Autor filmu - Bogumił Kolmasiak, portal PolskaLiberalna.net, członek Zielonych 2004.
28 czerwca 2011
27 czerwca 2011
Co z tą Litwą?
Nie da się ukryć, że na tle harmonijnej wersji historii, dotyczącej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, obecne stosunki polsko-litewskie wyglądają - delikatnie mówiąc - nie najlepiej. Bez odpowiedniego kontekstu historycznego zdarzenia takie, jak zrywanie polskich tablic przez uczestników jednego z nadbałtyckich reality shows jawi się jako działanie zgoła irracjonalne, mogące być jedynie przejawem kuriozalnej niechęci do Polaków ze strony narodu, który jakoby w pełni partycypował w korzyściach życia w przedrozbiorowej Polsce. Wiele spraw, takich jak pisownia polskich nazwisk czy oddawanie ziemi jej dawnym właścicielom wlecze się już wiele lat w iście żółwim tempie. Jako że udało mi się mieć swego czasu na zajęciach na uczelni do czynienia z rzeczonym, litewskim kontekstem, postanowiłem podzielić się odrobiną tej wiedzy.
Nie ma co zaczynać naszej wędrówki od powstania państwa litewskiego i długotrwałego utrzymywania się pogaństwa na jego terenach, co tłumaczy fakt popularności rozmaitych obrządków rodzimowierczych na terenie tego kraju, nie to bowiem jest obiektem naszego zainteresowania. Warto dla porządku przypomnieć, że już w XIV wieku spora część litewskiego możnowładztwa w dużej mierze odcinała się od rodzimej kultury, przyjmując często prawosławny obrządek i wschodniosłowiański język i pismo w obrębie publicznych urzędów. Chrzest Litwy zmienił jedynie wektor w tym procesie, przyczyniając się do szybkiej polonizacji elit. Język litewski pozostał głównie domeną warstw niższych, co uwarunkowało kształt rodzącego się w XIX wieku narodu. Wtedy to coraz bardziej trudne do utrzymania było posiadanie odrębnej, uwarunkowanej dziejami Wielkiego Księstwa Litewskiego, tożsamości terytorialnej przy jednoczesnym posługiwaniu się językiem polskim. Dużą rolę w tym procesie odegrał, jak w książce "Pod władzą carów. Litwa w XIX wieku" piszą Egidijus Aleksandravičius i Antanas Kulakauskas , Uniwersytet Wileński, kształcący młodą inteligencję, zainteresowaną poznawaniem języka okolicznego ludu.
Po upadku powstań narodowowyzwoleńczych - listopadowego i styczniowego - przyszedł czas na intensywną rusyfikację. Władze zaborcze na terenach etnicznie mieszanych z powodzeniem stosowały zasadę "dziel i rządź". Jednocześnie szeregi litewskiej inteligencji, często o chłopskim pochodzeniu, zaczynały dostrzegać coraz większy rozziew między rzeczywistością tytułującej się "litewską" szlachty a mówiącego po litewsku ludu. Konflikty na linii językowej narastały, czego przykładami były chociażby dwa, polemiczne wobec siebie teksty. W odezwie "Głos Litwinów do młodej generacji magnatów, obywateli i szlachty na Litwie" Adomas Jakstas-Dambrauskas kwestionował możliwość łączenia tożsamości polskiej i litewskiej, argumentując, że różnica językowa wymaga dokonania wyboru i klarownego opowiedzenia się po jednej ze stron. Na przykładzie innych grup, które w ówczesnym czasie przeżyły swoje "narodowe odrodzenie", takich jak Czesi czy Irlandczycy, odpiera zarzuty, jakoby działania lokalnego ruchu narodowego miały być kolejną formą ludomanii, którą można okiełznać, promując używanie stylizowanych na litewski, zupełnie sztucznych wyrazów. Jego naczelnym postulatem było przyłączenie się szeregów spolonizowanej szlachty do litewskiego projektu narodowotwórczego, opierającego się na etnicznej odrębności dużo dalszej, niż między analogicznymi żywiołami w Galicji - słowiańskimi Polakami i Ukraińcami.
Wydaje się, że stanowisko przeciwne doskonale podsumowuje tytuł riposty: "Przenigdy! Odpowiedź na Głos Litwinów do młodej generacji magnatów, obywateli i szlachty na Litwie". Anonimowy autor przyrównuje litewski ruch narodowy do akcji germanizacyjnych i argumentuje, że również we Francji olbrzymie różnice językowe między poszczególnymi prowincjami nie przeszkadzają w tym, by był to jeden naród. W duchu tym uznaje ponadczasowość federacyjnej idei polsko-litewskiej, dzięki której nowe państwo, powstałe po wyzwoleniu z zaborów, byłoby znacznie silniejsze, niż terytorialnie niewielki samodzielny byt litewski. Po latach stwierdzić możemy, że Bretończycy, Baskowie czy Korsykańczycy z takim, opisanym w odpowiedzi ditcum nie za bardzo by się zgodzili...
Choć po roku 1905 udało się wywalczyć nieco przestrzeni na legalne wydawanie litewskojęzycznych publikacji, po dziś dzień nasi sąsiedzi starają się możliwie silnie pielęgnować swój język. Dość wspomnieć, że procesowi lituanizacji poddawane są wszelkie nowe produkty, a także nazwiska światowych polityczek i polityków, co pokazuje pewien dysonans, z jakim spotykać się muszą oczekiwania polskiej mniejszości dotyczące oryginalnej pisowni ich nazwisk. Można dziwić się lub nie takiemu zjawisku, ale pozostaje ono faktem, nad którym nie tak znowu łatwo przejść którejkolwiek ze stron do porządku dziennego. Pamiętajmy też o historii po I Wojnie Światowej - o podchodach pod Wilno, zakończonych polskim sukcesem (szczęśliwie żadna nacja nie miała tak silnych sentymentów wobec "naszego" Krakowa czy Warszawy) czy rok 1938, kiedy to normalizację stosunków dyplomatycznych po incydentach granicznych osiągnięto de facto dzięki groźbie otwartej wojny, a hasło "Wodzu, prowadź na Kowno" nie było wówczas niczym szczególnym na polskich ulicach. Dodajmy do tego przekazanie Wilna Litwie przez ZSRR w 1939 roku, późniejszą o rok aneksję tego kraju oraz niejednoznaczną postawę wobec hitlerowskiej okupacji sporych rzesz ludności, z konfliktami z Armią Krajową włącznie, by uzyskać kontury dość niełatwego historycznego sąsiedztwa.
Warto o tej drugiej stronie medalu pamiętać również przy okazji tego, jaki zestaw ideologiczny prezentuje swoimi działaniami czołowa polska organizacja polityczna w tym kraju, czyli Akcja Wyborcza Polaków na Litwie. Jej europoseł zasiada w jednej frakcji z Prawem i Sprawiedliwością, a jednym z priorytetów swoich działań w Brukseli i Strasburgu uczynił - uwaga uwaga - obronę życia poczętego. Mniejszość polska weszła w wyborczy sojusz z mniejszością rosyjską i niedawno weszła w skład koalicji rządzącej w stolicy kraju, Wilnie, w której Polki i Polacy nadal stanowią ponad 18% ludności. Jednym z postulatów, które wywalczyli (poza rzecz jasna słusznymi w rodzaju dbania o peryferyjne dzielnice miasta), jest... budowa Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Trudno wobec tak zarysowanego programu wyrażać mi się z entuzjazmem. Niewątpliwe problemy, w rodzaju ograniczenia poziomu edukacji w języku polskim w szkołach, podnosić niewątpliwie należy. Odwoływanie się do przeszłości, ocenianej bardzo różnie po obu stronach granicy, nie przyczyni się do poprawy wzajemnych stosunków. Warto spojrzeć krytycznie nie tylko na sąsiadów, ale i na własne, historyczne przewiny, a także na dość nieciekawe politycznie towarzystwo, aspirujące do reprezentowania polskiej mniejszości na Litwie, by odejść - z korzyścią dla obu stron - od malowania rzeczywistości w czarno-białych barwach.
25 czerwca 2011
Miejska ewolucja
Niedawno zakończony Kongres Ruchów Miejskich w Poznaniu w odczuciu sporej części jego uczestniczek i uczestników okazał się sporym sukcesem. Istotnie - z relacji wyłania się obraz dużej mobilizacji i chęci działania. Narzekają anarchiści, ale w ich wypadku obawiam się, że niezależnie od tego, jak wiele miejsca poświęcono by w debacie i wieńczących ją wniosków kwestiom socjalnym, i tak sportretowano by ruch społeczników jako wyalienowanych z rzeczywistości reprezentantów klasy średniej, nie rozumiejących skomplikowanych zależności między chciwością deweloperów a bezwzględnością globalnego kapitalizmu wobec klas pracujących. Istotnie, wśród osób uczestniczących w Kongresie nie brakowało takich, którzy reprezentowali sobą poglądy dalekie od idei zrównoważonego rozwoju, bliskie zaś neoliberalnej ortodoksji, jednak koniec końców większość - patrząc na postulaty - zdobyło skrzydło wrażliwe tak ekologicznie, jak i społecznie. Dziwi, jak trudno niekiedy uwierzyć osobom hołdującym tradycyjnym przekonaniom o klasach społecznych, że we współczesnym świecie nie wszyscy są prześladowani i wyzyskiwani, a nawet więcej - niektóre osoby, które mogą wyglądać na wygrane w wyścigu szczurów mogą być wrażliwe na potrzeby i postulaty tym, którym powodzi się gorzej...
Mniej jednak dziś o tym, bardziej zaś o niedawno udostępnionej w Internecie (i kolejnej, która wpadła mi w ręce) publikacji wrocławskiego Ośrodka im. Lassalle'a, dowodzonego przez Michała Syskę, będącej zapisem debaty na temat miasta postindustrialnego. Dokument to tym bardziej ciekawy, gdyż osoby wypowiadające się w dyskusji zrobiły bardzo wiele na rzecz obalenia mitów dotyczących rozwoju współczesnych miast, wygłaszając opinie stojące w sprzeczności z tezami wspieranymi przez sporą część polskich władz samorządowych. Furorę zrobiły wśród nich przyjmowane dość bezrefleksyjnie tezy Richarda Floridy, sugerujące inwestowanie w kulturę i nowoczesne technologie. Samo w sobie pomysł nie jest pozbawiony zalet, ale widać wyraźnie, że w rodzimych warunkach nie prowadzi to do rozwoju innego, ważnego u Floridy wskaźnika jakości życia, a mianowicie tolerancji. Dość wspomnieć uporczywy opór Hanny Gronkiewicz-Waltz przed braniem udziału w Paradach Równości czy też blokadzie przemarszu narodowców przez miasto 11 listopada zeszłego roku. Kiedy popatrzymy na Warszawę także i działania promocyjne, związane chociażby ze staraniami o uzyskanie tytułu Europejskiej Stolicy Kultury, wydają się szyte grubymi nićmi. Problemy klubu Huśtawka czy odwołanie koncertu Carlosa Santany to najbardziej spektakularne - i niestety niejedyne - przykłady tego, że stolica Polski nie zasługiwało na ten tytuł.
Popatrzmy na inne zjawiska, na które zwrócili uwagę paneliści i panelistki na wrocławskim spotkaniu. Krzysztof Nawratek - jak zwykle proroczo - przepowiada reindustrializację naszych miast. Parę dni temu przeczytałem artykuł, że coraz więcej globalnych koncernów myśli o powrocie do krajów pochodzenia, bowiem... rosną płace w Chinach, przez co kraj ten przestaje być atrakcyjnym miejscem lokowania zakładów produkcyjnych. Minie sporo czasu, zanim zjawisko to przyjmie bardziej masowe rozmiary (Chiny, zgromadziwszy dzięki niemu olbrzymi kapitał, zapewne i z tym zjawiskiem sobie poradzą), jednak może ono - wraz z rozwojem działań na rzecz ograniczania emisji gazów szklarniowych - oznaczać stopniową relokalizację produkcji przemysłowej. W tym kontekście warto wspomnieć - co czyni Lech Mergler ze stowarzyszenia "My. Poznaniacy", że nawet w mieście, najbardziej w Polsce kojarzonym z "gospodarką opartą na wiedzy", produkcją symboliczną etc. - Krakowie - poziom produkcji przemysłowej i zatrudnienia w tym sektorze gospodarki jest większy niż w stereotypowo kojarzona z nią Łódź. Również tak pożądane przez lokalne samorządy bezpośrednie inwestycje zagraniczne to niekoniecznie jedynie firmy usługowe, ale też fabryki, dzięki czemu - według Kacpra Pobłockiego - Wrocław jest dziś polskim zagłębiem produkcji sprzętu AGD.
W walce o przestrzeń publiczną dochodzi do nowych sojuszów, wykraczających poza proste, oparte na stereotypowym podziale na klasy posiadające i proletariat. Przykładem staje się tu polityka czynszowa miast, uderzająca zarówno w lokatorów, jak i sklepikarzy podnajmujących lokale komunalne. Obie te grupy stają się "dojnymi krowami", z których zadłużone samorządy czerpią pieniądze na coraz to bardziej spektakularne inwestycje infrastrukturalne. Gentryfikacja miasta dotyka nie tylko kwestii mieszkaniowych, ale nawet - jak wskazuje Michał Syska - infrastruktury wypoczynkowej. Coraz mniej otwartych kąpielisk w przystępnych cenach, coraz więcej zaś - efektownych, ale i drogich aquaparków. Strategię tą próbował bronić jeden z uczestniczących w debacie miejskich urzędników, sugerujący dość pokrętnie, że może nie jest to egalitaryzm klasycznego sortu, będący utopią, ale i tak można taki stan rzeczy nazwać egalitaryzmem, gdyż prowadzi on do... w miarę równego dostępu do usług miejskich osób z klasy średniej!
Problemem, z którym warto, by środowiska lewicowe, czy szerzej - progresywne - muszą się zmierzyć, jest fakt, że bardzo często jakość życia w mieście wiąże się z prawem do zachowania jego tożsamości oraz więzi społecznych w nim zachodzących. Joanna Erbel przywołała przy tej okazji sklepikarzy - zjawienie się w lokalnym spożywczaku pozwala poznać oraz porozmawiać z sąsiadami, zostawić tam rower czy torebkę, a nawet - zwiększyć swoje bezpieczeństwo podczas pobytu w innym mieście, jako że "swojaka" osiłki wieczorową porą raczej nie zaczepią. Jak zatem widać, nie chodzi tu jedynie o miejsca pracy i ich jakość. Tego typu mieszczańskie zwyczaje bywają traktowane sceptycznie, a wśród argumentów pojawia się między innymi utożsamienie tak zaprezentowanych interakcji z obecnością kapitału wiążącego, nie zaś otwierającego na inną/innego - pomostowego, a także z faktem, że małych i średnich przedsiębiorstwach wcale nie jest lepiej, jeśli chodzi np. o przestrzeganie praw pracowniczych, co w wypadku filii międzynarodowych koncernów. Sęk w tym, że nowoczesne reprezentantki i reprezentanci wyższej klasy średniej, majętni, dobrze wykształceni, zamykający się w strzeżonych osiedlach, kapitał pomostowy kreują dość rzadko, a sytuacja w supermarketach rzadko kiedy wygląda różowo.
Dyskusji o mieście nigdy za wiele. Poznański Kongres Ruchów Miejskich może stać się katalizatorem żywego ruchu społecznego. Przykład stowarzyszenia "My. Poznaniacy" pokazał, że mimo ograniczonych środków, dzięki kompetencji jej członkiń i członków, udało się do debaty na temat przyszłości miasta wprowadzić tematy, do tej pory ignorowane przez główne siły polityczne. W Sopocie kwitną inicjatywy, działające na rzecz demokratyzacji ordynacji w wyborach samorządowych oraz promujące ideę budżetu partycypacyjnego. Jeszcze 5 lat temu tego typu działań i dyskusji prawie nie było. Mam zatem nadzieję, że za kolejne 5 lat w radach większości polskich miast, poza partyjnymi i prezydenckimi komitetami, będziemy mogli obserwować także reprezentantki i reprezentantów oddolnych, społecznych inicjatyw, których naczelną zasadą będzie promowanie wizji miasta dla ludzi. Lektura takich publikacji, jak "Miasto postindustrialne. Problemy społeczne, perspektywy rozwoju" mogą do tego typu działań skutecznie mobilizować.
24 czerwca 2011
Zielone kino: Al Jazeera na czerwiec
Zielona Warszawa powoli powraca do życia - chwilowo w formie bardziej filmowej, ale nie da się ukryć, że czerwiec był dla mnie miesiącem obfitującym we wszelakie możliwe wydarzenia na niwie osobistej, naukowej i politycznej. Z tego też powodu nowych wpisów było ostatnio nieco mniej niż zwykle. Parę artykułów mojego autorstwa ukazało się na stronie Zielonych Wiadomości, dzięki czemu powoli, ale konsekwentnie zmienia się ona w żywy portal, prezentujący zielony punkt widzenia.
Ostatnimi czasy katarska Al Jazeera zaprezentowała kilka produkcji, które zdecydowanie warto przybliżyć. Pierwszą z nich jest odcinek rewelacyjnego, cotygodniowego magazynu ekonomicznego "Counting the Cost" - tym razem poświęconego kosztom zmian klimatu dla globalnej gospodarki. Warto go obejrzeć, bowiem nad Wisłą na ten temat dyskutować się ostatnimi czasy przestało, co nie oznacza, że zjawisko się nie nasiliło. Rosnące koszty ubezpieczeń i odszkodowań wypłacanych z powodu nasilenia się pogodowych anomalii zaczynają być coraz większym obciążeniem dla światowej ekonomii i warto mieć tego świadomość. Wiedzieć warto również o rosnącym znaczeniu politycznym i ekonomicznym Turcji, o czym przekonać się można poprzez obejrzenie kolejnego odcinka programu "Empire". Wieloletnie rządy partii umiarkowanych islamistów z AKP przyniosły temu krajowi bezprecedensowy wzrost gospodarczy, który pozwala mu na odgrywanie roli pośrednika między Wschodem a Zachodem. Jeśli z kolei nadal sądzicie, że człowiek stan środowiska naturalnego nie ma większego wpływu na człowieka, polecam zapoznanie się z filmem na temat znaczenia Nilu dla przetrwania Egiptu i tego, jak duży wpływ na rzeczywistość w tym śródziemnomorskim kraju mają działania, aspiracje i groźby... Etiopii. Myślę, że może to być interesujący przykład, ukazujący jak na dłoni zależność człowieka od natury oraz od drugiego człowieka, mogącego swoimi działaniami zmienić jej oblicze.
23 czerwca 2011
Mija czas, mija okazja?
Mija już prawie rok od przyspieszonych z powodu wydarzeń smoleńskich wyborów prezydenckich - wyborów, które miały być wyłomem w postępującym procesie zdominowania sceny politycznej przez dwie prawicowe partie polityczne. Wydaje się tymczasem, że po momentach gdy poparciu dla głównej siły lewicowej w kraju, SLD, zdarzało się oscylować w okolicach 20%, wróciło ono mniej więcej do poziomu wyznaczonego zeszłorocznymi notowaniami Grzegorza Napieralskiego. Nie da się ukryć, że Sojusz ma zadyszkę, a w jej opanowaniu nie pomogą za bardzo takie wydarzenia, jak kłócenie się o to, czy decyzja o starcie Katarzyny Piekarskiej z pierwszego miejsca w okręgu podwarszawskim była jej samodzielnym ustępstwem, czy też może inspirowana była przez Napieralskiego. Nie pomoże tym bardziej, że wysoce niepewna staje się obecność w przyszłym Sejmie Marka Balickiego, który jeszcze niedawno prezentował program SLD w dziedzinie opieki zdrowotnej (całkiem niezgorszy), a dziś popada w niełaskę lokalnych działaczy, dla których kwestią nieporównanie ważniejszą jest to, że nie był specjalnie aktywny w tworzeniu biur poselskich w terenie.
Niedawna konwencja Platformy Obywatelskiej w Gdańsku, będąca pokazem siły partii Donalda Tuska, musiała przekonać do PO grono wyborców, wahających się między Platformą a Sojuszem. Komentarze o tym, że rządząca formacja zamienia się stopniowo w rodzimy odpowiednik meksykańskiej Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej nie wydają się tu przesadzone, dość trudno było do tej pory znaleźć dużo punktów wspólnych między Bartoszem Arłukowiczem a Jarosławem Gowinem. Odpowiedzią SLD na to wyzwanie nie jest jak na razie działanie programowe a la PiS (chociaż owszem, odbywa się stopniowe odsłanianie poszczególnych elementów wyborczego przekazu), ale raczej kłótnie o listy, z zastanawianiem się nad powrotem na nie takich mało ciekawych postaci, jak Leszek Miller czy Włodzimierz Czarzasty. Mając ten kontekst z tyłu głowy, ciekawie czyta się opublikowany zapis debaty "Polska po wyborach - lewica przed wyborem", wydany przez zasłużony dla progresywnej myśli politycznej i społecznej wrocławski Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle'a.
W 2010 roku, jak zauważają rozmówcy prowadzącego spotkanie Michała Syski, elektorat lewicy wreszcie dostał zastrzyk świeżej krwi. Jak zauważa Bartosz Machalica, marzenia o tym, że wyginie on śmiercią naturalną, okazały się grubo przesadzone. Bardzo ciekawe jest tu spojrzeć na strukturę terytorialną tego poparcia młodych - to osoby z małych i średnich ośrodków, a w dużych miastach - ich dzielnic peryferyjnych, takich jak stołeczna Białołęka. Dużo wśród nich osób o niepewnej sytuacji materialnej (np. wchodzących na niestabilny rynek pracy) i przyblokowanych możliwościach społecznego awansu. Platforma Obywatelska ma dla nich jeden pomysł - mozolne czekanie na "ściekanie bogactwa w dół" z wielkich metropolii, w które chce zaangażować swe modernizacyjne siły i środki - taki obraz wyczytać można chociażby z "Polski 2030". Tusk i jego ekipa wycofują się teraz z jego postulatów rakiem, dodatkowo przed wyborami prezentując swą nowo odkrytą twarz polityki wrażliwej na społeczne potrzeby. SLD mogłoby z łatwością demaskować fałsz rządowego PR, tymczasem jak na razie zdaje się przegrywać tę walkę z Prawem i Sprawiedliwością, również zainteresowanym w odebraniu osób młodych Platformie.
Z całą pewnością broni się teza Machalicy, wedle której nie ma już miejsca na projekt polityczny, będący centrolewicową "Platformą light". Problem w tym, że zgliszcza tego typu inicjatyw, starannie wybierane przez PO, nadal mają pewną siłę mobilizowania elektoratu. Łatwo daje się wmówić, że Dariusz Rosati, którego polityczna inicjatywa w postaci Porozumienia dla Przyszłości (jakże się cieszę, że dzięki temu, że ją osierocił, umarła śmiercią naturalną), wypakowana politycznymi tuzami na listach, zdobyła raptem 2,5% głosów w 2009 roku, stanowi koniec końców cenny nabytek dla Platformy, który pozwoli jej odebrać głosy SLD. Tego typu opinie, powtarzane dość często, mają sporą siłę przekonywania opinii publicznej - wszak z jednej strony większość badanych zapytanych o polityczne transfery w rodzaju przejścia Joanny Kluzik-Rostkowskiej do PO ocenia je negatywnie, nie przeszkadza to jednak formacji premiera Tuska zanotować po tym politycznym targu wzrost sondażowego poparcia.
Wspomniana przeze mnie przed chwilą ewolucja wizerunkowa Platformy trwa już od jakiegoś czasu, co Michał Syska podczas debaty zauważył na przykładzie artykułu szefa think-tanku tejże partii, Jarosława Makowskiego, broniącego decyzji o podwyżce podatku VAT. Nowy, bardziej łagodny wizerunek, daleki od neoliberalnej krwiożerczości nie opiera się dziś już tylko na Michale Bonim, ale na czynnych politykach - Arłukowiczu, Musze, Kluzik-Rostkowskiej, a nawet - o zgrozo - Rosatiemu. Wspiera go deklarowane mniej lub bardziej cicho poparcie dla senackich ambicji Marka Borowskiego czy Józefa Piniora. Dotychczasowe niemrawe próby odróżnienia się od PO, jak chociażby poprzez podkreślanie chęci cyfryzacji kraju czy też spraw takich jak in vitro lub związki partnerskie, teraz zaczynają być niemal niezauważalne. Na fali płynie Tusk, który wygląda, jakby zmieniał ideowo partię - tu coś napomknie, że związki tak, ale po wyborach, tam mrugnie okiem, że in vitro i owszem, a wokół niego krąży już mający czuwać nad tymi tematami i przekonywać swoje nowe koleżanki i kolegów poseł Arłukowicz. Że po wyborach zapewne nic z tego nie będzie (poseł Gowin pewnie o to zadba) to już zupełnie inna bajka...
Dość konwencjonalne pomysły na "pójście w centrum", sugerowane w dyskusji przez profesora Raciborskiego zdają się dziś już nie wystarczać. Platforma dość skutecznie zagospodarowuje elektorat, który na wybory chodzi i waha się między nią a partią Napieralskiego. Losy PSL uległy dramatycznej odmianie po ostatnich wyborach samorządowych i mało prawdopodobne, by partia miała wypaść z Sejmu. Wydaje się zatem, że jedyną szansą dla SLD na przekroczenie zaklętego kręgu okolic 15% jest mobilizowanie grup wyborców do tej pory nie głosujących. Jak wszyscy wiemy, nie jest to prosta sprawa, ale podobnie nie jest, jeśli chodzi o odbudowę potencjału wyborczego progresywnej lewicy. Podważanie społecznej wrażliwości PO może powstrzymać jej dalszy rozwój na lewej flance, by móc tego dokonać potrzeba jednak nie tylko chwytliwej narracji, ale i przekonującego programu. W dużych ośrodkach miejskich nadal dobrym pomysłem może być pokazywanie zdolności do budowania wokół siebie szerszego projektu politycznego, np. z Partią Kobiet i Zielonymi. Bez próby mobilizowania społecznego gniewu inaczej niż za pomocą wypominania Donaldowi Tuskowi kosztu lotów z Warszawy do Trójmiasta raczej się nie obędzie. Wyzwań nie brakuje - czy Sojusz je podejmie, czy też będzie czekał na zakończenie wyborów i na zamianę miejscami z PSL w roli młodszego koalicjanta PO (na czym mogą się przejechać w wypadku słabego wyniku)? Czasu do wyborów pozostało niewiele i czas już najwyższy, by liderzy Sojuszu przemyśleli swoją wyborczą strategię.
Subskrybuj:
Posty (Atom)