Maturalny czas właśnie się rozpoczął. Kasztany kwitną i jak co roku towarzyszy temu faktowi ubieranie czerwonej bielizny na szczęście, a także dużo, dużo stresów. Wszyscy, którzy i które pójdą potem na studia nie raz i nie dwa śmiać się potem będą z samych siebie i własnych lęków, mając przed sobą konieczność zakuwania do egzaminów semestralnych. Zapewniam, po maturze jest już tylko gorzej;) Z rozrzewnieniem wracam do myśli o czasach, kiedy nauki (naprawdę!) było dużo, dużo mniej, wszystko jakimś cudem łatwiej wchodziło do głowy, a tak w ogóle to nawet lektury czytało się jakoś tak łatwiej. Kiedy zaczyna się życie studenckie, nagle ubywa czasu, pojawia się nierzadko konieczność godzenia nauki i pracy - zaczyna się tak zwane "prawdziwe życie".
Mimo to utrwaliło się przekonanie, że matura to prawdziwy "egzamin dojrzałości". Dziś jest to egzamin przybierający nieco inną formę, a także będący zupełnie inną cezurą czasową niż dajmy na to 30 lat temu. W czasach Polski Ludowej, kiedy stosunki pracy wyglądały zupełnie inaczej, nie było takiej presji na kontynuowanie edukacji. Dobra praca była możliwa także po szkole średniej czy też zawodowej, zatem szkolnictwo wyższe było atrakcyjne dla osób, chcących utrzymać lub też podnieść swój status społeczny.
Dziś, w epoce powszechnej konkurencji, posiadanie samej tylko matury to za mało, by utrzymać się na satysfakcjonującym poziomie materialnym. Jeszcze 10 lat temu, w mniejszych ośrodkach istniała na to szansa. Dziś, kiedy prywatna czy też państwowa zawodowa uczelnia wyższa znajduje się praktycznie w każdym lokalnie istotnym ośrodku miejskim, nawet i tam nie ma co liczyć na perspektywiczny zawód. Owszem, z maturą da się przeżyć, szczególnie w zawodach bardziej fizycznych niż umysłowych. Czy wystarczy to jednak do spełnienia aspiracji dzisiejszego młodego pokolenia?
Raczej nie - nie trzeba do tego robić nie wiadomo jak wielkich badań sondażowych. Widać, że aspiracje rosną. Przy dyskusjach nad maturą trudno jednak dostrzec myślenia o tym, że jej rola zupełnie się zmieniła. Reforma, która miała usprawnić proces rekrutacyjny i "wyrównać szanse", okazała się dość kontrowersyjna. Jej symbolem stał się niesławny "klucz maturalny", który - o ile jeszcze w wypadku przedmiotów ścisłych nie budzi wielkich emocji, o tyle już jeśli chodzi o język polski wywołuje prawdziwą burzę. Sam miałem wątpliwą przyjemność obcowania z nim i wiem, że nie promuje on za bardzo samodzielnego myślenia.
A właśnie o samodzielne myślenie powinno przy maturze chodzić najbardziej. Skoro egzamin dojrzałości nie służy już przygotowaniu na rynek pracy, powinien przede wszystkim skupiać się na innej istotnej kwestii - tworzeniu społeczeństwa świadomych ludzi. Oznacza to większe niż do tej pory uwypuklanie kwestii związanych z budowaniem postaw obywatelskich i sprzyjających świadomej konsumpcji. Same zadania - na przykład z polskiego - obok umiejętności czytania ze zrozumieniem powinny umożliwiać wchodzenie w dyskusję z dziedzictwem kulturowym i prezentację nieszablonowych perspektyw. Wiele osób z mojej byłej już klasy licealnej, które znakomicie znały się na literaturze (z udziałem w olimpiadach polonistycznych włącznie) dostawały bardzo średnie oceny z próbnych testów, bowiem proponowały inny punkt widzenia niż zawarty w niesławnym kluczu.
Czas zatem bardzo poważnie nad tą kwestią się zastanowić, bowiem wiele osób dostawszy się na studia przeżywa prawdziwy szok, jeśli chodzi o stawiane im wymagania. Dobrze funkcjonująca edukacja ponadgimnazjalna powinna umożliwiać relatywnie bezbolesne przestawienie się na studencki tryb nauki. Jeśli tego typu kryteria zostaną zastosowane, wtedy matura, dostosowawszy się do wyzwań współczesności, ponownie stanie się godna miana "egzaminu dojrzałości".
Wszystkim maturzystkom i maturzystom życzę samych sukcesów podczas majowych potyczek z wiedzą!
Choć tym razem mieliśmy dość krótki "długi weekend", to jednak minimalnie go przedłużam i w ramach odpoczynku od męczącej, bieżącej polityki nad Wisłą schładzam nieco atmosferę - czy to impresją z filmu, czy też doniesieniami z północy kontynentu. To tam powstała pierwsza w Europie partia Zielonych, która weszła do rządu - w 1995 roku, a więc w 8 lat po rozpoczęciu funkcjonowania jako zwarta siła, a nie ruch społeczny.
System rejestracji partii politycznych w tym skandynawskim kraju, jak w swym raporcie informują Jan Sundberg i Niklas Wilhelmsson, nie należy do najprostszych. Chcący stworzyć nowe ugrupowanie muszą dostarczyć listę 5.000 głosów poparcia, statutu i programu, które w wypadku każdorazowej zmiany muszą być uaktualniane w rejestrze partyjnym. Formacja, która w ciągu dwóch wyborów parlamentarnych od swego powstania nie zdoła zdobyć ani jednego miejsca w parlamencie krajowym zostaje wykreślona ze spisu. W przeciwieństwie do Polski, w Finlandii nie ma progu wyborczego, natomiast efektywne poparcie potrzebne do zdobycia mandatu waha się między 3,1% w największych okręgach do 12,5% w tych z najmniejszą ilością mandatów do obsadzenia. W takich warunkach nowa formacja polityczna może zdobyć mandat w Eduskundzie przy poparciu w skali kraju na poziomie 1 procenta. Dodatkowo dotacje budżetowe dla partii w parlamencie nie są aż tak wysokie jak w Polsce, co znacząco ułatwia zaistnienie w przestrzeni publicznej.
Kiedy już przejdzie się zatem procedury rejestracyjne, do parlamentu wejść nie jest trudno. Dużo gorzej się w nim utrzymać. W ciągu 40 lat na fińskiej scenie politycznej pojawiły się aż 23 nowe partie, z czego na dłuższą metę na powierzchni utrzymali się tylko chadecy, Zieloni i kilkakrotnie przepoczwarzający się populiści z Prawdziwych Finów. Pozostałe inicjatywy, takie jak Partia Kobiet, Komunistyczna Partia Robotnicza czy Partia Prawa Naturalnego pojawiały się i znikały. Co zatem sprawiało, że trzy formacje o różnych punktach widzenia pozostały na scenie? Przede wszystkim dysponowały coraz bardziej szczegółowym wraz z upływem czasu programem, a przede wszystkim - wyrażały czyjeś obawy, przekonania i dążenia. Chadecy zagospodarowali elektorat bardziej tradycyjny, populiści - niechętny społeczeństwu wielokulturowemy, zaś Zieloni - wielkomiejski. Trójka tych formacji brała udział w formowaniu gabinetów rządowych - i przetrwała, a Zielonym nie przeszkodziło to nawet we wzroście poparcia.
Warto przeanalizować zatem profil socjodemograficzny zielonego elektoratu w Finlandii, mając na uwadze grupy, dla których głosowanie na Ligę Zielonych jest szczególnie atrakcyjne. Elektorat wraz z czasem ulegał powiększeniu i ewoluował, zawsze jednak charakteryzował się on przewagą kobiet, osób w wieku 25-44, a także większą koncentracją w większych miastach. Zieloni nadal nie mają wielkich wpływów na obszarach wiejskich czy wśród osób po 65 roku życia. Poprawia się poziom wykształcenia, natomiast jedna z obserwacji socjologicznych jest tu szczególnie interesująca. Spora część osób głosujących na tę partię pracuje w zawodach, które nie odpowiadają ich kwalifikacjom. Być może to doświadczenie - pracy poniżej własnych kompetencji, co dość często staje się udziałem kobiet - pozwala tym ludziom na urefleksyjnienie faktu, że funkcjonują w systemie, wymagającym reformy, który musi stać się bliższy ludziom i jednocześnie szanować ograniczenia przyrodnicze.
Pewne ogólne wnioski na temat nowych formacji na fińskiej scenie politycznej da się wyciągnąć z innej z tabelek raportu. Zieloni mają młodszy i dużo bardziej wielkomiejski elektorat niż tak zwana "wielka trójka" - konserwatyści, centryści i socjaldemokraci. Większy w nim udział studentów, a znikomy - osób na emeryturze. Prawie połowa ludzi oddających głos na Ligę Zielonych mieszka w stolicy kraju - Helsinkach, przez co nie dziwi poparcie rzędu 20% w wyborach samorządowych. Poszerzanie elektoratu możliwe stało się wtedy, gdy po wejściu do parlamentu Zieloni zdali sobie sprawę, że na bazie troski o środowisko muszą przygotować założenia programowe także i w innych dziedzinach życia społecznego i politycznego. Dziś w rządzie zajmują ministerstwa spara społecznych i sprawiedliwości - i nikomu nie wydaje się to dziwne.
Czy na bazie tych doświadczeń można wyciągnąć jakieś wnioski dla Polski? Na pewno literalne przeniesienie fińskich doświadczeń na rodzimy grunt nie wchodzi w rachubę. Lata komunizmu i późniejszej transformacji wytworzyły inną strukturę społeczną. Mimo to - jak wskazują rodzime badania, np. Instytutu na rzecz Ekorozwoju, największa świadomość ekologiczna występuje w grupach bardzo podobnych do elektoratu Zielonych w Finlandii. Warto o tym pamiętać po to, by unikać ponownego wynajdywania koła.
Dobrze wrócić myślami do Finlandii - tamtejsi Zieloni są jedną z najbardziej profesjonalnych i ugruntowanych w tamtejszym społeczeństwie partii politycznych w skali światowej. Warto zatem prześledzić ewolucję tematyki i sposobu, w jaki prezentowali oni swoje przekonania. Jako partia wykrystalizowali się oni w 1988 roku, kiedy po kilku latach egzystowania jako ruch społeczny zdecydowano się na dokonanie tego kroku. Czas był odpowiedni, bowiem w tym samym mniej więcej okresie coraz bardziej radykalne poglądy miał Pentti Linkola. Ów zwolennik głębokiej ekologii zaczął nawoływać do ataków na właścicieli trujących środowisko fabryk i opowiadać o tym, jak to hitlerowskie obozy koncentracyjne były interesującym narzędziem polityki populacyjnej. W takiej sytuacji trzeba było utworzyć formację, która zapobiegłaby utożsamieniu całego ruchu z ekofaszystowskim marginesem. Manewr ten zakończył się pełnym sukcesem.
Jak w swej pracy pokazał Raulli Mickelsson z Uniwerytetu w Turku, osiami spajającymi zielone postulaty, wokół to których były one następnie rozbudowywane, było środowisko, społeczeństwo i demokracja. Działy te spajały się ze sobą i bardzo trudno jest na samym początku oddzielić je od siebie. W 1988, kiedy to powstał pierwszy manifest wyborczy (liczący sobie jedną stronę), narrację budowano wokół obawy związanej z nadmierną w stosunku do możliwości regeneracyjnych eksploatacją przyrody. Głównym punktem odniesienia była Finlandia - dopiero w kolejnych latach punkt ciężkości przeniesiony został wpierw na poziom europejski, a następnie - na globalny.
Jeśli chodzi o kwestie społeczne, to początkowy krytycyzm w stosunku do państwa dobrobytu (jako tworzącego ów dobrobyt kosztem natury, a więc tym samym podcinając warunki własnego dalszego istnienia) zmienił się w większe zrozumienie i afirmację, aczkolwiek nie bezkrytyczną. Fińscy Zieloni podkreślają prawo jednostek do kontrolowania swojego życia, na przykład poprzez minimalny dochód gwarantowany, którego są zwolenniczkami i zwolennikami. Samorealizację oddzielają od konsumpcji, którą napędza stary model "welfare state" - zdają sobie jednak sprawę z tego, że nierówności społeczne są niedopuszczalne. Popierają zatem odważne reformy, mające na celu dostosowanie polityki społecznej i zatrudnienia do możliwości planety.
Kwestie większej demokratyzacji stosunków społecznych w ostatnich latach zeszły na dalszy plan. W kraju tak transparentnym jak Finlandia nie muszą one zresztą być największym problemem. Wiele też uczyniło tu przejście z formy ruchu społecznego do formy partii politycznej - oznaczało to konieczność pogodzenia się np. z hierarchicznie zbudowanymi strukturami partii. Mimo to wewnętrzna demokracja wyróżnia Zielonych na tle innych formacji. Tworzą oni unikalne połączenie poglądów, w kwestiach gospodarczych sytuując się bliżej socjaldemokracji, praw obywatelskich - liberałów, zaś w kwestii ochrony środowiska zdecydowanie tworzą zupełnie odrębną jakość, której inne partie nie są w stanie dorównać.
By zobaczyć różnice między socjaldemokratami a zielonymi i jednocześnie pokazać, jak zmieniła się pod wpływem ruchów ekologicznych optyka spojrzenia na świat "starej lewicy", najlepiej sprawdzić pod koniec podlinkowanej publikacji specjalnie przygotowaną tabelkę. W 1952 socjaldemokraci w Finlandii wierzyli w postęp techniki, który doprowadzi do przejścia na tory demokratycznego socjalizmu, pomimo oporu ze strony burżuazji. Pod koniec lat 80. XX wieku pojawiają się Zieloni, mówiący o potencjalnej ekokatastrofie, konieczności zapewnienia trwałych podstaw rozwojowi społecznemu, sprzeciwiając się nadmiernej konsumpcji. Dzięki wzrostowi poparcia społecznego Zielonych (a także - co tu kryć - wpływom "trzeciej drogi") język Socjaldemokratycznej Partii Finlandii zaczął się zmieniać. Obok walki z neoliberalizmem pojawiło się określenie, że "skończył się czas postępu, a zaczął - transformacji", że fundamentom państwa dobrobytu zagraża globalizacja i ekokatastrofa, a nawet, że nie są już partią Pracy, ale partią Wartości. To dość spora zmiana w postrzeganiu samych siebie.
Na koniec zaś warto przytoczyć kilka cytatów z poszczególnych zielonych manifestów, które pozostają aktualne do dziś. Idealne do rozmyślań na zielonej trawce:
"Ludność Ziemi przyrasta w tempie 100 milionów rocznie. Produkcja materialna w ciągu ostatnich dekad zwiększyła się do poziomu równego całej produkcji rodzaju ludzkiego do tej pory. Nieograniczony wzrost materialny jest niemożliwy. Nieodnawialne surowce naturalne wyczerpią się prędzej czy później w XXI wieku. Emisje dwutlenku węgla związane z produkcją znacząco wzmocniły efekt cieplarniany na Ziemi. Powodują one globalne zmiany klimatyczne o nieprzewidywalnych konsekwencjach. W wielu krajach szaleje pustynnienie, a różnorodność przyrodnicza bezpowrotnie zanika." (Manifest 1998)
"Społeczeństwo musi nałożyć na gospodarkę rynkową zarówno społeczne, jak również i ekologiczne warunki jej egzystencji. By mechanizm rynkowy funkcjonował w uczciwy sposób musi być poważnie naprawiony i kontrolowany poprzez podatki, subwencje i transfery dochodowe." (Manifest 1994)
"Odpowiedzialność za organizowanie świadczeń społecznych i nadzór nad ich jakością musi pozostać w rękach państwa. Usługi te jednak mogą być obok instytucji publicznych realizowane także przez przedsiębiorstwa prywatne, spółdzielnie, roganizacje społeczne, a nawet członków rodzin. W ten sposób użytkowniczki i użytkownicy mają większą możliwość wyboru." (Manifest 1994)
"Zieloni wspierają państwo dobrobytu, którego celem jest likwidacja alienacji i nierówności wśród obywatelek i obywateli. Struktury modelu muszą się modernizować i rozwijać, prowadząc do rozwoju nowoczesnego społeczeństwa dobrobytu. Jego celem jest poszerzanie równości i kontroli ludzi nad ich własnym życiem i tworzenie warunków dla cywilizowanej i odpowiedzialnej za świat zmiany. Nowoczesny system musi rozwijać się w kierunku, w którym indywidualne potrzeby i wolność wyboru są realizowane jeszcze lepiej." (Manifest 1998)
"Zielona ekonomia różni się od 'gospodarki mieszanej' socjaldemokratów, bowiem zamiast scentralizowanych procesów decyzyjnych i korporacyjnych egoizmów grupowych opowiada się za decentralizacją podejmowania decyzji, partycypacją i autentycznym społeczeństwem obywatelskim. Zielona ekonomia różni się również od 'społecznej gospodarki rynkowej' wspieranej przez partie prawicowe w dwóch kluczowych kwestiach - elementy i zakres praw własności musi być zmieniony jeśli chcemy zachować trwałość społeczną i ekologiczną, zaś celem kontroli społecznej jest wzmocnienie pozycji społeczeństwa obywatelskiego, nie zaś mechanizmu rynkowego."(Manifest 1990)
Czas majówki sprzyja nieco lżejszemu spojrzeniu na rzeczywistość. Można na przykład udać się na świeże powietrze - tak też zrobiłem, usiłując przetestować swoją nowiuteńką hulajnogę. Miała mnie zachęcić do zdrowszego, bardziej aktywnego stylu życia, ale po jakichś 100 metrach zdecydowała się rozwalić, grzebiąc moje nadzieje na przyjemne spędzenie popołudnia. Cóż, tyle, jeśli chodzi o trwałość współcześnie wykonywanych przedmiotów rekreacyjnych - a jednak spełniałem wymagania dotyczące niskiej wagi...
Nic to, pozostają mi najwyraźniej długie spacery i komunikacja miejska, ewentualnie kontynuowanie przesiadywania przed komputerem. Niedawno udało mi się znaleźć z kolei nieco czasu na wyjście do kina na film, który wzbudza dość sporo emocji - zarówno estetycznych, jak i politycznych. To "Walc z Baszirem" izraelskiego reżysera, Ariego Folmana. Zrobienie go trwało dość długo, bowiem kraj ten nie ma zbyt wielkich tradycji tworzenia filmów animowanych. Jak na debiut w tej dziedzinie robi on naprawdę niesamowite wrażenie - mocna, wyrazista i charakterystyczna kreska doskonale współgra z klimatem filmu. Doskonałe gry światła i cienia, a także wyraziste kolory sprawiają, że wizualnie film robi oszałamiające wrażenie. Do tego dodać należy świetną ścieżkę muzyczną - i przepis na sukces gotowy. No, prawie...
Najważniejszą rolę w "Walcu" pełni fabuła. Nic to dziwnego, zważywszy na to, że jest to film dokumentalny. W kraju nad Wisłą, gdzie komiksy nadal traktuje się po macoszemu i mało kto (niestety!) przyznaje, że mogą one nieść ze sobą jakiś przekaz, nawet przy edytowaniu hasła na Wikipedii pojawiały się wątpliwości, czy animacja może być dokumentem. Może - tak samo, jak o Holokauście opowiadać można niczym w "Mausie" Arta Spiegelmana. Nadal ciąży nad nami dziedzictwo podziału na "sztuki wysokie" i "sztuki niskie", co poważnie utrudnia dyskusję nad walorami artystycznymi i politycznym przekazem wielu dzieł. Kiedy np. opowiada się o "dziecinadzie" sztuki współczesnej (co bardzo lubił robić tygodnik "Wprost") albo z góry skreślać komiks tego samego typu etykietą, wtedy czyni się kulturze ogromną krzywdę.
Nad filmem Folmana warto się pochylić po to, by spojrzeć na tragedię wojny na Bliskim Wschodzie. Po seansie wychodziłem z kina niemal w stanie depresyjnym, ubolewając nad ludzką kondycją. Cóż bowiem z tego, że ludzkość potrafiła wymyśleć Kanta czy Hegla, skoro nadal jedną z bardziej powszechnych rozrywek, z jakimi mamy do czynienia, stanowi wzajemne mordowanie się? Wojna izraelsko-libańska z lat osiemdziesiątych XX wieku była kolejnym konfliktem w dziejach ludzkości, który pokazał potencjał zezwierzęcania nas wszystkich. Izraelscy żołnierze, świeżo po szkole, jechali na północ niczym na wycieczkę, Palestyńczycy wysyłali do boju dzieci z granatnikami, maronici wycinali na klatkach piersiowych muzułmańskich uchodźców krwawe znaki krzyża... Cóż, oto cywilizacja, którą tworzymy każdego dnia.
Że niby to nie my? Że niby to daleko, dawno i nieprawda? Społeczeństwa okresu międzywojennego też przeżywały czas wielkiego rozwoju kulturalnego, w najlepsze rozwijała się nauka i technika, a jednak wielki kryzys i wzrost totalitaryzmów obrócił w perzynę większość tego świata. Dozorcy obozów koncentracyjnych mogli nadal uwielbiać muzykę klasyczną, podczas gdy paręset metrów dalej ludzie (którym zawczasu odmówiono człowieczeństwa) ginęli masowo w piecach krematoryjnych. Do których dziś na przykład wchodzić sobie może dziewczynka, po czym publikuje zdjęcie na portalu społecznościowym.
Margines? Być może, ale to warunki dziejowe sprawiają, że owe cywilizacyjne marginesy bądź to się zmniejszają, bądź też ulegają powiększeniu. Rozwój techniki bardzo ułatwił sytuację - dziś można prowadzić wojny asymetryczne, namierzać samochody czy poszczególnych ludzi dzięki zdjęciom satelitarnym - po prostu cuda na kiju. Ból można nieść wszędzie, można też cedować odpowiedzialność na innych, tak jak stało się to przy okazji mordów w obozach palestyńskich uchodźców w Libanie. Pozbawiać życia można kobiety, dzieci, młodych i starych. Nieważne już, kto to robi - "Walc z Baszirem" moim zdaniem jest nie tylko o zawiłych relacjach Izraela i sąsiednich państw czy też o wpływie przeszłości na teraźniejszy sposób myślenia Izraelek i Izraelczyków. O tym też - ale nie tylko.
Jeśli popatrzymy na dzieło Ariego Folmana li tylko przez pryzmat Bliskiego Wschodu, skończyć się to może na praniu brudów, pokazywaniu własnego, krytycznego stosunku do działań Izraela czy też do próby tłumaczenia zachowań, jakie wówczas miały miejsce. Zapominamy, że w tej narracji tak naprawdę pod aktorów możemy podstawić dowolne nacje - Hutu i Tutsi, Niemców i Żydów, Turków i Ormian - kogokolwiek. I zawsze będzie ona aktualna. Już sam ten fakt - możliwości bycia ofiarą i oprawcą i możliwości szybkiej zamiany owych ról - powinien skłaniać nas do odważnego wołania o pokój na świecie. Dla naszego wspólnego dobra.
Zawiało optymizmem - nie ma co. Na film pójść warto - również bez dwóch zdań. Czy po seansie Wasze przemyślenia będą takie same? Trudno rzec.
5 lat temu uczyłem się jeszcze w liceum w Przemyślu. Bardziej niż pierwszy dzień w Unii zapamiętałem dzień drugi - było ciepło, więc pojechaliśmy do zamku w Krasiczynie. Tam, obok flagi polskiej, zobaczyłem unijną - i wtedy, na krańcu Europy (a tak naprawdę w jej środku), poczułem się Europejczykiem. Zostało mi to do dziś. Chyba w takiej samej formie, w jakiej owe flagi zobaczyłem - a więc czując się Europejczykiem, tym bardziej cuję się Polakiem. Dziwne? Być może, w końcu dość często uczy się w szkole, że kosmopolityzm i patriotyzm są zjawiskami sprzecznymi. Zawsze ów podział kwestionowałem - nie widzę bowiem w parze słów Europejczyk-Polak opozycji większej, niż dajmy na to Polka-Warszawianka. Tak jedna, jak i druga tożsamość wzajemnie się przenikają i uzupełniają, co chroni je od rutyny i za każdym razem pozwala nam na twórcze ich łączenie.
Już 5 lat współkształtujemy losy przeszło półmiliardowego organizmu polityczno-gospodarczego. Jednocześnie straszy nas ponura statystyka - w 2004 raptem 20% z nas skorzystało z prawa wyborczego i wybierało posłanki i posłów do Parlamentu Europejskiego. Wbrew temu, co wówczas mówiono, to dość wpływowa instytucja, mająca zdolność współdecydowania o unijnej legislacji w coraz większym zakresie spraw. Gdyby w życie wszedł Traktat Lizboński, możliwości te uległyby dalszemu poszerzeniu - zwiększyłby się zatem udział w procesie decyzyjnym jedynego bezpośrednio przez nas wybieranego organu UE. Na razie jednak Traktat został odstawiony i nie wiadomo, co z nim będzie. Być może jakiś pomysł będzie miał nowy europarlament - ten zaś może być wybrany przy równie niskiej frekwencji co 5 lat temu. Marzenia o osiągnięciu poziomu 30% wydają się teraz niemal political fiction.
Wszystkie narracje opowiadające o tym, jak to jest się Europejką/Europejczykiem czy też Polką/Polakiem rozbijają się dość często o właśnie ten jeden prosty, praktyczny element - a mianowicie o udział w wyborze unijnych władz. Wszyscy chcemy korzystać ze wspólnego rynku pracy, wymian studenckich czy wysokich standardów ochrony konsumenckiej - czy aby jednak na pewno współdecydujemy o tym, jak owe kwestie będą wyglądać? Już dziś Unia Europejska odpowiada za 60% legislacji, która później obowiązuje w państwach członkowskich. Wbrew temu, co się nam imputuje, to nie od sił narodowych reprezentacji, lecz od tego, jaką formację polityczną wybierzemy, zależy, jak Unia Europejska będzie wyglądać. Odpowiedź na to, czy wolicie wzmacnianie narodowych egoizmów - obojętnie, czy polskich, niemieckich, francuskich lub jakichkolwiek innych - czy chcecie przyczynić się do budowania nowego, silnego siłą zamieszkujących go ludzi kontynentu - pozostawiam Wam. Nie popełnijcie tylko jednego błędu - nie dajcie wybrać innym za Was.
Jeśli słyszycie od tej czy owej siły politycznej, że będzie walczyć z narodowymi egoizmami, po czym zaraz po tem doda ona, że będzie walczyć o "polski interes narodowy" - zastanówcie się proszę, co to oznacza. Często bowiem - zbyt często! - pod płaszczykiem europejskiej solidarności sprzedaje się nam absurdalne uogólnienie, że to, co dobre dla Polski, jest automatycznie dobre dla Europy. Pod pojęciem "polskiego interesu" równie często zaś sprzedaje się pomysły, które wcale nie są powszechnie podzielane przez obywatelki i obywateli naszego kraju. Nie uważam na przykład, by walka o "wartości chrześcijańskie" w preambule projektu wyrzuconej do kosza Konstytucji europejskiej była ważniejsza np. od zapewnienia wspólnej polityki klimatyczno-energetycznej, gwarantującej solidarność w obliczu odejścia od paliw kopalnianych. Niestety, rodzimi politycy zbyt często lubią ubierać w wielkie, narodowe hasła swoje prywatne opinie.
Nie dajcie sobie wmówić zatem, że szczęście w tym półmiliardowym organiźmie nastąpi tylko wtedy, gdy szefem europarlamentu zostanie Jerzy Buzek, "bo to Polak". Nie dajcie też sobie wmówić, że w tej sprawie potrzebna jest jakaś ponadnarodowa zgoda - jest to bowiem leczenie narodowych kompleksów i zwyczajny, moralny szantaż. Wybór bądź odrzucenie kandydatury Buzka powinno odbywać się tylko i wyłącznie na bazie tego, czy poglądy jakiejś grupy parlamentarnej są zgodne lub nie z przekonaniami byłego premiera. Podobne kryteria powinny być stosowane przy rozpatrywaniu pomysłu dotyczącego Wojciecha Olejniczaka. Praktyka bywa inna - niestety. Zbyt często pozwalamy ponieść się "narodowej euforii" i zapominamy, że mamy prawo mieć różne wizje rozwoju kraju i Unii Europejskiej. Słabym pocieszeniem jest fakt, że w innych krajach (aczkolwiek w różnym natężeniu) tego typu plemienną mentalność możemy obserwować.
Nie bez poczucia dumy mogę powiedzieć, że Zieloni są najbardziej spójną grupą ideową w Parlamencie Europejskim. To w obrębie tej grupy politycznej przekroczenie narodowego widzenia świata i skupienie się na poprawie jakości życia jak największej grupie ludzi osiąga najwyższy poziom. Niemieccy Zieloni mogą stanowić doskonałą ilustrację tego przykładu. To oni domagali się otwarcia rynku pracy w swym kraju dla nowych państw członkowskich, doskonale wiedząc, że nie przysporzy im to elektoratu. To ich europosłanka, Elizabeth Schroedter, publicznie wypowiedziała się w sprawie niesprawiedliwego traktowania przez Komisję Europejską polskich stoczni. I na dodatek nie cieszyli się z pomysłów pani Eriki Steinbach na nową politykę historyczną. Widać gołym okiem, że patrzenie się na Europę z ponadnarodowego punktu widzenia pomaga także budowania porozumienia i poszanowania dla praw innych państw członkowskich. Wyzbycie się egoizmu wzmacnia altruizm, zwiększając szansę na budowę europejskiego domu, w którym nie będzie ludzi czy państw drugiej kategorii.
7 czerwca, niezależnie od własnych poglądów, a także tego, czy czujecie się bardziej Europejkami/Europejczykami, czy też Polkami/Polakami - zagłosujcie. To nnie boli. Nie roztopimy się w jednolitej magmie - Unia to bowiem patchwork, złożony z wielokolorowych łat. Dbajmy o nie i nie dopuśćmy do tego, by osoby chętne do ponownego prucia kontynentu czy też podmywania europejskiego marzenia i towarzyszących mu standardów ekologicznych i społecznych miały więcej do powiedzenia. Przestrzeń pokoju jest nadal najcenniejszą zdobyczą tego umęczonego wojnami kontynentu. Kontynentu, który kocham.