5 grudnia 2010

W zielonej sieci - odc. 46

Blogi:

- Molly Scott Cato radzi mieszkankom i mieszkańcom Irlandii - powiedzcie "nie" międzynarodowym instytucjom finansowym, oczekujących cięć socjalnych w zamian za pieniądze na ratowanie euro.

- Liberalni Demokraci na wojnie ze studentami, których oszukali - o tym na blogu Dereka Walla.

- Na blogu australijskich Zielonych Bob Brown potępia działania Maroka w Saharze Zachodniej.

- Potrójny Kryzys ma sporo interesujących artykułów, opublikowanych w tym tygodniu - między innymi na temat głównych problemów do rozwiązania na konferencji klimatycznej w Cancun i tego, kto chce zniszczyć euro.

- Ludzie mogą mieć głos, co dowodzi inicjatywa budżetowa Zielonych w Edynburgu, opisana przez Maggie Chapman na Blogu Jasnozielonym.

- Budzi się do życia inicjatywa oporu wobec cięć konserwatywno-liberalnego rządu Wielkiej Brytanii, o której pisze Joseph Healy.

- Gavin Rae o krysysie ekonomicznym w Europie - i zarazem kryzysie Unii Europejskim.

- Owen Hatherley relacjonuje swoje wrażenia z wystawy światowej w Szanghaju.

- Lech Mergler na temat szalejącej po Poznaniu zarazy grobelizmu.

Partie:

- Niemcy: Zieloni w Hamburgu kończą koalicję z chadekami.

- Austria: Trwa debata budżetowa.

- Europa: EPZ gratuluje sukcesów kolejnej partii - tym razem Zielonym na Słowacji w wyborach lokalnych, w Europarlamencie śledzą zaś negocjacje klimatyczne w Cancun.

- Anglia i Walia: Caroline Lucas zdobywa nagrodę za nagrodą.

- Szkocja: Regionaliści zamykają główny urząd nadzoru środowiskowego.

- Kanada: Przemysł firmuje edukację klimatyczną, która prezentuje zmiany klimatu jako korzystne dla kraju.

- Irlandia: Trwa debata na temat sytuacji lokalnej gospodarki.

- Australia: Zieloni walczą o narodowy program wsparcia energetyki odnawialnej.

- Holandia: Szukanie możliwości zagwarantowania prawa do elastycznego trybu pracy trwa.

YouTube:

Jean Lambert, eurodeputowana Zielonych z Londynu, przemawia na inauguracyjnym spotkaniu Koalicji Oporu.

4 grudnia 2010

Kulturalnie poleca (się) Notes

Krótko i treściwie na temat tego, co ciekawego znaleźć możecie w najnowszym, sześćdziesiątym czwartym już wydaniu przewodnika Fundacji Bęc Zmiana po świecie sztuki przez duże "S" (tudzież "Sz"):

- Z punktu widzenia dyskusji o przestrzeni publicznej na pewno ciekawie będzie przeczytać wywiad Bogny Świątkowskiej z Joanną Erbel na temat projektu KNOT, który odwiedził Berlin, Warszawę i Bukareszt. Czy każda ingerencja instalacji z artystycznych budzi radość lokalnej społeczności? Czy porażka może być przekuta w sukces? Na ile w projekcie finansowanym z pieniędzy publicznych może być miejsce na improwizację albo zmianę planów, dostosowującą działania do zmieniających się warunków? O tym wszystkim w ciekawy sposób opowiada wieloletnia współpracowniczka "Krytyki Politycznej" i współtwórczyni Stowarzyszenia Duopolis.

- Nie sposób przeoczyć dyskusji Krzysztofa Gutfrańskiego z Łukaszem Stankiem i Piotrem Bujasem, którzy przy okazji ostatniej edycji festiwalu "Warszawa w budowie" przygotowali wystawę na temat obecności dzieł polskich architektek i architektów w dawnym bloku państw niezaangażowanych. Masterplan Bagdadu, modernistyczne minarety i targowiska, tereny międzynarodowych targów handlowych w afrykańskiej Akrze - to tylko niewielki skrawek tego, co w ciągu zimnej wojny polska myśl architektoniczna wyrabiała w Azji i w Afryce. Po upadku komunizmu dotychczasowe więzi w tej dziedzinie zostały zerwane i odbudowują się dość powoli - tym bardziej zatem warto zobaczyć, jak nadwiślańscy budowniczy działali (także we współpracy z twórcami z Zachodu) na Globalnym Południu.

- Z innych godnych polecenia artykułów: Marcin Misiak opowiada w fascynujący sposób na temat rozwoju liternictwa niełacińskiego, który ma niebagatelny wpływ chociażby na bliskowschodnią estetykę, Kuba Banasiak chwali się swoją nową galerią artystyczną w Warszawie - Galerią Kolonie na Brackiej, Roman Dziatkiewicz zaś rozmawia o miłości z Ewą Majewską, wyznając swoją wiarę w możliwość powstania miliardów indywidualnych tożsamości seksualnych i prezentując miłość jako twórczą siłę "antynormatywną, antyspołeczną, antyrodzinną".

Wszystko to - dostępne w wersji papierowej w wybranych kawiarniach, klubach i galeriach w całej Polsce, w wersji elektronicznej zaś - na stronie internetowej Bęc Zmiany.

3 grudnia 2010

Inteligencja - błogosławieństwo czy przekleństwo?

Mam wreszcie chwilę czasu, by pomyśleć o sprawach wykraczających poza polityczny dzień dzisiejszy. Tym bardziej, że dzieje się w nim zgoła niewiele - może coś się zmieni choć na chwilę, kiedy poznamy program ugrupowania Polska Jest Najważniejsza (chyba, że okaże się li tylko patchworkiem PO i PiS), bo słuchanie o kolejnych aferach małych i dużych, jak w Wałbrzychu, o coraz bardziej egzotycznych koalicjach na szczeblu lokalnym (z nawrotami rzekomo niemożliwego POPiSu włącznie) i o wyciekach z WikiLeaks to trochę za mało, by uznać, że żyjemy w politycznym centrum debat na temat przyszłości globu. Gdzieś na uboczu, jako ciekawostka albo poboczny artykuł dochodzą wieści o pomysłach na podwyższanie wieku emerytalnego albo kolejnych cięciach budżetowych, prezentowanych jako bezalternatywny dowód na "postęp", któremu należy się bezwzględnie i bezrefleksyjnie podporządkować. To ciekawe, że gdy chodzi o prawa człowieka (prawa reprodukcyjne kobiet, równouprawnienie mniejszości seksualnych etc.) debat jeszcze nie brakuje, natomiast w sferze ekonomicznej takowych już brakuje.

Dlaczego tak się dzieje? Nadal można odnieść wrażenie, że w roku 2010 - kiedy cały świat dyskutuje o alternatywach, neoliberalizm zmuszany jest do modyfikowania swojego języka (chociaż - niestety - już nie swoich praktyk) - w Polsce poziom dyskusji o rzeczywistości społecznej, ekonomicznej i globalnej nadal tkwi na podobnym etapie, co w połowie lat 80. XX wieku kraje globalnego centrum. Jaka struktura mentalna może za to odpowiadać? Patrząc się na dominującą formę narracji o rodzimej historii, byciem wielowiekową demokracją szlachecką czy też wielbiąc rolę inteligencji w podtrzymaniu narodowej tożsamości. Ponieważ inteligencki etos nadal jest dość silny, można by zaryzykować sformułowanie, że chociażby krytykę transformacji utrudnia już nie tylko fakt, że elity są święcie przekonane o słuszności własnych poglądów, ale też niewiarę w możliwość nieomylności "klassy umysłowej". Skoro jej większość stanęła po jednej stronie ideologicznego sporu między władzą komunistyczną a oporem wobec niej, łatwo było w jej obrębie wytworzyć główny nurt, który wpierw legitymizował swym autorytetem transformacyjne reformy, a teraz tworzy podłoże dla implementacji modernizacji a la "Polska 2030" - jedynej, która jest przez główny nurt akceptowana.

Tymczasem, sto lat temu, tego typu podejście wśród rodzimej inteligencji byłoby uznane za absolutną aberrację. Kiedy nie było jeszcze niepodległego państwa, a skala ewentualnej reunifikacji ziem trzech zaborów będzie kolosalna, nikomu nie przyszło do głowy, by rezygnować z politycznych różnic i odrębności podejść do modernizacji. Socjalizm, agraryzm, chadecja, liberalizm, narodowa demokracja - wszystkie te prądy w mniejszym lub większym stopniu były społecznie zakorzenione. Tragedia związana z zamachem majowym 1926 roku była tragedią nie tylko z powodu pogrzebania świeżej i cierpiącej na "choroby wieku dziecięcego" demokracji, co z wszczepienia w polską tradycję wizję aideologiczności jako remedium na problemy modernizacyjne. Skupienie się na autorytecie jednostki, a później - przemocy ideologicznej (komunizm, neoliberalizm) rozbrajało polityczne różnice. Kilkadziesiąt lat sekowania owych różnic, obrzydzania ich, zastępowanie różnorodności - skrzydłami i koteriami wewnątrz dominujących formacji, podpierających się tyleż podobieństwem poglądów, co towarzyskimi koteriami... Wszystko to sprawia, że demokracja nad Wisłą nadal dość mocno kuleje.

Jakie zatem społeczne warunki powinny były nastąpić w procesie dziejowym, by było tu inaczej? Wydaje mi się, że wschodnioeuropejska specyfika inteligencji ma tu istotną rolę. Owszem - osoby utrzymujące się z pracy umysłowej, tworzące często podstawy kulturowe społeczeństw, w których żyły, miały istotną rolę w industrialnych państwach XIX wieku. Na Zachodzie jednak nie były to samodzielne klasy, lecz elementy innych, szerszych formacji społecznych, takich jak mieszczaństwo czy klasa średnia. Dla przykładu - w Niemczech, choć istniał podział na "mieszczaństwo oparte na wiedzy" i "mieszczaństwo oparte na kapitale", to poziom wzajemnych więzi był zdaniem badaczy dużo większy, niż poczucie odrębności czy różnicy interesów. "Klassa intelektualna" nie wyodrębniła się mentalnie tak silnie od miejskiej tkanki społecznej. W Polsce było inaczej - chociaż od zakończenia II Wojny Światowej toczy się spór, na ile inteligencja wywodziła się wprost ze stanu szlacheckiego (badania wskazują, że różnice klasowe były widoczne nawet w obrębie różnych zawodów - dla przykładu prawnicy rekrutowali się głównie z rodzin szlacheckich, lekarze z kolei - z mieszczańskich), to jednak pewnym jest, że etos inteligencji łączył się z dystansem do mieszczaństwa i burżuazji.

Moim zdaniem to tu tkwi mentalny problem z modernizacją po polsku. Mając misję edukacyjną, łatwo było o paternalizm wobec innych klas społecznych (który w walce z analfabetyzmem nie pomógł w dostateczny sposób, zjawisko to udało się wyplenić dopiero po 1945 roku). Skupiając się na intelektualnej debacie, trudniej było o debatę ekonomiczną. Szacunek dla pracy czy zarabiania pieniędzy udało się zaszczepić w Wielkopolsce ze względu na ekonomiczny napór Niemców, nie stał się jednak powszechną manierą. Propaństwowość, która miała uzasadniać czy to sanację, czy to bardziej twarde niż rodzima średnia rządy Jarosława Kaczyńskiego skończyły się własną karykaturą - w tym ostatnim wypadku tylko utwierdził się dystans do instytucji publicznych i ich wizja jako miejsc, ograniczających wolność jednostki. Jednocześnie - rzecz jasna nie wszystko jest winą li tylko wewnętrznej gnuśności - zerwano więzi historyczne rodzimej przedsiębiorczości, także tej społecznej, jak spółdzielczość, będąca dziś cieniem tego, czym była w II Rzeczypospolitej.

Kiedy popatrzy się na to, w jaki sposób przedstawiano nowobogackich, rodzimych beneficjentów III RP (vide chociażby "Kiler") widać, że może dla osób właśnie przegrywających w tym wyścigu mogły one być atrakcyjne (osoby takie jak my, tyle że z większą ilością pieniędzy), to jednak rysowane były kreską, świadczącą o - mówiąc delikatnie - intelektualnym ograniczeniu. Przez określony czas grupa ta była potrzebna do tworzenia nieistniejącego wcześniej w szerszym zakresie mitu przedsiębiorczości, potem jednak musiała ona albo zostać zepchnięta do poziomu reszty społeczeństwa żyjącego poniżej minimum socjalnego (kupcy bazarowi są dobrym przykładem tego, jak odwracają się wiatry historii), albo przejść "europeizację" - wykup bądź współpracę z zagranicznym kapitałem, wbicie się w drogie garnitury i główny nurt zglobalizowanej ekonomii. Grupa ta, liczebnie przetrzebiona, nie była w stanie wejść jako niezależny podmiot do globalnego wyścigu. Nie mogła, bowiem nie otrzymała wielkiego, intelektualnego wsparcia od "klassy umysłowej" - większość w jej obrębie uznała, że sprowadzenie zagranicznych firm i kapitału załatwi wszelkie problemy kraju, a ewentualne nisze wypełnią rzutcy, rodzimi przedsiębiorcy.

Zauważmy, że dominacja "spojrzenia etosowego", nie mającego jakiejkolwiek silniejszej przewagi, prowadzić może do sytuacji zgoła kuriozalnych. Jest tak wtedy, gdy na przykład rząd decyduje się na podwyżkę płacy minimalnej w wymiarze niższym niż ten, ustalony wspólnie (!) przez organizacje pracodawców i związki zawodowe. Wszak wie on lepiej. Przez lata kolejne rządy zdecydowały się na pozbawienie się narzędzi ekonomicznych i politycznych, umożliwiających mu prowadzenie aktywnej polityki, umożliwiającej zaspokajanie społecznych potrzeb. Nawet teraz - z wielkim zachwytem - reklamuje on swoją "społeczną solidarność w kryzysie" poprzez obniżenie budżetu... Najwyższej Izby Kontroli i Państwowej Izbie Pracy. Nie mając silnej służby cywilnej i poczucia sprawczości, nie jest w stanie wpływać w istotny sposób na politykę europejską. Wcale zresztą nie chce, ograniczając swoją aktywność w obliczu poważnego zagrożenia strefy euro, do zabezpieczania przepływu pieniędzy z funduszy strukturalnych. Wizje, jakie z siebie wypuszcza, w rodzaju "Polski 2030", już po pobieżnej lekturze obnaża swój anachronizm. Goniąc za globalnym centrum, Donald Tusk woli popełniać dokładnie te same błędy, co Zachód, nawet, jeśli dzięki "rencie za zacofanie" można by je ominąć.

To smutne, że inteligencja, która niegdyś doprowadziła do odbudowy państwowości i miała ambitne wizje społecznej przebudowy, intelektualnie mogące konkurować z pomysłami z innych państw Europy, ewentualnie aktywnie adaptujące zagraniczne pomysły na grunt polski, dziś zajmują się głównie wyrażaniem zadowolenia z "małej stabilizacji". Pewna istotna grupa jeszcze nieco się na rządy PO boczy, ale głównie dlatego, że nie za szybko wprowadza ona wszelkie sugestie neoliberalnej doktryny szoku. Inni z kolei ubolewają nad wprowadzanym tylnymi drzwiami "niemieckim dyktatem", "służalczością wobec Moskwy i Brukseli", "permisywizmem obyczajowym" etc. Czy wyzwań stojących przed nami brakuje? Czy mało jest ciekawych pomysłów do debaty politycznej, takich jak nowoczesne narzędzia polityki społecznej, różne sposoby stabilizacji sytuacji fiskalnej, alternatywy wobec hołubionego przez Michała Boniego "modelu polaryzacyjno-dyfuzyjnego", intergacja polityki ekologicznej i ekonomicznej... Do tego jednak wypadałoby, by klasa średnia powstawała nie w roku 2010, ale dużo, dużo wcześniej...

2 grudnia 2010

Co teraz?

Powyborczy krajobraz w Warszawie przypomina nieco pobojowisko. Wygrana Hanny Gronkiewicz-Waltz już w I turze, a także zdobycie przez PO samodzielnej większości w Radzie Warszawy, stanowi duże wyzwanie dla progresywnej polityki w naszym mieście. Wygląda na to, że obecna pani prezydent otrzymała od wyborczyń i wyborców dość spore wotum zaufania, którego nie da się tak łatwo wytłumaczyć li tylko słabością politycznej konkurencji czy tym bardziej "strachem przez PiSem". Nadal w pamięci tkwi marazm, z jakim miasto zmagało się w okresie kadencji Lecha Kaczyńskiego, doszła to tego także kwestia zmiany języka przez ubiegającą się o II turę Gronkiewicz-Waltz. Wyrobiwszy sobie już markę jako osoba, która rozruszała miejskie inwestycje, tym razem chętniej sięgnęła po hasła związane z jakością życia, co poważnie utrudniło życie głównym konkurentom. Czesław Bielecki najpierw skupił się na narzekaniu na stołecznych urzędników, potem zaś zaczął próbować "schodzić do ludzi", co prowadziło niekiedy do kuriozalnych pomysłów, takich jak wyrzucanie osób ubogich ze Śródmieścia. Wojciech Olejniczak próbował nieco grać kartą "miasta dla ludzi", ale niestety - brak bardziej stanowczego punktowania obecnej pani prezydent dał się we znaki. Stanie w rozkroku rzadko jest zadaniem łatwym, niemniej jednak, paradoksalnie - atakowanie PO i odbieranie jej głosów dawało większe szanse na pozostanie z nią przy władzy, niż dyskretne przytyki.

Rezultaty tego stanu rzeczy widoczne są gołym okiem - na 60 radnych Rady Warszawy PO będzie ich miała 33, PiS - 17, a SLD - 10. Odpływ głosów zarówno od formacji Jarosława Kaczyńskiego, jak i Grzegorza Napieralskiego, nie okazał się tak dramatyczny, jak się spodziewano. Platforma zawdzięcza możliwość samodzielnych rządów dużo bardziej Prawu i Sprawiedliwości niż lewicy, ta bowiem - w porównaniu do roku 2006, straciła tylko jedno miejsce. SLD jako takie nie straciło nic, nadal bowiem będzie miało 8 radnych, którym będą towarzyszyć Krystian Legierski z Zielonych oraz Alicja Tysiąc. Strata raptem dwóch punktów procentowych okazała się znacznie mniej dramatyczna niż się spodziewano - jeszcze rok temu, z prognoz opartych na przeniesieniu na poziom samorządowy wyników z wyborów do Parlamentu Europejskiego całkiem realna okazała się wizja, że uda się obronić raptem 3 mandaty. Sojusz Sojuszu z Zielonymi i Partią Kobiet pozwolił na zahamowanie odpływu wyborców do PO, przez co w efekcie wynik SLD jako samodzielnej marki nie różni się tak znacząco od silniejszego pod względem formatu nazwisk (kandydatura Borowskiego była, jak widać, znacznie mocniejsza od Olejniczaka) LiDu.

Chociaż pod względem liczbowym SLD nie poniosło większych strat, to jednak - ze względu na "utuczenie się" Platformy czwórką mandatów zdobytych na PiSie i jednym na LiDzie, atrakcyjność koalicyjna Sojuszu spadła niemal do zera. Można spekulować, że centrala partii będzie uzależniała wejście w koalicje z Platformą w niektórych sejmikach od aliansu w Warszawie, ma on jednak bardzo kruche podstawy. SLD i PiS w żadne koalicje nie wejdą, a już w kilku województwach trwają utarczki wewnątrz Platformy, mające na celu zmianę politycznych partnerów (np. poprzez koalicję z Mniejszością Niemiecką na Opolszczyźnie albo z Ruchem Autonomii Śląska), tak więc PO w żadnym wypadku nie czuje się zakładnikiem lewicy. Może ją zresztą całkiem skutecznie spacyfikować "miękkim rozwodem", czyli pozostawieniem w miejskich spółkach osób związanych z Sojuszem, przez co mogłaby liczyć na wsparcie radnych tej partii. Opowiadanie, że większość trzech głosów jest dość kruchą, jest nietrafione - Platforma zrobiła wszystko, by na jej listach pojawili się lojalni ludzie i nic nie wskazuje na to, by miała chęć dzielenia się chociażby stanowiskami w Ratuszu (Gronkiewicz-Waltz już zresztą zapowiedziała, że mowy o tym być nie może) - zawsze, jeśli w wyniku braku dyscypliny w jej szeregach jakiś pomysł nie przejdzie, będzie mogła zmobilizować się i na kolejnym posiedzeniu go przeforsować. Nie mówiąc o tym, że absencja podczas obrad dość solidarnie dotyka wszystkie kluby...

Najgorszą możliwością dla Sojuszu byłoby przyjęcie oferty "miękkiego rozwodu". W obliczu prywatyzacyjnych zakusów Platformy nawet tak wątpliwe dobro, jakim są miejsca w miejskich spółkach, przestaje być oczywiste. Zdaje się to widzieć Grzegorz Napieralski, który w powyborczym komentarzu wypunktował dość dobrze miejsca, w których kampania jego partii w stolicy zawiodła. Zabrakło silniejszego punktowania PO i wyraźniejszego wskazywania, co Sojuszowi udało się w koalicji z nią osiągnąć. Pod sam koniec kampanii o tym, czemu SLD jest ważne dla politycznego krajobrazu miasta, wspomniał Wojciech Olejniczak - dla przykładu w Wesołej, gdzie lewica nie współrządziła, nie rozwijała się sieć przedszkolna, a na Śródmieściu, gdzie w koalicji byli, nastąpił progres w polityce społecznej. Niestety, tego typu akcenty pojawiło się za późno i za mało, by ktoś mógł np. zapamiętać wprowadzenie biletu seniora w środkach komunikacji publicznej - w 1/3 stołecznych dzielnic (6 z 18) nie będzie nawet radnych SLD w lokalnych radach! Odbudowa programowej niezależności i wyrazistości lewicy nie nastąpi, jeśli nie dojdzie do jej jasnego przejścia w szeregi opozycji. Paradoksalnie niechęć PO do dzielenia się w tej kadencji władzą może wpłynąć zbawiennie na wyborcze szanse SLD za 4 lata.

Budowanie i prezentowanie politycznej alternatywy dla Platformy Obywatelskiej może nie być takie trudne, jak na pierwszy rzut oka wygląda. SLD stoi przed szansą pokazania praktycznych pomysłów na miasto dla ludzi, w opozycji do Platformerskiej wizji miasta jako firmy. Budowanie myśli programowej i poszukiwanie sojuszników w ruchach społecznych będzie tym ważniejsze, że raczej mało prawdopodobne będzie zablokowanie najbardziej ideologicznych pomysłów ekipy Hanny Gronkiewicz-Waltz, takich jak prywatyzacja SPEC w celu łatania miejskiej dziury budżetowej. W kuluarach mówi się już o kolejnych podobnych pomysłach, takich jak chociażby podwyżka cen biletów komunikacji miejskiej czy wyprzedawanie komunalnych zasobów lokalowych.

W takim kontekście rola Zielonych dla realizowania progresywnej polityki miejskiej jest całkiem znacząca. Krystian Legierski, nasz nowy radny, uzyskał ponad 5,3 tysiąca głosów mieszkanek i mieszkańców Mokotowa i drugi wynik spośród osób kandydujących z list SLD. Nie da się tego wytłumaczyć li tylko pierwszym miejscem na liście, wszak bardzo dobry wynik (ponad 4,8 tys. głosów) uzyskała na niej Alicja Tysiąc. Mając za sojusznika osobę specjalizującą się w kulturze, zainteresowaną kwestiami mieszkaniowymi, a także mającą spore wsparcie - nie tylko partyjne - chociażby w dziedzinach ochrony środowiska, odpadów czy transportu, SLD będzie miało istotne, merytoryczne wzmocnienie w Radzie Warszawy. Program Zielonych zyskał mocne, społeczne poparcie i większe jego wykorzystywanie przez warszawskie SLD może zapobiec politycznej marginalizacji. Dalsza praca merytoryczna - rozwijanie sieci kontaktów, realna i partnerska współpraca między SLD a partiami startującymi z ich list (Partia Kobiet, Unia Pracy, Zieloni) może przyczynić się do tego, że za 4 lata uda się zrealizować choćby plan minimum w postaci przegonienia PiS, a najlepiej - zdobycia najlepszego wyborczego wyniku spośród startujących komitetów. Dziś wydaje się to zadaniem trudnym, dodatkowo najeżonym olbrzymią ilością pułapek po drodze. Osobiste ambicje, myślenie wąsko pojętym interesem partyjnym czy zwyczajne lenistwo intelektualne - to zmory, które trapią polskie formacje polityczne głównego nurtu. Jeśli SLD chce realnie zawalczyć o Warszawę w roku 2014, musi pokazać, że umie sobie z tymi zmorami radzić.

Warszawska polityka nie kończy się rzecz jasna na Radzie Miasta, dlatego dla Zielonych kluczowymi wyzwaniami będą: dalsza praca programowa (szczególnie w dziedzinie miejskiej polityki budżetowej), sprawność organizacyjna oraz trzymanie ręki na pulsie oddolnych inicjatyw społecznych. Wraz ze zdobyciem politycznej reprezentacji zwiększyć może się też (można by rzec - nareszcie!) możliwość współpracy z organizacjami pozarządowymi, chcącymi realizacji podobnej czy wręcz takiej samej wizji miasta, co i my. Jeśli te główne zadania będziemy realizować, zielone będzie rosło. Z całą pewnością.

Tekst ukazał się na stronach internetowych e-Kurjera Warszawskiego.

1 grudnia 2010

Opowiedzieć biedę

Muszę naprawdę szczerze pogratulować mej partyjnej koleżance, Hannie Gill-Piątek, której przewodnik dla dzieci, poświęcony biedzie, ukazał się właśnie w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. Temat to bardzo trudny, szczególnie w kontekście dominacji myślenia o nim w kategoriach "nierobów" i "darmozjadów", niechętnych "braniu spraw we własne ręce" "homo sovieticusów". Myślenie to ma jedną, bardzo istotną lukę - zupełnie pomija los dzieci, które doświadczają niedostatku. W Polsce, jak wskazują badania OECD, zakres tego problemu jest największy w Europie. Trudno oczekiwać, by osoby poniżej 18 roku życia miały wykazywać się przedsiębiorczością, innowacyjnością i elastycznością, bowiem powinny mieć w tym czasie prawo do rozwijania przydatnych w dorosłym życiu umiejętności, zdobywania wiedzy w szkole, umożliwiającej im stanie się świadomymi uczestniczkami i uczestnikami życia publicznego, społecznego i ekonomicznego, a także do odpowiednich warunków materialnych, pozwalających na życie bez strachu o jutro. Jeśli już nawet wobec faktu olbrzymiego poziomu ubóstwa dzieci w naszym kraju nie toczy się żadna, publiczna debata (co najwyżej promuje się "politykę prorodzinną", skupiającą się najczęściej na prostym zachęcaniu do płodzenia bez zapewnienia podstawowych, znośnych warunków bytowych), to chyba najlepiej świadczy to o tym, do jakiego wysokiego poziomu znieczulicy doszliśmy po tylu latach od rozpoczęcia budowy III Rzeczypospolitej.

Zauważyliście, że ten rok jest Europejskim Rokiem Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym? Nie? Jakoś się nie dziwię - temat ten funkcjonuje na obrzeżach głównego, politycznego nurtu, zajętego głównie kolejnymi, personalnymi przepychankami. Sam pamiętam raptem jedną kampanię billboardową, która nie jest jednak szczytem marzeń, jeśli chodzi o rozbudzenie poziomu debaty publicznej. "Bieda. Przewodnik dla dzieci", powstały we współpracy z Henryką Kryzwonos oraz Anną Plutą, autorką ilustracji, wyróżnia się bardzo in plus. Ubogie dzieci nie miały do tej pory narzędzia, które pozwoliłoby im poradzić sobie z wykluczeniem, jakiego doznają wśród swoich rówieśników, związanego chociażby z brakiem posiadania markowych ubrań czy najnowszych, modnych gadżetów - bardzo dobrze, że wreszcie takie narzędzie się pojawiło.

Nie ma co skupiać się tu na streszczaniu treści tej darmowej publikacji, liczy sobie ona bowiem 40 stron i czyta się ją w pół godziny. Informacje o tym, czym jest zjawisko biedy, jak przejawia się w praktyce, dlaczego często pozostaje niewidzialne i co należałoby zrobić, by zmniejszyć jego zakres podane są prostym, komunikatywnym językiem i towarzyszą opowiadaniu o losach rodziny i znajomych Anki - chodzącej do podstawówki dziewczynki, chcącej pewnego dnia zostać prezydentką i doprowadzić do eliminacji ubóstwa. Na koniec czekają na nas historyjki z życia Henryki Krzywonos, która opowiada o swoich przygodach z dzieciństwa, związanych z brakiem pieniędzy w jej rodzinie.

To bardzo ważna moim zdaniem część przewodnika - pokazuje bowiem, że są to realne, ludzkie doświadczenia, które mają za sobą nawet znane z mediów osoby, mogące stanowić dla młodych wzór ze względu na swoje ciepło, życzliwość i odwagę. Nie da się ukryć - potrzeba w Polsce odwagi, by mówić o doświadczeniach niedostatku, będąc narażonym na zarzuty, że, dla przykładu, "inni studenci pracują i się uczą, czemu nie robisz podobnie zamiast narzekać". Pytanie, dlaczego studentki i studenci w ogóle mają być zmuszeni do pracy podczas studiów, w ogóle nie pada - nie mieści się bowiem w głowie. Póki ta sytuacja się nie zmieni, trudniej będzie o realne zmiany.

Hani wypada pogratulować, że wraz z całą ekipą, która doprowadziła do powstania tego przewodnika, chce umożliwić ludziom zadawanie niewygodnych kolejnych ekip rządzących pytań. Dlaczego w Polsce tyle osób doświadcza ubóstwa pomimo faktu, że pracuje? Dlaczego poziom nierówności dochodowych nad Wisłą jest tak wysoki - i do czego to prowadzi? Dlaczego milczy się o społecznych skutkach biedy dla najmłodszych i dlaczego - skoro mają oni niby "być przyszłością tego narodu", jak uwielbiają mawiać rozliczni politycy, w szkołach brakuje często darmowych stołówek, opieki dentystycznej, pielęgniarskiej, lekarskiej i psychologicznej? To bardzo ważne, by jak najwięcej osób tego typu pytania zadawało, i to już od najmłodszych lat - tylko wtedy bowiem mamy szansę na realną zmianę postaw społecznych i politycznych priorytetów.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...