1.Złoża zasobów nieodnawialnych powodują wojnę i konfliktWalka o ograniczone źródła energii już dziś jest jednym z głównych powodów wojny i konfliktów. Rosnące zapotrzebowanie energetyczne świata (np. w gospodarkach azjatyckich) będzie powodować wzrost popytu na ropę i gaz, zwiększając potencjał konfliktów i naruszeń praw człowieka.Członkowie nigeryjskiej Ochotniczej Siły Ludowej Delty Nigru – tysiące ludzi zginęło tam przy walkach o kontrolę zasobów ropy i próbując samodzielnie wydobywać surowiec z ropociągów.2.Zmiany klimatyczne powodują nowe napięcia i wojny o surowce naturalne.Emisje CO2, wydobycie surowców i wzrost temperatury w rzekach mają negatywny wpływ na równowagę ekologiczną, jak również na dostęp do najważniejszego surowca – czystej wody pitnej. Zmiany te przyczyniać się będą do nowych, nietypowych konfliktów i wojen związanych z surowcami naturalnymi.Niektóre gazy atmosferyczne, takie jak dwutlenek węgla, są przyczyną efektu cieplarnianego. Są one niewidoczne w świetle widzialnym, absorbując promieniowanie słoneczne. Skutkuje to zwiększaniem się globalnych temperatur.3.Nie ma bezpiecznej energii jądrowej.Produkcja energii jądrowej jest i pozostanie procesem technologicznym, obarczonym wysokim ryzykiem. 20 lat po Czarnobylu ledwie zażegnany incydent w elektrowni w szwedzkim Forsmark pokazuje, że nawet nowoczesne obiekty nie są całkowicie bezpieczne. Euratom, który promował energię atomową w Europie przez 20 lat, musi zostać zniesiony.Niecodzienną reklamę urządzili Zieloni w Dolnej Saksonii 15.9.2005 w Szlezwiku-Holsztynie i Hamburgu, umieszczając napis antyatomowy na fasadzie elektrowni jądrowej w Kruemmel.4.Nie da się oddzielić cywilnego i militarnego użytkowania energii nuklearnej.Podział na dobrym – cywilnym i złym – wojskowym – użytkowaniem energii atomowej zawiódł. Przestrzeń między jednym a drugim jest bardzo łatwa do przejścia. Uzasadnione są obawy przed irańskim programem jądrowym. Zamiast jednak odmawiać temu krajowi jego praw, Traktat o Nierozprzestrzenianiu Broni Atomowej i Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej muszą być radykalnie zreformowane, a promowanie cywilnej energetyki jądrowej – zarzucone.5.Źródła zasobów kopalnianych tworzą uzależnieniePonad połowa europejskiego zapotrzebowania energetycznego pochodzi z importu. Europejska Strategia Energetyczna słusznie zauważa, że Europejskie uzależnienie energetyczne jest powodem do obaw. Jeśli kontynentalna konsumpcja energii utrzyma się na obecnym poziomie, w 2030 roku aż 70% zasobów energetycznych będzie pochodziło z importu.40% aktualnie importowanego do Unii Europejskiej gazu pochodzi z Rosji.6.Tradycyjne instalacje zaopatrzenia, a także elektrownie atomowe nie mogą być zabezpieczone militarnie.Długie drogi zaopatrzenia i transportowania pewnych typów surowców energetycznych, takich jak ropa naftowa, gaz ziemny czy energetyka jądrowa, narażone na bycie celem ataków, takich jak piractwo czy terroryzm, bowiem spory efekt może być osiągnięty poprzez minimalny wysiłek. Obrona przed takimi działaniami nie zostanie zapewniona na sposób militarny – wręcz przeciwnie, tego typu działania, aktualnie rozważane w ramach NATO, byłyby jedynie źródłem konfliktów militarnych.Zapalanie źródeł wydobycia ropy naftowej było używane jako broń w wojnach na terenie Zatoki Perskiej. 7.Polityka klimatyczna jest prewencyjną polityką bezpieczeństwa.Jedynie kompleksowa polityka klimatyczna będzie w stanie zapobiec efektom zmian klimatu, takimi jak susze, powodzie i ich konsekwencje, począwszy od strumienia uchodźców, aż po problemy z dostępem do wody pitnej.Zmiany klimatu spowodować mogą gwałtowny wzrost liczby uchodźców.8.Słońca i wody w rejonach konfliktów jest pod dostatkiemWielki, niewykorzystywany potencjał energetyki odnawialnej istnieje w wielu krajach, obecnie trawionych przez konflikty o ropę i gaz, albo w których trwają właśnie programy nuklearne. Wykorzystanie tego potencjału byłoby istotnym krokiem w kierunku pokoju w tych krajach.Jedna trzecia ludzkości uzależniona jest od drewna na opał.9.Zdecentralizowana energetyka zmniejsza potencjał zagrożeniaDecentralizując struktury zaopatrzenia w energię odnawialną, potencjalne efekty ataku terrosystów i sabotażystów są znacząco zredukowane.Olbrzymie zanieczyszczenie powietrza i ciągle rosnące zanieczyszczenie związane z przemysłem to największe zagrożenia ochrony środowiska w Chinach. Elektrownie wiatrowe, takie jak w Nan'ao, są też alternatywą dla projektów wielkich tam rzecznych.10.Promowanie energetyki odnawialnej jest inwestycją w nasze bezpieczeństwo.Zagrożenia, związane z energią atomową i nieodnawialną są olbrzymie. Zmiany klimatyczne to największe zagrożenie dla naszej cywilizacji. Jedynie wspierając finansowo i promując transformację energetyczną możemy zredukować te zagrożenia. Naszym celem jest zatem przejść na zasoby odnawialne natychmiast i całkowicie.Niedźwiedzie polarne są zagrożone z powodu zmian klimatycznych. Naukowcy obawiają się, że mogą wyginąć do końca tego wieku z powodu topnienia się ich tradycyjnego środowiska – lodu na Oceanie Arktycznym.Angelika Beer jest niemiecką, zieloną deputowaną do Parlamentu Europejskiego. Materiał promocyjny eurodeputowanej.
Doczekaliśmy się - rząd Donalda Tuska, który nagle zaczął słabnąć w sondażach, stwierdził, że trzeba działać. Skoro odpływa od nich lewicowy elektorat, który widzi, że zagrożenie PiSem zniknęło, a Platforma socjalna za bardzo nie jest (jeśli w ogóle), to postanowiono spróbować podłechtać "sieroty po POPiSie" i pokazać się w roli twardych szeryfów. Ujawniono zatem plany, by pedofilów-recydywistów karać przymusową kastracją. Donald wyraził swoje oburzenie, powiedział, że ci ludzie to chyba nie ludzie, w związku z czym nie zasługują na prawa człowieka. By zakneblować usta tym, którzy wołają, że to niehumanitarne, przypomniano, że o podobnych działaniach myśli Hiszpania. Tyle tylko, że tam kastracja chemiczna miałaby być dobrowolna, a nasze "jastrzębie" są w stanie mówić nawet o zmianie konstytucji po to, by pomyśleć o jej przymusowości.
Podlaski dramat z udziałem "polskiego Fritzla" pokazuje, że gwałt i pedofilia to bez wątpienia zjawiska naganne, niosące cierpienie i ból. Jak jednak wytłumaczyć fakt, że "Fakt" - tabloid, specjalizujący się w wołaniu o "mordowanie degeneratów" jednocześnie publikuje na pierwszej stronie twarz osoby gwałconej, łamiąc jej prawo do prywatności? Obłuda, wychodząca z takich działań jakoś przeszkadza tylko stowarzyszeniom dziennikarskim. Ten przykry wypadek, zamiast stać się przyczynkiem do bardziej całościowego myślenia o polityce społecznej, roli prawa karnego i ogólnie - stanie państwa, służy tworzeniu sensacji i atmosfery strachu, w której ludzie sami z siebie oddadzą swoje prawa na ołtarzu rzekomego "bezpieczeństwa".
Jest to proces, który bodaj David Harvey, publicysta i ekonomista, określił jako przechodzenie od państwa opiekuńczego do neoliberalnego. Politycy, ograniczając funkcje służące zachowaniu spójności społecznej, decydują się na zwiększenie nadzoru nad rozwarstwiającym się społeczeństwem poprzez inwestwanie w aparat represji. Zamiast profilaktyki pojawia się leczenie skutków, zamiast holistycznego projektu - doraźne działania, wykonywane najczęściej "pod publiczkę". Słuszny gniew z powodu popełnionych zbrodni i występków nie jest przez organy danego kraju kanalizowany i ograniczany, ale wręcz przeciwnie - eskalowany po to, by obywatelki i obywatele zapominali o własnych problemach i o wadach tak funkcjonującego systemu. Nie ma chleba, są igrzyska.
By zaproponować racjonalną politykę w stosunku do pedofilii, najpierw trzeba rozpoznać, w czym tkwi problem. O sprawach z wykorzystywaniem seksualnym w tle słyszymy dość często. Kiedy mówimy o kobietach, często słyszy się o tym, że "prowokowała". Dzieci mają tu łatwiej, bowiem uznawane są za bardziej niewinne. Niestety, kultura przyzwolenia na zło w jednej kwestii pozwala na eksalację zjawiska. W sytuacji rozpadu tradycyjnych więzi i braku nowych (przyjacielskich, stowarzyszeniowych etc.), szczególnie na obszarach dotkniętych biedą, tradycyjne, patriarchalne wzorce degenerują się zupełnie. Skoro można bić pasem, czemu nie można gwałcić? Tak oto rozszerza się krąg zła, który niekiedy przybiera tak dramatyczne formy, jak te, z którymi mieliśmy do czynienia w ostatnich dniach.
Wydaje się zatem, że priorytetem rządu powinna być polityka edukacyjna, stawiająca na tworzenie świadomych obywatelek i obywateli, edukacja seksualna bez demagogii i obalanie mitów płciowych, utrwalających model dominacji jednej płci nad drugą. Nic z tego - nie brzmi to tak spektakularnie jak kastracja pedofilii, którzy - przypomnijmy - na dzień dzisiejszy terapii chemicznej osłabiającej ich popęd MOGĄ się poddać. Zamiast tego mamy kolejny dowód na to, że kobiety traktowane są przedmiotowo - ministerstwo zdrowia planuje rejestr ciąż, tak, aby żadna nie zaginęła. Zamiast dać kobiecie prawo do wyboru, a na jeszcze wcześniejszych poziomach - prawo do życia w godziwych warunkach i do świadomego macierzyństwa, decyduje się na katalogowanie matek. Panie i Panowie, oto polityka, która w niczym nie różni się od ekipy Jarosława Kaczyńskiego!
No dobrze, spyta ktoś - ale co z tymi pedofilami? Cóż, działania edukacyjne, podnoszące świadomość, to jedno, ale co, jeśli już dojdzie do przestępstwa? Przede wszystkim - resocjalizacja, o której zapomina się w ferworze myślenia o coraz wyższych wyrokach sądowych. Pedofile nadal będą robić swoje, jeśli nie będą mieli zapewnionej realnej opieki psychologicznej i możliwości znalezienia pracy. Rzecz jasna już na tym poziomie powinno być wiadomo, że taka osoba nie powinna wykonywać pewnych zawodów, związanych w szczególności z interakcjami z nieletnimi. Na dzień dzisiejszy pedofile-recydywiści, których miałaby obejmować kastracja, nie są największym problemem. Dopuszczalność terapii chemicznej jest czym innym niż jej przymusowość - ta druga powinna być wykluczona. Nie powinny za to być wykluczone bransolety elektroniczne, dzięki którym odpowiednie służby mogłyby śledzić, czy dana osoba nie przechodzi np. niebezpiecznie blisko szkoły. Podobnie regularne, obligatoryjne wizyty terapeutyczne i na policji są całkiem mocno dyscyplinującymi narzędziami.
Mamy prawo do obrony przed negatywnymi zjawiskami, które nam grożą. Nie wolno nam jednak zapominać o tym, by najpierw zapobiegać, a potem dopiero - leczyć, i to odpowiednimi środkami. Kosztuje to znacznie mniej. Poniżanie nie jest dobrą metodą zapewnienia ładu społecznego. Nie oznacza to litowania się nad przestępcą i zapominaniu o ofiarach. Mimo to spokoju gwałconej dziewczynie nie zapewni kastracja "polskiego Fritzla", ale medialny spokój, godne warunki życia, z dala od osoby, która wyrządziła jej krzywdę, pomoc psychologiczna. Byłoby skandalem, gdyby władze uznały, że wypełniły swe obowiązki, pozbawiając pociągu seksualnego faceta, a jego ofiara, pozbawiona pomocy, popełniłaby samobójstwo albo umarłaby w biedzie. Niestety, wśród medialnego zgiełku głosów rozsądku słychać coraz mniej...
Minęło 7 lat od pamiętnych wydarzeń z 2001 roku. Pamiętam dobrze, co robiłem w ten dzień. Kiedy siedziałem sobie na poddaszu swojego podkarpackiego domu, radio podało informacje o samolocie, który wbił się w Twin Towers w Nowym Jorku. Zszedłem wtedy z siostrą na dół, by włączyć raczkujący wówczas TVN 24. Zobaczyliśmy wszyscy szokujące zdjęcia i przez parę godzin obserwowaliśmy tragedię. Upadek wpierw pierwszej, a potem i kolejnej wieży. Doniesienia z Pentagonu. Opinie i komentarze. Przez parę dni temat ten nie schodził z afisza szkolnych rozmów. Kiedy minął szok, widać było, że Stany Zjednoczone rozpoczynają działania odwetowe. Dało się wyczuć, że skończył się wiek XX i zaczął XXI. Wiek, który rozpoczął się wstrząsająco i w którym napięcie da się wyczuć po dziś dzień.
Atak terrorystyczny na Nowy Jork i Waszyngton dla wielu wydał się niewyobrażalny. Zaczął się wydawać takim, kiedy można było zaobserwować jego skutki - w Afganistanie i w Iraku. Okazał się wygodnym pretekstem do opanowania terenów roponośnych i kluczowych dla tranzytu surowców z Azji Środkowej. Zmienił globalny układ sił, prowadząc wpierw do rozszerzenia hegemonii USA, a następnie do zrujnowania reputacji tego kraju w oczach świata. Stany przestały się kojarzyć z wolnością, a zaczęły - z bezpardonowym dążeniem do globalnej dominacji. Sfingowane dowody na dysponowanie przez Irak bronią masowego rażenia wcale nie zmieniły tego postrzegania mocarstwa przez innych. Niedawne doniesienia, że administracja Busha byłaby w stanie posunąć się nawet do prowokacji, byle wymusić wojnę z Iranem, nie napawa optymizmem...
Kiedy popatrzymy się na fakt, że na "Globalnej Północy" od czasu NYC, Madrytu i Londynu nie dochodzi do zamachów terrorystycznych, wygląda na to, że nie trzeba aż w tym celu było najeżdżać na Kabul czy Bagdad. Przykład Somalii, która powoli zaczęła stawać na nogi, rządzona przez muzułmańskich fundamentalistów, jak nazwał ich Waszyngton, jest tu nad wyraz wymowny. Po inwazji Etiopii, wspieranej dyplomatycznie przez rząd USA, do kraju powrócił chaos, rząd nie panuje nawet nad stolicą - Mogadiszu, a piraci, których islamiści wyeliminowali, teraz znów porywają zagraniczne statki. Benjamin Barber słusznie określił tego typu politykę mianem niszczenia żywiciela, a nie pasożyta (terroryzmu), który najzwyczajniej w świecie ulega przemieszczeniu. Nikt o zdrowych zmysłach - na szczęście! - nie zaatakuje posiadającego broń atomową Pakistanu, a jednocześnie wszyscy wiedzą, że na terenach niekontrolowanych przez rząd terroryści mogą nadal knuć swoje plany.
Amerykański rząd wykorzystał 11 września do podsycenia strachu. Strach ten przez spory okres czasu pozwalał trzymać świat w swych ryzach. Korzyści, jakie przez jakiś czas odnosił skłaniały wielu ludzi do widzenia w tym spisku służb specjalnych. Nie mamy narzędzi, by jednoznacznie przesądzić ten fakt - na filmy w rodzaju "Loose Change", mające na celu zdemaskowanie tego procederu, odpowiadają kolejne setki stron internetowych, które pragną wykazać, że poruszane tam argumenty są wyssane z palca. Spora grupa lewicowych publicystów uważa, że wszelkie teorie spiskowe nt. 9/11 mają pewien podświadomy podtekst rasistowski - nie wierzymy, że największą światową potęgę mogli na parę chwil obezwładnić osobnicy, uzbrojeni w noże do cięcia tektury. Nie da się też ukryć, że gdyby któregoś dnia teorie te miały okazać się prawdą, to byłby to koniec świata, jaki znamy, a w USA wybuchłaby prawdziwa rewolucja.
Terroryzm jest faktem, tak jak był nim przez ostatnie wieki. Jeśli chcemy go zwalczyć i uniknąć powtórki z 11 września 2001, powinniśmy działać na rzecz bardziej sprawiedliwego porządku społecznego na całym świecie. Nikt, kto ma rodzinę, dach nad głowę, pełny brzuch i dobrą pracę nie będzie wysadzał się w powietrze - będzie mu zwyczajnie żal. Ameryka cierpi, bo niegdyś wspierała islamski fundamentalizm i niedemokratyczne reżimy w świecie arabskim (i nie tylko) jako kontrę do przesiąkniętego socjalizmem panarabizmu. Rozwiązaniem problemów "Globalnego Południa" nie są kolejne bomby, "tarcze" i wojny. Tym rozwiązaniem jest realna pomoc w tworzeniu, niekiedy od podstaw, zdrowych, zrównoważonych społeczeństw. To inwestowanie w ich infrastrukturę, w odnawialne źródła energii, naturalne rolnictwo, gwarantujące bioróżnorodność. Jeśli Zachód samolubnie będzie tego odmawiał reszcie świata, sam skaże się na życie w zamkniętej, oblężonej twierdzy. Mam jednak nadzieję, że tym razem okażemy się mądrzejsze i mądrzejsi.

Wspólne oświadczenie warszawskich Zielonych 2004 i Stowarzyszenia Młoda Socjaldemokracja.
Absurdalne przepisy prawne utrudniają poruszanie się po Warszawie posiadaczom „dwóch kółek”. Brak zintegrowanej sieci ścieżek rowerowych, wydzielonych pasów na jezdni, śluz zabezpieczających bezpieczeństwo ruchu drogowego, stojaków i zakaz wprowadzania rowerów w wielu miejscach w Stolicy.
Pragniemy przypomnieć, że transport rowerowy jest nie tylko równoprawnym sposobem poruszanie się po mieście, ale posiada wiele zalet przewyższających komunikację samochodową. Komunikacja rowerowa pozwala nie tylko ograniczyć poziom zanieczyszczenia i spalin, ale także redukuje hałas, sprzyja zdrowemu trybowi życia i relaksowi. Apelujemy więc do władz miejskich o szczególną rozwagę przy podejmowaniu decyzji dotyczących ruchu rowerowego w Warszawie i zaprzestanie dyskryminacji użytkowników tego środka transportu.
Ruchome schody na warszawskiej Starówce i zakaz wprowadzania na nie rowerów stanowią doskonały punkt wyjścia do rozpoczęcia debaty o braku odpowiedniej infrastruktury rowerowej. Żadne zmiany w tak dużym mieście jak Warszawa nie dokonają się same, potrzeba na nie czasu i odpowiedniego przygotowania. Wzywamy więc stołecznych włodarzy do rozpoczęcia debaty na ten temat!
***
LIST OTWARTY DO RADNYCH M. ST. WARSZAWY
W imieniu warszawskich Zielonych 2004 zwracamy się do Rady Miasta Stołecznego Warszawy, wszystkich jej członkiń i członków, z apelem, aby 18 września 2008 roku zakończyła się wreszcie epopeja przedsiębiorstwa społecznego „EKON”. Dbające o środowisko osoby niepełnosprawne mają prawo do podjęcia pracy, która służy mieszkankom i mieszkańcom naszego miasta, przyczynia się do poprawy czystości stolicy i jakości życia w niej.
2,8 ha działki przy ul. Mortkowicza, o przyznanie której EKON zabiega od prawie dwóch lat na podstawie uchwały przyjętej przez poprzednią Radę m. st. Warszawy, będzie szansą dla osób niepełnosprawnych zatrudnionych przez EKON na rehabilitację poprzez aktywny udział w społeczeństwie. Zamiast pobierać zasiłki społeczne, osoby niepełnosprawne będą miały pracę, która nie tylko zapewni im środki utrzymania, ale przyczyni się również do poprawy ich zdrowia psychicznego. Będzie dla nich szansą na godne życie. W sytuacji, gdy zarówno segregacja śmieci, jak i opieka społeczna w mieście dalekie są od doskonałości, dbałość o inicjatywy takie jak „EKON” należy do obowiązków miasta.
Apelujemy o przyjęcie poprawionej uchwały, tak aby tym razem wojewoda nie uznał jej za niezgodną z przepisami. Należy w niej wyraźnie zaznaczyć, że „EKON” realizuje cele społeczne: reintegrację społeczną osób niepełnosprawnych i ochronę środowiska. Fakt, że sprawa tak użytecznego przedsiębiorstwa społecznego ciągnie się już od prawie dwóch lat, nie wystawia najlepszego świadectwa władzom Warszawy. Pragniemy zaznaczyć, że poparcie dla EKONu wyraziły tysiące warszawianek i warszawiaków, wysyłając listy bezpośrednio do Pani Prezydent Warszawy.
Jesteśmy otwarci na rozmowy ze wszystkimi podmiotami politycznymi Rady Miasta w sprawie „EKONu”. Wierzymy w dobrą wolę radnych. Jednocześnie informujemy, że nasza delegacja będzie obecna na obradach Rady Miasta, planowanych na 18 września. Od samego początku śledzimy sprawę EKONu mamy nadzieję, że tym razem będzie miała ona szczęśliwy finał.
Z poważaniem, Irena Kołodziej, przewodnicząca warszawskich Zielonych 2004 Bartłomiej Kozek, przewodniczący warszawskich Zielonych 2004
***
Komuna Otwock vs. Gazeta Wyborcza, czyli "Atom? dla Polski"13 września (sobota) 2008, godz. 18.00, ul. Lubelska 30/32Akcja "Gazety Wyborczej" "Atom dla Polski" wzbudziła w nas głębokie zaniepokojenie. Najpoczytniejszy polski dziennik rozpoczyna debatę na interesujący i dotyczący każdego temat. W zasadzie tak być powinno, ale w tytułowej tezie zabrakło znaku zapytania. Chcemy chwilę porozmawiać o tym, jak powinna wyglądać medialna dyskusja na tego rodzaju tematy, oraz skonfrontować stare i nowe argumenty za/przeciw energetyce atomowej.Jak zwykle w programie wieczoru:AKCJA Komuny OtwockorazDYSKUSJA, w której wezmą udział:Prof. dr hab. inż. Jerzy Wiktor Niewodniczański - Prezes Państwowej Agencj AtomistykiRafał Zasuń - „Gazeta Wyborcza”Dariusz Szwed – przewodniczący Zielonych 2004Wojciech Kłosowski – członek Rady Krajowej Zielonych 2004Dyskusję poprowadzi Grzegorz Laszuk.Na zdjęciu - odpowiedź władz PKP na nasz list otwarty ws. praw osób niepełnosprawnych i rodziców z dziećmi.
Oto wywiad, który miał sie ukazać we wrześniowym numerze pisma "Zielono i w poprzek". Miał, ale pismo padło, chciałem zatem uratować od zapomnienia ciekawy materiał. Zachęcił mnie do tego mój interlokutor, któremu dziękuje za pomysł. Zapraszam do lektury.Kwietniowy wieczór w środku tygodnia. W REDakcji Krytyki Politycznej tłumy. Szczerze powiedziawszy nie do końca spodziewałem się takiej frekwencji – a zostałem mile zaskoczony. Ludzie siedzieli zasłuchani w dyskusję autora nowej książki o mieście, przybyłego z Irlandii Krzysztofa Nawratka. Poszukiwania nowej wizji miejskiej okazało się nad wyraz rozpalającym wyobraźnię. Nudno być nie mogło. Prowadzący, Kuba Szreder dbał o to, by wycisnąć wszystko z gościa i towarzyszących mu panelistów. Wśród nich znalazł się profesor Bohdan Jałowiecki, Adam Ostolski z Zielonych 2004 i „Krytyki Politycznej”, oraz Michał Kozłowski – redaktor naczelny „Bez Dogmatu”. Nawratek, siedząc w purpurowej marynarce, odpowiadał na pytania i wątpliwości swej wizji, szczególnie te dotyczące jego wiary w ziarna rewolucji ukryte w kościele rzymskokatolickim. Po zakończeniu rozmowy trwały jeszcze dość długo, a sam autor zgodził się na wywiad dla „Zielono i w Poprzek”. - Jak mieszka się w Dublinie? Podejrzewam , że mało przyjemnie. Ja całe szczęście mieszkam w Maynooth, ktore jest sympatycznym uniwersyteckim miasteczkiem, a Dublina staram sie unikać jak tylko mogę. - W Rydze, gdzie był Pan wcześniej, czuć klimat innego, wschodniego stylu i typu miasta? Innego na pewno. Innego i od miast polskich i od sąsiedniego Wilna czy Tallina i oczywiście innego od Dublina. Ale czy to jest "wschodni" klimat? Raczej nie. Postsowieckie dziedzictwo jest oczywiscie widoczne, ale struktura Rygi przedwojennej (zdecydowanie zachodnioeuropejska) nieźle sobie radzi. - Jak może funkcjonować w harmonijny sposób metropolia, z której wykluczone jest 30% mieszkanek i mieszkańców, głównie rosyjskojęzycznych? Ba! W reżimie neoliberalnym, gdzie nie wazne sa prawa polityczne, lecz raczej ekonomiczne - może. Czy jest to harmonijne? Oczywiście nie. Wykluczenie ze wspólnoty politycznej miasta nie jest zreszta jedynym wykluczeniem jakie w Rydze widać - w centrum miasta nie widać zbyt wielu ludzi starszych, dojazd bowiem komunikacją publiczna nie jest najlatwiejszy... - Zadaję to pytanie dlatego, że polskie miasta, choć wspominają swoją wielokulturową przeszłość, obecnie zazdrośnie strzegą swojej homogeniczności - o ile Wietnamczyk może sprzedawać na bazarze, o tyle już kandydować na jakikolwiek urząd niekoniecznie miałby wielkie szanse. Wydaję mi się, ze słyszałem o Syryjczyku, ktory jest burmistrzem jakiegoś polskiego miasteczka... Może więc nie jest tak źle? Choć pewnie ma Pan rację, że w dużym mieście - na przykład w Warszawie - to by sie raczej nie zdarzyło. Jakoś nie wierzę, by imigrant(ka) z Wietnamu czy Syrii został (zostala) prezydentem Stolicy. Co jest zresztą ciekawe samo w sobie - czyzby małe miasteczka, wbrew pozorom i intuicjom - były bardziej otwarte na Innych niz wielkie miasta? Prawdopodobnie po prostu, w mniejszej wspólnocie łatwiej jest wyjść poza stereotypowe postrzeganie Obcego i wejść w relacje bardziej osobiste. Relacje JA - TY, o których, nawiązujac do Levinasa, piszę w mojej ksiazce. Na pewno jednak, problem niemal zupelnego inorowania kulturowego potencjalu Wietnamczykow mieszkających w Polsce zastanawia i niepokoi. Taka postawa, to niebezpieczna glupota. - Grodzimy się na potęgę - czy tak jak w Belfaście, w którym protestanci i katolicy chcą mieć ze sobą jak najmniej wspólnego? Nie można tego porównywać... W Polsce niechęć dopiero sie rodzi i ma podłoże czysto klasowe. W Belfaście to jest (była? bywa?) nienawiść, jeszcze niedawno ci ludzie do siebie strzelali... Ale oczywiście sama idea grodzenia opiera sie na dokladnie tej samej filozofii - zarówno w Warszawie, Belfaście czy Bagdadzie... - Ile w postawach mieszkańców Belfastu realnego konfliktu, a ile rytuału? I jak wyjść z tego zaklętego kręgu i spróbować stworzyć prawdziwą, miejską wspólnotę? Nie wiem. Podejrzewam, że więcej tu rytuału, bo podłoże konfliktu - również przede wszystkim ekonomiczne - powoli zanika. Szczeliny są zasypywane pieniędzmi, a mury rozpuszczane wzrostem gospodarczym. Mimo tego jednak, że ludzie przestali do siebie strzelac, nadal postępuje proces segregacji... Jak widać gospodarka nie wystarcza by rozwiązać wszystkie problemy... A jak stworzyć miejską wspolnotę? To pytanie na (co najmniej jedną) książkę... - Czy obecne, wielkie miasta mogą nadal rozwijać się wokół jednego jądra kondensacji? W Pańskiej książce, "Miasto jako idea polityczna", jest Pan dość sceptyczny co do dzielnic miejskich... Jestem agresywnie niechętny wobec ignorowania faktu, ze dzielnica jest częścią większej całości. Nie znaczy to jednak w żadnym razie, bym był sceptyczny wobec dzielnicy jako takiej. Wręcz przeciwnie - dzielnica, czy szerzej spoleczność lokalna ma swoje znaczenie. To ważne, by na swojej ulicy, na podwórku, w obrębie kwartału ludzie czuli sie "u siebie". Nigdy jednak nie mozna tracić z oczu, że dzielnica to tylko część, a nie całość. Coraz bardziej zresztą liczy sie nie tylko miejsce gdzie śpimy, lecz miejsce gdzie pracujemy, gdzie nasze dzieci chodzą do szkoły, gdzie spędzamy wolny czas. To już nie jest taki podział na dzielnice jak kiedys, dziś ta struktura użytkowania miasta jest znacznie bardziej skomplikowana - i na to zwracam uwagę. Co do "jądra kondensacji" (ja bym raczej takiego sformułowania nie użył, ale rozumiem, co chciał Pan powiedziec), to ważna jest idea która odpowiada za identyfikację mieszkanców z miastem i ważna jest swiadomość, ze nie ma w mieście miejsc, gdzie nie wolno mi pójść - bo spotkam sie z agresją, niechecią etc. - Czy dzielnice są naprawdę czymś złym? W końcu dajmy na to Mokotów jest większy niż sam Rzeszów, zatem i on potrzebuje przestrzeń spotkania swoich mieszkanek i mieszkańców ze sobą, ale też i ich z miastem. Oczywiście dzielnice nie są niczym złym, wręcz przeciwnie, ignorowanie dzielnicy, ignorowanie fragmentu jest groźne. Ale - powtórzę - równie groźne, a może nawet - jak pokazują przykłady miast amerykańskich - bardziej niebezpieczne, jest zapominanie że fragment jest tylko częścią czegoś większego (boję sie powiedzieć "częścią całości", bo nie do końca wiadomo co to jest całość). Ponowoczesne "dopieszczanie" marginalnych dyskursów jest w porządku, do momentu gdy wciąż chcemy by one wchodziły ze sobą w relacje. Gdy ignorujemy kontekst, gdy rezygnujemy z prób budowania wspólnoty miejskiej, a nie tylko lokalnej (dzielnicowej), zmierzamy prosto ku katastrofie. - Opresja i przymus są słowami, które nie kojarzą się ludziom pozytywnie, tymczasem w Pańskiej książce pojawiają się dość często... Ha! Słów "opresja" i "przemoc" użyłem z pełną premedytacją. Zapewne wygodniej byłoby użyć bardziej neutralnego słowa "regulacja", ale to byłaby ucieczka od problemu. Bo przemoc jest immanentną cechą miasta. Miasto zmusza nas do takich a nie innych zachowań, relacji, ogranicza naszą wolność. Użycie tych - mocnych, przyznaje - słów, ma na celu wyrwanie się z ckliwego dyskursu miasta jako potencjalnej idylli, stanięcie twarzą w twarz z mechanizmami funkcjonowania miasta. Jesli uświadomimy sobie, ze opresja jest jedną z cech konstutuujacych miasto, przestaniemy - mam nadzieję - próbować przed nią uciekać, a spróbujemy zastanowić się jakiego rodzaju jest (ma być) ta opresja, jakim celom i komu służy. - Tak więc chcemy wskrzesić miasto - zatem wokół czego, skoro niemal ogłasza Pan przestrzeń publiczną nieistotną i umarłą? Z moim atakiem na obrońców przestrzeni publicznej jest podobny problem jak z ową "opresja". Nie chodzi o to, ze przestrzeń publiczna jest nieistotna, problem w tym, by sięgnąć do samych fundamentów i zadać pytania czym jest, czym mialo by być miasto i po co w nim owa przestrzeń publiczna. Mi nie wystarcza przestrzeń publiczna w postaci placu na którym spotkamy linoskoczka czy ulicznego grajka, interesuje mnie przestrzeń rzeczywistego spotkania, wzajemnej relacji miedzy mieszkańcami. Wszystkimi mieszkańcami. Skupiając się czesto na komercjalizacji przestrzeni publicznej, na regulacjach i inwigilacji, zapominamy o fizycznych barierach dostępności, zapominamy również o całych grupach społecznych ktore same się z tej przestrzeni wyłączają. A wokół czego możemy próbować budować miasto? Wokół wciąż negocjowanego sposobu wspólnego życia. - Czy projekt demokratyzacyjny miasta odnosi sukces w takich postaciach, jak coraz bardziej rozpowszechniające się budżety partycypacyjne kolejnych miejscowości, w których to ludzie decydują o wydatkach władz publicznych, czy też chodzi tu o co innego? Budżet partycypacyjny jest niezwykle ciekawą ideą, ale to jest tylko środek do celu. Partycypacja publiczna również to krok w dobrym kierunku. Problem w tym jednakże, że te narzędzia, bez "opresji" która zmusza do ich używania, szybko się nudzą. Ludzie uciekają w prywatność, a mobilizują się we wspólnotę tylko gdy cos im zagraza. Wyłamanie się z tego schematu jest niezbędne dla rzeczywistej demokratyzacji miasta. - Czy miejskość naprawdę stanowi alternatywę dla uniwersalności rynku i partykularności wspólnot pierwotnych, czy też przed nami jeszcze wiele pracy?W końcu trzeba znaleźć spoiwo łączące ludzi niekiedy diametralnie się od siebie różniących... Miasto jest konkretne. Istnieje tu i teraz. Można go dotknąć, poczuć, posmakować. To powoduje, że miasto jest oczywistym wyzwaniem i prowokacja dla idei globalnego rynku. Oczywiście, że jesteśmy - wciąż - na początku drogi. Jednak w tym, że ludzie się roznią nie widzę problemu, lecz wręcz przeciwnie - to jest wspaniałe i to daje nam siłę! To właśnie różnice i to, że nie jesteśmy idealni, sprawia, ze potrzebujemy się nawzajem. - Kiedy jeździł Pan po tournee promocyjne po Polsce, jakie miasta Pan zobaczył? Jeżdząc ze spotkania na spotkanie, nie byłem w stanie zobaczyć żadnego miasta. Raczej migały mi tylko obrazy fragmentów miast i krajobrazów... - Czy naprawdę procesy urbanizacyjne w naszym kraju przebiegają aż tak źle, jak to malują? Może zna Pan jakieś pozytywne przykłady tego, w jaki sposób stworzono lepsze miasto - lub chociażby jego fragment? Polska ma ciekawą, zbalansowaną strukturę przestrzenną w skali kraju, ma wiele dobrych miast. Sama struktura przestrzenna tych miast jest wciąż w wielkich fragmentach zdrowa. Moze to zresztą jest istota problemu - nie widzimy tych zagrozeń, ktore czają się tuż za rogiem. Katastrofy w polskich miastach jeszcze nie ma. Ona dopiero nadejdzie. Nie śledzę sytuacji w Polsce jednak zbyt dokładnie - nie wiem, jakie miasta zaslugują by dawać je za przykład dla innych. Jest wiele drobnych projektów, niektóre podnoszą jakość życia w mieście, inne go obniżają. Trzeba być tylko świadomym, ze proces "ulepszania" miasta nie ma końca, bo miasto "idealne" nie istnieje. Istnieje jedynie samo-zarządzająca sobą wspólnota, zmieniająca sie tak by osiągąć swoje własne cele, albo zbiór jednostek, które wzrastają we wzajemnej wrogości i obcości. - Na zakończenie krótko - czy da się w jednym, prostym zdaniu określić to, czym miasto jest i czym być powinno? Nie da się. I to właśnie czyni miasto tak fascynującym tworem. Krzysztof Nawratek – ur. 1970 w Gliwicach, architekt-urbanista, doktor nauk technicznych. Jego publikacje prasowe pojawiały się w „Gazecie Wyborczej”, „Krytyce Politycznej”, „Obywatelu”, ale także w prasie łotewskiej. Podczas swojego pobytu w Rydze opracował alternatywny plan zagospodarowania przestrzennego tego miasta. Aktualnie pracuje na uniwersytecie w Maynooth. Autor książki „Ideologie w przestrzeni. Próby demistyfikacji”. Jego najnowszym dziełem jest opublikowany w krakowskim wydawnictwie ha!art. „Miasto jako idea polityczna”, wydanej w serii „Linia Radykalna”.