26 sierpnia 2011

Subiektywne wojaże warszawskie: Znaki Budapesztu

Tak, wiem, ten cykl, z początku poświęcony wycieczkom do różnych dzielnic Warszawy, jak wszystko na tym blogu wraz z upływem czasu wyewoluował dość mocno. Dziś służy głównie składaniu czci innym miastom, tak Polski, jak i Europy, w których znajduję spokój, inspirację i piękno. Tak się składa, że dość często, bo już po raz trzeci, gości tu Budapeszt. Tym razem nie będę się skupiał na mieście jako na całości, ale na kilku jego mniejszych i większych symbolach, zajmujących przestrzeń publiczną i wpływających na jej odbiór oraz pamięć historyczną, którą przywołują.

Na sam początek naszej wycieczki po stolicy Węgier Andras, wraz ze swą przyjaciółką nasz przewodnik po mieście, zaparkował na placu przy pewnym oryginalnym pomniku, którego zdjęcie rozpoczyna dzisiejszą notkę. To w tym miejscu stał obalony podczas rewolucji 1956 roku pomnik Stalina (bardzo blisko stąd do budynku ambasady Serbii, dawniej Jugosławii, w którym skrył się wówczas premier kraju, Imre Nagy), tu też przechodziły defilady Armii Czerwonej. Dziś, dzięki kooperacji pomnika i parkingu, tego typu przemarsze nie są już możliwe. Pojedyncze pręty w kolorze rdzy wyrastają - z początku nieśmiało - z poziomu ziemi. Później pojawiają się coraz bliżej siebie, sięgają coraz wyżej, zmieniają kolor i materiał, by w końcu zjednoczyć się i rozbić, niczym lodołamacz, budapeszteński bruk. To pomnik jednocześnie abstrakcyjny i kontrowersyjny - jego usunięcia domagają się nie środowiska postkomunistyczne, ale skrajna prawica, która wolałaby w tym miejscu jakiś bardziej dosłowny, martyrologiczny posąg.

Zapewne dużo bardziej prawicowym środowiskom spodobałoby się bardziej dosłowne odwołanie się do historii Węgier, które można podziwiać (mówię to bez ironii - monument robi wrażenie) na Placu Bohaterów. Wybudowany na rocznicę tysiąclecia państwa węgierskiego, w latach 1896-1900, prezentuje w pigułce dzieje państwa Madziarów, którym opiekować się ma spoglądający ze szczytu wysokiego obelisku Archanioł Gabriel. Na jego podstawie odlano wyobrażenia siedmiu postaci, które miały być wodzami siedmiu plemion, z których narodzić się miał nowoczesny naród. Całość spina kolumnada z postaciami najznamienitszych władców Panonii, od świętego Stefana, który przyjął chrześcijaństwo (proces chrystianizacji był jednak na tyle płytki, że jeden z kolejnych władców Węgier uwieczniony na monumencie musiał radzić sobie z pogańską reakcją), aż po Lajosa Kossutha, który przewodził powstaniu narodowowyzwoleńczemu podczas Wiosny Ludów.

Poziom niezależności Budapesztu od Wiednia za czasów monarchii austro-węgierskiej dobrze ilustruje fakt, że Kossuth nie jest jedyną postacią buntującą się przeciw Habsburgom, która znalazła tu swe miejsce, np. Franciszek Rakoczy. Zobaczymy tu także co najmniej jedną postać, która odcisnęła swe piętno na polskiej historii, czyli Ludwika Andegaweńskiego, za którego panowania terytorium Węgier było największe w historii. Założenie pomnikowe na Placu Bohaterów to chyba najbardziej klasyczny przykład na to, w jaki sposób tworzy się mit narodowotwórczy i jak wpływa on na przestrzeń publiczną miasta. Obok niego znajdują się inne ważne instytucje, takie jak Muzeum Narodowe, będące depozytariuszami zbiorowej pamięci.

Inną pamięć przechowuje budapeszteńska synagoga. To miejsce pamięci o jednej z największych społeczności żydowskich na kontynencie europejskim, która po dziś dzień - jak mówią szacunki - ustępuje jedynie społeczności w Londynie. Nawet II Wojna Światowa, w przeciwieństwie do Polski, nie starła jej z powierzchni ziemi. Regent Węgier, sprawujący wówczas autorytarne rządy - Miklos Horthy - długo opierał się naciskom III Rzeszy na włączenie się do Holokaustu. Sytuacja zmieniła się, gdy planował zmianę sojuszy, wtedy to Niemcy wsparli przewrót faszystowskich Strzałokrzyżowców, przychylnie spoglądających na zbrodniczą eksterminację Romów i Żydów. Do Auschwitz trafiły społeczności z prowincji, pochód Armii Czerwonej uratował ludność żydowską w stolicy Węgier.

Dziś Holokaust przypomina drzewo-pomnik. Na jego gałęziach wiszą liście, nie są to jednak liście zwyczajne. To metalowe tabliczki, na których wypisano imiona osób, które zginęły w węgierskim rozdziale Zagłady. Na dziedzińcu bożnicy, w ogrodzie, spoczywają z kolei macewy z żydowskich cmentarzy, niegdyś rozsianych po kraju równie gęsto, co i w Polsce. Dziś skumulowano je w miejscu, który przypomina o dawnej wielokulturowości, z której nie zostało już tak wiele. Dość wspomnieć, że po II Wojnie Światowej wywieziono do Niemiec sporą część węgierskiej mniejszości niemieckiej. Wiele wytłumaczył mi jeszcze w Horanyi nowo poznany znajomy, studiujący urbanistykę i interesujący się historią swojego kraju. Gdy w XVIII wieku Turcy opuścili Węgry, spore połacie kraju były niemal opustoszałe. Bardzo niewiele - poza np. kamienicami na wzgórzu zamkowym w stolicy - zostało obiektów starszych niż rok 1700. W samym środku kraju zasiedlano rozmaite mniejszości, np. Słowaków, Serbów czy Bułgarów - po to, by kraj znów stanął na nogi. Aż do czasu połączenia dynamicznie rozwijających się Budy i Pesztu pod koniec XIX wieku jedno z nich - wybaczcie, ale muszę wyszperać, które - było de facto miastem niemieckim.

Historia pisze różne scenariusze, dlatego obok wielkich władców i codziennego życia w węgierskim tyglu narodów i wyznań działy się tu i inne zdarzenia. Oto na jednej z kamienic znaleźć można mapę miasta, zalanego w roku 1836 przez wezbrane fale Dunaju. Uwierzcie mi, że miejsce to od rzeki położone jest dość daleko. Mimo upływu czasu - została pamięć, która w wypadku wielu miast w Polsce została przerwana. Dobrze zatem czerpać z Budapesztu lekcje i inspiracje na temat tego, w jaki sposób o historii państwa i miasta opowiadać.

25 sierpnia 2011

Ukryta opcja węgierska?

W zeszłym roku podczas pobytu na Letniej Akademii Ekopolitycznej w podbudapeszteńskim Horanyi czułem się niezwykle światowo. Tematy, o których wówczas rozmawiano, w polskim dyskursie medialnym pojawiły się w najlepszym wypadku po około pół roku, jak w wypadku wątpliwości co do stanu strefy euro, w najgorszym zaś – w ogóle nie zagrzały swojego miejsca, tak jak dyskusja na temat alternatywnych metod uprawy roli. W tym roku poczułem się bardziej lokalnie – trochę tak, jakby moje przyjaciółki i przyjaciele z węgierskiej partii Zielonych – LMP – chcieli zająć się nieco więcej lokalnymi sprawami. Poprzez „lokalne” rozumiem kwestie węgierskie, które jednak mają swój szerszy, regionalny wymiar.

Osób spoza Węgier w tym roku było mniej niż w zeszłym, ale nie przeszkodziło to w wynajdywaniu ciekawych spostrzeżeń. Podczas wieczornej rozmowy wraz z Węgrami tłumaczyliśmy zaproszonemu paneliście z Holandii koncept Europy Środkowej, z którym podczas swoich przygód edukacyjnych w tym kraju Beneluksu w ogóle się nie spotkał. Tam prezentuje się podział kontynentu na Zachód i Wschód, tożsamy z dawnym podziałem na część towarowo-pieniężną oraz folwarczno-pańszczyźnianą. Wraz z Węgrami długo tłumaczyliśmy najróżniejsze aspekty istnienia naszych krajów i narodów – od geograficznego usytuowania między Niemcami a Rosją, poprzez poczucie bycia pomostem między poszczególnymi częściami kontynentu, po koncepcję „przedmurza Europy”, chroniącego ją niegdyś przed turecką inwazją. Jeśli sądzimy, że tylko Polska rości sobie prawo do tego tytułu, jesteśmy w błędzie – konkurujemy tu tak z Węgrami, jak i z Austriakami.

Z „bratankami” walczymy także o palmę największego, pokrzywdzonego przez historię cierpiętnika w regionie. Węgrzy mają w sumie gorzej niż my – nas po II Wojnie Światowej „przesunięto” nieco bardziej na zachód kontynentu, co sprawia, że po dziś dzień tęsknimy (ewentualnie zmusza się nas do tęsknoty) za mitycznymi „kresami”. Węgrzy po I Wojnie Światowej mieli gorzej – traktat z Trianon pozbawił ich 2/3 terytorium, co miało być formą ukarania kraju za udział w zmaganiach zbrojnych po stronie państw centralnych. Kara potrafiła przyjąć tak kuriozalne formy, jak oddanie kawałka zachodu kraju, Burgenlandu... Austrii, która była częścią (trudno uznać, że pomniejszą) upadłego imperium austro-węgierskiego. Po dziś dzień w basenie Karpat napotkać możemy na silne, zwarte społeczności Węgrów, mieszkające poza tym krajem – w dziś rumuńskim Siedmiogrodzie, serbskiej Wojwodinie czy na południu Słowacji. Ich aktualne ojczyzny przez lata usiłowały stosować strategie asymilacyjne, i często dopiero wejście lub perspektywa wejścia krajów regionu do Unii Europejskich doprowadziła do zahamowania tego procesu.

Węgierscy Zieloni są z debatą narodowościową do przodu w stosunku do polskiego głównego nurtu. Ten albo podchodzi bezkrytycznie do polskiego dziedzictwa na terenach dzisiejszej Ukrainy, Białorusi czy Litwy, albo chętnie w ogóle rezygnuje z rozpatrywania i przejmowania od populistycznej, nacjonalistycznej prawicy koncepcji polskości, naiwnie wierząc, że nad Wisłą zatriumfuje naiwnie rozumiany kosmopolityzm. Debata nad Dunajem wydaje się być w zupełnie innym miejscu – nic dziwnego, wszak obecność w parlamencie nacjonalistycznej partii Jobbik zmusza progresywne siły polityczne – w tym LMP – do zejścia na ziemię i zaangażowani się w spór o narodową tożsamość. Podczas Letniej Akademii Ekopolitycznej obejrzałem węgierski dokument „Każdy jest obcym”, poświęcony społeczności węgierskiej we wschodnim Siedmiogrodzie – Kraju Szeklerów. Ale – czy na pewno są oni Węgrami? Ludzie wypowiadający się do kamery poszukują własnej tożsamości, większej autonomii od rządu w Bukareszcie, nie zaś staniem się węgierską enklawą w rumuńskim terytorium. Działacze lokalnej społeczności sceptycznie podchodzą do prób objęcia rządu dusz w rejonie przez węgierskich nacjonalistów, w zamian pielęgnując własne tradycje, różnice w wymowie węgierskiego między nimi a ludźmi z Węgier, a także kreując własną historię i teraźniejszość, chociażby poprzez własną flagę regionu.

Z polskiej perspektywy nieco szokująco brzmią wypowiadane w filmie, trącące ksenofobią opinie, w rodzaju wywodzenia pochodzenia Rumunów z mieszania się Wołochów i Cyganów, co oceniane jest jako zjawisko negatywne. Nieco zdziwienia budzi niedawne poparcie przez LMP autonomii dla Kraju Szeklerów, który niewątpliwie w obrębie Węgier się nie znajduje. Trochę dziwnie bym się czuł, gdyby moi czescy czy niemieccy znajomi popierali autonomię którejkolwiek części mojego kraju, co już pokazuje sporą, mentalnościową różnicę. Węgierscy Zieloni powołują się nie tyle na poczucie etnicznej wspólnoty (sceptycznie oceniali chociażby pomysły prawicowego rządu Fideszu na przyznanie praw wyborczych Węgrom nie mieszkającym w kraju), co na uniwersalne poszanowanie praw mniejszości, analogiczne do uznania prawa do autonomii Tybetańczyków. Niewątpliwie mocnym argumentem na rzecz spójności ich poglądów jest fakt, że przy okazji debaty na temat nowelizacji węgierskiej ordynacji wyborczej opowiedzieli się za zwolnieniem mniejszości narodowych w swoim kraju z obowiązku przekroczenia progu wyborczego do uczestnictwa w podziale mandatów.

Opowieści uczestniczek i uczestników wspomnianego pokazu filmowego nakreśliły skomplikowaną sytuację narodowościową w regionie. W Rumunii proces asymilacji szczególnie silnie postępował za czasów dyktatury Ceausescu, kiedy to wiele niegdyś przeważnie niemieckich bądź węgierskich miejscowości zostało zdominowanych przez Rumunów. Powoduje to obawy pozostałych na miejscu mniejszości i ich zamykanie się przed obcymi wpływami. W ten sposób Szeklerzy izolują się zarówno od Węgrów, jak i Rumunów, do niedawna nawet między poszczególnymi wioskami w regionie nie brakowało konfliktów. Z tego co mówiła mi po swej podróży na Bukowinę moja siostra, podobne odruchy dominują w polskich wsiach tego fragmentu Rumunii, w których szaleje dystans do aktualnej ojczyzny, spiskowe teorie dotyczące świata, izolacjonizm i poczucie własnej wyższości. Wskazuje to, że postawa tego typu jest czymś szerszym niż jedynie wzbudzoną przez nacjonalizm irredentą – trudno przecież spodziewać się, by polscy mieszkańcy Bukowiny, która nigdy fragmentem Polski nie była, liczyli na powrót do mniej lub bardziej mitycznej „macierzy”.

Wygląda na to, że żarty z sąsiadów zostają z nami. Węgrzy opowiadać będą o porośniętych włosami stopach Serbów, Polacy zżymać się będą na bycie posądzanymi przez Niemców o kradzież samochodów, jednocześnie w niewybredny sposób okazując swoją cywilizacyjną wyższość nad Ukrainkami, niańczącymi im dzieci, a wraz z „bratankami” z Panonii będą spierać się, który z naszych narodów został bardziej pokrzywdzony przez historię. Można się na to oburzać, można też spróbować zbadać przyczyny tego stanu rzeczy i zaproponować konkretne rozwiązania, zasypujące podziały między państwami i społeczeństwami regionu. Bardzo chciałbym, żebyśmy wyszli poza mało wybredne dowcipy, i by wzajemne zrozumienie nie było jedynie przywilejem intelektualnych elit, ale codziennym doświadczeniem każdej i każdego z nas.

Mój nowy, holenderski znajomy zainteresował się „Lalką” Bolesława Prusa – ciekawe, czy spełni swoją obietnicę i przeczyta...

24 sierpnia 2011

Letnia Akademia Ekopolityczna: Zielone sukcesy na Węgrzech i w Europie

Gerard Heffner, jeden z założycieli niemieckich Zielonych: Zielonych nie założyło dwóch czy trzech facetów, ale żywe ruchy społeczne. Pamiętajmy o fakcie, że w latach 70. XX wieku inicjatywy pozarządowe miały znacznie więcej członkiń i członków niż partie polityczne. Pamiętajmy także, że Zieloni byli pierwszą po II Wojnie Światową nową partią, która weszła do Bundestagu. Nie byłoby tego, gdyby nie olbrzymia zmiana społeczna, jaka stała za sukcesem tak ruchów społecznych, jak i partii Zielonych. Nie mam problemu w tym, że inne partie przejmują nasz program i prawicowy rząd wygasza elektrownie atomowe – naszym zadaniem jest być ciągle w awangardzie w porównaniu z innymi partiami.

Czekać nasz może bardzo niegościnne stulecie – wiele wskazuje na to, że nie stoimy już przed wyborem, czy ekonomia ulegnie zazielenieniu czy nie, ale czy procesy te zostaną zrealizowane w demokratycznym procesie, czy zostaną narzucone w autorytarny sposób, czego bym sobie nie życzył. Bywają noce, kiedy nie mogę spać po nocach z powodu sytuacji naszego kontynentu. Problemem nie jest fakt, że Grecja nie ma pieniędzy – problemem jest fakt, że pieniądze oderwały się od produkcji. 85% krążących w gospodarce pieniędzy krąży w sektorze finansowym, spora ich część to po prostu kapitał spekulacyjny. Amerykański kryzys mieszkaniowy pokazał, że wiele nieruchomości nie ma takiej wartości, jak deklarowano. Pożyczanie pieniędzy na ratowanie Europy przez Niemcy to de facto pożyczanie pieniędzy od banków i generowanie dalszej ilości długów – długów, które mogą powstawać dzięki temu, że wydaliśmy pieniądze na ratowanie tych samych banków, w których teraz się zadłużamy.

Nie stać nas jako na dotychczasowe partie klasowe, szczujące jedne grupy przeciwko innym, nie mieścimy się w ciasnych ramach idei liberalnych, konserwatywnych czy socjalistycznych – bardzo mocno wierzę w to, że Zieloni są partią, które przywracają godność wszystkim ludziom i znaczenie dobru wspólnemu. Stąd nasza koncepcja reform podatkowych – zmniejszania opodatkowania zjawisk, które przyczyniają się do dobra wspólnego, takich jak praca, na rzecz zwiększania opodatkowania tego, co uszczupla wspólne zasoby, jak zanieczyszczenie środowiska. Tymczasem dziś bardziej uregulowana jest działalność związana z uprawą żywności niż krótka sprzedaż akcji, służąca spekulacji. Nie da się podtrzymać takiego stanu rzeczy, nie da się podtrzymać status quo, w którym prywatyzuje się wszystkie zyski, a uspołecznia wszystkie koszty, co prowadzi do społecznej zapaści. Zadaniem Zielonych jest podnoszenie tych kwestii i poszukiwanie rozwiązań zapewniających zarówno równowagę ekologiczną, jak i społeczną. Zielona ekonomia musi uwzględniać zarówno indywidualną wolność, jak i społeczną równość.

Oczywiście, jeśli patrzymy się na wartości rewolucji francuskiej: wolność, równość i solidarność, i jako lewicę uznamy wówczas ich zwolenników, a prawicę – przeciwników, wtedy oczywiste jest, że jestem lewicowcem, tak jak cały ruch Zielonych. Jednocześnie jednak, patrząc przez pryzmat liberalnych wartości, takich jak indywidualna wolność czy jakość demokracji, nie ulega dla mnie wątpliwości, że Zieloni są dziś większymi liberalnymi demokratami niż tradycyjne partie liberalne. Poszerzamy już promowane wartości, na przykład solidarność nie kończy się dla nas na solidarności wewnątrz państw, ale rozszerzamy ją także na inne kraje, przyszłe pokolenia i inne gatunki. Mieliśmy wielką debatę na początku naszej obecności w Bundestagu na temat tego, w którym miejscu ław poselskich powinniśmy siedzieć. Chciano usadowić nas na skrajnej lewicy, ale ostatecznie udało nam się – z czego jestem dumny – zdobył ławy w środku Bundestagu. Tłumaczę to tak, że nie jesteśmy jedynie jakimś skrzydłem dotychczasowej, lewicowej myśli – chociaż niewątpliwie jesteśmy lewicowym projektem, o lewicowych korzeniach – lecz niezależną siłą, pragnącą być w centrum społeczeństwa, która nie jest skazana na byciem mniejszym koalicjantem socjaldemokratów.

Odróżniam kwestię politycznej filozofii, która w partiach reprezentowanych w panelu jest mniej więcej taka sama, od samookreślenia się na scenie partyjnej danego kraju. Szanuję i rozumiem zarówno strategię LMP, która wykorzystując fakt, że węgierska partia socjalistyczna daleka jest od realizowania lewicowych ideałów pragnie stać się nowoczesną, ekologiczną, lewicową alternatywą dla nich, jak i saksońskich Zielonych, bardziej dystansujących się od dychotomii lewica-prawica na obszarze, w którym funkcjonują już 2 silne partie po lewej stronie – SPD i Die Linke.

Antje Hermene, współprzewodnicząca saksońskiego oddziału Związku'90/Zielonych: W 2004 roku po 10 latach udało nam się jako pierwszemu oddziałowi Zielonych w Niemczech Wschodnich wejść do Landtagu – dziś jest bardzo spora szansa, że po tegorocznych wyborach w regionach będziemy obecni we wszystkich 16 regionalnych parlamentów. Naszą strategią jest nie tyle podpinać się pod już istniejącą, lewicową etykietę, ta bowiem została skompromitowana przez komunistów, ale pokazywanie się jako partia nowych, lewicowych pomysłów na redystrybucję społeczną i sprawiedliwość ekologiczną, prezentowanie nowych wizji życia w przyszłości. Poszukiwanie nowych odpowiedzi na problemy społeczne jest naszą siłą – odpowiedzi udzielają nam już dziś Chiny i Stany Zjednoczone, ale umówmy się, że nie prezentują one zielonej wizji świata. Połączenie wizji obywatelskich ruchów opozycyjnych byłej NRD – Związku'90 z bardziej lewicującymi Zielonymi nie zawsze było proste, ale uważam, że nie ma innego, lepszego wyjścia, jak łączyć tego typu elementy w partyjnym przekazie.

Pamiętam, jak 20 lat temu, po upadku muru berlińskiego, pojawiały się hasła na murach w rodzaju „Kapitalizm nie wygrał – jedynie się przepoczwarzył”. Rozumiem także, jak muszą czuć się dziś Grecy i jakie są koszty bycia niekonkurencyjnym we współczesnym świecie – pochodzę z państwa, którego majątek został sprzedany w kilka dni dosłownie za bezcen.Dziś system finansowy oderwał się od polityki i realnej gospodarki, co stanowi największy problem dla globalnego świata. Dwukrotnie w ciągu ostatniego stulecia kryzysy ekonomiczne prowadziły do wybuchu wojen światowych. Kryzys, który zaczął się w roku 2008 roku od banków i przetoczył się przez rynek mieszkaniowy, przedsiębiorstwa i budżety władz publicznych, chyba się nie skończy. Albo system stanie się bardziej trwały i zrównoważony, albo upadnie. Świat staje się coraz bardziej skomplikowany, a jego problemów nie rozwiąże już go jakaś wybitna jednostka, dysponująca dużą władzą. Doświadczać będziemy problemów, związanych z brakiem pieniędzy. Chiny mogą nas pobić pod względem kosztów pracy, ale nie pobiją nas pod względem wolności i demokracji, bez których nie ma niezbędnych dla rozwoju innowacji. Przez pierwszą ćwierć życia żyłam w komunizmie, w którym pieniędzy chronicznie brakowało, drugą – w kapitalizmie, który jedynie udawał, że dysponuje dużymi pieniędzmi i teraz ponosimy koszty tego udawania. Mam nadzieję, że trzecia ćwiartka mojego życia upłynie w mniej skrajnym systemie społeczno-ekonomicznym. Mam nadzieję, że powróci podział na dwa rodzaje systemu bankowego – jeden zajmujący się działalnością kredytową dla zwykłych ludzi i drugi, zajmujący się swobodnym inwestowaniem, który nie będzie już nigdy mógł zostać uratowany przez państwa członkowskie.

Zieloni dla osiągnięcia sukcesu potrzebują znaleźć 2-3 tematy, o których ludzie dyskutują wieczorami przy piwie i stać się główną siłą opozycyjną, która zna odpowiedź na bolączki w tych dziedzinach. Wśród nich na pewno jest miejsce na 1 temat społeczny i 1 ekonomiczny. Budowanie kompetencji przynosi rezultaty – dla przykładu gdy wszystkie inne partie w Saksonii mówiły o konieczności cięć budżetowych w celu zahamowania rosnącego zadłużenia prowincji, Zieloni przyjęli odmienną taktykę, przygotowując alternatywny budżet, skupiający się na poprawie efektywności wydatkowania publicznych pieniędzy. Wzbudził on zainteresowanie nawet w partyjnych dołach CDU.

Anni Sinnemaki, była przewodnicząca fińskich Zielonych: To prawda, że żyjemy w kraju, który wiele osiągnął i z którego można być dumnym, na przykład w kwestii równości płci. Nadal pozostaje tu wiele do zrobienia, uważam bowiem, że nadal jesteśmy dość konserwatywnym krajem i mamy skąd czerpać pomysły na zmianę społeczną – chociażby z sąsiadującej z nami Szwecji. Obecny, sześciopartyjny rząd jest czwartym, w którym uczestniczymy od 1995 roku. Z perspektywy czasu uważam, że ludzie szanowali nasze decyzje i udział w rządach, w których nie zawsze było różowo. Trudno było nam wytłumaczyć się z kwestii fiaska w przekonaniu innych partii do rezygnacji z rozwoju energetyki jądrowej, która dla wielu naszych wyborczyń i wyborców nie jest jedynie kwestią energetyki, ale także demokracji i koncentracji władzy. Mimo to nadal funkcjonujemy na krajowej scenie politycznej.

Nasza sytuacja jako zielonych polityków i polityczek jest trudna, co pokazuje obecny kryzys – koniec końców trudno nam przecież zdecydować się odmówić finansowania bankom, bez których grozi nam załamanie ekonomiczne. To, że pompują one bańkę finansową nie oznacza, że jej pęknięcie nie ma wpływu na realną gospodarkę. Potrzeba nam więcej środków na inwestycję – poprawę efektywności naszych domów, stworzenia nowych źródeł energii – bez których nie ma mowy o ograniczeniu emisji gazów szklarniowych. Potrzebne do tego regulacje konieczne są do opracowania i wdrożenia na szczeblu europejskim, próby na szczeblu poszczególnych państw członkowskich będą znacznie mniej skuteczne.

Andras Schiffer, lider frakcji parlamentarnej węgierskiej LMP: XXI wiek, jak zauważył Ralph Dahrendorf, może być wiekiem Zielonych, tak jak wiek XX był wiekiem socjaldemokracji. Siła przekonań politycznych polega jednak nie tyle na wynikach wyborczych poszczególnych partii, ale zdolności do przekonywania, że są one konieczne do wdrożenia. Węgry są krajem półperyferyjnym, i w jak innych krajach regionu towarzyszy nam marzenie o byciu równie skutecznym w doszlusowaniu do globalnego centrum za pomocą skierowanej na konsumpcję modernizacji. W latach 90. XX wieku, podczas szczytu wpływów neoliberalizmu w regionie tłumaczono brak partii Zielonych faktem, że ludzie są na nie jeszcze zbyt biedni. Dziś, kiedy partie Zielonych są w parlamencie Vanuatu i innych krajów Globalnego Południa, jest niemożliwością obrona tezy wiążącej rozwój ekopolityki z poziomem PKB.

Dużo bardziej realną przeszkodą w rozwoju zielonej myśli politycznej była pozycja dawnych partii postkomunistycznych, z neoficką gorliwością wdrażających program wiążący modernizację z neoliberalną globalizacją. Progresywne tradycje z czasów przed II Wojną Światową zostały zniszczone przez reżim komunistyczny – ich przywrócenie może być szansą na dalszy rozwój ekopolityki w regionie. Słaba recepcja zachodniego roku 1968 na Wschodzie sprawiła, że spora część ruchów ekologicznych miała konserwatywne zabarwienie, co w latach 90. skutkowało praktycznym brakiem krytyki kapitalizmu. Gdy ktoś uprawiał ją w 1990 roku, traktowany był jako komunista, gdy czynił tak 5-10 lat temu uważany był za faszystę lub – w lepszym wypadku – jako głupca. Mamy dziś do czynienia nie z lewicą czy prawicą, nie z politykami, ale z technokratami i populistami. Mamy także słabo rozwinięte społeczeństwo obywatelskie. Mówiliśmy o ruchu miliona osób, sprzeciwiających się reformie medialnej rządu Viktora Orbana – ja byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby choć 200 tysięcy wyszło na ulicę w proteście przeciwko ograniczaniu praw pracowniczych. Musimy zdemaskować kłamstwo, jakoby liberalizm ekonomiczny był w stanie rozwiązać wszystkie problemy społeczne!

Nie tylko sektor finansowy działa wadliwie – podobne problemy możemy zaobserwować w systemie medialnym, spłycającym debatę medialnym. Kiedy mówimy o globalnych źródłach lokalnych problemów, zarzuca się nam, że nie mówimy o temacie, o który jesteśmy pytani – a przecież nie da się wytłumaczyć skomplikowania świata prostymi hasłami! Gdy pewnego razu konserwatywno-liberalny dziennikarz zaatakował mnie za to, że LMP walczy o wzmocnienie prawa do strajku, argumentując, że osłabi to gospodarkę, odparłem, że nie interesuje mnie ekonomia sama dla siebie – jest jedynie narzędziem służącym zaspokajaniu ludzkich potrzeb. Taki tryb funkcjonowania „IV władzy” dolewa oliwy do ognia populizmu i pozwala Viktorowi Orbanowi na prezentowanie sukcesów węgierskiej prezydencji, która moim zdaniem była zmarnowaną szansą naszego kraju na zaprezentowanie pozytywnych rozwiązań globalnych problemów. Przez 20 lat serwowano nam neoliberalne kłamstwa, takie jak twierdzenie o swobodnym przepływie towarów i kapitału. Jakim prawem chcemy zabraniać krajom i kontynentom zakazywania importowania nafaszerowanej antybiotykami żywności?

23 sierpnia 2011

Letnia Akademia Ekopolityczna: Od miejskiego blogowania do planowania przestrzennego

Lary Pitka-Kangas, wiceburmistrz współrządzących szwedzkim Malmo Zielonych, odpowiedzialny za zrównoważony rozwój miasta: Pojawia się pokusa do nazywania miast problemami, ja jednak uważam, że mają one potencjał do bycia inkubatorami rozwiązań globalnych problemów. Trwałe, zrównoważone miasta składają się dla mnie z 4 filarów: ekologicznego, społecznego, ekonomicznego i kulturowego. Kaskiem, który chroni zrównoważony rozwój, jest demokracja. Sens miasta tworzą ludzie go zamieszkujący – każda zamieszkująca go grupa postrzega je inaczej, a zadaniem władz miasta jest podejmowanie dialogu z nimi.

Malmo ma 300 tysięcy mieszkanek i mieszkanek, wraz z pobliską stolicą Danii, Kopenhagą, tworzy aglomerację zamieszkaną przez ok. 2,5 miliona osób. Jednym z naszych sukcesów była rewitalizacja obszarów dawnych stoczni w mieście, które popadły w ruinę po przeniesieniu produkcji stoczniowej do Korei Południowej. Rozpoczęliśmy wykorzystywanie najróżniejszych technologii – od paneli słonecznych, poprzez morską elektrownię wiatrową, produkującą energię dla 60 tysięcy gospodarstw domowych, po zbiórkę deszczówki. Naszym celem jest osiągnięcie celu bycia trwałym, zrównoważonym, w pełni przyjaznym dla klimatu miastem do roku 2020, co osiągniemy dzięki redukcji zużycia zasobów nieodnawialnych. Jednym z działań, które udało mi się przeprowadzić, było zdarcie asfaltu z kilku szkolnych podwórek i danie dzieciom możliwości ich zmiany w zielone ogródki, co zwiększyło ilość terenów zielonych w mieście. Pamiętajmy, że jedno drzewo jest w stanie obniżyć ilość zanieczyszczeń powietrza na ulicy nawet o 40%. Praca przy tym projekcie zbliżyła do siebie dzieci i dorosłych z różnych grup społecznych i o różnym pochodzeniu etnicznym. Innym pomysłem, który przyjął się w Malmo, była promocja oddolnego sadzenia zieleni (guerilla gardening) i przejmowanie parkingów przez lokalny biznes, np. stoliki kawiarniane. Nasze działania to nie tylko ekologia – udało nam się na przykład doprowadzić do przyjęcia etycznej polityki inwestowania pieniędzy przez miasto, tak, by nie trafiały one np. do koncernów zbrojeniowych, rozpoczęliśmy także dyskusję nad globalnym wymiarem funkcjonowania naszego miasta.

Bartłomiej Kozek, Zieloni: To, co moim zdaniem utrudnia przejście na stronę zrównoważonego rozwoju miast w Europie Środkowej, to zjawisko opisane przez Haralda Welzera jako „infrastruktury mentalne” dominujące przekonanie o odwieczności wielu zjawisk, które odwieczne nie są, takich jak wzrost gospodarczy, wyższa konsumpcja czy indywidualna motoryzacja. W kontekście Warszawy dominuje przekaz nadal utożsamiający nowoczesność z budową coraz większej ilości infrastruktury, nie zawracający sobie głowy faktem, że chociażby budowa wieżowców w centrum miasta może się przyczynić do wzrostu ilości korków albo pogorszyć cyrkulację i powiększyć poziom zanieczyszczenia powietrza. Zieloni mają w Polsce trudne zadanie budowy infrastruktury mentalnej zrównoważonego rozwoju – konceptu, który nie promuje prawie żadna inna partia polityczna w Polsce. Prawie, bowiem określenie to stosuje... Prawo i Sprawiedliwość, sprowadzające je jedynie do wymiaru likwidowania dysproporcji między bardziej a mniej rozwiniętymi częściami kraju.

Żeby nie zabrzmieć zbyt pesymistycznie, opowiem o ziarnach zmian, które niosą nadzieję na lepsze czasy. Przede wszystkim takim ziarnem są ruchy miejskie, zajmujące się kwestią przestrzeni publicznej. Eksplozja debaty na temat jej kształtu, jakości oraz tego, kto ma do niej prawo, zaczęła się wraz z „Dotleniaczem” Joanny Rajkowskiej – niepozornym oczkiem wodnym, porośniętym trawą, który powstał na obszarze zdewastowanego, warszawskiego Placu Grzybowskiego. Chociaż ostatecznie nie przetrwał on rewitalizacji, zastąpiony zabetonowanym bajorem, rozbił dychotomiczny podział rozumienia rewitalizacji i modernizacji na wybór między parkingiem a kolejnym martyrologicznym pomnikiem. Dowodami na rozwój oddolnych inicjatyw jest niedawny wynik wyborczy poznańskiego stowarzyszenia My. Poznaniacy i niedawno zakończony Kongres Ruchów Miejskich w tym mieście, a także postępy lokalnych komitetów w wyborach w kilku dzielnicach w Warszawie. Dobrą ilustracją tej sytuacji było niedawne przejęcie władzy na warszawskim Ursynowie przez lokalny komitet „Nasz Ursynów” z rąk rządzącej miastem i krajem Platformy Obywatelskiej.

Wyzwań przed nami nie brakuje – żyję w mieście, w którym różnica w długości życia między najbiedniejszą a najbogatszą częścią miasta sięga około 15 lat i w którym poszczególne ruchy społeczne nie współpracują ze sobą. Żyję jednak także w mieście, w którym powstał projekt „kawy za złotówkę”, dzięki któremu pomoc społeczna umożliwia osobom starszym wyjście z domu, spotkanie się ze znajomymi i napicie się kawy lub herbaty za symboliczną kwotę – dla nich zapłacenie od 6 do złotych za jedną kawę, a tyle może ona kosztować w stołecznych kawiarniach, byłoby trudno osiągalnym wysiłkiem ekonomicznym. Żyję także w mieście, w którym – omijając medialny oligopol – tworzymy darmowy kwartalnik „Zielone Wiadomości”, dzięki którym docieramy do osób, które nie dowiedzą się o nas z Internetu (np. osób starszych) i staramy się rozwijać współpracę między ruchami społecznymi. Liczę na to, że przyniesie to rezultaty w przyszłości.

Laszlo Lesley Vargas, bloger z Budapesztu: Siedzę między dwoma politykami partyjnymi – najczęściej nie lubię takowych, lubią mówić o przyszłości, a nie o rozwiązaniach problemów dnia dzisiejszego. Burmistrz naszej dzielnicy z Fideszu dość szybko zapomniał o swoich przedwyborczych zobowiązaniach, więc mój dystans nie jest nieuzasadniony. W dzielnicy miasta, w której żyję, nadal brak koszy na śmieci, w przeciwieństwie do psich kup na trawnikach. Lubię myśleć o dobrych przykładach, jak o starym pomyśle z angielskiego miasta Halifax z lat 50. XX wieku, kiedy to grupki chodzących parami lub trójkami dzieci, zawstydzających dorosłych podnoszeniem i oddawaniem śmieci, które wyrzucali na chodniki. To proste działanie sprawiło, że miasto stało się dużo czystsze i stało się inspiracją dla podobnych działań na Węgrzech. Walczyłem o zwiększenie widzialności działań lokalnego centrum kultury w dzielnicy i przez jakiś czas udało się mi prowadzić bloga tej instytucji. Kiedy go zamknąłem po tym, jak owe centrum kultury założyło własną stronę internetową – a długo musiałem zabiegać o to, by w końcu zgodzili się na tę formę promocji – zostałem... podany do sądu za zniszczenie ich własności!

Głos z sali: Czasem do zazieleniania miast można wykorzystać... chęć konkurowania. Burmistrz jednej z maltańskich miejscowości zaapelował o dekorowanie mieszkań kwiatami. Chcący konkurować ze swoimi sąsiadkami i sąsiadami we wszystkim ludzie szybko sprawili, że miasto obrodziło kwiatami.

22 sierpnia 2011

Letnia Akademia Ekopolityczna: Polityka zatrudnienia w Europie

Anni Sinnemaki, była zielona ministra pracy w Finlandii w latach 2009-2011: Moim zdaniem edukacja jest najlepszym, co możemy dać osobom bezrobotnym – fińskie doświadczenia pokazują, że ma ona lepsze efekty niż subsydiowana praca. Im ludzie są bardziej wykształceni, tym większa ich szansa na znalezienie pracy wysokiej jakości w naszym kraju – nawet wśród osób po 50 roku życia. Pojawia się u nas debata na temat młodych, wykształconych kobiet, które otrzymują niepewne zatrudnienie, jak na razie jednak nie znajduje to większego odzwierciedlenia w statystykach.

Co rozumiem poprzez aktywną politykę zatrudnienia? Indywidualne wsparcie osób bezrobotnych, porady prawne, trwające nawet dwa lata szkolenia, finansowe wspieranie zatrudnienia, także dla zatrudniającego osoby bezrobotne przedsiębiorcy, a także wsparcia – zarówno informacyjne, jak i finansowe – dla osób zakładających własną działalność gospodarczą, co najczęściej wspiera u nas głównie przedsiębiorstwa jednoosobowe. Chciałabym, by część środków aktualnie przeznaczanych na pasywne zasiłki (wypłacane przez 500 dni bycia na bezrobociu i powiązane z wysokością dotychczasowych zarobków) przeznaczonych zostało na te proaktywne działania, tak, by spadało zagrożenie długotrwałym wypadnięciem z rynku pracy.

Jak wygląda to w praktyce? Spójrzmy na sytuację ludzi młodych w Finlandii. Mamy tu przyjętą przez rząd gwarancję, że każda osoba do 25 roku życia będzie albo studiowała, albo pracowała, albo chociaż brała udział w szkoleniach w ciągu 3 miesięcy od wejścia na rynek pracy. Jak na razie współczynnik osób młodych, którzy zapisują się w urzędzie pracy i w ciągu zadeklarowanego przez rząd czasu otrzymują studia, pracę bądź trening, wynosi 80% - nadal mamy zatem 20%, którzy potrzebują więcej zasobów w celu osiągnięcia założonego, politycznego celu. Nawet inne kraje nordyckie nie mają tak silnego zobowiązania wobec osób młodych co my. Założenie to jest ważne, gdyż wczesne wypadnięcie z rynku pracy lub edukacji ma długofalowe skutki dla przyszłego życia zawodowego i szans na zdobycie dobrze płatnej, satysfakcjonującej pracy. Nie mamy u nas tak dużych problemów z problemami osób młodych na rynku pracy, nie liberalizowaliśmy bowiem rynku pracy w kierunku ekonomicznych zachęt dla pracodawców do zatrudniania nowych pracowników na elastycznych umowach o pracę.

Nie brakowało u nas dyskusji nad tym, czy subsydiowane przez państwo miejsca pracy mają sens, wydaje mi się jednak, że praca w sektorze publicznym w jakiś sposób rozwija sufit i umożliwia młodzieży dalszą karierę zawodową. Istotnym pracodawcą tego typu, przyjmującym młode osoby, są samorządy. Dbamy o to, by osoby o niskim wykształceniu skończyły szkołę średnią, wynajdujemy także grupy szczególnego ryzyka – niewykształconych młodych mężczyzn, którzy nie mają już tak wiele jak kiedyś szans na znalezienie zatrudnienia w przemyśle, osoby o imigranckim pochodzeniu oraz społeczność romską w Finlandii. Wiele samorządów zdecydowało się na przyjęcie zobowiązań dotyczących ilości zatrudnionych w placówkach publicznych osób pochodzenia romskiego.

Jeszcze krótko o kwestii zatrudnienia kobiet w naszym kraju. W 2010 roku stopa zatrudnienia w Finlandii wyniosła 66,9%, podczas gdy na Węgrzech w tym samym czasie – 50,6%, w Polsce – 53%, a w Holandii – 69,3%. Nasze kobiety są wysoce wykształcone, stanowią 55% osób studiujących. Wysokiej jakości opieka nad dziećmi jest podstawą ułatwienia ich wejścia na rynek pracy – rząd zobowiązuje się do znalezienia opieki dla dziecka w ciągu 4 miesięcy. Jak na razie w innych krajach skandynawskich stopa zatrudnienia kobiet jest wyższa niż u nas, co wiąże się z bardziej równym podziałem pracy domowej między kobietami i mężczyznami – jako Zieloni domagamy się wydłużenia urlopu dla ojców w odpowiedzi na ten problem. Jak na razie urlop macierzyński trwa 5 miesięcy, a dodatkowy rodzicielski – kolejne 5.

Bela Galgoczi, węgierski działacz związkowy przy jednym z europejskich związkowych instytutów badawczych: Moim zdaniem nie ma europejskiej polityki zatrudnienia, są jedynie listy pobożnych życień, takie jak chociażby Europa 2020. Pamiętajmy, że polityka zatrudnienia nie musi się przyczyniać w bezpośredni sposób do tworzenia miejsc pracy. Ważnym aspektem, jaki musimy brać pod uwagę, jest dynamicznie zmieniający się kontekst ekonomiczny, na który odpowiedzią wydaje się być model flexicurity – połączenia elastyczności (zarówno zwalniania i zatrudniania przez pracodawców, jak i kształtowania czasu pracy) z hojnymi wydatkami państwa na wydatki społeczne i aktywną politykę rynku pracy. Problem w tym, że stawiania tu za wzór Dania wydaje na te aktywne narzędzia 5% swojego PKB, podczas gdy Węgry około 0,5% PKB, podobnie niskie wskaźniki wykazać można w Polsce, w krajach bałtyckich w praktyce w ogóle nie istnieją.

Od niedawna coraz więcej słychać zachwytów nad reformami niemieckiego rynku pracy, przeprowadzonymi w latach 2004-2005, których to zachwytów nie podzielam, w przeciwieństwie do węgierskiego rządu. Ich filozofia polegała na ścięciu wsparcia finansowego dla rynku pracy oraz zabezpieczeń społecznych i unifikacji zasiłków. Jednocześnie zwiększono rolę państwowych ośrodków pośrednictwa pracy, co miało się przyczynić się do poprawy jakości jego funkcjonowania, odniosło jednak przeciwne skutki. Poprawiły się wskaźniki bezrobocia, jednak spora część nowych miejsc pracy powstała w pęczniejącym sektorze niskopłatnych zajęć. Pośrednictwo pracy ma za zadanie wspierać płynne przejście z jednej pracy do drugiej – problem polega na tym, że nie zawsze po drugiej stronie, jak w wypadku Węgier, tej drugiej pracy nie ma. W Niemczech już zresztą mówi się o powstaniu „pokolenia szkoleń”. W naszym kraju mamy do czynienia ze strukturalnym, odziedziczonym po transformacji ekonomicznej bezrobociem, który to problem pozostaje nierozwiązany. Do tworzenia miejsc pracy można wykorzystać proces zazieleniania ekonomii, na przykład za pośrednictwem programów termorenowacyjnych.

Virag Kaufer, posłanka LMP zajmująca się kwestiami pracy i polityki społecznej: Naszym zdaniem aktualna sytuacja naszego kraju jest pokłosiem polityki gospodarczej całych 20 lat. Nowy, prawicowy rząd Fideszu zapewniał, że stworzy milion nowych miejsc pracy, szybko przekonaliśmy się jednak, że ich polityka nie przyniesie zamierzonych skutków. Wprowadzono podatek liniowy, co oznaczało wzięcie udziału w podatkowym wyścigu na dno i przyniosło deficyt budżetowy, w dużej mierze uniemożliwiający publiczne inwestycje w poprawę sytuacji na rynku pracy. Już ścięto wydatki na aktywną politykę publiczną na rynku pracy i skrócono czas obowiązkowej nauki z 18 do 16 roku życia, co ma wypchnąć młodych ludzi na rynek pracy. Prawica w ten sposób chciałaby sprowadzić zagraniczne inwestycje, jednak nie odnosi istotnych sukcesów na tym polu. Planuje także dalsze uelastycznianie kodeksu pracy, pod płaszczykiem flexicurity wprowadzając jedynie jedynie jej elastycznych fragmentów, co stoi w sprzeczności z zielonym programem odrodzenia gospodarczego.

Problemem jest nie fakt, że ludzie nie chcą pracować, ale że po dziś dzień nie poradziliśmy sobie z bezrobociem będących skutkiem transformacji ekonomicznej. Są rejony naszego kraju, w których po prostu nie da się pracować, a jedynym istotnym pracodawcą jest państwo. Chcemy przywrócić progresywny system podatkowy, by zdobyć fundusze do zbliżenia naszego kraju do nordyckiego modelu społecznego. Tymczasem rząd Fideszu, zasłaniając się niemieckimi reformami, chce skrócić czas wypłacania zasiłków do... 90 dni! Orban forsuje powiązanie dostępu do zasiłków z pracą, co oznacza przyjęcie programów przymusowych robót publicznych, które w żaden sposób nie przyczynia się do podnoszenia kwalifikacji osób, które po powrocie w rodzinne strony nie nadal nie mają szans na zatrudnienie. Wycofuje się z aktywnej polityki rynku pracy, a nawet z poszukiwania porozumienia w obrębie komisji trójstronnej. Przykład subsydiowanych robót publicznych pokazuje, że nadal są pewne zasoby finansowe dla lepszej polityki, stymulującej długotrwałe zatrudnienie.

Problemem Węgier jest wpadanie ludzie w pułapkę wyboru między niedużymi świadczeniami socjalnymi a słabo płatną pracą. Osoba samozatrudniona, rozpoczynająca własną działalność, automatycznie traci prawo do zasiłków, podczas gdy dużo lepszym pomysłem byłoby stopniowe wygaszanie świadczeń wraz z postępami w powrocie na rynek pracy. Nic nie zmienia się także na lepsze, jeśli chodzi o politykę państwa wobec integracji osób z niepełnosprawnością i ich obecności na rynku pracy. Zmiany na lepsze w tym sektorze blokuje silne lobby przedsiębiorstw pracy chronionej, zainteresowane utrzymaniem status quo.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...