21 sierpnia 2011

Letnia Akademia Ekopolityczna: Człowiek w krajobrazie - wczoraj i dziś

Gabo Bartha: Od dwóch miesięcy nie mieszkam już w Budapeszcie – przeprowadziłam się na wieś po udanej akcji w obronie jednego z lokalnych targów, nie tylko handlujących samymi owocami i warzywami, ale także daniami przyrządzanymi na ich bazie. Wraz z obecnym tu Belą Baji zajmujemy się promocją permakultury – bardziej zrównoważonych upraw rolnych. Lokalna społeczność miejsca, do którego się wprowadziłam była zdumiona, że ktoś dobrowolnie sprowadził się w ich okolicę z Budapesztu, i do tego jest na tyle ich zdaniem głupia, że nie używa pestycydów! We Francji, Niemczech czy we Włoszech przetrwała kultura kupowania wysokiej jakości, lokalnych produktów, która na terenie Węgier zanika, co nie napawa mnie optymizmem.

Daniel Leidinger: Aktualnie zajmuję się kwestiami gospodarki wodnej oraz architekturą krajobrazu, wcześniej zajmowałem się między innymi kwestiami zmian klimatycznych. Już przykład Mezopotamii pokazał, jak fatalne skutki miało obranie kierunku na rolnicze monokultury. Obecnie uprawy rolne na Węgrzech zdominowane są przez uprawy przemysłowe, skupiające się na dostarczaniu produkcji do supermarketów. Uzależnienie od wykorzystania w produkcji rolnej narzędzi i pojazdów napędzanych paliwem z ropy naftowej oznacza, że mało kto jest w stanie wyobrazić sobie powrót do bardziej pracochłonnej formy gospodarowania. Potrzeba zmian w strukturze subsydiów rolnych, które nie wspierałyby chociażby nadmiernej chemizacji rolnictwa. Permakultura jest lekarstwem dla coraz bardziej wyjałowionej ziemi i daje szanse także dla osób zagrożonych ubóstwem. Co więcej, mogłaby ona stać się łącznikiem, który odbuduje więź między mieszczanami a przyrodą.

Odcięliśmy się od życia wiejskiego – nawet w małych miejscowościach jak Horanyi ludzie kupują żywność u tych samych sprzedawców detalicznych, co w Budapeszcie. Na jednym z forów, na których uczestniczyłem, na pytanie z publiczności, co stanie się, kiedy zabraknie chleba, ktoś inny odpowiedział, że kupi się coś innego w sklepie – to pokazuje poziom naszego oderwania od rzeczywistości i zrozumienia rządzących nią procesów. W ciągu ostatnich stu lat w znacznej mierze zniszczyliśmy kulturę rolną, budowaną przez tysiąclecia. Mówimy, że praca na roli jest ciężka, podczas gdy sami potrafimy w celu obrony dotychczasowego statusu życiowego i możliwości kupna rosnącej ilości gadżetów potrafimy pracować po 50 i więcej godzin tygodniowo.

Bela Baji: Zajmuję się rolnictwem organicznym. Swoje działania rozpocząłem jeszcze w roku 1987 i trwają po dziś dzień. Permakultura, którą aktywnie promuję, to moim zdaniem najbardziej radykalna forma naśladownictwa natury. To nie tyle forma gospodarowania, co tryb życia, skupiony wokół centralnego ekosystemu danego obszaru, na przykład stawu albo lasu. W tym ostatnim przypadku teren, który do tej pory nie był traktowany jako teren rolny, staje się jednocześnie miejscem upraw, życia ptaków etc. Staramy się naśladować przyrodę, dlatego tak uprawiany las nie ma jednej, lecz trzy-cztery warstwy, tak jak na obszarach zalesionych rosnących bez ingerencji człowieka. Podobnie ze stawem – można w nim hodować ryby, a nad jego brzegiem posadzić zioła. Nie stosujemy tu pestycydów, co z początku oznaczało, że drzewa atakowane były przez insekty, wraz z upływem czasu przyroda wracała jednak do stanu równowagi i stan lasu uległ – dzięki odbudowie dawnych łańcuchów pokarmowych – znaczącej poprawie.

Permakultura tworzy lokalną społeczność – w miejscowości, w której pracowałem, ludzie współdziałali ze sobą na przykład przy okazji remontu domu. Dotychczasowe wsie ulegają przemianom, wyludniają się, a na miejsce opuszczającej je ludności przybywają chcący odpocząć od szybkiego tempa mieszczanie. Często nie mają nawet pojęcia, co rośnie w ich ogródkach. Mimo tych procesów ruch wiosek ekologicznych na Węgrzech przetrwał już 20 lat – z perspektywy czasu widać, że proces ich tworzenia ulega przyspieszeniu. Przyszłość należy – a przynajmniej taki pogląd dominuje w analogicznym ruchu w Wielkiej Brytanii – do permakultury w miastach, wykorzystywania przestrzeni takich jak dachy bloków do budowy szklarni i uprawy warzyw. Kierunek ten potwierdza przykład Kuby – kraju, który po upadku ZSRR stracił wsparcie z Moskwy i dla wyżywienia własnego społeczeństwa władze rozpoczęły promocję rolnictwa miejskiego, osiągając w tym aspekcie niemałe sukcesy. Mogę podać inny ciekawy przykład – we Francji grupa ludzi zdecydowała się na zasianie na opuszczonym od 8 lat przez inwestora obszarze sałaty i pomidorów. Po początkowych kontrowersjach władze samorządowe zgodziły się na ten eksperyment, w zamian za zobowiązanie osób odpowiedzialnych za to działanie o dbanie o uprawiany teren.

20 sierpnia 2011

Letnia Akademia Ekopolityczna: Przodkowie ekopolityki - Bibo i Polanyi

Andras Bozoki, politolog: Obaj myśliciele opierali się myśleniu o redukcji społeczeństwa do pojedynczego źródła działania i tłumaczenia jego funkcjonowania pojedynczym czynnikiem. Jedną ze szkół tego typu myślenia, która w ten sposób postępowała, była szkoła marksistowska, sprowadzająca wszystko do kwestii klasy, a także społeczny darwinizm. U Istvana Bibo podziwiam jego koncepcję władzy, którą można streścić ideą soft power – jego zdaniem to mechanizm koordynacji, który ma służyć poprawie jakości życia jak największej grupie ludzi. Jego skupianie się na równowadze władz było głębsze niż w anglosaskiej tradycji ustrojowej realizującej zasadę checks and balances. Nie wierzył jak anarchiści w możliwość zniesienia władzy, zamiast tego chciał rozdzielenia jej między wszystkich ludzi, co w ten sposób zmuszałoby ich do współpracy. Demokracja nie była jego zdaniem możliwa bez zaangażowanego w życie społeczne obywatela. Po II Wojnie Światowej analizował między innymi kwestie stosunków węgiersko-żydowskich oraz przyczyn ubóstwa Europy Środkowej i Wschodniej.

Przez całe życie pozostał na Węgrzech, doświadczając na własnej skórze działania państwa autorytarnego – w okresie międzywojennym prawicowego reżimu Horthyego, po II wojnie światowej zaś realnego socjalizmu. W 1956 roku jako jedyny poseł przebywał w węgierskim parlamencie, pisząc projekt porozumienia pokojowego podczas inwazji wojsk radzieckich, którego nikt nie brał poważnie. Zmarł w roku 1978, a wskrzeszenie jego myślenia nastąpiło w latach 1981-1989, ironią jest fakt, że partie, które brały go na swoje sztandary, po transformacji ustrojowej porzuciły jego nauczanie i – jak Fidesz – zaczęły realizować politykę przeciwną jego hasłom.

Bibo był członkiem węgierskiej, agrarnej Partii Drobnych Właścicieli Ziemskich, współpracował między innymi przy modernizacji organizacji administracji krajowej, która miała zerwać z feudalnymi nawykami i zbliżyć ją do lokalnych społeczności. Zamiast do ugody węgiersko-austriackiej z 1867 odwoływał się do doświadczeń rewolucji 1848 roku i postaci demokraty i ówczesnego przywódcy, Lajosa Kossutha. Nie jest go łatwo zaszufladkować w poszczególnej idei – konserwatyzmu, liberalizmu czy socjalizmu, nazywano go chrześcijańskim lub populistyczną socjalistą, liberalnym demokratą, a nawet radykalnym anarchistą. Był swego rodzaju „myślicielem ludowym”, skupiających się na ludności wiejskiej, drobnych gospodarstwach indywidualnych i kooperatyw, jednocześnie promując bliskie Zielonym idee tolerancji i wielokulturowości w jego koncepcji „małych kręgów wolności”. Jego koncepcja władzy miała wpływ także na postrzeganie gospodarki rynkowej – wiara w to, że równa dystrybucja władzy wyeliminuje wyzysk była krytykowana jako naiwna. Postawa Bibo w praktyce była bliska chociażby polskiej „Solidarności”, która przyjęła strategię samoograniczającej się rewolucji, tworząc swego rodzaju alternatywne wobec reżimu komunistycznego społeczeństwo i jego instytucje.

Gabor Scheiring, poseł LMP: W przedmowie Josepha Stiglitza, laureata ekonomicznej nagrody Nobla, do jednego z wydań „Wielkiej transformacji” Polanyego, autor wyraził przekonanie, że książka mówi o czasach nam współczesnych. Na tego autora trafiłem wraz z narodzinami mojego zainteresowania polityką, w tym fatalnymi efektami ekonomicznymi transformacji ustrojowej na Węgrzech. Zgadzam się z Andrasem – obaj myśliciele, o których dziś mówimy, byli przywiązani do wartości demokratycznych oraz do odrzucenia jednostronnego widzenia świata. Karl Polanyi obserwował transformację społeczeństwa własnego państwa, do tej pory w praktyce półfeudalnego, w dojrzałą społeczność żyjącą w nowoczesnym kapitalizmie i narodziny nowoczesnych instytucji politycznych i społecznych. Poza byciem intelektualistą był także politykiem – po ukończeniu studiów prawniczych zaangażował się w ruch progresywnych intelektualistów. Był sekretarzem – drugą najważniejszą osobą – w promującej liberalną wersję socjalizmu Partii Radykalnych Obywateli, oceniany był jako znakomity mówca. Badał różne interpretacje socjalizmu, poszukując modelu odpowiadającego potrzebie społecznej modernizacji. Nie stał się marksistą, zbliżając się raczej do modelu utopijnego kooperatyzmu angielskiego Towarzystwa Fabiańskiego.

Inspirujące są jego uwagi zarówno na temat społecznej samoorganizacji, jak i sprzecznych interesów, realizowanych w gospodarce kapitalistycznej. Wypracował metodologiczne metody krytyki funkcjonowania ekonomii z początku XX wieku, zwrócił także uwagę na ograniczone zasoby surowców naturalnych i na konieczność ich utylitarnego ich używania – tak, by funkcjonowanie gospodarki prowadziło do produkcji dóbr, na które istnieje społeczne zapotrzebowanie. Ekonomia nie była dla niego ścisłą nauką wykorzystującą przede wszystkim modele matematyczne, lecz skupiać się powinna na historycznych formach działania rynku, skąd powinna czerpać lekcje na przyszłość. Dla funkcjonowania społeczeństwa potrzebna jest ochronna rola instytucji publicznych, jego zdaniem pełna implementacja prawa popytu i podaży zakończyłaby się zagładą gatunku ludzkiego. Komunizm i faszyzm były efektem nadmiernego poluzowania regulacji funkcjonowania rynku. Gospodarka rynkowa nie była dlań faktem, lecz konstruktem społecznym, wprowadzonym do społecznego przekonania przez instytucje publiczne. Ziemia i praca stały się czynnikami produkcji – tę komodyfikację, prowadzącą do społecznej alienacji, realizowaną za pośrednictwem pieniądza, należy powstrzymać. W tym celu należy na nowo podporządkować rynek społeczeństwu.

Był bezdomny nie tylko mentalnie, ale także ze względu na konieczność częstej zmiany miejsca zamieszkania. Po I Wojnie Światowej przeniósł się do Wiednia, gdzie pracował jako dziennikarz, spierając się z liberałami pokroju Misesa czy Hayeka, argumentującymi, że socjalizm jest niemożliwy z powodu niemożności zebrania całości danych niezbędnych do centralnego planowania. Gdy faszyści przejęli władzę w Austrii, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Zaangażowany w ruch pracowniczy, uznany przez władze za komunistyczny, musiał wyjechać do Kanady. Dziś jest on bardziej znany na świecie niż na Węgrzech. Karl miał brata, Michała, który z chemika stał się filozofem, który w swych pismach sprzeciwiał się technokratycznemu obiektywizmowi naukowemu, przeciwstawiając mu wiedzę osobistą – idee obu braci, jak mi się wydaje, są inspirujące dla ekopolityki. Wystarczy przejrzeć spis treści „Wielkiej transformacji”, by zdać sobie sprawę z faktu, że traktował środowisko bardzo poważnie, dostrzegając zakorzenienie człowieka w ekosystemie. Stał w opozycji do ówczesnej ekonomii ekologicznej, skupiającej się na ograniczeniu poziomu zanieczyszczeń poprzez policzenie i wprowadzenie opłat za koszty zewnętrzne produkcji. Uważał, że rynek nie jest w stanie sam z siebie uregulować kwestii swojego wpływu na kapitał naturalny i należy w celu jego ochrony korzystać z uprawnień regulacyjnych instytucji publicznych.

Daniel Oross, prowadzący: Warto przypomnieć, że Bibo był niezwykle płodnym twórcą – w ciągu swojego pobytu w Wiedniu we wczesnych latach 20. XX wieku był w stanie napisać 130 artykułów rocznie. W jego pismach możemy znaleźć wielką wiarę w człowieka, którego obowiązkiem jest służba społeczności i wobec którego trzeba podchodzić z dobrą wiarą co do jego działań i przekonań. U Polanyego zwróciłem uwagę na jego analizę faktu zakorzenienia rynków – nie są one wolne, nie brak też przykładów na wady w jego funkcjonowaniu.

19 sierpnia 2011

Letnia Akademia Ekopolityczna: Szansa na pluralistyczną demokrację na Węgrzech?

Lajos Mile, poseł LMP: Chciałbym opowiedzieć o konserwatyzmie na Węgrzech – ma on wiele oblicz, sam chciałbym mówić o jego umiarkowanym wariancie, który miast centralnych działań rządu preferuje oddolne inicjatywy nad działania rządu, oraz stopniowe przekształcenia społeczne ponad „terapię szokową”. To ważne w kontekście obecnego rządu Viktora Orbana.

Podczas rewolucji francuskiej zwolennicy takiej postawy, którzy przyznawali królowi więcej prerogatyw, w tym prawo weta wobec decyzji parlamentu, siedzieli po prawej stronie ław parlamentarnych. Kolejną historyczną gałęzią tego nurtu politycznego był bonapartyzm – przyznanie władzy monarszej z nadania ludu i wykonywanej w jego imieniu, nie zaś z bożego nadania. Węgierscy konserwatyści pojawili się na naszej scenie politycznej w połowie XIX wieku, kiedy to funkcjonował podział na lokalne wersje Torysów i Wigów – jedna preferowała monarchię absolutną, druga zaś konstytucyjną. Pierwsza węgierska partia konserwatywna powstała na Węgrzech w roku 1846 roku i poszukiwała porozumienia z monarchią habsburską. W reakcji na rozwój przemysłowy oraz rosnące znaczenie klasy robotniczej pojawiły się antyliberalne tendencje wśród konserwatystów, akceptujących większą rolę państwa, zamiast demokracji parlamentarnej ufność pokładali w działaniach oddolnych. Spore wpływy miała także społeczna nauka kościoła katolickiego. To między innymi stąd przyszła idea sprawiedliwości społecznej, realizowana w politycznej praktyce przez Konrada Adenauera. W ostatnich dziesięcioleciach XX wieku największe wpływy zyskała wśród nich idea zupełnie inna – inspirowana Hayekiem rezygnacja z ingerencji w działalność rynku. Dzisiejszy kryzys tworzy warunki do nawrotu politycznego bonapartyzmu, choć potrzeba nam czego innego – odejścia od dychotomicznego sporu na linii lewica-prawica w stronę poszukiwania syntezy adekwatnej do dzisiejszych czasów. Wierzę, że taką syntezę oferuje LMP. Syntezę, której do tej pory nie zaproponowały ekologiczne organizacje pozarządowe i pod którą podczepiają się taktycznie także inne formacje, jak np. węgierscy socjaliści.

Andras Bozoki, politolog: W ciągu ostatnich latach węgierska demokracja straciła wiele ze swojej wiarygodności. W 1989 roku przeżyliśmy przejście od państwowej gospodarki i cenzury do nowego systemu. Działo się to w czasach, na których piętno odcisnęła na świecie myśl i działania Ronalda Reagana i Margaret Thatcher, zrywająca w poszukiwaniem równowagi między państwem a rynkami i marząca o stworzeniu „społeczeństwa rynkowego”. W efekcie ich działalności publicznej nikt nie zadawał sobie pytań na temat tego, jaki jest sens i powinien być zakres prywatyzacji, spierano się jedynie na temat tego, czy powinna ona odbywać się szybko czy wolno. Wierzono święcie w ściekanie bogactwa w dół, do nowej klasy średniej, co skończyło się olbrzymim wykluczeniem i rozwarstwieniem społecznym, czego przykładem sytuacja społeczności romskiej. Węgierski, półperyferyjny kapitalizm okazał się wyjątkowo wykluczający i skierowany na realizację korzyści nowych elit. Aktualny rząd wpisuje się w te tendencje – za retoryką protekcjonizmu, nacjonalizmu i populizmu kryje się neoliberalna polityka ekonomiczna, symbolizowana przez wprowadzenie podatku liniowego. Mało kto o przeciętnych zarobkach spodziewał się, że dzięki temu rządowi w swoim portfelu będzie miał mniej pieniędzy, bo takie są efekty nowej polityki fiskalnej rządu Fideszu.

Jaki typ demokracji promuje ekopolityka? Kontraktu międzypokoleniowego i długofalowego działania. Nie da się jej wprowadzić odgórnie, co było grzechem pierworodnym węgierskiego roku 1989. Rozwiązaniem nie jest też wybór silnego, charyzmatycznego przywódcy, który pokaże, w jaki sposób „robi się” demokrację. Nie potrzeba nam wielkich liderów, ale takich, którzy szanują zasady i mechanizmy demokratyczne. Wielopartyjna demokracja parlamentarna jest niezbędnym minimum dla uprawiania polityki – chcemy jej poszerzenia, dlatego LMP opowiada się za zniesieniem zbiórki podpisów, wymaganych do rejestracji komitetów wyborczych, wprowadzenia kwot dla kobiet na listach oraz obniżenia progu wyborczego z 5 do 3%. Ani demokracja, ani ekopolityka nie może jednoczyć na siłę, jest formą myślenia, nie aspiruje do wprowadzania totalitarnej jednomyślności. Dopóki ludzie mają poczucie, że rządzi nimi oderwana od rzeczywistości, dopóty zagrażać jej będzie ryzyko pociągnięcia jej do odpowiedzialności za ich działania. To właśnie takie zjawisko stało za sukcesem LMP – najpierw dobrym wynikiem w wyborach do Parlamentu Europejskiego, potem zaś wejściem do węgierskiego parlamentu.

Erzsebet Szalai, feministka, autorka książki „New Capitalism and What Can Replace It”: Ekopolityka zgadza się ze stwierdzeniem, że gospodarka musi być podporządkowana celom społecznym, nie zaś odwrotnie. Prawo do pracy to kolejny jej element – wiemy, jak bardzo brak pracy prowadzi dziś do rozrywania więzi społecznych. Mieści się tu także wsparcie takich aspektów liberalnej demokracji, jak szacunek i wspieranie praw mniejszości. Empatia i poszukiwanie porozumienia, udział kobiet w życiu publicznym, który w dzisiejszych Węgrzech jest mniejszy niż w ostatnich latach realnego socjalizmu – to kolejne wartości bliskie zielonej polityce. To ideologia bardziej internacjonalistyczna nawet w porównaniu z lewicowymi międzynarodówkami, jako że zdaje sobie sprawę ze wzajemnego powiązania wszystkich elementów funkcjonowania środowiska oraz społeczeństwa.

Jak pokazuje nam wojna w Iraku, demokracji nie da się wprowadzić z zewnątrz. Moim zdaniem środowiska liberalne i lewicowe popełniają błąd, odmawiając ludziom przyznawania się do dumy ze swej narodowości. Dla mnie bycie Węgierką jest najważniejszą tożsamością, którą wiążę z wizją wielokulturowego, pluralistycznego społeczeństwa. Dzisiejszy ludzie w wieku 25-35 lat, z którymi wiąże się nadzieję na odnowę demokracji, nie mają pokoleniowej samoświadomości. Są coraz bardziej pod wpływem elastycznego rynku pracy – nierzadko do 30 roku życia mają już za sobą 3-4 prace, co przyczynia się do wzrostu poczucia alienacji i kryzysu tożsamości. Coraz trudniej wejść tym ludziom w dorosłe życie w związku w takich warunkach ekonomicznych. Plany rządu Orbana dotyczące dalszej liberalizacji kodeksu pracy skutkują za to ożywieniem naszych związków zawodowych, niezadowolonych z tych pomysłów.

18 sierpnia 2011

Letnia Akademia Ekopolityczna: Bieda w wiosce, bezrobocie na wsi

Lucy Szilagime: Jako koordynatorka akcji lokalnych społeczności na rzecz rozwoju i walki z biedą promuję działania oddolne. Problem z nimi polega na budowaniu zaufania między działającymi na danym obszarze organizacjami, z których każda uważa, że ma najlepszy pomysł na swoją miejscowość. Potrzeba im zarówno pomocy administracyjnej, jak i budowania między nimi solidarności. Często – bez zaistnienia jakiegoś problemu w danej okolicy, np. katastrofy ekologicznej, nie powstają organizacje zajmujące się jakąś sprawą – to casus braku organizacji ekologicznych przy jednym z węgierskich parków narodowych. W procesie budowy zaufania dużą rolę odgrywają lokalne autorytety, np. nauczyciele, od przedszkola promujący lokalne produkty rolne i zabiegający o rozwój lokalnej infrastruktury ekologicznej – od stojaków rowerowych po kosze na recykling. Obok stosownej infrastruktury ważne jest przekazywanie wiedzy na temat lokalnej produkcji i tożsamości, bez których ludzie nie będą potrafili korzystać z okazji i korzyści, jakie daje wspieranie tego typu działań.

Mamy problemy z poziomem wykształcenia na obszarach wiejskich na Węgrzech, co utrudnia nie tylko rozwój ekonomiczny, ale też społeczny. Osoby biedne, niewykształcone stają się podatne na przykład na kupowanie głosów przez lokalnych kandydatów w wyborach. Niegdyś szkoły uczyły zawodów rzemieślniczych, przygotowywały do konkretnego zawodu, dzięki któremu mogli być pewni znalezienia pracy. Dziś tego już nie mamy, i trudno mi stwierdzić, który węgierski rząd położył tę sprawę najbardziej. Nie wspiera się pozostałych po transformacji ustrojowych spółdzielni spożywczych, ich rozwoju i ponownego zatrudniania osób, które z nich wypadły. Spółdzielnie społeczne ożywiają lokalne społeczności. Niestety – nie wspiera się ich zakorzenienia na rynku - dla przykładu w 2000 roku w jednej ze wsi powstała kooperatywa hodowli i sprzedaży papryki, która podupadła ze względu na politykę firmy skupującej ich produkt. Tymczasem wśród pracowników społecznych nie brakuje osób, które w życiu nie widziały osoby pochodzenia romskiego, co pokazuje poziom zainteresowania władz polityką społeczną.

Nora Ritok: Fundacja, w której działałam, prowadziła szkołę z alternatywnym programem nauczania, dostosowanym do potrzeb dzieci z ubogich rodzin. Jej założycielka odeszła ze szkoły religijnej, gdzie jej metody wzbudziły kontrowersje, a rodzice węgierskich dzieci zaczęli narzekać na obecność dzieci romskich. Dziś jej szkoła integracyjna ma 670 uczniów, z czego 70% to dzieci ubogie, spory jest wśród nich odsetek społeczności romskiej, udało jej się zachować bezpłatny charakter placówki, zapewniającej także pomoc żywieniową i transportową. Nauczyciele, poza płatną pracą naukową, wykonują społecznie wiele działań organizacyjnych, nakierowanych na pomoc społeczną, skutkującą np. zapewnianiem porządnego umeblowania i ogrzewania w domach dzieci uczęszczających do szkoły. Działania te skutkują zwiększeniem zaufania między ludźmi do tej pory wykluczonymi z udziału w życiu społecznym z prowadzącą szkołę fundacją. Jednym z narzędzi, które wykorzystujemy w promowaniu naszej działalności, jest prowadzony przez nas blog, cieszący się sporą popularnością, który był niestety obiektem ataków hakerskich i gróźb, przekazywanych w komentarzach, przez co musieliśmy wyłączyć tę opcję naszej strony.

Benedek Sallai: Europejskie społeczeństwa są coraz bardziej rozbite, a my mamy pokusę, by powtarzać błędy Zachodu, traktując go jako wzór. Działalność społeczna i ekonomiczna człowieka musi dawać przyrodzie możliwość regeneracji. Na Węgrzech naszym największym bogactwem jest ziemia rolna, tymczasem programów promujących zamieszkiwanie na obszarach wiejskich bardzo nam brakuje. Ludzie migrują ze wsi do miasta, dotyka to szczególnie lokalne, wiejskie środowiska inteligenckie, co wypłukuje tereny wiejskie z szans na rozwój. W naszym regionie przez wieki bogactwo tworzyła ekstensywna produkcja rolna, nasze bydło eksportowane było aż do Barcelony, a do Wiednia wysyłaliśmy... żyjące w naszych bagnach żółwie. Jeszcze w czasach realnego socjalizmu nawet 40% ludności pracowało w rolnictwie, dopiero po przekształceniach systemowych wskaźnik ten uległ załamaniu, co doprowadziło do wzrostu bezrobocia oraz szarej strefy na obszarach wiejskich.

Płacę 20 ludziom za zbiory śliwek w opuszczonych sadach, dzięki czemu zamiast marnować płody ziemi można tworzyć z nich palinkę, przy okazji tworząc sezonowe miejsca pracy. Nie ma problemu braku pracy do zrobienia, jest za to problem braku pracownic i pracowników – dominujący system wartości sprawia, że mało kto chce pracować fizycznie, za to każdy chciałby być menedżerem. Dopóki węgierski rząd nie będzie wspierał tego typu działań, dopóty niewiele zmieni się na lepsze, a migracja do miast będzie trwała. Już dziś skutkuje to zapaścią demograficzną obszarów wiejskich i nadreprezentacją osób starszych, co tworzy kolejne problemy społeczne. Promuje się nie politykę stymulującą rozwój lokalnych ekonomii, lecz produkcję płodów rolnych na które istnieje zapotrzebowanie na globalnym rynku. Korzystają z tego nie lokalne społeczności, lecz międzynarodowe koncerny. Władze samorządowe, zachęcające do sprowadzania się np. supermarketów, przyczyniają się do osłabiania własnych, lokalnych gospodarek. Zniknęło poczucie solidarności – dziś każdy rolnik, mający 5 hektarów, chce mieć własny traktor, a władze nie tworzą zachęt do wspólnych zakupów sprzętu rolniczego. Dawne tradycje współpracy, które przez wieki nie potrzebowały odgórnych regulacji czy unijnej polityki rolnej, zagubiły się w strumieniu czasu. Dawne tradycje spółdzielcze zostały wypaczone przez system komunistyczny, który oduczył odpowiedzialności za wspólną własność. Wspieram kooperatyzm, ale sam z siebie nie załatwi wszystkiego – wystarczy, że jeden z globalnych graczy zacznie korzystać z subsydiów rolnych, by zniekształcić rynek i obniżyć konkurencyjność lokalnych produktów rolnych. By zapobiec takiemu rozwojowi wypadków, potrzebujemy regulacji rynku.

Gabor Vago, poseł LMP, prowadzący: Stałem się politykiem, bowiem myślenie jedynie o oddolnych inicjatywach nie doprowadzi moim zdaniem do koniecznej zmiany. Władze mają za zadanie ułatwianie działania oddolnego, co wymaga zmiany obowiązujących reguł gry. Inicjatywy oddolne niestety często działają nie razem, ale obok siebie.

Głos z sali: Kiedyś – w czasach reżimu socjalistycznego – przy każdej szkole znajdował się ogródek z warzywami. Dzieci, obcując z pracą na roli, uczyły się zarówno pracy na roli, jak i umiejętności przyrządzania z wyhodowanych przez siebie warzyw i owoców różnego rodzaju przetworów. Dziś tradycja ta zaniknęła, a dzieci częściej niż o pracy rolnika uczy się o pracy prawnika czy lekarza. Chciałabym, żeby szkoła uczyła dzieci pracy tego typu.

17 sierpnia 2011

Letnia Akademia Ekopolityczna: Efekty konkurencji i zindywidualizowanego życia

Katalin Csiba, prowadząca: Temat ten nie jest stricte ekologiczny czy ekopolityczny, lecz bardziej psychologiczny. To co powstaje w naszych myślach, w tym nasze przekonania polityczne, kreują rzeczywistość, co pokazuje, jak duży mają one na nas wpływ. Ideą zielonej polityki jest wspieranie współpracy między ludźmi. Społeczeństwo ma możliwość zmiany dominujących ról społecznych i pozytywnych wzorców, przez co możemy odejść od konkurowania o to, kto z nas ma większy samochód. Bardzo ważne jest pamiętanie o tych, którzy w tym wyścigu radzą sobie gorzej – i tu pojawia się rola dla ekopolityki.

Ferenc Kocsor, psycholog: W jaki sposób konkurencja związana jest z naszą ewolucją i dawnymi nawykami? Latami trwała debata między biologami a socjologami na temat tego, jak duży jest wpływ uwarunkowań biologicznych na nasze zachowania. Część schematów zachowań dzielimy z innymi hominidami, część jest charakterystyczna dla naszego gatunku, do tego dochodzą kwestie socjalizacji. Na nasze zachowania ma wpływ układ nerwowy i hormonalny. Skąd zatem wzięła się konkurencja? Teoria ewolucji mówi nam o tym, że trwają i rozwijają się te wzorce genetyczne, które gwarantują większe szanse przetrwania i sukcesu, mierzone np. dostępem do żywności, ilością/jakością partnerów seksualnych, pozycją w hierarchii grupy etc. Według badań psychologicznych przeprowadzanych na bliźniakach, sprawdzających przyczyny agresji, okazało się, że zarówno w dzieciństwie jak i w dorosłości połowa czynników wpływających na jej okazywanie wpływa indywidualny rozwój. Znaczenie kwestii genetycznych wraz z upływem czasu rośnie z 10 do 40%, analogicznie z 40 do 10% spada wpływ wspólnej socjalizacji. Szukając nowych sposobów na lepsze społeczeństwo musimy brać pod uwagę nasze biologiczne uwarunkowania.

Rywalizacja w grupach w naturalny sposób jest większa, jednak równoważy ją konieczność kooperacji, widoczna np. u pierwotnych grup łowieckich. Badania przeprowadzone na szympansach jeszcze w latach 30. XX wieku, w których skłaniano je do wspólnego przenoszenia ciężkich koszy z bananami kończyły się tym, że dominujący samiec zabierał całe jedzenie – kooperacja u ludzi jest lepiej rozwinięta i bardziej symetryczna. Ciekawą jej formą jest zwyczaj kula na Triobriandach (wyspy przy Nowej Gwinei) – przesyłanie sobie prezentów między poszczególnymi wyspami archipelagu. Wszystko to wskazuje, że mamy potencjał zarówno do konkurowania, jak i kooperowania, a to od nas i otoczenia, w którym funkcjonujemy zależy, z którego będziemy korzystać częściej.

Marta Fulop, psycholożka społeczna: Gdy zaczęłam zajmować się tematem konkurencji, nauki społeczne często przeciwstawiały sobie współpracę i rywalizację, tworząc dychotomiczną rzeczywistość, w którym to pierwsze zjawisko było traktowane jednoznacznie pozytywnie, a drugie – negatywnie. Uznałam, że podejście to jest niewłaściwe – te dwa zjawiska są ze sobą nierozłącznie związane, co mogłam zaobserwować podczas swoich badań w Japonii. Celem konkurowania w Japonii ma prowadzić do osiągnięcia pełnej doskonałości, konkurencją jest przecież także uczenie się do egzaminu, kiedy współlokator osoby nie mającej siły na naukę motywuje ją swoim zachowaniem do pracy. Osoba, która nas motywuje, nie jest wrogiem, co nie oznacza, że nie zdarzają się przykłady, kiedy taka zależność występuje. Trudno zresztą za pozytywny przykład kooperacji uznać wymagającą wiele współpracy korupcję.

Społeczeństwo reguluje rodzaj relacji i proporcje między kooperacją a konkurencją za pomocą norm społecznych, które następnie przekazywane są dzieciom. Za te dwa zjawiska odpowiadają różne obszary mózgu, na co wskazują badania rezonansem magnetycznym. Konkurencja może służyć zrównoważonemu rozwojowi, jeśli jest ona regulowana i kierowana w odpowiednie rejony życia społecznego. Konkurencją jest przecież dążenie do ekologicznego życia – wraz ze zwiększaniem się ilości podejmowanych przez nas działań proekologicznych.

Andras Gergely, antropolog: W dzisiejszych czasach władzę można osiągnąć nie tylko za pomocą polityki i siły militarnej – coraz częściej jest nią władza nazywania zjawisk i procesów – władza symboliczna. Antropologia kulturowo często stara się analizować człowieka w relacji do grupy, poszukując uniwersalnych współzależności. Możemy przekraczać granice poznania i tego, co uznajemy za oczywiste – dla przykładu pewne plemię w suchej części Kenii żyje plemię, które raz do roku odprawia taniec, mający sprowadzić deszcz. Nie jest to niemożliwe, wzbijający się w jego trakcie kurz może wędrować do chmur i służyć za jądro kondensacji, umożliwiające zaistnienie odpadów. Jak widać, racjonalność kenijskiego plemienia da się przełożyć na racjonalność człowieka Zachodu.

Dla zewnętrznego obserwatora trudno zrozumieć opisaną przed chwilą wymianę kula, a jednak ma ona realne skutki, takie jak zacieśnienie więzi między wyspami, przydatnej w wypadku zaistnienia problemów na jednej, kilku lub wszystkich wyspach. W Peru lokalne społeczności potrafią dobrowolnie umówić się ze sobą na obrzucanie kamieniami – nie po to, by połamać sobie czaszki, lecz z powodu wiary w to, że krew, która w wyniku tego działania spadnie na ziemię, użyźni ją i przyczyni się do lepszych plonów.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...