5 marca 2011

Zielony Ład Społeczny i zielone miejsca pracy

Poniższy tekst jest fragmentem długo oczekiwanej publikacji "Zielony Nowy Ład w Polsce", przygotowanej dzięki współpracy Green European Foundation, Zielonego Instytutu oraz warszawskiego biura Fundacji Boella. Raport ten, pod redakcją Dariusza Szweda, jest już dostępny do ściągnięcia ze strony Zielonego Instytutu - na Zielonej Warszawie pojawi się także jego krótkie omówienie. Ze względu na dużą objętość artykułu przypisy do niego oraz tabelkę porównującą zrównoważoną i niezrównoważoną politykę społeczną można znaleźć w zlinkowanym PDF-ie. Zapraszam do lektury.

***

„Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. (…) Społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej oraz solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych stanowi podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej”.

Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, art. 2 i 20

Czym jest polityka społeczna? Doktor Ryszard Szarfenberg, badacz tego tematu z Uniwersytetu Warszawskiego, uważa, że jest to „działalność publiczna, której zamierzone cele i osiągane rezultaty dotyczą warunków, poziomu i jakości życia społeczeństw jako całości, a także wybranych zbiorowości osób, rodzin czy gospodarstw domowych”. Zajmujący się tą tematyką profesor Józef Orczyk twierdzi, że „naczelnym celem polityki społecznej było i jest zapewnienie poczucia bezpieczeństwa egzystencjalnego, w tym przede wszystkim ekonomicznego, poprzez wytworzenie i utrzymanie sieci zobowiązań gwarantowanych przez państwo (niekiedy przez nie bezpośrednio realizowanych)”. Z tych definicji wynika, że celem polityki społecznej mają być: poprawa jakości życia, zmniejszanie i likwidacja biedy oraz ubóstwa i zagwarantowanie powszechnego dostępu do dóbr i usług służących osiągnięciu pożądanego stanu społecznej równowagi, gwarantującego każdej i każdemu z nas prawo do praktycznej realizacji idei wolności (wolności od biedy, wolności wyboru satysfakcjonującej pracy, możliwości świadomego decydowania o rodzicielstwie lub rezygnacji z niego itd.), a także zapobieganie marnowaniu – w wyniku biedy i innych form wykluczenia społecznego – talentów osób, które rozwarstwienie społeczne i idące za nim różnice w poziomie poziomu kapitału kulturowego spychają na margines egzystencji. Jej elementami są m.in.: polityka edukacyjna (oświatowa), kulturalna, ochrony zdrowia, środowiska, mieszkaniowa i zatrudnienia.

Zielona wizja polityki społecznej, której istotą jest zrównoważony rozwój, stawia na równi politykę gospodarczą, społeczną i ekologiczną, a sprzeciwia się prymatowi ekonomizacji dwu ostatnich z nich oraz nadrzędności wzrostu gospodarczego mierzonego rosnącym PKB. Podobnie jak w XX w. lewicowe ruchy społeczne i polityczne doprowadziły do zbudowania (głównie w Europie) ładu społeczno-gospodarczego, który równoważył priorytety gospodarcze i społeczne, np. przez postulat 8-godzinnego dnia pracy, tak w końcu XX i w XXI w. pojawia się, promowana przez Zielonych, konieczność stworzenia Zielonego Nowego Ładu, którego jednym z kluczowych elementów jest zielona polityka społeczna.

Jej esencję stanowi solidarność z „dziećmi i rybami, które nie mają głosu” – przyrodą, osobami wykluczonymi na globalnym Południu i rosnącą grupą wykluczonych na globalnej Północy oraz przyszłymi pokoleniami pomijanymi w bieżącej polityce.

Dostrzega ona, że do osiągnięcia dobrostanu konieczne jest stworzenie przestrzeni poszanowania praw człowieka (symbolizowane np. w dziedzinie mieszkalnictwa przez hasło „mieszkanie prawem, nie towarem”), a także włączenie w obręb myślenia o nowoczesnej polityce socjalnej nowych tematów, jak powszechne prawo do mobilności i wysokiej jakości żywności. Nie może ona być skuteczna, jeśli będzie się zapominać o konieczności integracji polityk sektorowych traktowanych dotychczas oddzielnie, np. Wspólnej Polityki Rolnej z polityką zdrowotną i ekologiczną. „Zieloni odrzucają neoliberalną globalizację, która zwiększa niepewność i konkurencję wszystkich ze wszystkimi. Solidarność i odpowiedzialność musi być podstawą włączającego i spójnego społeczeństwa” – czytamy w uchwale pt. Zielona wizja Europy socjalnej, przyjętej przez Europejską Partię Zielonych w Paryżu w 2008 r., jednym z najważniejszych dokumentów wyznaczających ramy zielonej polityki społecznej w UE.

Zielona Europa socjalna

„»Europa socjalna« nie może być ładnie brzmiącym dodatkiem do Jednolitego Rynku Europejskiego – podkreślają Zieloni we wspomnianej uchwale. – Obowiązkiem społeczeństwa jest stworzenie warunków do realizowania talentów i ambicji, do wyboru sposobu życia i do uczestnictwa swoich obywateli. (...) Wyzwania stojące przed europejskimi społeczeństwami są ogromne. Europa wygląda na bogatszą niż kiedykolwiek, lecz ubóstwo i wykluczenie społeczne rosną. Rzeczywistość jest taka, że ani Komisja Europejska pod rządami Barroso, ani konserwatywna większość dominująca w Radzie Unii Europejskiej i Parlamencie Europejskim, ani rządy narodowe nie odpowiadają na te wyzwania”.

Dokument wskazuje, że w zielonej polityce społecznej priorytetami są zapewnienie obywatelom i obywatelkom solidnego zabezpieczenia społecznego oraz możliwość samorealizacji z poszanowaniem ograniczeń zasobów planety i solidarności z jego obecnymi mieszkańcami i przyszłymi pokoleniami. Europejscy Zieloni nie dążą do tego, by celem UE było stworzenie państwa dobrobytu „w jednym rozmiarze pasującym wszystkim” („one size fits all”) i zastępującym kompetencje rządów krajowych, ale wierzą w rosnącą rolę Unii w tym politycznym obszarze. W tym sensie nie walczą o stworzenie ujednoliconego modelu polityki społecznej, ale raczej o wypracowanie obowiązującego minimum standardów, które państwo dobrobytu musi spełniać i które stanowi wyraz integracji społecznej jednoczącej się, socjalnej Europy.

Zieloni wskazują także obszary i sposoby działania zielonej polityki społecznej. Są to m.in.: „powszechne prawo do dochodu, do dostępnych cenowo mieszkań, opieki zdrowotnej, do edukacji, pracy, zdrowego środowiska, kultury itd. oraz gwarancji zabezpieczenia społecznego”, które obejmuje także sprawiedliwe wynagrodzenie, dobrą pracę i jej dostępność, wystarczające świadczenia dla tych, którzy ich potrzebują, trwałe i powszechne emerytury, swobodny dostęp do usług publicznych i społecznych, np. opieki nad dziećmi, ale także indywidualne prawo do wszystkich podstawowych dóbr i usług świadczonych w interesie ogólnym: energii, wody, mobilności (dzięki m.in. dobrze rozwiniętemu systemowi transportu publicznego), przestrzeni publicznej do wykorzystania przez dzieci i młodzież, wsparcia ekologicznej adaptacji prywatnych i publicznych budynków, zdrowej żywność oraz wysokiego poziomu przydatnych i pozbawionych barier usług wsparcia społecznego.

Zielona polityka społeczna a polska strategia rozwoju

Z powodu ograniczonej objętości niniejszego artykułu zdecydowałem się na wybór niektórych zagadnień spośród wielu prezentowanych wyżej. Skupiłem się na rynku pracy, opiece zdrowotnej, polityce demograficznej, kulturze i technologii oraz wymiarze europejskim polityki społecznej. Oprócz polskiego kontekstu pokrótce przedstawiam dużo śmielsze pomysły zielonych sił politycznych i progresywnych instytucji badawczych z całego świata. Warto o nich wspomnieć, by uzmysłowić sobie różnice w jakości życia i debaty publicznej oraz „tego, co wyobrażalne” w Polsce, a co gdzie indziej.

Za wyjściowy punkt porównawczy przyjąłem Raport Polska 2030. Wyzwania rozwojowe, przygotowany przez zespół ministra Michała Boniego. Stoi on w opozycji do ekopolitycznego spojrzenia na świat, opiera się bowiem na wieloletniej argumentacji ekonomicznych neoliberałów, że za niedostateczny rozwój gospodarczy kraju, mający doprowadzić do „ścieknięcia bogactwa w dół” do niższych klas społecznych, odpowiadają roszczeniowa kultura społeczna, sztywny kodeks pracy i wysokie obciążenia podatkowe. Autorzy raportu faworyzują model polaryzacyjno-dyfuzyjny, przeciwny modelowi zrównoważonego rozwoju, np. promują podtrzymywanie regionalnych dysproporcji rozwojowych i brak reakcji na wysoki poziom rozwarstwienia płacowego. Raport wskazuje, że walka z nierównościami może spowodować „dryf rozwojowy”, a tym samym doprowadzić do marnowania szans na zmianę Polski w kraj dobrobytu.

Analiza wyzwań rozwojowych w raporcie Boniego odbywa się bez jakiejkolwiek refleksji nad źródłami recesji. Jest za to zachwyt nad „twórczą destrukcją” spowolnienia gospodarczego, mającą mieć pozytywny wpływ na oczyszczenie się rynku. Wiele też zachwytów nad irlandzkim modelem rozwojowym, wspierającym pozyskiwanie inwestycji zagranicznych poprzez obniżkę podatków korporacyjnych, który uległ poważnemu załamaniu i pojawiły się w nim efekty uboczne, takie jak pęknięcie baniek spekulacyjnych w sektorach bankowym i mieszkaniowym, a także nietrafność inwestycji, które uznawano wcześniej za sztandarowe w jego obrębie.

Flexicurity po polsku, czyli jak zmarnować „złoty trójkąt”

Raport Boniego jest nasycony przykładami niewłaściwego podejścia do narzędzi polityki społecznej zalecanych w UE i promowanych w koncepcji Zielonego Nowego Ładu. Spójrzmy na sposób potraktowania systemu flexicurity. Ten system funkcjonowania rynku pracy – wspierany m.in. przez Europejską Partię Zielonych i realizowany w różnych formach np. w Finlandii, Szwecji, Danii i Holandii – łączy jego elastyczność (flexibility) z hojną siatką zabezpieczeń społecznych i finansowaniem programów szkoleń i przekwalifikowań (security). Jednak w zmutowanej wersji ekipy Boniego flexicurity przyjmuje nową formę: bardzo elastyczny rynek pracy ulega dalszemu uelastycznianiu przy jednoczesnym braku działań na rzecz zwiększania podnoszenia finansowania polityki społecznej, co pogłębia nierównowagę w stosunkach między pracownikiem a zatrudniającym – na korzyść tego drugiego. Dzieje się to w kraju, w którym 90% osób bezrobotnych nie ma dziś prawa do zasiłku, i w którym rośnie wykrywana przez Państwową Inspekcję Pracy liczba wypadków i zalegania z wypłatami.

Z punktu widzenia zielonej polityki społecznej wycofywanie się przez państwo z aktywnej polityki zatrudnienia w takiej sytuacji oznacza zgodę na nieefektywne funkcjonowanie rynku pracy, stawiające w gorszej sytuacji nie tylko pracowników i osoby poszukujące pracy, ale także małych i średnich przedsiębiorców, mających mniej zasobów umożliwiających konkurowanie z silniejszymi graczami rynkowymi, oraz niewydolnym państwem, niedofinansowanym z powodu m.in. obniżki podatków dochodowych i składki rentowej. Tymczasem w krajach o aktywnej polityce społecznej, jak wspomniana Dania, co roku od 25% do 35% osób zmienia pracodawcę, a ponad 70% badanych twierdzi, że zmiana pracy od czasu do czasu jest zjawiskiem korzystnym. System „złotego trójkąta”: elastycznego rynku pracy, hojnego państwa opiekuńczego i aktywnej polityki zatrudnienia oznacza, że pracownik/pracownica nie czuje przymusu szybkiego znajdowania byle jakiej pracy i zasilania szeregów „pracujących biednych”, ponadto może liczyć na pomoc w zmianie kwalifikacji.

Aby uzmysłowić sobie, co jest jednym ze źródeł dysproporcji pomiędzy Polską a Danią, warto porównać wyliczenia OECD dotyczące wydatków publicznych na rynek pracy w roku 2003. Dania wydawała wówczas na ten cel 4,42% PKB, w tym 1,74% na programy aktywne, jak finansowanie urzędów pracy, szkoleń, zachęt do zatrudnienia i integracji osób niepełnosprawnych, resztę zaś – na zasiłki i wcześniejsze emerytury. W Polsce w tym samym czasie wskaźnik wynosił 0,98% PKB, w tym na instrumenty aktywne zaledwie 0,16%. Dziś stopa bezrobocia w Danii, wedle danych Eurostatu, wynosi 6,9%, poniżej unijnej średniej 9,6% (w Polsce – 9,4%), a wskaźnik zatrudnienia kształtuje się na poziomie 75,7% (mężczyźni – 78,3%, kobiety – 73,1%), w Polsce 59,3% (mężczyźni 66,1%, kobiety 52,8%). Na takim rynku pracy, na którym poziom „uzwiązkowienia” wynosi mniej więcej 70%, a nie 15%, jak w Polsce, można mówić o równowadze między pracownikami a zatrudniającymi, umacnianej przez aktywne państwo.

Wskaźniki innych gospodarek, które zdecydowały się na podobne podejście, są równie zachęcające. Szwecja, z socjaldemokratycznym modelem kapitalizmu, swoją wersję państwa dobrobytu opiera na negocjacjach sektorowych między organizacjami pracodawców a organizacjami pracowników, które gwarantują im te same płace w różnych przedsiębiorstwach. Podmioty rynkowe, które nie są w stanie w takich warunkach utrzymać się na rynku, bankrutują i tworzą miejsce dla podmiotów nowych. Pracownicy takich firm mogą liczyć na podobne wsparcie, jakie otrzymują ich koleżanki i koledzy z Danii, a duża ilość pieniędzy przeznaczanych na badania i rozwój, w połączeniu z aktywną polityką rynku pracy, pozwala na utrzymanie stopy bezrobocia na przyzwoitym poziomie (8,5% w lipcu 2010 r., w tym 8,6% u mężczyzn i 8,5% u kobiet, w Polsce – odpowiednio 8,9% i 10,1%). Niski poziom nierówności między płciami związany jest z bardzo aktywną polityką gwarantowania równowagi między czasem pracy a czasem wolnym, z popularnością wykorzystywania urlopów rodzicielskich przez ojców oraz rozbudowaną opieką żłobkową i przedszkolną, w której uczestniczy 43% dzieci jednorocznych, 85% – dwu- i trzyletnich, 91% – cztero- i pięcioletnich oraz aż 97% sześciolatków. W Holandii – znajdującej się raczej w strefie wpływów konserwatywnej, kontynentalnej szkoły polityki społecznej – dużą uwagę poświęca się zapewnieniu odpowiedniej opieki prawnej osobom pracującym na zasadach innych niż praca etatowa.

To prawda, że systemy społeczne państw skandynawskich nie są idealne i kraje te mają swoje problemy, jak pojawienie się na rynku pracy osób młodych i pochodzących ze środowisk imigranckich. Problem w tym, że polskie status quo zapewnia dużo gorsze efekty społeczne, z 60% Polek i Polaków żyjących poniżej minimum socjalnego (wśród nich nie brakuje osób pracujących, otrzymujących niedostateczne wynagrodzenie) na czele. Jakakolwiek alternatywa – choćby przeniesienie na grunt polski pozytywnych rozwiązań z innych krajów europejskich – zdaje się niemożliwością dla polskich władz.

Kołnierzyki w kolorze zielonym – pierwsza i druga faza ZNŁ

Jednym z istotnych elementów koncepcji Zielonego Nowego Ładu jest przyznanie, że polityka państwa (także Unii Europejskiej) ma poważny potencjał tworzenia nowych miejsc pracy. Podczas wyborów w 2009 r. Zieloni w Niemczech przedstawili program stworzenia w ciągu 5 lat miliona nowych, zielonych miejsc pracy, w Czechach – 70 tysięcy, a w Anglii i Walii – ponad pół miliona. Wraz z rozwojem idei zielonych miejsc pracy poszerzała się definicja zawodów zaliczanych do „zielonych kołnierzyków”.

Pierwotnie określenie „zielone miejsca pracy” dotyczyło głównie „męskich” stanowisk w przemyśle i powiązanych usługach, jak budownictwo, transport zbiorowy, energetyka odnawialna, sektor surowcowy i recykling, a także w sektorze ochrony środowiska. W późniejszych rozwinięciach ZNŁ za zielone uznano także miejsca pracy tworzone w wyniku rozwoju polityki społecznej: w edukacji, opiece zdrowotnej, opiece nad dziećmi i osobami starszymi. Dużą rolę w tym procesie odegrał wpływ myśli feministycznej, zwracającej uwagę na istotną rolę „ekonomii opieki” w społecznej reprodukcji i podtrzymaniu systemu ekonomicznego.

W pierwszym etapie chodziło zatem głównie o przedstawienie alternatywy dla osób, które w wyniku przenoszenia ciężaru podatkowego na nieefektywne i zanieczyszczające sektory gospodarki miały tracić pracę, np. górników pracujących przy wydobyciu węgla czy pracowników przemysłu samochodowego. Amortyzowanie niekorzystnych skutków tych zmian stało się możliwe np. dzięki aktywnej polityce podnoszenia efektywności energetycznej budynków, co spowodowało zmniejszenie liczby miejsc pracy w górnictwie jednocześnie ze zwiększeniem zatrudnienia np. przy termomodernizacji domów. Wystarczy spojrzeć na przykład niemiecki: w wyniku rządów koalicji SPD i Zielonych (w latach 1998–2005) w sektorze energetyki odnawialnej pracuje dziś ponad ćwierć miliona osób, a wedle szacunków ta liczba z upływem czasu będzie większa niż liczba zatrudnionych w eksportowej chlubie państwa – przemyśle samochodowym. Duża w tym zasługa gwarantowanej przez państwo wysokiej taryfy skupu energii ze źródeł odnawialnych. W całej Unii Europejskiej w ekologicznym sektorze zarządzania odpadami i surowcami oraz w wytwarzaniu energii zatrudnionych było w 2007 r. 3,4 miliona osób, w samochodowym – 2,7 miliona, a w chemicznym – 2,4 miliona. Także w Polsce pojawiają się przykłady „zazieleniania” zakładów pracy, ale nie są one efektem aktywnej, zintegrowanej polityki państwa. Są raczej jednostkowymi przykładami walki przedsiębiorców ze złą polityką lub jej brakiem, jak tworzenie wież do wiatraków w Stoczni Gdańskiej.

Jak z tej perspektywy wygląda sytuacja w Polsce? Badania Instytutu na rzecz Ekorozwoju wskazują, że są możliwości, aby Polska szła drogą bardziej zrównoważonej energetyki i zielonej gospodarki niskowęglowej. Gdyby od dziś wykorzystywać jedynie opłacalne ekonomicznie inwestycje w efektywność energetyczną i odnawialne źródła energii, z poszanowaniem terenów chronionych przyrodniczo, to do 2030 r. można by zaspokoić 44% zapotrzebowania energetycznego Polski. Tymczasem średni poziom wykorzystania owych możliwości wynosi zaledwie 18% w wypadku OZE. Wielka szkoda, bo produkcja 1 terawatogodziny (Twh) preferowanej przez rząd Donalda Tuska energii jądrowej tworzy jedynie 75 miejsc pracy, z ropy i gazu – 250 do 265, z węgla – 370, a z wiatrowej – od 918 do nawet 2,4 tysiąca. Ten ostatni sektor w 2007 r. zatrudniał w Niemczech prawie 74 tysiące, w Danii – 21 tysięcy, a w Hiszpanii – 35 tysięcy osób.

Drugi etap rozwoju zielonych miejsc pracy i poszerzenie ich o nowe usługi publiczne rozpoczęło się wraz z rozwojem sytuacji ekonomicznej i pogłębianiem się kryzysu gospodarczego, a także na skutek pogłębionych dyskusji i analiz progresywnych think-tanków. Argumentowano, że w epoce zastępowania towarów usługami, gospodarki opartej na wiedzy, nie wolno zapominać o usługach publicznych gwarantujących prospołeczny charakter przemian. Druga faza myślenia o Zielonym Nowym Ładzie w kontekście społecznym zaczęła więc większą uwagę skupiać na takich sektorach, jak ochrona zdrowia i opieka, edukacja oraz badania i rozwój, jednocześnie z działaniami na rzecz większego udziału kobiet w sektorach tradycyjnie męskich. Ich celem jest m.in. podnoszenie jakości życia oraz zwiększanie kapitału ludzkiego i społecznego, a przez to – zwiększanie spójności społecznej będącej kluczowym elementem zrównoważonego rozwoju.

W Polsce w każdej z wymienionych wyżej dziedzin pozostaje wiele do zrobienia. Wystarczy wspomnieć niskie nakłady na zdrowie, niskie wskaźniki dzieci objętych opieką żłobkową i przedszkolną (w wypadku czterolatków jedynie 41%; w grupie dzieci od 3 do 5 lat – 62% w miastach i 19% w gminach wiejskich), niską jakość usług pomocy społecznej i niewielkie wydatki na B+R – 0,56% PKB, podczas gdy w gospodarkach innowacyjnych, jak Szwecja czy Finlandia, kształtuje się on w przedziale 3,5–4%. Co ciekawe, w dokumencie Polska 2030 chęci zwiększania publicznych nakładów na badania i rozwój nie widać, w przeciwieństwie do sugestii wprowadzenia opłat za studia oraz prywatnego zatrudniania niań do opieki nad dziećmi, na co oczywiście stać tylko nielicznych.

Zapobiegać i leczyć

Na stan zdrowia nas wszystkich wpływ mają takie czynniki, jak jakość miejsc pracy, poziom obciążenia pracą i możliwości godzenia jej z życiem prywatnym, aktywny odpoczynek, jakość żywności, a także stan środowiska. Polityka ma znaczący wpływ na każdą z tych dziedzin, a aktywne działania mogą zmniejszyć ciężar wydatków na leczenie i ograniczyć ludzkie cierpienie. Każda z nich jest elementem składowym nowoczesnej profilaktyki, zapobiegania powstawaniu chorób, prowadzącej do poprawy jakości życia i redukującej koszty opieki zdrowotnej. W dyskusjach na temat reformy opieki zdrowotnej w Polsce priorytetami pozostają kwestie struktur finansujących system zdrowotny i skupianie się na finansowaniu powrotu do zdrowia, zamiast zapobiegania chorobom. Zmiana optyki wymagałaby dostrzeżenia wzajemnych powiązań problemów społecznych, a co za tym idzie – przygotowania kompleksowej wizji funkcjonowania państwa. Coraz częściej zauważa się, że biedzie i wykluczeniu towarzyszą degradacja ekologiczna i słabe wskaźniki zdrowotne. Postępujące globalne przemiany cywilizacyjne sprawiają, że obok tradycyjnych, wymagających korekty nierówności terytorialnych zaczynają się pojawiać nowe, związane z procesem segmentacji przestrzeni miejskiej. Jakość życia w „złych” i „dobrych” dzielnicach zaczyna bardzo istotnie się różnić. Na przykład w Warszawie różnica długości życia u mężczyzn może wynieść aż 16,1 lat (65,7 na „złej” Pradze Północ i 81,8 w „dobrym” Wilanowie), a u kobiet – 14,1 (odpowiednio 76,2 i 90,3 lat).

Trudno o profilaktykę, jeśli w szkołach młodzi ludzie już od najmłodszych lat są pozbawieni narzędzi do dbania o własne zdrowie. Nadal nie w każdej szkole jest stała opieka lekarska i dentystyczna (przywrócenie tego obowiązku, zarzuconego po 2002 r., jest od lat stałym postulatem środowisk pediatrycznych i mógłby być ważnym sposobem likwidacji i diagnozy deficytów rozwojowych). Trudno o programy wykraczające poza zakres obowiązkowych szczepień i coraz bardziej krytycznie ocenianej fluoryzacji, a zajęcia z wychowania do życia w rodzinie, nierzadko prowadzone przez szkolnych katechetów, nie tylko w ocenie uczennic i uczniów dalekie są od przekazywania obiektywnej wiedzy na temat chociażby antykoncepcji czy orientacji psychoseksualnych. Brak refleksji chociażby nad propozycją dr. Macieja Gduli z Uniwersytetu Warszawskiego dotyczącą wprowadzenia do programów szkolnych przedmiotu „zdrowie”. Trudno o tworzenie warunków do promowania aktywności fizycznej, jeśli dla wielu dobrze uczących się osób takie zajęcia stanowią połączenie ryzyka pogorszenia średniej i stygmatyzacji grupy. Ich małe urozmaicenie przyczynia się ponadto do powstania zjawiska załatwiania dzieciom przez rodziców zwolnień lekarskich. Zwiększanie liczby godzin wychowania fizycznego bez próby zmierzenia się ze wspomnianymi wyzwaniami i poszukiwania możliwości ich przezwyciężenia (np. przez popularyzację zajęć jogi, wycieczki krajoznawcze czy możliwość zaliczenia godzin lekcyjnych poza szkołą) może spowodować dalsze pogorszenie się wskaźnika osób czynnie uczestniczących w zajęciach. Nie ma też żadnych przepisów określających minimalny udział warzyw, owoców (czy szerzej – żywności wegetariańskiej) w żywności sprzedawanej w szkolnych sklepikach i stołówkach. Brakuje przepisów prawnych ograniczających reklamowanie „śmieciowej żywności” w mediach i jej sprzedaż w szkołach. Jednocześnie zarówno w działaniach profilaktycznych i leczeniu, jak i szerzej – w całości polityki społecznej, brak świadomości, że powszechności praw człowieka, w tym praw socjalnych, towarzyszy postępująca indywidualizacja potrzeb. W tego typu warunkach najlepszym typem systemu świadczeń społecznych zdaje się taki, który łączy elementy uniwersalne (dostępność niezależnie od poziomu dochodów) z indywidualizacją (dostosowaniem do jednostkowych, różnorodnych potrzeb). System selektywny, wykluczający określone osoby i grupy, uzasadniany był przez lata argumentami o kosztowności świadczeń powszechnych, okazało się jednak, że koszty obsługi biurokracji, opiniującej, czy ktoś zasługuje na pomoc czy nie zasługuje, okazały się równie wysokie, dodatkowo zmuszając część osób do rezygnacji ze świadczeń. Przymusowe ujednolicanie systemów społecznych, zamiast ich dostosowywania do realiów, powoduje obniżenie jakości i poziomu zadowolenia z ich usług. Jak bowiem – powracając na chwilę do przykładu osób młodych – przygotować skuteczną kampanię profilaktyczną, jeśli w Raporcie o stanie zdrowia mieszkańców Warszawy czytamy, że inne w rozbiciu na płcie jest natężenie takich zjawisk, jak brak regularności w jedzeniu śniadania (problem dla 36,6% badanych dziewcząt i 22,6% chłopców), jedzenia niedostatecznej ilości warzyw i owoców (71,2% młodych mężczyzn jada rzadziej niż codziennie warzywa, a 66,4% – owoce; u młodych kobiet odpowiednio 52,4 i 55,1%).

Nie sposób ukryć, że poziom wydatków na opiekę zdrowotną w Polsce jest niewystarczający, by zapewnić odpowiednią jakość świadczonych usług. W 2006 r. całkowite wydatki na ten cel wyniosły w Polsce 6,2% PKB, w Czechach – 6,9%, na Węgrzech – 8,3%, w Portugalii – 9%, a w Niemczech – 10,6%, jeśli zaś chodzi o wydatki publiczne, to w 2008 r. ich udział w Polsce wynosił 5,1%, a np. w Szwecji 7,7%, w Niemczech – 8,1%, we Francji – 8,7%. Rzecz jasna – jak pokazuje przykład Stanów Zjednoczonych, gdzie wydatki zdrowotne stanowią aż 16% PKB – ich poziom nie zawsze jest równoznaczny z jakością opieki medycznej. Dochodzi do tego wiele innych kwestii, związanych chociażby z podziałem środków na płace, do tej pory dużo bardziej korzystnym dla lekarzy niż dla pielęgniarek. Tymczasem – wraz ze zmianami demograficznymi –należy się spodziewać wzrostu znaczenia opieki pielęgniarskiej, będącej bliżej pacjentki/pacjenta i użytecznej chociażby w wypadku odwiedzania osób starszych (w Polsce pracuje tylko 226 geriatrów, w Szwecji – ponad 700; w Polsce wydatki na opiekę socjalną wynoszą 0,25% PKB, unijna średnia to 0,5%, w Szwecji – 2,7%) poza szpitalem zamiast droższej i bardziej ograniczającej hospitalizacji. Aby skutecznie myśleć o rozwoju „ekonomii opieki” i przesunięciu akcentów w systemie z leczenia szpitalnego na usługi społeczne należy – tak jak w wypadku profilaktyki – zapewnić na te cele odpowiednie środki. Tymczasem aktualny ich podział sprawia, że na 1000 osób przypada w Polsce 5 pielęgniarek i położnych (w Czechach – 8,1, na Węgrzech – 8,6, we Francji – 7,5, w Wielkiej Brytanii – 9,2, w Niemczech – aż 9,6). Coraz bardziej powszechne jest opisywane w wielu publikacjach Think Tanku Feministycznego zjawisko emigracji wykwalifikowanych pielęgniarek do Skandynawii albo do Włoch, gdzie często muszą potwierdzać kwalifikacje, a nawet podejmować pracę poniżej kwalifikacji. Bez zwrócenia większej uwagi na poprawę warunków pracy pielęgniarek i położnych – niezbędną, jeśli chce się podtrzymać zainteresowanie tym zawodem i powstrzymać masową migrację reprezentantek i reprezentantów tego sfeminizowanego zawodu do krajów zachodnich i niezbędną jako inwestycja w przyszłość, związana z koniecznością zapewnienia opieki i odpowiedniego stanu zdrowia osób starszych, zjawisko wyjazdów na Zachód osób wykonujących wyżej wymienione zawody będzie się nasilać. Ważnym problemem do rozwiązania w najbliższym czasie będą też koszty refundacji cen leków obciążające budżet państwa (30% wydatków NFZ) oraz leków generycznych, zwalczanych za pomocą praw patentowych skupionych raczej na ochronie zysków niż na zaspokajaniu prawa człowieka do zdrowia. To tylko kilka z wielu problemów, które wymagają rozwiązania w tym sektorze – odpowiedni „mix” wzrostu nakładów i przeniesienia środka ciężkości z leczenia na wielowymiarowe zapobieganie (uwzględniające profilaktykę, poprawę stanu środowiska oraz warunków pracy i wypoczynku) powinien przyczynić się do poprawy jakości usług.

Kryzys Europy, a nie modelu społecznego

Zmierzch europejskiego systemu zabezpieczeń socjalnych zapowiadany jest co najmniej od lat 90. XX w. Najbardziej narażony jest obecnie jego liberalny typ, a to ze względu na cięcia budżetowe w wydatkach publicznych (od 25% do nawet 40%) planowane przez nowy brytyjski rząd konserwatystów i liberalnych demokratów. Po okresie pakietów stymulacyjnych do mody powróciła kwestia szybkiej redukcji deficytu, która równie dobrze może ustabilizować finanse publiczne, co doprowadzić do drugiego etapu recesji (w czasie pisania tego artykułu ekonomistki i ekonomiści dalecy byli od jednomyślności w kwestii interpretowania danych napływających z głównych rynków światowych). Spore cięcia szykują się na europejskich „półperyferiach”, np. w Grecji. W wyniku wieloletnich zaniedbań (będących mieszanką nieegalitarnego systemu fiskalnego, niskiej ściągalności podatków i dość sporych i nieefektywnych wydatków publicznych, jak niezwykle wysoki jak na europejskie standardy budżet wojskowy) kraj ten został zmuszony do podporządkowania się żądaniom instytucji międzynarodowych, chętnie stosujących cięcia wydatków, a dużo mniej chętnie – trwałe zwiększanie dochodów państwa. Niestabilna sytuacja Grecji tworzy niepewność wobec sytuacji europejskich krajów grupy PIGS (Portugalii, Irlandii, Grecji i Hiszpanii) spowodowaną nawarstwieniem się różnych form długu, zarówno publicznego, jak i prywatnego, a w wypadku Hiszpanii – dodatkowego pęknięcia bańki na rynku nieruchomości i sięgającego 20% poziomu bezrobocia. Wcześniej kryzys bardzo dotkliwie uderzył w kraje bałtyckie, do tej pory przez neoliberałów stawiane za wzór – z powodu niskich wydatków publicznych i wprowadzenia podatku liniowego. Dziś zachwytów już nie słychać. Sytuacja euro, wspólnej waluty państw prowadzących nierzadko odmienne polityki gospodarcze, nadal nie jest stabilna. Kryzys ekonomiczny nałożył się na trwający od dłuższego czasu kryzys polityczny w Unii Europejskiej. Nawet ostateczne osiągnięcie konsensusu w postaci traktatu lizbońskiego nie przyniosło znaczącej poprawy sytuacji. Dotychczasowe projekty, mające się przyczynić do poprawy spójności kontynentu, jak strategia lizbońska, z powodu braku sankcji za niepowodzenia poszczególnych rządów w jej implementacji były jedynie zbiorem pobożnych życzeń. Najnowszemu projektowi – Europa 2020 – grozi taki sam los, tym bardziej, że już się pojawiły zasadnicze zastrzeżenia dotyczące niezbyt ambitnie zakreślonych w nim celów ekologicznych i społecznych.

Zielona Europa Socjalna – uda się?

W artykule o przyszłości Europy do roku 2050 Ryszard Szarfenberg przywołuje cztery możliwości rozwoju sytuacji: leseferystyczne osłabianie prawa wspólnotowego, renacjonalizację polityk socjalnych, powrót do ambitnego planu wspólnotowego bliższego temu z lat 60. XX w. i negocjowanie zupełnie nowej umowy społecznej.

Z punktu widzenia zielonej polityki obecne elity unijne, reprezentowane głównie przez Komisję Europejską, zdają się przychylać do tego pierwszego scenariusza, państwa członkowskie – do drugiego, trzeci wydaje się odzwierciedlać nastroje części „starej lewicy”, a najbardziej zielony wydaje się projekt ostatni. Polityka socjalna nie przetrwa bez jej „zazielenienia”, kreślącego granice wytrzymałości globalnego ekosystemu. Zielony Nowy Ład jest najbardziej przekonującą narracją w tym nurcie, świadomą nieodwracalnych zmian społecznych i ekonomicznych wynikających z globalizacji i nadwyrężania przez człowieka ograniczonych możliwości regeneracji planetarnego ekosystemu. Świadomą również tego, że to właśnie „stare państwo dobrobytu”, z jego społecznym konserwatyzmem i „efektami zewnętrznymi” w postaci chociażby kolonialnego wyzysku czy też podtrzymywania patriarchalnych stosunków w gospodarstwach domowych, zrodziło ruch 1968, dzięki któremu powstały partie ekopolityczne Mają one za swój cel doprowadzić do zmiany status quo na taki, w którym prawa człowieka, ludzki indywidualizm, solidarność, empatia i troska o środowisko znajdą swoje odzwierciedlenie w rachunku ekonomicznym. O zrozumieniu tej narracji mogą świadczyć wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego w 2009 r., podczas których większość partii Zielonych poprawiła swoje wyniki, dzięki czemu grupa Zielonych/Wolnego Sojuszu Europejskiego została czwartą polityczną siłą w Parlamencie Europejskim, a także najnowsze sondaże przedwyborcze w Niemczech: formacja Claudii Roth i Cema Oezdemira notuje w sondażach od 16 do 21% poparcia. Duża w tym zasługa coraz szerszych sojuszy, także w obrębie społeczeństwa obywatelskiego, zwłaszcza dialogu między organizacjami ekologicznymi, globalnymi ruchami sprawiedliwości społecznej i klimatycznej, postępowymi organizacjami przedsiębiorców i związkami zawodowymi, organizującymi wspólne konferencje i demonstracje.

Zielony Nowy Ład ma jeszcze jedną zaletę – ma podstawy w zielonej polityce, a jednocześnie jest ideą żywą, dostosowującą się do lokalnych kontekstów i do rozwoju międzynarodowej sytuacji gospodarczej. W jego sekcji społecznej pojawia się wiele interesujących koncepcji, które wcześniej nie przebijały się szerokim nurtem do publicznej debaty w Polsce. Wśród dyskutowanych kwestii znajdują się m.in. zasadność i możliwość wprowadzenia minimalnego dochodu gwarantowanego – bezwarunkowego transferu pieniężnego, mającego zastąpić dotychczasowe formy wsparcia, pozwolić na bardziej spokojną zmianę pracy albo podejmowanie pełnowymiarowej pracy wolontariackiej, oraz kwestia skrócenia czasu pracy, aby sprawiedliwiej dzielić dostęp do niej w społeczeństwie. W tym pomyśle przoduje brytyjska Fundacja Nowej Ekonomii, która wydała niedawno broszurę 21 godzin, uzasadniającą, że wypracowanie takiego elastycznego systemu (w którym można by pracować przez określony czas dłużej lub krócej) przyczyniłoby się do zmniejszenia różnic w społecznym podziale pracy między płciami, umożliwiłoby późniejsze przechodzenie na emeryturę z powodu mniejszego obciążenia obowiązkami zawodowymi, a także przeznaczanie większej ilości czasu na działalność społeczną. Pomysł ma się wpisać w szerszą, promowaną przez wspomnianą Fundację, koncepcję „wielkiej transformacji” społeczeństwa i gospodarki, dopasowującej je do ograniczonych możliwości ekosystemów. Opiera się też na pierwszych eksperymentach związanych z wprowadzaniem 35-godzinnego tygodnia pracy we Francji i czterodniowego tygodnia pracy w niektórych amerykańskich miastach, wypróbowywanych w momentach bardzo wysokich cen ropy naftowej, w ostatnich latach i wcześniej, w okresie kryzysu naftowego lat 70. XX w. W obrębie progresywnych ośrodków badawczych trwają także bardzo intensywne rozważania, czy mierzony dotychczasowymi wskaźnikami nieograniczony wzrost gospodarczy w warunkach ograniczoności zasobów planety w ogóle może być zielony.

Zarówno Unia Europejska, jak i poszczególne państwa członkowskie muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, w jaki sposób najlepiej świadczyć usługi publiczne dla dobra obywatelek i obywateli. Do tej pory, oprócz dość ogólnikowych pomysłów koordynacji i wymiany dobrych praktyk, jedynymi mocniej dyskutowanymi kwestiami były: dyrektywa Bolkesteina, która w wyniku nacisków społecznych w ostatecznej wersji odeszła od promowania „wolnej amerykanki” w takich sektorach, jak zdrowie czy edukacja, oraz idea europejskiej płacy minimalnej, w polskich mediach zrównana z błotem jako przykład działania na rzecz ograniczania konkurencyjności państw członkowskich, nie zaś jako dążenie do zapewnienia wszystkim obywatelkom i obywatelom UE prawa do godnej płacy. Jednocześnie stoimy w obliczu istotnych przemian w polityce społecznej, o czym w publikacji "Jaka Polska 2030?" pisał Rafał Bakalarczyk. Nacisk przenoszony jest z bezpośrednich transferów pieniężnych na zapewnianie powszechnej dostępności wysokiej jakości usług. To ważne w polskim kontekście; w Polsce – w przeciwieństwie do Szwecji – nie ma sprzyjającego klimatu politycznego dla wysokich świadczeń i większej spójności społecznej. Zapewnienie dobrej jakości transportu zbiorowego, czystego środowiska czy opieki medycznej jest tu jednocześnie zmniejszaniem nierówności i budowaniem zaufania do państwa i jego instytucji, niezbędnego dla legitymizacji bardziej aktywnej jego obecności w różnych sektorach. Przykładem takiego podejścia mogłaby być próba zastąpienia „becikowego” darmowym transportem publicznym dla dzieci do lat 16. Ponieważ dzieci pracować nie mogą, trudno zrzucać na nie winę za sytuację ekonomiczną, w której się znajdują, tymczasem wydatki na ich dojazd do szkoły stanowią obciążenie budżetu rodziców, nierzadko uniemożliwiające edukację w lepszych szkołach. Ulgowy bilet miesięczny na komunikację miejską w Warszawie kosztuje 39 zł, w Krakowie – od 43,60 do 94 zł, w Przemyślu – od 31 do 41 zł. Koszty rosną w zależności od liczby dzieci w rodzinie, rodzaju transportu (ceny biletów kolejowych są inne). Ponadto wiele dzieci dojeżdża ze strefy podmiejskiej, a bilet ważny jednocześnie na strefę miejską i podmiejską jest odpowiednio droższy. Oprócz wymiaru socjalnego – zapewnienia egalitarnej mobilności – dyskusja nad takim postulatem pokazałaby jeszcze jego ekologiczny wymiar: wyrabianie nawyku korzystania z komunikacji zbiorowej zamiast posługiwania się własnym samochodem.

Szczególnie ważne są działania władz lokalnych, z definicji najbliższych ludziom. Wymownym przykładem jest program „Kawa za złotówkę” na warszawskim Żoliborzu. W wyniku porozumienia lokalnego ośrodka pomocy społecznej z restauratorami osoby starsze w określonych godzinach mogły za symboliczną kwotę napić się kawy lub herbaty w towarzystwie znajomych zamiast siedzieć samotnie w domu. Niezbędne staje się zwiększenie uczestnictwa lokalnych społeczności w funkcjonowaniu lokalnych instytucji społecznych, takich jak domy kultury czy urzędy pracy. Doświadczenia bezrobotnych, w Wielkiej Brytanii czy w polskim Krośnie, są bardzo podobne – oczekujący na pomoc traktowani są paternalistycznie, niewiele osób słucha, co mają do powiedzenia, ponadto nie otrzymują oni takiego wsparcia, na jakie oczekują. Wszystkie te kwestie mogą – i powinny – być tematem europejskiej debaty, a ponieważ coraz wyraźniej widać rosnącą rolę miast w globalnym systemie społeczno-ekonomicznym, instytucje europejskie muszą poszukać takich mechanizmów pogłębiania wzajemnych relacji i wymiany doświadczeń między poszczególnymi miejscowościami, co mogłyby się przyczynić do poprawy jakości życia i usług publicznych na najbardziej bliskim ludziom, lokalnym szczeblu. Jeśli europejski sen ma trwać, ten postulat musi się urzeczywistnić.

Podziękowania

Artykuł byłby znacznie uboższy, gdyby nie pomoc doktora habilitowanego Ryszarda Szarfenberga z Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego oraz możliwość skorzystania z prowadzonej przez niego bazy internetowej tekstów dotyczących polityki społecznej, a także Rafała Bakalarczyka, którego cenne rady i zainteresowanie tematem pozwoliły na wyklarowanie się ostatecznej wersji tekstu. Bardzo serdecznie im za to dziękuję.

4 marca 2011

Emerytalny pat

System emerytalny oparty na indywidualnym oszczędzaniu skrojony jest pod tradycyjny model kariery zawodowej mężczyzny.

W ferworze debaty o OFE zwyciężył dogmatyzm. O sens reformy, która solidarność międzypokoleniową zastąpiła indywidualną maksymalizacją zysku, nikt nie pyta. Mało kto ma odwagę przyznać, że wyklucza ona wiele osób i funduje im ubóstwo na starość. Przede wszystkim kobietom.

Jej twórcy tłumaczą, że nie wszystkie założenia zostały spełnione przez kolejne rządy. Nie zreformowano KRUS, nie zrównano wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, zastopowano prywatyzację, która miała być głównym źródłem finansowania reformy. Jednym słowem, to politycy skrewili.

Na bok odsuwa się pytanie, czy obowiązujący od 1999 r. system zapewni przyszłym emerytkom i emerytom godną starość. Czy będą w stanie opłacić czynsz, jedzenie, lekarstwa, podstawowe usługi? Czy oszczędzanie w II filarze się opłaci? Czy po długim i wytężonym życiu zawodowym stać nas będzie na wakacje pod palmami? A przecież takimi właśnie obrazkami zachęcano ludzi (tych, którzy mogli wybierać) do przekazywania części składek do prywatnych funduszy. Mieliśmy uwierzyć w magię rynku.

Tymczasem ruszyły pierwsze wypłaty z OFE. Pierwsza emerytka otrzymała z II filara emeryturę w wysokości 23,65 zł miesięcznie. To dlatego, że miała najniższe wynagrodzenie i za krótko oszczędzała na prywatną emeryturę. Bo w nowym systemie o wysokości świadczeń decyduje staż pracy i wysokość zarobków. Szansę mają młodzi, przedsiębiorczy i świetnie uposażeni. System premiuje indywidualną rzutkość, wyabstrahowaną z realiów rynku pracy. Kto zarabia mniej, ma więcej przerw w pracy czy to z powodu bezrobocia czy trudności w znalezieniu zatrudnienia, albo dlatego, że zajmuje się dziećmi, pracuje krócej albo w niepełnym wymiarze godzin, na umowy zlecenia i o dzieło, nie ma co liczyć na kokosy. Tak się składa, że tym kimś są głównie kobiety.

Odejście od systemu ubezpieczeń społecznych opartego na solidarności międzypokoleniowej najboleśniej uderzyło w kobiety. Dawniej okresy opieki nad małym dzieckiem traktowano jak okresy pracy. Dlatego różnica w wieku emerytalnym kobiet i mężczyzn nie wpływała radykalnie na wysokość świadczeń: różnica wynosiła 4 punkty procentowe. Dziś są to okresy nieskładkowe. Emerytury kobiet są niższe od emerytur mężczyzn średnio o ok. 30%, a w przyszłości będą jeszcze niższe. Z przeprowadzonych symulacji wynika, że w 2020 r. stopa zastąpienia (czyli relacja emerytury do ostatniego wynagrodzenia) w przypadku emerytur kobiet będzie wynosiła 31%, a mężczyzn – 59%. Policzmy zatem: przy wynagrodzeniu 2000 zł brutto będzie to odpowiednio 620 zł i 1180 zł.

Mimo tych alarmujących wieści, które od czasu do czasu chyłkiem przemkną przez media, pomysł, aby zrównać wiek emerytalny kobiet i mężczyzn, nie cieszy się akceptacją. W badaniach CBOS z kwietnia 2010 r. poparło go 25% ankietowanych ubezpieczonych w nowym systemie, przeciw było 71%, w tym aż 82% kobiet. Wcześniejsze przechodzenie kobiet na emeryturę traktuje się jako swoistą rekompensatę za podwójny etat – w pracy płatnej i w domu. Mówi się też, że kobiety potrzebne są rodzinie: mają zająć się wnukami, schorowanymi rodzicami. Trudno się zresztą temu dziwić, skoro brakuje publicznych żłobków i przedszkoli czy usług związanych z opieką nad osobami starszymi. W takim układzie babcia staje się prawdziwą wyręką dla wielu rodziców, których nie stać na prywatną opiekunkę do dziecka. A nieodpłatna praca kobiet podporą wielu gospodarstw domowych, na które państwo przerzuciło koszty związane z reprodukcją i opieką.

Kwestia emerytur jest ściśle powiązana z rynkiem pracy i całościową polityką społeczną państwa. System emerytalny oparty na indywidualnym oszczędzaniu skrojony jest pod tradycyjny model kariery zawodowej mężczyzny, pracującego nieprzerwanie przez 40 lat. Tymczasem w Europie coraz częstsze jest nietypowe zatrudnienie. W ramach cięć kosztów pracy ludzi zmusza się do akceptacji umów cywilnoprawnych. Mają coraz dłuższe przerwy w zatrudnieniu. Ok. 30% kobiet w Unii Europejskiej w wieku produkcyjnym jest nieaktywna zawodowo lub zmuszona pracować w niepełnym wymiarze, bo nie mają z kim zostawić dzieci. Wiele kobiet pracuje w zawodach nisko opłacanych, bo tak się składa, że te związane z opieką są najniższej wyceniane. Choćby chciały, nie mają jak oszczędzać. Prywatne fundusze emerytalne karzą kobiety za płeć. Ponieważ statystycznie żyją one dłużej, muszą płacić wyższe składki na ubezpieczenie, choć przecież o długości życia nie decyduje tylko płeć, lecz styl życia, warunki pracy, ubóstwo, zdrowie i stres.

Modernizując system emerytalny, warto powrócić nie tylko do modelu opartego na solidarności międzypokoleniowej, lecz także budować go w oparciu o solidarność między płciami. Ta solidarność będzie wymagała nie tylko zrekompensowania kobietom okresów opieki nad dzieckiem i uznania ich za normalny okres pracy, lecz przede wszystkim naprawdę równego podziału obowiązków, większego zaangażowania mężczyzn (np. poprzez wydłużenie urlopów ojcowskich), bardziej sprawiedliwej wyceny prac związanych z opieką i zniesienia nierówności płacowych. Samo zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn problemu nie rozwiąże.

Agnieszka Grzybek – feministka, tłumaczka i redaktorka, członkini Rady Krajowej Zielonych 2004, współzałożycielka Porozumienia Kobiet 8 Marca, organizującego od 2000 r. warszawskie Manify, działaczka Kongresu Kobiet. Artykuł jest elementem najnowszego, przygotowanego na Dzień Kobiet, wydania Zielonych Wiadomości, dostępnego do pobrania na nowej stronie internetowej gazety.

3 marca 2011

Dlaczego nie płaczę po irlandzkich Zielonych?

W natłoku innych, ważnych tematów czas na powyborczą analizę wyników wyborów parlamentarnych w Irlandii nadszedł dość późno po ogłoszeniu wyników. Czekanie na ostateczny rozkład mandatów w izbie niższej "zielonej wyspy" trochę potrwało, teraz wiemy jednak, że chadecka Fine Gael nie będzie miała samodzielnej większości i będzie musiała bądź to porozumieć się z mającą rekordowo dużą reprezentację Partią Pracy, albo przekonać do siebie większość spośród niezależnych posłanek i posłów. Powyborcze rozmowy liderów tych partii - Endy Kenny'ego oraz Eamona Gilmore'a trwają, trwa też lizanie ran dotychczas współrządzących krajem partii. Fine Gael, zgodnie z oczekiwaniami, spadła na trzecie miejsce i ma niewiele więcej mandatów niż socjalistyczna Sinn Fein, choć głosów tak znowu dużo mniej niż Partia Pracy nie miała. Wynika to z faktu, że dostawała ona bardzo mało drugich i kolejnych preferencji od osób głosujących na inne formacje. Zieloni nie tylko wypadli z parlamentu, ale otrzymali wyborczy wynik poniżej dwuprocentowego progu, uprawniającego do finansowania działalności z publicznych pieniędzy.

36,1% Fane Gael przełożyło się na 76 ze 166 mandatów - 8 za mało, by mieć bezwzględną większość. Socjaldemokraci zdobyli 19,4% społecznego poparcia i 37 miejsc w parlamencie, Fianna Fail - 17,4%, co dało im miejsc 20, Sinn Fein, z wynikiem 9,9%, zdobyła ich 14, kandydatki i kandydaci niezależni dzięki poparciu na poziomie 12,6% mają teraz 15 mandatów. Dodatkowo po dwa zdobyły małe formacje skrajnej lewicy - Partia Socjalistyczna i "Ludzie Przed Zyskami", które wraz z inną, małą, niezarejestrowaną jako partia formacją startowały jako Zjednoczony Sojusz Lewicy będą miały ich łącznie 5 (jedna z osób z tej piątki w wyborczych statystykach liczona jest jako niezależna), dzięki łącznemu poparciu na poziomie nieco ponad 2,2%. Choć wybory wygrała partia centroprawicowa, nie sposób zauważyć dość silny społeczny skręt w lewo - 4 lata temu ugrupowania, które możemy określić mianem progresywnych (Partia Pracy, Sinn Fein i Zieloni, choć ich status w tym gronie - o czym za chwilę - może być nieco wątpliwy) zdobyły 30 miejsc, dziś zaś, wraz ze Zjednoczonym Sojuszem Lewicy, okupują ich aż 56.

Zieloni nie mieli szans - jeszcze rano, gdy zaprezentowano pierwsze wyborcze prognozy, dające im 2,7% głosów, pewne szanse na utrzymanie dwóch mandatów w Dublinie były. Kiedy ostatecznie policzono "pierwsze preferencje" (a więc uszeregowano karty wyborcze wedle tego, jakie partie i osoby kandydujące były uznane przez osoby głosujące za najbliższe ich poglądom), wskaźnik ten okazał się zawyżony. 1,8% poparcia nie sposób uznać za cokolwiek innego, niż porażkę, która automatycznie łączy się nie tylko z mniejszą, polityczną widocznością, ale też ze sporymi problemami z utrzymaniem partyjnego biura. Jak donosi Greenyourope, widmo bezrobocia zawisło nad 9 pracującymi w nim osobami. Ponieważ mandatu nie zdobyła także podobna do Zielonych inicjatywa - Fis Nua - bliskie im tematy będą miały trudności z byciem wyartykułowanymi w lokalnym parlamencie. Tematy ekologiczne traktowane były w tych wyborach marginalnie, a ekonomia i skutki polityki oszczędnościowej, spłacania pakietów ratunkowych i redukcji zadłużenia publicznego jeszcze długo dominować będą w publicznej debacie w tym kraju, co dodatkowo nie będzie służyło odbudowaniu poparcia przez partię Johna Gormleya.

Wielokrotnie pisałem o tym, co irlandzkim Zielonym się zarzuca - nie ma zatem sensu powtarzać tego po raz kolejny. Alians z prawicową partią i akceptacja dla ich ekonomicznego neoliberalizmu niemal na starcie wykluczyła tu scenariusz trudnego, ale możliwego przez elektorat do zaakceptowania małżeństwa z rozsądku, podobnego do aliansu Zielonych z CDU w Hamburgu czy też podobnych, szerszych sojuszy w Finlandii. Bliżej w tym uwikłaniu w nieciekawy alians było im do Zielonych w Czechach, ale moim zdaniem przepili ich znacząco pod względem kompromitacji. Czesi, wiedząc, że kampania będzie ciężka i możliwa jest przegrana, skupili się w - poza hamowaniem co bardziej ostrych pomysłów prawicowej ODS, z prywatyzacją opieki zdrowotnej włącznie, jednocześnie zainwestowali w odbudowę zaufania do siebie, obiecując chociażby powrót do progresywnego opodatkowania dochodów osobistych, inwestycje w edukacje czy też zielone miejsca pracy. W efekcie po parlamentarnej klęsce byli w stanie utrzymać się w samorządach, rozwijają swoją medialną obecność o nowe tematy, takie jak ochrona praw pracowniczych, a wedle niektórych badań opinii z powrotem, wraz ze słabnięciem obecnej prawicowej koalicji, zbliżają się do 5% poparcia, co może dać im w przyszłości szansę na powrót do tamtejszej Izby Poselskiej.

Już od dawna czytając stronę irlandzkich Zielonych miałem tymczasem wrażenie pewnego dysonansu poznawczego. Kraj na krawędzi przepaści, wszyscy mówią o gospodarce, a oni, jak gdyby nigdy nic, rzucają jakimiś abstrakcyjnymi pomysłami. Oczy otworzyły mi się dość szeroko po tym, jak na inauguracji ich dokumentu programowego za kluczowe dla poprawy sytuacji w kraju, uznali oni... zmianę konstytucji. To jeszcze nic - zaraz potem rozpoczęła się kampania negatywna wobec innych ugrupowań, i to zarówno byłego koalicjanta, jak i przyszłych partii rządzących - oskarżająca je o kłamstwa, plagiaty i korupcję. Nie wyglądało to najlepiej - obrona swojego dorobku przez ataki na innych zdecydowanie nie wyglądała dobrze. Gdy jednak zbliżał się wielkimi krokami dzień wyborczy, poraził mnie inny komunikat - obietnica... ogólnokrajowej ustawy o walce z hałasem! Cóż, nie wątpię, że jest to kwestia istotna, jednak nie trzeba być specjalnie rozgarniętym (wystarczy zerknięcie na piramidę potrzeb Maslowa), by zorientować się, że w sytuacji lęku przed stratą pracy albo obniżką pensji hałas i uciążliwości z nim związane dla większości osób schodzą na dalszy plan. Brak wizji i przekonującej narracji, brak zakwestionowania dotychczasowego modelu rozwojowego (chociażby kultury niskich podatków korporacyjnych), a nawet przejmowanie wrażego języka, chociażby w mówieniu o wykorzystywaniu "przewag konkurencyjnych" - wszystko to przelało czarę goryczy.

Nie płaczę zatem po irlandzkich Zielonych. Popełnili oni zbyt dużo zbyt szkolnych błędów - z opowiadaniem historyjek o tym, że wszystko byłoby z Irlandią dobrze, gdyby nie kryzys włącznie - bym miał się w jakiś znaczący sposób wzruszyć. Smuci mnie fakt, że na lata "zielona wyspa" nie będzie miała ekopolitycznej reprezentacji w izbie niższej lokalnego parlamentu (zobaczymy, czy utrzyma swych senatorów - większość partii opowiadała się za zniesieniem tejże izby), trudno jednak uznać, że dotychczasowa reprezentacja stanęła na wysokości zadania. Dramatem jest też fakt, że na dobrą sprawę nie wiadomo, co teraz - przydałby się jakiś polityczny zwrot, w postaci chociażby zmiany lidera, umożliwiający podejmowanie prób odzyskania społecznego zaufania. Tymczasem większość osób, mających inną wizję jej rozwoju i odpowiedni poziom charyzmy już dawno w niej nie ma, wszyscy zaś wiemy, że budowa nowych kadr jest procesem trudnym i długotrwałym. Wielka szkoda, że tak kończy formacja, mająca już około 30 lat. Mam nadzieję, że jeszcze pozwoli mi kiedyś uwierzyć w nią na nowo. Jedno jest pewne - pokazuje to wyraźnie, że próby portretowania Zielonych jako centrowej formacji "ani z lewa, ani z prawa" i trzymanie się ekologii jako jedynego wyróżnika spośród innych formacji politycznych wcześniej czy później kończy się spektakularnym fiaskiem.

2 marca 2011

Dzieci mają głos – publiczna partycypacja w wiedeńskim Neubau

Neubau to 7. dzielnica stolicy Austrii, Wiednia. Na obszarze 1,61 kilometra kwadratowego mieszka ponad 30 tysięcy ludzi. Lokalna społeczność studencka ceni sobie lokalne puby, teatr i muzeum sztuki współczesnej. Aktualnie rządzi nią koalicja Zielonych (to tu po raz pierwszy w historii, już w 2001 roku, po raz pierwszy uzyskali oni w lokalnych wyborach największą ilość głosów) i socjaldemokratycznej SPOe, dysponującej obecnie 30 z 40 mandatów w radzie dzielnicy. Od lat lokalne władze zajmują się aktywizacją mieszkanek i mieszkańców miasta. Coraz więcej projektów zaczyna się nie w urzędzie dzielnicy, ale z inicjatywy lokalnych społeczności, chcących poprawić swoją jakość życia. To, w jaki sposób władze Neubau zajmują się tak istotnymi kwestiami, jak chociażby uspokajanie ruchu czy wygląd przestrzeni publicznej.

W spotkaniach w budynkach instytucji publicznych, takich jak lokalne szkoły, mieszkanki i mieszkańcy dzielnicy dyskutują na temat priorytetów jej rozwoju i rewitalizacji. Dla przykładu – przy okazji zagospodarowania placu przed jedną ze szkół za priorytety uznano dostępność, możliwość jej wykorzystania na potrzeby kulturalne (jak chociażby miejski teatr) oraz tworzenie przestrzeni różnorodności. Swoje propozycje zaprezentowali także uczniowie i uczennice. Dzieci i młodzież mają tu głos, czego dobrym przykładem stają się rewitalizację lokalnych parków. Zamiast skupiać się na ich ogradzaniu i wprowadzaniu monitoringu, zdecydowano się spytać lokalnych młodych o to, jakie potrzebują zabawki na placu zabaw. W szkołach przeprowadzono konsultacje, w których udział brały młode obywatelki i obywatele w wieku od 7 do 13 lat, co oznaczało dla przykładu, że w roku 2008 wzięły w tak specjalnie sprofilowanych konsultacjach 464 osoby w 8 szkołach.

Proces decydowania o wyposażeniu lokalnego parku polegał na przeprowadzeniu wywiadów środowiskowych oraz dwóch zgromadzeń lokalnej społeczności, pomiędzy którymi znalazło się miejsce dla warsztatu, mającego na celu zebranie i uporządkowanie zgłoszonych postulatów. Wśród interesów, jakie trzeba było uwzględnić przy okazji rewitalizacji Weghuber Parku były te dotyczące zmieszczenia placu zabaw, uwzględnienia potrzeb lokalnych czworonogów, zmniejszenia poziomu hałasu i zapewnienia równowagi ekologicznej w okolicy. Dla dzieci oznaczało to popołudniowe zajęcia, na których uczyły się prezentować swoje potrzeby, które następnie zaprezentowały reprezentantom dzielnicy. Wśród nich był między innymi postulat przygotowania skejtparku, a nawet... zmiany koloru doniczek z miejskimi kwiatami. Młodzi stwierdzili, że standardowy, różowy ich kolor jest nudny, proponując w zamian pomalowanie ich w kolory flag europejskich krajów. By rozwiązać problem psich kup (jak widać, aktualny nie tylko w Warszawie) przygotowali specjalny przewodnik dla właścicielek i właścicieli psów, skłaniający ich do samodzielnego sprzątania po ich pupilach, dystrybuowany następnie... przez władze dzielnicy!

Na tym aktywność dzieciaków się nie skończyła. Chodziły one do parku przed jego rewitalizacją, by poszukiwać rozwiązań dla jego ówczesnych problemów, rozdawały cytryny kierowcom, by zwrócić uwagę na niebezpieczeństwa, jakie związane są z przekraczaniem przez nich prędkości. Efektem ich aktywności było znalezienie miejsca na małpi gaj oraz poprzeczki do uprawiania przez nie sportu. Po udanej rewitalizacji przygotowano specjalne wydarzenie, „Chwile sławy”, na którym władze dzielnicy podziękowały dzieciom za aktywne uczestnictwo w kształtowaniu wspólnej przestrzeni.

Brzmi niczym bajka, kiedy porównujemy tę opowieść z warszawską rzeczywistością? Co trzeba, by tego typu projekty się udawały – a najwyraźniej się udają, skoro 89% postulatów z przytoczonych przeze mnie konsultacji zostało zrealizowanych? Autorzy prezentacji na ten temat, przygotowanej na potrzeby 4. Europejskiego Zgromadzenia Zielonych Radnych w Stuttgarcie, Lise Smidt i Gerti Brandlmayer, wskazują dość jasno na jeden, istotny czynnik – polityczną wolę. Oznacza to finansowe zaangażowanie się władz w celu pokrycia kosztów organizacji tego typu inicjatyw oraz dotarcia z wiadomością o nich, wprowadzenie atmosfery zaufania i poczucia sprawczości, ustalenie konkretnej daty realizacji danego projektu oraz takie pokierowanie nim, by jego rezultaty były dla osób w nim uczestniczących widoczne. Efekty tego typu przedsięwzięć – poza oczywistym rezultatem w postaci poprawy jakości przestrzeni publicznej – są również długofalowe. Młodzi ludzie, którzy widzą, że mają prawo oczekiwać od lokalnych władz realizacji swoich pomysłów uczą się pewności siebie i dalszego uczestniczenia w demokratycznych procedurach tak na szczeblu lokalnym, jak i krajowym oraz europejskim. Ma to kluczowe znaczenie dla zrównoważonego rozwoju dzielnicy.

Artykuł powstał na podstawie prezentacji Lise Smidth i Gerti Brindlmayer'a „Public Participation in the 7th District of Vienna - Wien Neubau”, przygotowanego na potrzeby 4. Europejskiego Zgromadzenia Zielonych Radnych w Stuttgarcie oraz opisu dzielnicy, zamieszczonego w anglojęzycznej Wikipedii. Materiał ten zapowiada publikację projektu.WARSZAWA.pl, poświęconą dobrym praktykom demokratycznym w miastach Europy.

1 marca 2011

W zielonej sieci - odc. 55

Blogi:

- Molly Scott Cato prezentuje rosnącą chwiejność międzynarodowych bilansów handlowych.

- Wilson Chowdry za kulisami lokalnego budżetu w pewnym angielskim miasteczku.

- Stuart Jeffery o wadach i zaletach przejścia Wielkiej Brytanii na system głosu alternatywnego.

- Richard Lawson rozmyśla na temat aktualnej sytuacji Izraela.

- Joseph Healy z demonstracji przeciwko rozmontowywaniu systemu publicznej służby zdrowia w Wielkiej Brytanii.

- Jim Jepps przypomina o dwóch ważnych, wewnętrznych wyborach w Zielonych Anglii i Walii - na osobę reprezentującą partię w Izbie Lordów oraz do Zgromadzenia Wielkiego Londynu.

- Rupert Read cieszy się z finansowania inwestycji w energetykę odnawialną w Norwich.

- Adam Ramsay pokazuje skalę utraty miejsc pracy w wyniku cięć rządu Camerona.

- Rozwija się ruch obrony prawa do bezpłatnej edukacji, czego przykładem może być blog OKUPE.

- Gavin Rae krytycznie o pomysłach PO na reformę systemu zdrowia w Polsce.

- Marta Megger o (nie)czytaniu na Zielonej Bydgoszczy.

Partie:

- Europa: Europejscy Zieloni cytują Zielonych Globalnych w sprawie Libii, w Europarlamencie - krytykują projekt porozumienia o wolnym handlu z Koreą Południową.

- Austria: Dość inwestycji w EURATOM!

- Holandia: Czas na rezygnację z przemysłowego chowu zwierząt.

- Anglia i Walia: Potrzeba zwiększenia funduszy na badania naukowe.

- Szkocja: Walka z odwiertami ropy w rejonie Szetlandów.


- Kanada: Rząd atakuje politykę klimatyczną Europy - Zieloni zirytowani konserwatystami.

- Australia: Jest porozumienie Partii Pracy z Zielonymi - będzie podatek węglowy.

- Nowa Zelandia: Propozycja tymczasowego podatku na rzecz odbudowy dotkniętego trzęsieniem ziemi Christchurch.

YouTube:

Natura musi mieć przyszłość, o czym w reklamówce holenderskiej Zielonej Lewicy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...