11 lipca 2011

Subiektywne wojaże warszawskie: krakowskie reminiscencje

Po raz pierwszy od dawna byłem w stanie niemal zupełnie się zresetować. Kilka dni w jednym z ulubionych miast, gdzie po dziś dzień wyczuwa się cesarsko-królewski klimat Austro-Węgier, spotkania z dawno nie widzianymi przyjaciółmi, przyjemne lokum na Kazimierzu - żyć, nie umierać. Dzień, w którym czekając na Internet stwierdziłem w pewnym momencie, że wcale nie muszę siedzieć kilku godzin na sieciowym przeglądzie prasy zrobił mi bardzo dobrze, podobnie jak i piesze wędrówki po Nowej Hucie, przez które na stopach mam teraz całkiem pokaźne bąble. Wycieczka ta była tak bardzo obfitująca we wrażenia, że jej opisanie w jednym blogowym poście pozostaje niemożliwością. Jako że dodatkowo wiąże się ona z nie opisanymi przeze mnie w tym miejscu lekturami i kontekstami, na przywołanie których do tej pory nie było za bardzo okazji, sądzę, że będzie nad czym porozważać.

Wspólny znajomy mój i Adama, u którego nocowaliśmy, z łatwością wciela się w rolę naszego przewodnika po mieście. Najpierw pokazuje nam uwidoczniony na wikipedycznym zdjęciu MOCAK - niedawno otwarte krakowskie muzeum sztuki nowoczesnej, w którym zostawia nas sam na sam z wystawą "Historia w sztuce". Poszukuje ona związków między tymi dwiema dziedzinami życia, sprawdzając, w jaki sposób nachodzą one na siebie i wpływają na ich społeczny odbiór. Dość szybko w oczy rzucają się tabliczki informujące o osobie, która stworzyła dane dzieło, podpowiadające jednocześnie konteksty, w jakich warto je odczytywać - dla przykładu przy obrazie Matejki zadbano o podkreślenie "zagęszczenia historii", opowiadającej o wydarzeniach związanych z bitwą pod Wiedniem. Czasem - szczególnie, jeśli nie chce się zepsuć sobie zabawy z odkrywania własnego, indywidualnego kontekstu oglądanych dzieł - lepiej lekturę rzeczonych tabliczek pominąć, inaczej można odnieść wrażenie, jakoby obcowało się momentami z opisem maturalnego klucza z języka polskiego, a nie jest to doświadczenie miłe osobom, które z nową jej wersją miały wątpliwą przyjemność obcować...

Jeśli pytać o pracę, która najbardziej wciągnęła mnie osobiście, to jest nią jedna z projekcji wideo, przedstawiająca fikcyjny pogrzeb Breżniewa. Nagrana na paromilimetrowej taśmie, w praktyce jakością zbliża się do wyeksploatowanego nagrania VHS z lat 80. XX wieku. Obrazy składające się na fikcyjny pogrzeb są zamazane i niemal pozbawione barwy, a do tego przyspieszone. Warstwa dźwiękowa wydaje się niezrozumiałą kakofonią, co przy dłuższym oglądaniu wzbudza niepokój. Kojarzy mi się nie tylko z ogłaszaniem stanu wojennego przez Jaruzelskiego, ale wręcz z kasetą z nagranym nań "Koszmarem z ulicy wiązów", który to film stanowił w mym dzieciństwie niepodważalny punkt szczytowy budzącej przerażenie przemocy. Z tym filmem miałem podobnie - wyobraziłem sobie pobudkę przy śnieżącym telewizorze (to swoją drogą ciekawe, że współczesna technologia cyfrowa, eliminując tego typu zakłócenie, eliminuje jednocześnie niepokój z nim związany) z lecącym nań obrazem tego typu - totalitarny, mroczny przekaz, ukazany w szybkim tempie, które powinno go rozbrajać i banalizować, okazuje się być jeszcze silniejszy i jeszcze bardziej przerażający.

Całkiem niedaleko mamy filmowe propozycje izraelskiego artysty, dekonstruującego Hitlera. Na jednym z filmów widzimy mężczyznę w masce postarzałego wodza III Rzeszy, odgrywającego rolę nostalgicznie wspominającego przeszłość dziadka. Napięcie między tymi dwoma elementami przekazu osiąga swój szczyt, gdy zaczyna referować na temat symetrii otworów, będących toaletami w Auschwitz... Podobnym rozedrganiem gra on, gdy w wyniku montażu pozbawia Hitlera wąsów albo sprawia, że wyrasta mu długa, "żydowska" broda. Stosując wielokrotne powtórzenie tego samego urywka filmu sprawia, że wyjmowanie chusteczki z kieszeni zamienia się w akt masturbacji. Leżąca na podłodze instalacja, wyglądająca na rozłożoną na podłodze skórę Fuehrera, przypomina nam o istniejących w nas pokładach agresji i chęci do stosowania zasady "oko za oko", prowadzącej do dalszej eskalacji przemocy.

Rzecz jasna nie są to jedyne prace na wystawie, dość wspomnieć opisywany już tu chyba film Rajkowskiej o dwójce niemieckich filozofów - Rilkem i Nietzschem - zmienionych w psy, projekcie Artura Żmijewskiego, w którym starsi ludzie - pacjenci izraelskich szpitali - przypominają sobie słowa międzywojennych, polskich szlagierów muzycznych, czy też zapisem happeningu Krzysztofa Wodiczki, podczas którego za pomocą projektorów naniósł na warszawski pomnik Mickiewicza aktorki i aktorów, deklamujących fragmenty z "Dziadów". Jako że nie udało nam się znaleźć chwili czasu, by odwiedzić położoną na dole moim zdaniem efektownego i przyjemnie nowoczesnego budynku wystawę dzieł zgromadzonych przez MOCAK, mam nadzieję, że kiedyś jeszcze przyjdzie czas na nadrobienie tej zaległości.

Nie będę się zbytnio rozpisywał na temat innej wystawy, którą miałem przyjemność zobaczyć, a mianowicie poświęconą Pomarańczowej Alternatywie, którą można obejrzeć w znajdującym się na Rynku Głównym Międzynarodowym Centrum Kultury. Na temat PA pisałem już a propos filmu Marii Zmarz-Koczanowicz, wystawa ta warta jest spędzenia przy niej chwili czasu, dzięki której możemy wczuć się w nastrój kontestowania PRL za pomocą "surrealizmu socjalistycznego". Solidnie przygotowana dokumentacja, zdjęcia działań inicjatywy z całej Polski, wycinki archiwalnych gazet - to wszystko mocne strony kulturalnej propozycji MCK. Choć w pociągach na linii Warszawa-Kraków tłoczno, mimo wszystko warto jednak przecierpieć te 3,5 godziny podróży, by zapoznać się z kulturalnymi propozycjami drugiego największego miasta w Polsce.

10 lipca 2011

Rozliczenia zatarte przez czas

Wakacje powinny być czasem odpoczynku i nadrabiania zaległości - możecie zatem stwierdzić na podstawie częstotliwości publikowania nowych wpisów, że staram się z tych możliwości korzystać. Nie zawsze się udaje, wystarczy bowiem spojrzeć na kalendarz wyborczy i na bliskość zapowiedzianego przez Bronisława Komorowskiego dnia tychże - 9 października - by uznać, że jest nad czym dyskutować i co robić. Poziom opóźnienia czytelniczego i obładowania pracą sprawił, że nadal na mych półkach dużo miejsca zajmują już nie tylko nieprzeczytane książki, ale nawet dwa komiksy. Szczęśliwie dwa to nieco mniej niż trzy, a tak jeszcze do niedawna kształtowała się stosowna statystyka. Przeczytanie 80 stron powieści graficznej w 2 dni wydaje się dość niezłym miernikiem tego, że nudzić się mi dość trudno...

Miernik to dość dobry, odpada przy nim bowiem możliwość zwalenia winy na nieciekawą lekturę. "Deogratiasa. Opowieść o Rwandzie" Jeana-Philippe'a Stassena trudno uznać za lekturę nieciekawą. Wydana w polskim tłumaczeniu w mającej publicystyczne ambicje serii Świata Komiksu "XX wiek, wiek XXI" doskonale rolę tą spełnia. Już sam temat - masakry ludu Tutsi przez Hutu w środku Afryki - wydaje się ciekawy nawet na pozornie banalnym poziomie rozważań czasoprzestrzennych. Mamy oto opowieść o wydarzeniach nie tak znowu odległych - 16 lat od dziś - które z dzisiejszej perspektywy toną w morzu innych doniosłych zdarzeń, jakie miały od tego momentu miejsce. Niedostępny teren i brak możliwości technicznych, pozwalających na relacjonowanie masakr z tak dalece posuniętą dokładnością, jaką dziś możemy oglądać na YouTube'owych filmach z kolejnych arabskich rewolucji ułatwiają zapomnienie małym państwie i ludziach go zamieszkujących. Skoro tak łatwo o owo zapomnienie w wypadku zamordowania - wedle szacunków - od 500 tysięcy do miliona osób - to cóż dopiero myśleć o nich w kategoriach jednostkowych cierpień?

Perspektywę indywidualnej tragedii przyjmuje belgijski rysownik. Głównym bohaterem czyni tytułowego Deogratiasa, którego poznajemy jako dotkniętego szaleństwem "człowieka-odpadu", jak określiłby go Zygmunt Bauman. Jego życiowym celem na pierwszy rzut oka stało się picie urugwy - piwa bananowego - aby ukoić swój przyjmujący fizyczne formy ból egzystencjalny. Wiąże się on z jego osobistą tragedią, którą poznajemy za pomocą retrospektywnych skoków w przeszłość. Odkrywamy katolicką misję i osoby ją zamieszkujące - między innymi dwójkę dziewcząt - córek zmuszonej warunkami ekonomicznymi do prostytucji kobiety, przełożonego placówki o swojsko brzmiącym imieniu Stanislaus oraz jego frankofońskiego pomocnika, a także plejadę barwnych postaci pobocznych, uwięzionych w wirze historii. Sama rzeź zajmuje stosunkowo niewielką część komiksu, dużo więcej miejsca - obok perypetii portretowanych postaci - zajmuje odkrywanie źródeł mającej nastąpić przemocy. Coraz trudniej było od nich uciec - przejawiały się na szkolnych lekcjach na temat składu etnicznego mieszkanek i mieszkańców Rwandy, a także na falach eteru, które w kluczowym momencie - katastrofy samolotu z prezydentem kraju na pokładzie - z szerzenia mowy nienawiści stały się medium nawołującym do eksterminacji.

Deogratias, poza piciem piwa, ma jednak inny, ważniejszy cel - jest nim otrucie osób, które były świadkami jego osobistej tragedii, związanej z zamordowaniem sporej części przed chwilą wymienionych przeze mnie postaci. Osiąga w tym procederze niemałe sukcesy, bowiem jego kondycja psychiczna usypia czujność okolicznej społeczności. Jego cierpienia są autentyczne, a poziom degradacji - namacalny. Nie tylko chodzi w łachmanach, ale też nie napiwszy się urugwy odczuwa na sobie ból rozszarpywania ciała przez psy. Co więcej - psem zaczyna się w takich sytuacjach czuć, co wpływa na jego zachowanie i na idące za nim drwiny, głównie ze strony okolicznych dzieci. Trudno jest mu dojść do siebie po tym, kiedy odebrana mu została jego powoli rozwijająca się miłość z dziewczyną z plemienia Tutsi, zamordowaną niedługo po tym, kiedy udało się im mieć swój pierwszy raz. Gwałty i przemoc, idące ze sobą w parze, zmieniały ludzi w bestie. Biali, którzy posługiwali się - mniej lub bardziej świadomie - orężem misji cywilizacyjnej, okazali swą bierność wobec dziejących się na ich oczach wydarzeń. Deogratiasowi zawalił się świat, a sposób, w jaki usiłował go na nowo złożyć, okazał się być zemstą którą trudno było komukolwiek zrozumieć, bo o akceptacji mowy siłą rzeczy być nie mogło.

Wobec takich książek trudno użyć określenia "satysfakcjonująca lektura", nieuchronnie bowiem zderzamy się z nieadekwatnością, a czasem wręcz niesmakiem połączenia go z czytaną i oglądaną treścią. Po przejściu 80 stron - szczególnie, jeśli nie spieszy się nam z czytaniem - w naszej spokojnej egzystencji doświadczamy mikropęknięcia, będącego bladym cieniem pęknięcia, jakie w swoim życiu przeżył Deogratias. Zastanowić się można, skąd bierze się nasze dobre samopoczucie, jakie zdarza się nam żywić wobec Innego, kiedy okazuje się, że przemoc spotyka się nie z przeciwdziałaniem, ale z biernością. Czy niepokoją nas, czy może zbywamy wzruszeniem rąk sugestie, padające w dziele rysownika, że to europejskie dążenie do opisania i skatalogowania ludności małego państwa stoi za falą nienawiści, która dzięki dowodom osobistym z wpisaną w nich grupą etniczną mogła być znacznie skuteczniejsza? Lektura to niełatwa, ale tym bardziej godna polecenia.

8 lipca 2011

O ruchach miejskich na Publica.pl

Nikt nie jest idealny – od przyjęcia takiego założenia można rozpocząć dyskusję o kiełkujących w Polsce ruchach miejskich. Sprzeciw wobec polityki niezrównoważonego rozwoju, inwestowania bez planowania, tworzenia nowego miasta bez zwracania uwagę na jego dotychczasową tkankę, konsultacje społeczne, legitymizujące już dawno postanowione pomysły władz – to wszystko zjawiska, które miejskie aktywistki i aktywiści znają aż za dobrze. Nic zatem dziwnego, że zwierają szyki i wspólnymi siłami chcą znaleźć tak intelektualne, jak i praktyczne narzędzia do tego, by miejska demokracja ożywała częściej niż raz na 4 lata, przy okazji wyborów samorządowych. Ożywienie to zbiegło się w parze z rozkwitem wielu, oddolnych ruchów społecznych, najczęściej pozostających na poziomie akcji w rodzaju „byle nie na moim podwórku”. Przykład stowarzyszenia „My-Poznaniacy” pokazuje jednak, że nie zawsze tak być musi i że wspólnymi siłami takie ruchy mogą wbić szpilę w dotychczasowy, często gęsto przyjmujący znamiona oligarchii polityczny układ sił w miejskich ratuszach.

(...)

Broniący się przed mostem innym niż pieszo-rowerowy Żoliborz czy marzący o deptaku na Świętokrzyskiej nie są zwolennikami miejskiej wsobności, wrogiej obcości reprezentowanej przez dojeżdżających do stolicy ludzi mieszkającej w obrębie aglomeracji – zapewne intencje stojące za ich propozycjami są tak różne, jak różne są osoby zamieszkujące nowoczesne polis. Bardziej w ich egoizm wierzyłbym w podskórną chęć zachowania lokalnej tożsamości, która wbrew ideologii bezalternatywności nie musi kłócić się z rozwojem. Kiedy popatrzymy na miejskie dokumenty, takie jak strategia rozwoju transportu w Warszawie, znajdziemy w niej jasne zobowiązanie miasta do redukowania poziomu ruchu samochodowego w centrum. Czy mieszkanki i mieszkańcy prawego brzegu Wisły, o których martwi się Stańczyk, nie poruszają się pieszo, rowerem bądź tramwajem? Skoro 70% osób w stolicy – jak wskazują badania – korzysta z komunikacji zbiorowej, mamy nadal za punkt odniesienia uznawać kierowcę samochodu? Czy osoba spoza Warszawy nie może liczyć na to, że na jej obrzeżach przesiąść się będzie mogła na parkingu Park&Ride (o stanie realizacji tego projektu można rzecz jasna dyskutować) do autobusu, metra albo tramwaju? Czy wzorujące się na sporej części miast rozwiązania, kreujące inne od samochodowych potrzeby transportowe, mają być skażone konserwatywnym znamieniem?

(...)

Być może zatem to nie konserwatyzm jest największą zmorą, jaka dotknąć może nasze miasta? Jeśli konserwatyzmem nazywa się przekonanie o tym, że warto zachowywać dotychczasową tkankę miejską i architektoniczny sznyt różnorodnych pod tym względem warszawskich ulic, to pod tak rozumianym konserwatyzmem miejskim podpisuję się obiema rękoma. W żaden sposób nie oznacza on automatycznego konserwatyzmu w sprawach światopoglądowych – nie jest ideologią, ale swego rodzaju intelektualnym nawykiem, każącym zastanowić się dwa razy, czy każda inwestycja w rodzaju bloku umieszczonego w klinie napowietrzającym albo mostu, położonego w niekorzystnym miejscu (Tamka przy Moście Świętokrzyskim okazała się dość ciężko znosić jego sąsiedztwo) automatycznie kwalifikuje się jako postęp z racji swej nowości. Nie oznacza to, że ten tok myślenia blokuje każde ulepszenie miasta, ale jest jedną z uprawnionych opinii, której wypowiedzenie może przyczynić się do znalezienia kompromisu akceptowalnego dla możliwie jak największej części stron sporu o miasto. Dla przykładu na Świętokrzyskiej można wytyczyć buspas, a parkingi przenieść pod ziemię, robiąc miejsce dla większej ilości drzew i małej architektury. To jedna z opcji, którą warto rozważyć – nie pierwsza i nie ostatnia, jaka w dyskusji na ten temat padnie.

Więcej - w tekście "Miejskie rewolucje bywają gorsze niż miejskie reakcje", opublikowanym na stronach internetowych ResPublici Nowej.

6 lipca 2011

Ponad podziałami dla dobra miasta

Ze względu na niezgromadzenie wymaganej ilości podpisów, umożliwiającej zgłoszenie inicjatywy referendalnej, warszawscy Zieloni popierają analogiczny wniosek zainicjowany przez Prawo i Sprawiedliwość. Podtrzymujemy nasze przekonanie, że w tak ważnej dla mieszkanek i mieszkańców miasta sprawie, jaką są plany sprzedaży publicznego, naturalnego monopolisty w dystrybucji ciepła, ostateczny głos powinien należeć do prawdziwych właścicielek i właścicieli komunalnej spółki.

- Nasze wątpliwości co do procesu prywatyzacyjnego nie tylko się nie zmniejszyły, ale wręcz uległy nasileniu. - mówi Krystian Legierski, radny Zielonych w Radzie Warszawy – Ratusz nie udostępnia jakichkolwiek informacji, które mogłyby wykluczyć możliwość nabycia zarówno SPEC-u, jak i sprzedawanych przez Vattenfalla warszawskich elektrociepłowni przez tego samego kupca. Tego typu prywatny monopol nie służyłby interesowi mieszkanek i mieszkańców stolicy – znacznie trudniej niż na publicznej spółce byłoby wymusić na nim chociażby podnoszenie efektywności wykorzystania energii cieplnej czy zwiększania udziału źródeł odnawialnych w jej produkcji. Nieprzejrzystość procesu prywatyzacyjnego sprawia, że jedyną deską ratunku jest odwołanie się do opinii publicznej. W trakcie kampanii referendalnej chcemy przedstawić nasze argumenty na rzecz zachowania publicznego charakteru przez SPEC.

- Również pozostałe pytania, jakie proponuje zadać PiS, warte są odwołania się do miejskiego referendum – dodaje członkini Rady Krajowej Zielonych, Agnieszka Grzybek. - Dla przykładu radni Platformy Obywatelskiej skutecznie przeforsowali podwyżkę cen biletów komunikacji zbiorowej, pozostając głusi na argumenty organizacji zajmujących się promocją zrównoważonego transportu w mieście. Marszrutyzacja, priorytet komunikacyjny dla autobusów i tramwajów, bardziej skuteczne egzekwowanie opłat za bilety oraz za parkowanie – to wszystko bolączki, z którymi od lat zmaga się miejski transport publiczny. Niepokoi nas fakt, że miejski Ratusz – jak donoszą media – planuje kruczkami prawnymi zablokować możliwość przeprowadzenia referendum. Blokowanie mieszkankom i mieszkańcom miasta możliwości wypowiedzenia się w bezpośrednio dotyczących ich sprawach po raz kolejny obnaża fakt, że przymiotnik „Obywatelska” w nazwie PO znaczy dla polityków tej partii niewiele. Przypominamy, że podobne zabiegi stosował niedawno we Włoszech Silvio Berlusconi, chcący zablokować powszechne głosowanie m.in. na temat wycofania się z planów rozwoju energetyki jądrowej i prywatyzacji wodociągów. Poniósł klęskę, co powinno być przestrogą dla stołecznego Ratusza.

- Jeśli Hannie Gronkiewicz-Waltz rzeczywiście zależy na odpowiedzialności budżetowej Warszawy, powinna zwrócić się o pomoc do swych partyjnych koleżanek i kolegów – komentuje Bartłomiej Kozek, członek Rady Krajowej Zielonych – Nawet miejskie dokumenty, takie jak założenia do tegorocznego budżetu miasta, wyraźnie wskazują na obniżki podatków od dochodów osobistych jako przyczynę kłopotów z miejskimi finansami, na co nałożył się światowy kryzys gospodarczy. W stolicy Polski mieszka proporcjonalnie większy odsetek osób o wysokich dochodach. Za obniżenie im stawki podatku PIT odpowiadają działania legislacyjne, wspierane zarówno przez Prawo i Sprawiedliwość, jak i Platformę Obywatelską. Pieniądze, które miały zostać w kieszeniach podatników dziś odbiera się im poprzez podwyższanie cen usług publicznych, takich jak woda czy żłobki i przedszkola. Szczególnie negatywnie odbija się to na sytuacji osób o małych i średnich dochodach, których obniżki stawek PIT dotknęły w stopniu niewielkim, natomiast niedawna podwyżka VAT – dość znaczącym. Decyzje polityków w Sejmie mają bezpośredni wpływ na funkcjonowanie samorządów w całej Polsce. Byłoby dobrze, gdyby prezydent miasta, będąca zarazem wiceprzewodniczącą partii rządzącej, domagała się korzystniejszej dla Warszawy polityki podatkowej.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...