10 września 2011

Ekonomia feministyczna na Kongresie Kobiet


Zapraszamy na panel „FEMINISTYCZNA EKONOMIA – PO CO I DLA KOGO?” zorganizowany w ramach III Europejskiego Kongresu Kobiet przez dr. Ewą Rumińska-Zimny, SGH i Międzynarodowe Forum Kobiet we współpracy z Zielonym Instytutem.

18 września 2011 roku, godz. 9: 15- 10:45
Giełda, sala Notowań, ul. Książęca 4, Warszawa

Celem dyskusji jest pokazanie, dlaczego warto spojrzeć na ekonomię z perspektywy płci, na czym to polega i jaki ma sens dla strategii rozwoju i polityki gospodarczej w Polsce i Europie. W panelu reprezentowane są różne środowiska i punkty widzenia. Uprzejmie prosimy o dalsze rozsyłanie zaproszeń (w załączeniu) i informowanie o panelu.

Prowadzenie: dr Ewa Rumińska-Zimny

Prof. Danuta Huebner, eurodeputowana, Przewodnicząca Komisji Rozwoju Regionalnego Parlamentu Europejskiego - Czy i jak polityka ekonomiczna i regionalna Unii Europejskiej uwzględnia kwestie równości płci?

Maja Goettig, główna ekonomistka, Dyrektor Biura Analiz Ekonomicznych banku BPH – Jaka jest przydatność feministycznej ekonomii dla głównego nurtu ekonomii i analiz ekonomicznych ?

Dr Zofia Łapniewska , Feministyczna ekonomistka - Ocena polityki antykryzysowej rządu z perspektywy feministycznej ekonomii – co należy zmienić?

Dariusz Szwed, parytetowy współprzewodniczący partii Zielonych 2004, przewodniczący Rady Programowej Zielonego Instytutu – Jak walczyć o uznanie — włączać się w ogólne strategie rozwoju czy tworzyć alternatywne programy (Zielony Nowy Ład)?

Dyskutantki:

Ewa Janikowska, wydawnictwo ConCorda - doświadczenia mikrofinansowania w Polsce,

dr Małgorzata Tkacz-Janik, radna Sejmiku Województwa Śląskiego - finansowanie zielonych programów przez samorządy,

Mirella Panek - Owsiańska, Prezeska Forum Odpowiedzialnego Biznesu - odpowiedzialny „zielony” biznes

7 września 2011

Żałosny jest upadek króla, czyli wszystko już było...

Upadek przywódcy jest dość często widowiskiem żałosnym. Człowiek – do nie dawna silny i mocny, rozdający łaski i dar życia (niejednokrotnie również tego życia pozbawiający) – staje się czasem kimś na kształt ściganej zwierzyny, uciekinierem nie mającym szans na pomoc i przetrwanie. Ludzie, do niedawna kornie całujący jego rękę i zabiegający o korzyści, są teraz jego potencjalnymi zabójcami. Historia ciągle się powtarza - pułkownik Kaddafi dołącza właśnie do długiego szeregu cesarzy i królów, wodzów i prezydentów. Ich los (zresztą nie tylko ich) skłania do myślenia. Historyk - nie może dojść do innego wniosku - to już było. Żałosny koniec upadającego przywódcy absolutnie nie zaskakuje.

Kaddafi doszedł do władzy w sposób bezwzględny. Rządził - stosując kłamstwo i mord. Skonstruował również ideologię swojej władzy - świat pełen objawienia, mistycyzmu i na wpół religijnej legitymizacji .

Gdy żył - wiele mu wybaczano. Mimo grzechów przyjmowano do wspólnoty światowych przywódców. Hollywoodzkie gwiazdy pojawiały się na organizowanych bankietach. Gdyby zmarł śmiercią naturalną a władze przejęli desygnowany przezeń nastepcy - stawiano by mu pomniki. Grzechy opisywali by jedynie wnikliwi, zachodni dziennikarze. Teraz historię napiszą jego przeciwnicy - Kaddafi pozostanie na wieki(i słuszne) - perwersyjnym i ekscentrycznym zbrodniarzem.

To wszak już było...

Nie będzie żadnym odkryciem odnalezienie podobnych przypadków w historii Wielkiej Brytanii. Tamtejsza monarchia, choć przerwa w jej ponad tysiącletnim funkcjonowaniu trwała zaledwie dwanaście lat, nie była nigdy instytucja zbyt stabilną. Królów wynoszono na piedestał, po czym ich z niego strącano. Wielu brytyjskich monarchów spoczęło w anonimowych grobach, a pamięć dokonań przesłaniała zwycięska propaganda zwycięzców. Żaden z tych, którzy ponieśli klęskę, nie doczekał się równie genialnego opisu jak ten, który wyszedł spod pióra Szekspira. Mowa o Ryszardzie III – ostatnim z Plantagenetów na angielskim tronie.

Williama Szekspira trudno podejrzewać o obiektywizm. Musiał o Ryszardzie III napisać źle. Tworzył w końcu w Londynie, u schyłku epoki Tudorów. Elżbieta I była wszak wnuczką Henryka VII – człowieka, który doprowadził do udanej inwazji na monarchie Ryszarda i jego śmierci. Legitymizacja rodziny Tudorów, potomków walijskiego rycerza i królowej-wdowy, wymagała zohydzenia ich poprzednika. Swoją pracę Szekspir wykonał doskonale. Zbrodnie Henryka VIII zbladły wobec tego, co działo się w czasie kilkunastomiesięcznego regnum Ryszarda Plantageneta. Dopiero historiografia ostatnich dekad odkrywa, że nie było wcale, aż tak źle. Szekspirowi udało się jednak stworzyć dramat tak uniwersalny, że nie odczuwamy potrzeby zajmowania się już tragiczną historią ostatniego Plantageneta – wynosząc ponad nią tragedię człowieka u władzy w ogóle.

"Ryszarda III" przenoszono często na scenę i ekran. Straszliwa postać Ryszarda przypominającego monstrum i zdolniejszego do najstraszliwszych perwersji i zbrodni podobała się scenarzystom. W roku 1955 przenosi ją na ekran sam Lawrence Olivier, który zagrał zresztą tytułowego bohatera. Po raz pierwszy w filmowej adaptacji szekspirowskiej sztuki wykorzystano w tak wielkim natężeniu zbliżenia. Olivier stworzył najważniejszy traktat o istocie władzy w historii brytyjskiej kinematografii.

Równo cztery dekady później - Richard Loncraine tworzy swoją adaptację. Parada hollywoodzkich i brytyjskich gwiazd uczestniczy w filmie, którego realia przeniesione są do Londynu lat trzydziestych. To maniera modna w szekspirowskich adaptacjach realizowanych od połowy lat osiemdziesiątych (dopasował się do niej nawet Kenneth Branagh). Ryszard III Iana McKellena zagrany jest dobrze i nie przeszkadza nawet stylizowanie go na Hitlera. Całokształt zadowala mniej niż u Oliviera mającego zdolność do rozumienia Szekspira niemalże we krwi.

Kaddafi wiedział że kino utrwala prawdę. nawet tą nieprawdziwą. W Libii realizowano monumentalne filmy o bohaterach antykolonialnej walki. Grali w nich: John Gielgud i Antony Quinn. Zabrakło w nich szekspirowskiego talentu. Marzeń trypolitańskiego satrapy nie utrwaliły.

Ryszard III nie był więc kimś równie straszliwym jak bohaterowie odtworzeni przez Iana McKellena czy Lawrence'a Oliviera. Ale przegrał. Historię piszą zwycięzcy. Podobnie będzie z Kaddafim. I o tym można podumać w rocznicę bitwy pod Bosworth (tej od "Królestwa za konia" - którą całkiem przypadkowo obchodzimy w momencie gdy libijska władza leży na ulicy - porzucona jak korona Ryszarda III - w ostatnim akcie sztuki pana ze Stratfordu.

Szekspir - symbol brytyjskiej literatury i kultury -znowu przewidział to - do czego mozolnym trudem dochodzą współcześni analitycy. Co cieszy zwłaszcza nas - anglofilów...

Łukasz Jasina - historyk, doktor nauk humanistycznych, członek zespołu "Kultury Liberalnej".

4 września 2011

W pułapce rytuałów i tradycji


Zjawisko zwane "przywództwem w Rosji" jest niezwykle wdzięcznym tematem. Osobliwie kochają je historycy. Przywódcy rosyjscy nadają się wszak do opisywania w książkach biograficznych lepiej od władców Chin czy amerykańskich prezydentów.

Rosyjscy carowie i generalni sekretarze to od prawie czterech stuleci (z naprawdę nielicznymi wyjątkami) ciekawe postacie. Dominujące w Rosji (choć nie zawsze) jedynowładztwo również pomaga w snuciu analiz dotyczących wpływu osobowości przywódcy na system polityczny panujący w tym kraju. Ponadto zwalnia to od myślenia. Wszak każdą z przemian w rosyjskim systemie politycznym usprawiedliwić można samowładną decyzją Putina. Tymczasem kwestia przywództwa w Rosji jest nieco bardziej skomplikowanym problemem. Jedynowładztwo jest legendą, wzorcem wykreowanym przez rosyjską historię. Choć z drugiej strony - nawet władcy tacy jak: Iwan Groźny czy Józef Stalin nigdy tego stanu nie osiągneły a ich uzaleznienie od sfery symboli czy wykreowanej przez nich samych klasy rządzącej było większe niż może sie to na pierwszy rzut oka wydawać.

Wzór

Wzorzec rosyjskiego przywódcy kształtował sie przez kilka stuleci. Prac nad tą skomplikowaną budowlą nie zapoczatkował pierwszy władca Rosji (wcześniej tego słowa nie uzywano) Piotr Pierwszy Romanow. Jego poprzednicy na carskim tronie w Moskwie oraz wielkoksiążęcych stolcach w Moskwie, Włodzimierzu i Kijowie pozostawili mu w spadku tradycję do której musiał nawiązywać - czy tego chciał czy nie. Tradycji tych nie mogła zmienić równiez i Rewolucja. Związek Radziecki czy Rosja po 1991 roku były nowymi organizmami politycznymi jedynie w sensie deklaratywnym - rytualna całość wracała bardzo szybko do normy. Kolegialne kierownictwa partyjne potrzebowały wodzów: Lenina i Stalina. Kolegialne próby organizacji władzy po smierci Stalina czy upadku Chruszczowa równiez kończyły się wyznaczeniem jednej osoby - symbolicznie odpowiedzialnej za państwo i jego losy.Władza może spoczywac w jednych rekach rzeczywiście lub symbolicznie - niemniej musza to byc dłonie jednego człowieka. Wtedy Rus jest bezpieczna. Rozumiał to Borys Jelcyn - gdy likwidował parlamentarną opozycję Chazbułatowa i Rutskiego (Rutskoja) w 1993 roku.

Tradycja

Pierwsze tradycje dotyczące przywództwa wypracowali władcy z dynastii Rurykowiczów. Stanowiły one przedziwną mieszankę słowiańskich i skandynawskich tradycji wolnego wyboru i bizantyńskich rytuałów. Państwo stanowiło własność rządzącego rodu (Rurykowicze panowali w Moskwie az do 1598 roku), przywódca więc zawsze pochodził z panującej dynastii. Niejednokrotnie namaszczał go jego poprzednik. Niemniej na Rusi Rurykowiczów nie dziedziczyło się tronu automatycznie jak w przedrewolucyjnej Francji czy dzisiejszej Wielkiej Brytanii. Prawo boskie nie było ślepe - jego narzędziem był każdorazowy panujacy. Rywalizację o tron wygrywał najlepszy z członków rodziny. Następca musiał być zatem człowiekiem silnym i godnym - albo przynajmniej sprawiać takie wrażenie. Tradycja ta zadomowiła sie na Rusi i w Rosji - przetrwała zresztą tatarskie i polskie najazdy oraz rewolucję. Tylko gwałtowne zmiany - takie jak Wielka Smuta czy Rewolucja Październikowa pozbawiały nowego rosyjskiego przywódcę legitymizacji ze strony jego poprzednika. Taki przegrany władca musiał jednak zginąć i w ten sposób zalegitymizować zwycięzcę. Tak postapili i Dymitr Samozwaniec i Katarzyna Druga a także Lenin. czasami wyboru nowego przywódcy dokonywali sposród siebie bezpośredni następcy zmarłego - nastepca Stalina -został najpierw Georgij Malenkow a potem Nikita Chruszczow. Władcy Rosji nie wynosił do władzy lud. Stało się tak tylko raz - w 1613 roku z Michałem I Romanowem ( a i ten wybór też był jednak przede wszystkim dziełem elity). Tradycja ta trwa i w Rosji współczesnej. Naród wyniósł do władzy tylko jednego z jej prezydentów - Borysa Jelcyna - członka dotychczasowego establishmentu. Jego następcy byli już faktycznie nominatami. Nawet wyniesienie Borysa Jelcyna było niepełnym aktem przemiany. W grudniu 1991 Michaił Gorbaczow przekazał mu odpowiedzialność za losy państwa - czyli uznał go za swojego następcę.

Przywódca Rosji zawsze wywodzi sie więc z okreslonej grupy. Najpierw była to dynastia Rurykowiczów (Godunowowie, Szujscy i kolejni Dymitrowie Samozwańcy byli kuzynami carskiego rodu albo sobie to pokrewieństwo uzurpowali), poźniej ród Romanowych (wraz z bocznymi łże-liniami), po nim partia komunistyczna. Władmir Putin i Dmitrij Miedwiediew są przedstawicielami nowej, dopiero kreujacej sie grupy rosyjskiego establishemtu. czy tradycja istnienia ograniczonego środowiska - z którego dobiera się przywódców - przetrwa - czas pokaże.

Ciagłość władzy zaburzały trzy momenty zmiany: jej początek - legendarny wybór Ruryka, autentyczny wybór Michała Romanowa na cara i Rewolucja Październikowa Jak na ponad tysiącletnia historię - to mało. Oczywiście podniosą w tym momencie głos sprzeciwu historycy z tradycyjnej ukraińskiej szkoły Mychajły Hruszewskiego - którzy w przeciwieństwie do imperialnej historiografii rosyjskiej - łącznosci miedzy Rusią a Rosja nie dostrzegają. Ale to już inna historia.

Bizantyński Rytuał

Włodzimierz Wielki przyjął chrzest za pośrednictwem Bizancjum. Bogaty bizantyński rytuał przyjął sie w nowym, słowiańskim świecie całkiem dobrze. I dominuje tam do dziś.W Konstantynopolu monarcha był osobą pólboską. Zamieszkiwał w specjalnej siedzibie a jego pojawienie sie wśród poddanych stawało się wydarzeniem sakralnym. Symboliczne odwołanie się w Moskwie do Bizancjum, narasta zwłaszcza po upadku Konstantynopola. Iwan III Srogi wstępuje na tron w roku 1462. Wnuk litewskiego księcia Witolda powoli likwiduje dominację litewską na ziemiach ruskich. Zrywa także z symbolicznym podporządkowaniem ( o czym za chwilę) tatarskiej Złotej Ordzie. Potężniejący władca staje się wymarzonym sojusznikiem. Papiez wysyła do Moskwy - Zoe Paleolog - bratanicę ostatniego bizantyńskiego cesarza -jako żona Iwana III wnosi mu w posagu s. Wielcy książęta przyjmują jako herb cesarskiego, dwugłowego orła. Moskwa jest odtąd centrum świata - "Trzecim Rzymem". panujacy na Kremlu ( a później w Petersburgu - nazwanym tak dla kolejnego podkreslenia rzymskich koneksji) aspiruje odtąd do przywództwa ogólnoświatowego. Rosyjski przywódca nie może być więc jedynie władcą swojego kraju. Aspiruje do władztwa globalnego. Jednocześnie staje sie więźniem rytuału. Jego wstąpienie na tron czy pogrzeb stają sie wielkimi rytualnymi igrzyskami utwierdzającymi jego wyjątkową pozycję na ziemi. Tak jak w Bizancjum - nic nie może być przypadkowe. Upadły przywódca traci również prawo do honorów. Zwłoki Mikołaja II trafiły do zrujnowanej kopalnii pod Jekatierynburgiem. Upadły Chruszczow spoczął na zwykłym cmentarzu. Wspólczesna Rosja jest jednak przypadkiem rytualnej schizofrenii. Zreahabilitowany car spoczął w carskiej krypcie. Jego morderca Lenin nadal spoczywa w swoim mauzoleum. Okazuje się że obie strony konfliktu - car i rewolucja sa jednakowo słuszne i zasłużone. Car i Lenin sa przodkami ideowymi obecnych przywódców.

Uroczyste zaprzysiężenia Jelcyna, Putina i Miedwiediewa oraz uroczysty pogrzeb Jelcyna w 2007 roku sa ciagiem dlaszych kilkusetletniej niewoli rytuałów. Władca nieukoronowany nie jest władcą prawdziwym. Władca nieodpowiednio pochowany też traci otaczający go nimb. Panowanie musi mieć swój początek i koniec.

Chan

Przez dwieście lat władcy Włodziemierza i Moskwy byli jedynie wasalami mongolskich chanów. Po uniezależnieniu pieczołowicie dokonywali podbojów ziem dawnego suzerena: chanatów: Kazania, Astrachania, Syberii i Krymu a później ziem właściwej Mongolii. Wielki Książe i Car stawał sie kolejno zastępcą i nastepcą chanów - przejmując ich metody rządzenia. Sukcesywnie rosyjska ekspansja przyłączała kolejne tereny należące do ludów koczowniczych.

Wspomniane wyżej nastepstwo pogłębiało jedynie identyfikację przywódcy i państwa. Jednocześnie wzorem Czyngis-Chana - rosyjski car stawał sie władcą wszechwiedzącym. Rosyjscy przywódcy reprezentują z grubsza dwa style sprawowania władzy: bizantyński polegający na stałym (przy praktycznym jej nieopuszczaniu lub opuszczaniu w sytuacjach wyjątkowych) rezydowaniu w stolicy i rządzeniu przy pomocy róznego rodzaju akolitów i plenipotentów oraz rozbudowanego aparatu urzędniczego. Styl drugi to mongolska mobilność - stałe przemieszczanie sie po wielkim Imperium. Władcy mobilni to rzadkość: Piotr Wielki, Aleksander I, Mikołaj II, Lenin i Chruszczow, Jelcyn, Putin i Miedwiediew,Władcą zamkniętym w pałacu był Józef Stalin. Przywódca musi byc ponad narodem i razem z nim. To stan niezwykle trudny do osiągnięcia.

Panowanie w rękach mężczyzn

Przywództwo w Rosji wydaje sie być zjawiskiem typowo męskim. Stereotypowe pojmowanie siły i znaczenia lidera wykluczało kobietę jako władcę albo czyniło przejęcie przez nią władzy zdarzeniem wyjątkowym. Wielka Księżna Olga, Zofia Witoldówna (córka Wielkiego księcia Witolda i matka Wasyla III) i Helena Glińska były jedynie regentkami sprawującymi władzę w imieniu swych synów. Piotr Wielki pozbawił życia własnego syna i uczynił nastepczynią swoją drugą żonę - córkę litewsko-polskiego chłopa z Inflant - Martę Skowrońską. Pod imieniem Katarzyny Pierwszej była ona jednak li-tylko marionetką.Jej krótkie panowanie pozostało by efemerydą gdyby nie koniecznośc utrzymania tradycji i władzy nad Rosją w obrębie rodu panującego. W osiemnatym wieku miały panować w Rosji jeszcze trzy cesarzowe. Bratanica Piotra Wielkiego - Anna - niegdysiejsza księżna kurlandzka - była figurantką podobna do swojej poprzedniczki. Rosja zawdzięczała jej nową tradycje polegającą na obsadzaniu stanowisk państwowych inflanckimi Niemcami. Później jednak władze nad Rosja przejeły władczynie samodzielne. Elzbieta I (córka Piotra Wielkiego) i Katarzyna II. Elzbieta - zupełnie jak jej szesnastowieczna brytyjska imienniczka wyrzekła sie kobiecych metod sprawowania władzy. Nie wyszła za mąż a swoja nieslubna córke ukrywała przed światem. Nie ukrywała jednak swej kobiecość w sposób ewiedentny. Polskie władczynie: Jadwiga i Anna Jagiellonka nosiły tytuł "króla". Elzbieta była jednak "cesarzową".

Katarzyna Druga przejeła władzę (podobnie jak jej poprzedniczka) w wyniku zamachu stanu. Po zamordowaniu obalonego męża sprawowała autokratyczna władze przez ponad trzydzieści lat. jej śmierć w roku 1796 zakończyła jednak udział kobiet w sprawowaniu najwyzszej władzy - jak na razie definitywnie. Nawet kolejne cesarzowe- małżonki i "pierwsze damy" nie zdobywały pozycji podobnej do ich zachodnich koleżanek. Aleksandra Fiodorowna - zona Mikołaja II spotykała sie z wrogością wobec swojego udziału w życiu publicznycm. Nadieżda Krupska - zona a nastepnie wdowa po Leninie - dopracowała się własnej pozycji w ruchu rewolucyjnym. Jedynie Raisa Grobaczowa usiłowała zaistnieć w zyciu państwa. Równie nieudanie jak Aleksandra Fiodorowna.

Kobiety sa w Rosji ministrami i deputowanymi. generałami i gubernatorami. Nic jednak nie zapowiada żeby stało sie to normą. Następcą carów, cesarzy i chanów bywa jednak mężczyzna a kobiece antrakty jedynie potwierdzają regułę.

Namiestnicy i podwładni

Aparat urzędniczy i samorządowy musi byc emanacją przywódcy. W chwilach smuty ośrodki regionalne zdobywają większa samodzielność. Stabilizacja ustroju oznacza jednak ponowną centralizację. Po okresie "smuty " lat dziewięćdziesiatych - nastąpiła putinowska centralizacja.

Przywódca Rosji jako przedstawiciel jej establishmentu

Choć współcześni przywódcy Rosji - od Jelcyna począwszy - nasladują niegdysiejsze rytuały - można stwierdzić że nie powracaja juz do prób sakralnej legitymizacji swej władzy. Carowie reprezentowali na ziemi Boga, sekretarze generalni - powszechną szczęśliwość. Teraz prezydent reprezentuje Rosję.

Pozbawiony sakralnej otoczki - przywódca staje sie w daleko większym stopniu zakładnikiem politycznego establishmentu. To on wyłania kandydata i przeprowadza jego legitymizację. Rytuał demokratycznych wyborów zastepuje boskie namaszczenie.

Pułapka

Możliwe że historia nie ma az tak wielkiego znaczenia dla terazniejszosci i przyszlosci. Co ciekawe - to twierdzenie - podtrzymują zazwyczaj nie-historycy. Warto jednak zwrócić uwagę na dziedzictwo. Rosja jest krajem wyjątkowo mocno zakotwiczonym w historii - nie powinno nas więc dziwic i to że historia wpływa tak mocno na stosunki polsko-rosyjskie.

Przed nami kolejne, rosyjskie wybory prezydencie. Ciekawe jak przebiegną? Myślę ze zgodnie z dotychczasowymi rytuałami.

Łukasz Jasina - historyk, doktor nauk humanistycznych, członek redakcji "Kultury Liberalnej".

3 września 2011

Co zwiastuje Gra o tron?

Długo, lękając się nadmiernej ilości krwi i przemocy (seks jakoś, dziwnym trafem, znoszę), nie byłem w stanie przekonać się do obejrzenia jednej z nowszych produkcji HBO. Ostatecznie przemogłem swoją niechęć, co skończyło się tym, że w ostatnich dniach chodziłem spać w okolicach 2 w nocy, żeby jak najszybciej obejrzeć wszystkie 10 odcinków. Uznałem grzech swojego zaniechania i niewiary, o tyle irracjonalny, że przecież "Władcę pierścieni" lubiłem, filmy nakręcone na podstawie trylogii Tolkiena oglądałem z przyjemnością, a koncept świata, w którym pory roku trwają, ile chcą, wydał się nad wyraz interesujący. Choć w pierwszej serii (kolejna planowana dopiero na wiosnę 2012) koncept ten nie został jeszcze jakoś mocno wykorzystany, to ekranizacja prozy George'a R. R. Martina wciąga.

Trochę czasu zajęło mi wymyślenie, do jakich zdarzeń i zjawisk w świecie współczesnym nawiązywać może "Gra o tron". Moją czujność przytępiła niezbyt mądra lektura, a mianowicie "Bunt na sprzedaż" dwójki kanadyjskich autorów, Josepha Heatha i Andrew Pottera. Usiłowali oni udowodnić, jak to kontrkultura osłabiła lewicowy przekaz, skupiając się na indywidualnym rozwoju zamiast na walce o lepszy świat. Choć momentami książka brzmiała sensownie, to jednak zapomniała o tym, że kontekst amerykański może być nieco różny od europejskiego (w ogóle pominięte polityczną ewolucję ruchów społecznych i powstanie partii Zielonych), że nie każde reformistyczne rozwiązanie, jak np. handel emisjami gazów cieplarnianych, musi być rozwiązaniem właściwym, choćby z powodu niepewności co do tego, czy ustalona przez rynek cena handlowa CO2 doprowadzi do spadku emisji poniżej poziomu nieodwracalnych zmian w ziemskim klimacie, lekceważąco też podchodziła do lokalizacji ekonomii, w ogóle pomijając koszty ekologiczne obecnego transportu produktów. Co więcej - przekonując o swej lewicowości dowodzili, że nie mamy do czynienia z żadnym kryzysem nadprodukcji, a zachęcanie ludzi do wstrzymania się z zakupami niczemu nie służy, bo będą one krążyły także jako oszczędności - tak, jakbyśmy w ogóle nie mieli za pośrednictwem naszych zasobów finansowych wpływu na rzeczywistość. Krytykując maksymę "myśl globalnie, działaj lokalnie" uważają, że więcej do powiedzenia mają władze państw narodowych, po czym jako przykład podają wprowadzenie opłat za wjazd do centrum Londynu, wprowadzone przez... burmistrza Londynu. Krytykując koncept "demokracji uczestniczącej" zapominają o pozytywnych doświadczeniach chociażby z Porto Alegre - i tak dalej...

Czemu o tej niespecjalnie moim zdaniem udanej książce piszę w tym miejscu? Zapewne dlatego, że choć jej autorzy powołują się chociażby na Veblena czy Bourdieau, pozostają sceptyczni wobec roli, jaką hegemonia kulturowa pełni w naszym życiu i podtrzymywaniu status quo, odrzucając tym samym rozważania chociażby Antonio Gramsciego. Nie wyciągają wniosków z tego, że gdyby kultura nie miała wpływu na sposób funkcjonowania ekonomii, kapitalizm w Skandynawii, Niemczech, Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii nie powinien różnić się tak bardzo, jak obecnie. Podając za wzór tego, w jaki sposób można zachować indywidualność, jednocześnie służąc wspólnocie, wskazują na Star Treka pomijając fakt, że tam członkinie i członkowie załogi USS Enterprise mają do dyspozycji niezwykle elastyczny system hologramowy, pozwalający im na pielęgnowanie własnych dystynkcji. Pokazuje to, że zamiast oddzielać kulturę i politykę, co w pewnym momencie autorzy "Buntu na sprzedaż" niemal wprost sugerują, lepiej podtrzymać kulturoznawcze zainteresowanie popkulturą i z tej perspektywy nie spoglądać na seriale jako li tylko rozrywkę.

Po tym dość przydługim wstępie (wybaczcie, ale po prostu nie miałem ochoty na osobną notkę na temat książki, która miała być niezłą demaskacją, a okazała się mało przekonująca) wracam do "Gry o tron". Z początku skupiałem się wyłącznie na fabule, a że ta jest dość rozbudowana, ważnych postaci zaś bez liku, było o czym myśleć. W dużym skrócie - nadciąga zima, powracają mroczne postaci, które miały zniknąć z powierzchni ziemi kilka tysięcy lat temu, umiera dotychczasowy król, wokół którego już wcześniej kumulowały się rozliczne intrygi różnorakich koterii, a do tego za morzem rodzina poprzedniego rodu panującego szuka sposobów na powrót do władzy. Mamy tu nagłe odkrycia genealogiczne, tubylców, dzikie hordy, smocze potomstwo, mroźną Północ oddzieloną od cywilizacji murem - czegoż zatem chcieć więcej?

Pierwszą myślą, jaką miałem jeśli o ten serial chodzi, była wizja upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego. Tam także mieliśmy limes, chroniony przez coraz bardziej zdegradowane liczebnie i jakościowo legiony, intrygi w Rzymie i władców, chcących nierzadko z pomocą nowo przybyłych germańskich ludów zdobyć lub utrzymać władzę. Mieliśmy wielkie, barbarzyńskie zagrożenia - Hunów, Wandalów i wiele innych plemion i grup etnicznych... Na dodatek ostatnio, patrząc na zawirowania związane z globalną ekonomią, coraz gorzej broniącą się przed kolejną recesją, obraz Cesarstwa Zachodniorzymskiego coraz częściej zaczął stawać mi przed oczyma. Martin, a wraz z nim twórcy serialu, pokazują nam czasy "burzy i naporu", w których kończy się pewna epoka, a pretendentki i pretendenci do stworzenia nowej hegemonii, mający odmienne charaktery i style działania, nie wiedzą jeszcze, jak zakończą się ich starania.

Po ancien regime na scene wchodzi młody królewicz, który bardzo szybko ujawnia swoje zamiłowanie do tortur i zadawania śmierci. Fantazja o prawicowym populizmie, czy to w formie amerykańskiej Tea Party, czy kolejnych europejskich, mniej lub bardziej ksenofobicznych ugrupowań? Ciekawe, co na ich temat sądzą Heath i Potter, zapewniający, że fantazjowanie o powrocie radykalnej prawicy do gry jako efekcie obecnej formy kapitalizmy nie mają żadnych podstaw? Potomkini smoków, sprzedana przez własnego brata na żonę wodza konnych koczowników, z którym znajduje wspólny język - czy nie brzmi to jak kontrkulturowa fantazja o powrocie od kultury do natury w celu odnalezienia zagubionej równowagi? Mamy tu do czynienia ze szlachetnym idealizmem i wiarą w możliwość rewitalizacji nadpsutego status quo w oparciu o zasady pierwotnie przezeń promowane (namiestnik Stark, jak i cała jego rodzina zdaje się dobrze w tę rolę wpasowywać), biznesową merytokrację, rządzącą zza kulis... Czyż nie jest obraz naszej rzeczywistości, ubrany w atrakcyjne szaty kolejnego świata fantasy?

Zostawiam Was z tym pytaniem, zachęcając do przekonania się na własne oczy.

2 września 2011

Raport sondażowy - sierpień 2011

W projekcji składu przyszłego Sejmu zmieniło się dość niewiele, chociaż spadki poparcia dla głównych partii - PO i PiS - są dość znaczne. Widać, że coraz więcej ludzi zniechęca się do polityki, o czym mówiono i przy okazji zbierania podpisów pod listami wyborczymi (była to jedna z kwestii, podnoszonych przez aktywistów mniejszych Prawicy Marka Jurka oraz Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego jako powód nie zarejestrowania list w całym kraju), i przy okazji olbrzymiej ilości osób niezdecydowanych, która pojawia się w większości badań, i z powodu - powiązanych z tym faktem - prognoz dotyczących przewidywanej niskiej frekwencji.

Status quo trwa w najlepsze i jak na razie niewiele wskazuje na to, by coś miało się w tym zakresie zmienić. Nie widać żadnych imponujących wzrostów mniejszych formacji. Być może sytuacja zmieni się nieco dzięki telewizyjnym debatom, ale bardzo trudno - w obliczu nieustających kłótni i spektakularnych zwrotów akcji - powiedzieć, w jakim kierunku zajdą przepływy poparcia. Widać coraz bardziej wyraźnie, że pozycja Platformy jest relatywnie słaba (rok temu ani razu nie miała tak niskiego poparcia po uśrednieniu sondaży jak obecnie), tyle że trudno ludziom przekonać się do głosowania na SLD, szczególnie po problemach tej partii z układaniem list wyborczych, albo do Ruchu Palikota, pomimo kilku spektakularnych transferów (Robert Biedroń, Wanda Nowicka). Trudno powiedzieć, co miałoby przerwać tę "małą stabilizację".
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...