludziom, jak też przyszłym pokoleniom, oraz wszystkim żywym stworzeniom tej naszej Matki Ziemi.
Kwestia tożsamości – lokalizacja i euroregion a traktatowa homogenizacja
Dla Polski szczególnie drażliwym punktem w obszarze dyskusji na temat Europy i świata oraz miejsca Polski, jest kwestia własnej tożsamości. Tożsamość jest tym, czego nie chcemy stracić, a co obawiamy się stracić; tożsamość jest tym, co staramy się w różny sposób suwerennie, bądź nie, określać. Warto w tym momencie dostrzec, że wytyczne i wartości dochodzące do nas z Brukseli nie zawsze są spójne. Za przykład może służyć przeciwstawienie koncepcji euroregionu, opartego na spójności terytorialnej, kulturowej, historycznej, etnicznej i gospodarczej idei Traktatu, który – uf – całe szczęście nadal nie jest podpisany.
Jedno z naczelnych haseł zielonych stanowi dobrą ilustrację koncepcji euroregionu: „Myśl globalnie, działaj lokalnie”. Każdy i każda z nas żyje w pewnym środowisku, otoczeniu lokalnym, i to ten region powinien stanowić podstawowy obszar działań. Jaki obszar jesteśmy w stanie objąć gospodarskim okiem?, o jaki obszar i o ile osób mądrze się zatroszczyć?, jak obszerna może być nasza wspólnota, by możliwe było realne współdziałanie na rzecz wspólnego dobro-bytu?, jakie rozwiązania powinny być tu zastosowane? – to pytania, które nadal czekają na odpowiedź.
Jaka polskość?
Fryderyk Nietsche precyzyjnie opisał mechanizm stanowienia własnej tożsamości w dwóch podstawowych wariantach – świadomości niewolniczej i świadomości pańskiej. Świadomość pańska wytryska samodzielnie, jest samookreśleniem: ja jestem taki/taka. Świadomość niewolnicza natomiast określa się za pośrednictwem negacji tożsamości pana, którą odrzuca, postrzegając ją jako zagrożenie dla siebie.
Od czasu rozbiorów Polski świadomość polską opanował strach przed roztopieniem naszej, polskiej tożsamości. Była i jest ona nadal postrzegana jako zagrożona z jednej strony przez Niemców, z drugiej przez Rosjan. Utwierdzanie tożsamości Polski w opozycji do tożsamości Niemieckiej i Rosyjskiej nie służy jednak Polsce, która opanowana przez swoje fobie nadal nie jest w stanie zdobyć się na suwerenny gest samookreślenia.
Problem ten, jak wszyscy i wszystkie zdajemy już sobie sprawę, pojawił się w sposób wyraźny ponownie wraz z wejściem Polski do Unii Europejskiej, które minęło w aurze dyskusji nad dopłatami dla rolników, z pominięciem kwestii określenia się polskości w bieżącym kontekście Europejskim i światowym. Efektem tego jest trwająca nadal niejasność co do tego kim jesteśmy? Naszą wyobraźnie społeczną opanowały z jednej strony fobie przed wchłonięciem nas przez Unię lub przez imperializm rosyjski, z drugiej bezkrytyczne podejście do Unii lub Stanów. W tym kontekście jednak nadal brak odpowiedzi na pytanie kim jesteśmy – pojawiają się jednak możliwe odpowiedzi na pytanie kim nie jesteśmy.
Pytanie: kim jesteśmy, jest pomimo utyskiwań starszych pokoleń także aktualne dla młodych, zagubionych w zalewającym ich potoku byle jakich towarów, łudzących miraży i fobii. Sytuacja ta niechybnie powoduje wrażenie, że Polonia, pogrzebana w XIX wieku jeszcze nie zmartwychwstała w pełni, jeszcze nie rozwinęła skrzydeł, nie pokazała kim jest. Słusznym w tym kontekście jest wskazanie Marii Janion, by zwrócić się ku historii słowiańszczyzny i spróbować ją przewartościować, odrzucając poniżającą ją od tysiąca lat ideologię imperium rzymskiego i germaństwa.
Autorka jest członkinią Zielonych 2004, pracuje w Fundacji Ewy Koś i Barbary Sikory „Z Naszej Strony”. Jest filozofką i doktorantką Uniwersytetu Warszawskiego.
Przepychanki, związane z planami budowy obwodnicy Augustowa przez tereny sieci Natura 2000 jakimś dziwnym trafem nie doprowadziły do tego, że zaczęto się interesować samą siecią i tym, czym właściwie ona jest. Fałszywy podział i idiotyczne przeciwstawianie sobie "ludzi i kwiatków" wcale tego nie ułatwiało. Tym bardziej, że tak naprawdę jedni i drudzy są od siebie wzajemnie zależni i mogą zyskać na tym, że w końcu, po wielu bojach, Naczelny Sąd Administracyjny powstrzymał to szaleństwo. Drogę, zgodnie z sugestiami środowisk ekologicznych, można przeprowadzić prze Łomżę i Raczki, przez co i wilk będzie syty, i owca cała. Wystarczy tylko odrobina dobrej woli i zdrowego rozsądku.Nie o Rospudzie tym razem jednak - bardziej o samej Naturze 2000. Postronnym obserwatorom mogło by się wydawać, że na 7,8% kraju, gdzie znajdują się chronione ptaki, oraz 3,6%, gdzie mamy do czynienia z chronionymi siedliskami (przy czym oba te typy ochrony mogą się zazębiać terytorialnie) nie można robić niczego, z oddychaniem włącznie. Nie jest to prawda - wręcz przeciwnie, to właśnie te obszary stanowią dla lokalnych mieszkanek i mieszkańców niepowtarzalną szanse na wcielanie w życie zapisanej w konstytucji zasady zrównoważonego rozwoju. Wystarczy tylko przestać myśleć o tym, że jedynymi kryteriami mierzenia cywilizacyjnego postępu są autostrady i fabryki.Doniesienia wskazują, że hotele w Augustowie są zarezerwowane ze znaczącym wyprzedzeniem - wszystko dzięki temu, że miliony ludzi usłyszały o Dolinie Rospudy. Wystarczy większa promocja, by podobne szanse rozwoju mogły pojawić się także dla innych rejonów bliskich sieci Natura 2000. Turystyka i agroturystyka to szansa na godne życie, gdyż wiąże się z wieloma inwestycjami, które pozostają do dyspozycji lokalnych społeczności. Na przykład infrastruktura komunikacyjna albo publiczny transport, który powstanie, gdy będą istniały ku temu warunki - turystki i turyści na pewno będą czynnikiem ułatwiającym poprawę tego typu usług. Dodatkowe miejsca pracy mogą wiązać się z obsługą terenu, placówkami edukacyjnymi i usługowymi albo oprowadzaniem wycieczek. Są to miejsca pracy, które mogą wiele obszarów poza centrami rozwoju pchnąć w dobrym kierunku.Same tereny z kolei nie są zupełnie wyłączone z użytku - wręcz przeciwnie, czasem, jeśli taka jest ich specyfika (np. siedliska zwierząt polnych), użytkowanie danych obszarów jest pożądane. Ich ochrona zapobiega ekscesom i ratuje nierzadko zagrożone gatunki i krajobrazy. Osoby zajmujące się rolnictwem zawierają umowy dotyczące warunków użytkowania i dostają rekompensaty finansowe za ograniczenie ich prawa do swobodnego gospodarzenia. Trudno zatem mówić w takim wypadku o jakimkolwiek ograniczeniu rozwoju lokalnych społeczności.Tereny wybierane do sieci nie są obszarami takie, jak miliony innych. Na ich terenach występuje wiele endemicznych gatunków albo też reliktów pierwotnych ekosystemów. Do ich ochrony zobowiązuje nas nie tylko Unia Europejska, ale tez i inne międzynarodowe zobowiązania, takie jak Konwencja o Różnorodności Biologicznej z Rio de Janeiro (1992). Sama Unia nie narzuca nam wbrew pozorom zbyt wiele, określa bowiem jedynie ogólne warunki, które musimy spełniać przy ochronie. Chodzi o zachowywanie zasięgu siedliska lub liczebności danego gatunku, specyficzna struktura terenu itp. W sprawie Rospudy widać było wyraźnie, że kryteria te nie zostaną zachowane.Może zatem, zamiast utyskiwać na los mieszkanek i mieszkańców Augustowa, wesprzeć działania na rzecz Rail Baltica i większego udziału transportu kolejowego? W ten sposób TIRy tak czy siak przestaną być zmorą tamtego obszaru. Warto też tam jeździć i po prostu odpoczywać, dzięki czemu pokaże się, że z turystyki można godnie żyć. Skoro możemy uniknąć przy modernizacji błędów innych państw, które zniszczyły swoje unikalne ekosystemy, czemu nie skorzystać z tej wyjątkowej okazji?
Rząd potrafi przeprowadzić nawet najbardziej słuszną reformę w średnio przemyślany sposób. Jak bowiem inaczej określić chaos, związany z posłaniem sześcioletnich dzieci do szkoły? Po ogłoszeniu tej decyzji i wyasygnowaniu odpowiedniej kwoty z budżetu na niezbędne dostosowanie obiektów szkolnych, wszystko powinno hulać jak w szwajcarskim zegarku. Do przeprowadzenia tak kompleksowej zmiany powinno przeznaczyć się odpowiednią ilość czasu, gwarantującą sprawne przeprowadzenie tegoż procesu. Jak widać, tak łatwo nie jest, o czym świadczą najlepiej wypowiedzi zaniepokojonych rodziców. Skoro w nowym modelu pierwsza klasa ma łączyć naukę z zabawą, w związku z tym niezbędna infrastruktura (maty, audio-video, komputery) musi być zapewniona. Mało bowiem chce dziecko posyłać z przedszkola do placówki, w której dajmy na to wf odbywać się będzie na korytarzu...O ile z tym argumentem rodziców trudno się nie zgodzić, o tyle już odwoływanie się do emocji i odbierania dzieciństwa, choć zrozumiałe z emocjonalnego punktu widzenia, z punktu widzenia racjonalności tego pomysłu raczej się nie broni. To tak, jakby powiedzieć, że zostawianie dzieciaków w żłobku je krzywdzi. Wcale niekoniecznie - być może jednocześnie zapewnia partnerski model rodziny, zamiast zamykać kobietę w domu, a dodatkowo oddaje malca w ręce całkiem nieźle przeszkolonych osób. Władze miejskie i lokalni politycy raczej słabo rozpoznają rodzicielskie problemy w tej materii. W Warszawie dajmy na to SLD chce przeforsować zmniejszenie i docelową likwidację opłat za przedszkole, podczas gdy największym problemem w tym momencie jest słaba sieć placówek tego typu. Owszem, zniesienie opłat z pewnością ułatwiłoby życie i podratowało domowe budżety, ale jest zupełnie bezużyteczne w sytuacji, kiedy nie da się dziecka zapisać do jakiejkolwiek placówki!W całej dyskusji nie zwraca się także uwagi na jedną, istotną kwestię. Dziecko w tym wieku bardziej niż rodziców potrzebuje koleżanek i kolegów. Tworzenie społeczności jest niezbędnym elementem rozwoju młodego człowieka, podobnie jak i opieka niespokrewnionej osoby, która mogłaby wpływać na ich zachowanie. To także szansa na kreowanie przestrzeni dla tolerancji, wzajemnego zrozumienia i wielokulturowości. Większą szansą ku temu jest przestrzeń szkolna, w której spotyka się osoby o różnej płci, wzroście, wyglądzie. Rodzina, szczególnie w polskich warunkach kulturowych, jest z reguły dużo bardziej homogeniczna. Wiadomo, że nikt od sześciolatka nie wymaga pierwiastkowania - chociaż i to nie jest pewne, bowiem nadopiekuńczy rodzice są w stanie zapełnić całe dnie swoich pociech, nierzadko nie pytając się ich o to, czy chcą grać na pianinie czy uczyć się francuskiego. Do tej pory dzieciaki zmuszane były wpierw do nauki pisania i czytania w "zerówce", a następnie do powtarzania tegoż samego procesu w pierwszej klasie. Sześciolatki w szkole niwelują ten proces, a dodatkowo faktycznie zwiększają szanse edukacyjne młodych ludzi. Przedszkole, szczególnie na obszarach wiejskich, nadal nie jest powszechną formą edukacji, ale podstawówki - na szczęście już tak.Poza tym bez obaw - młodzi się nie przepracują. Jeszcze parę lat temu przedmiotów było faktycznie dużo więcej. Teraz niemal wszystko wepchane zostało w jakże pojemy worek "nauczania zintegrowanego". Dodatkowo planuje się okroić spis lektur, tak więc nie będą się przepracowywać. Jeśli każdej i każdemu zapewni się dostęp do Internetu w szkole albo do darmowych lekcji angielskiego w wieku 6 lat, to wyjdzie nam to tylko na dobre. Pod warunkiem wszakże, że cały proces wykonany zostanie z głową - co, jak widać, takie oczywiste już nie jest...Tak więc, kochani rodzice - pilnujcie, żeby w szkole dziatwa trochę się pobawiła i miała ku temu warunki, mogła uczyć się języka, była usieciowiona i uczyła się o ochronie środowiska. Nie chcecie chyba, żeby wasze dzieci zostawiały swoje śmieci w lesie, czyż nie? Sprawdzajcie też, czy tak chłopcy, jak i dziewczynki miały się z kim identyfikować i nie było tak, że młodym facetom mówi się, że do nich świat należy, a dziewczyny mają tylko im gotować i prać skarpetki. Dostaniecie trochę czasu dla siebie, a i efekty wychowawcze mogą się okazać dużo fajniejsze, niż przymuszanie dziatwy do grania na skrzypcach, bo zawsze chciałyśmy/chcieliśmy, ale jakoś nam nie wyszło.
Stagnacja - to bodaj najlepsze określenie, jakie pasuje do sytuacji na scenie politycznej w tym momencie. Słupki procentowe stoją w miejscu, bo trudno mi uznać, że jest inaczej, kiedy największe wahnięcie nastrojów zamyka się w 0,6 punkta procentowego. Nie zmieniają się proporcje tak Sejmu, jak i Parlamentu Europejskiego (odpowiednio po 32, 15 i 4 mandaty dla trzech największych formacji). Okresowe wzrosty albo spadki (np. dla PO po wzniesieniu hasła chemicznej kastracji pedofili poparcie gwałtownie podskoczyło...) nie zmieniają ogólnych trendów. PO niezmiennie na szczycie, PiS okopany w swym twardym elektoracie, SLD odzyskujący poparcie w żółwim tempie, PSL słabnące po tym, jak okazało się, że ich promodernizacyjna maska skrywa stare oblicze nepotyzmu - to wszystko rzeczywistość, w której przyszło nam żyć. Mniejsze formacje raczej wegetują niż egzystują, trudno zatem liczyć na większe zmiany. A może jednak...
W obliczu w sumie dość monotonnego badania warto wybiec w przyszłość i zanalizować, co może stać się w przyszłości, jeżeli słowa staną się ciałem i dwie nowe formacje na scenie politycznej faktycznie zaistnieją. Pierszą z nich, która raczej na pewno już pojawi się na wybory do Parlamentu Europejskiego, jest szeroko pojęta Centrolewica. Jej trzonem ma być SDPL i PD - partie, które we wrześniu zdobyły łącznie 2,5% poparcia społecznego. W swojej koalicji widzą też Partię Kobiet i Zielonych, ale tak PK, jak i my mamy jeszcze przed sobą decyzję o formie startu, uzależnioną od zgodności programowej i tego, czy dwa proponujące podmioty zamierzają traktować nas po partnersku. Po rozpadzie LiD do mediów przeciekła informacja, że tego typu formacja na "lewo od PO" mogłaby liczyć na 7% poparcia - tyle, co wówczas SLD. Gdyby inne partie uzyskałyby takie same wyniki, dałoby im to 4 mandaty w europarlamencie i 20 w Sejmie. Jest zatem o co walczyć.
Po pierwsze, sytuacja tak nagłego skoku poparcia da się wytłumaczyć poprzez schemat synergii, streszczający się w haśle "2+2=5". Wyborczynie i wyborcy premiują za jedność, natomiast kwestią otwartą jest to, z tą premią zrobi się później. W 2005 roku Partia Demokratyczna dostała olbrzymi kredyt zaufania, bo 12?, który roztrwoniła do poziomu 2,45%. Ważne więc, by w ewentualnej kampanii podkreślać młodość, świeżość i profesjonalizm, a nie zanudzać "autorytetami" i sztywną kampanią bez pomysłu. Inaczej te 7% równie szybko może zmienić się w 0,7%...
Inną kwestią jest też to, komu ta inicjatywa ma szanse odebrać głosy. Może przede wszystkim sięgnąć po głosy osób niezdecydowanych, których w niektórych sondażach bywa nawet po 20%. Dodatkowo, skoro w kategoriach werbalnych PO skręca w prawo, to osoby, którze w 2007 taktycznie przerzuciły swój głos z LiD na PO, teraz mogą zechcieć wspomóc nową formację. Nie za bardzo dawałbym głowę za przepływ elektoratu z terenów SLD - skoro partia ta nie traci na werbalnym radykaliźmie, znaczy to, że jednak formacja wypełniająca tego typu niszę ma rację bytu. Mylić się jest jednak rzeczą ludzką, więc upierać się nie zamierzam.
Za dwa lata na kartkach wyborczych w samorządach może pojawić się opcja "Polska XXI". Kolejna prawicowa inicjatywa pod skrzydłami Dutkiweicza i Ujazdowskiego może napsuć krwi tak PO, jak i PiS. Bardziej moim zdaniem tym pierwszym, bowiem brzmi ona jak PO 2.0, a dla większości twardego, wykluczonego elektoratu PiS nie będzie ona specjalnie atrakcyjna. Przyjmijmy zatem, że i ona zdobywa te 7% - co wtedy mamy w naszych na razie stojących niewzruszenie słupkach? Dystans między Platformą a partią Kaczyńskiego zmniejsza się, ale ma za to nowego, dużo bardziej od PSL przewidywalnego koalicjanta. Jeśli partie lewicowe nie pójdą po rozum do głowy, może czekać nas długoletnia dominacja sił konserwatywno-neoliberalnych, a tego mało kto chyba chce. Jednocześnie dość trudno powiedzieć, skąd ma nadejść wybawienie od tej groźby. Najbliższe miesiące muszą przynieść odpowiedź na to pytanie.