22 grudnia 2010

Protestantyzm po polsku. Między teorią teologów a praktyką wyznawców

Okres świąteczny to dobry moment, by nieco zwolnić. Ponieważ jednak mam nieco starych tekstów - głównie prac rocznych z poprzednich lat studiów, których nie umieściłem na tym blogu - zamierzam je odkurzyć. Teraz łatwiej jest się zatrzymać i zadumać nad rzeczywistością, a także sprawdzić, czy teksty te wytrzymują próby czasu. Czy wytrzymuje go analiza płytkiej recepcji protestantyzmu przez rodzime elity? Wydaje się, że tak, choć z pewnością wymaga to bardziej szczegółowych badań. Choć nie każda osoba czytająca poniższy tekst z wnioskami się zgadza, to jednak wydaję mi się, że powinien być dobrym przyczynkiem do dyskusji, dobrze wpisującej się w debatę na temat źródeł polskiej półperyferyjności - nie tylko ekonomicznej.

***

XVI wiek był okresem, na przestrzeni którego zdecydowała się religijna mapa kontynentu europejskiego. Wystąpienia Marcina Lutra, Ulricha Zwinglego czy Jana Kalwina nie dały się już zepchnąć jak w poprzednich wiekach do lokalnych wystąpień prowansalskich katarów, czeskich husytów czy bułgarskich bogomiłów. Inny był już wówczas stan Kościoła i stan ducha. Na szeroką skalę szerzył się handel odpustami, ilość relikwii zaczęła budzić coraz większe przerażenie w kręgach intelektualnych, a nowe, odrodzeniowe prądy dużo bardziej zachęcały do dystansu w stosunku do oficjalnej linii hierarchii kościelnej. Po średniowiecznym lęku przed śmiercią górę zaczęła brać tęsknota za życiem. Szerzył się indywidualizm, autorzy dzieł sztuki przestawali być anonimowi, a upowszechnienie druku dodatkowo stworzyło medium, którym mogły rozprzestrzeniać się nowe, ożywcze prądy myślowe.

Twórcy nowych wyznań z początku chcieli jedynie reformy katolicyzmu – dopiero później, w wyniku nieprzejednania obydwu stron sporu, doszło do ostatecznego zerwania. Zerwanie to w dużej mierze zaciążyło na kolejnych dziesięcioleciach historii kontynentu, pogrążającego się w czeluści wojen religijnych. Efekty szesnastowiecznej reformy – w sednie swym konserwatywnej, dążącej przede wszystkim do oczyszczenia z tego, co postrzegała ona jako narośl na pierwotnym nauczaniu Kościoła, widoczne są jednak do dziś, chociażby w innej mentalności panującej w krajach katolickich i protestanckich. Różnice te dość często są powodem snucia dość daleko idących wniosków, czego najlepszym przykładem była teza Maxa Webera o „protestanckiej etyce pracy”. Abstrahując od poziomu ich słuszności, jedno jest pewne – to, że w pewnych miejscach kult świętych i maryjny, niektóre sakramenty czy też pielgrzymki zostały zarzucone ma spory wpływ na kulturę i sposób myślenia lokalnych społeczności.

Na polskim podwórku widać to na przykładzie stereotypowego obrazu mieszkańca Wielkopolski. Ma on, dzięki wieloletniemu pozostawaniu w orbicie wpływów luterańskich Prus, być dużo bardziej oszczędny i dbający o porządek w porównaniu do reszty kraju. Kwestia religijna łączy się z narodowościową na Opolszczyźnie, gdy opowiada się o zadbanych ogródkach tamtejszych Niemek i Niemców. Choć są to opinie opierające się na dużym stopniu uogólnienia, to jednak w jakiś odległy sposób wpisują się one w protestanckie ideały pracy, oszczędności formy (widocznej głównie w luterańskich i kalwińskich świątyniach) i skromnego życia. Ideał Lutra i Kalwina przez wieki ulegał zmianom i dziś, w dobie globalizacji i multikulturalizmu, różnice kulturowe na bazie wyznaniowej nie są już aż tak widoczne.

W XVI wieku o przyjmowaniu lub odrzucaniu „nowinek” decydowały nie tylko względy teologiczne, ale w dużej mierze i polityczne. Władcy decydujący się na zerwanie z Rzymem przeciągali na swoją stronę większość mieszkanek i mieszkańców swoich władztw, ciesząc się z powodu możliwości upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu. Po pierwsze, stawali się beneficjentami likwidacji zakonów, a dzięki obdarowywaniu szlachty częścią zysków z tego procederu, mogli zapewnić sobie ich lojalność w procesie religijnej transformacji. Po drugie, protestantyzm znosił roszczenia władzy duchowej do decydowaniu o losach kraju. Duchowni nie byli już „namiestnikami Boga na ziemi” (ostrze luterańskiej i kalwińskiej nauki w dużej mierze skierowane było przeciwko takim roszczeniom papieża), lecz jedynie służącymi lokalnej społeczności wiernych. W takiej koncepcji, gdzie król staje się głową kościoła narodowego, więcej jest miejsca dla rodzenia się poczucia odrębności narodowej, silnej władzy królewskiej i dążeń centralizacyjnych. Inna koncepcja życia, uznająca, że bogactwo jest dowodem łaski Bożej (szczególnie widocznej w kalwinizmie, akcentującym predestynację) sprzyjać mogła kapitalistycznej akumulacji kapitału. „Człowiek protestancki” różnił się od „człowieka katolickiego” inną hierarchią wartości i sposobem przeżywania swojej wiary.

Jeśli taką różnicę dowieść można (a wydaje się, że zupełnie inna będzie chociażby socjalizacja osoby czytającej Biblię w języku narodowym, a inna – osoby słuchającej mszy po łacinie podczas pielgrzymki na Kalwarii Pacławskiej czy Zebrzydowskiej), należałoby zastanowić się, czy w polskich warunkach, w XVI wieku, istniał kapitał intelektualny i kulturowy, umożliwiający transformację wyznaniową Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ponieważ królowie decydowali się na trzymanie się łączności z Rzymem, w rzeczywistości ustrojowej Polski Złotego wieku jedynie silny wpływ szlachty mógłby skłonić władcę do powołania kościoła narodowego. W szczytowym okresie sukcesów Reformacji szacuje się, że od katolicyzmu odeszło około 20% szlachty, której główne skupiska obejmowały Małopolskę i Litwę.

Cóż zatem w ówczesnej kulturze sprawiło, że szlachta en masse zdecydowała się na pozostanie przy „papistach”, a kontrreformacja bardzo szybko ograniczyła początkowe sukcesy kalwinów i luteran? By to zbadać, warto porównać nauczanie i sposób działania reformatora, który odniósł spory sukces – Jana Kalwina, z praktyką teologiczną i egzystencjalną polskiej szlachty kalwińskiej. Obok najbardziej charakterystycznej postaci rodzimej reformacji – Mikołaja Reja z Nagłowic, warto spojrzeć na Jana Łaskiego – jedynego szerzej znanego na świecie polskiego teologa ewangelickiego.

Jak już wspomniałem, jednym z ważniejszych czynników wpływających na upowszechnienie się protestantyzmu w niektórych częściach kontynentu europejskiego była polityka. Przyjęcie nauczania Lutra czy Kalwina oznaczało wymierne korzyści ekonomiczne dla warstw ziemiańskich. Rzecz jasna nawet te korzyści nie byłyby ostatecznym powodem dla zerwania z Rzymem (co łączyło się w końcu z ryzykiem utraty stabilności czy też zmianą geopolitycznych sojuszy), gdyby nie poczucie rozkładu dotychczasowej formy funkcjonowania Kościoła i teologicznej kompetencji reformatorów. Władcy doskonale zdawali sobie sprawę, że tak sacrum, jak i profanum musi być po ich stronie.

Jakie zatem były powody nietrwałości polskiego protestantyzmu, które można zauważyć już w dziełach rodzimych autorów z epoki? Nie chodziło tu raczej o obyczajowość i o teologiczną bezkompromisowość. Mikołaj Rej dość luźno interpretował teologię kalwińską, zawierając w swoich utworach unikalną (aczkolwiek niespójną zdaniem między innymi Janusza Maciuszki) mieszankę doktryn kalwińskich, luterańskich i erazmiańskich. Tego typu dysonans widoczny był na przykład w kwestii predystynacji, dla Reja zupełnie nie do przyjęcia. Zamiast przekonania o z góry zadecydowanym przez Boga zbawieniu jednych i potępieniu innych pisze on w „Żywotach człowieka poczciwego”:

"A także i człowiek, gdy się tam na ten czas urodzić mu się przytrefi, już wedle spraw i przyrodzenia onej planety z takimiż się obyczajami i postępki urodzić się musi. A to jest praedistinatio (...) Boćby to niepotrzebna praca była tego tak wielmożnego Bóstwa, aby po piąci abo po sześci tysięcy lat o namniejszym człowieczku od początku świata wiedzieć a postanowić miał, jako się kto urodzić miał i z jakimi obyczajami." (ks. I, kap. I, [fragm.])

Dla porównania warto przytoczyć dość dobitny cytat z Jana Kalwina, przytoczony w książce Bernarda Cottreta:

"Od dawna szaleńcza ciekawość wiodła do tego, by sądzić na podstawie gwiazd o wszystkim, co ma się przydarzyć ludziom, i stąd czerpać wiedzę, jak też rady, co zrobić mamy."

Choć twierdzenie Reja nie jest zachętą do wróżb, to jednak przyznaje on, że w układzie gwiazd i sposobie ich poruszania się tkwi niezrozumiały dla człowieka, nadany przez Boga sens. W tym samym czasie jego duchowy mentor wyraźnie opowiada się przeciwko „astrologii wyrokującej” i jest skłonny zaakceptować jedynie „astrologię naukową”, a więc dzisiejszą astronomię. Widzi w niej dowód siły Bożego stworzenia, odrzuca jednak uznanie jej za uniwersalny mechanizm decydowania o ludzkich losach – nawet, jeśli miałby to być boski mechanizm. Jego predystynacja opiera się na wizji bożej wszechmocy, podczas gdy ta Reja w jakiś sposób „uczłowiecza” Boga. Znacznie więcej widzi on miejsca dla wolnego wyboru, przez co zbliża się do Lutra i do tradycyjnego nauczania kościelnego.

Poza kwestiami stricte teologicznymi ważny też był ton, w którym głosiło się swoje prawdy. Rej bliższy tu był luterskiej rubaszności niż kalwińskiej, mieszczańskiej powściągliwości. Dowodem mogą na to być na to chociażby „Figliki”, pełne dość mocnych jak na dzisiejsze standardy opisów czynności fizjologicznych. Krytyka katolickich dogmatów i zwyczajów, takich jak kult świętych, ruch pielgrzymkowy czy też opieranie wiary na pozabiblijnych źródłach jest tu bardzo ostra, nawet biorąc poprawkę na fakt, że nadal rozpatrujemy czasy, w których popularna była skatologiczna literatura sowizdrzalska. Tytuły niektórych krótkich form mówią same za siebie –"Baba, co pierdziała u krzcin" czy "Co na krzyżu chłopy posrał". W innych liczy się treść – surowe piętnowanie kościelnych nadużyć, widzianych przez krzywe zwierciadło, jak na przykład pogrzeb psa, który "krześcijańskie skonał" ("Pleban pieska na cmyntarzu pochował").

Wśród badaczy epoki trwa dyskusja na temat tego, powyższe przykłady reprezentują jakąś pozytywną wizję teologiczno-dydaktyczną, czy też są jedynie przejawem popularnego wówczas wśród szlachty antyklerykalizmu. Pamiętajmy, że wiek szesnasty to okres poważnych zatargów szlachty i duchowieństwa katolickiego. Ci pierwsi, którzy dzięki królewskim przywilejom zapewnili sobie zakaz uwięzienia bez wyroku sądowego, pragnęli oswobodzić się od sądownictwa kościelnego i płacenia dziesięcin. Idea „taniego kościoła” musiała do nich trafiać, likwidowała bowiem problem konkurencyjnego ośrodka władzy politycznej i ekonomicznej. Stąd bardzo popularne w okresie Zygmunta Starego pomysły utworzenia kościoła narodowego wzorem anglikańskiego.

Dysonans między zacnymi postaciami polskiej reformacji a praktyką wyznawców musiał być dość znaczny, jeśli weźmiemy pod uwagę nieco starsze, przytoczone przez Janusza Tazbira, źródło. W „Szlachcie i teologach” przytacza on zdanie, wygłoszone przez luterańskiego pastora, Daniela Kałaja, po jednym ze zwycięstw Jana III Sobieskiego:

"Zemnąć zwycięsca lud brzmi głos Hosanny (...)
i Magnificat Przenajświętszej Panny"

Skoro jeden z podstawowych powodów do oddzielenia się od Rzymu – kult maryjny – nie został do końca urefleksyjniony po tylu latach istnienia protestantyzmu na ziemiach polskich, i to wśród grupy dysydenckiej, która nie miała już interesu politycznego w tym, by pozostawać przy luteranizmie (jest to już bowiem czas po wypędzeniu arian i okres pierwszych ograniczeń w dostępie do urzędów i możliwości porzucenia katolicyzmu), to czy można spodziewać się nagle zaskakująco wyższej świadomości wyznaniowej wśród dajmy na to małopolskiej szlachty kalwińskiej wiek wcześniej?

Bardzo istotną rolę wpierw w procesie popularyzacji protestantyzmu wśród szlachty, a następnie w odchodzeniu od niego pełnił stosunek do władzy monarszej. Luter i Kalwin, choć chcieli, by władca budował społeczność osób wierzących, nie mieli wiele przeciw silnej władzy królewskiej. Dopóki istniała spora grupa średniej szlachty, która miała interes we wspieraniu króla przeciw magnaterii, dopóty tendencje centralizacyjne mogły mieć pewien posłuch. W tan sposób polityka wpływała bezpośrednio na kulturę i teologię, umożliwiając Janowi Łaskiemu pisanie "Listów trzech" do króla, Senatu i izby poselskiej. Z sympatią musiały spotykać się wtręty o"antychrystusowej tyranii rzymskiego papieża i jego rogatych kreatur", jednak ten sam Łaski popadł w zapomnienie, gdy zniknęło zapotrzebowanie polityczne na ustrojową równowagę, a rozpleniła się „złota wolność”.

Cezurą stała się tu kontrreformacja. Zdając sobie sprawę z faktycznego końca uniwersalizmu w Europie Zachodniej, kościół katolicki na soborze trydenckim (1545-1563) zdecydował się na przeciwstawienie chłodnemu, intelektualnemu protestantyzmowi emocji. Zdecydowano się na dalszy rozwój kultów świętych, mających od tej pory już nie tylko bardziej narodowy, ale wręcz lokalny charakter. Bardzo odpowiadało to rosnącej w sile magnaterii, dążącej do maksymalnego osłabienia władzy królewskiej. Nie musiało to z kolei stawiać w uprzywilejowanej pozycji protestantów, którzy, śladami Reja, sceptycznie patrzyli na rokosze i dążyli raczej do napominania króla poprzez tłumaczenie mu jego błędów. W takiej sytuacji Kościół przestawał być głównym wrogiem (tym bardziej, że jurysdykcje sądów kościelnych nad szlachtą zniesiono), zatem narzekania znane ze słynnej „Rozprawy między panem, wójtem a plebanem” zaczęły być nieaktualne.

Intelektualny chłód nie pasował do ówczesnej „sarmackiej fantazji”, o której wspomina Tazbir – nadawania świętym herbów szlacheckich i podkreślania roli Rzeczypospolitej jako „oblężonej twierdzy chrześcijaństwa”. Zdecydowana większość szlachty dysydenckiej, po „przygodach z protestantyzmem” powracało do katolicyzmu. Nie było wówczas żadnego buforu, który mógłby powstrzymać ów proces. Nie doszło do sojuszu ponadstanowego na linii szlachta – mieszczaństwo czy też szlachta – chłopstwo. W obydwu wypadkach utrudniał ten proces model ekonomii folwarczno – pańszczyźnianej, rozpowszechniony na wschód od Łaby. Słabe miasta wytworzyły swoją kulturę, najbardziej widoczną w wypadku protestanckich miejscowości handlowych, takich jak Gdańsk czy Toruń. Przy rosnących obciążeniach fiskalnych chłopstwa nie miało ono sił i czasu, by stać się równorzędnym partnerem dla szlachty. We wspomnianej już „Rozprawie…” pan karci plebana, ale gdy podobnie czyni wójt, słyszy od niego:

"A co ty masz więcej myślić?
Zrobiwszy dzień, czynsz zapłacić.
Nie myślisz o żadnej sprawie,
Ni o wojnie, ni o prawie,
Jako pies na piecu tyjesz,
Siedząc w karczmie gębę myjesz,
Bo pan musi strzec twej krzywdy"

Jedynym odłamem protestanckim, który zamiast prawić humanistyczne morały na temat doli chłopstwa realnie ją odmieniał, byli arianie. Ci jednak nie cieszyli się sympatią luteran i kalwinów. Bardzo możliwe, że obcowanie z utopią braci polskich zrewidowało spojrzenie sporej części szlachty na korzyści płynące ze zmiany wiary. O emancypacji mowy być nie mogło – w sporej części świątyń nadal istniały osobne miejsca dla poszczególnych stanów. Chłopstwo zmieniało wyznanie wraz ze zmianą wyznania właściciela wsi. Dla utrzymania „ładu społecznego” korzystniej było im powrócić do katolicyzmu i kontynuować pańszczyźniany wyzysk.

Ziemiański topos arkadyjski i model życia wiejskiego zupełnie inaczej wpływał na możliwości rozwoju dojrzałej formy katolicyzmu. Jak wspomina Aron Guriewicz w „Kategoriach kultury średniowiecznej”, czas w mieście płynie inaczej niż na wsi, co w sposób zasadniczy wpływa na sposób jego organizacji. W mieście kultura zwycięża naturę, czas nie jest już w rękach Kościoła, kiedy powstają świeckie zegary. Ułatwia to autonomizację jednostek i pozwala na kwestionowanie dotychczasowych autorytetów. Skupiska ludzi ułatwiają dialog i interakcję. W tego typu środowisku – które do tej pory było tłamszone bądź to przez dominację polityczną szlachty, bądź też przez wpływy duchowieństwa, protestantyzm staje się ideą emancypacyjną. Dowartościowuje ona do tej pory potępiane wartości rodzącego się życia miejskiego – pracę, oszczędzanie, obrót kapitałowy. Sukces finansowy (szczególnie w modelu kalwińskim) utożsamia się ze świadectwem bożej łaski – jedynej możliwości zbawienia. Teraz nieba nie da się już osiągnąć poprzez ufundowanie kaplicy w kościele czy też płatny odpust – trzeba je sobie wypracować.

Wiejskie życie szlacheckie nie miało z takim modelem wiele wspólnego. Emancypację od i tak słabej władzy duchownej osiągnięto bardzo szybko. Obieg idei, w warunkach nadal słabej cyrkulacji druku i sporych odległości nie ułatwiał zadania. Ułatwiało to deformacje teologiczne, o których w liście „Do szlachty” pisał Jan Łaski:

"(...)każdy ze szlachty ustanawia u siebie porządek nabożeństw według własnego uznania (...) Lecz nie tak sama różnorodność ceremonii jest tu naganna - byleby to, co najważniejsze, nie różniło się i nie podlegało profanacji - jak naganne są częste zmiany w tej materii. One bowiem wywołują u maluczkich najpierw zwątpienie wobec całej niemal religii, następnie zaś nawet lekceważenie jej."

W sytuacji niezrealizowania podstawowych postulatów atrakcyjnych dla ewangelickiej szlachty – powołania kościoła narodowego i zerwania z Rzymem, długofalowo nie opłacało się pozostawać przy „reformie”. Potrydencka „sarmatyzacja katolicyzmu” stworzyła bardzo atrakcyjny dla szlachty wzorzec kulturowy, umożliwiający legitymizację myślenia w kategoriach „złotej wolności”. Obserwując twórczość Mikołaja Reja nie widać w niej alternatywnej myśli, która nie mogła być przyswojona przez jego katolickich pobratymców. Niespójne teorie teologiczne odstawały od myśli zachodnioeuropejskiej, utwory mające dyskredytować katolicyzm łatwo można było pominąć milczeniem lub też uznać je za przejaw ludowego antyklerykalizmu, zaś dydaktyczny wymiar „Żywota człowieka poczciwego” mógł łatwo zostać sprowadzony do obyczajowego poradnika dobrego, szlacheckiego zachowania. Teologiczne argumenty, jakie wydobywa z teksów „ojca języka polskiego” pastor Maciuszko są interesujące, jednak w zetknięciu z nauczaniem Jana Kalwina widać dysonans poznawczy, którego powody starałem się wytłumaczyć w niniejszym tekście.

Być może zabrzmi to kontrowersyjnie, jednak dla szlachty główny nurt protestantyzmu… nie był alternatywą. Nie był nią z powodów kulturowych – nie dawał bowiem możliwości prowadzenia odmiennego stylu życia, odpowiadającego rodzimemu światopoglądowi, sposobowi przeżywania wiary (do dziś opartego głównie na ludycznym obcowaniu z symboliką) i stylowi życia. Protestantyzm w wersji szlacheckiej był dość rozmyty – mało prawdopodobne, by dało się wśród niej wytępić hazard i skłonności do zakrapianych alkoholem zabaw, co w Genewie czynił (nie bez problemów) Jan Kalwin. Rej, ze swą pochwałą poczciwości, cnoty i umiarkowania zbliża się bardziej do Seneki i do „złotego środka” niż do teologicznych niuansów Kalwina. Bardziej niż zgłębianie niuansów listów apostolskich preferować będzie pisanie o zajmowaniu się gospodarstwem. Rej, by użyć tu analogii, zajmuje się raczej „językiem życia”, podczas gdy Kalwin jednocześnie analizuje „duchowy metajęzyk”, budując nadbudowę to tworzonej w Genewie bazy nowego państwa bożego.

Kiedy chwalimy się byciem „państwem bez stosów” zapominamy o tym, że spory religijne Europy Zachodniej tworzyły realne podziały światopoglądowe. W Polsce, dużo bardziej niż z powodu wszechogarniającej tolerancji (której nie starczyło dla braci polskich, kwestionujących swą nauką zastane stosunki społeczne), stosów nie było z powodu słabości intelektualnego dyskursu religijnego. Podział religijny nie był tu czynnikiem prowadzącym na przykład do powstania na większą skalę rozbieżnych interesów w obrębie szlachty. Co więcej – musiała być to na tyle mało istotna kwestia, że po spełnieniu części protestanckich postulatów politycznych, włącznie z tolerancją religijną gwarantowaną przez kolejnych władców elekcyjnych, szlachta innowiercza potrafiła za swą patronkę wraz z katolicką uznawać Maryję. Tak skrajny dysonans między religijną teorią a życiową praktyką. Bezproblemowe dołączenie się do grona uznających Matkę Boską za Królową Polski nie mieści się nawet w najbardziej szerokiej interpretacji protestanckiego szacunku dla postaci biblijnych. Pojedynczy teologowie, pozytywnie się wyróżniający (tak jak na przykład wspomniany wyżej Jan Łaski) nie potrafili przeorać szlacheckiej mentalności.

Owa słabość ówczesnej dyskusji może być odniesiona do trwającej obecnie debaty na temat roli i przyszłości demokracji. „model konsensualny” poddawany był w wątpliwość na przykład przez Karla Schmitta, a alternatywny pomysł – „demokracji agonicznej”, proponowany przez Chantal Mouffe, może być odniesiony także do Rzeczypospolitej szlacheckiej XVI i XVII wieku. Mouffe uznaje, że aktualny model dyskursu zaciera różnice pomiędzy dyskutującymi strona i umożliwia jednej z nich, pod płaszczykiem „kompromisu” narzucić drugiej rozwiązania, z którymi się nie zgadza. Sprzeciw wobec przyjęcia „kompromisu” łatwo w takiej sytuacji przedstawić jako na przykład „warcholstwo” , „brak rozsądku” czy też „brak skłonności do dialogu”. Mouffe proponuje zmianę reguł gry – strony sporu winny, uznając swoje prawo do istnienia, dążyć do przeforsowania swojej wizji rzeczywistości.

W szesnastowiecznej Europie zabrakło modelu uznania drugiej strony, co doprowadziło do wyniszczających kontynent wojen religijnych. Symboli takiego modelu nie trzeba szukać daleko – Jan Kalwin, potrafiący skrytykować nawet uczestniczenie w katolickich mszach świętych pojedynczych osób, nie mających dostępu do wspólnot reformowanych, wpisuje się w ów model idealnie. Doświadczenia kolejnych konfliktów – a w szczególności wojny trzydziestoletniej – umożliwiły jednak przejście dialogu do modelu agonicznego i wykrystalizowanie się realnych osi podziału. Droga przyjęta w I Rzeczypospolitej była odmienna. Z początku nie tyle akceptowano różnice, co starano się nie zwracać na nią uwagi. Tumulty religijne, a następnie ograniczenia w dostępie protestantów do urzędów publicznych, rozpoczęły się wtedy, gdy reszta Europy powoli dochodziła do wniosku, że czas zaakceptować różnorodność.

„Polska droga” to relatywnie szybkie przyjęcie „kompromisu wyznaniowego”, gwarantującego zachowanie status quo w zamian za szacunek wobec mniejszości. Następnie, w wyniku braku artykulacji wyrazistych różnic światopoglądowych, „kompromis” przeciągany jest za pomocą kontrreformacji coraz bardziej w kierunku powrotu do katolickiej ortodoksji (w sarmackim wydaniu równie bezrefleksyjnej, co rodzimy protestantyzm), po czym pozostałą mniejszość powoli zaczyna się izolować i upośledzać politycznie. Nic dziwnego, skoro pewna część „ojców założycieli” polskiego luteranizmu i kalwinizmu uznana za takowych została post factum – na przykład Andrzej Frycz Modrzewski, formalnie do końca życia katolik, atakowany był z obydwu stron barykady za swe wyznaniowe niezdecydowanie. Także i u niego, w jego twórczości politycznej, bardziej niż religijne tezy widać postulaty, które mogły być równie chętnie zaakceptowane (bądź odrzucone), przez katolików i protestantów. W pierwszej księdze „O poprawie Rzeczypospolitej” postuluje on na przykład powołanie urzędu zajmującego się moralnością. Pisze on:

"A tak trzeba by takich dozorców w każdym powiecie dwu obrać, którzy by pewnych czasów czynili opyt [nasłuch] i wywiadowanie około obyczajów ludzkich, abo i zachowania, jakim by się kto rzemiosłem bawił, i czym by się żywił. A próżnujące, a żadnej rzeczy uczciwej nie pilnujące, przeciwniki cnoty, żeby abo sami karali, abo królowi, abo inszym urzędnikom na to wysadzonym oznajmiali."

Każdy z poruszonych w niniejszej pracy wątków zasługuje na szersze omówienie, jednak wymogi dotyczące objętości pozwalają jedynie na zarysowanie głównych problemów, które leżą u źródeł braku sukcesów teologii protestanckiej w kulturze polskiej. Jedyna zwarta enklawa polskich luteran – Śląsk Cieszyński – może również być źródłem inspiracji. Tam – poza granicami przedrozbiorowej polski, wyznanie to umożliwiło zachowanie swojej odrębności etnicznej w zetknięciu z katolicką monarchią habsburską. Potwierdzałoby to dość oczywiste przekonanie, że zachowanie cechy dystynktywnej umożliwia również zachowanie odrębnej tożsamości. Rodzimy, szlachecki protestantyzm nie odróżniał się od katolicyzmu na tyle, by miał stanowić kulturowy wyróżnik. Paradoksalnie – tam, gdzie był prześladowany, czyli w cieszyńskim – przetrwał.

Podsumowując – sprowadzanie teologii do moralnego życia, brak refleksji nad własną odmiennością, porzucenie tej kwestii na rzecz „jedności stanu szlacheckiego”, niesprzyjająca struktura społeczna – to tylko niektóre z powodów, dla których protestantyzm, po początkowych sukcesach, nie zakorzenił się na ziemiach polskich. Odnosząc ten problem do nowotestamentowej przypowieści o siewcy, ziarno tego typu myślenia trafiło na płytki grunt i nie zdołało się zakorzenić, bowiem polski, szlachecki luteranin czy kalwinista "(...) nie ma w sobie korzenia, nadto jest niestały i gdy przychodzi ucisk lub prześladowanie dla słowa, wnet się gorszy" (Mt 13, 21). Nie chodzi tu o potępienie – raczej o zrozumienie mechanizmów, które umożliwiły ponowną homogenizację wyznaniową szlachty i w dalszej konsekwencji powstanie stereotypu „Polaka – katolika”.

Bibliografia (przypisy pominięte):

- Cottret Bernard, Kalwin, przeł. Monika Milewska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2000.
- Frycz Modrzewski Andrzej, O poprawie Rzeczypospolitej księgi czwore, Naukowe Wydawnictwo Piotrkowskie, Piotrków Trybunalski 2003.
- Guriewicz Aron, Kategorie kultury średniowiecznej, przeł. Józef Dancygier, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976, s. 105-155.
- Łaski Jan, Listy trzy wielce czytania godne o dobrym i prawidłowym sposobie urządzania kościołów skierowane do przepotężnego króla Polski, Senatu i pozostałych stanów, przeł. Tomasz Płóciennik, Wydawnictwo Naukowe Semper, Warszawa 2003.
- Maciuszko Janusz, Mikołaj Rej. Zapomniany teolog ewangelicki z XVI w., Chrześcijańska Akademia Teologiczna, Warszawa 2002.
- Mouffe Chantal, Polityczność. Przewodnik Krytyki Politycznej, przeł. Joanna Erbel, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008.
- Rej Mikołaj, Żywot człowieka poczciwego, Ossolineum, Wrocław 2003.
- Rej Mikołaj, Krótka rozprawa między panem, wójtem a plebanem, Biblioteka Narodowa, Warszawa 2005.
- Tazbir Janusz, Szlachta i teologowie: studia z dziejów polskiej kontrreformacji, Wiedza Powszechna, Warszawa 1987, rozdział XII „Sarmatyzacja potrydenckiego katolicyzmu”.

21 grudnia 2010

(Neo)liberalne miraże

Marzenia to piękna rzecz - gorzej, gdy ich moc jest tak duża, że zaburzają racjonalne widzenie świata i rzetelne analizowanie rzeczywistości. Odnoszę takie wrażenie po lekturze - czasem pobieżnej, czasem całkiem głębokiej - niektórych rodzimych środowisk liberalnych (jak chociażby czasopismo "Liberte!"), utyskujących nad brakiem silnej, rodzimej formacji politycznej tej proweniencji. Tęsknota ta jest tak duża, że pod miano "liberalnej" z jednej strony coraz częściej wrzuca się coraz szersze grono formacji politycznych na polskiej scenie (już nie tylko UPR, PD czy SD, ale też Ruch Poparcia Palikota czy... partię Polska Jest Najważniejsza, mającą mieć liberalny gospodarczo program ekonomiczny. To ciekawe, że w medialnych relacjach akcentowano właśnie liberalne jego akcenty, podczas gdy na stronie ruchu w relacji ze zjazdu poczesne miejsce zajęła troska o słabą ochronę pracowniczą osób pozostających bez stałych umów o pracę), z drugiej zaś - z lubością wyrzuca się Platformie Obywatelskiej zdradę wolnościowych ideałów.

Doskonałe, trzeba przyznać, wyniki FDP i Liberalnych Demokratów w ostatnich wyborach w Niemczech i Wielkiej Brytanii robiły wrażenia, u niektórych nadwiślańskich komentatorów wzbudziły spore nadzieje. Nadzieja nie jest moim zdaniem matką głupich, powinna jednak być regularnie rewidowana. Z nadzieją podchodziłem do znakomitych swego czasu wyników Zielonych w Czechach, a nawet z wyrozumiałością patrzyłem na ich wejście do prawicowego rządu. Kiedy jednak udało im się w spektakularny sposób nagiąć wiele z zasad ekopolityki, takich jak przywiązanie do pacyfizmu, progresywnego opodatkowania czy darmowej opieki medycznej, nie miałem problemu ze zwracaniem uwagi na to, że nie po to zostali wybrani do czeskiego parlamentu i że wcześniej czy później wyjdzie im to bokiem. I wyszło - dziś w ławach pozaparlamentarnej opozycji powoli, ale konsekwentnie wracają do ideowego nurtu europejskiej zielonej polityki i mam nadzieję, że proces ten zakończy się powrotem do tamtejszej Izby Deputowanych.

Mógłbym do partii Ondreja Liski, a wcześniej - Martina Bursika podejść inaczej - tak, jak dzisiaj wobec swoich pieszczochów podchodzą nadwiślańscy liberałowie. Nie patrzeć się na łamanie programu, tylko zachwycać się wynikiem sprzed czterech lat i dowodzić na jego podstawie, że w Europie Środkowej, jeśli na Zielonych jest jakaś koniunktura - to tylko na formację, będącą jakąś formą Unii Wolności na sterydach. U niektórych mych znajomych, dla których tego typu wizja zielonej polityki pozostaje atrakcyjna, takie przekonanie trzyma się mocno, a żaden racjonalny argument do nich nie trafia - z faktem, że w Polsce pierwsze wyborcze sukcesy osiągnęliśmy z lewicowej listy włącznie. Podobne zjawisko obserwuję u zwolenników liberalnego centrum, wieszczących "nową wojnę klasową" - bunt klasy średniej przeciwko państwu opiekuńczemu, mającego wynieść na szczyt formacje chcące redukować rolę państwa do "nocnego stróża". Wizja to być może krzepiąca dla liberałów, problem w tym, że nie za bardzo znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości ostatnich miesięcy.

Popatrzmy na wspominanych przeze mnie wielokrotnie na tym blogu Liberalnych Demokratów. Portretowanie ich przedwyborczego programu jako wariacji na temat kontynentalnej wizji liberalizmu jest lekką przesadą. O potrzebie redukcji sporego deficytu budżetowego mówiły w kampanii wyborczej wszystkie liczące się partie polityczne, z Zielonymi włącznie - nie sposób zatem uznać tej kwestii za przesądzającą zakwalifikowanie jakiejś partii do miana liberalizmu. Społeczny liberalizm z wyborczego programu niestety wyparował, gdy Nick Clegg wszedł w koalicję z konserwatystami, nawet nie kryjąc się z planem przesunięcia LibDemsów z centrolewicowych na centroprawicowe pozycje. Rezygnacja z wycofania się z wielomiliardowych inwestycji w system nuklearny Trident, przeforsowanie referendum na temat zmiany ordynacji wyborczej, dające do wyboru jedynie opcję dotychczasowego systemu albo też Głosu Alternatywnego, bierna akceptacja dla coraz ostrzejszych cięć w wydatkach społecznych - to nie to, na co głosował elektorat Liberalnych Demokratów. Chciał on równości szans i "uczciwości", którą miał gwarantować proces rezygnacji z opłat za studia, będący wyborczą obietnicą Clegga. Teraz, dzięki prawicowej koalicji rządowej, limit czesnego ma wzrosnąć do 9 tysięcy funtów, co w połączeniu z ograniczeniem dostępności kredytów studenckich oznacza ograniczenie dostępu wielu, młodych ludzi do wyższej edukacji.

Studentki i studenci wyszli na ulice i - widząc polityczną zdradę - odwrócili się od Liberalnych Demokratów. Z wyborczego poparcia na poziomie 23% nie zostało już zbyt wiele, ostatnie sondaże dają im 8-12% głosów. Jak widać, zejście na pozycje liberalizmu rynkowego, tak hołubionego przez główny nurt nadwiślańskich liberałów, przyniosło spektakularną porażkę. Na słabości "żółtych" wzmocnili się konserwatyści i laburzyści, w Szkocji depczą im po piętach także Zieloni. Jeśli ten trend się utrzyma (a mało prawdopodobne, co mieliby elektoratowi zaoferować LibDemsi, żeby odzyskali stracone poparcie), to za cztery lata może to oznaczać spore osłabienie frakcji liberalnej w Europarlamencie. Ponieważ jednak rok, a nawet pół roku to w polityce wieczność, raczej nie zamierzam uznać tego faktu za niewzruszony pewnik.

O FDP pisać mi się za bardzo nie chce - to partia dużo mniej sympatyczna niż dawni Liberalni Demokraci, przeciwni swego czasu udziałowi Wielkiej Brytanii w wojnie w Iraku. Liberałowie w Niemczech od dawna szli do wyborów z programem "nowej wojny klasowej" - i przegrali. Nie trzeba było wiele czasu, by z 15 poparcie spadło im do 4-6 procent. Rządowe cięcia i nijakość w koalicji z chadekami sprawiły, że większość ich elektoratu przeszła do Zielonych, notujących aktualnie 18-20% w sondażach. To ciekawe, że partia ta, postulująca podwyższenie podatków dla najbogatszych z 42 do 45% i poprawę finansowania wydatków socjalnych, ma uśredniając najbogatszy elektorat spośród wszystkich liczących się formacji politycznych w Niemczech. Zadaje to kłam przekonaniu, że w klasie średniej ma liczyć się przede wszystkim "pociąg do mamony" - wystarczy, że zaproponuje się im racjonalne wydatkowanie wspólnych pieniędzy i reformę państwa opiekuńczego, z którego będzie mogła również korzystać i poprawiać jakość swojego życia.

Partie liberalne są normalnym elementem życia politycznego w Europie - mało jednak prawdopodobne, by miały one wyjść ze swej dotychczasowej niszy. Mogą liczyć na chwilowe sukcesy, jak niedawno w Holandii, ale długofalowo brak im pomysłu, jak wcisnąć się w grę między formacjami lewicowymi a prawicowymi. Zieloni od dawna oferują bardziej atrakcyjną narrację - tak w dziedzinie estetyki, jak i wrażliwości ekologicznej. Starczy popatrzeć na Francję, gdzie parę lat temu wszyscy z nadzieją patrzyli na działania Francoisa Bayrou, budującego centrowy Ruch Demokratyczny. Zachowanie "równego dystansu" między Sarkozym a socjalistami skończyło się dla niego polityczną marginalizacją i stworzeniem przestrzeni z jednej strony dla pozostającego wiernym aliansowi z prawicą Nowemu Centrum, a z drugiej - dla nowej politycznej trzeciej siły, ruchowi Europa Ekologiczna - Zieloni. Jak widać, są to lekcje, których wolnorynkowi neoliberałowie odrobić nie chcą.

20 grudnia 2010

Ekonomia z ludzką twarzą

Czy to w ogóle możliwe? Staram się przekonać Was o tym na tym blogu od lat, między innymi prezentując na nim ideę Zielonego Nowego Ładu i jej różnorodne, uzależnione od lokalnych warunków wersje. Nie jest to jednak jedyny kierunek, jaki na rynku myśli społeczno-politycznej funkcjonuje. Pomysły bardzo bliskie zielonej polityce prezentuje chociażby kwartalnik "Obywatel" w swoim cyklicznym dodatku "Gospodarka Społeczna". Prezentuje w nim artykuły, mające na celu obalenie twierdzeń o rzekomej bezalternatywności neoliberalizmu i promujące alternatywy wobec szemranej "niewidzialnej ręki rynku". Choć wokół pisma przez lata nie brakowało negatywnych emocji, a i po dziś dzień można by się przyczepić chociażby na wmawianie innym, lewicowym środowiskom nadmiernego skupiania się na kwestiach obyczajowych, to jednak tego typu niesnaski ani nie powinny ograniczać współpracy, ani też prowadzić do lekceważenia tego, co w działalności tego mającego swą centralę w Łodzi środowiska jest bezsprzecznie cenne i wartościowe. Myśl ekonomiczna - obok przypominania progresywnych, rodzimych tradycji politycznych - stanowi mocny punkt "Obywatela".

Nie będę zachęcał do lektury całości najnowszego, 51. już numeru, w którym redakcja świętuje dziesięciolecie swojego istnienia - sądzę, że zasługuje on na osobne omówienie. Zaprezentuję tu pokrótce to, co znajduje się w szóstym już z kolei dodatku "Gospodarka społeczna", by pokazać, że choćby dla niego warto pomyśleć o znalezieniu paru chwil wolnego czasu i kilkunastu (dokładnie dwunastu) złotych w kieszeni na kupno kwartalnika. Bodaj największe wrażenie zrobił na mnie tekst Daniela Pinka na temat rozwijającego się nurtu autonomii pracowniczej. Podany przezeń przykład realnie istniejącej firmy, w której szef pod koniec roku powiedział pracownicom i pracownikom, że wolno im pracować kiedy chcą i ile chcą, byle osiągali wyznaczone im cele, brzmi tak pięknie, że aż utopijnie. Tak też myślały z początku osoby zatrudnione, jakby nigdy nic przychodzące do pracy do biura i siedzące w niej od dziewiątej do piątej. Kiedy jednak zdały sobie sprawę z tego, że nie muszą lękać się surowego spojrzenia szefa, gdy wyjdą dwie godziny wcześniej ze względu na ważne dla nich wydarzenie rodzinne, sytuacja zaczęła się zmieniać. Dziś do rzeczonego biura przychodzi raptem jedna trzecia personelu - a firma nie tylko nie upadła, ale zwiększyła efektywność o jedną czwartą.

Ten eksperyment szokuje, kiedy zestawiam go sobie w głowie z różnymi, poznanymi chociażby na zajęciach z kultury przedsiębiorczości, metodami "zarządzania zasobami ludzkimi". Pink - który był m.in. doradcą wiceprezydenta za Clintona, Ala Gore'a - uważa, że to dotychczasowe metody odpowiadają za wzrost poziomu kontroli i towarzyszącego jej stresu, zaś nowe metody organizacji pracy przywracają ludziom ich wrodzoną ciekawość czasu i potrzebę samorealizacji. Pozostaje on - delikatnie mówiąc - sceptyczny nawet wobec takich jego zdaniem pozostających w dawnym paradygmacie kontroli pomysłów, jak elastyczne godziny pracy. Przyrównuje je do wyłomów w siatce, podczas gdy wyzwaniem na nowy wiek powinno być owych klatek zniesienie. Choć moim skromnym zdaniem wylewa on dziecko z kąpielą, nie doceniając pozytywnego potencjału tego typu mniejszych kroków, to jednak wizja autonomii pracowniczej, którą w swym artykule rysuje, jawi mi się jako niezwykle interesująca.

Pracowniczki i pracownicy nie zawsze mogą jednak liczyć na światłego i innowacyjnego pracodawcę, traktującego ich po partnersku. Ani związki zawodowe, ani rady pracownicze, nie są niestety upowszechnione w Polsce tak bardzo jak w krajach "starej Unii". Irena Dryll, na bazie raportów Fundacji Eberta, pokazuje przyczyny tego stanu rzeczy - trudno o poziom uzwiązkowienia, wyższy niż obecne 14%, skoro do utworzenia związku zawodowego w przedsiębiorstwie potrzeba 10 osób, a aż 40% pracownic i pracowników zatrudnionych jest w mikrofirmach, gdzie pracuje mniejsza liczba osób. Trudno też o poprawę sytuacji, kiedy ponad 1/4 z nas pracuje w pozakodeksowych, innych niż etat formach o pracę - a wedle aktualnych przepisów osoby świadczące stosunek pracy w tego typu sposoby (np. umowy o dzieło) do związków zawodowych należeć nie mogą. Zmiana tego typu przepisów nie jest niczym niemożliwym - dla przykładu na Litwie do założenia związku w firmie starczą 3 osoby, z kolei na Węgrzech do stworzenia w danym przedsiębiorstwie rady pracowniczej starczy 15 osób, a nie 50, jak nad Wisłą. Innym problemem pozostaje faktyczny brak branżowych układów zbiorowych na szczeblu krajowym, które stanowią normę chociażby w Słowenii, by pozostawać na terenie państw postkomunistycznych. Reformy w tych dziedzinach są niezbędne, by reprezentacja pracownicza miała realne szanse na rozwój.

Rzecz jasna nie są to jedyne w tym dziale artykuły. Jacek Tittenbrun i Bartosz Mika obszernie piszą o szansach, jakie pojawiają się dla osób wykluczonych z rynku pracy dzięki rozwojowi ekonomii społecznej - wedle badań już teraz tworzy ona 6% miejsc pracy na terenie Unii Europejskiej, dających szansę na lepsze życie 11 milionom zatrudnionych w tym sektorze osób. Nastawienie przede wszystkim na cele społeczne i na integrację z lokalną społecznością połączone z traktowaniem zysku jako instrumentu zamiast celu samego w sobie - wszystko to sprawia, że spółdzielnie socjalne stają się atrakcyjną formą gospodarowania. Andrzej Karpiński wskazuje, że nie zawsze suma indywidualnych wyborów konsumenckich przyczynia się do maksymalizacji dobra wspólnego - przykład indywidualnego transportu, generującego korki, hałas i spaliny zdaje się tu być wymownym przykładem. Co więcej, brak bodźców, skłaniających do podejmowania mniej egoistycznych wyborów rynkowych (takich jak internalizacja kosztów zewnętrznych) potrafi doprowadzić chociażby do negatywnego bilansu handlowego z zagranicą czy wręcz utraty miejsc pracy. Wojciech Szymalski z kolei zwraca uwagę na temat w ostatnich dniach nad wyraz gorący - na stan polskich kolei. Ich rozwój - nie tylko w sektorze pasażerskim, ale też przewozu towarów, może dać impuls rozwojowy dla krajowej gospodarki - miejsca pracy, lepsze otoczenie inwestycyjne czy wzrost poziomu bezpieczeństwa ruchu. Wybór tekstów mówi moim zdaniem sam za siebie.

19 grudnia 2010

W zielonej sieci - odc. 48

Blogi:

- Glenn Vowles alarmuje - bezrobocie w Wielkiej Brytanii rośnie.

- John Reardon o konieczności reformy brytyjskiej Izby Lordów.

- Nandor Tanczos na temat WikiLeaks.

- Może nie widać tego za oknem, ale badania NASA nie pozostawiają wątpliwości - tegoroczny listopad był najgorętszym listopadem na Ziemi od czasu rozpoczęcia pomiarów, o czym donosi Stuart Jefferey. Zauważa też korelację między poziomem cięć w Anglii a politycznymi skłonnościami lokalnych społeczności.

- Peter Cranie informuje o poziomie spadku politycznego poparcia dla Liberalnych Demokratów na przykładzie wyborów uzupełniających w mieście na północy Anglii.

- Rupert Read o tym, która partia będzie polityczną trzecią siłą w Wielkiej Brytanii.

- Adam Ostolski napisał wstęp do wchodzącej na rynek książki Shmuela Eisenstadta.

- Gavin Rae na temat nagrody Dziennikarza Roku dla Artura Domosławskiego.

- Wojtek Szot o debacie na temat małżeństw homoseksualnych w Australii z zielonym wątkiem w tle.

- U Bardzo Publicznego Socjologa post na temat Bachtina i teorii kulturowej - załączam z kulturoznawczego obowiązku.

Partie:

- Niemcy: Przewodniczący Zielonych podsumowują rok 2010.

- Austria: 13-godzinna przemowa obnażająca antyspołeczny charakter projektu przyszłorocznego budżetu.


- Anglia i Walia: Zbliża się realne zagrożenie niedostatecznymi dostawami paliwa.

- Szkocja: Niedostateczne gwarancje dla bezpłatnej wyższej edukacji.

- Irlandia: Nasilają się kradzieże złota.

- Nowa Zelandia: Ludziom daje się za mało czasu za zaopiniowanie reformy polityki społecznej.

- Holandia: Liderka Zielonej Lewicy, Femke Halsema, rezygnuje z polityki.

YouTube:

Lider szkockich Zielonych, Patrick Harvie, bierze udział w debacie na temat eutanazji w szkockim parlamencie.

18 grudnia 2010

Kozyra zachęca w Zachęcie

Kumpel ostrzegał mnie, że podobno monograficzna wystawa prac Katarzyny Kozyry jest słaba. Sprawdziłem na własne oczy i z tą tezą się nie zgadzam. Mi podobała się bardzo, zrobiła niesamowite wrażenie i skłoniła do refleksji na wiele tematów. Artystka od lat prowokowała swoimi nieszablonowymi pracami i pomysłami, a zestawione w obrębie jednego projektu pozwalają na samodzielne poszukiwanie dodatkowych znaczeń i nieoczywistych powiązań. Zapewne nie przekona ona osób pozostających sceptycznie nastawionych wobec sztuki współczesnej doń, warto się jednak z nią zapoznać choćby po to, by wziąć udział w dającym nazwę wystawie "Castingu", mającym na celu wyłonienie aktorek i aktorów, mających wcielić się w Kozyrę. Jako że akcja potrwa do 13 lutego, jest jeszcze sporo czasu na obejrzenie prac i przekonanie się do wzięcia udziału w tym swego rodzaju happeningu, potem z tej możliwości będą mogły skorzystać mieszkanki i mieszkańcy Krakowa.

Tuż przy pokoju z obrosłą już legendą "Piramidą zwierząt" obejrzeć można film, na którym Kozyra wciela się w rolę zimnokrwistej Lou von Salome, musztrującej dwa psy, wabiące się... Rilke i Nietzsche. Każe to nam zapytać o to, czemu oburzamy się o uśmiercenie zwierząt w imię sztuki, podczas gdy jednocześnie zdarza się nam - bez większych skrupułów - zjadać je lub w inny sposób wykorzystywać. Czemu maksymalizacja użyteczności obejmuje - bez większych zastrzeżeń - ich tresurę, a nie obejmuje już sztuki? Czy dlatego, że jest "współczesna", a więc traktowana przez laików jako gorsza i mniej zrozumiała niż "klasyczna"? Czy może dlatego, że generuje napięcie, zmusza do myślenia i odkrywania pozornie nieoczywistych relacji - tak między ludźmi, jak i ludźmi oraz aktorami nieożywionymi?

To napięcie można wyczuć także w dalszych częściach "Castingu". Wśród pokazywanych filmów poczesną rolę odgrywa ten, w którym Kozyrze odcinany jest plastikowy penis. Symboliczna kastracja, dzięki której zaczyna śpiewać, w połączeniu z transseksualnymi kostiumami odwołuje do rzeczywistości, która jak najbardziej wpisuje się w tak zwane "europejskie dziedzictwo kulturowe" - kastrowanie dla sztuki, które zdarzało się jeszcze w XVIII wieku i symbolizowane jest najlepiej w postaci Farinelliego. Opatulona w ręczniki, męska widownia podczas tego procesu uważnie obserwuje, zdając się aprobować toczące się na scenie wydarzenia - trochę tak, jakby uwieczniona na filmie demaskacja Kozyry jako postaci pozorującej męskość wymagała "przywrócenia stanu natury". Motyw ten pojawia się w wielu pracach artystki, budzących emocje właśnie między innymi z tego powodu.

Mocny w swej wymowie "Summer Time" pokazuje przybycie w krainę pielęgnowaną przez kobiety o niskim wzroście postaci z poprzedniego filmu - mężczyzny-śpiewaka, transseksualisty oraz Kozyry. Po początkowym hołubieniu, ostatecznie dotychczas pozornie pokojowo nastawione kobiety ostatecznie decydują się na mord, gdy śpiewak zostawia brudne skarpetki, a trans - obsikaną muszlę klozetową. Z tej rzezi ocaleje jedynie Kozyra - jako kobieta, która akceptuje reguły społeczności, ostatecznie zamieniając jej reprezentantki w muchomory. Czemu przetrwała - czy ze względu na to, że nie była dotknięta niemal namacalnym "męskim brudem"? Czy może dlatego, że kobiecość wiąże się w męskocentrycznej kulturze z biernością, symbolizowaną przez skrajnie prawicowe dychotomie, w których geje mają iść "do gazu", a lesbijki "tylko" do obozów pracy? Interpretację zostawiam Wam, a pomóc w niej mogą dalsze filmy, takie jak te z cyklu "Łaźnia", a jeszcze bardziej Kozyra jako cheerliderka w męskiej szatni, kiedy to obnaża swe gumowe przyrodzenie, czemu towarzyszy szaleństwo przebierających się mężczyzn. Czy to demaskacja homoerotycznego potencjału męskich społeczności, czy też bardziej pielęgnowanie hierarchii związanych z płcią? Znowuż - przekonajcie się sami.

Mnie osobiście najbardziej spodobał się film z zabaw, podczas których zamaskowane osoby przeprowadzają systematyczną, bezcelową destrukcję. Pojawiające się na ścianie Zachęty sceny przypominają nam te z filmów sensacyjnych, pozbawione są fabuły - ale czyż w oglądaniu takich filmów (szczególnie tych tańszych) to fabuła jest najważniejsza? Buchające z miotacza ognia płomienie, wyskakujące w spowolnionym tempie z karabinu łuski - wszystko to pokazuje, jak silna jest w nas potrzeba niszczenia i jak niewiele dla niej trzeba, nie wymaga już wszak żadnej legitymizującej ją narracji, blisko jej też do przemocy, choć z pewnością nie jest z nią tożsama. Jeśli jeszcze nie czujecie się zachęceni/zachęcone do pójścia do Zachęty, to dodam jeszcze, że zobaczyć w niej też można fotografie Ryszarda Kapuścińskiego, a także video "Szlachcic" Anny Senkary, w którym syn znanego, wysokiego działacza PRL opowiada o swoim ojcu i jego życiu. Polecam.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...