Wygląda na to, że kampania ruszyła. W trudnych warunkach atmosferycznych nie jest łatwo przebić się z przekazem (ekolodzy muszą odpowiadać za powódź, żeby broń Boże sceptycy klimatyczni nie musieli tłumaczyć się ze swoich twierdzeń o tym, że klimat nie ulega zmianom i nie ma korelacji między wzrastającym stężeniem gazów cieplarnianych a coraz większymi anomaliami pogodowymi), kandydaci na urząd prezydencki muszą pokazać, że jeszcze na czymś im zależy. Ponieważ zasadniczo już wiadomo, kto trafi do drugiej tury - jeśli takowa będzie - czynni politycy zajmują się tym, żeby okopać się na swoich pozycjach i ewentualnie nieco poprawić poziom swojego poparcia. Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński na chwilę obecną jeżdżą, chociaż bez przekonania, jeden znosi docinki z powodu swoich faux pas i latające w jego kierunku sztuczne penisy, drugi trochę stara się mówić o swoim programie, nadal jednak ciągnie się za nim widmo nawrotu IV Rzeczpospolitej, którego zresztą wcale się nie wstydzi. Dyskusja o debatach telewizyjnych stała się tak wygodnym tematem do rozmów, wzajemnych zarzutów i kamuflowania faktu, że ujawnianie programów wyborczych na 2 tygodnie przed samym głosowaniem jest żenujące, że lepiej dla samych politycznych graczy, by ta figura retoryczna się nie zmaterializowała. Tym bardziej, że trudno jest się im porozumieć, czy debatować powinno ich czterech czy dziesięciu i kto właściwie jest władny do tego, by do nich w końcu doszło. Wesoło, czyż nie?
Muszę wyrazić swoje uznanie jednemu kandydatowi. Nie to, żebym zaraz na niego głosował, bo to raczej wątpliwe, ale chyba zbyt szybko spisywałem go na straty. Grzegorz Napieralski, przewodniczący SLD, złapał wyborczego bakcyla. Mało kto się tego po nim spodziewał, a jednak obserwując jego rosnące poparcie (osiągnięcie dwucyfrowego wyniku nie jest nierealne, co w obliczu niespotykanej do tej pory nawet na taką skalę polaryzacji może być olbrzymim sukcesem) i sporą aktywność polityczno-medialną, nie sposób przejść wobec tego faktu obojętnie. To w sumie smutne, bo kampania lidera Sojuszu w bardziej rozwiniętych demokracjach w żaden sposób by się nie wyróżniała. Nad Wisłą jednak taka standardowość zaczyna urastać do rangi powiewu świeżości. Wpadek nie brakuje - zarówno wizerunkowych (rap o Napieralskim przejdzie chyba do politycznej legendy), jak i merytorycznych (niesamowite, że w jednej wypowiedzi można przestrzec przed liberalnym monopolem PO i jednocześnie zadeklarować współpracę z tą partią w... kwestiach gospodarczych), jednak ogólne wrażenie - nawet wśród komentatorów - zaczyna zmieniać się na bardziej pozytywne. Kto wie, czy zamiast osłabienia, nie wpłynie to na poprawę pozycji lidera SLD nie tylko w swojej partii, ale też na scenie politycznej.
W krótkim czasie udało mu strzelić dwie celne bramki - obie symboliczne i raczej niespodziewane. Pierwszą było ogłoszenie projektu uchwały z okazji 4. czerwca - pierwszych częściowo wolnych wyborów z 1989 roku. Kiedyś SLD próbowało bawić się z polityką historyczną inną niż nostalgia za PRL - odwołując się do postulatów "Solidarności" z 1980 roku. Wtedy było na to chyba za wcześnie, teraz zaś komentarzy krytycznych do inicjatywy partii, było nie było, przez wielu do dziś ometkowanej jako "postkomunistyczna", jakoś nie słychać. To ważna kwestia raczej dla mediów opiniotwórczych niż dla elektoratu, ale trudno zaprzeczyć, że w mediokracji ma to spore znaczenie dla ostatecznych wyników poszczególnych kandydatów.
To jednak małe piwo - prawdziwe wrażenie zrobiła na mnie wizyta Napieralskiego u środowisk imigranckich. Kandydat Sojuszu sporo miejsca poświęcił wielokulturowemu społeczeństwu i poparł slogan, który Zielonym zawsze był szczególnie bliski - powiedział mianowicie, że "żaden człowiek nie jest nielegalny". W sytuacji, gdy kwestia ta w medialnej przestrzeni praktycznie nie istnieje (co nie znaczy, że nie ma ona swych społecznych reperkusji, chociażby w postaci opiekunek do dzieci ze Wschodu, nierzadko otrzymujących niezadowalające wynagrodzenie za swoją pracę), ewentualnie kojarzona jest z napompowanym do granic absurdu "zagrożeniem muzułmańskim ekstremizmem" jej poruszenie - i to w pozytywnej konotacji - jest niezwykle odważnym krokiem. Mam nadzieję, że SLD nie zamierza poprzestać na tym jednorazowym kroku, bowiem kwestia społecznej integracji jest niezwykle ważna i kompleksowa i szkoda by było, gdyby uznana została za "jednorazowy wyskok". Kwestie pozyskiwania obywatelstwa czy przeznaczania odpowiednich środków finansowych można poruszać i próbować rozwiązywać na szczeblu parlamentu, ale część z wielu, przyziemnych kwestii, takich jak promowanie wielokulturowości, da się rozpatrywać także na szczeblu lokalnym. Ciekawe zatem, czy kwestia ta będzie poruszona w tegorocznych wyborach do Rady Miasta - byłby to krok, który pozwoliłby uwiarygodnić zapewnienia o powolnej przemianie SLD w klasyczną partię socjaldemokratyczną. Pożyjemy, zobaczymy, o takich zwrotach słyszeliśmy już w przeszłości wiele.
W tej sytuacji "na lewo od PO" zaczęło się robić ciaśniej. Olechowski zdaje się być zmęczony próbą powrotu do politycznego głównego nurtu, Ziętek w ogóle nie spróbował przekonująco zaatakować SLD z lewej flanki. W takiej sytuacji, paradoksalnie, zrobiło się jeszcze bardziej nudno - nawet wyścig o trzecie miejsce zaczyna wyglądać na rozstrzygnięty, zaś bicie się o trzeci wynik w granicach 3% nie podnieca za bardzo ani opinii publicznej, ani samych startujących. Być może dojdzie do niespodzianki i solidny wynik zdobędzie ktoś już nie tylko spoza parlamentu, ale wręcz z aktualnych marginesów politycznych, jak Andrzej Lepper czy sypiący kontrowersyjnymi wypowiedziami Janusz Korwin-Mikke. Nie wydaje się jednak, by po 20 czerwca polityczne analizy miały być specjalnie pozytywne dla inicjatyw politycznych innych niż PO, PiS i SLD - bo już PSL zaczyna coraz mocniej dołować w sondażach. Potencjalna, niska frekwencja może jednak wskazywać, że zaczynamy być zmęczeni tak niewielkimi możliwościami wyboru, nie widząc jednocześnie alternatyw. Oby któregoś dnia się pojawiła - i była zielona.
Zrozumienie Polski bez odwołania się do jej dziewiętnastowiecznej historii jest niemożliwe. Jest to tym trudniejsze, że aparat pojęciowy, opisującego ewolucję ówczesnych społeczeństw mieszczańskich Europy Zachodniej, musi ulec przefiltrowaniu i adaptacji do warunków braku państwowości, będącej udziałem formującego się wówczas narodu. Efektem takiego stanu rzeczy stawało się skupienie elit społecznych, politycznych i intelektualnych na kwestii narodowowyzwoleńczej. Dyskusje na temat modernizacji, żywe w ówczesnej publicystyce, dziś pozostają na uboczu społecznej percepcji epoki. Ich przebłyski widać w dwóch ważnych dla polskiej literatury dziełach - „Lalce” Bolesława Prusa i „Ziemi obiecanej” Władysława Reymonta. Wtłaczane w obręb szkolnych lektur (bądź też stopniowo z nich wykluczane), wciśnięte między krótsze, a tym samym częściej czytane nowelki, pomiędzy romantyczne, mesjanistyczne utwory a awangardową, młodopolską poezję, w społecznym odbiorze funkcjonują na dość płytkim poziomie. Ta ostatnia powieść trwa w postaci ekranizacji Andrzeja Wajdy, z kolei pierwsza książka cierpi z powodu spłycenia poruszanych w niej problemów do kwestii Stanisława Wokulskiego jako „pozytywisty z duszą romantyka”.
Potencjał kilkusetstronnicowej, krytycznej lektury porównawczej, jak będę starał się udowodnić, jest znaczący. Zarówno w głównych wątkach, jak i na marginesach zaproponowanych narracji znajduje się wiele refleksji, dotyczących dziejącej się na oczach autorów industrializacji, tworzenia się społeczeństw burżuazyjnych, klasy robotniczej i nowoczesnych narodów. Ze względu na uwarunkowania historyczne, wiele spośród widocznych na kartach „Lalki” i „Ziemi obiecanej” tematów pozostaje zdumiewająco aktualnych w świecie trzeciej rewolucji przemysłowej i postępującej globalizacji. Jak zresztą zauważa wielu badaczy współczesnej gospodarki, takich jak Jan Sowa czy Beverly Silver, okres II połowy XX wieku wyróżnia się powrotem do takich zjawisk występujących w okresie „złotego kapitalizmu” II połowy wieku XIX, jak na przykład liberalizacja międzynarodowych przepływów kapitałowych, mających niebagatelny wpływ na kształt globalnej ekonomii. Analiza kapitalizmu na ziemiach polskich, portretowanego w rodzimej literaturze, jego percepcja i próby oswojenia pozostają aktualne w kontekście poszukiwania źródeł tkwiącego w rodzimej mentalności podejścia do państwa, odmienności, przedsiębiorczości i pracy.
Poniższa praca nie aspiruje do miana wyczerpującej analizy całości elementów związanych z literackim przedstawieniem systemu kapitalistycznego i tworzonych w jego obrębie stosunków społecznych. Ze względu na objętość poruszone zostaną główne elementy konstytuujące nowe, odrębne od feudalnych relacje społeczno-ekonomiczne, takie jak fabryka i konsumpcja, przechodząca z wyłącznego zaspokajania potrzeb życiowych w stronę fetyszyzmu towarowego, towarzyszące przemianom ekonomicznym utowarowienie relacji międzyludzkich, a także rozwój nacjonalizmu gospodarczego. Poza wspomnianymi przed chwilą elementami warto zaznaczyć, że spory potencjał badawczy ma na przykład analizowanie zmian w społecznych rolach płciowych i zagadnień związanych z pojawieniem się kobiet na rynku pracy, anachronicznością dawnych ról społecznych czy też ich dążeniem do emancypacji i równości (symbolizowane odpowiednio przez łódzkie włókniarki i panie Wąsowską i Łęcką). Innym tropem mogłaby być analiza obu książek pod kątem przestrzeni miejskiej, oraz elementów „ekonomii opieki”, a więc reprodukcyjnej, najczęściej niepłatnej, pracy wykonywanej na rzecz podtrzymania spójności społecznej, umożliwiającej funkcjonowanie rynku. Elementami takiej analizy mogłyby być na przykład kwesty charytatywne jako nieudana próba oddolnego zaspokojenia potrzeb społecznych, które w ówczesnej epoce zaczynało zaspokajać konserwatywne państwo dobrobytu Bismarcka. Przytoczone przykłady wyraźnie pokazują rozległość omawianego zagadnienia.
Fabryka a sklep, czyli produkcyjny łańcuch pokarmowy
Podstawową formą produkcyjną gospodarki po kolejnych rewolucjach przemysłowych zaczynała stawać się fabryka. Mechanizacja produkcji pozwalała na odejście od modelu manufaktury w kierunku zapowiadającym specjalizację robotników w poszczególnych elementach cyklu produkcyjnego. Prowadziło to do zwiększenia możliwości produkcyjnych, wykraczających poza proste zaspokajanie potrzeb rosnącej populacji. Sprzęgło się także z eksplozją demograficzną, prowadzącą do stworzenia opisywanego przez Ortegę y Gasseta „człowieka masowego”, podatnego na wpływ reklamy i bardziej wybrednego, jeśli chodzi o wybór kupowanych produktów. Pasaże handlowe, opisywane przez Waltera Benjamina, a także witryna sklepowa Stanisława Wokulskiego były kolejnym, niezbędnym ogniwem ekonomicznego łańcucha pokarmowego.
Podejście do fabryk zależało od tego, kto na nie spoglądał. Zupełnie inaczej odbiera je osoba, wychowana w środowisku szlacheckim i pielęgnująca gusta, zwyczaje i sposób myślenia tej grupy społecznej, inaczej zaś – czynnie zaangażowana w nowe formy akumulacji kapitału.
„Pewnego dnia, we Francji, zwiedzała fabrykę żelazną. Zjeżdżając z góry, w okolicy pełnej lasów i łąk, pod szafirowym niebem zobaczyła otchłań wypełnioną obłokami czarnych dymów i białych par i usłyszała głuchy łoskot, zgrzyt i sapanie machin. Potem widziała piece, jak wieże średniowiecznych zamków, dyszące płomieniami - potężne koła, które obracały się z szybkością błyskawic - wielkie rusztowania, które same toczyły się po szynach - strumienie rozpalonego do białości żelaza i półnagich robotników, jak spiżowe posągi, o ponurych wejrzeniach. Ponad tym wszystkim - krwawa łuna, warczenie kół, jęki miechów, grzmot młotów i niecierpliwe oddechy kotłów, a pod stopami dreszcz wylęknionej ziemi.
Wtedy zdało się jej, że z wyżyn szczęśliwego Olimpu zstąpiła do beznadziejnej otchłani Wulkana, gdzie cyklopowie kują pioruny mogące zdruzgotać sam Olimp. Przyszły jej na myśl legendy o zbuntowanych olbrzymach, o końcu tego pięknego świata, w którym przebywała, i pierwszy raz w życiu ją, boginię, przed którą gięli się marszałkowie i senatorzy, zdjęła trwoga.”
Opis wrażeń Izabeli Łęckiej z wizyty w „świątyni kapitalizmu” wpisuje się spójnie w jej postrzeganie świata. Na fabrykę patrzy podobnie, jak na miłość – porównuje ona realnie istniejące miejsca i ludzi do świata mitów. Nie postrzega budynku jako niezależnego, nowego w dziejach ludzkości bytu, ale kojarzy go ze średniowieczną architekturą. Zmechanizowana produkcja stoi w opozycji do natury i wiejskiej sielanki, wdrukowanej w wizję szlacheckiego życia, zatem utożsamia się ją z piekłem i złem. Kontekst przestrzeni prowadzi do zakwestionowania człowieczeństwa robotników – stają się oni źródłem niepokoju Łęckiej, skojarzeni z antycznymi istotami, przynależnych chaosowi i wojnie. Zadaje ona ojcu pytania dotyczące tego, czy są oni skorzy do zadawania cierpienia ludziom takim, jak ona. Niejednoznaczna odpowiedź skłania ją do tego, by po powrocie do Polski skojarzyć owo miejsce z Okopami Świętej Trójcy, przestrzenią groźną, zwiastującą koniec świata, w którym przyszło jej żyć. Nie zajmuje się roztrząsaniem kwestii warunków pracy czy też jakości życia proletariackich rodzin, skupiając swą uwagę na groźbie utraty własnej służby.
Świat fabryk – i to nie jednej, lecz całego ich konglomeratu – portretuje także Reymont. Na początku „Ziemi obiecanej” Borowiecki, pracując jeszcze jako specjalista od farb, przemierza swoje miejsce pracy. Jego wędrówce towarzyszy urywana narracja, pełna krótkich zdań i zdawkowych dialogów, idealnie wpasowująca się w ruch maszyn. Fabrykę obserwuje także także jej właściciel, Herman Bucholc, który odbiera ją zupełnie inaczej niż polska szlachcianka.
„Nie mógł żyć z dala od tego potężnego królestwa, które stworzył pracą własną całego życia i mocą swojego geniuszu przemysłowego; musiał czuć pod nogami, w sobie, te roztargane, trzęsące się mury; czuł się dopiero dobrze przedzierając się przez przędzę transmisji i pasów, rozwleczoną po całej fabryce, wśród ostrych zapachów farb, blichowni, surowego materiału i smarów rozgrzanych w tym upale strasznym.
Siedział teraz w drukarni i przysłoniętymi oczyma patrzył na salę, jasno oświetloną wielkimi oknami, na maszyny drukarskie w ruchu, na te piramidy żelazne pracujące pospiesznie i w jakiejś groźnej ciszy.
Przy każdej "drukarce" osobna maszyna parowa świstała swym kołem pociągowym, które niby srebrne wypolerowane tarcze migotały z taką szaloną szybkością, że nie można było pochwycić konturów, a tylko jakiś nimb srebrny wirował dokoła swojej osi i rozpylał świetlany, roziskrzony tuman.
Maszyny działały z nie ustającym ani na chwilę pośpiechem; długie nieskończenie pasy materiałów, co się przewijały pomiędzy walcami miedzianymi, odciskającymi na nich barwy deseni, ginęły w górze, na wyższym piętrze w suszarni.”
W narracji przypisanej „ojcu fabryki” nie ma sentymentalizmu – jest za to satysfakcja ze stworzonego przez Niemca mikrokosmosu. Ów świat charakteryzuje się pędem, prymatem maszyny nad człowiekiem, kompleksowością. Fabryka stanie się w przyszłości miejscem rozwoju nowoczesnych form zarządzania, umożliwiających zwiększenie wydajności produkcji i tym samym maksymalizację zysku, póki co jednak pozostają one pieśnią przyszłości. Wobec praktyki obniżania standardów jakości, o których napiszę później, metodą na uzyskanie odpowiednich przychodów w warunkach wzmożonej konkurencji stają się podpalenia – zjawisko, będące na kartach powieści łódzką codziennością.
Wraz z przyzwyczajaniem się społeczeństw do nowych form produkcji pojawi się też przestrzeń do postawy, stojącej w zupełnej kontrze do myśli Izabeli Łęckiej – futuryzmu. Ruch ten na swe sztandary weźmie pochwałę „miasta, masy i maszyny” przy jednoczesnym sceptycyzmie wobec dawnych osiągnięć cywilizacyjnych. Pewną zapowiedzią takiego sposobu myślenia jest w „Ziemi obiecanej” nie tylko narracja, ale też postać Dawida Halperna – Żyda, nie tylko pogodzonego, ale aktywnie afirmującego nowe stosunki społeczne. Zachwyca się on nowymi fabrykami, rozwojem (demograficznym i przestrzennym) Łodzi, akceptuje też darwinizm społeczny, czego dobitnym przykładem jest jego filozoficzna sentencja o tym, że „(...)płotkę zjada duży kiełbik, kiełbika zjada okoń, a okonia zjada szczupak”. Także i w niej pojawia się pozytywne wartościowanie ruchu, nieodłącznego elementu nowych czasów i obyczajów – nazwanych w „Lalce” przez Wąsowską „miłością wieku pary i elektryczności”.
Odmienną rolę pełni sklep – o ile miejsce produkcji dominuje w „Ziemi obiecanej”, o tyle miejsce handlu stanowi istotną część „Lalki”. Jego estetyzacja i pozytywne wartościowanie jest dużo łatwiejsze w porównaniu z fabryką, jako że w jego obrębie utrzymuje się międzyludzki kontakt zamiast alienacji, zaś relacje pracownik-pracodawca są znacznie bardziej familiarne. Ponieważ nie ma jeszcze placówek samoobsługowych, osoby pracujące w sklepie muszą zachowywać ciepły stosunek do klientek i klientów. Przykład Mraczewskiego, flirtującego z kobietami, po czym w kuluarowych rozmowach z innymi pracownikami dość luźno podchodzącego do etykiety, pokazuje, że szczerość tego typu relacji nie ma większego znaczenia. Staje się ona pewnego rodzaju maską, społeczną konwencją, wpisującą się w rozwój nowych form handlu.
Proces ten – przechodzenia od targu do sklepu – oraz towarzyszące mu zmiany społeczne opisuje w „Upadku człowieka publicznego” Richard Sennett. Pisze on o roli opisanego przez Karola Marksa „fetyszyzmu towarowego”, który odwraca uwagę od sposobów produkcji danego przedmiotu na niego samego. Ma on „stać się czymś tajemniczym, wywoływać ciąg skojarzeń niemających nic wspólnego z ich zastosowaniem”. Opisywany przez amerykańskiego socjologa „garnek w dekoracjach przedstawiających mauretański harem” wydaje się przypominać sceny z układania przez Rzeckiego wystaw w sklepowej witrynie:
„W jego pojęciu okna nie tylko streszczały zasoby sklepu, ale jeszcze powinny były zwracać uwagę przechodniów bądź najmodniejszym towarem, bądź pięknym ułożeniem, bądź figlem. Prawe okno przeznaczone dla galanteryj zbytkownych mieściło zwykle jakiś brąz, porcelanową wazę, całą zastawę buduarowego stolika, dokoła których ustawiały się albumy, lichtarze, portmonety, wachlarze, w towarzystwie lasek, parasoli i niezliczonej ilości drobnych a eleganckich przedmiotów. W lewym znowu oknie, napełnionym okazami krawatów, rękawiczek, kaloszy i perfum, miejsce środkowe zajmowały zabawki, najczęściej poruszające się. Niekiedy podczas tych samotnych zajęć w starym subiekcie budziło się dziecko. Wydobywał wtedy i ustawiał na stole wszystkie mechaniczne cacka. Był tam niedźwiedź wdrapujący się na słup, był piejący kogut, mysz, która biegała, pociąg, który toczył się po szynach, cyrkowy pajac, który cwałował na koniu, dźwigając drugiego pajaca, i kilka par, które tańczyły walca przy dźwiękach niewyraźnej muzyki.(...)”
Jak zauważa Sennett dziś trudno nam wyobrazić sobie sprowadzenie kupna jakiegoś towaru tylko do czystej racjonalności ekonomicznej, bez brania pod uwagę efektu reklamy i budowania poczucia potwierdzania swojego statusu i wyjątkowości. Sprzedawca miał za zadanie skuteczne przekonanie do tego swojego klienta – dobrym przykładem jest tu sprzedawanie przez Klejna baronowi Mraczewskiemu drobiazgów (dziś powiedzielibyśmy – gadżetów) związanych z koniami wyścigowymi – popielniczki i kałamarza. Produkcja masowa, będąca efektem upowszechnienia się produkcji fabrycznej, umożliwiła praktykowanie nowych strategii handlowych, w tym zmniejszania marży w celu sprzedawania większej ilości dobrych produktów o zadowalającej jakości. Strategia ta, której zdawał się hołdować Stanisław Wokulski, z czasem zaczyna być porzucana, co zauważa układający wygląd witryn sklepu po jego przejęciu przez Szlangbauma Rzecki. Tak jak w ostatecznym rozrachunku Karol Borowiecki i jego troska o konsumenta przegrywa z „łódzką tandetą”, tak samo kwestionujący „patriotyzm wyzyskiwaczy” Wokulski przykłada na koniec rękę do triumfu tandety, tyle że warszawskiej.
„(...)te rzadkie odwiedziny wystarczyły panu Ignacemu do zorientowania się, że w sklepie zaszły gruntowne zmiany na gorsze. Towary, lubo pokaźne na oko, były liche, choć zarazem zniżyła się trochę ich cena; subiekci w arogancki sposób traktowali publiczność i dopuszczali się drobnych nadużyć, które nie uszły uwagi Rzeckiego. Nareszcie dwu nowych inkasentów dopuściło się malwersacji na sto kilkadziesiąt rubli.
Kiedy pan Ignacy wspomniał o tym Szlangbaumowi, usłyszał odpowiedź:
Proszę pana, publiczność nie zna się na dobrym towarze, tylko na tanim...”
Człowiek – samotnym towarem
Obie książki pokazują zróżnicowanie stosunków międzyludzkich i ich ewolucję, idącą w parze z postępami rewolucji przemysłowej. Zupełnie inaczej wygląda terminowanie Rzeckiego u starego Mincla, gdzie na porządku dziennym pojawia się bicie jako metoda narzucania dyscypliny, inne są losy Wokulskiego, który narażony jest na szykany nie Hopfera, lecz odwiedzającej go klienteli, jeszcze inaczej – Karola Borowieckiego, od początku uznanego specjalisty u Bucholca. Tym samym w innych momentach możemy zaobserwować przykłady łamania ludzkiej godności, mające wpływ na spojrzenie tak głównych bohaterek i bohaterów, jak i postaci drugoplanowych na świat. Dla starego subiekta, piszącego swój pamiętnik w „Lalce”, pamięć o początkach służby kupieckiej i późniejszej kampanii powstańczej na Węgrzech nie pozwala zaangażować się w rosnącą wówczas (zarówno na kartach powieści, jak i w świecie rzeczywistym) kampanię antyżydowską, podczas gdy Borowiecki spotyka się z Lucy Zuckerową w Berlinie, nie może oprzeć się wrażeniu, że wraz z jej ciążą wychodzą na jaw „biologiczne cechy jej rasy”.
Najbardziej spektakularnym, mogącym nadal robić spore wrażenie przykładem tego, jak działać może proces dehumanizacji, dotykający – wbrew pozorom – nie tylko relacji między osobami sytuowanymi na różnych szczeblach drabiny społecznej, jest łódzki teatr w „Ziemi obiecanej”. Z braku przestrzeni publicznej w mieście, pozbawionym charakterystycznych dla bardziej wiekowym miejscowości instytucji wspólnotowych (brak miastotwórczego rynku czy kościołów, które, choć występowały w przestrzeni realnej, nie organizowały tej symbolicznej) to tu znajdował się miejski panoptykon, miejsce rozrywki, zasięgania informacji i wzajemnego nadzoru. Widać w nim nuworyszostwo obwieszonych klejnotami małżonek fabrykantów, czytelny podział widowni na sektory poszczególnych gałęzi przemysłu. Jednostka poddana zostaje wycenie na podstawie stroju i biżuterii albo wtłoczona w ramy już nawet nie klasy, ale wręcz kasty przemysłowej.
„- Karol, ile może być dzisiaj milionów w teatrze? - zapytał cicho Moryc.
- Będzie ze dwieście - odpowiedział tak samo, z wolna ogarniając znane twarze milionerów.
- Tu rzeczywiście pachnie milionami - wtrąci:
Leon wciągając w siebie powietrze przesycone zapachem perfum, kwiatów świeżych i błota przyniesionego z ulicy.
- Cebulą i kartoflami przede wszystkim - szepnął pogardliwie Borowiecki (...)”
„Potworzyły się pewne rafy na tym ruchomym morzu, które siedziały spokojnie, wpatrzone w scenę: były to rodziny przeważnie polskie, których nic nie mogło zaniepokoić, bo nic nie miały do stracenia.
- To bawełna - szepnął Leon do Borowieckiego. - Patrz pan, wełna i inni siedzą prawie spokojnie. są tylko ciekawi. Ja się na tym znam.”
W „Lalce” jednym z ważniejszych motywów przewodnich, mających wpływ na problemy sercowe Wokulskiego, jest zagadnienie zasług i urodzenia. Spór światopoglądu liberalnego z konserwatywnym jest tu nie tylko zagadnieniem teoretyczno-politycznym, ale wiąże się z potrzebą uznania i akceptacji, mieszania się dwóch porządków życia i rozwoju ekonomicznego, czy też wręcz możliwości wyobrażenia sobie autonomicznej, własnej drogi modernizacji. Izabela Łęcka wyobrażała sobie traktowanie kupca niczym psa, którego można głaskać, sytuując siebie w roli wracającej do chwały rodu szlachcianki. Istotnie, w pewnym momencie Wokulski – sam mając szlacheckie pochodzenie – stwierdza "Jeżeli ona nie jest aniołem, to ja jestem psem!...". Konwenanse społeczne i konieczność dopasowania się do nich w dążeniu do osiągnięcia szczęścia są tak silne, że jest w stanie zarówno pojechać do Bułgarii w celu zarobienia odpowiedniej sumy pieniędzy, jak i do sprzedaży własnego sklepu, znając negatywne usposobienie rzekomej „demokratycznej szlachty” do handlu. Wtłoczenie w konkretny kontekst społeczno-kulturowy sprawia, że jest mu trudno bronić się przed wzięciem udziału w tej grze o własną godność. Dużo mu łatwiej w Paryżu, który rządzić się ma odrębnymi prawami (którymi mogą cieszyć się cywilizacyjne centra, w przeciwieństwie do przywiślańskich peryferii, jeśli przyjąć teorie systemu-świata Wallerstiena), znacznie wyżej ceniącymi ciężką ludzką pracę, posuniętą niemal do absurdu:
„A cóż oni robią?... Przede wszystkim - nadzwyczajnie pracują, po szesnaście godzin na dobę, bez względu na niedzielę i święta. Dzięki czemu spełnia się tu prawo doboru, wedle którego tylko najsilniejsi mają prawo do życia. Chorowity zginie tu przed upływem roku, nieudolny w ciągu kilku lat, a zostają tylko najsilniejsi i najzdolniejsi. Ci zaś dzięki pracy całych pokoleń takich jak oni bojowników znajdują tu zaspokojenie wszelkich potrzeb.
Olbrzymie ścieki chronią ich od chorób, szerokie ulice ułatwiają im dopływ powietrza; Hale Centralne dostarczają żywności, tysiące fabryk - odzieży i sprzętów. Gdy paryżanin chce zobaczyć naturę, jedzie za miasto albo do "lasku", gdy chce nacieszyć się sztuką, idzie do galerii Louvre'u, a gdy pragnie zdobyć wiedzę, ma muzea i gabinety.”
Stanisław Wokulski zapomina o kosztach społecznych takiego postawienia sprawy, które dopiero zaczynały być internalizowane przez systemy nadzoru pracy i legislację społeczną. Pozostaje on jednak nadal – mimo swoich kłopotów sercowych – po stronie zwycięzców kolejnej, gospodarczej transformacji. Perspektywa osób, których rolą była tylko obsługa maszyn, których lękała się Izabela Łęcka i o których „rewolucji socjalnej” rozmyślał baron Krzeszowski przed pojedynkiem z Wokulskim, nie pokrywa się tak jasno z wizją potężnych, mrocznych cyklopów, obalających system kapitalistyczny. Pracujące w fabrykach kobiety padają w „Ziemi obiecanej” ofiarą chuci Kesslera, mężczyźni padają ofiarami wypadków przy pracy, co prowadzi zależne od ich pracy rodziny na skraj nędzy. Robotnicy nie mają szans cieszyć się w tej fazie rewolucji przemysłowej z wyszukanych rozrywek, barierą okazują się skromne zasoby finansowe i brak czasu, spowodowany przez znacznie dłuższy dzień pracy.
Ciekawy jest fakt, że słowo „socjalizm”, konotujące marzenia o lepszym, bardziej sprawiedliwym świecie, w którym alienację zastąpi emancypacja, pada w „Ziemi obiecanej” raz (jako określenie jednej z wielu młodzieńczych fanaberii Moryca Welta), ideologia ta w „Lalce” ma znaczenie drugorzędne, ale jednak się pojawia. Stosunki społeczne w powieści Prusa wydają się być w porównaniu z tymi z kart Reymonta znacznie bardziej cywilizowane, a jednak to drobnomieszczaństwo (Klejn, Mraczewski) wydaje się bardziej otwarte na ten prąd myślowy niż robotnicy. Być może wiąże się to z faktem, że krzywda klas niższych w jednym wypadku wpisuje się w pewien ramy sentymentu i pomocy charytatywnej (tyleż popularnej jako jedna z form życia towarzyskiego, jak pisze Ireneusz Ihnatowicz, co nieskutecznej w zapewnianiu zmiany społecznej), w drugiem zaś zostaje ona szybko wyceniona i przegrywa z bieżącym rachunkiem ekonomicznym:
„Borowiecki obejrzał się tylko po sali i szedł do windy, aby zjechać na dół, gdy rozległ się krótki, straszny ryk ludzki.
Jedno z kół, wprawiających w ruch maszyny, schwyciło nieostrożnie przysuniętego robotnika za kaftan, wciągnęło go w swój ruch, rzuciło na maszynę, obróciło, zgniotło, połamało o maszynę, zmiażdżyło i wyrzuciło miazgę, nie przestając iść ani na chwilę.
Krew bluznęła aż pod sufit i czerwonym strumieniem oblała maszynę i część towaru leżącego przy niej, i najbliżej stojące robotnice.
Krzyk się rozległ ogromny, maszynę zatrzymano ale było już za późno; krwawa masa zwieszała się z osi koła i z różnych części maszyny, opadając na ziemię, ciężka, drgająca jeszcze odruchami życia.
Ratunku nie było żadnego, bo robotnik był literalnie zmiażdżony, leżał niby kupa mięsa krwawą plamą na białym tle perkalów surowych.
Podniosły się ciche płacze kobiet, a nawet kilka starszych poklękało przy trupie i zaczęły głośno odmawiać litanię za konających, robotnicy pozdejmowali czapki, niektórzy żegnali się nabożnie i wszyscy kołem skupili się przy zabitym. W oczach nie błyszczał żal, a tylko świeciła jakaś dzika, surowa apatia. (...)
Przyleciał i główny majster oddziału i widząc salę bezczynną i ludzi zbitych około trupa, krzyknął już od drzwi:
- Do maszyn!
Rozlecieli się wszyscy jak ptaki spłoszone przez jastrzębia i po chwili sala znowu szła, wszystkie maszyny były w ruchu prócz tej jednej, okrwawionej zbrodnią, ale którą natychmiast zaczynano oczyszczać.
- Verflucht! tyle materiału na nic! - klął majster oglądając poplamiony krwią perkal i zaczął wymyślać robotnikom za nieostrożność, i groził, że całej sali każe wytrącić za ten materiał.”
Krew, rasa, zysk
Z kwestią zasług i urodzenia wiąże się rodzący wówczas i obecny w obu powieściach nacjonalizm i antysemityzm. Utrzymywanie się dominującej roli rodzimej szlachty i jej interesów ekonomicznych (symbolizowanych przez spotkanie grupy inicjatywnej do spraw handlu z cesarstwem, gdzie część z nich, zamiast rozmawiać o handlu tekstyliami, woli myśleć o sprzedaży zboża i okowity), a także fakt, że kształtująca się wówczas inteligencja pochodziła głównie z tej warstwy sprawiało, że drobnomieszczaństwo nie miało ani kapitału, ani zasobów intelektualnych do wyartykułowania własnych interesów innych niż dość prosty resentyment. Brak własnej państwowości sprzyjał utrzymywaniu mitycznej „zgody narodowej” i przesuwaniu przez elity konfliktów z perspektywy klasowej na narodową. Zamiast mieszczańskich i robotniczych rewolucji miejskich Paryża, Warszawa aż do 1905 roku doświadczała odpowiednio demonstracji patriotycznych i antysemickich tumultów.
Kwestia żydowska jest w „Lalce” przedstawiona w interesujący, kroczący sposób – od pojawienia się pierwszych wzmianek Rzeckiego na temat negatywnego usposobienia pojedynczych kupców, aż po końcowe rozdziały, kiedy staje się to kwestią centralną w narracji. Co ciekawe, jedną z postaci, która okazuje się antysemitą, jest socjalista Klejn. Można to wytłumaczyć z dwóch pozycji: albo jest to zarysowanie przekonania, że jedna ideologia płynnie przechodzi w drugą, albo też – że pozostają one w konflikcie, a ponieważ socjalizm zagrażał przydatnemu w ówczesnym czasie mitowi „zgody narodowej”, osobom rozczarowanym rzeczywistością oferuje się inny, mniej szkodliwy dla wyższych warstw światopogląd. To drugie przekonanie umożliwiałoby postawienie analogii nie tylko między gospodarką końca XIX i XX wieku, ale także pewnych podobieństw w zmianach na scenach politycznych wielu krajów świata. Chantal Mouffe w swej „Polityczności” i Thomas Frank w „Co z tym Kansas” pokazują, jak łatwo jest doprowadzić do sytuacji, w której nastawiony na budowę instytucji bardziej opiekuńczego państwa elektorat, w obliczu lekceważenia swoich potrzeb przez partie „starej lewicy” staje się łatwym celem dla formacji prawicowych i populistycznych, chętnie odwołujących się między innymi do narodowej retoryki. W wieku dziewiętnastym, kiedy polityczne spektrum dopiero się kształtowało, proces ten mógł zachodzić z powodu braku własnych instytucji publicznych, a także postawy władz rosyjskich, stosujących znaną od wieków zasadę „dziel i rządź”, wykorzystując istniejące antagonizmy narodowościowe, by zachować terytorialną spójność.
Poziom niechęci do Żydów przyjmuje różnorakie formy – od krytyki ich poczynań ekonomicznych aż po wyszukiwanie negatywnych, rasowych cech charakteru i wyglądu. W „Ziemi obiecanej” antagonizm między nimi a Polakami przyjmuje już zresztą formę obustronną, kiedy Moryc Welt ma problemy z otrzymaniem kredytu, bowiem tworzy spółkę przemysłową wraz z Karolem Borowieckim. „Republika przyjaciół”, portretowana przez Reymonta apolityczna, kosmopolityczna wspólnota Polaka, Niemca i Żyda ponosi klęskę z powodu zarówno zewnętrznych uwarunkowań, jak i odmienności charakterów i strategii jej udziałowców. Różnice te, jak kilkakrotnie przewija się przez karty „Ziemi obiecanej”, wynikać mają z różnic „charakterów narodowych”.
„Jednostki wybitne, które jak pan mówi, prowadzą świat, te geniusze sztuki, wiedzy, czynu, uczucia itd., to tylko bezwiedne instrumenty, przez które wypowiada się ich rasa, naród czy państwo, które ich z siebie wyłoniło. Ich wielkość jest w zupełnej proporcji do wielkości środowiska. Oni są wklęsłym zwierciadłem po to, żeby w nim odbijać i ogniskować wszystkie marzenia, pragnienia i potrzeby swego narodu. Dlatego trudno przypuszczać, żeby wśród Papuasów urodził się Kopernik lub Hoene-Wroński.”
Nie tylko Żydzi uznawani są za zagrożenie dla szeroko pojmowanej „narodowej gospodarki”. Negatywnie oceniana jest jakakolwiek współpraca z Rosjanami, nawet najbardziej odległa od kontaktów z carską władzą (przykład Wokulskiego, otrzymującego anonimy przy okazji swoich kontaktów z Suzinem, jest tu nadzwyczaj wymowny). Wydawać by się mogło, że Stanisław Wokulski, kosmopolityczny kupiec, daleki od potępiania wyznawców judaizmu, będzie odporny na tego typu uprzedzenia. Prawda okazuje się jednak inna, co wychodzi na jaw podczas zawiązywania spółki do spraw handlu z cesarstwem rosyjskim.
„- Wiadomo panom - zaczął Wokulski - że Warszawa jest handlową stacją między Europą zachodnią i wschodnią. Tu zbiera się i przechodzi przez nasze ręce część towarów francuskich i niemieckich przeznaczonych dla Rosji, z czego moglibyśmy mieć pewne zyski, gdyby nasz handel...
- Nie znajdował się w ręku Żydów - wtrącił półgłosem ktoś od stołu, gdzie
siedzieli kupcy i przemysłowcy.
- Nie - odparł Wokulski. - Zyski istniałyby wówczas, gdyby nasz handel był prowadzony porządnie.
- Z Żydami nie może być porządny... (...)
- Szanowny pan Wokulski - zabrał głos adwokat - z właściwą mu gruntownością raczy nas objaśnić: czy sprowadzanie owych tkanin, aż z tak daleka, nie przyniesie uszczerbku naszym fabrykom?
- Przede wszystkim - rzekł Wokulski - owe nasze fabryki nie są naszymi, lecz niemieckimi...
- Oho!... - zawołał oponent z grupy kupców.
- Jestem gotów - mówił Wokulski - natychmiast wyliczyć fabryki, w których cała administracja i wszyscy lepiej płatni robotnicy są Niemcami, których kapitał jest niemiecki, a rada zarządzająca rezyduje w Niemczech; gdzie nareszcie robotnik nasz nie ma możności ukształcić się wyżej w swoim fachu, ale jest parobkiem źle płatnym, źle traktowanym i na dobitkę germanizowanym...”
Przyszłość zaczyna się wczoraj
Łódź roku 2010 nadal zmaga się ze zdefiniowaniem swej roli i tożsamości po stopniowej dezindustrializacji. Stołeczne Krakowskie Przedmieście nie ma już tak wyraźnego charakteru pasażowego (dużo bardziej zachował się na pobliskiej, najdroższej w Polsce ulicy, czyli na Nowym Świecie). Czy oznacza to zatem, że „Lalka” i „Ziemia obiecana” pozostają archaicznymi powieściami, których nie da się czytać kluczem innym niż obserwowanie miłosnych przygód Wokulskiego i Borowieckiego? Nie wydaje się, by taka pesymistyczna konstatacja zgadzała się z prawdą. Nie istnieje również świat oblężonej przez Szwedów Jasnej Góry i Polski jako „przedmurza chrześcijaństwa”, a jednak po dziś dzień sarmacka przeszłość i późniejsza, sienkiewiczowska wariacja na jej temat, mają olbrzymi wpływ na to, w jaki sposób postrzegamy i konstruujemy naszą obywatelską wspólnotę. Z wieloma problemami z książek Prusa czy Reymonta możemy się zetknąć także dziś, pomimo zamiatania ich pod dywan. Ubóstwo Powiśla zastąpiło ubóstwo Pragi Północ, stosunki społeczne znane z fabryk w Łodzi przeniosły się do Chin, zaś ekonomiczny nacjonalizm przeniósł się – w złagodzonej formie – z poziomu wewnętrznego na szczebel międzynarodowy, czemu sprzyja posiadanie własnej państwowości. Opisane w pracy kwestie nie zniknęły, a jedynie zmieniły swój charakter, co nie przeszkadza uznawać wielu osobom, że straciły one na znaczeniu.
Zarówno „Polska Lalki”, jak i „Polska Ziemi Obiecanej” nie są wizjami, które można bezproblemowo zalecić jako nowe drogi dla polskiej modernizacji. Choć ta pierwsza wizja, bardzo często streszczana pod postacią nawoływania „więcej Prusa”, uwzględnia w znacznie szerszym niż jej łódzka odpowiedniczka stopniu kwestię niezbędnych zmian społecznych, wrażliwości na biedę i dbałości o konsumentki i konsumentów, to jednak i w jej obrębie pojawiają się problemy, związane chociażby z konserwatywnymi rolami płciowymi czy też nacjonalizmem. „Lalka” daje jednak szanse na ich pokonanie – Wokulski znika, ale nadal tli się nadzieja, że zajmie się nauką, powiedzie mu się w wynalazczości i powróci, pogodzony z duchami przeszłości. Takiej nadziei w „Ziemi obiecanej” nie ma – Borowiecki, obserwując przez okno Łódź, wie już, że swoje dawne ideały musiał odstawić w kąt. Opozycja „polip-koralowiec”, czyli wysysania życia z ziemi przeciwstawione systematycznemu budowaniu wydaje się ciekawą koncepcją do badania obecnych stosunków społecznych i politycznych. Analizowane książki okazują się zatem być znacznie bardziej pojemne treściowo, niż bylibyśmy skłonni im przypisywać po szkolnych zajęciach.
Bibliografia (przypisy zostały pominięte):
- Dziś potrzeba nam więcej Prusa, rozmowa Agatona Kozińskiego z Pawłem Machcewiczem, Polska-The Times, nr 101 (774), 30 kwietnia – 3 maja 2010.
- Gender i ekonomia opieki, [red.] Charkiewicz Ewa, Zachorowska-Mazurkiewicz Anna, Fundacja Tomka Byry „Ekologia i sztuka”, Warszawa 2009.
- Manifest futuryzmu, styczeń/luty 1909, tłum. A. Włoczewska [w:] Notes na 6 tygodni 56, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2010.
- Beniamin Walter, Pasaże, tłum. Ireneusz Kania, posłowie Zygmunt Bauman, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2006.
- Frank Thomas, Co z tym Kansas. Czyli opowieść o tym, jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki, tłum. Julian Kutyła, wstęp Tomasz Żakowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008.
- Hochfeld Christian, Kabel Claudia, Sustainable Industrial Policy for Europe: Governing the Green Industrial Revolution. Memorandum on guiding principles and perspectives for the green transformation of the European industry, Green European Foundation, Brussels 2010.
- Ihnatowicz Ireneusz, Poza domem [w:] Obyczaje wielkiej burżuazji warszawskiej w XIX wieku, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1971.
- Mouffe Chantal, Polityczność. Przewodnik Krytyki Politycznej, tłum. Joanna Erbel, wstęp Maciej Gdula, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008.
- Ortega y Gasset Jose, Bunt mas, tłum. Piotr Niklewicz, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2008.
- Prus Bolesław, Lalka, Wydawnictwo Greg, Kraków 2009.
- Reymont Władysław Stanisław, Ziemia obiecana, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2008.
- Sennett Richard, Upadek człowieka publicznego, tłum. Hanna Jankowska, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2009.
- Silver Beverly J., Globalny proletariat. Ruchy pracownicze i globalizacja po 1870 r., tłum. Marcin Starnawski, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2009.
- Sowa Jan, Ciesz się, późny wnuku! Kolonializm, globalizacja i demokracja radykalna, Korporacja ha!art, Kraków 2008.
Konsultacje społeczne w tym kraju to prawdziwa mordęga, a często - po prostu fikcja. Sam pamiętam niedawny swój udział w jednym z takich wydarzeń - mili, elokwentni, miejscy urzędnicy i urzędniczki prezentowały gotowy dokument, pytając się ludzi, co sądzą na jego temat. Oczywiście dziwili się, że ludzie mogą nie sądzić nic (najlepiej dać 3 tygodnie na przeczytanie kilkuset stron), albo kończyć swoje wypowiedzi na tym, że informują o kolejnym, partykularnym zagrożeniu społecznym czy ekologicznym, korzystając z chwili uwagi. Założenie, że ludzie nie mają nic ciekawego do powiedzenia kończy się fikcyjnymi konsultacjami, po których władze lokalne i ogólnopolskie przyjmują niewiele - jeśli w ogóle - zmienione dokumenty, w razie potrzeby zasłaniając się odbębnieniem rytualnych, nakazanych prawem czynności. Chodzą słuchy, że z debatą o energetyce ma być podobnie, a jakiekolwiek publiczne debaty mają służyć jedynie jako zasłona dymna do rozwoju energetyki atomowej w Polsce - energetyki, która - jak wielokrotnie pokazywaliśmy na tym blogu - nie jest ani ekonomiczna, ani ekologiczna, a potencjał tworzenia miejsc pracy ma mizerny.
By pokazać, że o ważnych sprawach można dyskutować inaczej, Instytut na rzecz Ekorozwoju przeprowadził kompleksowy proces formułowania alternatywnych założeń polityki energetycznej kraju do 2030 roku i dyskusji nad nimi w obrębie szeroko pojętego społeczeństwa obywatelskiego. Nad wyzwaniami związanymi z ograniczaniem emisji gazów cieplarnianych debatowali przedstawiciele i przedstawicielki organizacji pozarządowych, administracji publicznej, biznesu oraz pracownic i pracowników. Ich różnorodne spojrzenia, inne punkty ciężkości, a także nierzadko kontrowersyjne opinie (spory począwszy od kwestionowania wpływu człowieka na zmiany klimatu, poprzez zasadność energetyki atomowej i sekwestracji węgla, na strukturze własnościowej elektrowni i sensowności certyfikatów energetycznych skończywszy) ubogaciły raport metodologiczny, pozwoliły wybrać optymalny model rozwoju polskiej energetyki, a także zlokalizować problemy zarówno obecnego modelu, jak i samego raportu, dając wskazówki co do jego dalszego rozwijania.
Ostatecznym zwycięzcą okazała się propozycja rozwijania efektywności energetycznej wraz z intensywnym rozwojem odnawialnych źródeł energii, w tym morskich elektrowni wiatrowych i biomasy. Brak w nim energii atomowej, jest za to sekwestracja węgla - z zastrzeżeniem, że możliwa jest rezygnacja z niej, jeśli w zamian uda się intensywnie promować alternatywy doń. Zauważono, że w tej koncepcji ważne jest tworzenie sprzyjającej legislacji, umożliwienie zaistnienia rzeczywistej konkurencji, a także rozwoju rozproszonych źródeł generowania energii, które potrzebują sprawnej, inteligentnej sieci przesyłowej. W całym tym scenariuszu koniecznym jest dbanie o to, by inwestycje proekologiczne nie były takimi jedynie z nazwy - a więc by wiatraki nie stawiane były na obszarach chronionego krajobrazu, zaś uprawy roślin energetycznych nie prowadziły do wyjaławiania gleb. Wiele z tych kwestii wprowadziło do dyskusji grono zaproszonych osób, nie zaś zajmujący się tworzeniem tych scenariuszy eksperci - taką kwestią było też np. zróżnicowanie regionalne potencjałów i zapotrzebowania energetycznego, a także postulat pokazania kosztu końcowego energii dla konsumentki i konsumenta. Potwierdza to tezę o tym, że warto z tego typu tworzenia dokumentów korzystać.
Z samym dokumentem warto się zapoznać, chociaż rysowane w nim scenariusze dla czytelniczek i czytelników bloga nie będą wielkim zaskoczeniem. Bardzo ciekawie rysują się tu wyliczenia związane z energetyką atomową - do 2020 roku ewentualna elektrownia i tak by nie działała, więc nie pomogłaby Polsce w realizacji naszych celów redukcji emisji gazów cieplarnianych, mogłaby za to zablokować środki finansowe na rozwój efektywności energetycznej i odnawialnych źródeł energii. Z paroma tezami zawartymi w raporcie sam bym popolemizował, jak np. z sugestią konieczności prywatyzacji firm sektora energetycznego - uważam, że wbrew sugestiom nie musiałoby to doprowadzić do automatycznej poprawy świadczonych usług, a już szczególnie nie bez wspierania realnej konkurencji w dostarczaniu energii elektrycznej konsumentom i firmom oraz odpowiednim regulacjom ekologicznym. Dużo ważniejsze wydaje mi się wspieranie energetyki rozproszonej i rezygnacja ze szkodliwych ekologicznie subsydiów. Jak jednak widać w opracowaniu, tego typu sugestie się pojawiają i wskazują, że wbrew technokratycznym zapewnieniom, naprawdę istnieją alternatywy tak dla rządowych planów, jak i w obrębie samych kontrpropozycji.
Ciepło i transport również znalazły się rzecz jasna w obrębie zainteresowania Alternatywnej Polityki Energetycznej. Osoby zainteresowane znajdą tam wiele danych, włącznie z porównaniem cen różnych form generowania energii, jak również kwestii, nad którymi intensywna debata nadal jest potrzebna, jak np. zwiększanie efektywności już istniejących elektrowni, kwestia rozwoju systemu kolorowych certyfikatów czy też związanych ze zmianami na rynku energii zmianami na powiązanym z nim rynku pracy w sektorze - tak, by poprzez system przeszkoleń można było podtrzymywać zatrudnienie w procesie transformacji z energetyki opartej na węglu na szanującą energię, ograniczającą jej zużycie i skupiającą się na wykorzystywaniu odnawialnych jej źródeł. Nie będzie to proste - ale inaczej mogą twierdzić jedynie przywiązani do swych racji politycy, wspierający te czy inne, przestarzałe rozwiązania.
Trwa dyskusja na temat tego, jaka Europejska Partia Zielonych mogłaby w ciągu najbliższych lat wspomóc działania partii członkowskich tak, by w roku 2014 Zielonych w Parlamencie Europejskim było jeszcze więcej. Obserwując ją, wydaje mi się, że z całą pewnością nie da się znaleźć magicznej formuły, pasującej w każdych warunkach do zróżnicowanych krajobrazów politycznych państw europejskich. Perspektywa środkowoeuropejska może różnić się od tej z krajów Morza Śródziemnego, bo inne są tam źródła partii Zielonych i ich słabości, różnić się będzie też od wrażeń partii spoza Unii Europejskiej, które mogą mieć znacząco inne oczekiwania względem organizacji. Wydaję mi się, że zachowanie owej "jedności w różnorodności" przy wzmacnianiu samej organizacji i dawaniu jej narzędzi do bardziej widocznego, politycznego działania, będzie największym wyzwaniem dla EPZ. Warto zatem podzielić się wrażeniami, dotyczącymi tego, gdzie silniejsze jej wysiłki mogą wspomóc partie Zielonych w krajach takich jak Polska.
Jak wynika z wielu badań socjologicznych, Polki i Polacy w swym ogóle myślą pozytywnie o integracji europejskiej. Co więcej, zieloną politykę postrzegają one/oni pozytywnie właśnie przez pryzmat innych krajów unijnych - w szczególności Niemiec i Skandynawii. Te dwa wskaźniki pokazują, że potencjał rozwoju Zielonych w Polsce poprzez bardziej proaktywną działalność EPZ jest całkiem spory. Europejska perspektywa w pojmowaniu kwestii zrównoważonego rozwoju jest widoczna zaraz za perspektywą lokalną, która - co postaram się udowodnić w dalszej części analizy - również powinna być obiektem zainteresowania Europejskiej Partii Zielonych. Niestety, w medialnych doniesieniach nad Wisłą EPZ praktycznie nie istnieje, w jakimś, dość ograniczonym zakresie, prezentowane są jeszcze działania grupy w Parlamencie Europejskim. Słaba obecność EPZ w medialnym dyskursie obniża siłę powoływania się na europejskie dobre praktyki przez polskich Zielonych. W interesie całej zielonej rodziny musi być silna, niezależna partia europejska - jej bardziej aktywne działania wyborcze w roku 2009 - wspólne europejskie tematy, wyborcze layouty i marka - wsparła całkiem nieźle starania wielu partii krajowych w osiąganiu dobrych wyników wyborczych. Potencjał jest zatem całkiem spory.
Jedną z kwestii, która jest ważna, jeśli EPZ ma aktywnie wspierać rozwój zielonej polityki w krajach, w których jest ona słabsza, to pamięć o tym, że zdolności mobilizacyjne czy organizacyjne (tzw. capacity) partii członkowskich są tam ograniczone, często z kilku, nakładających się na siebie powodów - najczęściej uwarunkowań prawnych i kontekstu społeczno-historycznego. Rozszerzanie możliwości prezentowania zielonego projektu politycznego w Polsce jest znacznie ważniejszą kwestią, niż np. w Niemczech czy we Francji. Wszelkie paneuropejskie inicjatywy, które następnie można naświetlić na szczeblu krajowym, są nie tylko potrzebne, ale wręcz niezbędne dla przełamania tych ograniczeń. Bardzo ważnym, dającym tu do myślenia przykładem było przetłumaczenie na polski dokumentu "Weźmy kapitalizm na zieloną smycz", które doprowadziło do zaproszeń do mediów, zainteresowanych zielonym podejściem do ekonomii. Partie krajowe jednak - jak już wspomniałem - często nie mają narzędzi do regularnego budowania swojej pozycji na bazie tego typu dokumentów.
Europejski program nie powinien być opcją - na wybory europejskie jest absolutną koniecznością, dowodzącą, że EPZ jest kilka kroków do przodu w porównaniu do innych partii paneuropejskich. Oczywiście - zgodnie z postulowaną elastycznością - powinien on dopuszczać odstępstwa od niego, szanujące np. odrębne zdanie Zielonych Anglii i Walii na temat traktatu lizbońskiego czy euro. Dobrym pomysłem jest zatem budowanie "programów dwóch prędkości" - jednego, wyznaczającego nieco bardziej ogólne ramy (swego rodzaju manifestu podobnego do tego z 2009 roku), i drugiego, uściślającego pozycję partii, zgadzających się na jego dalsze dookreślanie. Przedwyborcze dokumenty, m.in. dotyczące zmian klimatu, polityki socjalnej, ekonomicznej czy wobec osób młodych wskazują na bardzo dużą zdolność budowania szczegółowego, holistycznego programu, akceptowanego przez partie członkowskie, mogącego być przydatnym w budowie lokalnych programów politycznych czy też promowania "europejskiego wymiaru" zielonej polityki.
Tu dochodzimy do najważniejszej chyba kwestii, jeśli chodzi o to, w jaki sposób EPZ może pomóc słabszym partiom. Wydaje się na chwilę obecną, że koniecznym jest stworzenie "mapy drogowej", pokazującej dotychczasowe działania EPZ, grupy Zielonych w PE czy też zielonych fundacji politycznych i znalezienie niezbędnych do załatania "dziur" w takich działaniach. Z punktu widzenia Polski wielkim udogodnieniem byłoby opracowanie współpracy na linii prasowo-think-tankowej między Zielonymi europejskimi a polskimi. Kluczowym wydaje się chociażby powołanie osobnej komórki, tłumaczącej na polski stanowiska, dokumenty i publikacje oraz dbającej o ich wysyłkę do polskich mediów i organizacji, mających zielony potencjał. Powołanie osoby, która odpowiadałaby za koordynację tego typu działań ze strony EPZ, dbającej o dołączanie do wysyłanych oświadczeń wypowiedzi zielonych polityczek i polityków z Polski, szybkie tłumaczenie dokumentów programowych - wszystko to pomogłoby moim zdaniem we wzmocnieniu znaczenia i widzialności zielonego projektu w Polsce. Inną bardzo ważną sprawą jest dalszy rozwój Zielonej Fundacji Europejskiej (GEF) i bardziej przemyślany przez nią sposób organizacji konferencji i publikacji. Szczególnie ta druga kwestia wymaga uwagi - jeśli od 3 miesięcy od wydania jedyną wersją językową publikacji o zielonej polityce makroekonomicznej jest wersja francuska, to proces dyskusji nad zieloną polityką na szczeblu europejskim bardzo na tym cierpi, nie mówiąc już o próbach transpozycji takich działań na szczebel krajowy. Naprawdę niewielkie w skali organizacji fundusze na to, by przygotować wersję PDF po polsku, wydrukować 500 do 1.000 egzemplarzy i rozesłać je do mediów, decydentów, bibliotek, organizacji ekologicznych, związków zawodowych, organizacji pracodawców etc. byłby wielką pomocą w odczarowywaniu wizerunku Zielonych jako rzekomych "oszołomów" i budowania nowego, eksperckiego wizerunku.
Być może takie propozycje mogą brzmieć szokująco, ale mimo wszystko - kilkusetosobowe partie takiej pomocy potrzebują jak tlenu. W poszczególnych krajach czekać na nie będzie jeszcze latami mnóstwo innych działań - komentowanie bieżącej polityki krajowej, fundraising, zdobywanie członkiń i członków - przy których EPZ siłą rzeczy nie będzie mógł za bardzo pomóc. Odciążenie partii członkowskich od części obowiązków pomogłoby im nie tylko w zdobywaniu widzialności, ale też w znalezieniu czasu na budowę długofalowych strategii politycznych. Bez takiej aktywnej pomocy nie ma co liczyć na dalszy, systematyczny wzrost zielonej polityki na wschodzie i południu kontynentu. Europejscy Zieloni powinni w najbliższych miesiącach intensywnie śledzić sytuację Zielonych w Czechach z kilku niezmiernie ważnych powodów. Po pierwsze, efektów braku skutecznych narzędzi dyscyplinujących partię, która stawała okoniem względem podstaw zielonej polityki (kwestia amerykańskiego radaru), co również pokazuje konieczność programowego wsparcia dla nowych partii, szczególnie w obliczu jego dostosowywania do lokalnego kontekstu. Niedługo EPZ będzie mógł zobaczyć, jak bardzo kurczy się działalność partii, która poza otrzymaniem premii za otrzymane głosy utraci prawo do dotacji budżetowych i jak bardzo będzie musiała ograniczyć swoją działalność. Świadomość tej różnicy powinna pokazać, że tego typu wsparcie jest niezbędne, jeśli mamy mówić o europejskiej solidarności Zielonych, w którą chcę wierzyć.
Wydaję mi się, że potrzebny jest jeszcze jeden typ sieci pod patronatem EPZ - obok sieci głównych mórz europejskich (Bałtyku, Północnego, Śródziemnego etc.) potrzebne są tzw. "międzymiastówki", tworzone przez lokalne oddziały Zielonych z miast partnerskich. Potrzebne jest stworzenie warunków ku ich powstawaniu (tak, by nie wnikały one w kompetencje partii członkowskich i nie stały się martwymi strukturami), tak, by poprzez regularne spotkania i posiadanie skromnych budżetów mogły one pozwalać sobie np. na wymianę dobrych praktyk, dotyczących tak organizacji, jak i polityki miejskiej, tworzenie rekomendacji dla EPZ, wydawanie publikacji tematycznych wzorem sieci "morskich" etc. Poparcie dla Zielonych bierze się głównie z miast, to one są swoistą "soczewką cywilizacji", która ogniskuje wszystkie jej problemy, to tu wykuwać się mogą nowoczesne metody pobudzania partycypacji społecznej czy też walki ze zmianami klimatu. Struktura tego typu łączyłaby wymiar lokalny z europejskim, pozwalałaby na wzajemne wizytacje, organizowanie debat etc. To także narzędzie, które mogłoby usystematyzować współpracę Zielonych z sąsiadujących ze sobą (ale i nie tylko) krajów.
EPZ powinna być dynamiczną strukturą, stąd nie powinna mieć oporów przed przyjmowaniem nowych partii z krajów, w których dotychczasowa organizacja nie odniosła sukcesów. Ewentualne wątpliwości mogłaby rozstrzygać za pośrednictwem praktyki "partii-obserwatora", jak to niedawno stało się na Węgrzech. Wraz z udanym zakorzenieniem się partii w społeczeństwie i pokazaniu, że pryncypia zielonej polityki nie są jej obce, powinna mieć prawo do pełnego członkostwa w organizacji. Przykład czeski pokazuje, że powinny istnieć narzędzia "guzika atomowego", wymuszającego trzymanie się zielonych pryncypiów programowych przez partie członkowskie. Jednocześnie jednak obok tego typu "kija" powinny istnieć także "marchewki", wspierające działalność słabszych partii, o których wspomniałem powyżej. Tylko takie połączenie może gwarantować rozwój zielonego projektu w całej Europie. Mniejsze i nowe formacje potrzebują EPZ bardziej, niż te już silne i zorganizowane - bez uznania tego faktu bardziej skuteczne niesienie pomocy pozostanie utrudnione.
Blogi:
- Bardzo Publiczny Socjolog prezentuje niezwykle interesującą analizę sceny politycznej po wyborach w Wielkiej Brytanii.
- Richard Lawson o irracjonalności ekonomicznej i długu.
- Molly Scott Cato na temat prestiżu ekonomii, a także alternatywnych podręczników do jej nauczania.
- Kiedy nadchodzi czas energetyki odnawialnej, w Wielkiej Brytanii... poszukuje się ropy, o czym donosi Stuart Jeffery.
- Reformy wyborcze potrzebne są także w Szkocji - argumentuje Peter McColl.
- Jim Jepps dokonuje ciekawej analizy tego, czy podział prawica-lewica nadal jest relewantny.
- Konserwatyści zapowiadają reformę Izby Lordów w kierunku wybierania przez wyborczynie i wyborców, a w międzyczasie... chcą wprowadzić tam dodatkowo ponad 150 osób - więcej w poście Andrew Collingwooda.
- Philip Booth komentuje pozytywny dla Zielonych artykuł Davida Marquanda w "Guardianie".
- Na blogu New Economics Foundation dwa ciekawe komentarze - o tym, dlaczego Torysi ostatecznie wprowadzą ordynację proporcjonalną i gdzie rząd w Londynie powinien szukać osczędności.
- John Reardon o czerwonych Torysach.
- Zieloni w Leeds, wspierając Partię Pracy, pomogli jej w przejęciu władzy od dotychczasowej, niebiesko-żółtej koalicji.
Partie:
- Niemcy: W ramach wspominek - zjednoczenie Zielonych z Zachodu kraju ze Związkiem'90.
- Europa: EPZ wzywa do obrony wolności zgromadzeń w Rosji, zaś grupa europarlamentarna kontynuuje działania na rzecz szybszych redukcji emisji gazów cieplarnianych.
- Anglia i Walia: Caroline Lucas przeciwko cięciom jako metodzie wychodzenia z kryzysu.
- Szkocja: Pytania do lokalnego ministra ds. klimatu.
- Irlandia: Zieloni mają się czym chwalić - krajowi udało się wreszcie zwiększyć do planowanego poziomu udział energetyki odnawialnej na rynku.
- Kanada: Rozrzutność konserwatywnego rządu przy organizacji szczytu G8 przekracza wszelkie granice.
- Nowa Zelandia: Narasta opór przeciwko prywatyzacji jedynego publicznego banku tylnymi drzwiami.
- Czechy: Pierwsze reakcje po wyborczej klęsce.
- Holandia: Kto zyska, a kto straci na realizacji wyborczych pomysłów poszczególnych partii?