11 stycznia 2010

Sejmowa komisja dyskutuje o atomie

Relacja z posiedzenia Komisji Ochrony Środowiska Zasobów Naturalnych i Leśnictwa poświęconego planom budowy elektrowni atomowych w Polsce - Sejm RP, Warszawa, 7.01.2010.

Posiedzenie prowadził wiceprzewodniczący Komisji poseł Litwiński.

Na wstępie w długim, ponad półgodzinnym wystąpieniu Pełnomocnik rządu ds. energetyki atomowej p. Hanna Trojanowska przedstawiła w prezentacji w Power Poincie uzasadnienia, plany, pozytywy rozwoju elektrowni jądrowych (EJ) w Polsce. Wystąpienie nawiązywało do materiału na posiedzenie Komisji Ministerstwa gospodarki pt. „Energetyka jądrowa - wyzwania, technologie, edukacja i zagrożenia”, Warszawa 15.12.2009.

Powtórzyła rzeczy dyskusyjne (czasem mity), które z Andrzejem Kassenbergiem staraliśmy się jej wytknąć jak m.in. oparcie planów budowy EJ na wzroście zapotrzebowania na energię elektryczną w Polsce o 57 % do 2030 r., boom w budowie EJ, najbardziej zauważalny w Azji; brak emisji CO2.

Koreferując posłanka Wolak zwróciła uwagę na kontrargumenty, także w opracowaniach Biura Studiów i Analiz (przygotowano dla posłów 2 ekspertyzy: „Atomowe za i przeciw cz. 1”- doc. Strupczewskiego i cz. 2 - prof. Mielczarskiego) i poprosiła rząd o wyjaśnienia. Powiedziała także m.in., że posłowie podkomisji energetyki byli na wyjeździe studyjnym w elektrowni atomowej w Temelinie i że „warto zobaczyć taką EJ”.

Pytało i zabrało głos kilku posłów i właściwie tylko poseł Szyszko starał się wyrazić wątpliwości (bezpieczeństwo państwa można osiągnąć tez bez EJ - Holandia, EJ będą konkurencyjne , gdy koszt emisji CO2 będzie większy od 15 Euro/tonę, dlaczego nie pokazali kosztów zewnętrznych np. z Raportu o stanie świata, wątpliwości środowiskowe przy odzyskiwania uranu z wody morskiej), choć w taki sposób, że trudno się było zorientować , czy jest za, czy przeciw tym planom (prawdopodobnie to znany przypadek postawy „za a nawet przeciw”). Inni posłowie właściwie nie mieli wątpliwości i raczej popierali budowę EJ. Z ich wystąpień główne troski to: zastosowanie bezpiecznych technologii wobec odpadów (poseł Jerzy Gosiewski), brak akceptacji społecznej i konieczność edukacji i m.in. umieszczenie mapki, która pokaże, gdzie wokół granic Polski stoją już EJ (posłanka Masłowska), najczystsza energia z uranu, czy możemy uruchomić wydobycie rud na Dolnym Śląsku i uniezależnić się od innych krajów? (poseł Cybulski), czy są umowy międzyrządowe dotyczące EJ ?, kryteria do lokalizacji i wyboru, które szkoły wyższe będą kształcić specjalistów ( poseł Litwiński), ważna rola edukacji, była w Czarnobylu i Ignalinie, „jest za EJ, aby była bezpieczna” (posłanka Ciemniak), debata publiczna, na czym polega szczegółowe badanie opinii publicznej, Niemcy się nie wycofują z EJ, wiele danych i straszenia EJ zależy od tabloidów, trzeba mieć wiedzę rzeczowa i szybko ripostować "na argumenty przeciwników EJ" (poseł Rzymełka).

Po posłach otrzymaliśmy głos: Andrzej Kassenberg i ja. Staraliśmy się sprostować fakty, które padły z ust p. Pełnomocnik i posłów (m.in. Niemcy mówią co najwyżej o wydłużeniu pracy istniejących u nich EJ, ale decyzja o zamknięciu wszystkich do 2022 r. jest niezmienna; boom w EJ jest bardzo względny- w Europie buduje się 2, w Azji budowane są wg starych technologii, ostatnio więcej zamykano starych bloków niż otwierano nowych; rząd zaniża koszty tych technologii - zdanie wsparte argumentami prof. Mielczarskiego; odwracanie uwagi od odnawialnych źródeł energii i oszczędności energetycznych). Andrzej Kassenberg zdecydowanie opowiedział się przeciwko budowie EJ obecnie wskazując na bardziej atrakcyjne i potrzebne alternatywne rozwiązania energetyczne, na realny zero-energetyczny wzrost gospodarki dodając też przewagę w tworzeniu miejsc pracy w sektorze źródeł odnawialnych i efektywności energetycznych. Ja otwarcie powiedziałem, że jestem przeciw, że analizowałem stan rzeczy podczas kampanii przeciwko Żarnowcowi w latach 80/90 i obecnie i nie widzę żadnych dobrych, nowych argumentów, które czyniłyby z tej technologii technologię nowoczesną i potrzebną Polsce.

Powiedziałem także, że uważam, że to jest największy strategiczny błąd rządu (mamy 2,5 razy większą energochłonność gospodarki, po co mamy lać energie jądrową do dziurawego wiadra, taniej zainwestować w uszczelnienie tego wiadra i wówczas nie będziemy potrzebowali 57 % energii więcej w 2030 r.; koszt inwestycyjny EJ jest już większy od energetyki wiatrowej i 4 większy od energetyki opartej na gazie; wskazałem, że problem odpadów jest zostawiany naszym wnukom i prawnukom i przerzucany z biznesu atomowego na państwo czyli podatników; doradziłem, aby posłowie pojechali też może do EJ Paks (Węgry) i EJ Krummel (RFN), gdzie miały miejsce poważne katastrofy w 2003, 2007 i 2009 r. odwrócenie od energii odnawialnych jest „kompromitująco realne” w Polityce Energetycznej Państwa do 2030 r. - na 2020 r przewidujemy 15% energii a 2030 mamy także 15 % wskaźnik monitoringu tej energii, więc wygląda to wprost tak, ze ponieważ już będziemy produkować energię z atomu (?), nie potrzebujemy więcej energii odnawialnych jak 15 %?

Zapytałem także, czy mówienie o zerowej emisji CO2 z EJ jest prawdziwe, bowiem jeśli policzy się energetyczne koszty wydobycia i przetworzenia uranu, to przyjmuje się, że CO2 jest emitowane w technologii atomowej w ilości ok. 1/3 tego co w nowoczesnych elektrowniach gazowych?

W odpowiedziach przedstawiciele rządu (Strupczewski) polemizowali z nieobecnym prof. Mielczarskim wskazując na ostatni kontrakt na elektrownie atomowe na 20 mld dol. Korei z Zjednoczonym Emiratami Arabskimi - wychodzi koszt inwestycyjny 2,5 mln Euro/MW (połowa tego co twierdzi prof. Mielczarski); koszty likwidacji są wliczone w koszty paliwa (wynoszą 1 Euro/MWh); w kosztach zewnętrznych EJ ma obecnie tak korzystne wskaźniki, że Zieloni przestali podnosić kwestię kosztów zewnętrznych (zapytałem - a co z odpadami jądrowymi?); nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć, jakie mamy zasoby uranu w Polsce (wiceminister Jezierski).

Na pytanie o „0” emisje CO2 (kolejny mit pada!) doc. Strupczewski przyznał, że przygotowanie i przetworzenie paliwa jest to 3 % tego co produkują, następnie 5 % tego co elektrownie węglowe i 30 % co gazowe (te 30 % to już właściwie odpowiada 1/3 emisji elektrowni gazowej).

Andrzej Kassenberg spytał ponownie p. Pełnomocnik, czy 40 mln zł na kampanię informacyjną to będzie debata czy propaganda i czy osoby i instytucje mające odmienne poglądy będą mogły skorzystać z tych środków ?

Dowiedział się, że będzie to „rzetelna informacja” i p. Pełnomocnik nie przewiduje przekazywanie środków przeciwnikom EJ.

Radek Gawlik - członek Rady Krajowej Zielonych 2004

PS>> Na stronie Biura Analiz Sejmowych dostępna jest analiza prof. Mielczarskiego, z której wynika, że inwestycje w atom wcale nie są taką żyłą złota, jak się je przedstawia. Zachęcamy do lektury.

10 stycznia 2010

Sztuka jako element zmiany społecznej

Jednym z nowych trendów w myśleniu na temat miasta staje się miejski aktywizm, pojmowany jako obywatelska ingerencja w przestrzeń publiczną, mająca na celu poprawę jej jakości i zaadaptowanie na potrzeby lokalnej społeczności. Bierze się on z rosnącego rozczarowania sposobem kreacji przestrzeni życia, pracy i komunikacji przez urzędników, owładniętych dość wąskim rozumieniem modernizacji i tworzenia tkanki miejskiej. Bardzo często ów miejski aktywizm, którym parają się zarówno społeczności lokalne (przykład parku-samowoli budowlanej na warszawskich Kabatach), jak i działaczki i działacze społeczni oraz środowiska artystyczne opiera się na uznaniu miasta jako idei politycznej, kreowanej przez wspólnotę zamieszkujących ją osób. Oznacza to także uznanie ważnej roli przestrzeni w procesie budowania więzi społecznych. „Architektura silnie na nas oddziałuje, a każde spotkanie z tkanką miasta jest rodzajem testu na prawo naszej przynależności – jeśli czujemy się dobrze, to jest to przestrzeń przeznaczona dla nas; jeśli czujemy się wyobcowani, zazwyczaj mamy ku temu powody – nasza obecność w danym miejscu jest źle widziana, albo przynajmniej nieprzewidziana.” - pisze w jednym ze swoich artykułów aktywistka miejska, współzałożycielka stowarzyszenia DuoPolis, Joanna Erbel.

Wobec zarysowanych w powyższym akapicie stwierdzeń nie da się zatem przyporządkować aktywizmu miejskiego wyłącznie do jednej z dziedzin życia – polityka, kultura, sztuka i historia mieszają się w nim i wzajemnie na siebie oddziałują. W wielu wypadkach, jak wspomniałem powyżej, do tego typu działania odwołują się współczesne artystki i artyści. Ich działania, wykonywane w określonym kontekście czasu i przestrzeni, nie tylko opisują i komentują rzeczywistość, często w sposób prowokacyjny, ale wręcz doprowadzają do zmiany społecznej – uaktywnienia dotychczas milczących grup mieszkanek i mieszkańców, zakwestionowania dominującego modelu pamięci czy też propozycji „modernizacyjnych”, faktycznie dehumanizujących przestrzeń miasta. W tej krótkiej pracy chciałbym zaprezentować zarys debaty, jaką sprowokował projekt artystyczny Joanny Rajkowskiej - „Dotleniacz”. Instalacja ta – niepozorne oczko wodne, emitujące ozonowane powietrze i umieszczone pośród zieleni na placu Grzybowskim, pokazała olbrzymi potencjał, tkwiący w społecznym zaangażowaniu sztuki współczesnej, podejmującej wyzwanie zmierzenia się z oporem urzędników, traumą historii i pomysłami na zmianę tego terenu w zabetonowaną, odspołecznioną przestrzeń.

Rajkowska jest artystką, której jedno z dzieł, palma na warszawskim rondzie de Gaulle'a, budziło na początku kontrowersje, by ostatecznie stać się jednym z nowych symboli miasta. Projekt „Dotleniacza” od pierwszego podejścia do realizacji dzielą 2 lata starań o współpracę z miastem, zakończoną fiaskiem. Dopiero pomoc instytucji centralnej – Ministerstwa Kultury – a także Centrum Sztuki Współczesnej umożliwiła artystce urzeczywistnienie swojego pomysłu. W lipcu 2007 roku ruszył on na dobre i zasadniczo zmienił relacje społeczne na Placu Grzybowskim. Do tej pory było to miejsce dość senne, położone na uboczu miejskiego życia, zamieszkałe przez osoby starsze, a także przygniecione bagażem historycznych doświadczeń. Ten niegdyś wielokulturowy obszar był świadkiem krwawej rozprawy caratu z protestami robotniczymi w 1905 roku, a podczas II Wojny Światowej – obszarem tragedii żydowskich mieszkanek i mieszkańców miasta. W ostatnich latach relacje międzyludzkie na tym obszarze najlepiej oddaje fragment notki prasowej Agnieszki Kowalskiej z inauguracji projektu Rajkowskiej:

„To rzeczywiście miejsce wyjątkowe, gdzie krzyżują się różne szlaki. Starszych pań z pieskami i miejscowych meneli. Katolików spieszących na mszę do dominującego nad placem kościoła Wszystkich Świętych. Żydów zwiedzających dawne rejony getta, synagogę i ulicę Próżną. Biznesmenów z sąsiedniego biurowca Deutsche Banku. Nigdy dotąd nie mieli ani miejsca, ani okazji, żeby się spotkać. Mijali się tu bez słowa.”

Przestrzeń odspołeczniona nagle zmieniła się w przestrzeń dospołecznioną, potwierdzając na przykład wcześniejsze obserwacje Edwarda T. Halla i pełniąc rolę podobną do tej, jaką spełniło przemeblowanie przestrzeni szpitalnej w celu wzmożenia międzyludzkich kontaktów. Wymienione powyżej grupy ludzi zaczęły przesiadywać obok siebie, co do tej pory nie zachodziło. Co więcej, na senny plac zaczęły ciągnąć spore grupy mieszkanek i mieszkańców z całego miasta, by przez chwilę poczuć atmosferę oderwanego od miejskiego zgiełku placu.

Rajkowska świadomie zbudowała projekt Dotleniacza w kontrze do innych pomysłów na zagospodarowanie placu. Pojawiały się wśród nich dwie koncepcje i z obydwu stron jej instalacja padała ofiarą ataków. Pierwsza z nich polegała na zabetonowaniu placu, stworzenia z niego szarego ciągu komunikacyjnego z istotną rolą parkingów dla samochodów. Druga dążyła do wstawienia w to miejsce kolejnego martyrologicznego pomnika – ofiar UPA (wśród jego propozycji nie brakowało przedstawienia martwych dzieci przywiązanych drutem kolczastym do drzewa, opartej na fotografii, przestawiającej nie ofiary ukraińskiej partyzantki, ale dzieci chorej psychicznie matki z okresu międzywojennego), bądź też Polaków ratujących Żydów. Obydwie te koncepcje uniemożliwiały włączenie w spójny projekt zagospodarowania przestrzennego Dotleniacza, jednocześnie nie wykluczając siebie nawzajem. Żadna z nich nie powstawała w wyniku konsultacji z lokalną społecznością.

Niepozorne oczko wodne zmobilizowało w bezprecedensowy sposób osoby mieszkające w okolicach Placu Grzybowskiego. Lokalna społeczność zaczęła intensywnie protestować przeciwko pomysłom na zagospodarowanie obszaru ich zamieszkania, który zaczął tez pełnić role socjalizujące i rekreacyjne. Jak pisze Joanna Erbel:

„Dotleniacz nie tylko pokazał Warszawiakom, że możliwy jest inny sposób zagospodarowywania przestrzeni, ale - co może i bardziej istotne - włączył ponownie w krajobraz miejski centrum Warszawy starszych ludzi, ludzi z psami, rodziny z dziećmi, czy uczących się studentów – wszystkich w jednym miejscu. (…) Przyczynił się jednocześnie do pokonania bariery obojętności i onieśmielenia, jak i zaktywizowania lokalnych mieszkańców do udziału w konsultacjach na temat zagospodarowania placu Grzybowskiego, prowadzonych przez władze dzielnicy Śródmieście. Dotleniacz był dowodem na to, że mieszkańcy pragną spędzać czas wśród zieleni, na wygodnych ławkach i materacach, oraz że jest to potrzeba, która nie ma związku z wiekiem, płcią czy zawodem.”

Dotleniacz okazał się być projektem nie tylko artystycznym i społecznym, ale także i politycznym, wpisującym się w spory dotyczące wizji miasta i to, kto ma prawo do jego kształtowania. Udowodnił jednocześnie, że sztuka współczesna może uciec od dwóch stereotypów, w kontekście których bywa obiektem ataków – bycia obrazoburczym źródłem szargania narodowych i religijnych świętości (jak utrzymują środowiska katolickie i narodowe) lub też niezrozumiałym bełkotem, który nie powinien liczyć na publiczne pieniądze (argumenty neoliberalne). Rajkowska dokonała chirurgicznej, precyzyjnej operacji na tkance miejskiej, radykalnie wkluczając ludzi i będąc zrozumiałym zarówno dla znawców sztuki, jak i dla emerytek z pieskami.

Był to pierwszy powód, dla którego projekt ten stał się solą w oku sporej części sfery politycznej Warszawy. Nie przeszkadzał, dopóki miał być tymczasową instalacją, zaczął uwierać, gdy mieszkanki i mieszkańcy zaczęli domagać się jego pozostawienia. Tomasz Gamdzyk, zajmujący się w Ratuszu kwestiami estetyki przestrzeni publicznej, nazwał go „wsiowym”, a osoby walczące o jego pozostawienie odsyłać zaczął na spacery do Parku Świętokrzyskiego i Ogrodu Saskiego. Jeden z radnych Prawa i Sprawiedliwości na sesji rady miasta poświęconej temu tematowi nazwał instalację „kretyńską”, powstałą wyłącznie w celu zablokowania uhonorowania bohaterstwa Polaków podczas II wojny światowej. Obydwie te wypowiedzi wyrastały z ducha wyżej wspomnianych modeli myślenia o mieście, obydwie uznawały też prymat „wyższych wartości” („efektywnego zarządzania” lub „narodowych świętości”) nad wolą lokalnej społeczności. To właśnie poczucie zagrożenia dotychczasowej urzędniczej wszechwładzy stało się drugim powodem agresji w stosunku do Dotleniacza.

Silny opór mediów i wielokrotne przypominanie, że przestrzeń powinna służyć przede wszystkim osobom żyjącym umożliwił wyartykułowanie w przestrzeni publicznej głosu społeczności lokalnej, które to stanowiska do tej pory pozostawały na uboczu, np. przy projektowaniu zmian w miejskich parkach. Co więcej, głos ten był tak silny, że upadły dotychczasowe koncepcje pomników i parkingów. Nowy projekt zagospodarowania placu, chociaż brak w nim Dotleniacza jako takiego, przewiduje oczko wodne i dużą ilość zieleni, plac zwiększy się kosztem ulicy, zaś nowych pomników w przestrzeni placu nie będzie.

Staw wodny z ozonowanym powietrzem, zrealizowany jako instalacja artystyczna ukazał realny potencjał tkwiący w tej części sztuki współczesnej, która nie rezygnuje ze społecznego zaangażowania. Dość wspomnieć, że Dotleniacza analizowano z perspektywy wpływu na społeczność lokalną, architekturę miasta, działalność kulturalną czy kwestię polityczną. Rajkowska, której działania artystyczne obejmują m.in. warsztaty teatralne z palestyńską młodzieżą, nie ma kompleksów z powodu wzajemnego przenikania się wielu dziedzin życia. Jak sama opisuje w jednym wywiadów prasowych, nie chodzi jej o inżynierię społeczną, lecz o aktywizację i swobodną interpretację tego, co artystka/artysta daje lokalnej społeczności:

„ (…) zrozumiałam, że forsowanie czegokolwiek przy tego typu projektach nie ma sensu. To musi być sytuacja maksymalnie otwarta. Człowiek, który tam przychodzi, musi sam określić swoją rolę. Ma nieskończone pole możliwości. Może siedzieć, leżeć, oddychać, czytać, uczyć się, spać. Wtedy miejsce zaczyna należeć do niego. A jego aktywność nadaje mu sens. Nie trzeba nawet rozmawiać.”

Jak widać, sztuka współczesna nie jest gotowym konstruktem, dającym prostą i jednoznaczną odpowiedź ideologiczną na wyzwania współczesności. Aż do czasów współczesnych dominujące prądy w kulturze i w sztuce starały się przekazywać dość jednoznaczne komunikaty, związane z promowanym przez nie światopoglądem, podczas gdy okres po rewolucji 1968 roku, szczególnie dzisiejsze czasy „płynnej nowoczesności”, używając terminologii Zygmunta Baumana, tego typu komunikaty zasadniczo odrzucają. Sukcesy inicjatyw takich jak Dotleniacz – jak pisze Joanna Erbel – opierają się na nieporozumieniu co do ich znaczenia. Dla Zielonych instalacja tego typu może być przykładem udanej ingerencji w przestrzeń publiczną i demokratyzacji planowania przestrzennego, dla lokalnej społeczności – stworzeniem miejsca wypoczynku, dla czytelniczek i czytelników „Gazety Wyborczej”, którzy nagrodzili Dotleniacz tytułem „Wdechy 2007” - nowym symbolem miasta. Mobilizacja wokół takich inicjatyw łączy różne interesy społeczne, a także grupy, które do tej pory nie nawiązywały ze sobą kontaktu. Inicjatywy te, jak wspomina krytyk architektury, Grzegorz Piątek, są doskonałymi przykładami „architektury poza budowaniem” i „miejskiej akupunktury”.

Sztuka jako instrument transformacji dyskusji i sposobów myślenia, niepodporządkowana konkretnym światopoglądom (chociaż często wyrażająca zdanie artystki/artysty, to jednak otwarta jest, jak wykazałem powyżej, na swoje reinterpretacje) jest wizją kuszącą i pozostającą w alternatywie do propozycji „sztuki dla sztuki”. Opiera się biernej reprezentacji określonych idei, zachowując swoją autonomię, jednocześnie nie udając, że kultura powstaje w oderwaniu od społecznego kontekstu. Ten tok myślenia reprezentuje w Polsce nie tylko Joanna Rajkowska, ale też np. Komuna Otwock w sferze teatru, Olga Tokarczuk – prozy czy też Jarosław Lipszyc – poezji. Pozwala osobom zaangażowanym w proces kreacji dzieła na jednoczesną autokreację, jak i na realne działanie zmieniające utarte sposoby myślenia. Przykład Dotleniacza, który zapobiegł zmianie Placu Grzybowskiego w kolejną martwą przestrzeń, pokazuje to w sposób dobitny.

Tekst jest pracą roczną wykonaną na potrzeby konwersatorium "Słowo, obraz, kontekst" w Instytucie Kultury Polskiej. Przypisy i źródła cytatów dostępne są na blogu kulturalnym Bartłomieja Kozka.

9 stycznia 2010

Wzmocnić to, co wspólne - manifest

Własność wspólna jest przestrzenią instytucjonalną, w której jesteśmy wolni - Yochai Benkler.

Manifest przygotowany przez Yochaia Benklera, po raz pierwszy opublikowany po niemiecku na
CommonsBlog.

W jaki sposób kryzys ujawnia znaczenie tego, co wspólne

W ciągu ostatnich 200 lat eksplozja wiedzy, technologii i produktywności umożliwiła bezprecedensowy wzrost indywidualnego bogactwa. Pod wieloma względami poprawiła ona naszą jakość życia. W tym samym czasie jednak pozwoliliśmy na wyczerpywanie się surowców i zmniejszanie się społecznej zamożności. Zdaliśmy sobie z tego sprawę dzięki dzisiejszym, wzajemnie ze sobą powiązanym, kryzysom w sektorze finansów, ekonomii, żywności, energii i systemów podtrzymywania życia na naszej planecie.

Kryzysy te poszerzają naszą świadomość istnienia i znaczenia własności wspólnotowej. To, co wspólne w środowisku naturalnych jest niezbędne dla naszego przetrwania, to, co wspólne dla społeczeństwa, zapewnia spójność społeczną, a to, co wspólne w kulturze, pozwala nam na rozwój naszych osobowości. To kluczowe, byśmy skupili się na indywidualnej kreatywności, talentach i entuzjazmie dla ochrony i zwiększania bogactwa naszych społeczności i zasobów przyrodniczych. Wymagać to będzie zmian w podstawowych strukturach politycznych, ekonomicznych i społecznych.

Więcej społecznej pomyślności zamiast większego PKB! Wydaje nam się, że gdy spada wskaźnik wzrostu gospodarczego, a PKB spada, to coś groźnego. Wrażenie to może jednak być mylne. PKB mierzy jedynie wskaźniki produkcji i przepływy pieniężna, bez uwzględniania ich wartości społecznej i ekologicznej. Wskaźniki tego typu nie mierzą rzeczy, które naprawdę potrzebujemy do przeżycia - mogą za to liczyć ich niszczenie. Społeczny dobrobyt nie może być nimi mierzony. Zmniejszenie poziomu PKB nie musi koniecznie oznaczać spadku zamożności danego społeczeństwa. Uznanie tego faktu poszerza nasze horyzonty i otwiera je na nowe rozwiązania.

Własność wspólnotowa może pomóc nam w przezwyciężeniu kryzysu, ale potrzebuje systemowego wsparcia. Chcemy włożyć swój wkład w to, by dać głos temu, co wspólne.

Czym jest własność wspólna i czemu jest tak ważna?

Własność wspólnotowa jest zróżnicowana. Stanowi ona podstawowy budulec i warunek naszego istnienia oraz społecznego dobrobytu. W jej obręb wchodzi wiedza i woda, nasiona i programy komputerowe, dzieła kultury i atmosfera. To, co wspólne, nie jest jedynie "rzeczą". To dynamiczne systemy życia. Tworzą one społeczną podstawę wolnego społeczeństwa.

Własność wspólnotowa nie jest ani indywidualna, ani niczyja. Różne społeczności - od rodziny po globalne społeczeństwo, zawsze tworzą, podtrzymują, kultywują i redefiniują to, co wspólne. Gdy tak się nie dzieje, własność ta zanika, wraz z naszym osobistym i społecznym bezpieczeństwem. Własność wspólnotowa umożliwia ludziom życie i rozwój. Jej zróżnicowanie pozwala na zabezpieczenie naszej przyszłości.

Własność wspólnotowa jest podstawą każdej aktywności ekonomicznej. Musi być zatem efektem tego, co robimy. Musimy stale odnawiać to, co wspólne, bowiem wszystko, co produkujemy, opiera się na wiedzy, którą dziedziczymy, zasobach naturalnych, jakie daje nam Ziemia, a także na współpracy z innymi obywatelkami i obywatelami. Działalność, znana jako "ekonomia" zakotwiczona jest w żywej tkance społecznej. Wyczerpywanie się surowców, porażki w edukacji, zbędne bariery dla kreatywności, a także słabe więzi społeczne obniżają poziom możliwości życiowych nas wszystkich. Bez istotnych elementów tego, co wspólne, niemożliwa jest produkcja. Bez własności wspólnotowej firmy nie mogą zarabiać.

Własność wspólnotowa jest często niszczona i znika z naszej świadomości. Jednym z powodów, dla którego to, co wspólne jest zagrożone jest to, że wiele osób uważa za swoje prawo nieograniczone zużywanie zasobów. Tam jednak, gdzie prawo uczciwego użytkowania wody i nasion zagrożone jest przez kalkulację ekonomiczną bądź rządową politykę, gdzie zużycie zasobów zagraża naszemu istnieniu, gdzie trwa napór na przestrzeń publiczną, gdzie patenty ograniczają kreatywność i spowalniają postęp ekonomiczny, gdzie brak odpowiednich sieci społecznych - wszędzie tam zwiększa się poziom zależności i niepewności.

Na horyzoncie pojawia się nowy ruch - ruch odzyskania tego, co wspólne!

Istnieje ruch, który przypomina nam o tym, co warte jest zachowania. Ruch, który dąży do odzyskania tego, co należy do nas i który podkreśla ludzką godność, tworząc coś nowego. Ruch ten, budujący i chroniący własność wspólnotową, rozszerza horyzont tego, co jest możliwe.

To, co wspólne, jest na nowo odkrywane i bronione. Ludzie na całym świecie bronią się przed atakami na sieć życia, która nas podtrzymuje - przeciwko pomysłom hydrologicznym i wydobywczym niszczącym ludzkie życia i ziemię. Przeciwko marnotrawnej gospodarce, napędzającej zmiany klimatyczne. Przeciwko próbom zmiany edukacji i zdrowia w sektory nastawione na zysk. Przeciwko inżynierii dokonywanej na naszym dziedzictwie genetycznym i przesadnym restrykcjom dotyczącym naszego dostępu do wiedzy i kultury. Zwolennicy dobra wspólnego dążą jedynie do odzyskania tego, co i tak należy do nich, niezależnie od tego, czy chodzi o odzyskanie dostępu do wody, rdzenne wspólnoty chroniące swą ziemię w Amazonii czy o światowe ruchy na rzecz sprawiedliwości klimatycznej i otwartego internetu.

To, co wspólne, jest na nowo tworzone i rozbudowywane. Niezliczone rzesze ludzkie tworzą nowe rzeczy dla wszystkich oraz sensowne przestrzenie społeczne i duchowe dla siebie. Inwestują swój czas w ogrody wspólnotowe, zrównoważone rolnictwo organiczne i tworzenie międzygeneracyjnych przestrzeni do życia i pracy. Tworzą one wolne oprogramowanie i wolną wiedzę, filmy, muzykę i obrazy gotowe do tego, by się nimi dzielić. Pojawia się zatem skarbiec wolnej kultury, dostępnej dla wszystkich. Jest on podtrzymywany i ubogacany przez wiele osób i stał się on równie niezbędny jak Wikipedia. Naukowcy i aktywiści, obywatele i politycy wspólnymi siłami rozwijają bujny i innowacyjny obszar wspólny - wszędzie.

To, co wspólne, jest podtrzymywane i pielęgnowane. Ludzie rozwijają instytucje sąsiedzkie, dbają o place zabaw, prowadzą fundacje obywatelskie, tworzą i dzielą się opowieściami, kulturą i zbiorowymi przeżyciami. Angażują się, osobiście i bezpośrednio, w tworzenie wspólnego dobrobytu i naciskają na państwo do spełniania jego obowiązku i ochrony tego, co wspólne. Zyskują coś w zamian, bowiem życie w kulturze wspólnoty oznacza zarówno dawanie, jak i korzystanie. Kultura ta równo dzieli prawa i obowiązki. Przywiązanie do wspólnego bogactwa bierze się ze świadomości faktu, że obecny model ekonomiczny zagraża naszym życiom - jednocześnie ponosząc klęskę w głębszym zadowalaniu nas samych. Przywiązanie to wiąże się z naszym marzeniem o kreatywności i inspiracji. Wzmacniają je nasze pasje, marzenia o społecznej serdeczności, a także wrażliwość i empatia w stosunku do innych ludzi. Wszystko to opiera się na prostej idei - potrzebie uczenia się od siebie nawzajem i tworzenia wspaniałych rzeczy dla ich samych.

To, co wspólne, inspiruje i łączy. By brać to pod uwagę, potrzebujemy znacząco odmiennego podejścia w naszym postrzeganiu rzeczywistości i działaniu. Własność wspólnotowa opiera się na społecznościach samodzielnie ustalających swoje reguły i kultywujących własne wartości i umiejętności. Opierając się na tych wiecznie ewoluujących, opartych na konflikcie procesach, wspólnoty włączają się w szerszy obraz. W kulturze tego, co wspólne, wkluczanie jest zawsze ważniejsze od wykluczania, współpraca - od konkurencji, autonomia - od kontroli. Odrzucając monopolizację informacji, bogactwa i władzy, dajemy szansę rozwoju różnorodności. Przyroda wydaje się dobrem wspólnym, które powinno być uważnie pielęgnowane, nie zaś wiecznie dostępną własnością, gotową do wyzyskiwania.

Życie w kulturze tego, co wspólne, oznacza założenie współdzielonej, długofalowej odpowiedzialności zamiast kierowania się etyką zdominowania. Kultura wspólnoty ceni sobie uczciwość ponad jednostronną optymalizację przyjemności i wzajemne powiązania ponad skrajny indywidualizm.

To, co wspólne, pozwala nam skonfrontować się z jedną z najważniejszych kwestii dotyczących sprawiedliwości społecznej w naszych czasach: nikt nie może korzystać ze wspólnego więcej, niż weń wkłada. Dotyczy to zarówno graczy rynkowych, jak i państwa. Ktokolwiek odnawia i rozszerza zasób tego, co wspólne, zamiast jedynie z niego korzystać, zasługuje na społeczne uznanie. W interesie tego i przyszłych pokoleń gracze rynkowi, państwo oraz każda i każdy z nas musi przystosować swoje zachowanie i myślenie z własnością wspólnotową. Musi ona stać się podstawowym elementem jakiegokolwiek mierzenia sukcesu ekonomicznego, politycznego czy personalnego.

Ani ziemia niczyja, ani nieograniczona własność

To, co wspólne, nie polega jedynie na prawnej formie własności. Liczy się najbardziej to, czy i w jaki sposób prawa społeczności do własności wspólnotowej są wprowadzane i zabezpieczane. "Własność pociąga za sobą zobowiązania. Jej użytkowanie będzie służyć dobru publicznemu." (art. 14 paragraf 2 niemieckiej konstytucji). Ograniczenie to, zakotwiczone w ustawie zasadniczej, oznacza granice akumulacji zasobów przez jednostki. Zasada ta pomaga nam w uzmysłowieniu sobie, że każda pojedyncza czynność ma swoje skutki, jeśli chodzi o należące do nas wszystkich zasoby. Za pomocą telefonu przekazuję swoją wiadomość przez ograniczone pole elektromagnetyczne. Mój samochód zanieczyszcza nasze wspólne powietrze. Mogę napisać powieść, ale opieram się podczas jej tworzenia na dziedzictwie kulturowym i dostępnym we wspólnej domenie zasobie wiedzy. Prawa użytkowania innych członkiń i członków wspólnoty są granicami indywidualnych praw użytkowania.

Absolutne, wyłączne prawa własności prywatnej w obrębie przestrzeni wspólnej nie mogą mieć miejsca. Zasada ta ma zastosowanie niezależnie od tego, czy objęte nią zjawiska są materialne czy nie, albo czy należą one do sfery przyrodniczej, kulturowej czy też wspólnotowej. W celu uniknięcia nadmiernej eksploatacji albo niedostatecznego ich rozwoju, np. dramatycznego przetrzebienia populacji ryb albo opuszczania pracy kreatywnej - jakakolwiek forma własności (będąca wynalazkiem państwa) musi być analizowana pod kątem dwóch kwestii:

a) Każde użycie tego, co wspólne, musi zapewnić, że pula dostępnych dla wszystkich zasobów nie zostanie zniszczona albo wyeksploatowana
b) Nikt nie może być wykluczony z dostępu i użycia współdzielonych zasobów, w tym osoby, które są zależne od nich z powodu potrzeby zaspokojenia swoich podstawowych potrzeb.

Prawo dostępu i użytkowania muszą być zaprojektowane tak, by zapewnić utrzymanie i rozwój własności wspólnotowej. Oto zasady uczciwego uczestnictwa i zrównoważonego rozwoju.

Co jest publiczne lub finansowane z publicznych pieniędzy, musi pozostać powszechnie dostępne. Badania sektora publicznego, by podać tu odpowiedni przykład, muszą pozostać dostępne dla nas wszystkich. Nie ma żadnego powodu, by dawać wydawcom albo korporacjom farmaceutycznym wyłącznych praw i patentów do korzystania z publicznych badań. Ciała ustawodawcze tak postępowały, uwzględniając interesy biznesu, co sprawiło, że publikacje naukowe stały się niedostępne, a cenne medykamenty nieprzyzwoicie drogie. Alternatywy pojawiają się w ruchu na rzecz dobra wspólnego, co ilustrują rozliczne projekty bardziej uczciwego licencjonowania i alternatywne modele patentowania w nauce i kulturze.

To, co wspólne, pomaga nam w przemyśleniu na nowo koncepcji praw własności. Wyzysk naszej wspólnej własności wspólnotowej ma niebezpieczne konsekwencje dla większości żyjących dziś i w przyszłości ludzi. Można to zaobserwować w wypadku zmian klimatu i wyczerpywania się wielu zasobów naturalnych, jak również jeśli chodzi o sektor finansowy, dla którego egoistyczne cele zarobkowy stały się celami samymi w sobie, ze szkodą dla społeczności. Dzielona przez nas jakość życia ograniczana jest przez komercjalizację wiedzy i ograniczanie jej dostępności. Nasze dziedzictwo kulturowe staje się w takiej sytuacji zbiorem nieżyciowych elementów, a reklama zaczyna dominować w naszej przestrzeni publicznej.

To, co wspólne, jest podstawą życia w dwóch znaczeniach. Bez wspólnotowej własności przyrodniczej nie ma przeżycia. Bez wspólnotowej własności kulturowej nie ma ludzkiego rozwoju. Każda i każdy z nas dotknięty jest przez poruszone w tym tekście kwestie. Nawet biznes potrzebuje tego, co wspólne, by zarabiać pieniądze dziś i jutro. Wszyscy potrzebujemy własności wspólnotowej, by przetrwać i rozwijać się. To podstawowe założenie, pokazujące, dlaczego prawo użytkowania tej własności przez ludzi musi zawsze mieć większą wartość niż prawa własności korporacji. Tu tkwi obowiązek państwa do obrony własności wspólnotowej, obowiązek, z którego nie może zrezygnować. Nie oznacza to, że państwo zawsze musi być najlepszym opiekunem naszych interesów. Wyzwanie polega na tym, by to same wspólnoty stworzyły ramy instytucjonalne i formy organizacyjne, jak również zasady dostępu i użytkowania, by ochronić swoją własność. Wspólnoty muszą stworzyć własny sektor, ponad rynkiem i państwem, by służył on dobru publicznemu w swój unikalny sposób.

W kierunku społeczeństwa rozwoju tego, co wspólne

Tak jak różne są własności wspólnotowe i ludzie je tworzący, tak różne są formy organizacyjne ich użytkowania. Napotykamy się z nimi wszędzie i mają one wiele twarzy: grupy samoorganizacyjne, organizacje społeczeństwa obywatelskiego, prywatne agencje i sieci, kooperatywy czy organizacje opiekuńcze, małe wspólnoty sąsiedzkie i międzynarodowy ruch Wolnego Oprogramowania. Reguły i wartości każdej własności wspólnotowej wywodzą się z potrzeb i działań podejmowanych przez samych, bezpośrednio zaangażowanych weń osób. Ktokolwiek powiązany jest z tym, co wspólne, musi uczestniczyć w debacie i wdrażaniu tych reguł.

Zwolenniczki i zwolennicy własności wspólnotowej nie są skupieni wokół jednego, lecz wielu ośrodków. Potrzebujemy ich na poziomie lokalnym, regionalnym i globalnym. Konflikty mogą być rozwiązywane bezpośrednio w obrębie dobrze zorganizowanych społeczności i ich wspólnej własności. Przed tym globalnym ruchem stoi niemal nierozwiązywalne wyzwanie, kiedy bowiem "społeczność międzynarodowa" zbiera się wspólnie i definiowała się w ten sposób? W jaki sposób mamy osiągnąć zgodę w kwestii zrównoważonego użytkowania wspólnych zasobów? Im bardziej złożony system, tym ważniejsze staje się stworzenie przejrzystych ram instytucjonalnych dla rozważnego zarządzania tym, co wspólne. Jeśli rządom uda się to osiągnąć i obronić własność wspólnotową, wtedy ich działania zyskają społeczne wsparcie.

To, co wspólne, potrzebuje nie tylko reguł. Musimy zdać sobie sprawę z faktu, że reguły wymagają również ich odpowiedniego wdrożenia. Własność wspólnotowa kieruje się specyficznym etosem, jak również dążeniem do zdobycia i nauczenia się szeregu uzdolnień. Nasza społeczność potrzebuje uznać specjalne zdolności i wartości, które umożliwiają skuteczne działanie temu, co wspólne. Kultura wspólnotowości uznaje każdą inicjatywę czy projekt, służące ich wzmocnieniu, dając aktywną pomoc finansową i instytucjonalną na ten cel.

Konflikty są elementem różnorodności i stałego procesu odnawiania się tego, co wspólne. Poza zasadą rządów prawa, własność wspólnotowa w przyszłości wymagać będzie innowacyjnych struktur instytucjonalnych, ciał rozjemczych i mediacyjnych, sieci i interdyscyplinarnych opiekunek i opiekunów. Instytucje te będą stale rekonstruowane z powodu konfliktów i zmiennych potrzeb. Każda z nich ma wspólny cel - podniesienie silnego głosu na rzecz tego, co wspólne!

Świadomość tego, co wspólne, oznacza znajomość naszych warunków życia i badanie wszystkich poziomów, na których nasza produktywność i dobrobyt czerpią bezpośrednio z własności wspólnotowej. Wymaga ona zmian w sposobie myślenia o podstawach społeczeństwa. Oznacza on używanie, dzielenie się i rozwijanie naszego wspólnego dobra w wolny i samodzielnie zdeterminowany sposób. Wyzwanie to wymaga wiele pracy, jest też jednak wiele osobistej satysfakcji i poczucia spełnienia.

Nasze społeczeństwo potrzebuje dużej debaty i światowego ruchu na rzecz tego, co wspólne. Natychmiast!

- Dr. Frank Augsten (Sojusz'90/Zieloni, przewodniczący w Turyngii)
- Petra Buhr (Wissenallmende-Report.de)
- Dr. Hans-Joachim Döring (komisarz kościoła luterańskiego w Niemczech Centralnych ds. rozwoju i środowiska)
- Prof. Dr. Ulrich Duchrow (teolog, University of Heidelberg)
- Fritjof Finkbeiner (Global Marshall Plan Initiative)
- Lili Fuhr (Heinrich Böll Foundation)
- Andrea Goetzke (newthinking communications)
- Prof. Dr. Franz-Theo Gottwald (Schweisfurth-Stiftung)
- Jörg Haas (ekspert ds. klimatu)
- Benedikt Härlin (Fundacja Przyszłości Rolnictwa)
- Hermann Graf Hatzfeldt Silke Helfrich (autor)
- Kathrin Henneberger (Młodzi Zieloni)
- Gregor Kaiser (socjolog)
- Dr. Wolfgang Kessler (Publik Forum)
- Prof. Dr. Rainer Kuhlen (Uniwersytet w Konstanz)
- Julio Lambing (e-5 European Business Council for Sustainable Energy)
- Berthold Lange (Freiburger Kantstiftung)
- Prof. Dr. Bernd Lutterbeck (Uniwersytet Technologiczny Berlin)
- Annette Mühlberg (Network New Media, nnm)
- Rainer Rehak (Wuppertal Institut for Climate, Environment and Energy)
- Prof. Dr. Wolfgang Sachs (Wuppertal Institut for Climate, Environment and Energy)
- Jill Scherneck (Fundacja Heinricha Boella)
- Christoph Schlee (Network Basic Income)
- Dr. Christian Siefkes (programista, autor)
- Malte Spitz (członek zarządu federalnego Sojuszu'90/Zielonych)
- Prof. Dr. Ulrich Steinvorth (filozof, Uniwersytet Bilkent)
- Dr. Antje Tönnis (GLS Treuhand/ GLS Trust)
- Barbara Unmüßig (Fundacja Heinricha Boella)

Niniejszy dokument programowy został przygotowany przez zespół autorski przy okazji interdyscyplinarnych salonów politycznych Fundacji Heinricha Boella „Time for commons“, 2008/2009. Opublikowany został na wersji 3.0 licencji „Creative Commons Attribution-ShareAlike Germany“. Gorąco zachęca się do kopiowania, linkowania i twórczego przetwarzania tego dokumentu.

8 stycznia 2010

TAO polityki - cz.1, W poszukiwaniu duchowości

W polskiej polityce najbardziej brakuje mi duchowości. Ale nie chodzi tu o duchowość o jakiej pisał Paweł, nazywany przez niektórych świętym, albowiem duchowość, ta prawdziwa, wykracza daleko poza ograniczenia religijne. Trudno jednoznacznie sprecyzować czym jest duchowość, tak jak trudno opisać zapach róży. Wszelkie próby uściślenia tego pojęcia przypominają zdanie z książki o najsłynniejszym Kubusiu świata: „A im bardziej Puchatek zaglądał do norki, tym bardziej nie było tam Prosiaczka.” Spróbuję jednak (po raz pierwszy w życiu), określić czym jest ta niezwykła cecha. Dla mnie duchowość to empatia pozwalająca postawić siebie na równi z innymi i innych na równi z sobą. To umiejętność patrzenia na siebie z perspektywy innych. Wreszcie: to świadomość nie tylko zachodzących zdarzeń ale też czasu i miejsca.

Pewien zażywny jegomość uwielbiał rauty nie tylko dlatego, że mógł na nich skosztować różnych specjałów, ale też dlatego, iż na każdym załatwiał jakiś drobny ale opłacalny geszeft. Któregoś razu, będąc na przyjęciu, wyjął notes i zaczął nerwowo go kartkować kipiąc przy tym ze złości.

– Czy mogę panu jakoś pomóc? – spytał jeden z gości.
– Będę bardzo wdzięczny – zasapał jegomość. – Zaplanowałem na dziś dziesięć przyjęć…
– I z pewnością patrzy pan, gdzie ma się później udać?
– Nie – jegomość potrząsnął głową. – Próbuję ustalić, gdzie się teraz znajduję.

W dobie szybkiego rozwoju techniki i patrzenia na wszystko poprzez „szkiełko i oko” słowo duchowość w wielu uszach brzmi niczym wykopalisko archeologiczne i kojarzy się głównie z natchnionymi mistykami wieków minionych lub – co gorsza – ze współcześnie żyjącymi duchownymi, którzy powołując się na owych mistyków robią na nich zwyczajny interes. To dlatego wielu twierdzi, że słowo to należy uznać za archaizm i próbować je uwspółcześnić, a zamiast niego mówić raczej o psychologii. Dodają oni, że jeśli ktoś chce się doskonalić, może czytać książki lub udać się do psychoterapeuty. Jednak wizyty u nawet najlepszego terapeuty nie sprawią, że nagle przeżyjemy oświecenie (cokolwiek by ono nie znaczyło), co najwyżej sprawią, że staniemy się bardziej czujni, wyćwiczymy się w pewnych zachowaniach, nauczymy technik… Bowiem duchowość można posiąść ale wyćwiczyć jej nie sposób. Nauczyć jej mogą wyłącznie nauczyciele duchowi, których na Wschodzie nazywa się oświeconymi lub przebudzonymi i którzy, choć żyją w określonym otoczeniu religijnym, zwykle nie są osobami religijnymi (już nie). Słuchając ich, obserwując ich działania staje się jasne, że duchowość to słowo, które znaczy właśnie to co znaczy, ani mniej ani więcej. Nie trzeba go ani zmieniać, ani uwspółcześniać, bo jest niepodatne na czas i modę.

Świeżo upieczony student medycyny rozczarowany księgozbiorem w bibliotece rzekł do bibliotekarza:

- Czy nie macie jakichś nowych pozycji z anatomii? Te które są wydano kilkanaście lat temu.
- Posłuchaj synu – odparł zapytany. – W ciągu ostatnich kilkunastu lat nie przybyło nowych kości w ludzkim ciele.

Z każdą dekadą czujemy się coraz bardziej samotni i pogubieni. Coraz nowsze narzędzia komunikacji tylko pozornie przybliżają nas do siebie. Często jesteśmy bezradni wobec tego co przynosi życie. Brakuje nam mistrzów duchowych, autorytetów. Nic więc dziwnego, że mniej lub bardziej świadomie poszukujemy duchowości i kochamy tych, u których dostrzegamy choćby iskierkę tej niezwykłej cechy. To dlatego wciąż pamiętamy o księżnej Dianie, podziwiamy Dalajlamę, trzymamy kciuki za Annę Dymną i jej fundację…

Kościół katolicki pilnie odrabia wszystkie prace domowe i wie, że duchowość jest towarem deficytowym. Dlatego robi co może, by zaszczepiać swoją, katolicką „duchowość”. Wychodzi bowiem ze słusznego skądinąd założenia, że z braku innych propozycji maluczcy zadowolą się erzacem. W efekcie, Watykan wynosi na ołtarze kolejnych gierojów skracając procesy beatyfikacyjne; tym samym słabnący katolicyzm dostaje kolejne zastrzyki „świeżej krwi” dzięki którym utrzymuje się w jakiej takiej kondycji. I choć statystyczny Kowalski w zaciszu domowym kontestuje politykę Kościoła, lęk nie pozwala mu na przeciwstawienie się instytucji, w której przeczuwa ramię Najwyższego. Poza Najwyższym, boi się też piekiełka, które mogliby mu zgotować sąsiadujący z nim parafianie.

Politycy – także ci z lewej strony sceny – podobni są do przeciętnego Kowalskiego: wolą ulegać Kościołowi, byle tylko się nie narazić. W innych zaś cechach owego Kowalskiego przerastają: są o niebo lepsi w cwaniactwie, arogancji i najzwyklejszej głupocie. Sięgają po władzę dla samej władzy, bo, tak naprawdę, nie zamierzają zrobić nic dla swych ziomków (co najwyżej dla kilku ziomali). Bywa jednak, że naciskani przez opinię społeczną zaczynają działać. Wówczas obserwujemy ich niezwykłe wyczyny…

Stonoga udała się do mądrej sowy, by poskarżyć się na podagrę. Bolała ją każda ze stu nóg. Sowa pokiwała głową i poradziła:

- Zostań wiewiórką. Będziesz miała tylko cztery nogi więc ból zmniejszy się aż o 96 procent.
- Niezły pomysł – ucieszyła się stonoga. – Ale jak mogę stać się wiewiórką?
- A skąd ja mam to wiedzieć? Pytałaś co zrobić, by ból się zmniejszył. I dostałaś odpowiedź.

Polityka jest jak palec, którym przywódcy powinni wskazywać kierunek rozwoju. Tymczasem jedni politycy z zachwytem podziwiają ów paluszek, inni zajęci są ssaniem go, jeszcze inni używają go pogrożenia albo przeliczenia pieniążków. Prawie żaden z nich nie wie i nawet nie przypuszcza, że nowoczesny polityk, w nowoczesnym państwie powinien pamiętać, iż człowiek ma nie tylko prawo do miski krupniku, ale także do szczęścia.

Spyta ktoś: po co ta cała gadka o duchowości? Czy nie wystarczy, by politycy skupili się na powierzonym im zadaniu i zaczęli traktować swych wyborców po ludzku? Ale co to znaczy „po ludzku”? W końcu zwierzęta mieszkające w schroniskach też staramy się traktować „po ludzku”, lecz – zdaniem wielu – to im nie wystarcza. To dlatego zabieramy je do domu i dajemy im kawałeczek miejsca w naszym sercu. Skoro więc zwierzęta zasługują na miłość to czyż nie zasługują na nią ludzie? Powie ktoś: pewnie zasługują, ale czy polityk powinien być: mamką, przyjacielem i nauczycielem? A czemu, nie? Jeśli poświęcił swe życie tak trudnej służbie, powinien być z jednej strony opiekunem i druhem, z drugiej – guru, jednak nie związanym z jakimkolwiek sekciarstwem. Ot, nauczycielem jakich znamy ze starych, chińskich opowiastek.

Niestety, o choćby jednego prawdziwego guru w polskiej polityce jest równie trudno jak o wygraną w toto-lotka (choć jedno i drugie nieraz się zdarza). Co więc robić? To proste: nauczyć polityków duchowości. I tu otwiera się pole dla osób będących przebudzonymi lub uduchowionymi. Tacy mistrzowie, pojawiając się w przestrzeni publicznej mogą nauczyć polityków empatii, dystansu i wielu innych, pożytecznych cech, które powinien mieć nowoczesny mąż stanu. Należy znaleźć takich guru i zachęcić ich do działania. I – co najważniejsze – nie przeszkadzać im, a przyniesie to niezwykłe efekty.

Cesarz usłyszał, że w niedalekim eremie jest najpiękniejszy w całym państwie krzak różany, który akurat zaczął kwitnąć tysiącem kwiatów. Postanowił go obejrzeć. Po przybyciu zobaczył, że na krzewie jest tylko jedna róża.

- A gdzie reszta? – spytał Mistrza
- Ściąłem dziś rano.
- Czemu to zrobiłeś? – oburzył się cesarz.
- Gdybym zostawił je wszystkie na krzaku, nie zobaczyłbyś ani jednej z nich. Przyzwyczaiłeś się do tłumów, panie. Powiedz, kiedy po raz ostatni widziałeś człowieka?

Jerzy Andrzej Masłowski – poeta, prozaik, członek Zielonych 2004

7 stycznia 2010

W zielonej sieci - odc. 16

Blogi:

- Joseph Healy wspomina o brytyjskim żołnierzu, który sprzeciwił się wojnie w Afganistanie.

- Tabloidy nie grzeszą inteligencją nie tylko w Polsce, jak donosi Andy C - spadł śnieg, więc nie ma zmian klimatu? W Wielkiej Brytanii takie stwierdzenie jest możliwe.

- Poszukajmy nowego rozwiązania na globalne ocieplenie - Molly Scott Cato ma nawet pewien pomysł...

-... tym bardziej, że mamy już tylko 83 miesiące na działanie, o czym przypomina Andrew Simms.

- Rupert Read przypomina - spory wpływ na stan zdrowia w danej społeczności ma poziom zaobserwowanych w niej nierówności.

- Richard Lawson niestrudzenie pokazuje, że sceptycyzm w kwestii zmian klimatu jest grubymi nićmi szyty.

- Ponieważ mamy karnawał, Bardzo Publiczny Socjolog proponuje nam listę swoich ulubionych utworów tanecznych z ostatnich lat. A że jest ich sto, to zabawy nie zabraknie.

Partie:

- Niemcy:
Na Nowy Rok nie ma to jak analiza działań, jakie trzeba podjąć, by odnosić kolejne sukcesy. Niemieccy Zieloni pod tym względem kompleksów mieć nie muszą.

- Austria: Wielka Koalicja bawi się w utrudnianie życia imigrantkom i imigrantom, Zieloni z tym walczą.

- Europa: Europejska Partia Zielonych apeluje do "europrezydenta" - walcz o Zielony Nowy Ład! Zieloni w Parlamencie Europejskim irytują się dalszym łamaniem praw człowieka w Rosji.

- Anglia i Walia: Niepokój z powodu ostrzelania konwoju humanitarnego udającego się do Strefy Gazy.

- Kanada: Tu dominuje inny niepokój - spowodowany przesunięciem przez premiera sesji parlamentu na... marzec.

-Irlandia: Rusza innowacyjny projekt instalowania inteligentnych mierników zużycia energii.

- Australia: Zieloni szykują się do wyborów.

YouTube:

- Kampania wyborcza w Wielkiej Brytanii rusza na poważnie - obejrzyjcie filmik wyborczy Adriana Ramsay'a, wiceprzewodniczącego Zielonych Anglii i Walii, walczącemu o mandat w okręgu Norwich South.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...