5 grudnia 2008

Chrońmy klimat, chrońmy ludzi – Stołeczna Polityka Klimatyczna

Zmiany klimatyczne są faktem – zgodnie z szacunkami naukowców, działalność człowieka przyczynia się do przyspieszenia wzrostu globalnej temperatury. Aby uniknąć nieodwracalnych zmian klimatycznych, powodujących wzrost niestabilności pogodowej, rozprzestrzenianie się chorób tropikalnych, podnoszenie się poziomu wód i inne niepokojące zjawiska, należy ograniczyć wzrost globalnej średniej temperatury do 2 stopni Celsjusza. Tymczasem trwanie na dotychczasowym poziomie emisji gazów szklarniowych oznaczać będzie jej wzrost o 6 stopni.

Przystosowanie gospodarki do zrównoważonego rozwoju – takiego, gdzie liczy się nie tylko wzrost PKB, ale także dobro człowieka i stan środowiska – staje się priorytetem w obliczu nawarstwiania się dwóch kryzysów – ekologicznego i ekonomicznego. Zazielenianie gospodarki jest szansą na podniesienie jakości życia, zachowanie spójności społecznej i tworzenie nowych miejsc pracy. W Niemczech już ćwierć miliona ludzi pracuje w jako „zielone kołnierzyki” - w energetyce, gospodarce odpadowej i innych sektorach. Prawdziwy rozwój jest dziś zatem koloru zielonego.

Dbanie o klimat to obowiązek władz nie tylko na szczeblu krajowym, ale także samorządowym - artykuł 5 Konstytucji mówi przecież, że Polska „zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju”. Do tej pory Warszawa nie stworzyła spójnego dokumentu, który uwzględniałby zmiany klimatyczne w działaniu władz. Poszczególne dziedziny funkcjonowania miasta, które mają wpływ na wielkość emisji gazów szklarniowych, traktowane są odrębnie, co utrudnia podejmowanie skoordynowanych działań na rzecz ochrony klimatu.

Zdaniem Zielonych konieczne jest stworzenie Stołecznej Polityki Klimatycznej, uwzględniającej wyzwania współczesności, zasadę zrównoważonego rozwoju i tworzącej przestrzeń nowoczesnego, efektywnego miasta – miasta dla ludzi. Oto nasze zalecenia.

TRANSPORT

Transport zbiorowy zasługuje na szczególną uwagę. Ruch w miastach odpowiada za 40% miejskiej emisji CO2, a przeciętny podróżujący traci na przejazdy godzinę dziennie. W coraz bardziej zakorkowanym mieście należy podjąć wszelkie działania, służące zmniejszeniu natężenia ruchu. Wysokiej jakości chodniki, ścieżki rowerowe, a także komunikacja publiczna skracają czas dojazdu z domu do pracy czy szkoły. Płynny ruch oznacza mniejszą emisję spalin, co ratuje nie tylko planetę, ale też nasze płuca, przyczyniając się do zmniejszenia zachorowalności na choroby cywilizacyjne i wpisując się w profilaktykę zdrowotną. Zdecydowaną większość podróży do 5 kilometrów, które dziś odbywają się głównie samochodem, można wykonać w inny sposób.

Mając to na uwadze, Zieloni postulują:

- Zintegrowanie miejskiej polityki transportowej z wizją rozwoju miasta. Układ miasta powinien zachęcać do poruszania się pieszo, rowerem lub transportem zbiorowym, minimalizować okres dojazdu do i z domu, pracy, punktów usługowych etc. Gdyby stołeczne władze miały to na uwadze, z pewnością nie decydowałyby się na budowę wysokościowców w centrum miasta i dążyły do zapewnienia każdej i każdemu bliskiego dostępu do komunikacji publicznej i miejsc zielonych. Dzięki wprowadzeniu tego typu strategii w niemieckim Freiburgu już dziś 60% wszystkich podróży odbywa się „na zielono”.

- Pilne zintegrowanie sieci ścieżek rowerowych i zapewnienie odpowiednich parkingów dla rowerów wraz ze stworzeniem sieci miejskich wypożyczalni. Odpowiednia infrastruktura (przygotowana na bazie konsultacji społecznych z mieszkankami i mieszkańcami oraz organizacjami społecznymi) zachęci do korzystania z jednośladów – odległość 5 kilometrów można na nich pokonać w 20 minut, a na ścieżkach rowerowych korki nie powstają. Udział transportu rowerowego w Europie wynosi 9% i stale rośnie – w Warszawie również jest to możliwe!

- Inwestycje w komunikację publiczną w Warszawie:

a) wymianę wyeksploatowanego taboru autobusowego na bardziej ekologiczny (np. gazowy bądź hybrydowy), co wpłynie na obniżkę kosztów eksploatacji

b) rozwój sieci tramwajowej poprzez połączenie dwóch nitek na Bemowie, przeciągnięciu trakcji na Tarchomin i Białołękę, utworzenie linii do Ząbek i z Dworca Zachodniego do Wilanowa, aktualnie mającego słaby dostęp do komunikacji zbiorowej
c) przyspieszenie procesu wykorzystania istniejącej trakcji kolejowej, łączącej z miastem wiele odległych od Centrum obszarów, na potrzeby Szybkiej Kolei Miejskiej
d) zadbanie, by na każdej drodze z minimum dwoma pasami ruchu w danym kierunku jeden z nich był przeznaczony dla autobusów i taksówek. Zwiększy to płynność ruchu, co przyczyni się do wzrostu punktualności transportu zbiorowego i redukcji ilości spalin, a tym samym do oszczędności z tytułu mniejszego zużycia paliwa.
e) rozszerzanie biletu aglomeracyjnego - jednego z narzędzi zrównoważonego rozwoju warszawskiego obszaru aglomeracyjnego.
f) Zwiększenie ilości miejskich biletomatów.

- Zachęcanie mieszkanek i mieszkańców do korzystania z transportu publicznego poprzez zapewnienie darmowych przejazdów komunikacyjnych w każdy ostatni piątek miesiąca i zapewnienie bezpłatnych przejazdów osobom poszukującym pracy.


- Rozwój sieci „Parkuj i Jedź”, szczególnie w pobliżu stacji kolejowych i na granicach miasta.

- Promowanie płynnej, bardziej przyjaznej dla środowiska jazdy, pozwalającej oszczędzić nawet do 45% paliwa na tym samym dystansie.

PRZESTRZEŃ PUBLICZNA

To, jak miasto wygląda i jak jest skonstruowane, nie jest bez znaczenia. Chaotyczna zabudowa nie sprzyja ani zadowoleniu z życia w mieście, ani też zmniejszaniu emisji gazów cieplarnianych.

Zieloni proponują:

- Oparcie się na idei „miasta kompaktowego”, zapewniającego w najbliższym otoczeniu każdej mieszkanki i mieszkańca niezbędną infrastrukturę edukacyjną, usługową i kulturalną.

- Uspołecznienie polityki planowania przestrzennego poprzez konsultacje społeczne w sprawie zagospodarowywania obszarów, na których żyją mieszkańcy, przyjmowanie lokalnych planów zagospodarowania w referendach i zapewnienie przez miasto specjalnego funduszu na rzecz inicjatyw społecznych, dzięki któremu w wyniku konkursów przyznawano by pieniądze na realizację najciekawszych inicjatyw lokalnych społeczności.

- Przyjęcie zasady, że każda ingerencja w przyrodę wymaga jej zrekompensowania, np. poprzez nasadzenie nowych drzew w ilości nie mniejszej niż wyciętych w wyniku stawiania nowego wieżowca, budowy drogi etc. Drzewa tworzą miejski mikroklimat, pochłaniają substancje szkodliwe dla zdrowia i klimatu, a także tworzą przestrzeń bezpieczeństwa i spokoju – badania naukowe wskazują, że mając zieleń za oknem szybciej wychodzimy ze szpitala, poprawia się koncentracja, spada też stres w pracy, co wpływa na zmniejszenie się absencji pracowniczej. Zieleń jest zatem elementem integralnej strategii miejskiego zrównoważonego rozwoju i nie może być mowy o redukowaniu jej udziału w powierzchni samego miasta.

- Dostosowanie przestrzeni publicznej do potrzeb rodziców z małymi dziećmi i niepełnosprawnych, tak by ograniczać bariery w równym dostępie do urzędów publicznych i transportu zbiorowego.

- Wspieranie lokalnego handlu, np. poprzez wchodzenie przez miasto w porozumienia z lokalnymi producentkami i producentami żywności, zamiast ograniczania przestrzeni handlowych, np. targowiska na Banacha. Podobne porozumienia powinny doprowadzić do pojawienia się w publicznych placówkach edukacyjnych w mieście zdrowej, organicznej żywności.

ENERGETYKA I BUDOWNICTWO

Tracimy dużo energii – i pieniędzy. Tradycyjne żarówki, nieszczelne okna, brak termoizolacji – wszystko to wpływa na wzrost zapotrzebowania na energię. Energię, którą można zaoszczędzić, przez co miasto będzie mogło wydać więcej pieniędzy np. na żłobki i przedszkola, zaś mieszkanki i mieszkańcy – na dobrą książkę albo wyjście do kina. Badania naukowe wskazują, że dzięki podniesieniu efektywności energetycznej budynków można obniżyć zużycie przez nie energii nawet o 80%. To czysty zysk – dla ludzi i dla przyrody.

Kierując się zasadami efektywności energetycznej, Zieloni proponują:

- Program „Żarówka dla Ciebie, żarówka dla Ziemi”, polegający na wysłaniu do każdego gospodarstwa domowego w Warszawie dwóch żarówek energooszczędnych wraz z instrukcjami co do oszczędzania energii. Szacowany koszt tego typu przedsięwzięcia to 30 milionów złotych. Wzoruje się ono na pomyśle obecnego rządu Hiszpanii, który podobny program wdraża w skali całego kraju.

- Przeznaczenie pieniędzy z ostatnich podwyżek czynszów komunalnych na fundusz termoizolacyjny, dzięki któremu miasto będzie miało pieniądze m.in. na wymianę starych systemów cieplnych, instalację paneli słonecznych czy też uszczelnienie okien w budynkach należących do miasta. Pozyskane w ten sposób pieniądze mogłyby być także przeznaczone na dotowanie podobnych inwestycji samych mieszkanek i mieszkańców. Dla przykładu – instalacja ogniw fotowoltaicznych i pomp cieplnych na pływalni w Proszówkach pod Bochnią pozwala zaoszczędzić 190 Mwh/rok, co przekłada się na 33 tysiące złotych. Podobnych budynków użyteczności publicznej – szkół, bibliotek, basenów, hal czy urzędów - Warszawa i poszczególne jej dzielnice mają setki. W Anglii lokalne radni i radne Zielonych przeforsowali projekty takie jak w Yorkshire, gdzie za 14 milionów funtów (około 65 mln złotych) zostanie docieplonych 30.000 domów. Są to dużo bardziej przyszłościowe inwestycje niż 460 milionów złotych dotacji na stadion Legii.

- Stworzenie w obrębie Straży Miejskiej wydziału efektywności energetycznej, który mógłby zatrudniać np. osoby dorabiające do emerytury, które chodziłyby po mieszkaniach i podawały informacje na temat możliwych inwestycji w podnoszenie efektywności energetycznej wraz ze sposobami ich finansowania i oszczędnościami, jakie przyniosą one dla domowych budżetów. Podobne „brygady energetyczne” funkcjonują w Holandii.

ODPADY

W gospodarce odpadami wleczemy się w ogonie Europy. Recyklizujemy zaledwie 2% miejskich odpadów, podczas gdy w 2015 wskaźnik ten powinien wynosić 60%. Grożą nam unijne kary. Zamiast tworzyć rozwiązania zachęcające do segregacji odpadów, władze miasta wolą budować spalarnię na Białołęce, choć spalanie to najdroższy sposób utylizacji odpadów, traktowany przez UE jako ostateczność. Dotychczasowa polityka w tej dziedzinie nie przynosi skutków i musi ulec zmianie.

Zieloni postulują:

- Propagowanie (dofinansowywanie, promocja) urządzeń do samodzielnego kompostowania odpadów organicznych w domkach jednorodzinnych.

- Zamianę miejskich koszy na trójdziałowe, z oddzielnymi komorami na papier, szkło i plastik.

- Promowanie opakowań wielorazowego użytku w gastronomi i w instytucjach publicznych.

- Rozwój punktów odbioru baterii i sprzętu elektronicznego.

- Znaczące zróżnicowanie cen za wywóz odpadów niesegregowanych i segregowanych, tak by te ostatnie były kilkakrotnie tańsze lub bezpłatne.

INTERNET

Światowa sieć jest wielką szansą na rozwój społeczeństwa wiedzy, które w znacznie mniejszy niż do tej pory sposób obciąża środowisko naturalne. Po co jeździć do biblioteki i zwiększać ilość spalin w powietrzu, żeby przeczytać książkę, do wyprodukowania której potrzebne jest wycięcie określonej ilości drzew, skoro możemy mieć cyfrową bibliotekę w domu? Musimy za wszelką cenę zapewnić każdej i każdemu dostęp do darmowego Internetu, zapobiegający wykluczeniu cyfrowemu i asymetrii informacyjnej. Jeśli chcemy tworzyć przestrzeń dla debaty publicznej i samorealizacji, dostęp do sieci musi być prawem, a nie przywilejem.

Zieloni chcą:

- Darmowego Internetu dla wszystkich warszawianek i warszawiaków

- Stworzenia przez miasto Wirtualnego Urzędu Miasta i umożliwienia warszawiankom i warszawiakom załatwiania jak największej ilości spraw urzędowych przez Internet, co zmniejszy konieczność podróżowania i stania w korkach i kolejkach

- Stworzenia przez miasto Warszawskiego Instytutu Telepracy (WIT), zajmującego się promowaniem tej formy zatrudnienia na rynku pracy, organizującego szkolenia i seminaria, wydającego publikacje i tworzącego internetową platformę wymiany dobrych praktyk i ogłoszeń o pracę w tym trybie, jednocześnie udzielając porad dotyczących równowagi między pracą a odpoczynkiem. Jest to - dzięki zmniejszeniu konieczności podróżowania do i z pracy - forma pracy korzystna dla środowiska przyrodniczego, jak również wysoce wkluczająca dla grup do tej pory dyskryminowanych na rynku pracy, np. kobiet po urodzeniu dziecka i osób niepełnosprawnych.

- Stworzenia (samodzielnie lub poprzez firmy zewnętrzne w drodze konkursu) internetowych platform poradniczych, związanych np. z e-zdrowiem i e-prawem.

- Promowania miasta w sieci, poprzez zrekonstruowanie miasta i otwarcie wirtualnych ambasad w światach wirtualnych, np. w Second Life, jak również wzmocnienia kontaktów i wymiany dobrych praktyk z miastami partnerskimi Warszawy.

Podane powyżej rozwiązania są podstawą tworzenia nowego, zielonego miasta. Pieniądze na większość z tych pomysłów można pozyskać bądź to z przesunięć w budżecie Warszawy, bądź poprzez aplikowanie o fundusze unijne. Projekt Operacyjny Infrastruktura i Środowisko, Regionalne Programy Operacyjne, Norweski Mechanizm Finansowy są dobrymi źródłami pozyskiwania funduszy na tego typu cele, podobnie jak i krajowe fundusze środowiskowe. Jedyne, czego trzeba, to odrobina dobrej woli stołecznych władz, spójna wizja miasta jako całości i przygotowanie merytorycznych projektów, ze Stołeczną Polityką Klimatyczną na czele.

Czas na Zielony Nowy Ład – także w Warszawie!

4 grudnia 2008

Warszawa da się lubić?

Chyba tak. To miasto w pewien sposób odmienne od całej reszty kraju, przez co i ludzie je zamieszkujący zachowywać się mogą inaczej niż poza stolicą. Kiedy jednak słyszę narzekania na to, jacy to Warszawiacy i Warszawianki są niedobrzy, zawistnie etc., podchodzę do tego nad wyraz sceptycznie. Najczęściej zachowania, które nam się niekoniecznie muszą podobać, prezentują osoby, które dopiero co do owej psującej dusze i łamiącej charaktery Warszawy przyjechały. Zachłysnąwszy się nowym życiem i odmiennym jego trybem, nierzadko doznają procesu "odbicia palmy", do czego nie potrzeba im zresztą instalacji Joanny Rajkowskiej.

Warszawa ma dwie ważne cechy, które organizują życie mieszkanek i mieszkańców tego miasta i siłą rzeczy, poprzez coś, co możemy nazwać "reżimem przestrzeni", wpływa na ich zachowania w zbiorowości. Po pierwsze, nie jest to miasto kompaktowe typu Kraków - tam wszystko, co jest do zwiedzenia i ma w sobie niezaprzeczalny urok, znajduje się tak blisko siebie, że wystarczy jedna doba na obejrzenie wszystkich atrakcji. ZOO czy Nowa Huta są wtedy już zajęciami dla grup "zaawansowanych", bądź też wycieczek szkolnych. Tymczasem Warszawa nie ma swojego centrum, które, jeśli jest silne, jest też w stanie zorganizować czas i przestrzeń i tym samym poprawić jakość życia. Debata o centrum miasta ma tutaj kluczowe znaczenie - bowiem upływ czasu mogą spowalniać miejskie parki czy też kawiarenki na parterze kamienicy, a nie kilkusetmetrowe wieżowce, potęgujące bieg i wyścig szczurów.

Jeśli zwiedza się Warszawę, to trzeba na poznanie jej uroków zarezerwować sobie parę dni. Owszem, powstaje powoli coś w stylu kręgosłupa, czyli Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście i Starówka, jest to jednak na chwilę obecną konstrukcja dość wątła. Zadumanie się w jedną dobę nad specyficznymi - i jakże kontrastowymi! - urokami Placu Zbawiciela, Placu Konstytucji i Placu Wilsona jest skrajnie trudne. Metro wcale tego nie ułatwia, raczej potęgując pęd w dążeniu do zachwycenia się wszystkimi i wszystkim. Biada temu, kto po Lesie Kabackim zechce wybrać się na Starą Pragę i jeszcze twierdzić, że dzięki temu pojął Warszawę. Mi trudno jest odważyć się na takie stwierdzenie po trzech latach intensywnego w niej życia i poznawaniu wielu jej urokliwych zakątków.

Drugą, szalenie istotną kwestią jest rytm miasta. Dla osoby, która w nim się nie urodziła i np. przyjechała tu na studia, jest to prawdziwy szok. Przykładowo teraz, będąc między jednym a drugim okienkiem w zajęciach, kończę pisać bloga (moment jego publikacji nie jest zbieżny z momentem jego napisania, inaczej blog ten funkcjonowałby "zrywami", czego wolę unikać), mając w głowie, że powinienem na jutro przeczytać tekst Freuda i że powinienem to zrobić teraz. Do tego poziom zaległości towarzyskich mnie osobiście przeraża. Jest w tym coś fascynującego, ale zdecydowanie jest tu trudno łączyć pracę lub studia z jakąkolwiek inną działalnością, stąd wiele ludzi woli wieczorem po prostu iść na piwo - i nie sposób ich z tego powodu krytykować.

Warszawa potrafi nieuważnej osobie wyssać wszystkie soki życiowe. Kiedy przyjeżdżam w rodzinne strony robię mniej więcej tyle samo tego samego, a jednak zawsze zostaje mi godzina, dwie, trzy tylko dla siebie. Tu zawsze jestem tę godzinę, dwie, trzy do tyłu. Paradoksalne, ale prawdziwe. Mimo to raczej nie zmieniłbym miasta na żadne inne - to tu w końcu toczy się życie towarzyskie, kulturalne, intelektualne i szczególnie polityczne w swej pełni.

Obcując z Warszawiankami i Warszawiakami nie sposób stwierdzić jakiejkolwiek różnicy w ich zachowaniu w porównaniu z resztą kraju. Niemiłe zachowania spotykały mnie tak tu, jak i w rodzinnych stronach. W obydwu wypadkach spotykałem się z ludźmi pomocnymi, jak i z takimi, którzy raczej nie zasługują na ten tytuł. Tak na Podkarpaciu, jak i w stolicy kraju nie brakuje ludzi, myślących o własnym nosie, chwalących się swym statusem majątkowym i tym, gdzie to one/oni nie wyjeżdżają na wakacje. W dzisiejszych czasach "ludzi masowych" podobne zachowania są już zupełnie zdecentralizowane i nie są specjalnością jednego rejonu Polski. Sporą zaletą środka Mazowsza jest za to fakt, że tu niewątpliwie "można więcej", a poziom szacunku dla różnorodności jest całkiem wysoki. Owszem, nadal niekoniecznie idealny, ale lepszy taki niż żaden...

Nie ma co narzekać na Warszawę - można za to do niej przyjeżdżać i zmieniać ją na lepsze, jeśli odczuwa się taką potrzebę. Byle tylko nie skończyło się na tym, że sami zaczniemy reprezentować te cechy, które przypisywaliśmy mieście, które kocha się miłością wprawdzie trudną i burzliwą, ale jednak najczęściej całkiem trwałą.

3 grudnia 2008

Chillout w Arktyce?

Wystarczy kryć w sobie możliwie nawet jedną czwartą światowych zasobów ropy i gazu, by nie być obiektem troski, a stawać się - pożądania. W obliczu walki o wpływy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znika troska o planetę, a zaczyna twarda, ekonomiczna kalkulacja. Tak być nie musi - należy zrobić wszystko, by przenieść dyskusję o Arktyce na poziom globalny i zabezpieczyć te rejony przed bezmyślną eksploatacją, mającą na celu oddalenie w czasie niezbędnych przemian w światowej gospodarce i energetyce. To ważna rola dla Unii Europejskiej, a zalecenia dla niej przygotowali wspólnie Roderick Kefferpütz i Danila Bochkarev w swej gotowej do ściągnięcia i zapoznania się z nią publikacji brukselskiego biura Fundacji Boella "Zwiększając możliwości instytucjonalne Unii Europejskiej w rejonie arktycznym".

W najbliższym czasie, jeśli nie podejmiemy działań zaradczych, temperatura za północnym kołem podbiegunowym wzrośnie nawet o 7 stopni Celsjusza. Oznacza to, że do 2040 roku możemy doczekać się sytuacji, kiedy na Biegunie Północnym nie będzie lodu w zimie. Będzie to tragedią nie tylko dla lokalnego ekosystemu, ale także dla mieszkającej tam ludności autochtonicznej. Następstwa tej sytuacji będą miały także szeroki oddźwięk globalny, prowadząc do podniesienia się stanu wód i zagrożenia zalaniem nie tylko wysp na Pacyfiku, ale też wielu obszarów przybrzeżnych, w tym na przykład Gdańska.

W tym samym czasie państwa, mające swoje terytoria pod kołem podbiegunowym (USA, Kanada, Dania, Norwegia i Rosja) toczą ze sobą zażarte spory o wyznaczenie granic wpływów. Stany Zjednoczone nie chcą uznawać praw Kanady do wód Przejścia Północno-Zachodniego, zarazem zazdrośnie strzegąc własnych wpływów. Norwegia kłóci się z Rosją o "szarą strefę", Kanada z Danią zaś - o maleńką wysepkę Hans. Pomimo podpisania przez wszystkie strony w 1997 roku układu, na mocy którego ograniczyły swoje roszczenia do wyłącznej strefy ekonomicznej, położonej do 200 mil morskich od brzegów danych państw, to jednak pozostawiona wtedy furtka ułatwia im eskalację żądań. Furtka ta mówi, że strefa ta będzie mogła zostać poszerzona, jeśli dane państwo udowodni, że obszar o który zabiega należy geologicznie do platformy kontynentalnej danego państwa. Efektem tego są m.in. duńskie i rosyjskie ekspedycje "naukowe", chcące maksymalnie rozszerzyć strefę wpływów tych krajów.

Powołane przez "arktyczną piątkę" instytucje dialogowe nie zostały (być może celowo) wyposażone we własne siedziby, kompetencje i budżety, dzięki czemu są one w dużej mierze martwymi bytami. Rada Arktyczna, która powstała w 1991 roku, mogłaby uczynić wiele, zrzesza bowiem także Islandię, Szwecję i Finlandię, a Unia Europejska i Chiny są zainteresowane udziałem w jej pracach. Dodatkowy udział reprezentantów ludów autochtonicznych czyni z tę instytucję nad wyraz perspektywiczną, jednak żadnej ze stron biorących udział w jej pracach nie zależy na jej wzmocnieniu w roli regulatorki sytuacji za kołem podbiegunowym. W obliczu rosnącego zainteresowania Państwa Środka i Japonii nie da się ukryć, że być może Arktyka stanie się "Bałkanami XXI wieku", a zatargi w tamtym rejonie nie będą wpływać pozytywnie na wzrost współpracy międzynarodowej.

UE ma tu zatem do odegrania bardzo ważną rolę. Od jej zaangażowania zależy, czy przestrzeń wspólna, jaką do tej pory była Arktyka, zostanie rozparcelowana dla totalnego wyeksploatowania tamtych rejonów, czy też zdoła aktywnie włączyć się w działania na rzecz uratowania planety. Z jednej strony, zobowiązując się do redukcji emisji gazów szklarniowych, przyczynia się do zachowania dziewiczych warunków za kołem podbiegunowym, które w naturalny sposób utrudniają wyzysk środowiska naturalnego. Z drugiej z kolei może włączyć się w działania dyplomatyczne, takie jak sugerowany przez autorów okrągły stół UE-Dania-Grenlandia czy też strategiczne partnerstwo z Norwegią. W tej sprawie można i warto zrobić wiele, czas zatem, by Bruksela baczniej przyglądała się wydarzeniom na dalekiej północy naszego globu.

2 grudnia 2008

Globalne ocieplenie - pytania i odpowiedzi

Ponieważ rozpoczęła się już konferencja klimatyczna w Poznaniu, a Zieloni będą intensywnie zaznaczać swoją obecność podczas wielu wydarzeń jej towarzyszących, postanowiłem przygotować małą ściągawkę w postaci FAQ - dość popularnego modelu najczęściej stawianych pytań i zarzutów skierowanych do zwolenniczek i zwolenników zrównoważonego rozwoju. Mam nadzieję, że pokażą one w miarę prostej formie, o co nam chodzi - bo to, w jaki sposób niekiedy prezentuje się postulaty ekologiczne, woła o pomstę do nieba. Zacznijmy zatem:

- Nie mamy pewności, że globalne ocieplenie naprawdę ma miejsce.

- Cóż, nie mamy też pewności dotyczących dajmy na to słuszności teorii Darwina, a jednak jej nauczamy, być może dlatego, że ma ona dość solidne podstawy naukowe. Podobnie i z teorią zmian klimatycznych, którą podziela 90-95% naukowców-klimatologów, obserwujących aktualne zmiany w klimacie Ziemi. Ci nieliczni, którzy powątpiewają, znajdują sojuszników w kręgach, którym bardzo zależy na tym, żeby wszystko zostało na swoim miejscu. To najczęściej zwolenniczki i zwolennicy modelu "business as usual", którzy mają daleko i głęboko jakość ludzkiego życia i degradację środowiska - byle tylko interes się kręcił. Firmy naftowe, które jeszcze nie przyjęły prawdy o zmianach klimatycznych do wiadomości, finansują milionami dolarów badania, które mają udowodnić rzekomą fałszywość globalnego ocieplenia.

- A co, jeśli to nie nasza wina, tylko naturalne cykle przyrodnicze?

- Naturalny cykl przyrodniczy, który w zdumiewający sposób pokrywa się z rewolucją przemysłową? Nawet, jeśli przyjmiemy takie założenie, człowiek swoimi działaniami przyczynia się do jego znaczącego przyspieszenia, które bez jego działalności nie przybrałoby takich rozmiarów. To opinia podzielana przez, powtarzam, do 95% klimatologów. Czy jeśli mielibyście/miałybyście 95% szans na zachorowanie na raka, nie spowodowałoby to rzucenia palenia albo zmiany diety? Kto zdecydowałby się na inwestycje finansową z tak wysokim poziomem ryzyka? Przypominam, że dzięki takim instytucjom, które na takie szaleństwo się decydowały, mamy dziś światowy kryzys finansowy. Owszem, możemy liczyć na to, że "jakoś to będzie", ale nie jest to najbardziej rozsądną strategią.

- Co nam w ogóle grozi - przecież będzie cieplej, może będziemy mogli hodować więcej winorośli i dłużej się opalać.

- Niekoniecznie. Zmiany klimatyczne nie są prostym termostatem, polegającym na tym, że przekręcimy pokrętło i zrobi się przyjemniej. W przyrodzie mamy tez do czynienia z takimi zjawiskami, jak opadami i wiatrem. Rozregulowanie systemu klimatycznego prowadzi do coraz większej niestabilności, objawiającej się w częstszych załamaniach pogodowych, wichurach, tornadach i tym podobnych "przyjemnościach". Wiąże się to z obniżeniem jakości życia i wzrostem jego kosztów, chociażby poprzez konieczność sprzątania po urwanych dachach albo przewróconych drzewach. To realne koszty - dla porównania globalne straty z powodu ekstremów pogodowych w latach 50. XX wieku, urealnione o wskaźnik inflacji, wyniosły 41,1 miliardów dolarów, a w latach 90. już 432,2 miliarda! To realne koszty dla gospodarki - szacunki z Raportu Sterna wskazują, że jeśli nie będziemy reagować, koszty zmian klimatycznych doprowadzą do skurczenia się globalnej gospodarki o 20%. A tak niestabilny klimat wcale nie będzie zachęcał ani do opalania, ani do hodowli winorośli.

- Ale przecież musimy się rozwijać - nie może być tak, że Zachód mógł, a my nie!

- Nikt nie broni rozwoju - tyle że jego sens i znaczenie uległy dość istotnej zmianie. Dziś Europa często żałuje wiele ze swoich decyzji, a naukowcy przyjeżdżają do Polski, by oglądać dzikie, nieuregulowane rzeki. Nie musimy popełniać tych samych błędów, a rozwój może odbyć się metodą "żabiego skoku" wprost do nowoczesnych technologii i społeczeństwa wiedzy. To nic trudnego - wystarczy np. skupić się dużo bardziej na kolei niż na budowie autostrad, dążyć do efektywności energetycznej (wyprodukowanie dajmy na to tej samej pralki w Polsce jest 2,3 raza bardziej energochłonne niż na Zachodzie - a to wiąże się z realnymi kosztami i spadkiem konkurencyjności) i rozwoju dostępności do Internetu. Czas, kiedy dowodem rozwoju była ilość wydobytego węgla, siarki czy miedzi odchodzi już w przeszłość i warto mieć to na uwadze.

- No dobrze, załóżmy, że będziemy ograniczać nasze emisje - ale przecież kraje rozwijające się raczej się do tego nie kwapią, więc cały wysiłek na nic...

- Pudło. Chociaż oczywiście rozwój takich państw, jak Chiny, Indie czy Brazylia jest dość daleki od zrównoważonego, to jednak coraz częściej, same z siebie, decydują się na działania, widząc, jakie efekty przynosi wyzysk środowiska przyrodniczego. Państwo Środka na przykład już niedługo będzie światowym liderem w energetyce wiatrowej, wyprzedzając w tej dziedzinie Niemcy - ale o tym się nie mówi. Zmiany klimatyczne wymagają podejścia, które jednocześnie zapewni naszej planecie uniknięcie najgorszego - podniesienia się globalnej temperatury powyżej 2 stopni Celsjusza w stosunku do epoki preindustrialnej, co wg naukowców oznacza nieodwracalność zmian klimatycznych, ale też uzna prawo państw i społeczności przez długie lata pozostających w biedzie (także dzięki byciu eksploatowanymi przez dzisiejszą Globalną Północ) do rozwoju. Tego typu taktyka oznacza m.in. inwestowanie przez państwa bogate w rozwój i transfer technologii przyjaznych środowisku do krajów rozwijających się. RPA inwestuje w słoneczne piecyki, służące do podgrzewania jedzenia, zamiast węglowych. Chroni to środowisko i zarazem nie odmawia ludziom prawa do poprawy jakości ich życia.

- To w takim razie najlepiej zainwestować w atom i uniezależnić się od Rosji.

- Nie tędy droga. Wedle badań naukowych złoża uranu mogą skończyć się po 70 do 200 latach przy obecnym poziomie ich eksploatacji - badania te są zamiatane pod dywan przez lobby atomowe, chcące przekonać o zaletach tej technologii. Poza tym najbliższe i najtańsze złoża uranu są... w Rosji, tak więc o uniezależnienie energetyczne będzie trudno. Prawda jest taka, że to niezwykle kosztowna inwestycje, służąca centralizacji rynku energii i jego monopolizacji, dzięki której można następnie spokojnie podnosić ceny odbiorcom indywidualnym. Zieloni są za zbudowaniem inteligentnej sieci i za decentralizacją energetyczną - każdy dom, poprzez np. kolektory słoneczne albo wiatraki może być producentem czystej energii i odbierać ją z sieci, jeśli ma niedobór energii, lub też oddawać ją, gdy ma jej nadmiar. To realne oszczędności dla konsumentek i konsumentów - panel słoneczny na dachu zwraca się po 3 latach od inwestycji, no i nie ma w jego wypadku problemów ze składowaniem radioaktywnych odpadów. Atom był energią XX wieku - a przypominam, mamy XXI i zupełnie inne wyzwania przed nami.

- Ale te wszystkie odnawialne źródła to ponoć niezbyt efektywne są...

- Po pierwsze, są dość efektywne, jeśli szacuje się, że przy aktualnych technologiach dostępnych na rynku słońce, wiatr, woda, geotermia i biomasa mogłyby zapewnić zaspokojenie 40% potrzeb energetycznych naszego kraju. Po drugie, ich wydajność rośnie wraz z inwestycjami w te technologie, a koszt prądu z tych źródeł stale maleje. Podwojenie ilości wiatraków skutkuje obniżeniem o 10% kosztów energii wiatrowej, podczas gdy koszty ekologiczne i ekonomiczne trwania przy węglu i ropie spadać raczej nie będą - i tymczasowy spadek cen ropy już tego nie zmieni. Dodatkowo pamiętać należy o wspomnianej już powyżej efektywności energetycznej - tracimy olbrzymie ilości energii np. na ogrzewanie nieszczelnych budynków. Można obniżyć zużycie energii nawet o 80% w wypadku wielu budowli, a to nie wiąże się raczej z zaciskaniem pasa, tylko z oszczędnościami związanymi z mniejszymi rachunkami za prąd. Ekologia jest niezbędnym elementem rozwoju, w żaden sposób go nie blokując. Jeśli już cokolwiek blokuje, to ludzką głupotę i krótkowzroczność.

- No dobrze, ale co z tego będę miał/a? I czy aby na pewno moje życie nie ulegnie pogorszeniu, jak mnie straszono?

- Niedługo opublikujemy - między innymi na tym blogu - Stołeczną Strategię Klimatyczną. To dokument, integrujący warszawskie polityki miejskie i tworzący przestrzeń dla zrównoważonego rozwoju społecznego, ekologicznego i ekonomicznego - dla nas i przyszłych pokoleń. Zobaczycie, że nie ma tam żądań wyrzeczeń, są za to konkretne działania, służące zmniejszeniu emisji gazów szklarniowych i jednocześnie poprawiające jakość życia nas wszystkich. Chyba nikt nie ma nic przeciwko mieszkaniu w czystym, zadbanym mieście, bez śmieci na ulicach, ze sprawną komunikacją zbiorową, dobrymi ścieżkami rowerowymi etc. - a skoro tak, to przypuszczam, że dokument się Wam spodoba. Bądźcie czujni.

1 grudnia 2008

Raport sondażowy - listopad 2008

Kryzys finansowy, służba zdrowia, posłanka Kruk i inne cuda i dziwy działy się w ostatnim miesiącu. Niektóre z tych kwestii były nad wyraz poważnymi, inne z kolei - medialnymi hucpami, usiłującymi zająć cenny czas antenowy. Mimo tego znaczących zmian w poparciu wyborczym nie było, a dość duże zmiany w kompozycji Sejmu po hipotetycznych wyborach wynikają z dość intersującym zjawisku, z którym mamy teraz do czynienia. O ile bowiem notowania tak PO, jak i PiS ledwo drgnęły, o tyle wzrosły one mniejszym formacjom parlamentarnym - SLD i PSL. Czyżby te dwie partie miały być beneficjentkami aktualnej sytuacji? Być może - skoro ludowcom udała się konwencja z udziałem profesora Bartoszewskiego, a także wyszli na bardziej prospołecznych dzięki ukłonowi minister Fedak w kierunku nauczycieli, to ich wzrost niespecjalnie dziwi. Partia Napieralskiego podobnych osiągnięć w tym miesiącu nie miała, chociaż być może mobilizacja bardziej socjalnego elektoratu się udała - podobny wzrost SDPL mógłby być potwierdzeniem tej tezy.

Pozostałe partie radzą sobie nieodmiennie słabo. Populiści nie zmartwychwstają, widocznie zatem Polki i Polacy bądź jeszcze wierzą silniejszym formacjom, bądź szukają alternatywy innego typu. SDPL i PD razem mają 2,4% i po początkowej dominacji Demokratów nad Socjaldemokratami w badaniach teraz sytuacja uległa odwróceniu - być może dzięki postaci Marka Balickiego, który z SDPL... już wystąpił, chociaż nadal zasiada w ich kole poselskim. UPR miesiąc temu miało około 1,5%, ale nie umieszczałem ich z powodu obecności w małej ilości sondaży. Tym razem pojawiali się w badaniach częściej i ciekawie porównać ich aktualną sytuację sondażową z innymi formacjami.

Gdyby wybory do PE odbyły się dziś, PO miałaby 29 miejsc przezenaczonych dla Polski, PiS - 14, a SLD i PSL - 4. Trudno powiedzieć, jak tę arytmetykę, przy niskiej frekwencji, zmienić może np. ewentualny start projektu Polska XXI, który w sondażu "Wyborczej" zdołał zdobyć 2%, czy też formacji centrolewicowej na bazie SDPL i PD. Innych nowych, liczących się graczy na politycznym rynku nie widać, chociaż kto wie, jakie są notowania Polskiej Partii Pracy, o której zapominają sondażownie, a która poprzez Sierpień '80, wojowniczo walczący o bezpłatną służbę zdrowia i o emerytury pomostowe działa całkiem efektownie. Więcej liczących graczy na wybory europarlamentarne raczej nie będzie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...