No i kolejne święto odzyskania niepodległości mija nam przy pustym Placu Piłsudskiego. Wydawało się przez chwilę, że coś w tym miejscu stanie - że w końcu doczekamy się pałacu Saskiego, w którym pomieści się cały miejski Ratusz, że pałacyk Bruhla i kamienice od strony Królewskiej ożywią to stojące teraz nieco na uboczu miejsce. Odkopanie zabytkowych piwnic wbrew pozorom, poprzez wzniecenie społecznego zainteresowania, mogło przyczynić się do wzrostu nacisków na szybką odbudowę. Tak się jednak nie stało i po wpierw zdumiewającym przetargu na drugą nitkę metra, a potem kolejnej dotacji na rzecz Legii miasto nie ma już raczej szans na szybkie odtworzenie tego fragmentu miasta. To, co odkopano, zasypano piaskiem, by czekało kilkanaście lat na kolejną szansę.
Smutny to fakt, bowiem miastu jak tlenu brakuje łączności z przeszłością. Powojenne zniszczenia umożliwiły niesamowitą inżynierię na organizmie miejskim i realną transformację jego przestrzeni. Nie wszystkie zmiany okazały się nietrafione - na przykład socrealistyczny Plac Konstytucji potrafi być uznawany za miejsce na swój sposób urokliwy. Z drugiej zaś strony niekończące się dyskusje, dotyczące zagospodarowania centrum miasta wskazują na to, że Pałac Kultury i Nauki okazał się być dość niejednoznacznym dziedzictwem. W tego typu sytuacji tam, gdzie bez większych kontrowersji można by odbudować przedwojenną przestrzeń, przestrzeń ową odbudować należy. Niestety, przekonanie to nie jest podzielane przez miejskich decydentów.
Dziś przy placu hula wiatr. A wcale nie musi. Kawiarenki na parterach kamienic mogłyby ożywić tę przestrzeń. W końcu w okolicy znajduje się Zachęta, a Krakowskie Przedmieście czy Plac Zamkowy są tylko o rzut beretem. W ciągu paru lat to dziś smutne miejsce miałoby szansę ożyć na nowo. Na pierwszy ogień tymczasem kładzie się kwestie pomnika papieskiego, który owszem, jest najłatwiejszym elementem tej urbanistycznej układanki do zrealizowania, ale jednocześnie niewiele w funkcjonowaniu miasta zmienia. Nikt chyba nie wyobraża sobie, że turystki i turyści, a także sami mieszkańcy i mieszkanki zaczną tabunami walić w pusty plac tylko dlatego, że pojawi się tam nawet niekoniecznie sztampowa instalacja.
Urząd Miasta w jednym budynku, to tego termoizolowanym i z panelami słonecznymi na dachu sprawiłby, że inwestycja mogłaby zwrócić się szybciej, niż moglibyśmy się spodziewać. Dziś wiele kwestii do rozpatrywania między poszczególnymi wydziałami wymaga np. przewożenia dokumentów. Oznacza to wzrost ilości spalin i podrożenie kosztów działalności. Oszczędny urząd powinien być priorytetem, tym bardziej, że oszczędności tego typu nie obniżają jakości funkcjonowania administracji samorządowej, ale wręcz przeciwnie - ułatwiają komunikację z obywatelkami i obywatelami i zmniejszają konieczność przemieszczania się po całym mieście od jednej do drugiej jednostki samorządowej.
Tego typu decyzje nie wymagają wielkiego wysiłku - oznaczają jedynie konieczność wygospodarowania odpowiednich zasobów pieniężnych, by w długoterminowej perspektywnie przynieść realne oszczędności i wzrost przychodów, np. z tytułu wynajmu mieszkań czy powierzchni dla podmiotów gospodarczych. Odpowiednie zaplanowanie zapobiegłoby przeistoczeniu się nowych kamienic w siedliska np. banków, które przestrzeni publicznej raczej nie ożywią. Trzeba do tego głowy, ale cóż, tu nie można postawić wieżowca (chyba, bo ludzka wyobraźnia nie zna granic...), więc krótkoterminowe zyski dla miasta stają się ważniejsze od myślenia w szerszej perspektywie. Gdyby Starynkiewicz albo Starzyński mysleli w ten sposób, kanalizację mielibyśmy dużo później, a Las Kabacki już dawno byłby historią...
Spotkanie rozpoczęła prowadząca, Agnieszka Grzybek, która przypomniała o obecnej sytuacji społeczno-ekonomicznej. Aktualny kryzys łączy się czasowo z kryzysem żywieniowym, który jest efektem wzrostu inwestycji w niezrównoważone formy biopaliw, kryzysem energetycznym i tym związanym ze zmianami klimatycznymi. Problemy związane ze zbytnią deregulacją przepowiadał w "Szalonych latach 90." Joseph Stiglitz. Tymczasem już dziś neoliberałowie przechodzą do kontrofensywy, głosząc, że winny jest... socjalizm, zachęcający banki do dawania kredytów ubogim.Ewa Charkiewicz obrazowo pokazała skalę tzw. "shadow economy" w stoskunku do reszty gospodarki - przy wzroście 160 cm należałoby przy niej postawić 16-centymetrowego jamnika, by pokazać, jak wielki jest to zakres dysproporcji. Należy zejść od "wielkich kategorii", takich jak "kapitalizm", "socjalizm", "państwo", ale przyjąć perspektywę zwykłego człowieka. Brakuje rzetelnych analiz np. reformy systemu ubezpieczeń. Zmianę zapewnią przesunięcia w modelu konsumpcji i produkcji, odciążająca planetę.Adam Leszczyński bronił swojego tekstu z "Gazety Wyborczej", nie uważa bowiem, by jego zarzuty do braku pomysłów lewicy wobec kryzysu. O ile bowiem niegdyś ta strona sceny politycznej miała alternatywy wobec kapitalizmu, o tyle teraz myśli jedynie w kategoriach reformy i korekty. Uważa, że w obliczu rosnącej deregulacji i jej szkodliwych kosztów, lewa strona sceny politycznej ma wyjątkową możliwość pokazać alternatywę. Wzorem powinien być sposób działania amerykańskich konserwatystów z lat 60. i 70. XX wieku, których z początku nikt nie słuchał, a następnie rozpoczęli realizację swoich pomysłów za czasów Margaret Thatcher i Ronalda Reagana. Myśląc o konkretnych propozycjach i postulatach uważa, że upaństwowienie banków nie rozwiąże automatycznie wszystkich problemów. Likwidację rajów podatkowych uznaje za trudne, natomiast międzynarodowa instytucja regulująca będzie jeszcze trudniejsza z powodu sprzeciwu Stanów Zjednoczonych. Za realne i wykonalne idee uznaje pomysły Jeffreya Sachsa - interwencję państwa w "zielone technologie" nawet kosztem większego deficytu, a także duże inwestycje międzynarodowe w infrastrukturę krajów rozwijających się rękoma firm z Globalnej Północy.Ten drugi pomysł Agnieszka Grzybek uznała za analogiczny z zachowaniem Amerykanów w Iraku, gdzie zamykano państwowe cementownie po to, by sprowadzać ten surowiec z USA.Maciej Gdula uważa, że zasadniczym problemem na dzień dzisiejszy nie jest "ile państwa", ale "ile demokracji". Państwo już dziś wspiera prywatny kapitał, np. firmy zbrojeniowe. Musimy umieć opowiedzieć, co właściwie się stało, bo szalenie ważne jest to, żeby słuchać ludzi. Socjalizm nie był demokratyczny, więc ludzie nie czuli się weń zaangażowali, co ułatwiło im sprawę. Nie wiemy, jakie będą efekty tego kryzysu, np. nadal trwa prywatyzacja służby zdrowia. Należy zastanawiać się, gdzie sięgać powinna "niewidzialna ręka rynku" i czy np. nie należałoby wyrwać z jej wpływów mieszkania.Kryzys jest dla niego efektem aktualnej finansjeryzacji gospodarki. W Polsce należy go wykorzystać do obrony tego, co jeszcze zostało nam wspólnego, np. służby zdrowia. Konieczne jest ustanowienie standardów społecznych i ekologicznych na globalną skalę.Dariusz Szwed przypomina, że we współczesnym świecie mamy do czynienia z kryzysem ekologicznym, który zazębia się z finansowym. Aktualnie przeżywamy kryzys paradygmatu rozwojowego, np. wzrost kosztów zewnętrznych produkowanych przez Chiny tworzy zagrożenie dla ich przyszłości. Demokratyzacja powinna dotyczyć już nie tylko poszczególnych państw czy nawet Unii Europejskiej, ale całego globu.Szwed przypomniał dokument Europejskiej Partii Zielonych "Weźmy kapitalizm na zieloną smycz" i jego najważniejszych postulatów, takich jak wprowadzenia Podatku Tobina. Mamy do czynienia ze zjawiskiem powrotu ekonomii na jej miejsce, jednak Europa nie wydaje się zdawać sprawy z powagi zagrożeń. Zmiany klimatu będą zmieniać nie tylko pogodę, ale też jakość życia mieszkanek i mieszkańców Globalnego Południa czy też światową ekonomię - inwestując w ochronę klimatu 1% globalnego PKB, zapobiegamy jego obniżeniu nawet do 20%, jeśli nie powstrzymamy ocieplenia. Już dziś ich ofiarami są ludzie z Afryki, ginący w łodziach na Morzu Śródziemnym. Tymczasem polski rząd, przyjmując negatywną postawę ws. europejskiego pakietu klimatycznego, traci szansę na pokazanie się jako światowego lidera w tej dziedzinie. Światowa Organizacja Ekologiczna mogłaby pchnąć globalizację na inne, bardziej odpowiedzialne tory.Wśród pomysłów z sali padło m.in. hasło harmonizacji podatków na poziomie Unii Europejskiej czy też bardziej radykalne - przejęcia na własność państwa sektora bankowego, emerytalnego i zdrowotnego, albo powiązaniu kursu najważniejszych walut. Istotnym problemem jest też degresywna skala systemów podatkowych większości rozwiniętych systemów podatkowych, nie sprzyjających zrównoważonemu rozwojowi.
W ramach informowania o sytuacji i sukcesach Zielonych z całego świata należy wspomnieć o wydarzeniach z 8 listopada, kiedy to skończyły się rządy laburzystów w Nowej Zelandii. Kraj zdecydowanie leży na antypodach w stosunku do nas - przykładem niech będą utyskiwania na drugi najniższy w historii poziom frekwencji wyborczej, która wyniosła jedynie... 78,7% uprawnionych. Zanim rozpoczniemy dalsze rozważania na temat wyniku tych wyborów, należy wspomnieć o tamtejszej ordynacji wyborczej. Po rezygnacji z systemu większościowego 70 ze 122 miejsc w parlamencie wybiera się w okręgach jednomandatowych, 52 - poprzez listy partyjne z progiem wejścia na poziomie 5%. Jeśli jakaś partia zdobędzie mandat w okręgu, automatycznie nabywa prawo do podziału listy proporcjonalnej.
Jest nieco zawile, ale kończy się tym, że w parlamencie po tych wyborach jest 7 partii. Model ten sprzyja dużej przewadze dwóch antagonistycznych partii - Pracy i Narodowej, i istnieniu kilku mniejszych formacji, dużo jednak słabszych niż np. w Niemczech. Wystarczy zobaczyć wyniki - Partia Narodowa zdobyła 45,5% (+6,4), co dało jej 59 miejsc w Izbie Reprezentantów, 11 więcej niż w wyborach 3 lata temu. Lewica pod wodzą Helen Clark - 33,8% (-7,3) i 43 miejsca (-7), a trzeci pod względem wielkości Zieloni - 6,4% (+1,1) i 8 miejsc (+2). Inne partie nie przekroczyły progu 5% - liberałowie z ACT otrzymali 3,7% (+2,2%), ale dzięki temu, że ich lider zdobył samodzielnie mandat, będą ich teraz mieli 5 (+3). Maorysi otrzymując 2,2% (+0,1%) będą mieli 5 osób z okręgów jednomandatowych (+2), lewicowi Progresywiści zaś utrzymują mandat swojego lidera z poparciem 0,9% (-0,2%), centryści ze Zjednoczonej Przyszłości tracą 2 przedstawicieli i teraz mają tylko jednego, schodząc ze swoim poparciem z 2,7 do 0,9%.
Przetasowania mogą jeszcze nastąpić - trwa bowiem zliczanie tzw. "special votes", a więc tych, które nie padły w dzień wyborów, tylko wcześniej. Pojawia się szansa na zdobycie kolejnego mandatu, bowiem głosy te w dużej mierze padają właśnie na partię Jeanette Fitzsimons i Russela Normana. W 1999 zwykłe głosy nie dawały im wejścia do parlamentu, a po podliczeniu dodatkowych nie tylko sztuka ta się udała, ale jeszcze na dodatek formacja zdobyła ich aż siedem. Z całą pewnością sporą porażkę ponieśli prawicowi populiści z New Zealand First, którzy zdobyli 4,2% głosów (-1,5) i nie będą reprezentowani w Izbie Reprezentantów.
Do tej pory Zieloni nie brali udziału we władzy w tym kraju. Po wyborach w 2005 Partia Pracy zdecydowała się na sojusz z antyimigrancką New Zealand First i ze Zjednoczoną Przyszłością, które to partie nie chciały Zielonych w rządzie. W tej kampanii bardzo usilnie starali się podkreślić solidarność międzygeneracyjną i fakt, że sa jedyną partią, która troszczy się także o przyszłe pokolenia. Sporo emocji wzbudził pewien puszczony na YouTube filmik, w którym pokazywali, że ciężko pracują dla dobra kraju, walcząc z GMO i z energetyką atomową, podczas gdy inne partie jedynie okładają się wyzwiskami. Sondaże pokazywały spore wahnięcia w poparciu, od 4 do 10%, więc mogło być ciężko.
Poza kwestiami przyszłych pokoleń Zieloni zajmowali się także aktualnymi - obiecując wysokiej jakości ochronę zdrowia, wzrost inwestycji w edukację i transport, poszanowanie praw Maorysów, reformę podatkową, polegającą na przeniesieniu obciążeń fiskalnych z pracy na zanieczyszczenia, a także zdrową żywność i czystą energię. Jako rozbudowana partia może sobie pozwolić na jednoczesną "obsługę" tak szerokiej palety tematów. W związku z wyborami unowocześnieniu uległa ich strona internetowa, a także obecność w serwisach społecznościowych. Przyszłościowe, progresywne myślenie i przywiązywanie wagi do demokracji uczestniczącej - to wszystko czynniki, które mogły zachęcić osoby wcześniej głosujące na Partię Pracy, Progresywistów czy ACT do tego, żeby tym razem zagłosować na zielono.
Choć prawicowe rządy raczej nie będą tu zbyt korzystne (biorąc pod uwagę fakt, że sami Zieloni dość mocno krytykują np. podejście Partii Narodowej do środowiska), to jednak wzrost reprezentacji parlamentarnej może sprawić, że ich głos będzie bardziej słyszany. Jako po raz pierwszy trzecia pod względem wielkości formacja mają szansę, z której nie sposób nie skorzystać.
Nie z tej z lat wojennych - raczej tej, która jak wiele na to wskazuje - trwa nadal. Świeżo po lekturze "Naszych okupantów", wydanych przez Krytykę Polityczną w serii "Kanon", nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nadal jest ciężko. Zmieniła się linia frontu - na jednych odcinkach budowa świeckiego państwa nieco się posunęła, na innych zaś stoi w miejscu albo zgoła się cofa. W obliczu zbliżającego się Święta Niepodległości warto przypomnieć o niewygodnych faktach z historii II RP - krainy rzekomo "mlekiem i miodem płynącej", jak usiłują ją odmalować prawicowi historycy. Przy lekturze widać też wyraźnie, jak Kościół po 1989 roku, mając autorytet instytucji, która pomogła w obaleniu komunizmu, wykorzystał ten fakt do zapewnienia sobie przywilejów. Można o tym przeczytać w bardzo trafnym wstępie Artura Żmijewskiego.
Boy walczył o zdrowy rozsądek. Chciał depenalizacji stosunków homoseksualnych, nie widząc w nich problemu społecznego i etycznego. Chciał, by każda kobieta miała prawo do swobodnego wyboru. Domagał się dopuszczalności aborcji, pomimo faktu, że traktował ją jako ostateczność. Nie chciał żyć w atmosferze hipokryzji, w której bogaci odbierali biednym prawo do decydowania o własnych ciałach. Z tymi postulatami ówczesny Kościół i zaprzyjaźnieni z nim politycy walczyli, jak tylko mogli, nie wahając się rozpętywać prawdziwych nagonek, wpływać na uniemożliwianie odczytów w miastach, do których przyjeżdżał, lub też domagając się zamknięcia jego stołecznej poradni świadomego macierzyństwa - oczywiście oskarżając ją o przeprowadzanie nielegalnych aborcji.
Jak widać, nie było łatwo, ale i okoliczności dziejowe wcale temu nie sprzyjały. Pod ogniem klerykalnej nawały znalazła się na przykład Komisja Kodyfikacyjna, która przygotowywała jednolite zbiory praw dla kraju, w którym nadal w dużej mierze obowiązywało ustawodawstwo zaborcze. Usiłowanie skończenia z hipokryzją poprzez tworzenie gruntu pod rozwody czy też umożliwienie aborcji m.in. ze względu na trudną sytuację materialną kobiety lub też zagrożenie jej życia były nazywane "bolszewizacją" przez kręgi kościelne. Pisma laickie nie broniły tych pomysłów z takim zapałem, jak Kościół je atakował. Zbierał setki tysięcy podpisów "w obronie moralności", nierzadko w sposób, który z moralnością nie miał zbyt wiele wspólnego. Przykładu dostarczył Boyowi pewien list od ziemianina, który na własne oczy widział, jak pani domu pod groźbą wyrzucenia ze służby kazała swej w dużej mierze niepiśmiennej (a było to 80 lat temu!) grupie parobków i kucharek podpisać się krzyżykami.
Prowadzenie dość pionierskiej działalności w tak dalece nieprzyjaznych warunkach nie było łatwe. Boy nie szczędził ostrych słów i metafor, uznając, że "są takie bakterie, które zabija się światłem". Wierzył w edukację seksualną jako szansę na poprawę sytuacji społecznej. Mówił głośno o tym, że wzrost ilości ludności nie jest dobrem samym w sobie, co było na bakier z ówczesnymi nacjonalistycznymi poglądami na "wielkość narodu". Pamiętając o prawach kobiet, nie zapominał także o szerszym kontekście społecznym, np. konieczności walki z biedą i poprawy doli środowisk robotniczych i chłopskich. Ze swadą punktował informator o książkach księdza Pirożyńskiego, zwracając uwagę na to, że dla ówczesnego (czy tylko?) kleru najważniejszą, obsesyjną wręcz kwestią był seks, ale już mordy, wyzysk, kłamstwo w literaturze - niekoniecznie.
Okres transformacji stał się doskonałym czasem dla katolickiego backlashu - wystarczyło tylko utożsamić prawa kobiet "z tym wstrętnym komunizmem", napiętnować je jako bezbożne i stopniowo dokonać przesunięć prawnych, tworzących niekorzystny klimat społeczny. W ten sposób do szkół przyszła religia, a osoby ją uczące (najczęściej duchowne) zaczęły otrzymywać za to wynagrodzenie, podpisano konkordat i zaostrzono ustawę antyaborcyjną. Dokonano praktycznej legitymizacji stanu, w którym spycha się problem do podziemia - tworząc niekontrolowany czarny rynek płatnych usług aborcyjnych. Prawo do samostanowienia utrudniane jest nawet w wypadku gdy spełniane są wymogi aktualnej ustawy - przykład Alicji Tysiąc jest tu dość wymowny. Oświata seksualna w szkołach... cóż, może najlepiej nie rozwijać tematu czegoś, czego na dobrą sprawę nie ma...
Lektury nie sposób nie polecić, tym bardziej, że da się ją z zapartym tchem przeczytać w jeden dzień. Ciekawe ilustracje Kazimiery Szczuki robią swoje i pozwalają wejść w dialog już nie tylko z autorm, ale również i z interpretatorką. Ta mała książka bogata jest w treści - laickie, feministyczne, społeczne. Warto zobaczyć, jak Boy je łączy - po to, by nie dać sobie wmówić, że jedne nie mają nic wspólnego z innymi...
Warszawska Koalicja Rowerowa odnosi pierwsze sukcesy!Koło warszawskie Zielonych 2004 z radością informuje, że w wyniku wspólnych działań ze Stowarzyszeniem Młoda Socjaldemokracja i Socjaldemokracją Polską już wkrótce komfort jazdy rowerzystek i rowerzystów ulegnie znaczącej poprawie. Dzięki wspólnym akcjom i oświadczeniom, kierowanym do władz miasta i dzielnic, już wkrótce nasze miasto stanie się bardziej przyjazne dla zielonego transportu.- Pod koniec sierpnia organizowaliśmy happening na ruchomych schodach Placu Zamkowego, protestując przeciwko absurdalnemu zakazowi poruszania się rowerem po Starym Mieście – przypomina Irena Kołodziej, przewodnicząca warszawskich Zielonych. - Uzyskaliśmy zapewnienie od Hanny Gronkiewicz-Waltz, że rowery będą mogły być transportowane po ruchomych schodach, a także informację o poleceniu podjęcia przez Zarząd Terenów Publicznych prac nad projektem organizacji ruchu drogowego na Starym i Nowym Mieście. Trzymamy za słowo i pilnujemy realizacji tych pomysłów.- Ze sporą życzliwością dzielnicy Śródmieście spotkały się nasze sugestie, w których miejscach należałoby zamontować nowe stojaki rowerowe w kształcie odwróconej litery „U" - dodaje Bartłomiej Kozek, przewodniczący stołecznych Zielonych – Wierzymy, że w ciągu paru miesięcy wiele z propozycji naszych i środowisk rowerowych zostanie wcielonych w życie. Udało się nam już pomóc przedsiębiorstwu społecznemu „EKON" w staraniach o działkę na sortownię odpadów, a nasz blog - „Zielona Warszawa", od lutego potroił liczbę swoich czytelniczek i czytelników. Nie osiadamy jednak na laurach i w najbliższym czasie – m.in. poprzez starania o miejski system wypożyczalni rowerów czy obronę Parku Świętokrzyskiego - nadal będziemy działać w kierunku uczynienia z Warszawy prawdziwie Zielonego Miasta – miasta do życia, miasta dla ludzi!***Bilet aglomeracyjny dla Pruszkowa? Od zaraz!Koło warszawskie Zielonych 2004 z zaniepokojeniem przyjęło decyzję radnych Pruszkowa, którzy zrezygnowali z włączenia miasta do wspólnego, stołecznego biletu aglomeracyjnego. Uważamy za skandal fakt, że część osób odpowiedzialnych za zrównoważony rozwój swojej miejscowości nie rozumie korelacji między rozwojem transportu publicznego a poprawą jakości życia i wzrostem dochodów dla miasta.Nie trzeba być ekspertem w dziedzinie ekonomiki transportu, by po podać korzyści z ujednolicenia biletów – mówi przewodniczący koła, Bartłomiej Kozek. - Wspólny bilet to oszczędności dla mieszkanek i mieszkańców Pruszkowa, którzy kupując jedną kartę zamiast dwóch otrzymują dostęp tak do Szybkiej Kolei Miejskiej, jak i do Kolei Mazowieckich. Pomysł ten ma szanse rozładować tłok w pociągach SKM, a także wpłynąć na wzrost odsetka osób podróżujących transportem publicznym. W ten sposób osoby dojeżdżające do Warszawy, zamiast tkwić w kilometrowych korkach w Alejach Jerozolimskich, mogłyby mieć więcej czasu dla siebie, swoich rodzin i znajomych. Na tym właśnie polega myślenie w kategoriach zrównoważonego rozwoju!Lepszy dojazd do Warszawy to nie tylko poprawa samopoczucia mieszkanek i mieszkańców – to także realne zyski dla miasta – dodaje Irena Kołodziej, przewodnicząca warszawskich Zielonych. - Wysoka jakość transportu zwiększa atrakcyjność inwestycyjną, a także jest dobrym argumentem dla osób przyjeżdżających do stolicy w poszukiwaniu pracy czy też na studia do osiedlenia się właśnie tam. Oznacza to większe zyski dla miasta, rozwój lokalnych usług i powstawanie nowych miejsc pracy. Pruszków już dziś głosuje biletami za komunikacją zbiorową, co widać po ilości osób podróżujących pociągiem lub też miejską linią nocną. Uważamy bilet aglomeracyjny za inwestycję w przyszłość, którą warto podjąć.Stołeczni Zieloni apelują do radnych o przemyślenie swojej decyzji i o jej zmianę na najbliższej sesji Rady Miasta. Decyzja pozytywna umożliwi w przyszłości dalsze rozszerzanie biletu aglomeracyjnego w kierunku zachodnim. Jednocześnie wyrażamy swoje oburzenie wypowiedzią jednego z radnych, który na swoim blogu zadał retoryczne pytanie "Czy powinno się wydawać publiczne pieniądze, by jednostkom żyło się wygodniej?”. Odpowiadamy – do obowiązków radnego należy poprawa jakości życia wspólnoty, która go wybrała, a bilet aglomeracyjny nie jest „kaprysem”, ale cywilizacyjną koniecznością.