Blogi:
- Większość doniesień od Zielonych na całym praktycznie świecie wiąże się z trwającym szczytem klimatycznym w Kopenhadze, ale postaram się też wysupłać nieco innych wieści. Dla przykładu - Ben Duncan negatywnie ocenia szanse na "tęczową koalicję" Zielonych, Partii Pracy i Liberalnych Demokratów w radzie miasta Brighton and Hove.
- Pewien angielski aktywista miejski, Owen Hatherley, odwiedził Warszawę, która zdumiała go... olbrzymią ilością reklam wielkopowierzchniowych. Notka naprawdę warta lektury i refleksji.
- Rupert Read krótko na temat, który chciałbym poruszyć z nieco innej strony w dalszym okresie czasu, a mianowicie o empatii i egoizmie przy okazji wiary i wyborów życiowych.
- Na blogu New Economics Foundation Juliet Michaelson pisze o wartości jakości życia.
- Derek Wall przybliża list społeczności Amazonii skierowany do COP 15.
- Adrian Windisch z kolei zajmuje się kwestią zrównoważonych zasobów energetycznych i unijnych projektów solarnych na Saharze.
- Czas na LEDy! - mówi Philip Booth.
- Scott Moly Cato zajmuje się kwestią upadku "wschodzącej unijnej gospodarki", czyli Hiszpanii, a także krytykuje cięcia budżetowe w środku kryzysu.
- Na blogu australijskich Zielonych senatorka Christine Milne na temat chwalebnej pozycji walczących o istnienie wysp Tuvalu i o skandalu z wyciekiem "tekstu duńskiego", kierującego się hasłem "zanieczyszczani płacą".
- Na koniec zaś Publiczny Socjolog każe nam zastanowić się nad tym, czy pornografia jest ideologią.
Partie:
- Austria: Zaostrzanie polityki imigracyjnej bez sensu - mówią Zieloni.
- Europa: Europejska Partia Zielonych oburzona limitowaniem dostępu do kopenhaskich obrad organizacjom pozarządowym. Zieloni w Parlamencie Europejskim walczą z rozmiękczaniem przez europejskie rządy reguł postępowania w sprawie nielegalnej wycinki lasów.
- Anglia i Walia: Peter Tatchell, wieloletni działacz w kwestii praw mniejszości seksualnych i praw człowieka, rezygnuje z kandydowania do parlamentu z powodu znaczącego pogorszenia stanu zdrowia. Wielka szkoda...
- Kanada: Propozycje na COP 15.
- Irlandia: Zieloni mają się czym chwalić - 21% wzrostu udziału zielonej energetyki w bilansie tego kraju.
- Nowa Zelandia: Zieloni zirytowani bezczynnością prawicowego rządu w kwestii ochrony klimatu.
- Czechy: O pojedynku konserwatywnej TOP 09 z Zielonymi.
- Holandia: Polityczka Zielonej Lewicy, Jolande Sap, politycznym talentem roku.
YouTube:
- Holenderska Zielona Lewica pokazuje, że o zmianach klimatu i o Zielonym Nowym Ładzie można mówić w sposób atrakcyjny.
- Elizabeth May, liderka Zielonych w Kanadzie, wypowiada się na temat katastrofalnej polityki klimatycznej rządu swojego kraju.
19 grudnia 2009
18 grudnia 2009
"Gra w obwinianie" - relacja Koalicji Klimatycznej z Kopenhagi
Na negocjacjach klimatycznych w Kopenhadze atmosfera coraz bardziej się podgrzewa. Zarówno w kuluarach, jak i otwarcie, przedstawiciele poszczególnych państw oskarżają się nawzajem o blokowanie procesu i brak wystarczająco ambitnych propozycji. Do końca konferencji pozostało półtora dnia, a tymczasem negocjatorzy nadal powtarzają swoje stanowiska i dodają lub usuwają z tekstów nawiasy, a przywódcy wygłaszają gładkie przemowy. Nie wiadomo do jakiego stopnia poradzą sobie z rozwiązaniem kluczowych punktów spornych, dopiero przyjechali na negocjacje, więc mogą nie mieć pełnej orientacji, jak skomplikowana i wielopłaszczyznowa gra się na nich toczy. A kolejne cenne godziny upływają.Ilość opcji i nawiasów w omawianych tekstach jest imponująca. Trzeba będzie nie lada wysiłku, żeby uzyskać ich wersje ostateczne. Większość zdań wygląda tak jak poniższy przykładowy fragment o celach redukcji emisji w tekście podsumowującym prace grupy roboczej do spraw protokołu Kioto (AWG KP - Ad Hoc Working Group on Kyoto Protocol): „państwa ograniczą swoje emisje o co najmniej [X][49][15] [procent [Ilościowo określonych zobowiązań do ograniczenia lub redukcji emisji] poniżej poziomu z 1990 roku w okresie zobowiązań od 2013 do [2017][2020]”.
Poziom zaufania między stronami negocjacji permanentnie spada. G77, czyli grupa państw rozwijających się, jest oskarżana przez kraje rozwinięte o blokowanie negocjacji i marnowanie czasu, który pozostał na znalezienie konsensusu. Dziś w gazetach duńskich pojawiła się plotka, że Duńczycy zmęczeni oporem krajów rozwijających się, nie będą już dłużej pracować nad włączeniem ich do porozumienia. Strategia oskarżania państw rozwijających się o bezpodstawne blokowanie negocjacji jest powszechnie krytykowana przez organizacje pozarządowe. Twierdzą one, że sugeruje to, że kraje rozwinięte oczekują, że państwa rozwijające się zaakceptują każdą przedstawioną im propozycję.
Państwa rozwijające się z kolei oskarżają państwa rozwinięte o podejmowanie decyzji za zamkniętym drzwiami i próby rozbijania jedności grupy G77. Straciły zaufanie zwłaszcza do Duńczyków, którym zarzucają brak transparentności i niedemokratyczny sposób sprawowania Prezydencji. Na organizowane przez Duńczyków nieformalne spotkania, które służyć mają uzgadnianiu stanowisk, krajów rozwijające się często nie są zapraszane. Powstaje w związku z tym wiele plotek, niedoinformowani delegaci są coraz bardziej sfrustrowani, a atmosfera w delegacjach afrykańskich jest raczej pogrzebowa.
Trudno ocenić intencje krajów rozwiniętych, które rozmawiają indywidualnie z niektórymi członkami G77. We wtorek pojawiła się informacja, że Stany Zjednoczone obiecały Bangladeszowi większy udział w funduszu adaptacyjnym, w zamian za pośrednictwo w prowadzeniu uzgodnień z Chinami i Indiami. Etiopia oddzieliła się od ambitnej propozycji zgłoszonej przez Afrykę, która wzywa do ograniczenia wzrostu globalnej temperatury do 1,5 stopnia, utrzymania stężenia dwutlenku węgla na poziomie 350 ppm, przyjęcia celu 45% redukcji emisji, finansowania krótkoterminowego na poziomie 100 mld $ i długoterminowego na poziomie 5% PKB. Podczas wczorajszych przemówień głów państw, premier Etiopii Meles Zenawi przedstawił inne „porozumienie kopenhaskie”, na które rzekomo zgodziły się wszystkie państwa afrykańskie. Jego tekst jest mało ambitny, nie zawiera nawet zapisów na temat celów redukcji, finansowanie nie będzie dodatkowe do dotychczasowej pomocy rozwojowej, ani nie będzie pochodzić ze środków publicznych. Inne kraje afrykańskie odcięły się od tej propozycji, a z wypowiedzi ich delegatów i obserwatorów przebijała gorycz - ich zdaniem Etiopia nie mówiła w imieniu całego kontynentu.
Unia Europejska, w tym Polska, nie chce przyjąć bardziej ambitnych zobowiązań, gdyż uważa, że najpierw swoje stanowiska powinni zmienić inni, przede wszystkim Stany Zjednoczone, Chiny i Indie. Niestety, coraz bardziej oczywiste jest, że jeśli Unia nie zwiększy bezwarunkowo swojego celu redukcji emisji z 20 do 30% do roku 2020, nie przełamie impasu, a zaufanie między stronami nie zostanie odbudowane. Państwa wyjadą z Kopenhagi z polityczną deklaracją wspólnej walki ze zmianami klimatu, która nie będzie miała podstaw prawnych, a w konsekwencji przełożenia na rzeczywistość. Wymaganie od Chin i Indii przyjęcia bardziej ambitnych celów redukcyjnych, zanim zrobią to kraje rozwinięte, trudno zrozumieć, skoro ich emisje na mieszkańca są 5 razy niższe niż w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie1. Nie ponoszą też odpowiedzialności za historyczne emisje gazów, które już zanieczyszczają atmosferę. Unia zdaje się wybierać takie kryteria podejmowania decyzji, które pozwalają jej zmniejszyć własną odpowiedzialność. W tej swoistej „grze w zbijaka” celują przedstawiciele delegacji polskiej. Na każdą propozycję, że Polska powinna zgodzić się na 30% cel redukcji, odpowiadają, że jesteśmy zwolnieni od odpowiedzialności, bo już swoje zrobiliśmy i że nadszedł czas, aby redukcji dokonały inne państwa. Wyraźnie widać, że polska delegacja zadowolona jest z braku postępu i nie ma zamiaru podejmować żadnych wysiłków, które przybliżyłyby sukces Kopenhagi.
Stany Zjednoczone czekają na przyjazd prezydenta Obamy. Można przypuszczać, że obawiają się utraty swojej pozycji wobec Chin i dlatego wytykają im, że ich emisje będą nadal rosły. Jednocześnie jednak wyciągają rękę do krajów najsłabiej rozwiniętych, wyspiarskich i afrykańskich ogłaszając poparcie dla długofalowego finansowania w wysokości 100 mld $ rocznie do 2020 w ramach funduszu czystej energii i działań na rzecz ochrony klimatu. Nie wiadomo jednak, co ta propozycja w rzeczywistości oznacza. Wątpliwości dotyczą przede wszystkim tego, czy będą to fundusze dodatkowe do dotychczasowej pomocy rozwojowej, czy będą pochodziły z funduszy publicznych, czy też służyć będą dalszej penetracji rynków krajów rozwijających przez międzynarodowe korporacje. Zdaniem części komentatorów, propozycja USA jest obliczona jest na rozbicie Grupy G-77, zróżnicowanie interesów Afryki i Chin. Tym niemniej dotychczasowe stanowisko krajów rozwijających się, które podkreślają konieczność utrzymania Protokołu z Kioto, ale w taki sposób, żeby zostały do niego włączone Stany Zjednoczone nie ulega zmianie. Na taką formę porozumienia nie zgadzają się Stany Zjednoczone i nie wiadomo, w jaki sposób pogodzić te sprzeczne stanowiska.
Nikt właściwie nie ma całkowitej orientacji w tym, co się dzieje. Nawet wytrawni negocjatorzy i ministrowie wydają się być zagubieni. Dlatego na razie najczęściej prezentowanym w przemówieniach stanowiskiem negocjacyjnym jest to, że inni powinni coś zrobić. Państwa skoncentrowały wysiłki na odbijaniu piłeczki.
Czy jest więc choć promyk nadziei na sukces Kopenhagi? Może na to wskazywać wspólna konferencja prasowa przedstawicieli Unii Europejskiej i Unii Afrykańskiej. Jak mówił Jose Barroso jego doświadczenie pokazuje, że najczęściej decyzje podejmowane są w ostatnim momencie. Więc może i w Kopenhadze tak będzie. Ale czy zostawianie wszystkiego na ostatni moment służyć będzie podjęciu dobrych, sprawiedliwych i ambitnych decyzji?
Materiał prasowy Koalicji Klimatycznej
17 grudnia 2009
W Europie padł kolejny mur
Ogłoszenie zniesienia wiz wywołało ogromną radość. W Skopje tłum wyległ na ulicę i pod siedzibą parlamentu odbyło się spontanicznie świętowanie z flagami Macedonii i Unii Europejskiej. W serbskim Internecie natomiast już krąży dowcip: “Ostatni obywatel opuszczający Serbię 19 grudnia proszony jest o zgaszenie światła. Władze Serbii”. Specjaliści zajmujący się Bałkanami również są zadowoleni. Od lat zwracali oni uwagę na fakt, że zniesienie wiz jest pilną sprawą. „Areszt” w obecnej sytuacji niewiele wnosił, poza pogłębianiem izolacji (też intelektualnej). Trudno wymagać „europejskiej perspektywy” czy „wspierania wartości UE” od ludzi, którzy od 20 lat nie mogą UE zobaczyć, lub nigdy w życiu jej nie widzieli.
Zniesienie wiz to jednak nie tylko powód do świętowania.
Unia Europejska „kupiła” dzięki niemu potężne narzędzie inwigilacji. Wymusiła ona na przyjętych krajach wymianę wszystkich paszportów na nowe, biometryczne, dzięki którym może śledzić przemieszczanie się ich posiadaczy po obszarze Schengen. Kto chce podróżować, musi więc pogodzić się z utratą prywatności. Ten problem dotyczy jednak wszystkich mieszkańców krajów obszaru i białej listy Schengen.
Prawdziwe kontrowersje na Bałkanach budzi jednak fakt zniesienia wiz tylko wybranym państwom, choć starały się o to wszystkie. Mimo iż specjaliści z European Stability Institute uważają, że przywilej ruchu bezwizowego nadany został według sprawiedliwych kryteriów, to wśród innych komentatorów wzbudzają one wątpliwości. Przestrzegają przed zgubnymi skutkami dzielenia Bałkanów. Petycję w tej sprawie w lecie 2009 roku podpisało tysiące ludzi, w tym wielu europarlamentarzystów, wpływowych polityków czy naukowców. Jednak UE zdecydowała się podtrzymać podział.
Smaku sprawie dodaje fakt, że kryterium podziału staje się… religia, a konkretnie dyskryminowani są muzułmanie. Po 19 grudnia poza białą listą Schengen zostaną na Bałkanach tylko te wszystkie państwa, w których dominuje islam: Albania, Bośnia i Hercegowina oraz Kosowo (Albanii i BiH obiecano wpisanie na białą listę najwcześniej w połowie 2010 roku). Co więcej, w najgorszej sytuacji w tych multietnicznych i multireligijnych państwach pozostaną właśnie muzułmanie, czyli ci ludzie, którzy najbardziej ucierpieli podczas ostatnich wojen domowych. Ich sąsiedzi o innym wyznaniu czy pochodzeniu, czyli np. mieszkający w BiH prawosławni Serbowie czy katoliccy Chorwaci mają bowiem podwójne obywatelstwa i paszporty serbskie lub chorwackie. Będą więc mogli korzystać przywilejów. Nietrudno domyślić się, że pogłębi to podziały etniczne i religijne, o czym ostrzegano, bezskutecznie, od dawna.
Wprowadzenie ułatwień wizowych już wprowadziło zamieszanie w Kosowie. Kosowo to obecnie najbardziej izolowane państwo na świecie. Jego obywatele i obywatelki mogą podróżować bez wiz tylko do 5 państw na świecie (dla porównania Afgańczycy do 22, a Duńczycy aż 157). Dodatkowo, nie mają oni nawet prawdziwych paszportów. To najnowsze państwo w Europie dopiero je wydaje. Odbierają je głównie Kosowarzy (muzułmańscy mieszkańcy Kosowa posługujący się językiem albańskim i uważający się za osobną grupę narodową – przez Serbów nazywani Albańczykami). Serbia, która nie uznaje Kosowa i traktuje jego mieszkańców jako swoich obywateli, oferuje im swoje paszporty, które odbierali dotąd głównie mieszkający tam Serbowie. Teraz sytuacja się jednak zmieniła. Z powodu zniesienia wiz dla Serbów serbski paszport stał się atrakcyjny i proszą o niego też Kosowarzy. Minister Spraw Wewnętrznych Serbii ogłosił, że wydano im już ponad 1000 paszportów. Władze Serbii to cieszy, bo dzięki temu błyskawicznie zwiększa się liczebność serbskiej mniejszości w Kosowie. Podróże bez wiz przysługują jednak tylko Serbom zameldowanym na terenie Serbii. Trwają więc masowe próby przemeldowania się z Kosowa do Serbii, głównie do Preševa i Bujanovca, dwóch muzułmańskich miast na południu. Na to już serbscy urzędnicy się nie zgadzają, bo wnioskodawcy nie potrafią udowodnić faktycznej zmiany miejsca zamieszkania. Rząd serbski powiększa więc serbską diasporę, jednocześnie nie dopuszczając muzułmanów do przywilejów bezwizowego ruchu. Wzbudza to protesty zarówno Kosowarów, jak i kosowskich Serbów, którzy pomimo posiadania tylko serbskiego obywatelstwa pozbawieni są praw, jakimi cieszą się Serbowie w kraju (dodajm, kosowscy Serbowie przez prawicowe środowiska uważani są za najbardziej patriotycznych, nie opuszczających „serbskiej kolebki” mimo jej „okupacji” – i mimo tego mają mniejsze prawa niż Serbowie w kraju). Sytuacja w Kosowie jest kolejnym przykładem na to, jak dzielenie Bałkanów w sprawie wiz komplikuje lokalną sytuację, pogłębia etniczne i religijne podziały, a nawet podważa sens istnienia lokalnych granic.
Polityka UE na Bałkanach bezwzględnie obnaża islamofobię wspólnoty europejskiej. Oficjalnie religia państwowa nie ma żadnego znaczenia i w przypadku Bałkanów nie jest ona podnoszona jako argument. Wystarczy jednak posłuchać sporu o przyjęcie Turcji do UE, by zobaczyć, że jest to tylko pusta deklaracja. Politycy europejscy śmiało grają na niechęci wobec islamu. Otwarcie mówią też o wspólnocie europejskiej jako wspólnocie chrześcijańskiej. Wystarczy rzut oka na mapę UE by zauważyć, że obecnie skupia ona państwa zachodniego chrześcijaństwa. Wyjątkami są oczywiście Grecja oraz Cypr, ale miejsce w europejskiej wspólnocie „zaklepały” już sobie w starożytności. Przyjęte niedawno Rumunia i Bułgaria stanowią miłe zaskoczenie, ale są raczej dowodem na to, że łatwiej zaakceptować nam prawosławie niż islam (albo, że gazociąg Nabucco, który ma przez te dwa państwa przebiegać i dostarczać Europie Zachodniej i Środkowej gaz z innego źródła niż Rosja, jest już naprawdę niezbędny UE). Do UE dołączy zapewne niedługo katolicka Chorwacja. Prawosławne i muzułmańskie kraje będą musiały poczekać, przy czym jak wskazywałam w najgorszej sytuacji są wszystkie europejskie państwa muzułmańskie i mieszkający w nich muzułmanie.
Europa zawsze była kontynentem wielu religii, a pokój i wolność religijna są jej wielkimi cywilizacyjnymi osiągnięciami. Stoi teraz przed nią teraz wyzwanie, czy będzie potrafiła przezwyciężyć uprzedzenia religijne i odbudować prawdziwą, wielowyznaniową wspólnotę europejską. Bałkany są dla niej świetnym polem do popisu.
Tekst Aleksandry Kretkowskiej, członkini warszawskiego koła Zielonych 2004.
16 grudnia 2009
Energia słoneczna jako czynnik grzewczy
Wykorzystując bezpośrednio energię, jaką dostarcza nam nasza gwiazda, możemy w Polsce mieć ciepłą wodę przez pół roku: od kwietnia (a czasami już od połowy marca) do września. Jeden płaski kolektor o powierzchni około 2 metrów kwadratowych zapewnia wystarczającą ilość gorącej wody dla jednej osoby.
Kolektor jest urządzeniem, które odbiera energię słoneczną i przekształca ją na cieplną, natomiast miejscem, które stanowi magazyn tej energii, są izolowane termicznie zbiorniki z wodą wyposażone w wężownicę (coś w rodzaju grzałki), którą w obiegu zamkniętym krąży nagrzany w kolektorze płyn. Ten nagrzany wcześniej płyn po wpłynięciu do wężownicy, poprzez jej metalowe ścianki, oddaje swoje ciepło i już ostudzony znowu pojawia się w kolektorze. I tak w kółko.
Pomiędzy kolektorem a zbiornikiem jest jakaś droga do przebycia. Aby straty cieplne były niewielkie, najlepiej, aby była ona jak najkrótsza (rurki są izolowane).
Jak duży (pojemny) powinien być magazyn z ciepłą wodą? Przyjmuje się, że na jeden kolektor powinno być to minimum 100 l, a najlepiej - 150 l.
Aby cały system działał sam z siebie, wykorzystując jedynie prawa natury, wystarczy kolektory umieścić niżej, a pojemniki na gromadzenie ciepłej wody - wyżej. Wykorzystując prawo grawitacji ciepła, lżejsza woda (w tym przypadku: płyn niezamarzający) sama podąży w kierunku zbiornika, a po ostudzeniu wpłynie ponownie do kolektora.
Tak się jednak dzieje, że na dachach nic nam nie przesłania słońca, a w piwnicy z kolei mamy dużo miejsca, by postawić tam wielki i ciężki zbiornik. Wtedy w obwód czynnika roboczego (niezamarzający płyn) trzeba wprząc automatykę, czyli pompkę, czujniki temperatury i urządzenie załączające.
Cieczowe kolektory słoneczne nie są jedynym urządzeniem grzewczym, jakie w naszej szerokości geograficznej montujemy w domach. Oprócz nich posiadamy zwykle jakieś kotły opalane gazem, drewnem czy węglem, pompy ciepła lub termy elektryczne. Jeśli do któregoś z tych urządzeń, zamiast - jak dotychczas - dostarczać zimną wodę, aby w nich się ona nagrzała, będziemy podawać wodę ciepłą (gorącą) nagrzaną przez kolektory, wtedy - jeśli woda z kolektorów będzie miała odpowiednio wysoką temperaturę – tradycyjny kocioł nie będzie musiał już pracować, jeśli natomiast ta temperatura będzie za niska, tradycyjne urządzenie podgrzeje ją jedynie o tę różnicę (a nie od zera, jak to wcześniej robił).
W przypadku budynku wielorodzinnego, który już istnieje, trochę trudno byłoby robić dla każdego mieszkania indywidualny system grzewczy oparty na kolektorach słonecznych. Myślę, że musiałaby to być instalacja grzejna typu zbiorczego, dla wszystkich, przygotowująca wodę, która z jakiegoś punktu centralnego byłaby pobierana już istniejącym systemem rozprowadzania ciepłej wody po budynku.
Tak jak w przypadku domków indywidualnych, tak również tutaj - istotne jest wybranie miejsca na umieszczenie kolektorów (prawdopodobnie trzeba byłoby wykorzystać połać dachu) i miejsce na ustawienie zbiorników (a to jest duży ciężar).
W tej chwili jest mnóstwo producentów i dostawców cieczowych kolektorów słonecznych. Istnieją dwa główne typy kolektorów:
- kolektory płaskie - duża izolowana skrzynia, mieszcząca sieć ułożonej spiralnie cienkiej rurki z przyspawanymi skrzydełkami pokrytymi specjalną substancją, która przekształca energię słoneczną na cieplną, a jednocześnie sama jej nie wypromieniowuje;
- kolektory próżniowe - szklane rury z wypompowanym powietrzem, pokryte wewnątrz substancją odblaskową (lustrzaną) w taki sposób, aby promieniowanie słoneczne było skupiane na centralnie umieszczonej w ich środku rurce z płynem roboczym. Ten drugi typ kolektora powinien mieć trochę lepszą sprawność (za moich czasów był jednak tak niewspółmiernie drogi, że nie wyrównywało to w żaden sposób zysku energetycznego).
Przy zakupie kolektorów powinno się również zwracać szczególną uwagę na jakość produktu; kolektory są wystawione na ciągłe działanie czynników zewnętrznych (różnic temperatury, kwaśnych deszczów itd.), a powinny przynajmniej przez co najmniej 25 lat pracować bezawaryjnie.
15 grudnia 2009
Relacja z debaty klimatycznej 12 grudnia
Punktem pierwszym debaty był problem podejścia mediów do spraw związanych ze zmianami klimatu. Poruszono istotny fakt, że media dzisiaj, i to media które kilka lat temu stanowczo popierały wycofanie torebek foliowych ze sklepów, niechętnie wypowiadają się o sprawie globalnego ocieplenia ignorując tym samym budowanie świadomości społecznej zbliżającego się kryzysu ekologicznego. Ponadto zwrócono uwagę na fakt, że naukowcy, którzy stoją po stronie klimatu, znacznie rzadziej od ludzi, którzy uważają, że globalne ocieplenie to fanaberia, pojawiają się w środkach masowego przekazu i przez to brakuje równowagi, co owocuje brakiem zainteresowania tym problemem przez szerszą grupę ludzi. Nie ma natomiast potencjału oporu społecznego jeśli chodzi o walkę ze zmianami klimatu tylko brakuje szeroko rozumianej edukacji społeczeństwa.
Następnym interesującym tematem była sprawa, mającej wcześniej miejsce, demonstracji przeciwników stanowiska Polski na COP15. Zauważono, że jest ono niejasne, pełne sprzeczności. Redukcja emisji powinna być oczywistością, jest to tak naprawdę inwestycja na przyszłość. Uczestnicy zarzucili również rządowi brak reagowania na problem globalnego ocieplenia oraz niewystarczające inwestycje na miarę XXI wieku jeśli chodzi o energetykę i transport. Przedyskutowano zasadność budowania elektrowni atomowej wydając na ten cel duże pieniądze, gdy można zmodernizować linie przesyłowe czy zwiększyć sprawność energetyczną wszystkich odbiorców zaczynając, np. od lepszej termoizolacji budynków.
Skąd brać pieniądze na wszystkie innowacje w zakresie energetyki odnawialnej? Należy przesunąć część środków pochodzących z Unii Europejskiej z innych programów na potrzeby zielonej energii. Do tej pory w niewystarczającym zakresie inwestuje się w potrzeby zrównoważonego rozwoju. Polska ma ponadto duże fundusze ze sprzedaży praw do emisji dwutlenku węgla, które moglibyśmy zainwestować w energetykę odnawialną, co przyniosłoby kolejne zyski.
Jeżeli Unia Europejska, w tym Polska, ma być liderem w zakresie ekologii to należy 'mierzyć wysoko' nie ograniczając się tylko i wyłącznie do półśrodków i pozostawiania obecnego stanu rzeczy samemu sobie. Obecny rząd nie robi nic, by przeprowadzić zieloną transformację.
Relacja Rafała Bernata, członka koła warszawskiego Zielonych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)