9 kwietnia 2010

"Piguły" walczą o godność

Solidne badania na temat opieki zdrowotnej w Polsce z krytycznej perspektywy są w naszym kraju niezwykle potrzebne. O medycynie mówi się tu w kontekście wprowadzenia w jej obręb jeszcze większej ilości mechanizmów rynkowych, języka "racjonalizacji kosztów", a nie prawa człowieka do opieki medycznej na wysokim poziomie. Poprawa efektywności w kontekście chronicznego niedofinansowania, skutkującego obcinaniem etatów i sporymi dysproporcjami płacowymi wydaje się dość ponurym żartem, a jednak pozostaje obowiązującą mantrą kolejnych ekip rządzących. Julia Kubisa, która napisała raport "Think Tanku Feministycznego", oraz Ewa Charkiewicz, która opatrzyła go wstępem, zajmują się kwestią trwających już 20 lat przekształceń w systemie zdrowotnym przede wszystkim z perspektywy grup zajmujących się opieką i jakością życia osób przebywających w zakładach opieki zdrowotnej - pielęgniarek i położnych. W tle kolejnych małych rewolucji w tym sektorze toczyła się i nadal toczy ich walka nie tylko o własne zarobki, ale także o jakość opieki i jej wizję, w której dobro osób leczących się jest ważniejsze niż dążenie do komercjalizacji działalności jednostek opieki zdrowotnej.

Protesty pielęgniarek nie są wyłącznie polską specyfiką - zdarzają się na całym świecie i wpisują się bądź to w walkę o godną płacę i sprawiedliwe wycenienie opieki, bądź też w proces dyskusji na temat przyszłości systemów medycznych, które przystosować się muszą do procesów stopniowego starzenia się społeczeństw. Wszystko to w czasie, kiedy usługi publiczne często znajdują się pod ostrzałem neoliberalnie nastawionych polityków, dla których nie są one ważne jako instytucje podtrzymujące jakość życia i reprodukcję rynków oraz społeczeństw, lecz kolejnymi maszynkami do zarabiania pieniędzy. Na szpitale czy przychodnie całego świata padać zaczyna cień cięć, zaburzających ich dotychczasowe funkcjonowanie i chwiejący założenie na temat zaspokajania potrzeb społecznych, związanych ze zdrowiem. Nie da się inaczej wytłumaczyć sytuacji, gdy zamiast sugerowanego współczynnika 2 pielęgniarek na 1,2 pacjenta dochodzić zaczyna do sytuacji, gdy 1 pielęgniarka bądź pielęgniarz przypada na... 40 osób chorych. Dodajmy do tego sytuację, kiedy dyrektorzy placówek nie finansują narzędzi ułatwiających pracę pielęgniarkom i położnym (zmuszonym tym samym do wykonywania dodatkowej pracy fizycznej, np. ręcznego podnoszenia pacjentek/pacjentów), by zasadnym stały się obawy o zapewnienie zdrowia. Pogorszenie warunków pracy pielęgniarek i położnych tożsame jest z pogarszaniem warunków powrotu do zdrowia osób chorych -warto przytoczyć tu odpowiednie statystyki cytowane w raporcie:

„Raport Agencji Badań dla Ochrony Zdrowia i Jakości przy Departamencie Zdrowia i Usług Społecznych w USA (Agency for Healthcare Research and Quality, U.S. Department of Health and Human Services, www.ahrq.gov), sporządzony w marcu 2007 r. wskazuje, iż każdy dodatkowy pacjent na jedną pielęgniarkę w przypadku, gdy sprawuje ona opiekę nad czterema pacjentami w oddziale chirurgicznym to: 1) 7% wzrost prawdopodobieństwa zgonu w okresie 30 dni od chwili przyjęcia, 2) 7% wzrost zakończonej niepowodzeniem akcji reanimacyjnej, 3) w przypadku pacjentów z AIDS pozyskanie dodatkowej pielęgniarki na osobodzień powodowało 50% spadek śmiertelności w ciągu 30 dni ich pobytu. Natomiast wyższa proporcja godzin i wyższa liczba pielęgniarek, a tym samym zwiększenie stopnia opieki na osobodzień, to niższe współczynniki: zakażeń dróg moczowych, krwawień z górnego odcinka przewodu pokarmowego, zapaleń płuc, wstrząsów i zatrzymań akcji serca. Badania, które objęły ponad 700 szpitali i ponad 43 tys. pielęgniarek pokazały, że tam, gdzie przypada większa liczba pacjentów na jedną pielęgniarkę, tam też istnieje większa śmiertelność i zachorowalność, więcej błędów w sztuce i niekorzystnych zdarzeń, włączając w to infekcje dróg moczowych, stanowiących 40% wszystkich zakażeń szpitalnych. Od 11%do 13% hospitalizowanych pacjentów cierpiało z powodu odleżyn, których leczenie kosztowało od 40 do 70 tys. dolarów za każdego pacjenta. Wysoka liczba personelu pielęgniarskiego związana była ze zmniejszeniem od 2% do 25 % zdarzeń niepożądanych, wynikających z procesu leczenia. W innym badaniu wykazano zależność między liczbą pacjentów przypadających na jedną pielęgniarkę a czasem pobytu w szpitalu. W przypadku oddziału Intensywnej Opieki badania wykazały zależność między małą liczbą pielęgniarek opiekujących się pacjentami a zdarzeniami niepożądanymi. W przypadku, gdy na oddziale na jedną pielęgniarkę przypadał jeden lub dwóch pacjentów, w tym oddziale występowało znacznie mniej komplikacji niż w oddziałach, gdzie na jedną pielęgniarkę przypadało trzech lub czterech pacjentów. Badania te wskazują jednoznacznie kierunek, w jakim powinny być podejmowane działania przez zarządzających ochroną zdrowia”.

Nils Böhlke. „The impact of hospital privatization on industrial relations and employees. The case of the Hamburg hospitals” Work Organization, Labour and Globalization. Vol. 2 No 2, Autumn 2008, str. 119-130; Specjalne wydanie: The new goldrush: the new multinationals and commodification of public sector work”. Analytica Publications/Merlin Press

Jaki zatem jest współczynnik pielęgniarek na 1.000 osób w naszym kraju w porównaniu do innych państw europejskich? Dane są dla nas bezlitosne: Czechy: 8.1, Francja: 7,5, Niemcy 9,6, Węgry 8,6, Wielka Brytania 9.2, Polska 5,0. Dodatkowym problemem w naszym kraju jest fakt, że istniej stale rosnąca luka między osobami wchodzącymi do zawodu a przechodzącymi na emeryturę, co oznacza dalsze pogarszanie tego wskaźnika. Obecnie edukacja pielęgniarska i położnicza odbywa się w ramach studiów wyższych, odczuwa się brak liceów pielęgniarskich, dzięki którym dopływ kadrowy był znacznie szerszy. Dodać do tego należy sporą emigrację zarobkową, zupełnie zrozumiałą w obliczu niskich płac i sporych różnic między zarobkami środowiska lekarskiego a pielęgniarskiego, a także brak szerszego otwarcia innych opcji zarobkowych (np. niski poziom edukacji seksualnej utrudnia położnym rodzinnym zajęcie się nauczaniem tego przedmiotu).

Wygląda niewesoło? Tak niestety jest, do czego doprowadziło ciągłe majstrowanie przy systemie opieki zdrowotnej. Nastąpiło odejście od jej finansowania bezpośrednio z budżetu w stronę systemu składkowego, której niski poziom doprowadził do niedoborów finansowych w systemie. Decentralizacja zarządzania placówkami, będąca elementem reformy zdrowotnej rządów AWS-UW znacząco utrudniła negocjacje płacowe na szczeblu centralnych czy też możliwość umów zbiorowych - obok państwa i reprezentacji pracowniczej pojawiła się zróżnicowana grupa zarządzająca, w obrębie której w różny sposób decydowano o podziale dostępnych funduszy. Inwestycje w sprzęt często uznawano za ważniejsze od inwestycji w ludzi, zaś podnoszeniu płac lekarkom i lekarzom (których związek zawodowy, co stanowi sytuację kuriozalną w skali światowej, popiera prywatyzację szpitali) nie szły w parze podwyżki dla pielęgniarek. Środowisko to, by uniknąć wplątania się w partyjne spory, w 1991 powołało do życia Ogólnopolski Związek Pielęgniarek i Położnych, niezależny zarówno od OPZZ, jak i "Solidarności".

Związek ten, za pomocą "Białego Miasteczka", po raz pierwszy po 1989 zdołał zaskarbić sobie sympatię mediów i środowisk opiniotwórczych. Jak w końcowych fragmentach raportu zauważa Kubisa, pomogło w tym granie z rolami płciowymi - podkreślanie "kobiecej" opieki, zderzonej z męskimi policjantami, spychającymi "Białe Miasteczko" z pasa drogi. Kwestie genderowe, jak zauważa autorka, odgrywają bardzo ważną rolę - lekarzy uważa się za osoby reprezentujące wiedzę, zaś pielęgniarki (zawód wysoce sfeminizowany) jedynie za wykonawczynie ich poleceń, nie zaś za samodzielne jednostki, zajmujące się opieką i posiadające również mającą legitymizację wiedzę. Jeśli przychodzi do protestów w służbie zdrowia, stroną zapraszaną do rozmów w programach publicystycznych są lekarze, a nie pielęgniarki. Walka o uznanie swoich kompetencji jest kolejnym obok walki płacowej frontem działalności związkowej.

Dzieje już prawie 20 lat pielęgniarskich strajków to dzieje nierzadko dramatyczne, w których nie brakowało głodówek, okupacji, zajmowania torów czy blokad przejść granicznych. Nic dziwnego, skoro bywały czasy i placówki, w których dostawały za swoją pracę ok. 600 złotych. Nadal wiele pielęgniarek i położnych niskie pensje zmuszają do pracy po godzinach - albo w innych zawodach, takich jak sprzątanie, albo na innych niż etatowe umowach, np. o zlecenie. Wiele jeszcze pozostaje do zrobienie, o czym przypominają końcowe wnioski. Przestrzeganie praw pracowniczych i systemowe rozwiązania potrzebne są do tego, by uczciwie zacząć wynagradzać ciężką, społecznie użyteczną pracę, w przeciwnym wypadku o żadnej sprawiedliwości społecznej nie będzie w naszym kraju mowy.

8 kwietnia 2010

Pigułka dla Europy

"Najgorszy z rodzajów przemocy polega na przypisywaniu jednostkom zastanych tożsamości, zakazaniu im zmian lub gry z tożsamościami. Co więcej, negowanie tożsamości może być również odczuwane jako głęboka krzywda. Sednem choroby tożsamościowej wielu osób - oczywiście poza problemami imigracyjnymi - jest taka czy inna krzywda symboliczna: zamknięcie się w obrębie własnej tożsamości lub wprost przeciwnie - wymazanie jej, odmowa jej uznania."

Daniel Cohn-Bendit

Cudownie przyjemnie jest mi przeczytać książkę, która pozwala mi po latach odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego zaangażowałem się w zieloną politykę i dlaczego to ta rodzina ideologiczna - chyba jako jedyna na dzisiejszym spektrum - ma odważne wizje przyszłego świata, do którego dąży. Cała reszta marzy bądź to o zachowaniu status quo, bądź też o nawrocie do przeszłości, czy ma to być konserwatywna przeszłość małych wspólnot lokalnych, liberalny "złoty wiek kapitalizmu" czy socjaldemokratycznego welfare state. Przy lekturze niegdysiejszego "czerwonego Danego" widać, że progresywny wiatr wieje w dziś w zielone żagle, a niezależnie od tego, czy chce się nas przypisać gdzieś na osi lewica-prawica, czy też nie, pozostajemy jako polityczna rodzina "z przodu" myślenia o rzeczywistości, co współprzewodniczący Grupy Zielonych/Wolnego Sojuszu Europejskiego udowadnia ze swadą i bez uciekania do niezrozumiałego dla szarego człowieka języka.

Wizja Cohn-Bendita nie zamyka się jedynie w stricte ekologicznych ramach, albo - ujmując kwestię inaczej - projektowana przez niego ekologia polityczna znacząco wybiega poza samą ekologię, tworząc holistyczną wizję bardziej wolnych i równych społeczeństw. Przypomina on swoją życiową drogę, przejście od marksizującego lidera studenckiej rewolty roku 1968 do pełnokrwistego Zielonego. Pokazuje panoramę ruchów ekologicznych i ich form działania, od pierwszych, nieśmiałych, lokalnych protestów, aż po zinstytucjonalizowane, nierzadko współrządzące partie, a także pokazuje, jak inne formacje polityczne - od lewa do prawa - usiłują pokazywać, że również troszczą się o przyrodę, bez uznawania jakiejkolwiek potrzeby wyjścia z dotychczasowego, produktywistycznego i neoliberalnego modelu kapitalizmu. Zdaniem autora "Co robić?", fordyzm i neoliberalizm są dwoma filarami aktualnej gospodarki, które muszą zostać porzucone - jeden z powodu sztywności i bierności, drugi - z powodu indywidualizmu posuniętego do egoizmu, bez liczenia się z dobrem wspólnoty.

Wspólnota i jej nowe formy zajmują istotną część książki. Pierwszym omawianym w jej ramach zagadnieniem jest wyraźne dowartościowanie relacji międzyludzkich. Zdaniem Cohn-Bendita, zmiany ekonomiczne iść powinny w kierunku dowartościowania nie nieadekwatnych mierników, takich jak Produkt Krajowy Brutto (lekceważący wartość np. wolontariatu czy nieodpłatnej pracy domowej, a wliczający koszty likwidacji skutków katastrof ekologicznych czy społecznych), lecz sieci więzi międzyludzkich. Dochodzi on do wniosku, że w pewnym momencie ekologicznej transformacji całkiem poważnie trzeba będzie pomyśleć nad dochodem gwarantowanym, który umożliwiłby godzenie życia rodzinnego z zawodowym, podejmowanie pracy społecznej oraz zlikwidowałby parcie na podejmowanie jakiejkolwiek pracy, byle tylko "wyżyć do pierwszego". Bardzo ciekawym źródłem dochodów podatkowych byłoby jego zdaniem pójście tropem podatku Tobina i wprowadzenie niewielkich podatków rzędu 0,01-0,1% na takie aktywności, jak wewnątrzpaństwowe operacje bankowe, wypłaty bankomatowe czy rozmowy telefoniczne. Nie wpłynęłoby to na wzrost ich kosztów, a dodatkowo dopomogłoby w ekologicznej reformie podatkowej, czyli przenoszeniu obciążeń z pracy na zanieczyszczenia. Mogłoby to być szczególnie ważne źródło, którego rola rosłaby wraz ze zmniejszaniem się poziomów emisji gazów cieplarnianych. Dodatkowo, pewna część tych transakcji (wykonywanych na szczeblu ponadnarodowym) mogłaby pomagać w zasilaniu budżetu UE, zwiększając tym samym możliwości tej instytucji.

Sama Unia musi być jego zdaniem dużo bardziej demokratyczna niż obecnie. Przyjęcie konstytucji w ciągu najbliższych 10 lat, ogólnoeuropejskie referenda wymagające podwójnej większości (głosujących państw i obywatelek/obywateli), 1/3 Parlamentu Europejskiego wybieranego przez listy ponadnarodowe, kontynentalne konsultacje obywatelskie w najważniejszych sprawach wspólnoty - to wszystko wyzwania ważne, ale jego zdaniem konieczne, by tchnąć ducha w zasapany europejski projekt. Ani powolna Angela Merkel, ani nadaktywny Nicolas Sarkozy nie mają charyzmy osób inicjujących dalszą integrację europejską. Charyzmy, potrzebnej do rozwiązywania problemów klimatycznych, tworzenia gospodarki opartej na wiedzy (domaga się on przeznaczenia aż 10% PKB krajów członkowskich na badania i rozwój i 25% na edukację) i wzorów dobrych praktyk w międzynarodowych stosunkach handlowych, z reformą Wspólnej Polityki Rolnej w stronę zrównoważonego rozwoju włącznie.

Jest jeszcze jedna, ważna dla przyszłości Europy kwestia - to wyzwanie wielokulturowości. Zdaniem autora "Co robić?" nie jest to zagrożenie, lecz szansa na stworzenie nowych więzi społecznych, jeśli uniknie się patrzenia na osoby przyjeżdżające do UE z góry i doprowadzania do gettoizacji ich wspólnot w obrębie europejskich miast. Szansą na przezwyciężenie ksenofobii z jednej, a zachowań niezgodnych z prawami człowieka z drugiej strony, może być tylko i wyłącznie dialog i zaangażowanie wszystkich zainteresowanych stron. Klęska modelu holenderskiego bierze się jego zdaniem nie z zaistnienia tam wielokulturowości, lecz wręcz przeciwnie - z faktu, że nigdy tam nie zaistniała, a w jej miejscu obserwować mogliśmy politykę wzajemnej obojętności katolików, protestantów i muzułmanów. Wierzy, że Turcja w Unii Europejskiej (po spełnieniu przez nią wszelkich kryteriów demokracji i praw człowieka) może stać się ukoronowaniem prawdziwie europejskiej postawy - poszanowania dla różnorodności i pełnej złożoności współczesnych tożsamości.

W tym miejscu warto też odpowiedzieć na zawarte w przedmowie Kuby Bożka wątpliwości co do pewnych elementów przesłania zielonej polityki. Zielony Nowy Ład poddaje się neoliberalizacji tak samo, jak socjaldemokracja potrafiła obrać kurs na trzecią drogę, zaś niemiecka chadecja - stać się "nowym centrum". Idee federacyjne i decentralizacyjne nie są ze sobą sprzeczne i nie muszą oznaczać obrania neoliberalnego kursu. Pojedynczy kraj członkowski UE w obliczu globalizacji może dość niewiele na scenie międzynarodowej, a wraz z dalszym wzrostem potęgi Chin, Indii czy Brazylii taka możliwość będzie stawać się coraz mniej realna. Jeśli obie wspomniane wyżej idee, jeśli idą ze sobą w parze, mogą zapewnić lepsze gwarancje jakości usług publicznych (których formy zaopatrywania mogłyby nadal pozostawać w gestii państw narodowych, zobowiązanych z kolei do przestrzegania unijnych norm dotyczących ich jakości i dostępności), zaś społeczności lokalne mogłyby w ten sposób zdobyć większą kontrolę nad ich realizowaniem (np. poprzez społeczne rady nadzorcze w szpitalach czy placówkach kulturalnych, ankiety i konsultacje w sprawie potrzeb dotyczących transportu zbiorowego). Większa niezależność lokalnych wspólnot od centrali wiąże się z silną współpracą z grupą regionalistów w PE, ale też z szanowaniem lokalnego kolorytu i różnorodności, innego rodzaju "bioróżnorodności", która nie musi mieć nic wspólnego z neoliberalizmem czy też osłabianiem polityki społecznej czy innych instytucji opiekuńczych.

Kiedy Cohn-Bendit mówi o społeczeństwie obywatelskim i jego istotnej roli, nie ma tu mowy o NGO-izacji. Zielone polityczki i politycy, którzy w swej działalności widzieli władze krajowe, podejmujące wbrew opinii publicznej decyzje dotyczące energii atomowej czy upraw organizmów genetycznie mondyfikowanych, demontujących instytucje państwa socjalnego czy też wprowadzającego w życie nowe formy neokolonializmu za pomocą krzywdzących traktatów handlowych, mają prawo do dystansu - tym bardziej, że państwa te chcą teraz przenieść te praktyki na poziom unijny, stąd ich dążenie, by za wszelką cenę stanowiska unijne nie obejmowali niezależni politycy i polityczki. Pamiętajmy, jak wyglądało stanowisko Polski i rządu Donalda Tuska wobec pakietu energetyczno-klimatycznego czy pomysłów na zwiększenie obowiązujących zobowiązań redukcji emisji gazów szklarniowych z 20 do 30%. Dystans wobec takiej formy prowadzenia polityki, coraz bardziej przypominającej sumę narodowych interesów, wydaje się zrozumiały, zaś przekonanie, że nowy byt, jakim nadal jest UE, będzie skuteczniejszy w myśleniu o dobru wspólnym niż państwa narodowe - zrozumiały. Oczywiście wcale tak być nie musi, o czym autor "Co robić?" nie zapomina - wszak nadal większym formacjom trudno zapominać o interesach narodowych bądź korporacyjnych.

To prawda, że gospodarka oparta na wiedzy nie zapewnia sama z siebie zniesienia społecznych nierówności. Wydaję mi się jednak, że jest to efektem jej "niesparowania" z innymi politykami. Tak jak brak związku sporej części funduszy strukturalnych z wymogami zrównoważonego rozwoju skutkuje tym, że sporo inwestycji w krajach Europy Środkowo-Wschodniej przyczynia się do wzrostu emisji gazów szklarniowych, tak innowacyjność może służyć tworzeniu np. technologii inwigilacji. Oznacza to jednak nie likwidację funduszy strukturalnych, lecz ich reformę, tak samo badania i rozwój oraz ich finansowanie z funduszy publicznych powinno iść na projekty, zapewniające autentyczny, zrównoważony rozwój, co można ocenić chociażby po szacowanych korzyściach ekonomicznych, społecznych i ekologicznych. Dajmy temu narzędziu szansę, pamiętając, że siłą neoliberalizmu, z którą wszyscy myślący progresywnie muszą się zmierzyć, jest łatwe oswajanie i zmienianie znaczeń nawet najbardziej emancypacyjnych ruchów i ich postulatów. Nie traćmy jednak ducha - wszak zielony to kolor nadziei.

7 kwietnia 2010

W zielonej sieci - odc. 27

Blogi:

- Rupert Read przybliża artykuł, krytycznie oceniający aktualny system opieki zdrowotnej w USA - ani to opieka, ani ona zdrowotna, niestety.

- Philip Booth na temat cieplejszego stosunku władz unijnych do organizmów modyfikowanych genetycznie.

- Dlaczego głosować na Zielonych? O tym Peter Tatchell z Chadwell and Seven Kings.

- W kampanii wyborczej można powiedzieć wszystko, z czego, jak pokazuje Richard Lawson, brytyjscy konserwatyści korzystają nader skwapliwie.

- Czy prawo do strajku jest elementem terroru związków zawodowych? Jim Jepps na temat dalszego skrętu Liberalnych Demokratów na prawo.

- Andrew Collingwood zauważa, że konserwatyści chcą zapobiec sytuacji, w której nie uda się im zdobyć w maju bezwzględnej większości w Westminsterze, za pomocą obiecywania cięć podatkowych.

- Dużo na temat niedawnej telewizyjnej debaty czołowych kandydatów na ministrów finansów Wielkiej Brytanii pisze Molly Scott Cato.

- Derek Wall przybliża interesujący artykuł - już nawet "The Economist" zaczyna wierzyć, że Caroline Lucas będzie pierwszą Zieloną w Izbie Gmin.

- Gdyby ludzie głosowali na poglądy, a nie na osobowości, Zieloni na Wyspach Brytyjskich już dziś mieliby szansę na rządzenie - wystarczy spojrzeć na wyniki internetowych badań, które przybliżają Dwaj Doktorzy.

- Ksenofobiczne nastroje nie tylko nad Wisłą - UKIP też potrafi, jak informuje Peter Cranie.

Partie:

- Niemcy: Sprawdzamy ekologiczność kurzych jajek.

- Austria: Także i tam trwa debata na temat zakazu palenia w miejscach publicznych.

- Europa: Zieloni w europarlamencie przeciw rozmiękczaniu idei europejskiej inicjatywy prawodawczej.

- Anglia i Walia: Program dla emerytów - podwyższenie świadczeń.

- Irlandia: Na drodze do nowej polityki odpadowej.

- Kanada: Konserwatyści jak zawsze "niezawodni" - tym razem obniżają pozycję kraju w rozmowach na temat przyszłości rejonów arktycznych.

- Australia: Problemy i pytania związane z odpadami radioaktywnymi.

- Nowa Zelandia: TIRy na tory? Niestety, na antypodach dzieje się dokładnie odwrotnie...

- Czechy: Kampania prodziecięca z prawdziwymi dziećmi.

- Holandia: Zielone uwagi do reform państwa opiekuńczego.

YouTube:

Elizabeth May, liderka kanadyjskich Zielonych, opowiada o pomysłach konserwatystów na reformę ordynacji wyborczej, oznaczającej krok w tył w stosunku do dotychczasowej legislacji.

6 kwietnia 2010

Społem - Mokotowskie Przejście Spółdzielcze


Horyzont Zdarzeń

Obszarem oddziaływania mojej inicjatywy – instalacji przestrzennej „Społem” - jest Stary Mokotów. To jedynie część większej, miejskiej dzielnicy, trudno jednak tak rozległy i ludny teren (największy pod względem ilości mieszkanek i mieszkańców teren w Warszawie) traktować niczym jednolity organizm. Ma on zróżnicowaną historię, niejednorodny wygląd, a dojechać z jednej jego części do innej (na przykład z Wołoskiej na Siekierki) bywa dłuższe i bardziej skomplikowane niż wyprawa do centrum miasta. Skarpa wiślana, bliskość – lub nie – do metra czy tramwaju, rodzaj dominującego w danej okolicy budownictwa, to tylko kilka z wielu kwestii, które osoby zamieszkujące Mokotów dość mocno różnicują. Będą różnicować nadal, bowiem na terenie tym nie brakuje nowych inwestycji deweloperskich, wyrastających w pobliżu gierkowskich bloków, modernistycznych kamienic i niemal podmiejskich willi. Po dziś dzień spacerując po dzielnicy można bardzo szybko z terenu, przypominającego centrum europejskiego miasta, przejść na jego przedmieścia, a nawet na obszary momentami niemal niezabudowane. To miasto w mieście, by zatem skupić się na małej, lokalnej społeczności, należy wyodrębnić z niego mniejszy fragment. Tym istotnym z mojego punktu widzenia fragmentem będzie Stary Mokotów.

Na sam początek – jego geograficzne umiejscowienie. Z większości kierunków świata sprawa jest dość prosta: na północy strzegą go bloki na Batorego i Pole Mokotowskie, na zachodzie – nowoczesne budownictwo po drugiej stronie Wołoskiej, na wschodzie – skarpa wiślana, przechodząca tuż przy Puławskiej. Problem narasta na południu, bowiem tu zabudowa zmienia się dość płynnie. Terenem niepewności jest Wierzbno – obszar między ulicą Odyńca a Metrem Racławicka, powierzchniowo równy zarysowanemu przeze mnie przed chwilą. W dzielnicowej nomenklaturze figuruje jako osobna jednostka pomocnicza, tak też zatem będę je traktował. Kiedy patrzę na „moją dzielnicę”, miejsce mojego zamieszkania leży niemal na samym południowym jego skraju. Małomiasteczkowy klimat pogłębia niska zabudowa, wille ciągnące się z Alei Niepodległości w kierunku Puławskiej, sklepowy pasaż na Dąbrowskiego w kierunku Centrum Kultury Łowicka, niedaleki Pasaż Racławicka. Swoje potrzeby towarzyskie można w dużej mierze zaspokoić na miejscu – jest tu kawiarnia Lokalna, nadal dość nowy Relaks o peerelowskim wystroju, prezentujący na ścianach wystawy plakatów, mająca już niemal status instytucji z powodu swojego długiego stażu ReGeneracja, kultowa lodziarnia Malinova, a nawet centrum komiksowe przy Alei Niepodległości. Nie będę tu wspominał o innych „oczywistych oczywistościach”, jak sklepy, restauracje czy antykwariaty, bowiem Stary Mokotów, mocno zintegrowany z miejską tkanką (chociażby przez dostęp do metra czy dość sporą sieć tramwajową) nie ma się tu czego wstydzić.

A jednak coś – przynajmniej według mnie – w tej narracji zgrzyta. Problem Starego Mokotowa polega na tym, że leży na tyle blisko centrum miasta, w którym kumuluje się życie społeczno-kawiarniano-imprezowo-artystyczne, że by utrzymać przy sobie mieszkanki i mieszkańców nie tylko, jeśli chodzi o mieszkanie, lecz także o życie towarzyskie i kulturalne, a także dodatkowo przyciągnąć osoby z innych rejonów Warszawy, Polski i świata, powinno dziać się tu ciut więcej. Jak na razie, jeśli coś zakłóca mi spokój nocą, to są to raczej odgłosy „swojskich” kibiców Legii niż zabaw lokalnych ośrodków imprezowych. Również jeśli chodzi o działanie lokalnych organizacji społecznych nie wygląda ono imponująco, co z punktu widzenia bądź co bądź nieperyferyjnej dzielnicy miasta może zaskakiwać. Spora część lokalnych stowarzyszeń zajmuje się filantropią, natomiast inicjatyw widocznych w przestrzeni publicznej za dużo nie ma – wśród widocznych wyjątków wyróżnić warto inicjatywę mieszkanek i mieszkańców ulicy Narbutta, chcących zorganizować swoją społeczność w celu skutecznego lobbowania na rzecz wspieranych przez siebie pomysłów na zagospodarowanie okolicy, a także ulicę Racławicką, niedawno wzbogaconą swoim własnym świętem, której społeczność zasłynęła z oddolnej inicjatywy jej oczyszczenia ze szpetnych, sprejowych malunków. W ostatnich latach najważniejsze dyskusje na temat wyglądu okolicy toczyły się wokół pomysłów dotyczących zabudowy części Pola Mokotowskiego, a także zagospodarowania Kina Iluzjon i otaczającego go Skweru Słonimskiego. Choć trudno określić zatem Stary Mokotów mianem społecznej pustyni, to jednak można by oczekiwać czegoś więcej. Być może problem z wytworzeniem wspólnej tożsamości dzielnicy, czy chociażby jakiegoś jej fragmentu, wiąże się z brakiem jednego miejsca spotkań. Pojawiały się przy tej okazji pomysły na realizację planowanego przez Stefana Starzyńskiego Placu Niepodległości na terenie dzisiejszych ogródków działkowych przy Odyńca, albo też rewitalizację Pasażu Racławicka i uczynienie z niego centrum nie tylko handlu, ale także inicjatyw, takich jak zbiórki krwi czy inicjatywy profilaktyczne w rodzaju mammobusów. Jak na razie jednak podobne pomysły nie wyszły poza fazę luźnych koncepcji. Całość pokrótce zaprezentowanych faktów sprawia, że rejon ten jest dobrym miejscem na artystyczne interwencje, mogące ożywić i rozdyskutować okolicę.

Skąd „Społem”?

Od ruchu spółdzielczego, który zapisał się złotymi zgłoskami w polskiej historii. Mało kto o tym pamięta, patrząc się na jego powojenne dzieje, kiedy został zawłaszczony przez władze PRL-u. Efekty tego działania są widoczne po dziś dzień, nawet w Warszawie. Dość wspomnieć Żoliborz, gdzie lokalne spółdzielnie mieszkaniowe – spadkobierczynie chlubnych tradycji Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej – przyczyniły się swą polityką najmu do obumarcia Placu Wilsona i przekształcenia go w „Plac Bankowy”, pełen placówek zajmujących się udzielaniem kredytów i przechowywaniem oszczędności. Zapomina się jednocześnie o kilkudziesięcioletniej tradycji, w której uczestniczyło kilkaset tysięcy ludzi, zakładających związki spożywców, kooperatywy wytwórcze czy kółka rolnicze. Ruch ten – choć w tekstach jego czołowych polskich działaczy krytycznie nastawiony do kapitalizmu i w dużej mierze przesiąknięty emancypacyjnymi, lewicowymi ideami, grupował ludzi niezależnie od ich politycznych barw. Tworzył on społeczności, których działalność gospodarcza opierała się na kooperacji, a nie konkurencji, zapewniając rzeszom ludzi dostęp do tańszych produktów konsumpcyjnych. Nadwyżka między ceną hurtową a detaliczną była częściowo zwracana jako dywidenda członkiniom i członkom danej spółdzielni, częściowo szła na jej rozwój ekonomiczny, reszta zaś odkładana była na specjalny fundusz gromadzki, z którego finansowano świadczenia socjalne, a także działalność oświatowo-kulturalną kooperatywy.

Dziś, gdy wiele mówi się o nowym otwarciu w gospodarce, nastawieniu się na większą współpracę, społeczną odpowiedzialność biznesu oraz zrównoważony rozwój, tego typu gospodarowanie jawi się jako atrakcyjna alternatywa dla status quo. Co więcej, chlubne tradycje spółdzielcze nie tylko odżywają w postaci zwiększonej ilości publikacji na ten temat, ale także nowych inicjatyw, od spółdzielni socjalnych, zatrudniających osoby zakluczone wykluczeniem społecznym (operujące w różnych gałęziach gospodarki – dla przykładu niedawno otwarto spółdzielczą kawiarnię w Lublinie), poprzez anarchistyczny, stołeczny hostel Emma, na Warszawskiej Kooperatywie Spożywczej skończywszy. Ta ostatnia idea, polegająca na hurtowym zakupie dla jej członkiń i członków produktów spożywczych na giełdzie rolnej w Broniszach, rozrosła się liczebnie tak mocno, że w jej szeregach mówi się o jej podziale na dwie, a nawet trzy części, opartym na kryterium terytorialnym. Z funduszu gromadzkiego wielokrotnie wypłacano już wsparcie finansowe dla osób, potrzebujących środków finansowych na przykład na wizytę u dentysty. Jak zatem widać, wymyślona przed ponad 150 laty idea nadal pozostaje żywotna i może przyczyniać się do poprawy jakości życia osób, uczestniczących w tego typu przedsięwzięciach. Idea samoorganizacji i „brania sprawy we własne ręce” zbliża ją do pozytywistycznych ideałów i współczesnych nam nawoływań do tworzenia aktywnego społeczeństwa obywatelskiego, natomiast wbudowana w nią zasada wykorzystywania wspólnie zgromadzonych zysków na cele wspólnotowe pozwala na budowanie wzajemnego zaufania i poczucia, że w trudnych życiowych chwilach nie pozostanie się samemu. Idea w sam raz na dzisiejsze czasy, a także w sam raz do jej wykorzystania do działania animacyjnego w przestrzeni publicznej Starego Mokotowa.

Tunel pamięci

Moja propozycja to umieszczenie nad ulicą Puławską tunelu, z zewnątrz przypominającego szarą rurę gazową. Dobrymi miejscami do tego byłyby bądź to okolice ReGeneracji, bądź też zjazdy na Dolny Mokotów, takie ulica Dolna przy kościele Michała Archanioła. By zachowała ona stabilność, potrzebna byłaby pośrodku metalowa podpora. Podpora bądź podpory musiałyby być postawione tak, by komponowały się z przebiegającą tą ulicą linią tramwajową, nie przeszkadzały w ruchu – tak tramwajowym, jak i samochodowym – a jednocześnie zapewniły strukturze stabilność. Wybór ulicy Puławskiej wiąże się z jej historycznością – ta jedna z najdłuższych arterii miejskich, za czasów rosyjskich nazywana Nowoaleksandryjską, zachowała nieco charakterystycznej, miejskiej zabudowy, pośród której nie brakuje obiektów modernistycznych. Jej rozwój w naturalny sposób wiązał się z rozwojem Warszawy po I wojnie światowej, w tym i Mokotowa, będącego oficjalnie jej częścią od roku 1916. Jak zatem widać, już chronologicznie dostrzegalna jest korelacja między Puławską a złotymi latami polskiej spółdzielczości. Dodatkowo jej walorem jest malowniczy wygląd, wzmocniony sporą ilością drzew oraz wspomnianym już tramwajem. Proponowana przeze mnie instalacja, choć poprzez swą barwę nieagresywna, wprowadziłaby w tę okolicę element zaskoczenia przy jej odwiedzaniu czy też przejeżdżaniu.

Pokrótce o technikaliach. Choć z zewnątrz wyglądałaby ona jak rura (obłożona srebrną blachą), miałaby jeden element wyróżniający – to umieszczony na środku, po obu jej stronach, czarny napis „Społem!”. Celowo, by nie wzbudzać na pierwszy rzut oka skojarzeń z istniejącą siecią sklepów spółdzielczych, nie powinien on być stylizowany na znany ludziom symbol, co mogłoby zwiększyć oczywistość instalacji i zmniejszyć poziom zainteresowania wejściem do jej środka. Sama rura, w swym środku, zawierałaby mniejszą, uformowaną z przezroczystego, wytrzymałego i dość grubego materiału (na przykład pleksi), między którymi znajdowałaby się wolna przestrzeń. Jest ona potrzebna do tego, by umieścić w niej podłużne lampy, świecące przyjemnym, żółtym światłem, nadającym wnętrzu ciepły, optymistyczny klimat. Od strony ulic rura będzie pochylona pod kątem, umożliwiającym wejście na poziom równoległy do poziomu ulicy. My umożliwić taki rozwój wypadków, po bokach rury, w obrębie warstwy pleksi, znajdować się będą otwory, umożliwiające włożenie w nie stóp i dłoni i wdrapanie się na górę. Tam na osobę, decydującą się na odwiedziny, czekać będzie umieszczona po obu stronach galeria zdjęć z jednorodnie stylizowanymi (np. na rycinę) ilustracjami czołowych osób, rozwijających teorię i praktykę praz popularyzujących polski kooperatyzm, takich jak Edward Abramowski, Romuald Mielczarski, ksiądz Piotr Wawrzyniak, Franciszek Stefczyk, Maria Dąbrowska i wielu, wielu innych. Pod spodem, zamiast podpisów, przez całą główną część instalacji ciągnęła by się naklejona na pleksi, tęczowa szarfa. Niezależnie od tego, z której strony ulicy zdecydowano by się na wejście, po przeczołganiu się na drugą stronę będzie można obrócić się wewnątrz instalacji i zjechać w dół niczym na ślizgawce.

Czemu taka, a nie inna forma? Oderwany od powierzchni ziemi tunel bądź kładka zbliżają się do nieba, odrywają od spraw przyziemnych i pozwalają na przejście na wyższy poziom – metafizyczny czy też intelektualny. Jednocześnie już nawet spojrzenie w górę – nie mówiąc o wspinaniu się – wymaga wykonania pewnego wysiłku w celu oderwania się od ziemi. Spółdzielczość nie jest czymś, co widzi się „na przestrzeni ulicy”, nie wiąże się jej tradycji z działaniem położonego w okolicy sklepu, a na dźwięk słowa „spółdzielnia mieszkaniowa” sporej grupie osób ciarki przechodzą po plecach. Trudno jednocześnie o otrzymanie nieco szerszej niż zdawkowe tabelki w podręcznikach historii informacji na temat przeszłości i obecnych problemów ruchu. Mokotowskie Przejście Spółdzielcze nie aspiruje do miana wyczerpującego kompendium wiedzy na ten temat, będąc jedynie źródłem inspiracji do samodzielnego poszukiwania w tym temacie. Idea ta jest zgodna z hasłami podnoszonymi przez Edwarda Abramowskiego, a więc samodzielnych eksploracji zamiast oczekiwania na odgórne załatwienie a to poprawy warunków ekonomicznych, a to zdobywania wiedzy. Niewykluczone, że dzięki większemu zainteresowaniu społecznemu projekt mógłby ewoluować i wchodzić głębiej w coraz dalszą od pierwotnej lokalizacji przejścia przestrzeń publiczną, na przykład w postaci domalowywania na przejściach dla pieszych (w porozumieniu z organizacją ruchu drogowego) tęczowych pasków, albo bardziej standardowych wystaw plenerowych prezentujących postacie i najważniejsze inicjatywy ruchu spółdzielczego w Polsce. Niezbędne do tego byłoby jednak, jak już wspomniałem, wzbudzenie zainteresowania lokalnej społeczności, mogącego przybrać wymierne, bliskie kooperatyzmowi wymiary, takie jak oddolna zbiórka na sfinansowanie druku tablic wystawienniczych, które mogłyby następnie stanąć na przykład w którymś z okolicznych parków, na przykład Dreszera albo Morskie Oko. Konieczność praktycznej realizacji wizji nowego człowieka ery kooperatyzmu wymagałaby sama konstrukcja „rury” - w wypadku, gdy jednocześnie z obu stron ulicy weszłyby do niej dwie osoby, musiałyby one bądź to wyminąć się w środku, przechodząc obok siebie niezwykle blisko (trening zaufania), bądź też jedna musiałaby się wycofać i odczekać na swoją kolejkę, co z kolei premiowałoby altruizm, zdolność do wyzbycia się egoistycznej potrzeby natychmiastowego zaspokojenia ciekawości oraz współpracy z obcą sobie osobą. Podobne – a nawet jeszcze bardziej widowiskowe – okazje do nawiązania doraźnej współpracy pojawiałaby się, gdyby do „rury” z jednej strony weszłaby naraz więcej niż jedna osoba, co wymagałoby negocjowania tempa zwiedzania, albo gdy kilka osób weszłoby z obu jej stron. Wymagałoby to bardzo starannego doboru średnicy wewnętrznej warstwy przejścia.

Kolejnym, istotnym faktem, mającym wpływ na recepcję instalacji, byłoby przyjęcie przez nią formy postawionego nad ulicą tunelu. Z jednej strony – łączy dwie strony ulicy niczym klasyczna kładka, z drugiej zaś – zupełnie inaczej odbiera się prezentowaną treść na kładce, inaczej zaś w tunelu. Analogicznie postawione tablice na kładce dla pieszych, na przykład tej przy Bibliotece Narodowej, mimo prezentowania dokładnie tej samej treści, byłyby zapewne odebrane zupełnie inaczej niż ilustracje, umieszczone w tunelu. Kluczowymi kategoriami staje się tu intymność w obcowaniu z treścią, która w może nie mówić – szczególnie przy pierwszym kontakcie z nią – zbyt wiele, a wręcz mówić coś zupełnie innego, niż ma w planach (flaga spółdzielcza może zostać uznana za flagę ruchu LGBT, co zupełnie zmienia interpretację obrazów), ale też wysiłek, konieczny do wspięcia się do części wystawienniczej Przejścia, niestandardowa postawa ciała podczas zdobywania wiedzy (należy poruszać się na czworaka, co nie jest taką samą postawą ciała jak ta, którą większość z nas przyjmuje dla przykładu podczas muzealnej wystawy czy lektury książki w bibliotece), ale też łatwość w jej zapominaniu, sygnalizowana możliwością szybkiego „ześlizgnięcia się” z powrotem na ulicę. To krótkie wyliczenie pokazuje, że zwykła kładka nad ulicą nie daje tak silnego efektu bardzo cielesnego wymiaru poznawania i oswajania się z nową treścią, co tunel.

Jak już wspomniałem, Mokotowskie Przejście Spółdzielcze ma za zadanie niemal namacalnie zilustrować problem trudności w dostępie do wiedzy i braku społecznej pamięci o istotnych wydarzeniach z historii, która działa się przez wieki na ziemiach polskich. Wpisywałoby się ono w odkrywane ostatnimi czasy, zagubione narracje, takie jak chociażby dzieje Żydów w Polsce, tradycje ludowe, wykraczające poza cepelię (taką próbę podejmuje kolektyw R.U.T.A., wydający płytę z chłopskimi pieśniami wyrażającymi niedolę tej klasy społecznej i gniew wobec szlachty oraz kleru), miejskie historie czy odkrywane na nowo regionalizmy. Obnażałoby również mechanizmy wykluczenia, obejmujące różne grupy społeczne, tak w dostępie do wiedzy, jak i przestrzeni publicznej. Dla przykładu – trudno byłoby do tunelu wejść osobie z niepełnosprawnością ruchową. Nie chodzi tu o zakwestionowanie pewnej artystycznej wizji, ale pokazanie jej ograniczeń i zwrócenie uwagi na problem, który dla wielu pozostaje „przezroczysty”, a jego niedostrzeganie wpływa na realne pogorszenie jakości życia ludzi w ten sposób wykluczonych. Dla przykładu – budowanie wspomnianych już kładek nad jezdnią zamiast przejść naziemnych poważnie utrudnia poruszanie się osobom na wózkach. Teoretycznie zaopatruje się je w windy, w praktyce jednak często bądź to funkcjonują one nieefektywnie, prowadząc wręcz do zaklinowania się osób w nich znajdujących (jak w wypadku przejść podziemnych w okolicach Metra Centrum), bądź też są demolowane i nie nadają się do użytku (casus jednego z przejść na ulicy Bartyckiej). Nawet takie „drobiazgi”, jak różnice poziomów chodnika i jezdni przy przejściach dla pieszych potrafią być kłopotliwą barierą. Tego typu ograniczenia – w wypadku tunelu – da się przemóc za pomocą wspomnianej już organizacji wokół sprawy i możliwości stworzenia wystawy w parku, a nawet – specjalnie przystosowanego do potrzeb osób na wózkach tunelu, który można by postawić wzdłuż chodnika, na przykład przy jednym z przylegających do ulicy parków, odpowiednio szerokiego i z odpowiednio łagodnymi podjazdami, by mogła zmieścić się weń osoba na wózku. Postawienie pierwotnej wersji Mokotowskiego Przejścia Spółdzielczego mogłoby być swego rodzaju papierkiem lakmusowym, testującym wrażliwość lokalnej społeczności na potrzeby drugiego człowieka, co znów tworzyłoby warunki do przeżywania realnej, ludzkiej kooperacji – bo to o nią, nie zaś o przekazanie encyklopedycznej wiedzy, przede wszystkim chodzi w tym eksperymencie.

Oczekiwania

Trudno rzecz jasna przewidzieć, jakie będą realne, społeczne skutki zaproponowania takiej, a nie innej instalacji w przestrzeni publicznej. Joanna Rajkowska, stawiając swoją palmę na Rondzie de Gaulle'a, nie spodziewała się, że stanie się ona nowym symbolem Warszawy, a jednocześnie, że bardzo niewiele uwagi w dyskusjach nad nią będzie toczyć się wokół założonych przez nią kwestii, takich jak obecność społeczności żydowskiej na kartach historii miasta czy też zwiększenia świadomości dotyczącej trwającego od lat konfliktu izraelsko – palestyńskiego. Z kolei jej kolejna instalacja, „Dotleniacz”, choć rozruszał obumarły Plac Grzybowskiego, uaktywnił lokalną społeczność i pozwolił na wyjście z dyskusją o tym zakątku Warszawy ponad myślenie o umieszczeniu w nim kolejnego pomnika i miejsc parkingowych, ostatecznie przegrał z urzędniczą rutyną. Dziś na placu dominuje beton, a betonowe bajoro zastąpiło oczko wodne, otoczone trawą i z pluskającymi w nim rybami. Mokotowskie Przejście Spółdzielcze nie aspiruje do permanentnego pozostania w przestrzeni Starego Mokotowa, dlatego też jego zewnętrzny wygląd świadomie wręcz unika bycia przesadnie estetycznym, upodabniając się do gazowej rury. Możliwość interpretacji innej niż zaproponowana przez autora wpisana jest w cały projekt, który w przestrzeni publicznej funkcjonowałby jako „Społem”. Mógłby, dla przykładu, zostać odczytany jako głos w stosunkach polsko-rosyjskich i sporów o dostawy gazu do naszego kraju – rzecz jasna, jeśli osoba chcąca w ten sposób go odczytać nie weszłaby do środka. Interesujące byłyby również pomysły na zdewastowanie środka instalacji w wypadku pomylenia symboliki flagi spółdzielczej – niszczenie wizerunków spółdzielców jako obrona przed „propagandą homoseksualną” mogłaby urosnąć do rangi interakcji na poziomie tnącego szablą wystawę „Naziści” Daniela Olbrychskiego. Jak wielokrotnie zaznaczałem – sukcesem takiej inicjatywy nie byłoby poszerzenie encyklopedycznej wiedzy, a co najwyżej zachęcenie do samodzielnego jej zdobycia. Głównym celem jest wykreowanie zachowań, które będą swoistym probierzem tego, czy na początku XXI wieku ludzie są w stanie przejawiać zachowania, które niegdyś byłyby uznane za ważne cechy „prawdziwego spółdzielczy”. Zawsze można sobie przecież wyobrazić zamiast kooperacji – przyspieszenie tempa przez osobę, która znalazła się w tunelu i zauważyła inną, czołgającą się z innego kierunku, co miało by ją doprowadzić do wycofania się. Można zatem potraktować ową niepozorną, srebrzystą rurę jako swego rodzaju test psychologiczny dla lokalnej społeczności, którego wyniki mogą być pewną prognozą na przykład dla poziomu jej zaangażowania w wypadku pojawienia się planów zabudowy któregoś z okolicznych parków.

Podsumowując zatem – Mokotowskie Przejście Spółdzielcze potraktować należy przede wszystkim jako pole społecznego eksperymentu. Eksperymentu, który jednocześnie jest jakąś formą pomnika, honorującego taką, a nie inną grupie ludzi, reprezentującą takie, a nie inne życiowe postawy. Nie aspiruje on jednak do bycia realistyczną rzeźbą na cokole, służącą przede wszystkim do oglądania. Za cel stawia sobie bezpośrednie doświadczenie, możliwe do doświadczenia nawet bez wchodzenia w jego symbolikę. Nawet, jeśli ktoś skorzysta z zaproszenia do przejścia-tunelu tylko po to, by przejść przez ulicę w niecodzienny sposób, będzie to już całkiem niezłym początkiem przełamywania pewnego marazmu, który momentami zdaje się dotykać Stary Mokotów.

Powyższy tekst był pracą roczną na zajęcia z animacji kultury - ze względu na objętość tekstu pominięto przypisy.

Fajną wystawę wczoraj widziałem...

Może nie wczoraj, ale jakiś czas temu (mianowicie na prima aprilis) poszedłem z przyjaciółmi do dawno nie odwiedzanej Zachęty. Przedświąteczny spokój pozwolił mi wreszcie na nadrobienie pewnych zaległości w dziedzinie kultury, które doszły do tego poziomu, że na półce w pewnym momencie na swoją kolej do przeczytania czekały dwa komiksy, a będący wiele miesięcy przy placu Małachowskiego Libera nie doczekał się moich odwiedzin. Tym bardziej cieszę się, że zdążyłem na "Płeć? Sprawdzam!", która dostępna będzie aż do 13 czerwca, więc każda i każdy z Was ma szansę wygospodarować odpowiednio dużo wolnej chwili, by przyjść do galerii. Wystawa ta - przyznaję bez bicia - bardzo mi się spodobała, a pewne jej elementy są tak mocne, że trudno o nich zapomnieć. Po kolei zatem.

Role męskie i kobiece zawsze były chętnie wykorzystywane w celach politycznych, niezależnie od ustroju. W realnym socjalizmie kobiety dostąpiły formalnej emancypacji, charakteryzującej się zwiększeniem uczestnictwa w rynku pracy czy też dostępem do aborcji. Ponieważ jednak - zgodnie z dawniejszym stereotypem - prace domowe pozostały w gestii kobiet, spadł na nie dodatkowy ciężar. Wraz z nadejściem kapitalizmu napięcie genderowe przewędrowało, na przykład pod wpływem sprzecznych oczekiwań związanych z kobiecymi rolami płciowymi. Kobiety, straciwszy socjalne bezpieczeństwo (rozpad sieci żłobków i przedszkoli) znalazły się między młotem gospodarki rynkowej i oczekiwań związanych z podjęciem przez nie pracy, a kowadłem konserwatywnej tezy o tym, że jej miejsce jest w domu przy dzieciach. Dodatkowo pojawiać się zaczęły wyrwy w dotychczasowych wizjach męskości, w tym związane z wychodzeniem na powierzchnię środowisk homoseksualnych. Na wystawie "Gender Check" znajdziecie celne komentarze do wszystkich tych zagadnień.

Tutaj naprawdę jest wszystko - i wszystko robi całkiem niezłe wrażenie. Dla przykładu - operowe przedstawienie płciowych stereotypów w formie nagrania wideo. Po lewej stronie matka opowiadająca o swoim losie, o tym, że woli się spełniać jako osoba, że nie czuję wielkiego zewu instynktu macierzyńskiego, z drugiej zaś - rodzina, gdzie każdy mówi co innego, jedni oskarżają ją o zbytni konformizm względem tradycji, inni - o jej zupełne lekceważenie, tylko jej dziecko woła co jakiś czas, że jest ona najwspanialszą osobą na świecie. To tylko jeden z przykładów, są i ostrzejsze, jak striptiz Katarzyny Kozyry, orgazmiczne łóżko z wypustkami, dzięki którym, po przyłożeniu do nich ucha usłyszymy erotyczne jęki, krótki, słowacki lesbijski film porno, grający z męskimi oczekiwaniami w ten sposób, że odgrywające role biurowych sekretarek aktorki są... w pełni ubrane. Robi to ciekawe wrażenia, kiedy zderza się pornograficzną rzeczywistość i fantazję na jej temat w obliczu niestereotypowego filmu, który odsłania... ich groteskowość. Taki zresztą bywa seks i związane z nim relacje genderowe - czasem śmieszny, czasem straszny.

Bywają też elementy wystawy tak mocne, że sugeruję przygotowanie się do nich. Tak jest szczególnie z filmem jednego z bałkańskich artystów, który na jednym ekranie puszcza obrazy z zamieszek przy gejowskich paradach w Zagrzebiu i Belgradzie, spowodowanych przez prawicowych homofobów, a z drugiej - odegranie przez tancerki i tancerzy scen z zamieszek ulicznych. W pewnym momencie krew leje się dość mocno, wydaje się nam wręcz, że kamera filmuje skatowanego na śmierć młodego chłopaka. Szczęśliwie tak się nie dzieje, przeżywa on, jednak widok cieknącej w jego głowy krwi każe bardzo solidnie zastanowić się nam nad tym, jak możliwa jest tak wielka nienawiść wobec ludzi, których jedyną "przewiną" jest bycie w grupie mniejszości seksualnych. Stygmatyzacja posunięta do negowania człowieczeństwa i wartości ludzkiego życia, a wszystko często pod płaszczykiem troski o naród i jego "kondycję moralną". Przerażająco smutne...

Oczywiście nie jest moim zadaniem opowiedzenie całej wystawy, co najwyżej zachęcenie do jej obejrzenia. Poza wymienionymi wyżej elementami szykujcie się na spotkanie ze sporą ilością dzieł socrealistycznych, co do realności których zaczęliśmy mieć podczas zwiedzania pewne wątpliwości (wygięta w orgiastycznej pozie samozadowolenia murarka stojąca nad kupką ułożonych bez zaprawy cegieł wygląda, cóż, dość mało realistycznie), nie zabraknie obierania ziemniaków, Teletubisiów, wydzielin cielesnych i wszystkiego, co można kojarzyć z kwestiami relacji płci (albo i nie), dających naprawdę dużo do myślenia. Nie wszystko jest tu tak jasne, jak można by się spodziewać, kto zobaczy pewien film związany ze wzrokiem z całą pewnością zrozumie, o co mi chodzi.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...