16 sierpnia 2011

Letnia Akademia Ekopolityczna: RIO +20

Czy zamieszczona na zdjęciu sala nie wydaje się Wam znajoma? W ostatnich dniach byłem na Letniej Akademii Ekopolitycznej w położonej pod Budapesztem letniskowej miejscowości Horanyi. W ciągu najbliższych dni będziecie mogli przeczytać relacje z paneli i warsztatów, w których brałem udział - mam nadzieję, że tak jak rok temu okażą się one ciekawe i wniosą nieco świeżości w zielony dyskurs polityczny nad Wisłą.

Farago Tibor: Do roku 2012 skończą się międzynarodowe zobowiązania związane z protokołem z Kioto. Powstający w jego miejsce dokument, który będzie negocjowany w południowoafrykańskim Durbanie, nie będzie już wiążący. Współpraca międzynarodowa jest tymczasem konieczna, alternatywą dla niej jest brak zaufania i wojna. Potrzeba nam na dziś nie mniej, jeszcze więcej lepiej działającej Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Erzsebet Schmuck, prowadząca: Europejskie Biuro Środowiskowe lobbowało za wprowadzeniem kwestii zrównoważonego rozwoju do konstytucji europejskiej – działanie to zakończyło się osiągnięciem celu, choć sama konstytucja europejska nie została przyjęta. Jej zdaniem idea zielonej ekonomii, przeminie równie szybko, jak kiedyś promowane przez organizacje ekologiczne wykorzystanie biopaliw, dziś krytykowane przez ruch zielonych. Odpowiedzieć sobie trzeba na do tej pory przemilczane przez tego typu koncepcje pytania, takie jak podział globalnych zasobów czy krytyka obecnego funkcjonowania pieniądza, zmuszające do myślenia o globalnej ekonomii jako o systemie naczyń połączonych.

Ivan Gyulai: Stoimy przed paradoksem – poprawiła się legislacja ochrony środowiska, podczas gdy pogorszył się jego stan. Idea zrównoważonego rozwoju to tak naprawdę bardzo prosty koncept, który da się streścić hasłem, że każde pokolenie musi żyć w obrębie zdolności środowiska do podtrzymania swoich procesów funkcjonowania. Decydenci usiłują oddzielać kwestie ekonomii, ekologii i walki z biedą. Jako alternatywę promuje się zieloną ekonomię, która rozwiązywać będzie społeczne problemy bez nadużywania zasobów nieodnawialnych. Dla przykładu – rozwijające się w tempie 10% Chiny muszą znaleźć równowagę między wzrostem, wyrównywaniem poziomu rozwoju społecznego oraz zmniejszać nacisk na środowisko.

Pytanie, czy wzrost gospodarczy możemy podtrzymać? Przy tej okazji warto przytoczyć kilka faktów, które pomogą odpowiedzieć na to pytanie. Prawdopodobnie w tym roku na Ziemi będzie ponad 7 miliardów ludzi, w tym miliard głodujących i miliard żyjących za mniej niż dolara dziennie, podczas gdy w czasie Szczytu Ziemi w Rio było ich 5,4 miliarda – to pokazuje skalę rosnących potrzeb i niemożność dalszego oddzielania rozwoju ekonomicznego i ekologicznego. Wzrostowi ilości głodujących towarzyszy wzrost ilości osób otyłych, nadal nierozwiązany pozostaje problem HIV/AIDS – i to w czasie, gdy światowe rządy wydają niemal 1,4 miliarda dolarów na wydatki militarne. Strategią rozwiązania tych problemów z pewnością nie będą ekologiczne wioski, które zamykają się na otaczający je świat. Także edukacja ekologiczna nie pomoże sama z siebie, jeśli trwać będzie dominacja dotychczasowego dyskursu.

Gdy Raport Bruntland zwracał uwagę na fakt wyczerpywania się surowców, napotykał na sceptycyzm, podczas gdy dziś wiele wskazuje na to, że już mamy za sobą szczytowe wydobycie ropy naftowej (oil peak) i koszty jej wydobycia, a także wzrost wykorzystania ziemi na potrzeby rolnictwa (soil peak) – spada także jej jakość, między innymi z powodu erozji. Mimo rosnącego popytu połowy ryb właściwie nie rosną z powodu ich aktualnego przetrzebienia. Ślad ekologiczny ludzkości nieustannie rośnie – dziś rok działalności gospodarczej człowieka oznacza dla ekosystemów planety półtora roku regeneracji w celu powrotu do stanu równowagi. Pokazuje to, że nasz rozwój dawno przestał być zrównoważony. Przeładowane systemy podtrzymywania życia zaczynają się rozpadać. Wszystko to wskazuje na to, że zielony wzrost nie jest już możliwy i musimy odejść od tej idei. Kapitalizm nie będzie moim zdaniem nigdy zrównoważony – choćby z powodu sposobu kreowania pieniędzy, dzięki któremu sektor bankowy ma interes we wzroście gospodarczym, bo bez niego nie ma możliwości spłacenia odsetek. Sytuacja mogłaby zmienić się dopiero, gdyby pieniądze zaczęły być objęte zerową lub ujemną stopą procentową.

Boda Zsolt, ekonomista polityczny: Potrzeba nam zaangażowanie nie tylko na poziomie racjonalnym, ale także emocjonalnym, by tworzyć alternatywy. Wszyscy wiemy, jak trudno przejść na w pełni ekologiczne życie, zmniejszające nasz indywidualny ślad węglowy. Brak odpowiedniej infrastruktury, umożliwiającej zrównoważone życie, tworzy u ludzi dysonans poznawczy między oczekiwaniami a rzeczywistością. W czasie kryzysu gospodarczego zobaczyliśmy na przykład, jak 10% globalnego PKB wytwarzane jest przez przemysł samochodowy – a przecież tego typu trudności i wzajemnych powiązań blokujących przejście na bardziej zielone tory jest więcej. Ekologiczna transformacja wymaga zbiorowego działania, w przeciwnym razie pojedyncze rządy będą wymawiać się z działania lękając się utraty konkurencyjności własnych gospodarek.

Jako naukowiec zajmujący się naukami społecznymi wiem, jak długotrwałym procesem jest zmiana społeczna, musimy jednak tak nią pokierować, by przyszła ona na tyle szybko, by zapewnić podtrzymanie sprawnego działania ekosystemów. Podobnie było z ujarzmianiem kapitalizmu przemysłowego poprzez budowę sieci zabezpieczenia społecznego. Pamiętajmy, że pierwsza ustawa, ograniczająca pracę dzieci, przyjęta we Francji w 1870 roku, zabraniała... osobom poniżej 10 roku życia pracować dłużej niż 10 godzin dziennie. Poprzez stopniowy proces, trwający w praktyce całe stulecie, udało się przyjąć jako standard 8-godzinny dzień pracy dorosłych i likwidację pracy dzieci. Udało się dzięki zbiorowemu wysiłkowi myślicieli społecznych z lewa i z prawa (np. duchownych), ruchów społecznych, związków zawodowych i partii politycznych. Lokalne działania skończyły się globalną koordynacją działań na rzecz stosownych regulacji rynku pracy – od Międzynarodówki po Międzynarodową Organizację Pracy. Doświadczenia te powinny być cenną wskazówką dla sposobu działania partii ekopolitycznych. Czasem potrzeba do rozwoju ruchu Zielonych katalizatorów, takich jak wypadek w elektrowni jądrowej w Fukushimie czy trwający kryzys finansowe. Kryzysy te dają szansę na zmianę na lepsze poprzez przewartościowanie dawnych dogmatów.

8 sierpnia 2011

Zielone kino: kryzys czy zadyszka?

Globalnej gospodarce nie tylko nie udaje się podnieść z załamania, które zaczęło się w 2008 roku, ale co gorsza - nie brak znaków na to, że wchodzimy w drugi etap kryzysu. Szaleństwo na rynkach walutowych, spadające wskaźniki giełdowe, spirala długów oraz rosnące rozwarstwienie - o tym wszystkim w kolejnych produkcjach angielskiej Al Jazeery. W nich - dyskusja na temat przyczyn aktualnej sytuacji, wraz z poszukiwaniem odpowiedzi na ważne pytanie - czy trzeba było ratować banki ("Inside Story")? Dzięki programowi "Fault Lines" zerkniemy na niepokojące wskaźniki rozwarstwienia w Stanach Zjednoczonych, w których 1% najbogatszych włada 40% bogactwa kraju, zaś dzięki audycji "Counting the Cost" przyjrzymy się także temu, czy to politycy odpowiadają za aktualną trudną sytuację Włoch i czy Botswana - jeden z najbardziej stabilnych krajów Afryki, będzie w stanie przestawić swą gospodarkę z zależności od wydobycia diamentów, których złoża mogą wyczerpać się w ciągu najbliższych 15-20 lat? Myślę, że wybór filmów i ich tematyka brzmi ciekawie - jeśli zgadzacie się z moim wrażeniem, zachęcam do oglądania.

7 sierpnia 2011

Lektura nie do końca wakacyjna

Było do przewidzenia, że miast skupić się na książkach, które posiadam od dawna i od dawna oczekują na moje zainteresowanie, zdecyduję się wynagrodzić sobie trudy sesji za pomocą kupna książki kolejnej. Wojna domowa w Rosji, szalony, krwiożerczy dowódca białych, wojna na odludziu, świeżo po I wojnie światowej - nie byłem w stanie się oprzeć. Biografia barona Romana Ungern-Sternberga nie była w stanie czekać, zatem wysupłałem nieco grosza i kupiłem dzieło Jamesa Palmera. Nie żałuję.

Choć nie brak w nim pewnych błędów merytorycznych, niekoniecznie istotnych, ale jednak irytujących (nazywanie Słowianami chłopskiej ludności Estonii wydaje się bodaj najbardziej kuriozalnym spośród nich), to jednak należy autorowi oddać należną mu zasługę. Choć pozornie "Krwawy biały baron" to historia biograficzna, to jednak nie poprzestaje on na opisie portretowanej przez siebie osoby. Czasem można odnieść wrażenie, że baron ginie wśród opisów stosunków społecznych i historycznych zatargów ówczesnych mocarstw. W sytuacji, gdy odtworzenie całości żywota jednego z ostatnich obrońców starego porządku (i to na dodatek w bardzo reakcyjnej jego odmianie) wydaje się niemożliwością, to chyba jedyna słuszna strategia. Rezygnacja ze snucia opowieści na temat tajników ezoteryki, idei "żółtego zagrożenia" czy też panmongolizmu poważnie utrudniłaby zrozumienie kontekstu epoki, jak również sposobów rozumowania tego wojskowego o niemieckich korzeniach, który wierzył w boskie nadanie monarchów i stworzył własną syntezę buddyzmu i monarchizmu.

Jego życie nadaje się nie tylko na kanwę filmów, ale też może stanowić niezły materiał badawczy dla tych, chcących zrozumieć psychologiczne motywy postępowania ideowych zbrodniarzy, takich jak niedawny zamachowiec z Norwegii. Ideowo Breivik i Ungern-Sternberg są zresztą zarówno blisko, jak i daleko - każdy z nich miał/ma swojego "obcego", którego nienawidzi, każdy też gotów był bez zmrużenia oka zadawać ludziom ból, jeśli tylko uznał takie działanie za konieczne do osiągnięcia swojego ideowego celu. W świecie żyjącego na przełomie wieków niemieckiego arystokraty najważniejsza była obrona powoli przemijającego świata społecznej hierarchii i związanej z nią władzy. Za zagrożenie dlań uznawał zarówno kapitalizm, jak i rosnące wówczas w siłę ideały socjalistyczne i komunistyczne. Kiedy rozpadło się carskie imperium, bronił jego resztek, a następnie udał się na ekspedycję do Mongolii, by na bazie tego kraju wskrzesić dawne imperium Czyngis-Chana, mające rozciągać się od Wołgi po Ocean Indyjski i Pacyfik.

Podczas lektury nie brakuje opisów bardzo brutalnego traktowania ludzi, którzy mieli wątpliwą przyjemność zetknąć się z jego osobą. Na początku chciałem napisać "politycznych oponentów", lecz byłoby to stanowczo zbyt daleko posunięte zawężenie grona osób, które torturował i zabijał. Z jednej strony był kosmopolitą, mieszającym znane mu religię i zapewniającym swobodę ich wyznawania. Z drugiej - nienawidził Żydów, co skutkowało ich pogromami na terenach przezeń okupowanych. Wierzył, że komunizm został wymyślony w... Babilonie, 3 tysiące lat temu, przypisywał sobie też nadnaturalną zdolność do wyszukiwania wśród przemieszczających się po Syberii i Dalekim Wschodzie rzesz ludzi osób "dotkniętych złem", głównie Żydów oraz agentów Czerwonych. Można się domyślić, że w rzeczywistości jego przeczucia nie znajdowały zbyt często oparcia w rzeczywistości, a wraz z upływem czasu coraz mniej jego charyzma, a coraz bardziej - strach przed surowymi torturami trzymały jego armię w ryzach.

Ungern, otoczony przez Czerwonych, zdecydował się na zajęcie Mongolii, będącej wówczas w niejasnej sytuacji politycznej, zawieszonej między rozpadającymi się imperiami - rosyjskim i chińskim. To lęk przed zmianą kraju w bazę wypadową resztek wojsk Białych sprawił, że bolszewicy zdecydowali się na interwencję zbrojną i wsparcie lokalnych komunistów. Baron, wiedziony przepowiedniami, postanowił sforsować granicę i spróbować połączyć swe siły z interweniującą wówczas na obszarze przyszłego ZSRR armią japońską. Japończyków już jednak nie było, a po szeregu klęsk zdradziła go własna armia. Pojmany, przewieziony w głąb sowieckiej Rosji i rozstrzelany, nadal jednak budzi emocje. Jak sugeruje Palmer, wymuszenie rosyjskiej interwencji uratowało Mongolię przez ponownym wejściem w skład Chin i kontynuacją procesów kolonizacji i niszczenia dziedzictwa kulturowego tego kraju. Problem w tym, że inspirowani z Moskwy lokalni komuniści z wielką żarliwością wzięli się w latach 30. XX wieku do niszczenia klasztorów buddyjskich i mordowania zamieszkujących ich lamów. Ungern-Sternberg zapowiedział swoimi krwawymi rządami kolejne ciężkie lata dla Mongołek i Mongołów, już pod nowymi władzami. Warto zatem poznać historię rejonu, który niezbyt często bywa opisywany na łamach poczytnych mediów.

6 sierpnia 2011

Ballada o Janosiku

Mój brak pisania o lokalnych, warszawskich sprawach ma swoją przyczynę - trudno mi po prosto do końca zrozumieć, o co chodzi w stołecznej polityce od czasu, gdy władzę absolutną przejęła ekipa Hanny Gronkiewicz-Waltz. Brak współpracy opozycji - PiS i SLD - poskutkował dwiema inicjatywami referendalnymi w sprawie prywatyzacji SPEC, z których jedna zakończyła się fiaskiem, druga zaś udała się - w sumie - rzutem na taśmę. Atmosfera podwyżek nie przełożyła się na większe wrzenie przeciwko rządzącej miastem PO - wręcz przeciwnie, nawet niewielkie protesty, takie jak niedawne "Imieniny Hanki", zorganizowane przez środowiska lokatorskie, spotkały się dość dużą wrogością jako przejawy populizmu. Ponieważ klimat egoizmu ostatnimi czasy dominuje w stołecznym powietrzu, zatem siłą rzeczy pisać o czymś niespecjalnie miłym zwyczajnie mi się nie chce.

Okazało się w ostatnim czasie, że jest jakaś akcja, która Warszawianki i Warszawiaków zmobilizować jest w stanie. Organizatorzy inicjatywy "Stop janosikowe" zebrali ponad 100 tysięcy podpisów pod obywatelską inicjatywą ustawodawczą. Problem z nią jest taki, że nawet z punktu widzenia takich wartości, jak solidarność społeczna, dałoby się ją bronić. Kuriozalnie wyglądała sytuacja, w której rzekomo bogate Mazowsze (statystyki województwa zawyżała Warszawa, wystarczy pojechać na północ województwa albo na tereny dawnego radomskiego, by poznać jego "bogactwo") musiało się zadłużać, by przekazać oczekiwane odeń transfery finansowe innym samorządom. Dobrych intencji pomysłodawcom - Związkowi Stowarzyszeń Praskich, nie sposób odmówić. W samym projekcie znajdziemy nie zniesienie, lecz jego ograniczenie o 20% i zmianę formy transferu z bezwarunkowej na finansowanie konkretnych projektów, przedkładanych przez uboższe samorządy. Cały potencjał takiej zmiany - o którym za chwilę - niweluje jednak agresywny przekaz, po którym trudno rozpoznać dobre intencje pomysłodawców.

To prawda, że trudno wymyślić treściwe, seksowne hasło zwięźle opisujące sens inicjatywy. To prawda, że bez poruszenia emocji trudno oczekiwać sukcesu w zbieraniu całkiem sporej ilości podpisów. Sęk w tym, że "Stop janosikowe" tak naprawdę wprowadza w błąd - ograniczenie go o 20% w żaden sposób nie można porównywać do jego likwidacji. Przyjęcie za motyw przewodni takiego, a nie innego tytułu automatycznie przyczynia się do pogłębienia resentymentów na linii swój-obcy (gdzie złymi są osoby pracujące w Warszawie, a nie płacące tu podatków) i do dalszego podsycania lokalnego egoizmu, w którym nie ma miejsca na solidarność z rejonami kraju rozwijającymi się wolniej niż Warszawa. Zrozumiałe może być rozżalenie stowarzyszeń praskich na fakt, że w 800 milionów złotych w ostatnim budżecie miasta poszło na transfery do innych samorządów, jednak nie wierzę, że nawet całkowita likwidacja instytucji janosikowego byłaby w stanie automatycznie poprawić sytuację prawej strony miasta. Wszystko zależy wszak od władz miasta - skoro do zmiany polityki nie było w stanie przekonać je nawet Euro 2012, przy okazji którego obiecywano Pradze rewitalizacyjne złote góry, to nie ma żadnej gwarancji, by nawet po zmianie prawa nierównomierny rozwój Warszawy został zahamowany.

Za stały problem dla miejskiego budżetu uważa się osoby, które mieszkając w Warszawie i korzystając z jej usług komunalnych, nie płacą tu podatków. Owszem, jak najbardziej przerejestrowanie się do stołecznych urzędów podatkowych warte jest promowania, szkoda jednak, że w dyskusji na ten temat zapomina się o czynnikach życiowych, mających niebagatelny wpływ na podjęcie tej decyzji. Trudno oczekiwać jej dajmy na to od osób jednocześnie pracujących i studiujących, dla których chlebem powszednim są częste przeprowadzki. Nie ma tu też miejsca na stwierdzenie faktu, że osoby przyjeżdżające do Warszawy - np. na studia lub po ich ukończeniu w innym mieście - przez lata nie wkładały swoich podatków w usługi publiczne w gminach, w których mieszkały w młodości. Danie im kilku lat na to, by w ten sposób chociaż symbolicznie wsparły samorząd, z usług którego niegdyś korzystały, nie wydaje mi się niczym zdrożnym. Ponieważ migracje do Warszawy trwają w najlepsze, a bezrobocie pozostaje niskie, proponuję malkontentom ćwiczenie umysłowe w postaci wyobrażenia sobie, że pewnego dnia osoby "przyjezdne" (swoją drogą ciekawe, jak w mieście zniszczonym podczas II Wojny Światowej rozgraniczenie między "tutejszymi" a przyjezdnymi" wykonać) znikają z miasta. Świadczenie wielu usług - od gotowania w restauracji po obsługę bankową - przeżyłoby chwilę załamania, a niedobór wykwalifikowanej siły roboczej mógłby skłonić niejedną firmę do przeprowadzki. Warszawa mogłaby na tym stracić dużo więcej, niż traci aktualnie na janosikowym.

Czy potrafię wyobrazić sobie inną kampanię na rzecz zmian w kulawej legislacji, ślepej na rosnące rozwarstwienie społeczne w miastach, uważanych za bogate? Trudno mi jeszcze wymyślić równie chwytliwe hasło, ale potrafię wyobrazić sobie pewne punkty zaczepienia. Kiedyś "cały naród budował swoją stolicę", dziś "Twoje pieniądze budują cały kraj" - mógłby brzmieć główny ton przekazu. Zmiany legislacyjne mogą sprawić, że każda osoba płacąca podatki w Warszawie mogłaby zobaczyć konkretne tego efekty - nie tylko w stolicy, ale w całej Polsce. Wyremontowana droga, odnowiona linia kolejowa, program termorenowacji szkół czy program dożywiania dzieci - wszystko to mogłoby być źródłem dumy i satysfakcji z dzielenia się bogactwem. Grupy mieszkanek i mieszkańców z tej samej miejscowości mogłyby skrzykiwać się i wchodzić we współpracę z samorządem rodzinnej miejscowości, proponując mu podjęcie określonej inwestycji. Warszawa, gdyby to w jej rękach pozostało dysponowanie środkami, mogłaby wręcz rozpocząć prowadzenie swego rodzaju "miejskiej polityki zagranicznej", proponując inwestycje, leżące we wspólnym interesie swoim i innego samorządu, np. w rozwój chroniących przed powodzią polderów. Duch solidarności z resztą kraju mógłby przełożyć się też na większą solidarność między poszczególnymi dzielnicami, co pozwoliłoby na przykład na bardziej równy podział środków między lewym a prawym brzegiem miasta.

Szkoda, że tak dobra okazja do zmycia wrażenia, że bogatsze samorządy nie chcą dzielić się z biedniejszymi, została zaprzepaszczona.

5 sierpnia 2011

Koalicja "Polska wolna od GMO" apeluje do prezydenta Komorowskiego

APEL O ODRZUCENIE USTAWY O NASIENNICTWIE

Szanowny Panie Prezydencie, my przedstawiciele rolników i konsumentów, Obywateli Rzeczypospolitej Polskiej będących w swej większości przeciwnikami GMO, zwracamy się do Pana z apelem o skorzystanie z prawa veta i odrzucenie ustawy o nasiennictwie przyjętej przez Sejm RP w dniu 29 lipca 2011 r. (druki sejmowe nr 4114, 4213, do druku nr 4213, 4213-A druki senackie nr 1284, 1284 A, 1284 Z).

W naszym głębokim przekonaniu ustawa narusza podstawowe prawa Obywateli Rzeczypospolitej Polskiej, w zakresie ochrony zdrowia, ochrony środowiska i ochrony własności rolnej, wskutek wprowadzenia w niej regulacji zezwalających na uprawy roślin genetycznie zmodyfikowanych.

Pragniemy poinformować, że w toku prac parlamentarnych nad przedłożeniem Rządu RP zawartym w druku sejmowym nr 4141 usunięto z dotychczas obowiązującej ustawy o nasiennictwie z dnia 26 czerwca 2003 r. (Dz. U. Nr 137, poz.1299, z późn. zm.) art. 5 ust. 4 w brzmieniu „Odmian genetycznie zmodyfikowanych nie wpisuje się do krajowego rejestru”.

Wykreślenie powyższego artykułu skutkuje prawnym przyzwoleniem na wpis do krajowego rejestru odmian roślin uprawnych zawierających sztuczną modyfikację genetyczną. Usunięto także zapisy regulujące komisyjne zasady podejmowania decyzji o wpisie nowych odmian roślin uprawnych do krajowego rejestru. Zatem zakaz upraw roślin GMO zawarty w obowiązującej dotychczas ustawie został zniesiony.

W trakcie debaty parlamentarnej Koalicja „POLSKA WOLNA OD GMO” wystąpiła do Sejmu i Senatu RP o wprowadzenie poprawek (pisma interwencyjne w załączeniu do niniejszego apelu) lecz nie zostały one uwzględnione.

W zaistniałej sytuacji, wbrew oświadczeniu zawartemu w Ramowym Stanowisku Polski w sprawie organizmów genetycznie zmodyfikowanych, Rząd RP otwiera drogę od szerokiego stosowania upraw roślin GMO.

Panie Prezydencie,

pragniemy przypomnieć, że mamy polskie ziarna, które wyrosły na polskiej ziemi. Są dobrej jakości, odporne na nasze warunki glebowe i pogodowe. Dają dobre plony i zdrową żywność. Nie potrzebujemy obcych nasion na naszych polach i obcych genów w naszej żywności. Ponadto zachowanie i zróżnicowanie odmian nasion rodzimych/tradycyjnych jest konieczne, aby zachować niezależność i suwerenność we wszystkich sprawach dotyczących naszej żywności.

Przyzwolenie na zanieczyszczenie przez GMO naszych pól oznacza skazanie nas, naszych dzieci i przyszłych pokoleń na skażoną biologicznie żywność i środowisko oraz na niewolniczą zależność od korporacji, których jedynym celem jest szybki i jak największy zysk.

Panie Prezydencie,

ponad 17 tysięcy osób oraz około 150 organizacji społecznych reprezentujących tysiące wyborców w ciągu krótkiego czasu poparło APEL o odrzuceniu ustawy o nasiennictwie. Codziennie przybywa około 1000 głosów!

Przeciw GMO opowiadają się: Izby Rolnicze, Konwent Marszałków, Sejmiki Wojewódzkie, Komitet Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk, będący szeroką reprezentacją środowisk akademickich kraju oraz zdecydowana większość Polaków i Europejczyków.

Obecnie już 9 krajów Unii Europejskiej wprowadziło zakazy upraw GMO, chroniąc swoje rolnictwo i swoich obywateli.

Panie Prezydencie,

nasze dzieci, nasza przyszłość, są szczególnie narażone na negatywne oddziaływanie GMO bowiem młode, rozwijające się organizmy wykorzystują więcej pożywienia do budowy organów i tkanek niż dorośli. Ustawowe prawo dotyczące nasion powinno chronić nasze drogocenne dziedzictwo.

Dlatego prosimy Pana o uszanowanie głosu Obywateli i Wyborców poprzez odrzucenie nowej propozycji ustawy o nasiennictwie w jej obecnej formie.

w imieniu organizacji i tysięcy osób, które podpisały APEL
Komisja Sterująca Koalicji „POLSKA WOLNA OD GMO”
z upoważnienia
Paweł Połanecki
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...