5 stycznia 2011

Dajcie drobnomieszczaństwu szansę!

Dyskusje o mieście śledzę z uwagą, wszak "kwestia miejska" jako temat w szerszej, publicznej debacie jest sprawą dość świeżą, a jednocześnie niezwykle ważną dla jakości życia coraz większej grupy ludzi - nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Przewartościowania, związane z opisanym w tekście Krzysztofa Nawratka "przełamywaniem kerosu", przyjmują jednak niekiedy moim zdaniem dość zdumiewające formy. Z neoficką gorliwością zaczyna się en masse odrzucać interesujące czy też po prostu modne prądy w myśleniu o mieście i źródeł wysokiej jakości życia w nim. Intelektualny ferment nie jest niczym złym, jednak chociażby tak stanowcze atakowanie teorii Richarda Floridy, obecne chociażby w najnowszym przewodniku "Ekonomia kultury" Krytyki Politycznej w sytuacji, kiedy jeszcze 3 lata temu w planach wydawniczych widniało wydanie w KP książki tegoż autora, wydaje się nieco nie w porządku. Ewolucja poglądów ewolucją, krytyka - pewnie nazbyt pozytywnych - idei Floridy zawsze przyda się do jej usprawniania albo tworzenia bardziej wiarygodnych alternatyw, natomiast alternatywy te - niestety - jak na razie nie wydają mi się przekonujące.

Cieszę się na zaproponowaną przez Nawratka "lokalną akumulację kapitału", nie wiem tylko, czemu ma być to coś pozostającego w tak wyraźnie zarysowanej przez niego kontrze do dotychczas "sexy" "przemysłów kultury". Miasto to nie tylko kapitał i tworzona przezeń baza, ale także i nadbudowa, umożliwiająca realizację zarówno jednostkowych gustów, jak i poprawy jakości - służącej nam wszystkim - przestrzeni publicznej. Artystki i artyści ubogacają ją, rozwój kultury możliwy staje się tam, gdzie władze dają jej przestrzeń działania, nie ma przecież "Dotleniacza" na grodzonych osiedlach czy palmy Rajkowskiej na dachu warszawskiego wieżowca międzynarodowego koncernu. Nawet zestandaryzowane pomysły Floridy nie ujednolicają miast tak bardzo, jak dawne, modernistyczne idee, dają więcej miejsca na rozwój lokalnego kapitału społecznego i na realizację twórczyń i twórców kultury. Prawda, że nie da się zatrzymać w myśleniu o mieście na pijącej cappuchino klasie kreatywnej, nie oznacza to jednak, że jest ona nowym "największym złem", jakie czyha na miasto. Czasem można odnieść takie wrażenie, czytając antyrewitalizacyjne tyrady Oleksyia Radynskiego na witrynie Krytyki Politycznej, z których wynika, że najlepiej zostawić mieszkankom i mieszkańcom zdewastowanych fragmentów miasta prawo do życia w ruderach, pozbawionych dostępu do zieleni i usług publicznych, z którego to prawa - gdyby spytać się samych zainteresowanych - z chęcią by zrezygnowali, gdyby miasto potrafiło poprawić ich jakość życia i perspektywy, chociażby poprzez tworzenie warunków do kreacji nowych miejsc pracy.

Wiele z uwag Nawratka jest nad wyraz słusznych, tyle że opakowywanie ich w jakiś radykalny projekt, przypominający z oddali wizję "powrotu do przeszłości" industrialnego społeczeństwa masowego, wydaje się kontrproduktywne. O potrzebie powrotu do bardziej realnej gospodarki zamiast opierania jej na rynkach finansowych, większej lokalizacji produkcji, zmniejszającej ślad ekologiczny produkowanych towarów czy też przemyśleniu i realizacji wizji miejskich upraw warzyw i owoców Zieloni na świecie mówią już od lat, podobnie jak o konieczności bardziej zrównoważonej polityki budżetowej, wymagającej większej kontroli nad samorządowym długiem. Przeciwstawianie tego typu postulatów prawie do samorealizacji i dostępowi do zróżnicowanej oferty kulturalnej brzmi trochę jak odwieczne (i odwiecznie szkodliwe) przeciwstawianie sobie "lewicy kulturowej" i "lewicy ekonomicznej". Skupianie się na PR i wizerunku "miejskiego brandu" bywa owszem krótkowzroczne, podobnie jednak bywa, jeśli uwierzymy, że nagle, bez problemu, jesteśmy w stanie doprowadzić do powrotu do Polski hut siarki, a dzisiejsze "osoby wykluczone" jutro znów będą dumną awangardą klasy robotniczej.

Opozycję między tego typu sposobami myślenia o mieście i ruchach miejskich widać najlepiej na przykładzie "My.Poznaniacy". Moim zdaniem, na chwilę obecną, niezależnie od przyjętej strategii wynik na poziomie 9,5% w listopadowych wyborach do rady miasta jest olbrzymim sukcesem, a realne szanse na osiągnięcie wyższego poziomu poparcia uważam za niemal zerowe. To nie wina stowarzyszenia, że ordynacja wyborcza spłatała im figla. Pojawiać się zaczęły jednak analizy, których autorki i autorzy usiłują udowodnić, że ich wizje ruchu miejskiego z całą pewnością przyniosłyby z pewnością większy sukces. Z jednej strony anarchiści uznali, że skupiając się na mieszczaństwie, "My.Poznaniacy" niedostatecznie zwrócili uwagę na potrzeby osób gorzej sytuowanych. Są też głosy, podkreślające "umiarkowanie i rozsądek" (cokolwiek miałoby to znaczyć) kampanijnego przekazu i marzące o nieco bardziej wrażliwej społecznie i ekologicznie wersji Platformy Obywatelskiej. Tymczasem ani jeden, ani drugi kierunek - w mojej opinii - niewiele by dał.

Program stowarzyszenia, który prezentowałem na "Zielonej Warszawie", w pełni mieści się w przekazie zielonej polityki i zrównoważonego rozwoju. Wyborczy wynik na tak wysokim poziomie pokazuje, że nie są to postulaty, które odrzucają od siebie elektorat. Tak naprawdę - gdyby inaczej geograficznie rozłożyłoby się poparcie, albo też inny byłby podział miasta na okręgi - "My.Poznaniacy" byliby w Radzie Poznania. Zmiany wizerunku, przekazu czy "grup docelowych" byłyby prawdopodobnie przeciwskuteczne - elektorat "wykluczony" trzymał się mocno PiS nawet pomimo zmiany przez tę partię retoryki, z kolei w wypadku zbliżenia się przekazu do tego, serwowanego przez PO, spora część osób głosujących na ruch miejski nie widziałaby powodu, by wybrać go, a nie dużo silniejszą partię Donalda Tuska. Nie oznacza to, że dla przykładu nie da się poszerzać elektoratu o inne grupy społeczne - tyle że to proces bardzo żmudny i wymagający wpierw przede wszystkim stworzenia własnego "żelaznego elektoratu", dopiero później zaś poszerzania politycznej przestrzeni. Ta "krucha równowaga" wybieranych tematów jest największą siłą tego typu inicjatyw - i im większe są problemy z ich zaklasyfikowaniem z kategoriach "bliskości" bądź "odległości" do dotychczasowych szkół ideowych czy partii politycznych głównego nurtu, tym lepiej dla danej inicjatywy i tym trudniej jest zamknąć ją w dotychczas obowiązujących koleinach myślenia. Na Nowy Rok życzę tej inicjatywie, by stan ten w jej wypadku trwał jak najdłużej.

Dlaczego taki wynik udało się osiągnąć właśnie w Poznaniu? Wydaje mi się, że nie da się uciec od kontekstu historycznego. Wielkopolska pod zaborem pruskim nie tylko zmagała się przecież z działaniami germanizacyjnymi, ale była też obszarem sprawnie działającego rolnictwa i przemysłu przetwórczego, rozwoju lokalnej przedsiębiorczości i działań społecznikowskich. Jeśli popatrzeć na Polskę przez okulary zarówno poziomu rozwoju, jak i czasu podatności na różne wzorce kulturowe można by uznać, że Wielkopolska, obok Górnego Śląska, są terenami najbardziej przypominającymi Europę Zachodnią. Wiąże się to również z faktem dziewiętnastowiecznego rozwoju rodzimego mieszczaństwa z prawdziwego zdarzenia, handlu i spółdzielczości, a także z klasą, którą kiedyś grzebano jako symbol konserwatyzmu i zaściankowości, a dziś - niepostrzeżenie ze względu na zmiany w środkach produkcji - wraca jako ta, czekająca na zrozumienie i polityczną reprezentację, czyli drobnomieszczaństwo.

Popatrzmy na krótką, acz treściwą definicję z polskiej Wikipedii: "warstwa drobnych wytwórców towarowych posiadających środki produkcji i niewielką własność prywatną, nie zatrudniający wcale lub zatrudniający niewielu najemnych pracowników". Pamiętajmy też o tym, że hasła o "społeczeństwie opartym na wiedzy" - choć nie zawsze adekwatne w globalnej analizie stosunków pracy - na poziomie Europy zasadniczo potrafią odzwierciedlać rzeczywistość. Obok pojawienia się nowych zawodów, związanych chociażby z rozwojem technologicznym i informatycznym, dodajmy jeszcze osoby, pracujące w tradycyjnych "zawodach umysłowych" - w mediach, urzędach czy w szkołach. Pamiętajmy, że według coraz większej grupy badaczy produkcja wiedzy również jest (specyficznym, ale jednak) wytwarzaniem towaru, by nieco inaczej spojrzeć na strukturę społeczną miast. Przeminął w większości z nich przemysłowy potencjał, coraz więcej (szczególnie nad Wisłą) osób pracuje w zawodach wymagających posługiwania się głową, nierzadko wiąże się to z innymi niż etatowymi umowami o pracę. W takiej rzeczywistości łatwo o społeczną kontrolę - drobnomieszczaństwo bądź to określa się aspiracyjną nazwą "klasy średniej", choć zdecydowana większość jej przedstawicielek i przedstawicieli wcale tak dobrze nie zarabia, albo też - przydatnym badawczo, ale już nie jako wizja budowy alternatywnej rzeczywistości - mianem "prekariatu".

Drobnomieszczaństwo kojarzy się z czymś złym - z kołtuństwem rodem z "Moralności Pani Dulskiej" czy też z dorobkiewiczostwem. W połączeniu z tak chłopską, jak i szlachecką tęsknotą za wsią nie tworzy to jakiejkolwiek wizji, mającej społeczne zaczepienie. Klasy robotniczej, jak już wspomniałem, jest już w wielu miejscach jak na lekarstwo, a usiłowanie zastępowania "mieszczan" mianem "mieszkańców" oznacza de facto wykorzenienie wspólnoty miejskiej, które to wykorzenienie - obok rezygnacji z nieciekawych momentów historycznych - oznacza także rezygnację z odwoływania się do postępowych tradycji i dziedzictwa życia miejskiego. Łatwo przychodzi zapominać wówczas, że chociażby wśród paryskich komunardów, walczących o nowy ład społeczny, nie brakowało drobnych sklepikarzy czy osób pracujących umysłowo. Tymczasem bez drobnomieszczaństwa - z jego wadami i zaletami - nie byłaby możliwa ani nowoczesna gospodarka kapitalistyczna i refleksja nad nią (chociażby w postaci postulatów ponownej lokalizacji ekonomicznej), jak i obyczajowa emencypacja Roku 1968 i przemiana przynajmniej części "kołtunek i kołtunów" pod tym względem. Zauważmy, że dziś wielu z bojowników i bojowniczek ówczesnej kontrkultury dziś również współtworzy odmienione, ale nadal jednak mieszczaństwo.

Zobaczmy, że w Niemczech Zieloni są partią dość mocno mieszczańską i - choć owszem konkurują o wyborców z SPD, to jednak ostatni przypływ, pozwalający na osiągnięcie nawet do 20% w sondażach, wziął się z zamożnego, miejskiego elektoratu FDP. Czy oznacza to, że Zieloni za Odrą są li tylko "lewicą kulturową", zachłyśniętą "klasą kreatywną" i lekceważącą miejskie problemy, takie jak zadłużenie czy brak przystępnych cenowo mieszkań? Wystarczy spojrzeć na ich holistyczne programy - tak ogólnokrajowe, jak i lokalne - by przekonać się, że tego typu zarzuty są bezzasadne. Jeśli miałbym gdzieś szukać powodów dla takiego stanu rzeczy, poszukiwałbym go raczej w mieszczańskim oczekiwaniu konkretności i faktu, że spójne społecznie, mniej rozwarstwione społeczeństwo leży w ich interesie, niż w marzeniu o jakiejś nowej, rewolucyjnej utopii. Nad Wisłą jest to zadanie szczególnie niełatwe - tradycje ciągłych powstań, pielęgnowane ze szczególną uwagą, sprawiają, że nawet stricte merytoryczne argumenty zbijane są za pomocą niechęci do działań publicznych oraz pobudzania aspiracji, niekoniecznie realnie poprawiających ich jakość życia, a bardzo często wpływających na pogorszenie jakości życia lokalnych społeczności.

Dużo bliżej mi do cierpliwej pracy organicznej (i wydaje mi się, że "My.Poznaniacy" właśnie tym tropem idą) niż do rewolucyjnego "wymyślania koła na nowo". Owszem, stoimy przed nowymi wyzwaniami w myśleniu o mieście i nie zawsze proste spoglądanie do tego, co było, będzie wystarczające. Tak jak nie da się już wrócić do dotychczasowego modelu państwa dobrobytu i potrzeba odnowienia umowy społecznej, tak nie ma co sądzić, że czeka nas li tylko powrót do miasta przeszłości - czy to handlowych pasaży, czy wielkich fabryk. Nie wydaje mi się jednak, by najlepszym rozwiązaniem miało być pogrzebanie "kreatywnego miasta" - czy np. przydomowe ogródki mieszczą się li tylko w gestii prostej produkcji, czy też są dowodem na pomysłowość miast, dostosowujących się do zmian klimatu czy też bardziej przejmujących się zmianami klimatu? Wydaje się zatem, że dużo bardziej niż wielkich wizji - bo tych nam nie brakuje, co chwila pojawiają się nowe i dyskusji jak mniemam ie zabraknie - jest przeformułowanie tych wizji na konkretne pomysły na poprawę jakości życia mieszkanek i mieszkańców. Praca to niełatwa, tym bardziej, że jak już wspomniałem w świecie mediokracji nie zawsze musimy wiedzieć, co służy w naszym interesie. Umiejętność pokazania, że zrównoważona wizja miasta może ten interes zaspokajać, będzie największym sukcesem ruchów miejskich i początkiem zmian na szerszą skalę na rodzimej scenie politycznej - nie tylko tej lokalnej.

4 stycznia 2011

Czy jesień będzie złota?

Na koniec minionego roku rząd sprawił nam prezent, ogłaszając wreszcie swoją decyzję w sprawie dalszego kształtu reformy emerytalnej. Przez ostatnie miesiące mieliśmy do czynienia z bezprecedensową (i spóźnioną o ładnych kilka lat) dyskusją na temat zasadności dotychczasowego, wzorowanego na chilijskim, systemu ubezpieczeń na starość. Do tej pory 12,2% składki pracowniczej trafiały do ZUS, a 7,3% - do OFE, teraz zaś w Otwartych Funduszach Emerytalnych pozostanie bezpośrednio 2,3%, zaś pozostałe 5% (a od 2017 - 3,8%) trafi do Indywidualnych Kont Osobistych, administrowanych przez ZUS. By zachęcić do oszczędzania, wpłaty do III filara, czyli IKE, mają być objęte ulgą podatkową. Uzasadnienie rządu Tuska jest proste - w ten sposób unikniemy nadmiernego zadłużenia, a także zagwarantujemy bardziej stabilny poziom wypłacanych emerytur. Zapowiadające złote góry fundusze emerytalne okazały się - jak na razie - niekoniecznie tak skuteczne, jak zapowiadały, pierwsze wypłaty - zgodnie z obawami - były bardzo niskie, a nadzieja wiązana z rozruszaniem krajowego rynku kapitałowego również nie zrealizowała się na jakiś szerszy poziom, co przyznał w niedawnym wywiadzie radiowym aktualny szef NBP, Marek Belka.

Można by rzec - co teraz? Reforma emerytalna to niełatwa materia, ze względu na zmiany demograficzne, zachodzące w europejskich społeczeństwach, gwarantowanie przez państwo świadczeń na satysfakcjonującym poziomie przestało być taką prostą sprawą. Zwolennicy utrzymania status quo w polskim systemie emerytur argumentują, że to, że dziś ze względu na kryzys fundusze prywatne gwarantują mniejszy zysk niż działalność ZUS nie oznacza jeszcze, że tak będzie zawsze. Warto w takiej sytuacji przyjrzeć się pokrótce różnym, pojawiającym się w ostatnim czasie pomysłom na uzdrowienie sytuacji, nie przesądzając, który z nich jest najlepszy, mając nadzieję, że dzięki publicznej debacie uda się wypracować najbardziej odpowiednie dla polskich warunków rozwiązanie.

Alternatywny wobec projektu rządowego projekt przygotował klub poselski Polska Jest Najważniejsza. Powstająca formacja Kluzik-Rostkowskiej zdecydowała się na ostre wejście w tematykę społeczno-gospodarczą poprzez osiemnaście postulatów względem reformy OFE oraz rynku pracy. Wśród nich znajdziemy między innymi postulat zlikwidowania obowiązkowości składki do Otwartych Funduszy Emerytalnych i ustawienie poziomu składki do ZUS na poziomie 14,22% wraz z możliwością odpisu do 600 złotych z podatków, wypadku, gdy jednak na inwestycję w OFE bądź IKE się zdecydowało. Wśród pozostałych propozycji znalazło się miejsce dla postulatu możliwości likwidacji limitów dorabiania osób na emeryturze, zasiłkach i świadczeniach przedemerytalnych, podwyższenia emerytury minimalnej do ok. 1.100 złotych - 80% płacy minimalnej (co może być ważne - jak zauważa dr Ryszard Szarfenberg z symulacji badaczek z SGH - Joanny Owczarek i Barbary Więckowskiej - wynika, że w systemie przyjętym przez rząd Buzka połowa osób będzie pobierała emeryturę minimalną), istotną rolę odgrywa tu zwiększenie dostępności dotacji na rozwój biznesu dla szerokich grup ludzi - młodzieży, osób wracających z emigracji, a także pozostających na emeryturze.

Poza dotacjami ustawionymi na poziomie 19 tysięcy złotych, mających być dostępnymi bez konieczności dopisywania się do rejestru osób bezrobotnych osoby decydujące się na własny biznes miałyby liczyć na zwolnienia podatkowe (2 lata z PIT lub CIT dla emigrantek/emigrantów inwestujących ponad 10 tysięcy euro, a także 2 lata wolnego dla studentek/studentów od płacenia składek do ZUS i Funduszu Pracy), mające pozwolić młodym firmom na okrzepnięcie. Dodajmy do tego zachęty dla firm w związku z finansowaniem osobom 50+ szkoleń w zamian za gwarancje zatrudnienia, mające zastąpić obecny, czteroletni okres ochronny dla osób zbliżających się do wieku emerytalnego, a także ulgi na wykup przez nie prywatnych ubezpieczeń medycznych, by otrzymać całkiem konkretny, a jak na polskie warunki wręcz rewolucyjnie merytoryczny program pisany z konserwatywnych pozycji.

Jeśli miast podejścia prawicowego, zakładającego dość sporą ufność w samooczyszczające się mechanizmy rynkowe, wolicie bardziej "klasyczne", lewicowe i socjaldemokratyczne postulaty, powinny Was zainteresować postulaty zgłoszone w mającym już niemal rok wywiadzie Michała Sobczyka z doktorem Krzysztofem Hagemejerem, ekonomiście, pracującym w Międzynarodowym Biurze Pracy w Genewie, przeprowadzonym dla "Obywatela". Obok omówienia źródeł i etapów rozwoju systemów ochrony emerytalnej dzieli się on swoimi refleksjami na temat działania tegoż systemu w Polsce. Wedle badań OECD kraj nasz jest obszarem o wysokim rozwarstwieniu dochodowym, do tego nie przestrzegającym podpisanych przez siebie konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy, wymagającej, by poziom wypłacanych emerytur nie był niższy niż 40% uprzednich zarobków danej pracownicy/pracownika po przepracowaniu 30 lat. Polskę, ze względu na obrany model systemu, czeka do roku 2050 mniejszy udział wydatków na świadczenia emerytalne w PKB niż dziś, co będzie europejskim ewenementem, świadczącym o skali zepchnięcia tego problemu na poszczególne obywatelki i obywateli.

Zdaniem Hagemejera, rozwiązaniem aktualnej sytuacji powinno być stworzenie państwowej emerytury bazowej, którą powinny otrzymywać wszystkie osoby, przekraczające określony wiek, niezależnie od poziomu płaconych przez nie składek. Jednocześnie badacz (swego czasu doradca NSZZ "Solidarność") sugeruje, że koniecznym będzie zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, a także stopniowe podnoszenie wieku przechodzenia na emeryturę, której to zmianie powinny towarzyszyć inwestycje w realną politykę społeczną, dbałość o stan zdrowia i warunki pracy etc. By tego typu przełomowe zmiany mogły zostać zrealizowane, potrzebne jest zdaniem ekonomisty powołanie Rady Emerytalnej, w obrębie której mieliby pracować przedstawiciele i przedstawiciele związków zawodowych oraz organizacji pracodawców, osób na emeryturze, ekspertek oraz ekspertów, a także osób zasiadających w parlamencie i rządzie. Z wywiadem zapoznać się warto, podobnie jak warto śledzić debatę emerytalną, która rozgorzała nad Wisłą.

3 stycznia 2011

Gospodarcze zielone tory

Ostatnimi czasy - powoli przygotowując się do zaliczenia zajęć z historii gospodarczej XIX i XX wieku - czytam nieco więcej dokumentów poświęconej ekonomii ekopolitycznej. Ciekawie jest obserwować, jak w ciągu ostatnich lat zmienił się przekaz w jej obrębie, jak akcentowane są poszczególne jej aspekty i jak żywa jest wśród europejskich Zielonych dyskusja na ten temat. Sporo dyskusji na jej temat sprowokował kryzys ekonomiczny, nawarstwiający się na inne, trwające już wcześniej, o których nie mówiło się za często w polskich mediach - żywnościowy, surowcowy, społeczny czy klimatyczny. Nie da się rozwiązać jednego, bez rozwikłania pozostałych, w przeciwnym wypadku chociażby koszty zmian klimatycznych (natrętnie lekceważonych nad Wisłą, pomimo regularnego potwierdzania się trafności naukowych przewidywań) wcześniej czy później stępią rozwój gospodarczy. Nie jest też wcale jasne, co poprzez "rozwój" należy rozumieć - na pewno nie prosty wzrost PKB, o czym zielone partie polityczne mówiły od dawna. Po kolei jednak.

Jeszcze w 2007 roku, podczas działania wielkiej, czarno-czerwonej koalicji w Niemczech, Zieloni w Bundestagu przygotowali dokument poświęcony ich wizji zielonej gospodarki rynkowej. Na horyzoncie nie było jeszcze widać nadciągającego załamania ekonomicznego, dokument z dzisiejszej perspektywy tchnie więc nadzwyczajnym optymizmem co do działania mechanizmów rynkowych, którego nie widać już tak bardzo w najnowszych materiałach poświęconych zielonym spojrzeniom na ekonomię. Nie chcę przez to powiedzieć, że koleżanki i koledzy po drugiej stronie Odry gdzieś się pomylili - akurat już wówczas byli na dobrej drodze programowej odnowy po nie najlepszych pod tym względem okresie współrządzenia z SPD. 3 lata temu dostrzegali ryzyko związane ze zderegulowanym globalnym rynkiem finansowym, domagając się nie tylko stosownych przepisów prawnych, ale zreorganizowania całej architektury instytucji międzynarodowych, jak chociażby poddania działalności Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego kontroli ONZ i zwiększenia w tych organizacjach roli krajów rozwijających się. Zwiększeniu ulec też ich zdaniem powinna rola działającego już w obrębie Narodów Zjednoczonych ECOSOC - Rady Ekonomiczno-Społecznej.

Progresywne opodatkowanie (w tym wzrost najwyższej stawki podatku PIT do 45%) i mniejsze obciążenia fiskalne osób mniej zarabiających, z mniejszymi składkami włącznie, redukcja biurokracji i korupcji, wspieranie innowacyjnych technologii, trzeciego sektora, kobiet na rynku pracy i wykorzystanie tego typu inicjatyw dla rozwoju Niemiec Wschodnich - niczego bardzo radykalnego (oczywiście z europejskiej, a nie nadwiślańskiej perspektywy) nie znajdziemy. Wobec innych niemieckich partii głównego nurtu na pewno wyróżnia się pozytywne podejście do imigracji, niezbędnej dla zachowania konkurencyjności gospodarki, ale też chęć poszerzenia bazy podatkowej za pomocą opodatkowania różnych źródeł bogactwa, takich jak transakcje finansowe czy spadki, co mogłoby się - wraz z ekologiczną reformą podatkową - przyczynić do stworzenia możliwości obniżki opodatkowania pracy. Istotnie wyróżnia się - uzasadniony, jak widać po aktualnych problemach strefy euro - lęk przed długiem. Zdaniem posłanek i posłów Zielonych, dążenie do zrównoważonego budżetu (a nawet budżetu z nadwyżkami, możliwymi do wykorzystania w "chudych latach" kryzysu jako narzędzie przeciwcykliczne) w czasach prosperity powinno być rządowym priorytetem, możliwym do osiągnięcia na przykład za pomocą walki z unikaniem płacenia podatków i wygaszeniem szkodliwych ekologicznie subsydiów, takich jak dotowanie odkrywkowych kopalni węgla (1,6 mld euro w niemieckim budżecie w 2006 roku), energii atomowej (800 milionów) czy opodatkowanie transportu lotniczego.

Skończył nam się niedawno rok 2010, kiedy to byliśmy już po pierwszej fali kryzysu i zastanawiamy się na początku nowego roku, czy z powodu chociażby problemów kolejnych państw strefy euro i wprowadzania drakońskich programów oszczędnościowych nie czeka nas fala kolejna. Podczas obraz w Tallinie Rada Europejskiej Partii Zielonych przyjęła dokument dotyczący makroekonomicznych podstaw Zielonego Nowego Ładu (jest szansa, że niedługo będzie on dostępny po polsku dzięki Zielonemu Instytutowi). Powtarza on wiele z już artykułowanych postulatów, takich jak regulacje rynku finansowego z prawdziwego zdarzenia czy poszukiwanie alternatywnych wobec PKB wskaźników, uwzględniających rozwój społeczny i ekologiczny. Znajduje się w nim również miejsce na oczywistą (niestety nie dla wszystkich) konstatacje, że wspólna przestrzeń walutowa bez dalszej harmonizacji systemów podatkowych i socjalnych pozostanie przestrzenią niestabilną, dlatego koniecznością jest np. wprowadzenie podatku od transakcji finansowych i ustalenie widełek minimalnych i maksymalnych poziomów opodatkowania firm, co zapobiec ma wewnątrzunijnej konkurencji o te same miejsca pracy i doprowadzić do likwidacji rajów podatkowych w samej UE.

Pojawiają się też nowe pomysły, jak chociażby odejście od codziennego ustawiania przez rynki cen surowców, co z punktu widzenia ich wydobycia i ewentualnych zmian w jego obrębie (jak na przykład ropy naftowej) jest pozbawione sensu, czy też ograniczenie zaciągania kredytów w obcych walutach, które może być szczególnie istotne dla nowych państw członkowskich Unii Europejskiej. Nie brakuje też odważnych wniosków - takich jak zwrócenie uwagi na postulat ponownej lokalizacji ekonomicznej, zmniejszającej ślad węglowy gospodarki globalnej, konieczności podziału koncernów "zbyt dużych, żeby upaść", ograniczenia praw kapitału spekulacyjnego do wpływania na strategię przedsiębiorstw poprzez wymaganie określonego czasu posiadania akcji firm, w których mają udziały czy zakaz tak zwanego "tradingu wysokich częstotliwości", polegającego na handlu akcjami dokonywanym w ułamkach sekundy, wspierającym "wirtualizację" rynków finansowych i ich oddzieleniu od realnej gospodarki.

W ostatnim czasie coraz więcej mówi się o kryzysie eurolandu i poszukuje się metod jego rozwiązania. Richard Douthwaite z jednego z irlandzkich think-tanków zajmujących się zrównoważonym rozwojem wskazuje na ograniczenia aktualnie podejmowanych przez rządy Europy Zachodniej działań antykryzysowych. Polityka cięć przy ograniczonej podaży pieniądza ze strony Europejskiego Banku Centralnego może przyczynić się do drugiej fali kryzysu i nawet kilkuletniej stagnacji w Europie. Wszystko dlatego, że opieranie poprawy sytuacji finansowej państw dokonujących cięć opiera się na wierze w towarzyszący temu wzrost eksportu. Aktualnie jednak mamy do czynienia z jednoczesnymi cięciami tak na dużych rynkach krajów UE, jak i w tych zagrożonych niewypłacalnością. Zapobieżenie ich bankructwu - tak naprawdę - leżało w interesie państw takich, jak Wielka Brytania, Niemcy i Francja, są to bowiem najwięksi wierzyciele gospodarek greckiej, irlandzkiej, hiszpańskiej i włoskiej (w wypadku Portugalii dominują pożyczki od Hiszpanii, a Hiszpania - sami widzicie...) i ich niewypłacalność groziłaby kolejną falą niewypłacalności banków w krajach-wierzycielach. Do tego wszystkiego, poprzez cięcia budżetowe, kraje Europy Zachodniej ograniczają popyt, a także skłonność sektora prywatnego do zadłużania się - w tym na inwestycje.

Jak widać, sytuacja wygląda niewesoło, cóż zatem proponuje Douthwaite? Poluzowanie polityki EBC poprzez zwiększenie podaży pieniądza, który miałby zostać przekazane krajom eurolandu na opanowanie sytuacji. Kraje mające największe deficyty budżetowe powinny wydać je na jej załatanie, pozostałe zaś - na redukcję coraz większego poziomu zadłużenia prywatnego, a także na skierowanie finansowania na projekty służące rozwojowi gospodarki niskowęglowej. Ewentualne osłabienie kursu euro, zdaniem badacza, przyczyniłoby się do wzrostu konkurencyjności eksportu krajów euro, zwiększyłoby to też skłonność do inwestycji a także bezpieczeństwo depozytów bankowych. Sam autor opracowania zdaje sobie sprawę z tego, że praktyki tego typu mogą kojarzyć się z hiperinflacyjnym pustym pieniądzem czasu międzywojennego czy też z "braniem pieniędzy z powietrza". Stara się jednak całkiem zręcznie uzasadniać swój pomysł i - niezależnie od tego, czy się z nim zgadzamy czy nie - wart jest lektury i przemyślenia.

Jak już pisałem swego czasu, nie wszyscy sądzą, że na dłuższą metę da się utrzymać wzrost gospodarczy przy ograniczonych zasobach planety. Zwolennikiem "gospodarki stanu stacjonarnego", jak określiła ją jedna z czytelniczek Zielonej Warszawy w komentarzach, jest Federacja Młodych Zielonych Europejskich. Zdaniem FYEG, gospodarki najbardziej rozwiniętych krajów czeka wręcz lekki spadek wielkości, jeśli na Ziemi ma starczyć miejsca dla nas wszystkich. Wymagać to ma ich zdaniem między innymi skrócenia tygodniowego czasu pracy do 30 godzin i opracowania innych narzędzi redystrybucji, gwarantujących możliwie wysoką jakość życia. Na łamach internetowego magazynu organizacji, znanego czytelniczkom i czytelnikom tego bloga "Ecosprintera" pojawił się interesujący materiał, w którym Joan Martinez-Alier i Giorgos Kallis wskazują na wzrost znaczenia keynesizmu w głównym nurcie debaty ekonomicznej w Zielonych, podczas gdy - choć zasadniczo słuszny kierunek w krótkim okresie, umożliwiający postawienie gospodarki na nogi - cały czas trzyma się w paradygmacie wzrostu, nie mającym sensu, gdy PKB na głowę przeciętnej mieszkanki czy mieszkańca Unii Europejskiej już dziś wynosi 25 tysięcy euro. Ci, którzy nadal stoją po stronie "Ekonomii zrównoważonego rozwoju", jak autor kompleksowego podręcznika, Holger Rogall (na jego osobne omówienie na Zielonej Warszawie przyjdzie jeszcze czas), zwracają uwagę na fakt, że póki co steady-state economy nie udzieliła odpowiedzi na wiele pytań, związanych choćby z zapobieżeniem problemom społecznym w okresie przejściowym. Dla Rogalla tego typu transformacja jest możliwa raczej w perspektywie kilku stuleci niż kilku lat, co nie oznacza, że samą koncepcję miesza z błotem, jak większość nadwiślańskich ekonomistów głównego nurtu wszystko to, co nie jest neoliberalne. Tego typu opinie mogą zresztą inspirować osoby wierzące w konieczność porzucenia wzrostu ekonomicznego do jeszcze większej, merytorycznej pracy. Z pożytkiem dla całej teorii i praktyki zielonej ekonomii.

2 stycznia 2011

Jak nie akumulacja, to co?

W artykule podsumowującym jesienne wybory samorządowe Krzysztof Nawratek zachęca do głębszego przemyślenia polityki miejskiej. Proponuje zastanowić się nie tylko nad tym, komu służy miasto, lecz także nad długofalową strategią budowania bogactwa: akumulacją kapitału. To bardzo ciekawy artykuł, ale nie mogę się zgodzić z „metropolitalnym” myśleniem autora. Z jednej strony cieszy się on z pojawienia się „mieszczańskich ruchów miejskich”, a z drugiej stwierdza, że „świetny wynik PSL-u wzmacnia «Polskę prowincjonalną», która «pasożytując» (poprzez przepływ mieszkańców, mieszkających «na prowincji» a pracujących w miastach) na wielkich miastach, nie będzie specjalnie skłonna by działać przeciwko własnemu interesowi". Wytworzenie silnego mieszczaństwa nie jest lekiem na całe zło, podobnie jak intensywne skupiska miejskie. Jasne, że mieszczaństwo jest lepsze niż oligarchia, a intensywna zabudowa miejska jest bardziej korzystna niż ekstensywna. Tyle że to wybór między dwoma rozpoznanymi już rodzajami zła…

Istnieje rozwiązanie alternatywne: można postawić na rozwój średnich i małych miast. Oznacza to przekierowanie inwestycji i miejsc zatrudnienia poza metropolie. Tą drogą poszły południowe Niemcy i północne Włochy. Próbowała tego też Francja, ale się nie udało, bo centralistyczne tęsknoty były wśród Francuzów za silne.

Inwestycja w rozwój małych i średnich miast oznacza przemianę struktury ekonomicznej, a w dłuższej perspektywie prowadzi również do zmniejszenia śladu węglowego na poziomie kraju. Drobna produkcja i rzemiosło, nie do utrzymania w wielkich miastach, ma szansę się spokojnie rozwijać w małych i średnich. Kraj zaopatruje sam siebie, korzystając z produktów lokalnych. W dyskusjach o handlu zwracamy dużo uwagi na wypieranie drobnych sklepikarzy przez supermarkety – ale dlaczego umyka nam ta sama tendencja na poziomie produkcji? Owszem, drobna produkcja jest droższa niż import z Chin, ale z drugiej strony oznacza bogatsze społeczeństwo i sprawiedliwszy rozkład dochodów…

Z punktu widzenia urbanizmu dowartościowanie małych i średnich miast może mieć decydujący wpływ na podniesienie poziomu życia obywateli całego kraju. To tam najłatwiej wdraża się zasady zrównoważonego rozwoju i najskuteczniej walczy z zanieczyszczeniem środowiska. Dobrym tego przykładem są Puławy, którym udało się zachować niezależność w stosunku do Lublina. Rozwój Puław jaskrawo kontrastuje z sytuacją licznych miast uzależnionych od metropolii (jak np. Łomianek od Warszawy).

Agata Czarnacka - filozofka, feministka, tłumaczka, w Zakładzie Etyki Uniwersytetu Warszawskiego kończy doktorat poświęcony kategorii normalności w psychoanalizie i feminizmie. Z rekomendacji Zielonych startowała do Rady Warszawy w wyborach 2006 oraz 2010 roku.

1 stycznia 2011

W zielonej sieci - odc. 49

Blogi:

- John Reardon o tym, dlaczego Liberalni Demokraci w Wielkiej Brytanii raczej się nie rozpadną.

- Na Blogu Jasnozielonym znajdziecie post o perspektywach Zielonych w Irlandii Północnej.

- Alejandro Nadal na temat kryzysu ekonomicznego duetu Chiny-Ameryka.

- U Bardzo Publicznego Socjologa tekst o wpływie lokalnych władz na rozwój miast.

- Emilia Walczak na Zielonej Bydgoszczy komentuje podniebny ślub polskich lesbijek.

- Wojtek Szot podsumowuje wydarzenia na świecie istotne dla społeczności LGBTQ.

- Ponieważ nie samą polityką człowiek żyje (szczególnie w wypadku, jeśli dotknie Was posylwestrowy kac) warto poczytać wrażenia Owena Hatherley'a z wizyty w nowej siedzibie TVP.

Partie:

- Austria: Opieka socjalna obcinana nie tylko nad Wisłą.

- Europa: Zieloni w Europarlamencie krytykują nowe węgierskie prawo medialne.

- Anglia i Walii: Przeciwko przemysłowej hodowli bydła w Norwich.

- Kanada: Rozmiękczana legislacja ekologiczna względem wydobycia ropy.

- Irlandia: Ustawa o ochronie klimatu trafia do parlamentu.

- Australia: Apele o zwalczanie połowów wielorybów.

YouTube:

Elizabeth May, liderka Zielonych w Kanadzie, w dyskusji na temat bitumicznych złóż ropy naftowej w tym kraju.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...