30 sierpnia 2007

Świat zasługuje na odpoczynek

My, ludzie, dajemy naszej planecie w kość. W ostatnim poście Irena dała prosty przykład tego, jak bardzo nie szanujemy piękna przyrody, która jest nam dana - i zadana. Miast zostawiać ją w jak najlepszym stanie dla przyszłych pokoleń, zdajemy się stosować zasadę "hulaj dusza, piekła nie ma!". Efekty widać gołym okiem. Można o nich także poczytać w periodykach na całym świecie - inny przykład podaje na internetowych stronach brytyjskiego dziennika Guardian Derek Wall, współszef tamtejszych Zielonych. Najnowsze wojaże lotnicze Davida Beckhama, futbolowego bożyszcza tłumów, są tu dość symptomatyczne. O ile, by zachować równowagę w przyrodzie, przeciętny człowiek może wyprodukować do 2 ton dwutlenku węgla rocznie, o tyle nasz nieustraszony bohater serwisów plotkarskich swoimi lotami wypuszcza do atmosfery 8,5 tony. A lodowce znikają...

W takiej sytuacji każdy artykuł prasowy czy audycja telewizyjna, poruszająca te problemy, jest na wagę złota. Artykuł "20 uprzejmości, które każdy może uczynić dla natury" z najnowszej "Polityki" jest obok pierwszych artykułów na ten temat z "Dziennika" jednym z najlepszych w tej dziedzinie. I najbardziej praktycznym. Na 7 stronach prezentuje rady, dzięki którym każda i każdy z nas niewielkim kosztem może ulżyć wymęczonej Matce Naturze.

Najważniejszymi przewodnikami są tu współprzewodniczący Zielonych 2004 - Dariusz Szwed, dzielnie pozujący przed koszem do recyklingu, wypowiada znamienne słowa - "Trudno chronić środowisko w rozwarstwionym społeczeństwie". Dlatego warto pokazywać, że np. inwestycja w żarówki energooszczędne, pozornie droższe, kończy się oszczędnościami na rachunkach za prąd. Z kolei Magdalena Mosiewicz (rowerzystka walcząca z jadącymi po drogach tirami) pokazuje absurdy polityki względem odpadów, które najlepiej widać w stolicy. Gmina przerzuca na wspólnotę odpowiedzialność za kosze na śmieci, sama zaś nie nadąża ze sprzątaniem. Widok śmieci na ulicy Kinowej, leżących na chodniku przy ogródkach działkowych zaskakiwał mnie przez kilka miesięcy - dawno tam nie byłem, więc nie mogę powiedzieć, czy coś się poprawiło.

Zestaw rad jest prosty i klarowny. Nie ma tu niczego, co mogłoby wzbudzać zasadnicze kontrowersje. Warto zatem pamiętać o tym, że sprzęty ustawione na tryb czuwania nadal pożerają prąd (przez co cierpi natura i nasze kieszenie), chemikalia nie są niczym cudownym (na Zachodzie, by nie marnować wody i wszelakich oczyszczaczy promuje się nawet toalety kompostowe), butelka jest lepsza od puszki itp.

Bardzo ważne jest, by przede wszystkim kupować rodzime, lokalne produkty, których transport nie przyczynia się do zmian klimatycznych na tak wielką skalę jak przewożenie tego samego produktu z drugiego krańca świata. Powiązanie lokalnej produkcji z konsumpcją jest dla Zielonych z całego świata istotną wartością. Inną kwestią jest alterglobalizm - przejawia się on w promowaniu sprawiedliwego handlu i bojkotach konsumenckich produktów powstałych przy naruszeniu praw człowieka. Nie wierzycie w skuteczność takich akcji? Heineken zdecydował się po protestach na wycofanie się z rządzonej przez juntę wojskową Birmy, w której miał sprzedawać swoje piwo.

Niestety, nawet i w artykule Joanny Podgórskiej pojawiają się drobne zgrzyty. Mimo wszystko widać, że autorka wierzy w samoloty, a rodzime realia traktuje trochę jak alibi. Owszem, wszyscy wiemy, że koleje w Polsce są niedoinwestowane, ale to nie wina ekologów. Czas zatem przeznaczać mniej środków na autostrady, które pochłaniają olbrzymie pieniądze, by koniec końców nie powstawać, a więcej na unowocześnienie trakcji kolejowej i taboru. Ślimacząca się modernizacja "trasy Y" od Poznania i Wrocławia przez Łódź do Warszawy to absolutne minimum, podobnie jak i Rail Baltica od stolicy aż do Tallina. Miejmy nadzieję, że wkrótce powstaną warunki do tego, by nasze ślady ekologiczne były jak najmniejsze.

Polecam ten tekst - by przeczytać i wprowadzać te zasady w życie. Nie utrudniają one życia, a jednocześnie tworzą świadome obywatelki i obywateli świata. Choć po mrokach PRL-u wielu z nas pragnie nadrobić niedobory sklepowe z tamtych lat, to jednak bez odpowiedzialnej konsumpcji nie posuniemy się ani o krok. Świadomość efektów naszych wyborów pozwoli nam ograniczać się z własnej, nieprzymuszonej woli. Jeśli szał zakupów zaczniemy zastępować autentycznymi relacjami międzyludzkimi czy bogatszym życiem kulturalnym, wtedy z całą pewnością jakość naszego życia i stopień zadowolenia z niego ulegną wyraźnej poprawie.

Czyż nie warto mieć energooszczędnych żarówek i szczelnych kranów choćby po to, by zaoszczędzić nieco grosza i pójść na koncert albo kupić książkę? Zdrowie ludzkie i zdrowie planety są ze sobą powiązane bardziej, niż zdajemy sobie z tego sprawę.

28 sierpnia 2007

Moje marzenia

Mam w życiu dwa marzenia. Żeby woda w Wiśle wróciła do stanu krystalicznej czystości - albo przynajmniej takiej, aby mój pies mógł pić z niej wodę bez narażania życia i nie śmierdział, kiedy zdarzy mu się nie wytrzymać i pobrodzić. I żeby porastające wiślane brzegi zarośla nie były tak potwornie zaśmiecone. Mam nadzieję, że Siła Wyższa – kimkolwiek jest, jeśli jest – sprawi, że te marzenia ziszczą się jeszcze za mego życia.

Ale przecież Siła Wyższa – kimkolwiek jest, jeśli jest – nie działa sama przez się, ot tak: pstryk! – i zrobione. Ona ma zwyczaj współdziałać z człowiekiem – nieszczęsną, zaślepioną, obdarzoną wolną wolą istotą, zaciekle dążącą do zniszczenia swej kolebki, a razem z nią i siebie samej. W innych miejscach na globie ta istota trochę oprzytomniała i stara się szanować dzieło swego Stwórcy - swój dom. U nas na razie słabo widać oznaki podobnej postawy. Chociaż mówić o Bogu, owszem, lubimy.


Niedawno wybrałam się z psem na rowerową przejażdżkę wzdłuż Wisły. Koło Spójni zsiadłam z roweru i powędrowaliśmy piechotą przez dziki las łęgowy. To teren zalewowy, więc na szczęście raczej mu nie grozi, że zostanie ucywilizowany. W wielkim mieście – taka fantastyczna dzicz! Pachnie zielenią, ziemią, wilgocią, chmiel pnie się niczym liany po gałęziach, Zuźka węszy podniecona po krzakach, przeskakujemy zwalone pnie drzew... Co z tego? Jak okiem sięgnąć, wszędzie plastik. Plastikowe butelki, foliowe torby, dla urozmaicenia trochę kartoników po sokach, tu i ówdzie butelka po wódce. Puszek po piwie trochę mniej – płacą za nie na skupie. Przyjdzie wysoka woda, poniesie całe to dziadostwo do Bałtyku. A tutaj przyjdą nowe śmieci. Wędkarze nie zawiodą.


Pytam: co robi w tej sprawie Rada Warszawy, co prezydent(a)? Czy to tak trudno wpuścić raz na miesiąc na wiślane brzegi ekipę sprzątaczy? Nie potrzeba do tego planów, przetargów ani wielkich funduszy, wystarczy ogłoszenie w prasie i Urzędach Zatrudnienia. Bezrobotnych podobno już u nas nie ma (he he), ale paru czy parunastu chętnych emerytów na pewno by się znalazło. Mira Meysztowicz ze swoją coroczną akcją „Sprzątanie świata” (chwała jej za to!) nie załatwi problemu. Ale cóż, radni i prezydent widocznie zanadto są zajęci walką o to, aby w preambule do statutu miasta znalazło się słowo „Bóg”, żeby zawracać sobie głowę takimi drobiazgami. Boże! Dlaczego w Polsce musi być brudno?!


W jakiś czas później, w ubiegły piątek, pojechałam z zaprzyjaźnionym dzieckiem nad Zalew Zegrzyński. Nieporęt, Białobrzegi, port jachtowy, rozfalowana, rozmigotana wodna tafla, mini-zoo... I znowu to samo: w nadbrzeżnych łozach, w miejscach weekendowych biwaków i codziennego wędkowania – jeden syf. Doszłyśmy groblą do plaży i zdjęłyśmy z Agnieszką buty, żeby pobrodzić. Brodzić, owszem, się dało, rzucać psu patyki do wody, puszczać kaczki... Ale stąpnąć nieco dalej od wody – strach. W piachu pełno kapsli od butelek, a kto wie, czy i nie szkła. O tak, błyszczy kawałek! Poniewierają się pudełka po papierosach, niedopałki, powiewają na wietrze foliowe torby. A co najdziwniejsze, na tym śmietniku leżą lub baraszkują z dziećmi nieliczni plażowicze – i nikomu to zdaje się nie przeszkadzać! Nikt się nie schyli i nie próbuje pozbierać tego dziadostwa! Żeby powiedzieć prawdę: na całej plaży ani jednego pojemnika. Trzeba by przyjść z własnym workiem.


W Anglii na plażach stoją tabliczki „Take your rubbish home”. I ludzie zabierają. To należy do dobrego tonu. A u nas?


Kto wie, czy nie skrzykniemy z Agnieszką paru innych nastolatków i nie urządzimy nad Zalewem mini-sprzątania świata. Ale póki co – pytam: dlaczego nic nie robią w tej sprawie władze gminy Nieporęt? One przecież nie muszą, jak warszawskie, walczyć o preambułę?

27 sierpnia 2007

Blogerzy wszystkich krajów, łączcie się!


Sprawa, którą chcemy poruszyć tym razem, jest krótka i rzeczowa. 15 października blogowiczki i blogowicze z całego świata wezmą udział w wielkim, ważnym i zielonym przedsięwzięciu. W ciągu tego dnia na tysiącach stron pojawią się posty o środowisku. Pod różnym kątem. Zielona Warszawa również weźmie w tym udział.

Zachęcam gorąco do przyłączenia się do akcji. Baner powyżej prowadzi do oficjalnej strony akcji. Zarejestrujcie się. Dostaniecie w jej trakcie dwa maile. Pierwszy przypomni o wydarzeniu na dwa dni przed nim. Drugi zaprosi do wzięcia udziału w podobnej akcji za rok.

Informujcie o tym krewne i krewnych, przyjaciółki i przyjaciół, znajome i znajomych. Nie warto być obojętnym w obliczu zmian klimatycznych. Już dziś widzimy ich efekty - nawałnice na południu Polski czy też pożary w Grecji. Do polityków powoli zaczyna docierać niewygodna prawda - jesteśmy odpowiedzialni za to, co dzieje się na naszej planecie. Pokażmy im, że nie jest nam obojętne topnienie lodowców (najnowsze badania wskazują, że do 2030 lód arktyczny przejdzie do historii) czy masowe ginięcie gatunków!

15 października bądźmy razem. W sieci. Po to, by temat wyszedł ze świata wirtualnego i stał się obiektem działań. Już jak najbardziej realnych. Wszelkie pomocne informacje znajdziecie po angielsku na stronie organizatorów. Szerzcie nowinę. Będzie warto!

25 sierpnia 2007

Sezon na remont

Lato jest cudowne. Z powodu wakacyjnych wojaży spora część mieszkanek i mieszkańców postanowiła uciec od spalin i hałasu w leśne głusze, górskie przełęcze albo nadmorskie plaże. Mimo wszystko jest gorąco. Nie tylko jeśli chodzi o temperatury. Ilość remontów zupełnie zmienia układ komunikacyjny miasta. Aleje Jerozolimskie, od pl. Zawiszy po Rondo Waszyngtona, doświadczają zmian trakcji tramwajowej. Ulica Puławska również cieszy się z powodu modernizacji drogi. Do tego niech dojdą zmiany kierunku jazdy autobusów i tramwajów i oto mamy obraz miasta lekko sparaliżowanego, by mówić delikatnie.

Mieszkańcy protestują przeciw zmianom proponowanym przez ZTM. W ten sposób linia 520, którą skrócono do Metra Politechnika, będzie znów jeździła na Żoliborz. Argument, że dubluje ona metro, uważam za niefortunny - już teraz kolej podziemna w godzinach szczytu jest przeładowana, a dodatkowe jej obciążanie byłoby udręką dla podróżujących. Z kolei bliska mi 515 w tamtym kierunku już nie pojedzie - chcą ją przerzucić na Ursus, żeby od wysokości ronda Wiatraczna na Pradze Południe dublowała się z 523. Tak więc sensowność niektórych rozwiązań staje pod znakiem zapytania.

Do tego mamy dwa nowe symbole komunikacyjnej modernizacji publicznego transportu w stolicy. Po pierwsze, miasto ma nowy, ultranowoczesny tramwaj z obniżoną podłogą. Jest wspaniały, do tego sfinansowany ze środków Unii Europejskiej. Problem polega na tym, że ma on kursować na trasie, która... nie istnieje! Tak więc miejscy włodarze głowią się, w jaki sposób wyjść z tego impasu. Wedle najnowszych informacji póki co ma jeździć na linii 36, a po remontach jakoś to będzie. Oby udało się to ustalić szybko, tak, jak na przykład decyzja o tym, że ze względu na postępujące remonty do niektórych linii tramwajowych dołączać trzeci wagon.

Dodajmy do tego nowy, opływowy pociąg na linii Warszawa-Łódź. Piękny, ciemny i pojemny. Kto lubi nowe składy Szybkiej Kolei Miejskiej, ten wie, czego się spodziewać. Szybciej póki co nie będzie. Więcej niż ok. 130 km/h nie wyciągnie - trakcja jest nadal nie zmodernizowana. Nie będzie zatem za szybko jechał w niecałą godzinę - póki co trzeba dwie i pół na dojazd. O ile, jeśli nie będzie jak przy inauguracji, nie zawiesi się Windows w pociągu albo zawiodą wysuwane schody...

Póki co transport publiczny tak w mieście jak i między aglomeracjami jest traktowany w dość specyficzny sposób. Tak jak w systemie "parkuj i jedź" - idea słuszna, ale wykonanie... specyficzne. Jeśli tworzy się parking w miejscu, do którego dojazd sam w sobie jest dość skomplikowanym zadaniem, to nie należy dziwić się, że sam program nie jest największym sukcesem.

Tak więc zobaczymy, co będzie po wakacjach. Być może uda się przeznaczyć więcej pasów jezdni w mieście dla transportu publicznego, a poranne i popołudniowe korki będą choć ciut mniejsze. Oby, bo wkrótce powrócą pielgrzymki z Tatr i Mazur, a to oznacza drastyczny wzrost ruchu kołowego. Dobrze, że chociaż w metrze nie ma zatorów... Jeśli oczywiście mówimy o szybkości przejazdu, a nie budowie kolejnych stacji...

24 sierpnia 2007

Warszawa w muzeum

Poniżej - kilka refleksji, jakie nasunęły mi się podczas niedawnej wizyty w Muzeum Historycznym Miasta Stołecznego Warszawy... Jeśli dobrze pójdzie - wkrótce następne notki, o innych warszawskich muzeach.

Zacznijmy od Żydów. Pierwszy ślad po warszawskich Żydach na tej wystawie dotyczy końca XIX wieku i ma charakter fotograficzny. Wśród innych zdjęć obiektów sakralnych zbudowanych w tym czasie w stolicy Kraju Nadwiślańskiego figuruje Wielka Synagoga na Tłomackiem. Tuż potem pierwsza wzmianka werbalna: skład wyznaniowy mieszkańców Warszawy w roku 1914 obejmuje wyznanie mojżeszowe. A właśnie w tym czasie Warszawa przestawała być największym na świecie żydowskim miastem. Po okresie, kiedy nim była - ani śladu.

W międzywojniu już lepiej. Najzabawniejsze (choć i najsmutniejsze zarazem) są ulotki wyborcze z lat 30. Ulotka endecka, atakująca Żydów, komunistów i p. Everta (kimkolwiek był), przestrzega jednocześnie, aby nie marnować głosów "rzucając je na beznadziejne, choć katolickie listy". Tuż obok, po polsku i w jidysz, ulotka prosanacyjnej listy żydowskiej przeciwko liście żydowskiej antysanacyjnej. (A przy tym zdjęcie długiej kolejki przed lokalem wyborczym w dniu głosowania - czyż to nie piękne?) A potem wojna, i wiadomo.

*

Odwykłem od takich muzeów: "antykwarycznych" raczej niż "monumentalnych". Muzeów, które nie nastawiają się na kreowanie wielkich emocji, lecz na prezentacje rozproszonego zbioru faktów i eksponatów. Przypomina mi to niektóre książki polskich historyków, które mają bardzo dużo przypisów, niekiedy nawet bardzo ciekawych, godnych najwyższej uwagi przypisów. Tyle że nie sposób powiedzieć, co jest tekstem głównym, dzięki któremu owe przypisy są przypisami. Jednym słowem: brak koncepcji.

Jaka szkoda, bo giną w tym lamusie prawdziwe skarby. Dokument wydany przez księcia mazowieckiego na początku XV wieku, po zbrojnym powstaniu drobnego mieszczaństwa przeciw patrycjatowi. Powstanie, zdaje się, stłumiono, ale książę przyznał sprawiedliwość buntownikom. Piękny ślad walki klasowej u schyłku średniowiecza. Albo mały, doprawdy zbyt mały kącik poświęcony zarazie z początku wieku XVI. Temat, który mógłby zaekscytować, gdyby był lepiej opracowany. Itp. itd.

Ale przyznajmy, bajzel ma swoje zalety. Niektóre części wystawy nie były chyba zmieniane od ponad 20 lat i przez to same stały się eksponatem. Ślady historii ruchu robotniczego budzą moje wzruszenie. Dziś już (dziś jeszcze) nie umieszczono by chyba zdjęcia Waryńskiego i towarzyszy na ścianie muzeum. Dziś by już (dziś jeszcze by) nie pisano o strajkach (chyba że o strajkach w PRL).

*

I jeszcze jedna zaleta niemonumentalnego charakteru muzeum. Część o powstaniu warszawskim przyrządzona ze smakiem, taktownie. Wpisana w historię miasta i jego okupacji. Wyprowadzająca na zniszczenie, życie mieszkańców w obozach przejściowych i powojenne odżywanie wśród ruin. Historia społecznych relacji ludzi i budynków. Tak bez tezy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...