16 marca 2010

Zielone drogi i rozdroża

Przejrzałem właśnie - z okazji zbliżającego się kolejnego kongresu Zielonych - swoje stare teksty na temat strategii, jaką powinniśmy wziąć pod uwagę w naszej działalności, a także debaty, jakie dość regularnie przetaczają się przez nasze szeregi. Im więcej widzę sukcesów naszych siostrzanych partii na świecie, im więcej widzę miałkości rodzimej polityki, tym bardziej zmusza mnie to do napisania dłuższego materiału na temat przyszłości zielonej polityki w Polsce. Rok 2010 - i to już moim zdaniem nieodwołalnie - będzie kluczowy dla naszej przyszłości. Wyniki wyborów samorządowych dobitnie wskażą nam, na ile dotychczasowy sposób uprawiania polityki przez nas zdał egzamin i pokaże, czy jesteśmy w stanie kontynuować działalność bez potrzeby radykalnej restrukturyzacji. Nie oznacza to, że brakuje nam sukcesów jeśli chodzi o obecność w mediach czy załatwianie konkretnych spraw. Sensem działania partii politycznej jest jednak przede wszystkim wdrażanie wyznawanych przez nią idei w organach władzy, a w tych nadal na chwilę obecną się nie znajdujemy. Bez dyskusji nad kierunkiem działania dużo dalej niż obecnie nie zajdziemy, a jeśli nawet, to wkładając w to nieproporcjonalnie duży wysiłek jako partia i jako pojedyncze osoby je tworzące. Nie jest to wielka tajemnica polityczna, więc nie ma co problemu zamiatać pod dywan wzrostowych tendencji w pozyskiwaniu głosów czy czekania na bliżej niesprecyzowany czas, kiedy to ludzie przestaną kierować się politycznym wyrachowaniem i zaczną głosować sercem. Ordynacji na chwilę obecną nie zmienimy, społecznych przekonań takoż, zatem czas już podyskutować nad tym, jak komunikować to, w co wierzymy, w zastanej rzeczywistości.

Dane leżą na tacy

Badania zielonego potencjału i ogólnodostępne sondaże opinii publicznej, odpowiednio czytane, już dawno powinny stać się kręgosłupem zmodyfikowanej strategii partii, świadomej najbardziej podatnego na przekonanie do swych racji elektoratu i ich sposobu widzenia świata. W sytuacji, gdy osoby młode postrzegają ekologię głównie przez postpolityczny pryzmat zmian we własnym stylu życia, skupić się powinniśmy na grupie 30- i 40-letnich osób, głównie kobiet, będących na dorobku, mających dzieci, aspirujących do ustatkowania się w obrębie tworzącej się klasy średniej, mieszkających w dużych miastach. Osoby te na własnej skórze wyczuwają problemy ekologiczne czy genderowe, związane np. z niedostateczną infrastrukturą przedszkolną. Cechują się dość umiarkowanymi poglądami, dostrzegają potrzebę aktywnej polityki państwa i samorządu, domagają się wysokiej jakości usług publicznych, osoby przyjeżdżające do metropolii z mniejszych ośrodków dostrzegają olbrzymi rozmiar nierówności społecznych, brakuje im własnej partii, w wyborach ze sporymi oporami głosują na PO bądź SLD. Widać jednak wyraźnie, że nawet, gdy deklarują, że ekologia jest dla nich tematem ważnym, to zajmują ich także inne, w szczególności opieka zdrowotna, w pewnym zakresie także ekonomia. Lekceważenie tych kwestii skutkuje rozczarowaniem, że tak perspektywiczny temat, jakim jest ekologia, nie przekłada się na głosy wyborcze.

Partia pozarządowa - mówimy czy krzyczymy?

Bardzo dużym problemem dotykającym nie tylko nas, ale też i inne formacje pozaparlamentarne jest opisany przez Agnieszkę Graff syndrom NGOizacji. W wypadku partii politycznej przybiera on jeszcze bardziej dramatyczne skutki - o ile bowiem organizacja pozarządowa nie potrzebuje do skutecznego działania holistycznej wizji świata, przełożonej na polityczne konkrety, o tyle partia, na dodatek pozbawiona dostępu do dotacji budżetowych - koniecznie. Zielona polityka dostarcza takowego spoiwa, natomiast jej ogólne zasady zawsze wymagać będą doprecyzowania na potrzeby zrozumienia aktualnej sytuacji politycznej. Od osób, które wypełniają deklaracje członkowskie, należy wymagać zgadzania się z jej pryncypiami, co ma szczególne znaczenie wobec faktu, że wiele członkiń i członków Zielonych zaczynało aktywność społeczną właśnie od NGO. Ze względu na fakt, że w zdecydowanej swej większości zajmowały się ściśle określonymi sektorami składowymi ekologizmu, istnieje skądinąd zrozumiała pokusa, by w działaniach wewnątrzpartyjnych promować zajmowanie się właśnie tą "działką" kosztem innych. Niestety, bardzo rzadko takie pomysły opierają się na danych statystycznych czy rozpoznaniu dominującego dyskursu medialnego, częściej zaś - na indywidualnych gustach i spostrzeżeniach, najczęściej - niestety - rozmijającymi się ze społecznymi oczekiwaniami.

NGOsowski duch, który w organizacji pozarządowej może dać jej siły do walki z całym światem o wyznawane wartości, przeniesiony na grunt partii politycznej bez zaadaptowania do innych warunków kończy się fiaskiem. Przewrażliwienie na punkcie ważnych dla siebie tematów sprawia, że faktycznie niemożliwym staje się dokonanie podstawowej dla każdego ugrupowania wyboru tematów wiodących medialnego przekazu i odniesienie się do problemów związanych z rozmijaniem się programu z przekonaniami elektoratu. Brak zrozumienia, że jest to naturalny element kreowania wizerunku, bez którego jakiekolwiek sukcesy są niemożliwością, prowadzi do frustracji i polaryzacji postaw. Przejawia się ona w tym, że jedna strona sugeruje "schowanie" danego tematu (przy czym łagodne słowa w dalszej części wypowiedzi świadczą o faktycznej chęci wyrzucenia danej kwestii z priorytetów), po czym druga deklaruje "po moim trupie". Badania wskazały jednak jasno - nawet największe zwolenniczki i zwolennicy Zielonych miewają problemy z dwiema kwestiami, energetyką atomową i naszym sprzeciwem wobec niej oraz kwestiami mniejszości seksualnych, wykraczających poza tolerancję i ewentualnie jakąś formę związku partnerskiego.

Nasza komunikacja w tych tematach, a przynajmniej to, w jaki sposób część z nas deklaruje swoją wizję prezentacji tych tematów niestety sprzyja powstawaniu nieporozumień. Jestem ostatnią osobą, która miałaby rekomendować wyrzucenie tych postulatów z programu, sam chętnie biorę udział zarówno w Paradzie Równości, jak i w happeningach przypominających o Czarnobylu, wiem jednak, że jeśli chcę zmieniać politykę naszego kraju, potrzebuję otrzymać społeczny mandat do tego, by w jakimś organie decyzyjnym zasiadać. Wypadałoby zatem czasem chociaż trochę pomóc dać się wybrać i np. dużo więcej niż o samym złym atomie mówić o pozytywnych rozwiązaniach, takich jak energooszczędność czy odnawialne źródła energii, a mówiąc o prawach osób LGBT wpisywać je w szeroki zakres walki z wykluczeniem i dyskryminacją. To, czy będziemy w stanie dostosowywać się do twardych danych, z jakimi mamy do czynienia, i modyfikować nasze działania w zależności od ich zmian, zależy od nas - bez tego będzie naprawdę ciężko, z lokalnym kontekstem nikt jeszcze nie wygrał. To prawda, że takie zachowanie może wydać się zgniłym kompromisem - pytanie jednak, czy wolimy taką ścieżkę, czy może preferujemy kolejne lata spędzić na fotelu przed telewizorem, narzekając na kiepską politykę ekologiczną, społeczną i ekonomiczną władz centralnych i samorządowych.

Zmaterializować poparcie

Po raz kolejny przypomniałem sobie o zadanych przez siebie pytaniach na temat "materializacji" partii postmaterialistycznej i powrocie na oś lewica-prawica po lekturze tekstu "Almost in Government, But Not Quite: The Swedish Greens, Bargaining Constraints and the Rise of Contract Parliamentarism" autorstwa Nicolasa Aylotta i Torbjörna Bergmana. Badacze ci zajmowali się kwestią siły przetargowej szwedzkich Zielonych w obliczu mniejszościowego rządu socjaldemokratycznego. Jednym z elementów tej analizy była refleksja na temat pozycji partii na politycznym spektrum. Tamtejsi Zieloni do dziś lubią mawiać, że wymykają się klasycznym podziałom na lewicę i prawicę, chociaż podchodzą do tego zagadnienia dużo mniej zasadniczo, niż kiedyś, będąc obecnie integralną częścią składową bloku czerwono-zielonego. Pozycje polityczne tej partii są - jak wskazują analizy politologiczne - całkiem bliskie socjaldemokratom, a nawet w ostatnich latach przesunięte są na bardziej na lewo, podczas gdy kierownictwo prezentowało się nieco bliżej centrum, chcąc zachować w zanadrzu opcję koalicyjną z partiami "bloku mieszczańskiego". Skręt w lewo nie zaszkodził im pod względem poparcia (które niedawno, dzięki przyjęciu mniej eurosceptycznego kursu wzrosło do 10%), ciekawe zmiany zaszły za to w samodefiniowaniu się ich elektoratu. W roku 1990 aż 54% osób głosujących odmawiało pozycjonowania siebie na osi lewica-prawica, w którymś miejscu lewicy sytuowało się 22%, a prawicy - 24%. Rok później proporcje te wynosiły już odpowiednio 41, 51 i 8%.

Był to ważny dla partii moment, kiedy to zadeklarowała, że nie wejdzie do rządu, w którym znajdą się najbardziej na prawo na szwedzkiej scenie politycznej położeni Moderaci, zbliżając się do bloku tradycyjnej lewicy. Ewolucja elektoratu postępowała i w 2002 roku 69% pragnęło koalicji lewicowej, podczas gdy 26% - aliansu z centrum i prawicą. Oczywiście nie da się takiego doświadczenia w prosty sposób uniwersalizować (przechył na prawo polskiej sceny politycznej każe zastanowić się nad tym, który wizerunek - lewicowy czy też "partii z przodu" będzie bardziej opłacalny strategicznie), jednak wpisuje się on w ewolucję Zielonych praktycznie we wszystkich krajach "starej UE", korzystających z osłabienia tradycyjnych partii lewicowych i zwracania większej uwagi na kwestie takie jak polityka społeczna. To doświadczenie, nad którym warto się pochylić, podobnie jak nad losem partii stricte ekologicznych z lat 90. XX wieku i ich zniknięciu z pejzażu krajów Europy Środkowej, a także osłabieniu roli bardziej politycznie dojrzałych formacji, takich jak Zieloni w Czechach, chcący pozycjonować się bliżej politycznego centrum.

Gdzie leży progresywna przyszłość?

Jedną z kwestii, która zdecydowanie utrudnia strategiczne myślenie, jest słabe zdefiniowanie celów w dalszym horyzoncie czasowym. Dla Zielonych bardzo ważna i potrzebna jest refleksja nie tylko nad najbliższym rokiem, ale nad wektorem działań aż do roku 2014 - roku wyborów europarlamentarnych i lokalnych, których synergia będzie kolejną, najbliższą okazją na polityczne wybicie się. Potrzeba zdefiniowania celów wiąże się z odpowiednią alokacją ograniczonych zasobów i przesunięciami w politycznym przekazie - inne tematy mogą dominować wtedy, gdy skupiamy się na poziomie lokalnym, inne - gdy na krajowym. Z badań wynika, że to poziom lokalny uznawany jest przez osoby, mogące na nas oddać swój głos za ten, na którym najszybciej to uczynią. Przenosi to ciężar odpowiedzialności z centrali na koła, które - choć mogą korzystać z gotowych szymeli - muszą pamiętać o zróżnicowanych kontekstach i o idących za tym różnicach w priorytetach wyborczyń i wyborców. Poziom europejski w pewnej mierze wsparty jest o know-how Europejskiej Partii Zielonych, który w zeszłych wyborach został całkiem nieźle wykorzystany. Polityka krajowa - nie łudźmy się - zostanie dla nas zamknięta najprawdopodobniej na dłużej. Nie oznacza to, że kwestie centralne, takie jak np. opieka zdrowotna, kultura czy edukacje mogą leżeć odłogiem - wręcz przeciwnie. Wewnątrzpartyjna spójność i przyciąganie ludzi o określonych poglądach zapobiega dalszym tarciom i cementuje grupę, zwiększając szanse na spójny przekaz także na poziomie lokalnym i europejskim.

Wydaje się, że pozycjonowanie się na formację postępowego mieszczaństwa, tak jak i inne partie Zielonych z niemal całej Europy, jest słusznym krokiem. Zmusza on jednak z kolei do ustosunkowania się do partii zajmujących w tym momencie podobną pozycję na scenie - SDPL, PD, SD i PK. Jak widać, jest ich całkiem sporo i o ile SD Piskorskiego ma jeszcze pewne minimalne szanse na powstanie z politycznego niebytu, o tyle pozostałe podmioty znajdują się w pozycji nie do pozazdroszczenia. Można je ignorować i usiłować budować własną pozycję, można też współpracować, także wyborczo. Decyzje, który szczebel jest dla nas priorytetowy, jak oceniamy szanse na istotne zwiększenie bazy członkowskiej, będą siłą rzeczy wpływać na przyjęty model działania, zaś program - lokować bliżej bądź dalej od tychże partii. Docelowo jednak musimy mieć świadomość, że między PO a SLD nie ma dużo miejsca i - jeśli nie uda się budowa partii stricte liberalnej - zmieścić się tu może tylko jedna formacja.

Wnioski, rekomendacje, pytania

W obliczu wyżej zarysowanych faktów istotne staje się zainicjowanie dyskusji, której wynikiem będzie ustalenie jakiejś formy wewnętrznego konsensusu nie tylko jeśli chodzi o program (liczę na to, że w kwietniu w Bydgoszczy uda się nam przyjąć pakiet uchwał, wyraźnie lokujących nas na scenie politycznej), ale też o długofalową strategię. By tak się stało, należy znaleźć odpowiedź (po analizie dostępnych danych, przeprowadzeniu badania SWOT etc.) na następujące pytania:

1. Gdzie lokujemy się na osi lewica-prawica? Czy podział ten uznajemy za aktualny czy za przestarzały? Jeśli chcemy być "z przodu", to w jaki sposób mamy komunikować się z ludźmi, dążącymi do wypozycjonowania nas na wyżej wspomnianej osi?

2. Jak ustosunkowujemy się do innych partii "na lewo od PO" - na jaką współpracę możemy się zgodzić i czemu ma ona służyć? Gdzie dostrzegamy naszych długofalowych sojuszników, jaki scenariusz rozwoju sceny politycznej uważamy za pożądany, jakie scenariusze uważamy za dopuszczalne w wypadku, gdy tak różowo nie będzie? Z jakim przekazem chcemy iść do wyborczyń i wyborców, czym chcemy się wyróżniać?

3. Jakie są nasze cele do roku 2014? Jaki jest nasz stosunek do wyborów samorządowych, krajowych, europejskich i jak je hierarchizujemy? Jak oceniamy szanse na samodzielny start przynajmniej w części z nich i jakie środki mogą pozwolić nam na osiągnięcie zakładanych celów? Jak wyobrażamy sobie rozwój struktur i wzrost dostępnych środków finansowych?

4. Na bazie własnych obserwacji i interpretacji rzeczywistości jestem w stanie zaproponować partii długotrwałą pracę nad trzema, dość szerokimi kampaniami z prawdziwego zdarzenia, w których - jak sądzę - każda osoba z Zielonych lub też działalnością u nas mogłaby się odnaleźć i które ogniskowałyby się wokół ekologii i polityki społecznej. Są to:

a) Zielony Nowy Ład - priorytet Europejskiej Partii Zielonych, w polskich warunkach pokazujący nasz modernizacyjny charakter i kompetencje ekonomiczne. Jako że jest to kampania holistyczna, byłaby naszą odpowiedzią na postpolityczną, neoliberalną "Polskę 2030". W jej obrębie można by wyróżnić dla długofalowych celów politycznych dwa działania: Zieloną energię - oferującą pozytywną alternatywę dla inwestowania w atom, oraz Zielony transport jako istotny czynnik generujący miejsca pracy i zapewniający nam wszystkim prawo do mobilności.

b) Wolność myśli - podkreślająca nasz libertarianizm światopoglądowy, prezentująca jako osoby otwarte, nowoczesne, proeuropejskie. Dwa działania powinny w jego obrębie być zarysowane szczególnie mocno: Równe szanse, a więc kwestie feministyczne, LGBTQI etc., a także Świeckie państwo, szczególnie atrakcyjne dla osób młodszych, dla których nie jest to problem tylko indywidualny, jak ekologia, ale głęboko polityczny.

c) Usługi publiczne - wielki, trudny dla nas temat, który pilnie domaga się dookreślenia z trzech powodów. Po pierwsze, w sektorach tych pracują setki tysięcy osób, którym zależy na dobrych warunkach pracy i solidnym finansowaniu, gwarantującym możliwość świadczenia usług na wysokim poziomie. Po drugie, część z problemów z tego sektora już dziś znajduje się w centrum uwagi i jest istotnym czynnikiem podejmowania decyzji wyborczych (opieka zdrowotna). Po trzecie, usługi publiczne są aktualnie najlepszym - i mającym największe społeczne poparcie- sposobem uprawiania polityki społecznej i wyrównywania szans. Tu bardzo istotna jest wspomniana Opieka zdrowotna i włączenie do niej aspektów norm ekologicznych, profilaktyki czy opieki pielęgniarskiej, a także Społeczeństwo wiedzy, czyli szerokie ujęcie kwestii edukacji, nauki, kultury, dostępu do informacji, Internetu etc.

Przyjęcie wyżej wymienionego kursu i trzymanie się go (poprzez oświadczenia prasowe, konferencje, demonstracje itd.) gwarantuje nam moim zdaniem pozycjonowanie naszej partii w niszy centrolewicowej między PO a SLD, umożliwiając przechodzenie elektoratu z obu tych kierunków, pokazuje, że wnosimy nową jakość do polityki, jednocześnie zwracając uwagę na problemy "zwykłego człowieka", a także potwierdzając przynależność do grona partii postępowego mieszczaństwa. To także szymele, które - odpowiednio dostosowane - mogą być wykorzystywane do działań wyborczych niezależnie od szczebla. Rozstrzygnięcie kierunku działań dałoby szansę na jego realizację i na pierwsze sukcesy na szczeblu lokalnym i europejskim - zdobycie "przyczółków wzrostu" w 2010 i siły do samodzielnego startu w 2014 tak lokalnie, jak i europejsko. Ewentualne sojusze z innymi formacjami nie byłyby odbierane wówczas jako organizacyjna niemoc, ale jako tworzenie nowej, szerszej inicjatywy politycznej.

To, czy ten, czy jakikolwiek inny scenariusz się powiedzie, zależy już wyłącznie od nas.

15 marca 2010

Jeziorko Czerniakowskie pod ostrzałem

Wiadomość z naszej mailowej skrzynki kontaktowej

Szanowni Państwo,

Dnia 16 marca (wtorek) o godzinie 15.30 odbędzie się wspólne spotkanie Komisji Gospodarki Przestrzennej i Komisji Ochrony Środowiska (Pl. Defilad 1 – 20 piętro pokój 2018). Komisje mają zaopiniować plan ochrony Jeziorka Czerniakowskiego (projekt uchwały w sprawie opinii Rady Warszawy na temat planu ochrony rezerwatu będzie przedmiotem obrad we czwartek, 18 marca jako punkt 5 na posiedzeniu Rady Warszawy (początek Rady o godz. 10.00, Sala Warszawska).

Jednak co ciekawe prawie na tydzień wcześniej projekt uchwały jest już dostępny w internecie. Rekomendowane jest odrzucenie planu ochrony rezerwatu Jeziorko Czerniakowskie

Szybkie wprowadzenie planu ochrony rezerwatu byłoby najbardziej efektywnym sposobem, by natychmiast powstrzymać intensywną zabudowę nad brzegami Jeziorka Czerniakowskiego. Zgodnie z art. 20 ustawy o ochronie przyrody, zarówno Studium dla Warszawy jak i lokalne plany miejscowe i wydawane warunki zabudowy musiałyby być dostosowane do zapisów tego planu ochrony, a są one bardzo restrykcyjne. Zakładają, iż na działce na której firma Marvipol zamierza wybudować zespół budynków mieszkalnych wielorodzinnych z usługami, garażami podziemnymi, infrastrukturą techniczną, drogami, będzie można budować jedynie domy jednorodzinne. Plan zakazuje również podpiwniczeń, a inwestor planuje dwupoziomowe parkingi podziemne.

Trudno powiedzieć jaka jest waga odrzucenia tego planu przez Radę Warszawy (decyzję podejmuje RDOŚ), jednak zwraca uwagę fakt, iż argumenty za jego odrzuceniem są kuriozalne – zarzuca się, iż plan ochrony jest niezgodny z innymi aktami prawa miejscowego podczas gdy wg ustawodawcy plan ochrony rezerwatu jest aktem nadrzędnym. Plan ochrony był procedowany pewnie z 10 lat i nie jest prawdą, iż nie było możliwości zapoznania się z jego ustaleniami. Była i skorzystaliśmy z niej jako TOH Tryton. Mogłoby się wydawać, że Pani Hanna Gronikiewicz-Waltz konsekwentnie odmawia społeczeństwu obywatelskiemu prawa do wypowiadania się w istotnych dla niego kwestiach. O ile nam wiadomo, nie odpowiedziała jak dotąd na pismo podpisane przez ponad tysiąc mieszkańców, złożone 22 stycznia 2010 r. Od około 3-4 miesięcy nie odpowiada na stanowiska Rady Mokotowa. Od miesięcy milczy także Wojewoda Mazowiecki, który mógłby jedną decyzją unieważnić pozwolenie na trwająca część inwestycji. Ponoć według nieoficjalnych informacji już wiadomo że nie zrobi tego, ale przeciąganie formalnego wysłania do stron zainteresowanych tej decyzji uniemożliwia dalszą procedurę (np. wstąpienie na drogę sądową). Milczy nie tylko w tej sprawie. Cała procedura wydawania pozwoleń dla Marvipolu w okolicy Jeziorka Czerniakowskiego budzi wiele zastrzeżeń. Inwestycja była podzielona, być może żeby uniknąć obowiązku sporządzenia raportu oddziaływania na środowisko. Społeczeństwo było pozbawione prawem zagwarantowanej możliwości wypowiedzenia się o inwestycji się w ramach decyzji środowiskowej, której w ogólne nie wydano. Według najnowszych informacji (które wymagają formalnego potwierdzenia) uzyskanych od uczestników spotkania Komisji Ocen Oddziaływania na Środowisko w piątek w siedzibie Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Warszawie, GDOŚ uchylił uzgodnienie RDOŚ warunków zabudowy do pierwszej realizowanej już inwestycji. W związku z tym pozwolenie na budowę, na podstawie którego realizowana jest ta część inwestycji jest wadliwe (braki w dokumentacji) i jedynie kwestią czasu pozostaje jego formalne unieważnienie i wycofanie z obiegu prawnego. Pytaniem jest, na ile do tego momentu bezpowrotnie zakłócone zostaną stosunki wodne w otulinie rezerwatu.

Z poważaniem
Joanna Mazgajska
TOH Tryton

14 marca 2010

Ożywić miasto, ożywić ludzi

Joannę Rajkowską i jej interwencje w przestrzeni publicznej bardzo lubię i cenię. Nowe symbole stolicy - nadal stojąca palma na rondzie de Gaulle'a i znany z Placu Grzybowskiego Dotleniacz, już niestety świętej pamięci, pokazały, że przestrzeń publiczna Warszawy nie musi być zmonopolizowana przez komercję i martyrologię. Obydwie te instalacje są mi też bliskie jako Zielonemu - wszak łączą się one z naszymi działaniami i obecnością w debacie o nowym duchu miasta. Pod palmą urządzaliśmy demonstracje, znalazła się także w naszych klipach wyborczych w 2005 roku. Dotleniacz braliśmy w obronę, chcąc zapobiec wybetonowaniu placu, zamienieniu go w parking albo rezerwuar kolejnych pomników. Choć w tej ostatniej sprawie artystki nie może opuścić poczucie porażki, to jednak z mego punktu widzenia udało jej się doprowadzić do znaczącego przesunięcia w myśleniu o tej części miasta. To, że nie znajdą się tam pomniki, a oczko wodne, to jej niewątpliwy sukces. Dobrze zatem, że Krytyka Polityczna zdecydowała się poświęcić jej osobny przewodnik.

Niesamowicie jest czytać notatki samej Rajkowskiej z procesu twórczego. Z jednej strony mamy przejmujące opisy jej widzenia świata, z drugiej - walka z szarą rzeczywistością, urzędniczą niewrażliwością na sztukę, biurokracją, niezrozumieniem jej pomysłów i przekazu. Projekty, takie jak wczuwanie się w los własnej matki - czy to poprzez wejście na szczyt jednego z paryskich budynków i próba niewerbalnej komunikacji, czy to przeżycie stanów psychicznych z końca jej życia w miasteczku, w którym spędziła swe ostatnie dni w szpitalu psychiatrycznym, wpisują się w jej próby zrozumienia drugiego człowieka. Inne, takie jak "Spluwaczka", która na jakiś czas pojawiła się w okolicach stołecznego Placu Konstytucji, pokazują zamazywanie przez historię różnic między prywatnym a publicznym.

Ingerencje w przestrzeń nie zawsze budzą społeczną sympatię - gdy stawała palma, dla pewnej grupy ludzi była ona świętokradztwem, stanęła wszak w miejscu tradycyjnie zarezerwowanym na bożonarodzeniową choinkę. Pojawiały się wręcz antysemickie komentarze, w których jej instalacja miała być dowodem na żydowską dominację nad Polską. Dotleniacz nie wzbudził entuzjazmu duchownych z pobliskiego kościoła katolickiego, a także miejskiego urzędnika od spraw estetyki miejskiej, twierdzących, że pasuje on bardziej do wsi niż wielkiej metropolii. Z czasem pierwotny przekaz artystki zniknął, zabudowany przez setki osobistych mikronarracji na temat miejsc i zjawisk, które zdecydowanie wyróżniały się na tle dominującej szarzyzny (poprzetykanej reklamową pstrokacizną) poharatanej wojną tkanki miejskiej Warszawy.

Rajkowska pragnie oswajać inność, będąc zdecydowaną przeciwniczką cywilizacyjnej monokultury. Podczas pracy w teatrze w Dżeninie przekonała się na własnej skórze, że trudno jest wymagać od ludzi dosłownego opowiadania o traumach przeżytych z powodu wojny. W Poznaniu, usiłując przemienić komin w minaret tak, by stał on na jednej osi widokowej z budynkiem dawnej synagogi i jedną z katolickich świątyń, napotkała na opór uzasadniany "kulturową obcością" instalacji. Niemożność docenienia etykietkowanych "obcych" widać, gdy zaprasza ona na lot samolotem w Budapeszcie geja, lesbijkę, Romów, mniejszości etniczne z połowy świata oraz członków skrajnie prawicowych organizacji - nawet potencjalne ryzyko katastrofy lotniczej i stres z nią związany nie jest w stanie przekonać ich do zerwania ze swoją niechęcią. Wdrukowany model postępowania i waloryzacji innych ludzi trwa w najlepsze.

Lista jej instalacji, wywiady, teksty teoretyczne i mnóstwo ilustracji - to wszystko dobre powody, by po przewodnik po Rajkowskiej sięgnąć. Lektura sprawia wiele satysfakcji i pozwala na poznanie mniej znanych prac i pomysłów artystki. Nie każdy musi wiedzieć np. o jej idei stworzenia na berneńskim moście samobójców urny z prochami osób zmarłych w kształcie zwiniętych skrzydeł nietoperza. Odkrywanie sensów takich działań i refleksja nad podejmowanymi kwestiami (bezdomne psy w Stambule, wskrzeszanie języka staroosmańskiego) warta jest poświęcenia jej czasu. Kto wie, czy nie stanie się inspiracją dla innych artystek i artystów i już wkrótce Warszawa - jak również i inne miejscowości - nie zaroją się od fascynujących dowodów na to, że sztuka wyciągnięta z galerii ma olbrzymią moc zmieniania naszego wyobrażenia o przestrzeni i funkcji miasta.

13 marca 2010

Partnerstwo marzeń

Dostałem zapytanie od niestrudzonego bojownika o prawa osób nieheteronormatywnych, Abiekta, co sądzę na temat ustawy o związkach partnerskich i czego bym od niej oczekiwał. Przyznam się szczerze, że na dobrą sprawę nie zastanawiałem się do tej pory głębiej nad tą kwestią. Wielce "branżowy" nie jestem (nie jest łatwo być między lekturą kolejnego XIX-wiecznego tomiszcza, pisaniem bloga a rozwijaniem zielonego projektu politycznego), więc w kwestii tej odnotowałem głównie fakt powstania zespołu opracowującego prawne aspekty takiego projektu, w którym znajduje się również Zielony, Krystian Legierski, i zasadniczo na tym się skończyło. Nie to, żeby mnie to nie interesowało - wychodzę bowiem z założenia, którego brak paraliżuje wiele cennych inicjatyw w środowiskach pozarządowych, że warto dać grupie minimum zaufania i trzymać kciuki za to, by wypadkowa ich działania była wypadkową potrzeb środowiska LGBTQI i politycznego realizmu. Można tworzyć najpiękniejsze wizje społecznej zmiany, ale trzeba przy tym mieć na uwadze, że będą miały mniejszą szansę na realizację, niż te bardziej umiarkowane, a przy tym mniej satysfakcjonujące. Nie oznacza to, że nie warto przygotować sobie z tyłu głowy wizji idealnego świata - wręcz przeciwnie, przydaje się ona jako drogowskaz podejmowanych działań, organizujących przestrzeń naszych marzeń i ułatwiających pogodzenie się z koniecznością kompromisu.

Ponieważ nie jestem prawnikiem, nie będę tutaj szczegółowo wyliczał wszystkich kwestii, które ustawa o związkach partnerskich pomogłaby rozwiązać. Zacznę od stwierdzenia najprostszego - lepiej taką legislację mieć niż nie mieć. Tak jak legalna aborcja nie oznaczałaby jej przymusu, tak samo pary, którym żyje się dobrze bez formalizacji związku miałyby do tego pełne prawo. Ci z nas, które i którzy nie czują się dobrze w obecnych uwarunkowaniach prawnych, mieliby za to szansę na zmianę swojego statusu i prawne potwierdzenie nie tylko dla swojej miłości, ale też do dużo łatwiejszego, wspólnego życia. Rzecz jasna prawica uwielbia mówić (i nie mija się tu z prawdą), że na dzień dzisiejszy wiele kwestii, takich jak odbiór korespondencji pocztowej, informacja lekarska czy dziedziczenie jest do załatwienia. Owszem, policzmy tylko, ile czasu i pieniędzy więcej musi poświęcić na tego typu kwestie para homoseksualna w porównania do obecnego, heteroseksualnego małżeństwa. To ciekawe, że kiedy chodzi o przedsiębiorców, a więc sferę gospodarczą, mityczne "jedno okienko" jest wzorcem, do którego dąży się od lewa do prawa, podczas gdy kiedy przechodzimy do sfery osobistej, intymnej, takiego powszechnego zrozumienia dla ułatwienia ludziom życia nie ma.

Prawa osób LGBTQI są jednym z dobrych wskaźników podziału sceny politycznej na osi empatia-egoizm. Ułatwianie ludziom życia osobistego i realnej możliwości samorozwoju nadal nie jest modnym podejściem w elitach politycznych, sporą część miejsca zajmują bowiem te partie, które szermują hasłami lub praktyką mniej lub bardziej konserwatywnej modernizacji. Stereotypizacja i stygmatyzacja grupy osób nieheteronormatywnych ułatwiła wstawienie nas w klisze egoistek i egoistów, owładniętych myśleniem o seksie i zarabiającym grubo powyżej średniej krajowej. Bez wchodzenia w szersze sojusze przez poszczególne ruchy społeczne i wzajemnego wspierania spraw dla siebie ważnych jakakolwiek długofalowa alternatywa dla obecnego stanu rzeczy. Na żadne cywilizowanie Platformy względem "homików" nie liczę, przypadki z Tomaszowa Mazowieckiego czy też wstępowanie Wszechpolaków do klubu PO w małopolskim sejmiku wyraźnie pokazuje, że bliżej im do ludzi słynących z mowy nienawiści, niż do standardów niemieckiej CDU czy brytyjskich Konserwatystów, szczycących się umieszczaniem gejów i lesbijek na listach wyborczych. Nawet sojusze ruchów społecznych bywają trudne, o czym świadczy dystans pewnej grupy organizacji ekologicznych w stosunku do Zielonych - za wspieranie "gejów i feministek", rzecz jasna.

Przypominam o tym politycznym kontekście dlatego, że - jak słusznie zauważono w tekstach na homiki.pl - w dużej mierze wyznacza on horyzont naszych indywidualnych marzeń i aspiracji. Dużo trudniej jest marzyć o pełnym równouprawnieniu, kiedy jeszcze 3 lata temu całkiem realne było wprowadzenie zmian do Konstytucji, które skutkowałyby gwałtownym zaostrzeniem i tak ostrej ustawy aborcyjnej. Nie dziwi mnie zatem to, że w Rzeszowie domagano się małżeństw, a nie zniesienia tej instytucji - jako Galicjanin na taki pomysł włos jeży mi się na głowie, zawsze bowiem wydawało mi się, że instytucje są narzędziem, które lepiej reformować i redefiniować ich znaczenie niż od razu wrzucać do kosza. Koniec końców trudno jest mieć do końca sprecyzowane stanowisko, jeśli nie zawsze ma się pewność, że ustawa o związkach partnerskich moich marzeń będzie oznaczać dokładnie to samo, co chciałby mój mąż. To kwestia, o której warto pamiętać - tego typu dysonanse do rozpadu związków może nie doprowadzą, natomiast będą kształtować zakres realnego zainteresowania taką, a nie inną formą ustawy.

Bliżej mi jakoś do tego, by ewentualna ustawa o konkubinatach obejmowała także pary heteroseksualne, aczkolwiek faktycznie istnieje wówczas realna groźba, że tego typu przepisy Trybunał Konstytucyjny uzna za niezgodne z konstytucją. To niesamowite, że już w 1997 roku przeszedł zapis, który znacząco utrudnia przygotowanie ambitnej, prorównościowej legislacji. Dla mnie osobiście ważnym tematem w obrębie projektu powinny być kwestie socjalne, normujące prawo nie tylko do wspólnego rozliczania majątkowego, ale traktowania związku kochających się ludzi, mającego prawne umocowanie, jako jednego gospodarstwa domowego, uprawnionego np. do otrzymywania stypendiów czy zasiłków. Orzecznictwo sądowe w tych kwestiach bywało kuriozalne, włącznie z uznawaniem tego typu gospodarstwa domowego tylko w takich sytuacjach, kiedy skumulowany dochód uniemożliwiał otrzymanie pomocy społecznej. Jeśli założyć, że 5% społeczeństwa stanowią mniejszości seksualne, nie sposób uznać, że każdej i każdemu z nas powodzi się w życiu śpiewająco i w swym związku udało się nam zgromadzić tak dużo majątku, że jedynym problemem staje się testament. Im więcej tego typu spraw załatwiać będzie ustawa, tym lepiej także dla tych, które i którzy postanowili zmagać się z życiem w mniejszych miejscowościach czy też mają problemy z wysokimi kosztami życia w dużych miastach, do których udały/udali się uciekając od nietolerancji rodzinnych stron.

Bardzo trudną kwestią są tu dzieci. "Tęczowe rodziny" już istnieją i nie da się temu faktowi społecznemu zaprzeczać. Rozumiem opory przed rozróżnianiem dzieci na przysposobione z poprzednich związków i na adoptowane, obawiam się jednak, że bez dokonania go nie poprawimy sytuacji osób już wychowujących takowe dzieciaki. Tak - to nierówność, ale nie uda się na dzień dzisiejszy zupełnie jej zasypać. Ba - obawiam się, że jeśli projekt trafi pod obrady Sejmu z jakąkolwiek wzmianką o dzieciach, to zostanie zjedzony i odrzucony w pierwszym czytaniu. Bardzo mnie to frustruje - oznacza to, że wielogodzinne tyrady rozlicznych polityków o "polityce prorodzinnej" są zwykłym laniem wody, które ustaje wraz z pokazaniem realnego problemu społecznego - ludzi, którzy czynnie pomagają w opiece i wychowywaniu dzieci, a które są przez państwo traktowane jako obce im osoby.

Obawiam się, że projekt ustawy, który wykluje się w obliczu działań grupy inicjatywnej, dla wielu będzie niezadowalający. Bardzo możliwe, że nadal osoby najbardziej zdeterminowane i mające nieco grosza przy duszy będą wyjeżdżać do innych państw UE, by tam znaleźć potwierdzenia swojego prawa do miłości i prawnego uznania tego faktu. Nie oznacza to, że winię samą grupę - bardzo możliwe, że projekt, który zaproponują, będzie najlepszym projektem, jaki byłby możliwy do przegłosowania w Sejmie. Wydaję mi się, że niezależnie od tego, co w nim będzie, zostanie on jednak odrzucony z powodu koniunkturalizmu PO, której w latach wyborczych 2010 i 2011 z całą pewnością nie będzie się chciało tracić konserwatywnych głosów na rzecz PiS. Być może zatem, już dziś, należałoby pomyśleć o przygotowaniu drugiego projektu - projektu marzeń, który mógłby przeczekać w szufladzie 10-20 lat, ale który pewnego dnia stałby się obowiązującym prawem. Wtedy, jeśli potraktujemy projekt nr 1 jako przejściowy kompromis w drodze do pełnej równości, mniej będzie frustracji z powodu konieczności dostosowania go do politycznych realiów. Konieczności, która zawsze budzi sporo frustracji, które przeżywam (i zapewne nie tylko ja) zbyt wiele razy i w zbyt wielu sprawach, by uznać, że Polska idzie w dobrym kierunku.

12 marca 2010

Życie poza uwagą polityków

Napiszę już o pewnym rodzimym serialu, kiedy przejrzę nieco więcej niż jeden jego odcinek, ale patrząc się na zawiązanie akcji, trudno mi będzie uwierzyć, że zmieni się on w jakiś radykalny sposób. Każdego zresztą dnia, obserwując polskie nagłówki medialne i porównując je z zagranicznymi, obserwuję gigantyczny dysonans między jakością uprawiania polityki dajmy na to w Wielkiej Brytanii i nad Wisłą. Tak, także i tam działa PR, a tabloidalne afery również miewają miejsce. Różnica jakości spektakli jest i tak dość znacząca, a wpływ think tanków na tworzenie wizji i programów pozostaje znaczny. Trudno tam zarzucić jakiejkolwiek znaczącej partii, że jej stanowiska pisane są na kolanie. Tu - cóż, tak różowo nie jest, zresztą wielkim sukcesem bywa, jeśli jakaś formacja jakieś stanowisko w ogóle ma. Różnica ta wynikać może - między innymi, czynników różnicujących jest bowiem całkiem sporo - z faktu, że polityczki i politycy "na wyspach" poddawani są dużo większemu naciskowi medialnemu i społecznemu na realizację swoich obietnic wyborczych. Dodatkowo w dyskursie, poza czystym spektaklem, liczy się też rozwiązywanie problemów społecznych, a założenie o istnieniu tylko jednej, technokratycznej i wyprutej z osobistych przekonań politycznych metody rozwiązywania każdego problemu jest znacznie słabsze niż w Polsce. Nic zresztą dziwnego, skoro rodzima debata polityczna do perfekcji opanowała zagłuszanie głosów innych niż dominujące.

Zejście z piedestału bycia "zieloną wyspą rosnącego PKB" na poziom realnych bolączek społecznych może dla wielu z nas być zaskoczeniem, wszak w mediach ludzka bieda pojawia się coraz rzadziej, a jako temat polityczny nie dyskutuje się już nawet o 13-procentowej stopie bezrobocia, sądząc zapewne, że w pewnym momencie spadanie ona sama. W takiej sytuacji bardzo przydają się takie raporty, jak "Social Watch" - najnowszej edycji nie ma jeszcze w sieci, mam jednak nadzieję, że szybko to się zmieni. Lektura niedużej, bo 32-stronnicowej broszury (w sieci jest też grubsza edycja z 2008) powinna dawać dość sporo do myślenia w zderzeniu z rzeczywistością, którą możemy obserwować w świecie "czwartej władzy". Okazuje się bowiem, że nie każda i nie każdy z nas jest młody, piękny i bogaty, a osób z problemami - począwszy od płynności finansowej, a na zapewnieniu biologicznego przeżycia swoim rodzinom - jest naprawdę sporo. Rzecz jasna w przestrzeni publicznej ich głos nie jest słyszalny, ewentualnie otrzymuje nieśmiertelną metkę oszołomstwa, by po jakimś czasie czołowe postaci publicystycznego światka zastanawiały się, skąd bierze się sukces tego czy owego stronnictwa ometkowanego jako populistyczne.

Część główną najnowszego raportu Social Watch zaczyna artykuł Ewy Charkiewicz i Katarzyny Szymielewicz na temat lekceważenia perspektywy rozwoju społecznego w działaniach rządu. "Polska 2030" ich zdaniem jest ukoronowaniem kilkunastoletniego procesu, który przyspieszył po roku 2005, przyjmowania technokratycznego punktu widzenia na gospodarkę i pomijanie w nim perspektywy praw człowieka. Kolejne rządy bardziej niż na zapewnieniu ludziom minimalnych warunków godnego życia wolały zajmować się kontynuowaniem procesu cięć i obostrzeń pod tym względem. Efektem stały się takie zjawiska, jak wyróżniająca się na tle Europy skala ubóstwa wśród dzieci. Prawa człowieka ograniczono do praw politycznych, podczas gdy progresywne rozwiązania społeczne z konstytucji z roku 1997, takie jak prawo do bezpłatnej edukacji, opieki zdrowotnej i zabezpieczeń socjalnych bywają kwestionowane. Najbardziej jaskrawym tego przykładem był projekt nowej ustawy zasadniczej prezentowany w 2005 roku, kasujący m.in. prawo do strajku i płacy minimalnej. Projekt polityczny autorek, polegający na skupieniu się na obronie i urzeczywistnieniu zagrożonych zapisów dających szanse na rozwój społeczny jest jedną z ciekawszych strategii progresywnej części sceny politycznej od lat.

Jednym z przykładów na to, jak fiasko aktywnej polityki publicznej w sektorze, który powinien ją interesować jest budownictwo. Postawienie na wolną amerykankę prywatnych deweloperów doprowadziło do wywindowania cen mieszkań, ograniczając ich dostępność, a osoby, które mają odpowiednią zdolność kredytową, skazując na wieloletnią spłatę zadłużenia. Efekt widać w statystykach, przytaczanych przez Jana Kęcika - 3,2 mln gospodarstw domowych mieszka niesamodzielnie, 11,9 mln z nas mieszka w warunkach przeludnienia (więcej niż 2 osoby przypadające na jeden pokój), 6,5 mln mieszka w warunkach subsubstancjalnych, takich jak bardzo niski metraż czy brak mediów, 70% osób w wieku 18-29 lat mieszka z rodzicami, a co czwarta z nich nigdy się od nich nie wyprowadzi. To dość szokująca statystyka, trudno bowiem wytłumaczyć ją tak wielkim poziomem życiowej niezaradności jednostek. Konieczność rozpoczęcia prowadzenia spójnej polityki mieszkaniowej, skoordynowanej między władzami centralnymi a lokalnymi, wydaje się w obliczu wspomnianych wyżej liczb koniecznością. Tym bardziej naglącą, że - jak pokazują kolejne teksty - mieszkań potrzebują też imigrantki i imigranci oraz osoby będące wychowankami rodzin zastępczych.

Bardzo ważny tekst prezentuje Anna Osińska - wskazuje ona na konieczność (i podaje metody na osiągnięcie tego stanu) włączenia w dyskusje na temat skierowanych do nich polityk osób wykluczonych. Bieda nie jest abstrakcyjnym wymysłem lewicowych intelektualistek i intelektualistów, ale realnym doświadczeniem milionów ludzi w tym kraju, których w ostatnim czasie słucha co najwyżej PiS i środowisko Radia Maryja. Lekceważenie ich doświadczeń łamie ich prawa człowieka, w tym prawa do udziału w debacie publicznej, a także podmywa fundamenty zaufania do państwa. Takie działania, jak sieci ATD Czwarty Świat, delegującej osoby wykluczone na panele dyskusyjne do instytucji europejskich w Brukseli, to naprawdę cenne inicjatywy i mam nadzieję, że instytucje publiczne zaczną w końcu czerpać z nich wzór.

W opracowaniu znajdziemy także teksty na temat łamania praw kobiet do dostępnej aborcji oraz homofobii na rynku pracy. Całość wieńczy ważny mym zdaniem tekst Anny Jagusiak z NEWW-Polska na temat sytuacji osób starszych. Pokazuje on, że w obliczu starzenia się naszego społeczeństwa (w 2030 co piąty z nas będzie miał ponad 80 lat!) ważne jest zapobieganie wypychaniu osób po 50 roku życia z rynku pracy i wzmacnianie aktywności zawodowej w tej grupie wiekowej. Osoby starsze muszą mieć zapewnione prawo do autonomii i opieki, jak najdłuższego życia w zdrowiu i do pełnego udziału w życiu społecznym. Kursy komputerowe czy tanie bilety do kina, teatru lub kawiarni mogą pozwolić im na dłuższe cieszenie się pełnią życia i na nawiązywanie nowych kontaktów. Chciałbym, żeby kolejne polskie rządy przestały w obliczu tych problemów chować głowę w piasek i zaczęły je rozwiązywać - tak, by nie ograniczać, ale rozszerzać nasze możliwości cieszenia się gwarantowanymi konstytucyjnie prawami socjalnymi.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...