9 kwietnia 2009

Polityka może być inna!

Poniżej tłumaczenie manifestu ideowego nowej siły na węgierskiej scenie politycznej, utożsamiającej się z pryncypiami zielonej polityki. Nazywa się ona "Polityka może być inna" i startuje w tegorocznych wyborach europarlamentarnych. Tworzą ją nie polityczni wyjadacze, ale ludzie pochodzący z ruchów ekologicznych, obrony praw człowieka i standardów socjalnych. Myślę, że zaprezentowane poniżej hasła są w dużej mierze adekwatne także na polskim podwórku. Zapraszam do lektury.

***

Nasze społeczeństwo pilnie potrzebuje odnowy. Węgry, Europa i świat mogą być znacznie bardziej przyjaznymi, lepszymi miejscami do życia. Stworzyliśmy naszą partię, ponieważ chcemy osiągnąć tę odnowę, opierającą się na zrównoważonym rozwoju, sprawiedliwości i uczestnictwie.

Pochodzimy z różnych środowisk, ale wszyscy pragniemy demokracji, sprawiedliwości społecznej i czystego środowiska. Wiemy, że polityka może być inna i udowodnimy to. Liczymy na każdą i każdego.

Dlaczego jesteśmy inni?

Nowe twarze - autentyczne głosy. Tą partią nie kierują politycy z recyklingu. To wspólna inicjatywa setek ludzi, którzy udowodnili swój profesjonalizm i osiągnięcia. Jesteśmy świadomymi obywatelami z jasną wizją zmiany w sprawach publicznych na poziomie lokalnym, narodowym i europejskim.

Czyste ręce. Zamiast potężnych grup interesu reprezentujemy i liczymy na odpowiedzialne obywatelki i obywateli. W przeciwieństwie do pozostałych partii nasze finanse są transparentne. To, co posiadamy, to głównie zasługa naszych oddanych osób wspierających. To, co nabędziemy, nabędziemy w jasny i czysty sposób.

Dialog obywateli zamiast partyjnych monologów. Chcemy widzieć politykę, w której uczestniczą prawdziwi ludzi. Aktywnie poszukujemy Twojej wiedzy i Twojego zdania. Chcemy, by Twój głos był słyszany. Tak właśnie zaczęliśmy swoją działalność i w taki sposób funkcjonujemy. Tylko dialog może utrzymać politykę blisko ludzi.

Co sprawia, że nasze doświadczenie jest inne?

Utrata wiarygodności przez dzisiejszy proces demokratyczny zagraża podstawom społecznej solidarności i wierze ludzi w samą demokrację. Kiedy obywatele ignorują politykę, polityka ignoruje ludzi. Gospodarka trafia w sidła korupcji, kiedy godne życie staje się marzeniem dla coraz większych grup ludzi. Poziom nierówności jest nieakceptowalny, a ludzie nie mogą nadal być obciążani odpowiedzialnością. Wąskie grupy interesu łatwo biorą górę nad słabo reprezentowanym dobrem wspólnym, niszcząc środowisko wokół nas, zagrażając życiu przyszłych pokoleń.

Odnowa jest możliwa, jeśli rozpoznamy sytuację i uwierzymy, że możemy pracować na jej rzecz z innymi.

Jesteśmy przekonane i przekonani, że odnowa może być najlepiej osiągnięta przez położenie ufności w trzech podstawowych wartościach. Są to:

- Zrównoważony rozwój, odpowiedzialność za środowisko dla przyszłych pokoleń i globalnych wyzwań ekologicznych
- Sprawiedliwość społeczna i integracja, a także poważne kroki przeciwko wykluczeniu przekazywanego z pokolenia na pokolenie
- Rzeczywista partycypacja i demokracja oparta na samostanowieniu, gdzie państwo jest odpowiedzialne, a obywatele czynnie uczestniczą w kształtowaniu jego polityki.

Wartości te są ze sobą nierozerwalnie powiązane.

W tym stuleciu koncept trwałości określa granice odpowiedzialnej polityki. Ludzkość wykorzystuję Ziemię znacząco bardziej, niż ma ona zdolność do regeneracji. Jeśli chcemy, by nasi następcy rodzili się na nadającej się do mieszkania planecie, musimy zmienić to tak szybko, jak tylko się da. Nie możemy uważać, że nic nie da się zrobić - Węgry są państwem członkowskim wiodącej potęgi gospodarczej świata, Unii Europejskiej, która daje wiele okazji do działania. Ekologiczna trwałość jest jednak nie do zrealizowania bez sprawiedliwości i społecznego zaangażowania. Związek między ekosystemem a społeczeństwem może być zrównoważony jedynie wtedy, gdy stosunki społeczne również takie są.

Większość kwestii politycznych to kwestie moralne. Kluczowym pytaniem jest to, w jaki sposób prowadzić sprawy publiczne zgodnie z indywidualną, ludzką godnością i wzajemną odpowiedzialnością, a także jak równomiernie dystrybuować dobra powstałe w wyniku takiej współpracy. Koncepcja sprawiedliwości jest niezmazywalna, nawet, jeśli słowo to zostało skazane na utratę wiarygodności z powodu jego nadużywania przez węgierskich polityków. W globalizującym się świecie relacje władzy między kapitałem a społeczeństwem rozwijają się w sposób, który różni się od znanych do tej pory. Naszą wspólną odpowiedzialnością jest zatrzymanie procesów izolacji całych grup społecznych, a także powstrzymania dziedziczenia wykluczenia z pokolenia na pokolenie. Nie akceptujemy sytuacji, w której w dzisiejszych Węgrzech instytucje finansowane z podatków tego typu nierówności utrzymują, zamiast je redukować.

Instytucje demokratyczne muszą być na nowo zdobyte po to, byśmy mogły i mogli uczestniczyć w tworzeniu decyzji, które mają wpływ na nasz los. Jedynie wspólnota obywatelska, ludzi aktywnych i świadomych spraw publicznych może utrzymać kontrolę nad systemem przedstawicielskim i tym samym zapewnić, że decyzje podejmowane w ich imieniu naprawdę służą dobru wspólnemu - a tym samym sprawiedliwości i trwałości. Uczestnictwo nie jest jedynie narzędziem dobrego zarządzania, lecz celem, który pochodzi z ludzkiej potrzeby samostanowienia i daje wyjątkową, moralną wartość demokracji. Jesteśmy przekonani, że prawdziwą przyczyną wzrostu antydemokratycznych politycznych ekstremizmów jest utrata moralnej wiarygodności przez demokrację, a jedynym długofalowym lekarstwem na taką sytuację jest uczestnictwo.

Co możemy zmienić?

Naszym celem są Węgry...

- w których nasz dobrobyt nie jest gwarantowany przez dewastację środowiska i kosztem przyszłych pokoleń, ale bierze pod uwagę środowiskowe ograniczenia i współgra z procesami przyrodniczymi
- w których wszyscy obywatele - tak w miastach, jak i na wsi - mogą żyć w zdrowym, atrakcyjnym środowisku, i by było to możliwe także dla naszych następców
- które współpracują ze swymi sąsiadami, by chronić ludzi i przyrodę przed zanieczyszczeniami przekraczającymi granice, biorąc na siebie odpowiedzialną rolę szukania rozwiązań globalnych problemów ekologicznych
- w których wiemy co jemy i możemy być pewni wysokiej jakości żywności
- w których zarządzanie transportem i energią bierze pod uwagę odpowiedzialność za zdrowie i za przyszłość naszej planety
- które nie sprowadzają Unii Europejskiej do worka z subsydiami, ale traktują ją jako inicjatorkę i aktywnego gracza na rzecz sprawiedliwości i trwałości, tam, gdzie pojedyncze państwa nie wystarczą
- w których kładziemy kres biedzie nie do pogodzenia z ludzką godnością i zapobiegamy jej dziedziczeniu
- w których żadna grupa nie jest wykluczona ze świata pracy i współpracy społecznej
- w których każda i każdy ma dostęp do podstawowych potrzeb i do wysokiej jakości usług publicznych, w których każdy może korzystać z podstawowych zabezpieczeń oferowanych przez wspólnotę, a także ma szansę na rozwój własnej osobowości i uzdolnień
- w których miarą politycznego sukcesu nie jest jedynie wzrost PKB, ale sprawiedliwy podział wytworzonych dóbr
- w których podstawą poprawy jakości życia nie jest zwiększenie użycia surowców naturalnych, ale zwiększanie zatrudnienia i poprawa jakości zasobów ludzkich
- w których demokratyczna polityka to nie bój o władzę między niedostępnymi, zamkniętymi grupami, ale polega na przejrzystej debacie i procesie decyzyjnym, otwartym dla każdej i każdego
- w których gracze ekonomiczni konkurują ze sobą na podstawie sprawiedliwych i przewidywalnych reguł, które nie faworyzują nikogo
- w których rządzenie cechuje się transparentnością, odpowiedzialnością i myśleniem długofalowym, zamiast sieci tajemnic, braku kontroli, preferencyjnemu traktowaniu klienteli i pogoni za krótkofalowymi sukcesami
- w których pseudodebaty są zastępowane w sferze publicznej prawdziwymi dyskusjami na istotne kwestie
- gdzie demokraci z różnych barw politycznych solidarnie bronią podstawowych wolności, praw politycznych i instytucji publicznych, kiedy są one atakowane.

8 kwietnia 2009

Co chronić, co zmieniać?

Dyskusja na temat wyglądu miasta zawsze budzi i budzić będzie emocje. I bardzo dobrze - bezdusznością byłoby nie dyskutować na tak istotny temat. Tym razem dyskusję sprowokował TVN Warszawa, który poranny program poświęcił na kwestię wpisywania budynków na listę zabytków. Wojewódzka konserwatorka, Barbara Jezierska, stwierdziła, że warto się pochylić nad pomysłem wpisania do rejestru dworca Warszawa Centralna. Architekt Grzegorz Buczek nie do końca z tym pomysłem się zgodził - i oto mamy dwugłos, niezbędny do powstania dialogicznej demokracji miejskiej. 53% osób głosujących w ankiecie stwierdziło, że najlepiej w kwestii zabytków po PRL iść "drogą środka" - chronić wybrane obiekty. Dobry punkt wyjścia do dyskusji.

Wiele osób zadaje dość podstawowe w tym momencie pytanie - po co? Istnieją spore grupy ludzi, opętane dość dziwną manią wykreślania ponad 40 lat historii z ludzkiej pamięci. Historii trudnej, pełnej ciemnych kart - ale jednak realnie istniejącej. W jej obrębie funkcjonowały różne rozwiązania urbanistyczne, które na miarę czasów i możliwości potrafiły się wyróżniać. Zaprzeczanie takiemu stanowi rzeczy jest równie barbarzyńskie, jak barbarzyńskie bywały przebudowy niektórych kamienic w PRL, które oznaczały często skuwanie zabytkowych detali. Pomysły rozbiórki Pałacu Kultury i Nauki były przykładem właśnie takiego myślenia - nic to, że Warszawianki i Warszawiacy do tego symbolu się przyzwyczaili, a miasto zbija kokosy na wycieczkach, oglądających między innymi tenże monument - plany wyburzania trwały dopóty, dopóki nie stał się zabytkiem, a i teraz niektórym tego typu pomysł chodzi po głowie.

W takiej oto sytuacji cieszę się, że powoli budzą się osoby, które są gotowe bronic Dworca Centralnego. O ile Powiśle i Ochota nie budzą kontrowersji i trafią na listę zabytków, o tyle stan Centralnego budzi zrozumiałe zażenowanie. Dość przypomnieć, że pierwsza firma czyszcząca sufit budynku po paru podejściach zrezygnowała z umowy, twierdząc, że nie podoła temu zadaniu. Jeśli dołożyć do tego wiszący w powietrzu obraz inspekcji sanitarnej, niespecjalnie cieszącej się z sąsiedztwa gołębi i kebabów, trudno dziwić się, że miejsce to ciepłych uczuć nie wzbudza. Jak słusznie jednak zauważa Karol Kobos, stan dworca to bardziej efekt naszej kultury osobistej (a właściwie jej braku) niż jego bryły.

Popatrzmy zresztą na alternatywę, jaką nam się serwuję w stosunku do obecnej budowli. Alternatywą jest - cóż za oryginalność - wieżowiec. O ile jeszcze tego typu pomysł przy Dworcu Stadion przy okazji Euro byłoby ciekawym pomysłem do rozważenia, o tyle wstawianie kolejnego kilkusetmetrowego drapacza chmur w ścisłym centrum ma wielką szansę zakorkować miasto. Rzecz jasna każdy, kto tylko mierzy się z tą kwestią stwierdza, że problem ów wyolbrzymiam, jednak nie mam pojęcia, w jaki sposób, bez silnego wsparcia dla transportu zbiorowego (z wyrzuceniem samochodów z centrum miasta włącznie), centrum miałoby pomieścić około dwudziestu nowych wieżowców plus kolejnych, planowanych wokół PKiN? Szczerze mówiąc wykracza to poza moją wyobraźnię.

Być może gdyby w miejscu Centralnego ktoś chciałby wybudować jakiś nowy dworzec, w jakiś sposób nawiązujący do poprzedniego, byłbym do tego pomysłu bardziej życzliwy. Tak jednak nie jest. Problemem jest brud, nie zaś bryła. Nie wiem, czy wpisanie Warszawy Centralnej do rejestru zabytków zmieniłoby ten stan rzeczy - to w dużej mierze od PKP zależy, w jakim stanie będą budynki pod ich pieczą. Jeśli koleje nie będą zainteresowane renowacją, to żadne fundusze konserwatorskie nie pomogą. Trzeba nam masowej zmiany myślenia - jeśli to, co jest wspólne, przestanie być traktowane jak niczyje, wtedy mamy szansę na rozpoczęcie budowy lepszego miasta. Inaczej możemy tylko o tym pomarzyć.

7 kwietnia 2009

Jak to się robi... wśród młodych?

Kampania się rozkręca, warto zatem zaprosić do zielonego kina na klipy wyborcze. W Niemczech Zieloni popełnili w roku 2005 kampanię internetową, skierowaną głównie dla młodych. Dla co po niektórych może ona wydać się szokująca (szczególnie klipy związane z zemstą przyrody za jej dewastację, które rzucam na pierwszy ogień), ale w ten sposób pozyskuje się głosy. Co więcej, jest ona nie tylko innowacyjna, ale i oryginalna, twórczo wykorzystująca motywy popkulturalne. Nic, tylko pogratulować pomysłowości - mnie jako potencjalny target kampania porusza - i chyba o to chodziło.






6 kwietnia 2009

Zielona Europa na eurowybory

Do wyborów europarlamentarnych pozostały już tylko dwa miesiące. Rozliczne komitety prężą już swe muskuły. Zieloni w Parlamencie Europejskim nie muszą tego robić - za najlepszą rekomendację starczą im ich osiągnięcia w kadencji 2004-2009. By je usystematyzować i przypomnieć, frakcja zdecydowała się na przygotowanie "Zielonej księgi" dotyczącej prowadzonej w europarlamencie polityki Zielonych-Wolnego Sojuszu Europejskiego. Głównych obszarów szczególnej troski grypy jest jedenaście i w gruncie rzeczy wyczerpują one tematykę polityczną, rozpatrywaną w skali europejskiej. Na ponad 90 stronach widać wyraźnie, jak wielkie znaczenie ma to, kogo wybierzemy do Strasburga i Brukseli w czerwcu. Leszek Miller myli się twierdząc, że w europarlamencie niewiele się dzieje - dzieje się sporo, także z punktu widzenia przyszłości Europy, jak i naszej roli w niej. Nie jest też tak, jak uważa Bronisław Komorowski, sugerując, by wspierać tylko te siły, które wchodzą w skład dwóch największych sił - chadeków i socjalistów. Także i mniejsze formacje, jeśli wiedzą, czego chcą, są w stanie przeforsować wiele z kwestii, które są dla nich ważne. Zieloni są tu mistrzyniami i mistrzami świata.

Weźmy zatem na pierwszy ogień istotną dla mnie kwestię polityki społecznej. Zielonym w PE udało się zmiękczyć dyrektywę Bolkensteina. Polscy Zieloni byli jedyną partią polityczną w Polsce, która sprzeciwiła się traktowaniu osób pracujących zagranicą jako ludzi drugiej kategorii. Cała reszta politycznego spektrum była za uznaniem zasady kraju pochodzenia, która gwarantowałaby to, że polska firma mogłaby prowadzić dumping socjalny, płacąc swoim pracownikom w Wielkiej Brytanii pensje na poziomie polskim, a więc dużo niższe niż brytyjskie. W Parlamencie Europejskim Zieloni-WSE opowiadali się także za przyjęciem poziomu 48 godzin pracy tygodniowo, co zmniejszałoby nacisk na branie nadgodzin i gwarantowało równowagę między pracą a życiem rodzinnym. Działali i działać też będą na rzecz dyrektyw antydyskryminacyjnych na rynku pracy, chcą także przyjęcia dyrektywy o usługach publicznych, która gwarantowałaby prymat społecznej użyteczności ponad ekonomicznym zyskiem.

W raporcie przywołane są liczby, które dają do myślenia - chociażby te, wskazujące na to, że 13% osób pracujących w Polsce pomimo posiadania zatrudnienia nadal żyje poniżej granicy ubóstwa. Co dzięsiąta osoba pracująca na terenie UE pracuje ponad 48 godzin tygodniowo. Podmywanie europejskiego modelu społecznego może wpływać negatywnie na postrzeganie Unii i prowadzić nawet do wzrostu nacjonalizmów. Polityka imigracyjna służy tworzeniu podgrupy społecznej, pozbawionej praw i podatnej na bycie wyzyskiwaną przez zatrudniających na czarno pracodawców. Te wszystkie kwestie są obiektem troski grupy Zielonych już od dawna.

By Unia Europejska była wiarygodnym konceptem politycznym, musi być bardziej transparentna i demokratyczna. Zielonym udało się doprowadzić do wprowadzenia do Traktatu Lizbońskiego europejskiej inicjatywy ustawodawczej, która będzie możliwa po zebraniu miliona podpisów. Jeśli traktat ten wejdzie w życie, zwiększy się znacząco ilość spraw, w których Parlament Europejski będzie mógł się wypowiadać i współdecydować. Zieloni idą jednak dalej, chcąc wprowadzenia na 10% miejsc w europarlamencie listy ponadnarodowej, na której znalazłyby się osoby rekomendowane przez poszczególne partie europejskie.

Rzecz jasna Zieloni nie byliby sobą, gdyby nie zajmowali się ekologią i zrównoważonym rozwojem. Walcząc ze zmianami klimatycznymi, opowiedzieli się za wycofaniem z rynku tradycyjnych żarówek. Oponują przeciw wprowadzaniu obowiązkowego 10-procentowego udziału biopaliw w rynku, argumentując, że nie rozwiąże to problemu nadmiernego skupiania się na transporcie indywidualnym. Są także za ambitnym ustawianiem celów redukcji gazów cieplarnianych - np. by 2030 roku połowa elektryczności pochodziła ze źródeł odnawialnych. Niezbędne jest odwrócenie priorytetów i większe inwestowanie w sieci kolejowe - także te transgraniczne - a także włączenie kosztów zewnętrznych, takich jak szkody zdrowotne czy zanieczyszczenie środowiska - do wyliczeń kosztów transportu.

Opowiadać można jeszcze długo - na przykład o obronie praw konsumenckich do informacji na temat spożywanej żywności czy też o dążeniu do wprowadzenia podatku od obrotów kapitałowych, mającego zapobiec spekulacjom finansowym. Warto zajrzeć i na własne oczy zobaczyć, że nie ma w owym raporcie "kwiatków i żabek", są za to twarde dane, ciężka praca i konkretne rozwiązania. Myślę, że tego typu dokumenty stanowią najlepszą rekomendację dla Zielonych kandydatek i kandydatów - wybierając nas 7 czerwca wybierasz nie kota w worku, lecz rozwiązania, które możesz sprawdzić już dziś.

5 kwietnia 2009

Pieniądze i polityka

Szatański pomysł Donalda Tuska na zamrożenie dotacji budżetowych dla partii politycznych upadł. Pan premier rzecz jasna nie mógł się pohamować ze swym gniewem, i miast polityki miłości począł rozprawiać o hipokryzji i innych tego typu kwestiach. Prezes Kaczyński zaraz potem przypomniał na konferencji prasowej o tym, jak mogłaby wyglądać kampania wyborcza bez kasy - na przykład tak jak posła Palikota, któremu pieniądze miały - wedle relacji prasowych - wpłacać podstawione osoby. Do dalszych prac z kolei przeznaczono projekt znacznie lepszy, ograniczający strumień pieniędzy budżetowych, likwidujący wielkie dysproporcje między PiS, PO i całą resztą. W końcu przeszedł. Dziś - niestety - pieniądze idą raczej na kosztowne błyskotki niż na przykład na pracę programową. Ciekawe, czy mając ograniczone źródła finansowania PO przeznaczałaby darowizny od sponsorów bardziej na billboardy czy też na partyjny think-tank. Dla mnie odpowiedź jest jasna.

To, że obecny model finansowania przetrwał nie oznacza bynajmniej, że jest idealny. Wręcz przeciwnie - aktualne ordynacje wyborcze w Polsce służą petryfikacji systemu politycznego w naszym kraju, nie zaś rozwojowi demokracji. Nie wylewa się jednak dziecka z kąpielą - reformowanie systemu poprzez uprawdopodobnienie korupcji (bo niby skąd partie - nawet parlamentarne - miałyby finansować kampanie wyborcze, na których tak bardzo im zależy) raczej nie wpłynie pozytywnie na polską scenę polityczną.

Co zatem powinno ulec zmianie? Przede wszystkim dostępność publicznych pieniędzy. Dziś próg finansowania to 3% dla partii i 6% dla koalicji wyborczych. W ten sposób już pozostające w politycznym głównym nurcie partie zapobiegają powstaniu jakiejkolwiek konkurencji dla siebie. To, że Samoobrona i LPR nie mają dziś kasy na funkcjonowanie niemal uniemożliwia ich powrót na scenę polityczną. Być może mało kto płacze z tego powodu, ale ten sam system zapobiega powstawaniu także merytorycznych alternatyw, czy to z lewa, czy to prawa. Przejęcie przez Pawła Piskorskiego Stronnictwa Demokratycznego nastąpiło tak naprawdę z powodu majątku tej formacji - jedynej realnej szansy na pozyskanie finansowania koszmarnie drogich kampanii wyborczych. Tego typu wyczyn raczej już nie będzie mógł być powtórzony, a jakikolwiek nowy ruch społeczny - poza permanentnym użeraniem się z urzędniczą papierologią - już na wstępie będzie skazany na niszowość bądź też gorzkie kompromisy z ugrupowaniami już obecnymi na scenie.

Nie sposób przemilczeć w tej krótkiej analizie także braku regulacji, dotyczących wydatkowania pieniędzy na kampanie wyborcze. We Francji nie tylko nie można wykupywać spotów w płatnym czasie reklamowym (pozostaje tylko równy dla wszystkich zarejestrowanych podmiotów bezpłatny czas antenowy), ale nawet plakaty wyborcze nie mogą być większe od określonego przepisami formatu - znacząco mniejszego niż wszędobylskie w Polsce billboardy. W Niemczech z kolei pieniądze budżetowe idą do przypartyjnych fundacji, które dzięki temu wydają publikacje, urządzają konferencje naukowe i zajmują się szeroko pojęta pracą intelektualną. Nie wspominając już o tym, że za Odrą dostęp do funduszy państwowych mają wszystkie formacje, które zdobywają powyżej 0,5% głosów - próg ten ustawiony jest zatem znacząco niżej.

To tylko kilka z przykładów, które warto brać pod uwagę przy zmianach rodzimych ordynacji wyborczych i zasad ich finansowania. Dobrym pomysłem jest tu stworzenie kodeksu wyborczego, w którym znalazłyby się takie kwestie, jak np. ułatwienie głosowania dla osób niepełnosprawnych czy też możliwość wprowadzenia w przyszłości (przy odpowiednich gwarancjach bezpieczeństwa) głosowania przez Internet. Ordynacja proporcjonalna musi być zachowana, jeśli chcemy zapobiec zawłaszczeniu sceny politycznej przez dwie partie prawicowe. Przykład Senatu pokazuje dobitnie, jakie mogą być efekty ordynacji większościowej - niespecjalnie ciekawe. Jeśli jednak Donald Tusk nadal ma zamiar pod płaszczykiem dbania o budżet podmywać demokrację, to szczęśliwie ten Sejm nie daje mu takiego pola do popisów, jakiego by sobie życzył.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...