Kto to jest ekolog? Odpowiedź wydaje się prosta: ekologiem jest ten, kto nauczył się ekologii i wykonuje zawód ekologa. Ekologię studiuje się na uniwersytecie lub innej wyższej uczelni jako specjalizację, rzadko jako kierunek. Kandydat na ekologa uczy się wielu przedmiotów, odbywa praktyki, opracowuje projekty, słowem, nabywa wiedzę.
A jest czego się uczyć, bo ekologia to nauka o wzajemnym oddziaływaniu środowiska na organizmy i odwrotnie: organizmów na środowisko. Dobry ekolog to jak dobry lekarz: musi umieć przewidzieć jaki skutek będzie miało dla środowiska i przebywających w nim organizmów postępowanie ludzi.
Czy jednak wiedza Goździkowej o tym, że etopiryna pomaga na ból głowy czyni z niej lekarza? Ekologów ci u nas dostatek, bo na ekologii zna się każdy. Tak jak każdy zna się na medycynie i polityce.
Słowo ekologia zrobiło ostatnio zawrotną karierę i nie jest już używane w swoim pierwotnym znaczeniu, na określenie części biologii jako nauki. Ekologia a ochrona przyrody czy ochrona środowiska to dla dziennikarzy jedno i to samo. Mylą im się te nauki, ekologią jest też sozotechnika, prawo ochrony środowiska, gospodarka wodna, normy i wiele innych dziedzin. Wszystko jest ekologiczne wokół: ekologiczne są domy, odzież, żywność, torby, samochody, meble itp. Przymiotnik „ekologiczny” może znaczyć wszystko, ale zawsze jest to cecha czegoś przyjaznego środowisku bądź zdrowszego od tego, co ekologiczne nie jest.
Natomiast liczba mnoga od ekologa, czyli wyraz „ekolodzy” używany jest w różnych okolicznościach i jest nadużywany w obecnym języku potocznym oraz w mediach.
Ekolodzy nabrali znaczenie pejoratywnego, a sam wyraz stał się prawie obraźliwy.
Jako ekolog z wykształcenia nie mogę się z tym pogodzić.
Przecież ekologia to piękna nauka, pełna zrozumienia przyrody. Jej nazwa pochodzi od greckiego słowa oikos, co znaczy dom. Dla starożytnego Greka domem była przyroda, my w dzisiejszych czasach już nie używamy słowa dom w tym znaczeniu. Dla nas dom, znaczy tyle co budynek , czasami używamy tego słowa w znaczeniu „domowe ognisko”
W jakim znaczeniu używa się dzisiaj słowa ekolodzy?
Aby to zbadać, wprowadziłam hasło „ekolodzy” do przeglądarki Google.
Prześledziłam kontekst , w jakim użyto tego słowa na 260 stronach WWW, zawierających artykuły i notatki. Proporcje kształtują się tak, jak wśród artykułów z Wiadomosci24.pl: Tag „ekolodzy” zawiera ich 32 z tego 15 są to mniej lub bardziej rzetelne informacje, w których autorzy używają słowa „ekolodzy” w znaczeniu: przyrodnicy. 5 wiadomości ma wymowę pozytywną , a 12 mówi o ekologach negatywnie.
Rzadko jednak ekolodzy postrzegani są pozytywnie. Tylko wtedy, gdy używa się tej nazwy w znaczeniu –przyrodnicy. Co ekolodzy robią dobrego? Liczą ptaki i nietoperze. Wypuścili narybek łososia do Wisły. Bliższy kontakt z tekstem doprowadził mnie do wniosku, że tak naprawdę chodzi nie o przyrodników tylko wędkarzy zrzeszonych w Związku Wędkarskim. Ilu było wśród nich przygotowanych zawodowo ekologów- nie wiadomo.
Jest taki zlepek słów: młodzi ekolodzy. To dużo tłumaczy. Młodzi a więc niedoświadczeni, jeszcze skłonni do porywów młodości. Im wolno robić rzeczy dziwne, na przykład w Kamieniu Śląskim ratować ryby z fontanny, po spuszczeniu z niej wody i przenosić je do rzeki. Czasami coś pożytecznego zrobią mali ekolodzy. Jakieś śmieci posprzątają , pograbią ścieżki. Bo: Jeśli dorosły człowiek ma szanować środowisko, w którym żyje, to pewne zasady musi poznawać od najmłodszych lat. Dlatego ekologia powinna towarzyszyć mu od samego początku jego edukacji.
Nic bardziej błędnego. Przecież jak taki mały, a potem młody ekolog dorośnie, to nie wiadomo kiedy zmienia się w potwora.
Bo, jak mówi poseł Janusz Piechociński: ”Ekologia jest ważna, ale nie może blokować rozwoju Polski”. Tak twierdzi społeczny prezes Krajowego Ruchu Ekologiczno-Społecznego.
Ekolodzy to naród namolny i wredny. Ekolodzy na ogół czegoś się domagają. Portal Nauka.pl ogłasza, ze chcą rezerwatów dla chrząszczy, na siłę można zaliczyć ten artykuł do lansujących pozytywny wizerunek ekologów. I tyle po stronie plusów.
Dobrzy ekolodzy to ci ze Stowarzyszenia Ekologów na Rzecz Energii Nuklearnej (SEREN). Tylko że tam akurat nie ma ekologów z wykształceniem ekologicznym, są fizycy! Widać też im się miesza, kto to jest ekolog.
Zdecydowanie więcej artykułów przedstawia ekologów negatywnie lub dorabia nam tzw. gębę.
„Ekolodzy wytykają drogowcom błędy. Jeśli ich uwagi zostaną uwzględnione to będą opóźnienia i słono za to zapłacimy” - straszy Puls biznesu. Czyli, ze lepiej zrobić drogę tanio, ale z błędami?
„Ekolodzy chcą limitować dzieci” - tu już powiało grozą. Zgłosiło się 57 dokumentów z tym tytułem, to robi wrażenie! Zatem mamy do czynienia z ekologami –mordercami.
„Ekolodzy - zamiast pomagać zwierzętom, terroryzują polskie cyrki”. Wydaje mi się jednak, ze cyrki swobodnie przemieszczają się dziś po kraju. Niehumanitarne traktowanie zwierząt natomiast powinno być potępione w cywilizowanym świecie.
„Ekolodzy starają się zablokować lub spowolnić każdą inwestycję” takie hobby mają czy co? W imię czego to robią, niegodziwcy? Szczególnie interesujące jest słowo „każdą”. Ono stwarza szczególnie groźną wizję ekologów, czyhających na rozpoczętą budowę drogi, budynku, sklepu.
Co jeszcze robią ekolodzy?
„Histeryzują, sprzeciwiają się, toczą regularną bitwę, demonstrują, manipulują, mszczą się, blokują.”
Słowem, wyczyny partii Leppera to przy tej działalności była dziecinada! Bo ekolodzy to: „pół ludzie- pół wiewióry”.
Już się nie straszy dzieci Babą Jagą, a czarownice i wiedźmy zostały zastąpione ekologami. Jak nie będziesz grzeczny , chłopczyku, przyjdzie ekolog i cię zje!
Dzięki swojej działalności „ekolodzy uzyskują silny wpływ na środowisko”. Żeby wzmocnić swoja pozycję „zakładają teczki”, a także „nabierają dziennikarzy”. Opowiadają na przykład bajki o krokodylu i przywabiają w ten sposób żurnalistów na swoje konferencje. Czasem też chronią drzewa perfidnie, nawet stosując takie metody, jak zawieszanie kapliczek na roślinach przeznaczonych do wycięcia.
Swoja drogą, jaki to kraj w którym kapliczka z deseczek ma większą wartość niż dorodne drzewo?
Kiedy ma powstać jakaś inwestycja, ekolodzy są szczęśliwi, bo mogą rozpocząć swoją wrażą działalność. Np. na sławnej już Górze św. Anny, która pierwsza została dotknięta plagą ekologów, ma być zainstalowany radar. „Ale gdyby protestowali ekolodzy, to w Ochodzu”. Po prostu, wtedy przeniesie się radar, bo nie jest w końcu ważne czy uzasadniona jest taka lokalizacja, ważne czy będą protesty, czy może nie.
Ekolodzy także „wybijają z głowy”. Na przykład wybili, nie jest jednak podane czym, budowę sortowni odpadów w dzielnicy mieszkaniowej.
Ekolodzy „kłamią” i nie można im wierzyć. „Dioksyny są nieszkodliwe. Dowód: Truciciele Juszczenki uwierzyli ekologom i proszę, wcale go nie otruli.”
Jacy są ekolodzy? Najczęściej „radykalni”, a czasem nawet „barbarzyńscy”. Najgorsi są ci z Greenpeace - to są nawet „zbyt radykalni ekolodzy” - cokolwiek to ma oznaczać.
To tak jakby powiedzieć ”zbyt nieżywy” o martwym wielorybie. Tak o nich pisze portal biolog.pl, co już mnie bardzo zadziwia. Może biolodzy z biologa.pl zapomnieli, ze ekologia jest częścią biologii?
Poza tym ekolodzy są opisywani jako: walczący, wojowniczy, wodzący za nos, buńczuczni, desperaccy. „Protestują oczywiście dla pieniędzy”, „blokują rozwój kraju” i „chcą abyśmy byli skansenem”. To dla „ich uciechy powstaje nowy urząd”. Żeby nie było wątpliwości, mowa jest o Dyrekcji Środowiska, której powstanie porządkuje procesy przygotowania inwestycji.
Czasami nie mamy do czynienia z ekologami tylko „tak zwanymi ekologami”. Rozumiem, ze dziennikarz rozgranicza te oba pojęcia, tak jak kibiców odróżnia się od pseudokibiców.
„Gazeta Wyborcza” oznajmia wyniki postępowania Trybunału Europejskiego w taki sposób „Sąd nad Rospudą. Ekolodzy górą”. To nie prawo zatryumfowało, to ekolodzy wygrali. To nic, że największe skarby polskiej przyrody muszą być chronione przed polskimi politykami i drogowcami przez interwencje z Brukseli. Ekolodzy wygrali, ha!
W innym artykule czytam „Czeski Hawierzów gazuje gołębie, a ekolodzy są przeciw”. Proszę, jacyś dziwni ci ekolodzy, a czy człowiek etyczny powinien być za?
Największe zarzuty wytacza przeciwko ekologom Vaclav Klaus, według niego „ekolodzy są zagrożeniem dla ludzkiej wolności”.
W ogóle cała Al-kaida to przy ekologach małe miki, bo ekolodzy to: Żołnierze operujący przy samym froncie są doskonale wyszkoleni, sprawni, potrafią wspinać się i nurkować. Są ideowcami gotowymi poświęcić swoje życie w obronie ekologicznych idei. W szeregach żołnierzy spotkać można wybranych przedstawicieli pospolitego ruszenia. Odbywają praktyki pod okiem fachowców, a nawet biorą udział w niektórych akcjach bojowych.
Następnie mamy szerokie linie tradycyjnych okopów, a nich pospolite ruszenie, prawdziwy konglomerat umysłów, mięśni, płci, charakterów, ras, zawodów, wykształcenia i umiejętności.
Bo ekolodzy to ekoterroryści!
Na łamach Nowej Trybuny Opolskiej skarży się ojciec Klemens, Franciszkanin, którego patronem jest św. Franciszek- patron ekologów właśnie:
„…tak zabawiają się ekolodzy, którzy gromadzą się, protestują , bo ktoś niszczy drzewa, ale że morduje się dzieci nienarodzone to już tego nie mówią. To nie ekologia, to hipokryzja”.
Nic nie rozumiem, co ma ochrona przyrody do dzieci poczętych?
Ale nareszcie zrozumiałam dlaczego PiSowski wiceminister edukacji narodowej zabronił ekologom wstępu do szkół. Oczywiście, dla dobra dzieci!
Wpadłam w głęboką depresję. Boję się wychodzić z domu. Zasługuję na potępienie. Jestem ekologiem, a ekolog, jak widać, to samo zło!
Prawdziwi ekolodzy, czyli ci, którzy są nimi z wykształcenia, boją się przyznać do swojego zawodu. Ekolog to nie brzmi dumnie. Negatywna opinia o ekologach bierze się z niezrozumienia i niedouczenia.
Tylko jak w takiej sytuacji podnieść świadomość ekologiczną polskiego społeczeństwa?
PS Treści zapisane kursywą pochodzą ze stron internetowych. Nie chciałabym ich promować w kontekście artykułu. Zainteresowanym polecam wpisanie wyodrębnionych fraz do przeglądarek.
Ten sprytny neologizm oczywiście łatwiej powiedzieć, niż wcielać w życie. Nie ukrywajmy - presja społeczna nadal potrafi być silna, a w im mniejszym ośrodku miejskim/wiejskim mieszkamy, tym jest ona prawdopodobnie większa. Do tego należy pamiętać o rodzinie, ta zaś bardzo rzadko daje zapomnieć o swoich - słusznych bądź nie - oczekiwaniach w stosunku do nas. Jednym z nich bywa kwestia zachowywania "rodzinnych tradycji", w których mieści się także komponent religijny. Nic to, że owe tradycyjne podejście może być nam zupełnie obce - walka z podejściem, które promuje zasadę "nie wychylać się" przypomina niekiedy walkę z wiatrakami. Nic zatem dziwnego, że niektóre i niektórzy z nas tę zabawę w kotka i myszkę zamieniają na spokojna egzystencję nie do końca w zgodzie z własnymi przekonaniami.
Dziejową wypadkową jest fakt, że dziś konformizm dotyczy akurat katolicyzmu - nie mam zwyczaju krytykować czyjejkolwiek szczerej wiary dopóty, dopóki nie krzywdzi ona drugiego człowieka. Co więcej, potrafię sobie wyobrazić nonkonformistyczne, emancypacyjne chrześcijaństwo - ale to raczej nie nad Wisłą. U nas problem skutków powojennej homogenizacji społeczeństwa po dziś dzień pęta nasze życiowe możliwości. W sytuacji, gdy osoba o innym kolorze skóry nadal potrafi wzbudzać dość duże zainteresowanie na naszych ulicach (a niekiedy nawet - niestety - osoba taka potrafi paść ofiarą ataków rasistowskich), inny światopogląd religijny również bywa na cenzurowanym.
Imprezy typu chrzest czy - już w szczególności - Pierwsza Komunia są "jazdą obowiązkową" niemal niezależną od przekonań rodziców. Niewiele jest odważnych osób, które są w stanie obronić swój sprzeciw wobec udziału w tego typu imprezach. W tym ostatnim przypadku problemem jest też otoczenie dziecka. Dzieci, jak wiadomo, są bezkompromisowe w swoich opiniach, podobnie jak w głoszeniu zasłyszanych w domu fraz. Młodziak, który nie będzie brał w celebrze udziału, dość szybko może stać się "obcym" w dziecięcej społeczności. Nikt nie zaprzeczy, że obok aspektu duchowego bardzo wyraźny (w końcu żyjemy w erze gospodarki rynkowej) jest też aspekt materialny - piękne garnitury i sukienki, wystawne przyjęcia, kosztowne prezenty. Młody człowiek, pozbawiony tego typu ziemskich przyjemności, może czuć rozgoryczenie, zupełnie niezależne od własnych, rodzących się przekonań na temat religii. Trudno w takiej sytuacji mówić o czyjejkolwiek wolności wyboru.
Cóż w takiej sytuacji robić? Pewnym rozwiązaniem byłaby edukacja, tak więc koncepcja wcześniejszego wysyłania dzieci do szkół ma szansę sprzyjać zmianie społecznej. Szansa ta może jednak zostać zaprzepaszczona, jeśli niedokończony pozostanie proces laicyzacji i rozdziału Państwa od Kościoła. Lekcje religii w publicznych placówkach oświatowych ani nie poprawiły moralności Polek i Polaków, ani nie przyczyniły się do wzrostu wiedzy o katolicyzmie. Potrzebne są lekcje religioznawcze, które dostarczą młodym ludziom wiedzy o wierzeniach z całego świata i głównych prądach filozoficznych. Możliwe będzie wówczas danie młodzieży narzędziowni, umożliwiającej im dokonywanie własnych, świadomych wyborów, dotyczących własnego życia i przekonań. Nagle okaże się, że dogmaty tego czy owego kościoła czy związku wyznaniowego nie są uniwersalne.
Rozwiązania te nie muszą być skierowane przeciwko komukolwiek - zwiększają ludzką wolność i pozwalają na dokonywanie świadomych wyborów. Kiedy nie będzie już tyle miejsca na presję związaną z koniecznością odprawiania pustych dla kogoś rytuałów, będą je praktykować tylko Ci, którym na nich zależy. Dzięki temu zwiększy się dość znacznie przestrzeń różnorodności, która będzie mogła ubogacać zarówno nas samych, jak i różne grupy, w których operujemy.
MEDYTACJA DLA POKOJU 8 MAJA 2009
organizowana przez Kreatywną Grupę Kobiet Pro-kreacja od 18.00 do 19.30 na Placu Piłsudskiego w Warszawie zapraszamy wszystkich pozytywnie myślących do wspólnej medytacji na rzecz pokoju i harmonii na Ziemi.
Medytacja odbędzie się w Dniu Zwycięstwa, kiedy to zwykle odbywają się defilady wojskowe, przemówienia. My kobiety, których misją na tej planecie jest przekazywanie i chronienie wszelkich przejawów nowego życia, jesteśmy wdzięczne za pokój, który dla nas jest zgodny z prawem natury. Pokój zaczyna się w każdym z nas, kiedy choć na chwilę jesteśmy w stanie znaleźć POKÓJ w swoich sercach. Zapraszamy do wspólnego działania na rzecz życia na Ziemi.
***
Polityka natury
Prof. Magdalena Środa weźmie udział w debacie organizowanej przez "Krytykę Polityczną" i tygodnik "Polityka" na temat związków polityki i ekologii w ramach Festiwalu Planet Doc Review. Zapraszamy 9 maja (sobota), godz. 18.00, Kinoteka, pl. Defilad 1.
"Krytyka Polityczna" oraz tygodnik "Polityka" zapraszają na debatę o związkach polityki i ekologii. Pretekstem do rozmowy będzie film Wiek głupoty Fanny Franny Armstrong oraz książka Bruno Latoura Polityka natury (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2009).
Prelegent(k)ami będą:
Prof. Maciej Nowicki – minister środowiska, ekolog, działacz społeczny
Ewa Smuk-Stratenwerth – antropolożka, ekolożka, Stowarzyszenie „Ziarno”
Prof. Magdalena Środa – etyczka, filozofka
Maciej Gdula – "Krytyka Polityczna", autor wstępu do książki Bruno Latoura Polityka natury
Moderatorem debaty będzie Edwin Bendyk – publicysta tygodnika "Polityka", przewodniczący jury Green Warsaw Award.
***
Inauguracja kampanii CentroLewicy
Zieloni zapraszają na inaugurację kampanii Koalicyjnego Komitetu Wyborczego PdP CentroLewica (PD - SDPL - Zieloni 2004), podczas której zostaną przedstawieni kandydatki i kandydaci startujący z list CentroLewicy do Parlamentu Europejskiego. Zapraszamy 10 maja (niedziela), godz. 13.00, Centrum Multimedialne Foksal, ul. Foksal 3/5.
***
Strategia opozycji na rosyjskiej szachownicy politycznej
14 maja 2009, godz. 13.00-15.00
Centrum Konferencyjne Zielna, ul. Zielna 37
W grudniu 2008r. Garri Kasparow, niedoszły kandydat na prezydenta Rosji w ostatnich wyborach prezydenckich, wraz z grupą liberalnych opozycjonistów rosyjskich, założył organizację „Solidarność”. Nazwa nawiązuje do polskiego ruchu opozycyjnego i wzorem polskiej Solidarności, celem rosyjskiej jest pokojowy demontaż obecnej władzy w Rosji. Jednocześnie ruch zrzesza szerokie spektrum organizacji, które łączy przede wszystkim krytyka wobec Kremla, ale niekoniecznie jednakowe definiowanie politycznych celów i standardów demokracji.
Demonstracje krytyków Kremla są w Rosji brutalnie tłumione przez specjalne oddziały policji do walki z terroryzmem OMON. Wielu działaczy opozycyjnych za odwagę wyjścia na ulicę i jawne demonstrowanie swych krytycznych wobec władzy poglądów trafia do więzienia. Przeciętny Rosjanin nie żyje jednak w poczuciu represji politycznych. W czasach prezydentury Putina naród cieszył się rosnącym dobrobytem, chwaląc za to prezydenta i nie pojmował, czego chce Kasparow i skłócona miedzy sobą opozycja, walcząca o kilka procent elektoratu przywiązanego do demokracji i niechętnego wobec Putina.
Od kilku miesięcy wskutek kryzysu gospodarczego i spadku cen ropy, które stanowią podstawę dobrobytu w Rosji wzrasta niepokój społeczny. Ubożejące społeczeństwo coraz jawniej demonstruje niezadowolenie z bieżącej polityki tandemu prezydenta Miedwiediewa i premiera Putina, wychodząc na ulicę. Bank Światowy przewiduje w 2009r. dalsze pogorszenie koniunktury gospodarczej w Rosji i spadek PKB. Mający opinię czołowego technologa politycznego Kremla, Gleb Pawłowski ostrzegał niedawno przed spiskiem na szczytach władzy i „niewielkim przewrotem”, celem którego byłaby roszada na rosyjskiej szachownicy politycznej.
Jaka jest strategia rosyjskiej opozycji w obliczu obecnej sytuacji w Rosji? Czy jest szansa na zmiany polityczne w Rosji w najbliższym czasie? Czy kryzys może ułatwić demokratyzację? Czym jest „Solidarność” i czy sojusz z organizacjami o różnych standardach demokratycznych nie jest utrudnieniem w walce o demokrację? Jaka jest taktyka opozycji, aby postawić mata obecnej władzy?
Do debaty zaprosiliśmy polskich ekspertów i ekspertki z zakresu polityki wschodniej i Unii Europejskiej.
Dyskusję otworzy wystąpienie Garriego Kasparowa, lidera Rosyjskiej Solidarności
Komentarz: Prof. Aleksander Smolar, Prezes Fundacji im. Stefana Batorego
Spotkanie poprowadzi:
Agnieszka Rochon – dyrektorka Przedstawicielstwa Fundacji im. Heinricha Bölla w Polsce
Dyskusja w języku polskim i rosyjskim z tłumaczeniem symultanicznym.
Prosimy o potwierdzenie udziału telefonicznie 022 59 42 333 lub mailowo hbs@boell.pl
Poniżej - tekst Adama Ostolskiego z jego bloga na temat wyborów do Parlamentu Europejskiego. Gorąco zachęcam do lektury. Zdjęcie autora wykonała Joanna Erbel.
Pięciolecie wstąpienia Polski do Unii Europejskiej skłania do podsumowań. Stawia się pytania, co dało Polsce te pięć lat. W doświadczeniu wielu Polaków i Polek Europa przestaje powoli być obiektem fantazmatycznym, spełnieniem ich zbiorowych marzeń lub koszmarów. W coraz większym stopniu jest po prostu naszą rzeczywistością, której wpływ na nasze życie raz jest dobry (strumienie unijnych pieniędzy, otwierające się rynki pracy), innym razem zły (los stoczni w Gdańsku, Gdyni, Szczecinie). Nasz zbiorowy stosunek do Europy stał się niewątpliwie dojrzalszy, bardziej realistyczny. Wciąż jednak nie stała się ona w potocznym odczuciu czymś, co kształtujemy i za co jesteśmy współodpowiedzialni. Niemrawa kampania do europarlamentu, w której dominuje perspektywa narodowa, a także niskie zainteresowanie eurowyborami pokazuje to może najlepiej.
Ostatnie pięciolecie przyniosło jednak głębokie zmiany nie tylko w Polsce, lecz także w polityce europejskiej. Unia Europejska nie jest dziś taka sama jak wtedy, gdy do niej wstępowaliśmy. Zapowiedź tego mieliśmy już w roku 2004, kiedy nowo wybrany Parlament Europejski zablokował kandydaturę Rocco Buttiglionego na unijnego komisarza ds. praw obywatelskich. Potem przyszły następne konflikty – o dyrektywę patentową i o dyrektywę usługową (Bolkesteina), by wymienić tylko te najgłośniejsze. To znak dojrzewania europejskiej wspólnoty politycznej. Unia coraz bardziej staje się tym, czym powinna być – nie tylko obiektem fantazji czy narzędziem w ręku technokratów, lecz polem otwartego sporu, terenem zmagań o kształt naszego wspólnego świata.
Jednocześnie mamy do czynienia z bezprecedensowym „równaniem w dół” pod względem standardów socjalnych i pracowniczych. Impuls do tego równania w dół (Amerykanie używają w tym kontekście malowniczego wyrażenia race to the bottom, czyli „wyścig na dno”) dało do pewnego stopnia przyjęcie nowych krajów, w których standardy socjalne są niższe, a praca ludzka jest gorzej wynagradzana. Jednak decydująca była odpowiedź Komisji na tę sytuację. Zamiast poszukać prawnych i politycznych narzędzi, które pozwoliłyby powstrzymać obniżanie standardów, Komisja Europejska kierowana przez José Barroso przyjęła tę tendencję z otwartymi ramionami. Dumping socjalny w UE nie jest tylko efektem „naturalnych” procesów, lecz także skutkiem prowadzonej przez obecną Komisję polityki.
W europejskich zmaganiach o kształt wspólnego świata czasem przewagę uzyskuje lewica, a czasem prawica. Jednak zdominowana przez prawicę komisja Barroso konsekwentnie popierała interesy dużych państw członkowskich i wielkiego biznesu kosztem praw pracowniczych, konsumenckich i ekologicznych. Chodzi nie tylko o stronniczość Komisji w konkretnych sprawach, takich jak pomoc publiczna dla polskich stoczni (w parlamentarnej debacie na ten temat zgodnie wskazywali na to przedstawiciele wszystkich frakcji). Działania Barroso oraz jego koleżanek i kolegów mają szkodliwy wpływ także na kształt unijnych instytucji, na reguły świata, w którym żyjemy.
Przez pięć lat komisja Barroso nie znalazła czasu na wydanie wytycznych dotyczących przesłanek pozagospodarczych w stosowaniu prawa konkurencji. Tym samym względy społeczne i ekologiczne, które przed 2004 rokiem odgrywały poważną rolę w ograniczaniu destrukcyjnych skutków nieograniczonego rynku, praktycznie przestały się liczyć. Krajowe instytucje odpowiedzialne za ochronę konkurencji, na które przeniesiono kompetencje w tym zakresie, ani razu nie skorzystały z tych przesłanek.
W grudniu 2007 Europejski Trybunał Sprawiedliwości wydał precedensowe (i bardzo kontrowersyjne) wyroki w sprawach Laval i Viking (potwierdzone kilka miesięcy później wyrokiem w sprawie Rüffert), legalizując dumping socjalny i ograniczając poważnie prawo do strajku na terenie UE. Wyroki te wywołały konflikt między Komisją a Parlamentem. Parlament kilkakrotnie zwracał się do Komisji o rewizję dyrektywy o delegowaniu pracowników (która była podstawą prawną orzeczeń ETS). Barroso nie zareagował. Tym samym Komisja staje się odpowiedzialna za dumping socjalny, ograniczenia wolności związkowych i łamanie zasady „równa płaca za równą pracę w tym samym miejscu”.
W roku 2005 utworzono Frontex – unijną agencję odpowiedzialną za kontrolę granic zewnętrznych. Działalność Frontexu, a także polityka migracyjna i graniczna Unii nie tylko wzbudza ostrą krytykę ze strony organizacji broniących praw człowieka, lecz także wywołała „poważne zaniepokojenie” Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców oraz stanowczą krytykę komisarza ds. praw człowieka Rady Europy Thomasa Hammarberga. Marzenie o Europie jako ojczyźnie i przystani praw człowieka zaczyna coraz bardziej rozchodzić się z rzeczywistością.
To tylko kilka przykładów z bardzo długiej listy. Jest to bezdyskusyjnie najgorsza komisja w dziejach Wspólnot Europejskich. A jednak Barroso ma spore szanse na to, by zachować stanowisko na kolejną kadencję.
Jak to możliwe?
Przyjrzyjmy się stanowisku różnych frakcji w Parlamencie. Chadecy już ogłosili, że Barroso będzie ich kandydatem na przewodniczącego następnej Komisji. Zieloni sprzeciwiają się tej kandydaturze, a hasło „Stop Barroso” („Barroso musi odejść!”) uczynili jednym z wątków przewodnich swojej europejskiej kampanii wyborczej. Także europejscy komuniści na pewno będą przeciw Barroso. Liberałowie raczej Barroso poprą, chociaż najpewniej spróbują wytargować przy okazji dla siebie stanowisko przewodniczącego Parlamentu (na co mają poważne szanse). W tej sytuacji wiele, może najwięcej zależy od socjalistów. Ci zaś wahają się – lub raczej są w tej sprawie podzieleni.
Dlatego warto, zanim oddamy głos w nadchodzących wyborach, upewnić się, co nasz kandydat lub kandydatka myśli o kandydaturze Barroso na szefa Komisji. W tej sprawie nie ma miejsca na neutralność. Znam wiele osób, które noszą się z zamiarem oddania głosów nieważnych, gdyż czują, że po prostu nie mają na kogo głosować, że żadna lista jako całość nie spełnia ich minimalnych oczekiwań. Z czysto polskiej perspektywy jest w tym wiele racji. Ale dla Europy to są niezwykle ważne wybory. Europy nie stać na kolejne zmarnowane pięć lat. Tylko od nas zależy, czy Europę stać będzie na coś lepszego niż odchodząca Komisja. Wciąż mamy szansę powstrzymać Barroso, zatrzymać wyścig na dno i nadać Unii Europejskiej nowy kierunek.
O wpływie centrów handlowych na przestrzeń publiczną Bartłomiej Kozek rozmawia z Krzysztofem Nawratkiem, architektem-urbanistą i wykładowcą.
- Krzysztofie, zawodowo zajmujesz się miastem i jego przestrzenią. Widzimy gołym okiem, że dawne formy przestrzeni publicznej zdają się obumierać, a ich funkcje przejmują nowe obiekty, takie jak centra handlowe. Powiedz proszę, jak oceniasz te przemiany – czy są one Twoim zdaniem naturalne i należy je pozostawić samym sobie, czy też interweniować poprzez np. działania samorządowe?
- Najpierw trzebaby zdefiniować co to jest – lub była – owa przestrzeń publiczna i jakie jej formy obumierają. Ja od dłuższego czasu podchodzę bardzo nieufnie do tego pojęcia. Pamiętam jak na spotkaniu promocyjnym mojej książki w Krytyce Politycznej w Warszawie, profesor Jałowiecki mówił o linoskoczkach pląsających w przestrzeniach publicznych – mnie taka przestrzeń publiczna zupełnie nie interesuje. Interesuje mnie przestrzeń w której mogą zachodzić procesy społeczne i polityczne odkształcające rzeczywistość – a taką przestrzenią może być nawet bardziej „prywatna” przestrzeń zakładu pracy w czasie strajku niż jakiś placyk czy skwerek na którym pląsa linoskoczek.
- W swojej książce „Miasto jako idea polityczna” opowiadasz o potrzebie ponownego tworzenia centrów miejskich jako przestrzeni obywatelskiego życia wspólnoty lokalnej. Czy wyobrażasz sobie centrum handlowe jako przestrzeń demokratycznej debaty?
- Oczywiście. Może niekoniecznie debaty w takim sensie, że ludzie siadają i o czymś dyskutują – choć słyszałem, że Janek Sowa próbował w taki sposób hakować centra handlowe – lecz w sensie, jak już mówiłem, wpływania na rzeczywistość. Czyż przez sam fakt robienia zakupów w galerii handlowej, nie bierzemy udziału w debacie na temat ich istnienia?
- Co odróżnia – jeśli rzeczywiście istnieją różnice – centra handlowe od dawnych pasaży handlowych czy też ulic targowych?
- Dzisiejsze centra handlowe – co zabrzmi paradoksalnie w czasie gdy władza miejska się fragmentaryzuje – są poddane znacznie bardziej homogenicznemu reżimowi dyscyplinującemu. Dawne pasaże handlowe miały różnych właścicieli, podlegały też w większym stopniu władzy miejskiej. Z drugiej jednak strony, dzisiejsze centra handlowe są nieporównywalnie bardziej egalitarne i „demokratyczne” niż burżuazyjne, elitarne pasaże handlowe.
- Czy sam spędzasz czas w galeriach handlowych? Co sprawia, że z nich korzystasz lub też rezygnujesz z robienia tam zakupów?
- Owszem, robię zakupy w centrach handlowych. W Plymouth galeria handlowa jest po drugiej stronie ulicy, przy której jest mój Uniwersytet, i zaczyna ona (lub kończy – zależy z której strony się idzie) centrum miasta, wyznaczonego właśnie przez piesze ulice handlowe. W tym więc przypadku, stare i nowe sposoby handlowania się mieszają. W Katowicach, gdzie bywam również korzystam z „zabójcy centrum” jakim jest Silesia City Center – decyduje tu wygoda, w jednym miejscu można zrobić zakupy z różnych branż (co w moim przypadku, gdy jestem w Polsce zwykle tylko chwilkę ma znaczenie) oraz pójść do kina. Tym co mnie bardziej smuci, jest fakt, że przestrzeń miejska dziś jako taka podporządkowana jest przede wszystkim konsumpcji. No ale to jest problem przede wszystkim polityczny – przestrzeń jest tu ofiarą, nie sprawcą...
- Na czym polega Twoim zdaniem urok tych miejsc? Gdyby go nie było, ludzie zapewne nie spędzaliby w nich tyle czasu. Niedawno przeczytałem, że architekci uznają warszawskie Złote Tarasy za budowlanego potworka, a jednocześnie – gdy oglądam profile ludzi na Naszej Klasie – wiele osób z małych miasteczek jako zdjęcie główne wybiera sobie właśnie wnętrza tegoż centrum...
- Oczywiście. Pisałem kiedyś, że centra handlowe są czyste, ciepłe, mają darmowe ubikacje i miejsca by przewinąć niemowlę (proszę spróbować zrobić to w „publicznym” parku). Dają też poczucie pewnej elitarności (mimo tego, że jak pisałem, są bardzo egalitarne), pewnego luksusu. Odpowiadają więc na bardzo ważne ludzkie potrzeby.
- Co powiesz o „autentyczności” centrum handlowego i jego neutralności – czy stykając się z nim masz poczucie kontroli nad własnym zachowaniem konsumenckim, czy też bliżej Ci do poczucia, że rozbudzane są potrzeby konsumpcyjne, których wcale nie masz?
- O autentyczności nie ma oczywiście mowy – istotą Centrum Handlowego jest jego sztuczność! To właśnie tej sztuczności szukamy oglądając telenowele i przechadzając się po galeriach handlowych. Myślę, że zarówno ja jak i bardzo wielu klientów centrów handlowych, jesteśmy bardzo świadomi tego co galerie usiłują z nami zrobić i stawiamy silny opór. Nawet moja dziesięcioletnia córka robi zakupy bardzo rozsądnie, samoograniczając się do tego co jest jej rzeczywiście potrzebne (a jeszcze dwa lata temu rzeczywiście w galeriach handlowych dostawała swego rodzaju amoku). Myślę więc, że gra jest mniej więcej uczciwa – my wiemy co oni chcą z nami zrobić i czasami im na to pozwalamy. Jeśli sprawia nam to przyjemność. Bo to o przyjemność fantazjowania w galerii handlowej chodzi – o rozkosz wyobrażania sobie innego świata niż ten w którym przyszło nam żyć na co dzień.
- Jak powinna wyglądać demokratyczna kontrola nad przestrzenią miejską? Pytam w kontekście tego, że trudno nie załamać się, gdy z obskurnego dworca Warszawa Centralna wchodzi się do lśniących, Złotych Tarasów trudno jest potem bronić przestrzeni publicznej jako wartości samej w sobie...
Jeśli władze miasta wycofują się z zarządzania przestrzenią, a właściciele prywatni wręcz przeciwnie – to efekty są jakie są. Swoją drogą – przecież Dworzec nie jest publiczny! Jest własnością PKP. Obrona przestrzeni publicznej jest – w teorii – łatwa. Należy zmusić miasto, by robiło co do niego należy. Akcje które podejmują aktywiści miejscy na przykład w Łodzi czy Wrocławiu niosą taki właśnie przekaz – niech władze miejskie władają miastem, bo jeśli nie, to jaki inny jest sens ich istnienia? Co ciekawe, wydaje się, że wszędzie tam, gdzie dogmat neoliberalny jest przez władzę w taki czy inny sposób kwestionowany, tego typu działania mają szanse powodzenia.
- Badania brytyjskich miast i miasteczek wskazują, że pojawienie się centrum handlowego nawet na obrzeżach danej miejscowości prowadzi do zmian nawyków zakupowych i do zamykania małych, niezależnych sklepów w centrach miast. Czy dostrzegasz jeszcze inne przykłady wpływu rozwoju handlu wielkopowierzchniowego na miasto?
- Szczególnie gdy centrum handlowe pojawia się na obrzeżach, jego wpływ na miasto jest potężny. Jak mówiłem – galeria handlowa w centrum Plymouth w jakiś sposób współgra z małymi sklepami działającymi w centrum miasta, wielkie Silesia City Center w Katowicach praktycznie zabiło centrum miasta. Wielkie centra handlowe lokowane poza centrum mają też pewien wymiar dyskryminacyjny – egalitaryzm egalitaryzmem, ale barierą jest posiadanie samochodu. We wspomnianym już Plymouth oprócz galerii handlowej w centrum, są centra handlowe poza miastem – ponieważ nie mam samochodu, nigdy tam nie byłem. W Katowicach natomiast transport publiczny obsługuje Silesie co z jednej strony powoduje, że jest ona bardzo egalitarną przestrzenią, z drugiej sprawia, że jej siła oddziaływania na miasto jest potężna.
- Co powiedziałbyś o władzach miasta, które wolą oddawać przestrzeń dzielnicowych bazarów na budownictwo mieszkaniowe, a jednocześnie z otwartymi ramionami przyjmują każde kolejne wielkie centrum handlowe, sądząc, że w ten sposób zaspokajają potrzeby społeczności lokalnej? Tak moim zdaniem dzieje się w Warszawie...
Nie chce oceniać władz Warszawy, lecz w pewnym teoretycznym modelu, takie działanie jest głupotą. To o co walczę w moich publikacjach, to odbudowa podmiotowości miasta, odbudowanie jego siły w oparciu przede wszystkim o kapitał społeczny jego mieszkańców i użytkowników. Oczywistym jest, że działania które preferują kapitał „zewnętrzny” i „płynny”, kosztem bardziej stabilnego kapitału lokalnego, są – delikatnie mówiąc – mało rozsądne.
- I tak na koniec – kiedy słyszysz słowo „centrum handlowe”, myślisz...
- Oj, chyba skończyło mi się mleko...