8 czerwca 2011

Polacy i Ukraińcy w pułapce historii i wspomnień

Poniższy tekst jest relacją z debaty, która odbyła się 7 czerwca na Chłodnej 25. Debata połączona była z prezentacją książki "Zakorzeniony kosmopolita. Ihor Szewczenko w rozmowie z Łukaszem Jasiną". Jej prowadzącym był autor książki.

Michał Łuczewski (doktor, Uniwersytet Warszawski): Ihor Szewczenko łączył poczucie jedności między poczuciem tożsamości narodowej a tożsamości moralnej. Na Zachodzie Ukraina kojarzyła się wyłącznie z pogromami na Żydach, Szewczenko podjął się pracy na rzecz zmiany tego stereotypu za pomocą nauki - moim zdaniem w tym kierunku uczynił znacznie więcej, niż polscy intelektualiści. Wchodził w debaty naukowe, między innymi z Ernestem Gellnerem, znacznie częściej niż polska inteligencja. Co nasze elity mogłyby dziś zaoferować Ukrainie? Musimy uznać jej tożsamość - nie tylko przyjąć jej istnienie, ale wysłuchać, co ma ona do powiedzenia i dać im poczucie zrozumienia. Bez niego można oferować im szczytne propozycje, ale nie będą one miały wpływu na rzeczywistość. Połączenie historycznych wizji - jak wskazały to chociażby badania na Włochach i Chorwatach - zdarza się dość rzadko, i wymaga współpracy między dwiema grupami. Odpowiedzią na "polską misję" na Ukrainie nie powinna być rezygnacja z niej, lecz promowanie "misji ukraińskiej" w Polsce.

Łukasz Adamski (Polski Instytut Spraw Międzynarodowych): Dziedzictwo Prystaka czy Szewczenki nie wpłynęło w znaczący sposób na ukraińską codzienność i sposob postrzegania przezeń świata - ograniczone jest ono do elity Kijowa, po części Lwowa i innych miast. Szewczenko to interesująca postać - urodził się pod Warszawą na początku lat 20. XX wieku, kultura polska miała na niego istotny wpływ, a mimo to uważał tożsamość ukraińską za główną. Wpisuje się on w pewną ciekawą prawidłowość - oto postacie, które pozostawały pod silnym wpływem kultury polskiej, były wobec nas znacznie mniej radykalne, potrafiły wręcz promować o nim pochlebne opinie.

Nie za bardzo rozumiem, jak miałoby wyglądać jednanie między narodami - to co widzę, to potrzeba dialogu, przedstawiania sobie wzajemnych perspektyw na historię etc. Polska ma dziś mocny wizerunek na Ukrainie, doceniane jest jej zaangażowanie w "opcję europejską" tego kraju. Jeśli chodzi o relacje międzyludzkie, to pamiętajmy, że obie nacje przez wieki zamieszkiwały jedno państwo, a tożsamości polska i rusińska nie były rozłączne. Okres PRL przeciął te wieloletnie kontakty, dodatkowo tworząc napięcia, np. jeśli chodzi o dziedzictwo akcji "Wisła". Napięcia z pewnością wywołuje temat OUN/UPA, w tym rzezi wołyńskiej, nie brak także wzajemnych stereotypów - a to o kozaczyźnie w Polsce, a to o poczuciu wielowiekowego wyzysku Ukrainy przez Polaków. Jako optymista pokładam nadzieję w dobroczynną rolę takich narzędzi, jak inwestycje czy stypendia naukowe, rozwój dyplomacji kulturalnej i naukowej etc. - to z takich źródeł mogą wyłonić się następcy takich osobistości, jak Szewczenko czy Osadczuk.

Zgadzam się z diagnozą, że w Polsce panuje paternalistyczny stosunek do Ukraińców, którego przejawem jest chociażby poczucie ubieranej w różne słowa "misji", jaką polscy intelektualiści mają wobec Ukrainy, nie da się tym jednak tłumaczyć wszystkiego. Problem nie polega na tym, że Piotr Tyma czy Mirosław Czech są reprezentantami mniejszości ukraińskiej i dlatego nie są słuchani, lecz - przynajmniej jeśli o mnie chodzi - trudno mi się zgodzić.

Łukasz Pawłowski (Kultura Liberalna): Trwa dyskusja na temat tego, która strona dominuje w relacji między polityką państwa wobec swoich sąsiadów a postawami obywateli. Patrząc się na aktualną sytuację w Europie Środkowej wydaje się, że obywatele nie wpływają na politykę zagraniczną - dobitnym tego przykładem były masowe protesty przeciwko wojnie w Iraku, która i tak się odbyła. Jednym z nielicznych wyjątków była wolta w polityce hiszpańskiej po zamachach w Madrycie. Przechodząc na polskie poletko, popatrzmy na stosunki polsko-rosyjskie, gdzie nastąpiła poprawa w społecznym odbiorze Rosjan mimo zupełnie odmiennej polityki polskich rządów. Moim zdaniem dowodzi to odrębności tych dwóch kwestii, tym samym na stosunki polsko-ukraińskie nie należy patrzeć tylko przez pryzmat oficjalnej polityki państwowej.

Mimo postępów polskiej polityki zagranicznej po dziś dzień w rankingach sympatii do sąsiadów Ukraińcy są - obok Rosjan - nadal na dole sondażowej stawki. W pewnym momencie skończą się tematy trudne na poziomie oficjalnym, ale nie gwarantuje to analogicznego przełomu na poziomie społecznego odbioru.

7 czerwca 2011

Fuzja


Uważne Czytelniczki i Czytelnicy tego bloga z pewnością zauważyli już powoli dokonujące się na nim zmiany. Wpierw pojawił się niewielki baner, który klikających przenosił na witrynę "Zielonych Wiadomości", następnie na liście społeczności facebookowych pojawiła się również witryna gazety, na koniec zaś - zmianie uległo logo bloga, przygotowane teraz przez Wojtka Kłosowskiego. Już to krótkie wyliczenie pokazuje, że - wbrew plotkom - Zielona Warszawa żyje i żyć zamierza. Nie ma co ukrywać jednak, że wchodzi ona w nową fazę swojego istnienia, a to dzięki połączeniu sił z redakcją naszego bezpłatnego czasopisma pod redakcją Beaty Nowak i Adama Ostolskiego. Zdecydowałem się na ten krok, bowiem wzajemne wsparcie zielonej obecności w przestrzeni medialnej staje się teraz niezmiernie istotne. Spojrzenie na rzeczywistość społeczną i polityczną z ekopolitycznej perspektywy będzie teraz - mam nadzieję - widzialne bardziej niż do tej pory, pewne plany już są, ale wolę ich nie zdradzać. Niech będą one miłymi niespodziankami dla wszystkich tych, chcących od tego roku widzieć Zielonych w Sejmie.

Nie da się ukryć, że będzie tu nieco mniej tekstów niż do tej pory. Ostatnimi czasy to zjawisko spowodowane było głównie przez moją sesję, skrajnie nie sprzyjającą jakiejkolwiek działalności publicystycznej, chciałbym też - czego nie ukrywam - nieco inaczej kształtować swój czas, tak, by polityka była jego istotnym, nie zaś jedynym elementem. Od jakiegoś czasu informacje na temat zielonych sukcesów w wyborach na świecie czy też przegląd interesujących artykułów w sieci pojawiają się na witrynie Zielonych Wiadomości. Chciałbym, by strona internetowa pisma, którego publicystą zostałem, była swego rodzaju zieloną agencją informacyjną, portalem, trzymającym rękę na pulsie wydarzeń. Będzie to szczególnie istotne w obliczu zbliżających się wielkimi krokami wyborów parlamentarnych. By zapewnić polskim czytelniczkom i czytelnikom pełen dostęp do głównego nurtu politycznych debat w obrębie zielonej rodziny politycznej, udało się nawiązać współpracę z portalem Sieci Współpracowników Europejskiej Partii Zielonych - GreenYourope, dzięki czemu teksty z tej strony tłumaczone będą na polski, a sam portal umieszczać będzie teksty Adama Ostolskiego z jego anglojęzycznego bloga - pierwszy, na temat praw mniejszości seksualnych, już zresztą na GreenYourope wisi.

Zielona Warszawa pozostanie miejscem, w którym znaleźć będziecie mogły/mogli bieżącą publicystykę dotyczącą lokalnych spraw warszawskich - liczę, że dzięki temu blog ten w większym stopniu realizować będzie swoje pierwotne założenie bycia źródłem debaty na temat Warszawy naszych marzeń i stanie się swego rodzaju "internetową wkładką lokalną" Zielonych Wiadomości. Nie znikną stąd recenzje czytanych przeze mnie książek, zaproszenia na lokalne wydarzenia czy spostrzeżenia z odwiedzanych wystaw, a więc utrzymanie dużej roli tekstów kulturalnych czy metapolitycznych na stronie. By szybciej reagować na pędzącą jak szalona rzeczywistość, zdecydowałem się na założenie sobie konta na Twitterze - z poziomu Zielonej Warszawy możecie obserwować najnowsze wpisy, pojawiające się po jego lewej stronie, zaraz pod facebookowymi społecznościami, gorąco zachęcam też do zapisania mojego profilu i jego śledzenia z poziomu samego Twittera. To całkiem niezła lekcja krótkiego i treściwego wyrażania swoich opinii, co może spodobać się szczególnie osobom, nie mającym czasu na czytanie dłuższych postów na blogu. Na pewno będzie tu można znaleźć również odniesienia do wszystkich innych miejsc w sieci innych niż Zielone Wiadomości, w których będzie można znaleźć moje teksty. Dziękując zatem za to, że do tej pory byłyście i byliście z Zieloną Warszawą - proszę o nieregulowanie odbiorników, nadawanie trwa bowiem w najlepsze.

6 czerwca 2011

O literaturze spółdzielczej na lewicowo.pl

Kiedy powiedziałem swojej siostrze o temacie pracy rocznej, jaki postanowiłem wybrać na zajęcia z literatury polskiej XX wieku, nie spodziewałem się żywej dyskusji. Temat kooperatyzmu nie budzi dziś społecznych emocji, spożywcze sklepy „Społem” nie są kojarzone z jakimś innym niż dominujący sposób gospodarowania, a jeśli słyszy się o tej formie własności czy szerzej – międzyludzkiej współpracy – w mediach, to najczęściej przy okazji patologii w spółdzielniach mieszkaniowych albo dążeniach do objęcia działalności kooperatystycznych kas oszczędnościowo-kredytowych tymi samymi przepisami, co zwykłych banków. Dość spore było zatem moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, że ma ona wśród rodzinnych pamiątek książeczkę spółdzielczą jednego z naszych dziadków, a także kilka innych materiałów poradnikowych, zachęcających do łączenia sił w działalności rolniczej. Co więcej, zdarzyło się jej nawet kiedyś napisać piosenkę o spółdzielczości, choć nie miałem przyjemności jej wysłuchać. Wydarzenie to skłoniło mnie do zastanowienia się nad tym, na ile tematyka ta nie może zostać wydobyta na światło dzienne, a dawne, chlubne tradycje polskiego ruchu spółdzielczego, zrzeszającego w okresie międzywojennym ponad pół miliona osób, przywrócone do publicznej pamięci. Podobnych inicjatyw trochę już jest, dość wspomnieć zainicjowanie wydawniczej serii „Klasycy myśli spółdzielczej” przez łódzkie Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom” , teksty na ten temat publikowane w wydawanym przez nie kwartalniku „Nowy Obywatel” czy też poprzez wystawę „Miasto społeczne Warszawa”, którą można było oglądać na Krakowskim Przedmieściu i która uwzględniała także inicjatywy kooperatystyczne.

Mimo wspomnianych przed chwilą wysiłków, niewiele można znaleźć materiałów na temat literatury spółdzielczej, a właściwie inspirowanej spółdzielczością, trudno bowiem mówić tu o zupełnie innym gatunku literackim. Z perspektywy czasu – szczególnie dla kooperatyzmu krzywdzącej, jako że powojenna, „ludowa” Polska, anektując sporo bliskich ruchowi haseł, wykoślawiła je i na długi czas u wielu Polek i Polaków je skompromitowała – czyta się je, w najlepszym wypadku, jako wdzięczne ramoty. W najgorszym – i zważywszy na jasność ich ideowych założeń nie bez powodu – patrzy się na nie niczym na zapowiedzi nurtu socrealistycznego. Warto przyjrzeć się temu, co sobą prezentowały, w jaki sposób realizowały wyrażane przez pionierów polskiej spółdzielczości, takich jak Edward Abramowski i Romuald Mielczarski, zasady i przewodnie wartości, promowane przez ten ruch, a także zauważyć różnorodność form literackich, wykorzystywanych przez osoby piszące wiersze, bajki, dramaty, nowele i powieści, inspirowane przekonaniem, że nasze zakupy mają polityczny wymiar, a wspólne ich robienie ma potencjał, by zmienić świat.

Teoria

Najważniejszym źródłem inspiracji dla ruchu spółdzielczego w Polsce niewątpliwie był Edward Abramowski. Ten wieloletni działacz społeczny i polityczny (członek Polskiej Partii Socjalistycznej) stworzył unikalną wizję „Rzeczypospolitej spółdzielczej” – niepodległej Polski, w której główną rolę odgrywać będą niezależne zrzeszenia spożywców, które dzięki rozwoju kooperatyzmu zaczął tworzyć i przejmować od kapitalizmu wytwórczość coraz to większej ilości towarów. Po zrealizowaniu tej wizji zdecydowana większość życia gospodarczego przeszłaby w ręce samych konsumentek i konsumentów, własność kapitalistyczna pozostałaby na jego marginesie, zaś państwo w swych rękach skupiałoby jedynie te sektory, które wymagałyby centralnego sterowania i rozwoju, takie jak chociażby publiczny transport. Lokalne grupy konsumenckie, akumulując w swych rękach dużą ilość do tej pory rozproszonego kapitału, mogłyby nie tylko zwracać nadwyżkę między cenami hurtowymi a detalicznymi w postaci dywidendy, ale też jej część przeznaczać na inwestowanie w spółdzielnie oraz na fundusz gromadzki, który wraz ze wzrostem swej wartości mógłby stać się źródłem finansowania takich inicjatyw, jak kooperatystyczne szkoły, szpitale czy emerytury. Jedną z idei, którą Abramowski propagował, były również „związki przyjaźni” – zrzeszenia sąsiedzkie, obejmujące najbliższe sąsiedztwo, których członkinie i członkowie mieliby zapewnić sobie finansowe zabezpieczenie w wypadku życiowych problemów, a sama inicjatywa, poza niesieniem pomocy, szerzyć miałaby idee spółdzielcze.

Ciekawym elementem teorii Abramowskiego był fakt, że jego wizja transformacji społecznej obejmowała nie tylko zmiany w gospodarce, ale także stosunkach międzyludzkich. Kooperacja miała zastąpić konkurencję, a stworzenie ekonomicznej demokracji skutkować miało upodmiotowieniem dotychczas biernych mas ludowych. Edukacja ekonomiczna miała doprowadzić do stworzenia świadomego swych praw i obowiązków społeczeństwa, wręcz do jego wyzwolenia – zarówno od spekulacji sklepikarzy, skupujących tanio od producentów i sprzedających drogo konsumentom, w efekcie wyzyskując tak jednych, jak i drugich, zapobiegając jednocześnie jego zniewoleniu poprzez machinę państwową. W tej ostatniej kwestii rozmijał się ze sporą grupą socjalistów, utożsamiających uspołecznienie środków produkcji z ich upaństwowieniem. Jego zdaniem, takie działanie zachowa ludzi w stanie zależności – tym razem od nowego podmiotu politycznego, omnipotentnego państwa, które będzie samodzielnie decydować, co dla ludzi jest najlepsze. Państwo, nawet jeśli przeprowadza postępowe reformy społeczne i polityczne, czyni je znacznie wolniej, niż oddolna, społeczna samoorganizacja, znacznie bardziej dynamicznie przyczyniająca się do zmian na lepsze, niż bierne oczekiwanie na progresywnych ustawodawców. Jak widać z tego pobieżnego opisu, osoba biorąca udział w działaniach spółdzielczych rozwijać ma inne cechy charakteru, niż te promowane w gospodarce kapitalistycznej. Skupianie się na dobrach materialnych zastąpić ma współpraca, podział na rządzących i rządzonych zastąpiony przez dialog, konieczny do zarządzania inicjatywą ekonomiczną, w której co do zasady jedna osoba – niezależnie do finansowego wkładu w spółdzielnię – dysponuje jednym głosem. Zamiast prymatu gospodarki, miała ona zacząć służyć celom społecznym, przyczyniając się do edukacji i poprawy jakości życia, osiągniętej własnymi siłami.

„Tyle pracy leży odłogiem [...] trzeba oświecić lud, uczyć go brać swoje sprawy w swoje ręce, wprowadzić w organiczny związek ze skarbami naszej kultury duchowej, wydobyć na powierzchnię życia ten najcenniejszy surowiec, jaki Polska posiada w swym ludzie” – mówił Romuald Mielczarski do innego tytana polskiej spółdzielczości, przyszłego prezydenta Rzeczypospolitej, Stanisława Wojciechowskiego. Mielczarski, którego wysiłki doprowadziły do utworzenia w pierwszych latach po odzyskania niepodległości zjednoczonej, ogólnopolskiej organizacji kooperatystycznej – Związku Spółdzielni Spożywców. Latami zajmował się rewizją działań lokalnych organizacji, gdzie na własne oczy mógł zetknąć się z rozziewem między szczytnymi hasłami Abramowskiego a polską rzeczywistością – niechlujstwem w prowadzeniu interesów, kłótliwością czy też zamienianiem inicjatyw społecznych w zwykłe sklepiki, nie różniące się w znaczący sposób od tych prowadzonych przez prywatnych właścicieli. Jednym z jego priorytetów było wykorzystanie zasobów finansowych Związku do inwestowania w poprawę życia kulturalnego i edukacji w spółdzielniach, które pojedyncze inicjatywy często zaniedbywały. Spora część z omawianych przeze mnie prac literackich jest pokłosiem tego typu działań, wydanym przez wydział propagandy Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców, który mieścił się w centrali związku na mokotowskiej ulicy Grażyny.

Całość tekstu "Społem fabularyzowane, czyli subiektywny przegląd obecności ideałów spółdzielczych w literaturze międzywojennej" dostępna jest na portalu lewicowo.pl - zapraszam do lektury. Tekst jest pracą roczną, przygotowaną na zajęcia z literatury polskiej XX wieku, odbywające się w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego.

5 czerwca 2011

Raport sondażowy - maj 2011

Po uśrednieniu sondaży z minionego miesiąca widzimy, jak niewielkie w gruncie rzeczy wahnięcia rzędu półtora punktu procentowego mogą znacząco wpłynąć na wygląd przyszłego parlamentu - nie ma wątpliwości, że wyborczy wyścig będzie zacięty. Wystarczy bowiem, że do Sejmu wejdzie 1-2 posłów Mniejszości Niemieckiej, by Platforma Obywatelska straciła techniczną większość, wystarczy też odpowiednio zróżnicowane terytorialnie poparcie dla poszczególnych formacji, by koalicja z PSL nie miała szans na samodzielną większość. Wyborcze wahnięcie może rzecz jasna odbyć się i w drugą stronę, na przykład poprzez duże nagromadzenie poparcia dla partii Waldemara Pawlaka w bardziej wiejskich okręgach wyborczych.

Załączony wykres mówi też coś jeszcze - proste utrzymywanie poparcia nie wystarczy do osiągnięcia zadowalającego wyniku wyborczego. Powinno to stać się szczególnie silnym bodźcem do działania w wypadku SLD, od którego miesiąc temu mogło zależeć, kto będzie kolejnym premierem, a dziś - z pomniejszoną reprezentacją - jego polityczne znaczenie znacząco się zmniejsza. W sytuacji, kiedy prawdopodobieństwo wejścia do Sejmu jakiejkolwiek formacji spoza "wielkiej czwórki" istotne znaczenie będzie miało te ok. 13%, które nie mieści się w słupkach poparcia na wykresie. Część z nich to poparcie dla mniejszych formacji, część zaś - osoby niezdecydowane, które liczone są osobno w części sondaży poparcia. Mało prawdopodobne, by małe partie w całości owe okolice 13% zagospodarowały, nadal więc w grze są dość spora część elektoratu, która będzie mogła przechylić szalę zwycięstwa w tym czy innym kierunku.

Wizyta Obamy pomogła nieco PO, zobaczymy, czy partii Tuska uda się zachować siły na podtrzymanie zwyżkowej tendencji sondażowej, na przykład poprzez granie zbliżającą się polską prezydencją. Wojna z kibicami nie osłabiła partii rządzących, ale kto wie, czy nie doprowadziła do przemieszczenia się części ich elektoratu w kierunku Prawa i Sprawiedliwości. Jarosław Kaczyński nadal jest dość daleko od rekordowych notowań swej formacji z zeszłego roku, nie da się jednak nie zauważyć, że powoli zaczyna iść w górę. Od tego, jak silny będzie to trend, zależeć będzie przyszłość PSL - choć zniknięcie tej partii z Sejmu jest mało prawdopodobne (sondaże wiecznie wskazują na niższe poparcie dla tej partii niż w rzeczywistości), to już to, czy będzie ona miała 6, czy może 8% poparcia, może mieć dla szans kontynuacji koalicji z PO kolosalne znaczenie.

1 czerwca 2011

Zieloni za referendum w sprawie prywatyzacji SPEC – przyłącz się!

Witamy – i prosimy o podpisanie się pod ponadpartyjnym wnioskiem o przeprowadzenie referendum w sprawie prywatyzacji Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej.

Dlaczego zachęcamy do tego kroku?

− Dla Twojej kieszeni: Ceny ciepła w Warszawie są aktualnie niższe niż w innych miastach – dlatego, że przedsiębiorstwo komunalne nie jest nastawione wyłącznie na zysk. Ekipa Hanny Gronkiewicz-Waltz podwyższyła już między innymi ceny biletów komunikacyjnych oraz opłaty za wodę, w planach jest też wzrost opłat za żłobki. Dość już tego!

− Dla kieszeni miasta: Sprzedaż majątku miasta nie może być podstawą planowania jego budżetu. Co z będzie, kiedy Platforma Obywatelska sprzeda wszystkie miejskie spółki? Solidne finanse Warszawy powinno osiągać się bez wyprzedaży kluczowej dla mieszkanek i mieszkańców infrastruktury! SPEC przynosi stały dochód w wysokości kilkudziesięciu milionów złotych. Czy opłaca się sprzedawać firmę przynoszącą stały i pewny zysk?

− Dla ekologii: Firmę publiczną łatwiej wciągnąć w skoordynowane działania na rzecz działań przyjaznych środowisku, takich jak oszczędzanie ciepła, termoizolacja budynków, bardziej ekologiczna produkcja energii. Wystarczy chcieć!

− Dla przejrzystości: Ratusz odmawia podania do publicznej informacji szczegółów negocjacji prywatyzacyjnych, takich jak warunki sprzedaży SPEC czy podmiotów zainteresowanych jego kupnem. Nie zgadzamy się na układy za zamkniętymi drzwiami!

− Dla demokracji: W ważnych dla rozwoju miasta sprawach warszawianki i warszawiacy mają prawo do powiedzenia własnego zdania. Demokracja to coś więcej niż wrzucenie kartki do urny raz na 4 lata!

− Dla zasady: Uważamy, że ważne usługi publiczne, takie jak zdrowie, edukacja czy infrastruktura, powinny pozostać w rękach państwa i samorządów.

Dziękujemy za złożenie podpisu pod wnioskiem o referendum – dziękujemy za oddanie głosu na demokrację! Zapraszamy do zapoznania się z działalnością Zielonych w Warszawie.

Zachęcamy do odwiedzenia strony „STOP prywatyzacji SPEC”, na której możesz znaleźć wzór formularza do zbierania podpisów wśród Twoich znajomych.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...