10 września 2010

Zielone miasto, zielone debaty

Urok ścigania się z mijającym czasem ma to do siebie, że czasem nie jest się w stanie nadążyć za rozwojem wypadków, mieć czasu na to, by wziąć udział w ciekawej debacie albo przeczytać interesującą publikację. Tak było ze "Śniadaniami na trawie" - cyklem dyskusji, organizowanych przez Urząd Miasta w scenerii stołecznych terenów zielonych. Szczęśliwie owocem tych dyskusji jest podsumowująca je publikacja, którą udało mi się wreszcie przeczytać, niemal w rok po ostatnim spotkaniu z cyklu. Dobrze, że wreszcie udało mi się zajrzeć, chociaż roboty nie brakuje - wystarczy spojrzeć w kalendarz, by zdać sobie sprawę, że to czas przygotowań do wyborów samorządowych, publikowania założeń budżetowych i innych, równie przyjemnych i równie czasochłonnych. Mam nadzieję, że coś z tych wysiłków będzie w najbliższym czasie widocznych, teraz zaś przejdę do samej, całkiem ciekawej, publikacji.

Miejska zieleń budzi sporo emocji. Walczyć musi równie często z zakusami deweloperów, co ambitnymi, "wizjonerskimi" pomysłami włodarzy miasta. Przykładów, nawet z ostatniego czasu, nie brakuje - a to pewna firma myśli o zabudowie w parku na Solcu, na którym znajduje się przedszkole integracyjne, a to robotnicy innej rozbierają wał powodziowy. Różnie bywa z wycinką drzew, na którą mogą się uskarżać chociażby mieszkanki i mieszkańcy Starówki, czasem trzeba też wybijać z głowy tak kuriozalne pomysły, jak wybudowanie wieżowca w Parku Świętokrzyskim. Jeszcze kiedy indziej opieszałość sprawia, że sprawy we własne ręce biorą środowiska artystyczne, jak z "Dotleniaczem" Joanny Rajkowskiej na Placu Grzybowskim, a nawet - oddolne inicjatywy społeczne, jak w wypadku nielegalnego parku na Kabatach. Już ta krótka wyliczanka pokazuje, że nie jest znowu tak różowo, jak chciałyby to widzieć osoby zaangażowane w tworzenie miejskiej publikacji.

Żeby jednak oddać sprawiedliwość należy wspomnieć o tym, że prawdziwe jest stwierdzenie, że sytuacja na linii władze dzielnicy/miasta - mieszkanki i mieszkańcy okolicy parku bądź skweru powoli, ale jednak się poprawiają. Sam widzę różnice na przykładzie Pragi Południe - w 2007 roku zajmowaliśmy się sprawą modernizacji Parku Znicza, odziedziczoną przez dzielnicę jeszcze od poprzedniej ekipy. Mimo faktu, że duża część koncepcji była już "zaklepana", zdecydowano się na konsultacje społeczne. Te nie do końca rozładowały atmosferę, ale przynajmniej pokazały dobrą wolę. Kiedy zatem przyszło do rewitalizacji jeziorka Balaton na Gocławiu, zdecydowano się mieszkanki i mieszkańców okolicy jak najszerzej włączyć w kształtowanie przestrzeni rekreacyjnej najwyższej jakości. Efekty poznamy już wkrótce, otwarcie planowane było na październik, chociaż rzecz jasna, z powodu pory roku, rezultaty rewitalizacji będą najbardziej widoczne wraz z nadejściem wiosny. Taki urok flory w tej szerokości geograficznej.

Już same wnioski z debat, zebrane przez dr Barbarę Szulczewską z SGGW, są miodem na serce każdej Zielonej i Zielonego. Poszukiwanie dialogu i upowszechnianie wiedzy, utrzymanie systemu zieleni miejskiej, otwarcie parków na potrzeby lokalnych społeczności, ich zróżnicowanie i otwarcie, ostrożność wobec wycinki drzew i włączenie w myślenie o zieleni takich miejsc, jak skwerki, ogródki osiedlowe i działkowe, zielone dachy czy nawet zieleń na budynkach miejskich - wszystko to postulaty, które śmiało mogłyby zmieścić się - i mieszczą - w naszym widzeniu roli przestrzeni zielonych w miejskim krajobrazie. Tymczasem grupy, które często przyczyniają się, czynnie bądź poprzez zaniechanie, do pogarszania się jej stanu, mają niekiedy pokusę do tego, by poszukiwać innych, zastępczych wrogów. Tak bywa z artystami - podczas gdy przykład Parku Rzeźby Pawła Althamera na Bródnie, zaprezentowany zresztą w podsumowaniu Zielonych Debat, pokazuje, jak wielki jest potencjał interakcji natury i kultury, przyczyniający się do poprawy wizerunku okolicy, poczucia więzi społecznych i zarazem zapobiegnięcia przejęciu terenu przez dewelopera. Nie przypadkiem też Jarosławowi Kozakiewiczowi nie udało się zrealizować odgrodzenia parku Drwęskich w Poznaniu od ruchomej ulicy - wszak chodzą słuchy, że na terenie tym ma być miejsce nie dla drzew i sztuki, ale dla zabudowy...

Niewątpliwie z publikacją miejską zapoznać się warto. Można w ten sposób szybko dowiedzieć się między innymi o drabinie konsultacji społecznych, poznać udział terenów zielonych w całkowitej powierzchni Warszawy (22,6%, same lasy zajmują aż 14%) czy też poznać strukturę podziału kompetencji między szczeblem miejskim a dzielnicowym oraz między poszczególnymi komórkami zajmującymi się tematem zieleni. Poza byciem atrakcyjnym graficznie niezbędnikiem wiedzy o sytuacji w Warszawie, podsumowanie Zielonych Debat jest także świetnym wprowadzeniem do tematu, z tekstami, pokazującymi związek między teoriami życia miejskiego a praktycznymi sposobami organizacji przestrzeni. Szkoda tylko, że zapewne nie za wiele osób wie, że Warszawa jest w stanie wydać tego typu publikacje - mam zatem nadzieję, że dzięki niniejszemu wpisowi świadomość ta choć odrobinę się zwiększy.

9 września 2010

Ciężkie czasy dla zabytków w Warszawie i na Mazowszu

Koło warszawskie partii Zieloni wyraża swój sprzeciw wobec próby odwołania z urzędu wojewódzkiego konserwatora zabytków, Barbary Jezierskiej. Jej zdymisjonowanie oznaczać będzie, że już nie tylko tereny zielone, ale także zabytkowe budowle i zespoły urbanistyczne, będące świadectwem bogactwa kulturowego miasta i województwa, nie będą chronione przed agresywnymi działaniami firm deweloperskich. Wniosek o odwołanie wojewódzkiej konserwator zabytków przyczynił się do ujawnienia skandalicznych warunków funkcjonowania tego urzędu - niskich pensji i braku środków na jego działanie. Domagamy się stworzenia warunków pozwalających na efektywne chronienie przestrzeni publicznej, zanim obudzimy się w otoczeniu jednakowych osiedli i centrów handlowych.

- Coraz trudniej jest – przy aktualnej presji inwestycyjnej – zapobiegać wszystkim groźbom szpecenia i niszczenia przestrzeni publicznej - powiedziała Irena Kołodziej, przewodnicząca koła warszawskiego Zielonych. - Dzisiaj deweloperzy chcą budowy wieżowców w parku na Powiślu(1), rozbierają zabytkowy, cenny architektonicznie budynek na Saskiej Kępie, zasłaniając rozbiórkę wielometrową blachą(2), demontują wał przeciwpowodziowy przy Potoku Służewieckim(3). Podważanie niezależności urzędu konserwatorskiego grozi nam architektoniczną „wolną amerykanką”.

- Znane nam są przypadki, gdy zatruwa się drzewa – pomniki przyrody, żeby zacząć budowę - dodał Bartłomiej Kozek, przewodniczący warszawskich Zielonych. - Konserwatorzy donoszą o podobnych praktykach w przypadku zabytków: mikrowybuchy czy niszczenie konstrukcji to sposób na doprowadzenie zabytku do stanu katastrofy i zajęcie cennej działki. Potrzebujemy wzmocnienia urzędu konserwatorskiego, ale nie poprzez spektakularne dymisje.

1 Teren Solca w okolicach ulicy Rozbrat, na którym znajduje się między innymi przedszkole integracyjne numer 6. Deweloper postanowił wybudować tam osiedle mieszkalne.

2 Willa na Katowickiej 20 została przez jej właściciela rozebrana, mimo braku zgody na ten proceder,. Postawiono wielometrowy płot z blachy, który zasłonił dewastację przed mieszkankami i mieszkańcami okolicy.

3 Robotnicy, budujący blok w okolicach ulicy Rzymowskiego, zrównali wał przeciwpowodziowy z poziomem lokalnej rzeczki. Podobny proceder w Piasecznie doprowadził kilka miesięcy temu do zalania miasta.

8 września 2010

Paryż Północy - o sile wyobrażeń

Całkiem niedawno wynikła nam ciekawa dyskusja na temat przeszłości. Przedmiotem analizy stało się wyrażenie, które dziś już nieco przyblakło, ale niegdyś (tak do 1939) powtarzane było do znudzenia. Chodzi o nazywanie Warszawy "Paryżem Północy" - tytułem, który zresztą nie miała na wyłączność, wszak tego typu porównania przywoływano chociażby wobec Petersburga. Zdarza się tak, że ów termin interpretowany jest jako przejaw polskiej megalomanii i mocarstwowych pretensji. Nie jest to podejście nieuzasadnione - wystarczy zajrzeć na bloga projektu artystycznego "W pustyni i w puszczy" czy przypomnieć sobie działalność Ligi Morskiej i Kolonialnej w międzywojennej Polsce by zobaczyć, że termin może wpisywać się w całkiem bogate tradycje leczenia kompleksów wieloletniego braku państwa marzeniami o udziale w kolonialnym wyzysku. Może on jednak - w nowej rzeczywistości i w rozwijającym się nurcie myślenia o zrównoważonym, harmonijnie rozwijającym się mieście - służyć zupełnie innym celom, takim jak chociażby patronowanie budowie pozytywnej, miejskiej tożsamości.

Czy "Paryż Północy" kodować musi jedynie konotacje związane z leczeniem kompleksów narodowych? Niekoniecznie. Dla wielu osób, zawodowo lub hobbystycznie zajmujących się badaniem przeszłości Warszawy, wiąże się on z zupełnie innymi skojarzeniami. Pierwszym z brzegu może być tęsknota za niezrealizowanym, karłowatym w porównaniu do Europy Zachodniej mieszczaństwem, które literacko zrealizowało się w jednej "Lalce" Bolesława Prusa, po czym samo zaczęło uciekać do szlacheckich dworków, z których zresztą wyszła spora część polskiej inteligencki. Kultura mieszczańska ceni sobie inne wartości niż chłopska czy szlachecka, i choć samo mieszczaństwo się zmienia (i bardzo dobrze, trudno by dziś wytrzymać chociażby z jego obyczajową hipokryzją z okresu przed rokiem 1968), to jednak trzon jego myślenia o świecie zostaje. XXI wiek będzie wiekiem miast, na co wskazują globalne procesy modernizacyjne i tendencje w rozwoju metropolii. Do myślenia o mieście na miarę czasów, w których żyjemy, potrzebna jest mentalność miejska - nie da się nim zarządzać niczym pańskim folwarkiem. Słabość samorządnej wspólnoty miejskiej, przytłoczonej mitem "demokracji szlacheckiej", bierze się jeszcze z historycznego podziału ekonomicznego Europy wzdłuż Łaby - na świat kapitalistyczny i folwarczno-pańszczyźniany. To systemy wzajemnie wykluczające się, albo zatem mozolnie zbudujemy ową miejską wspólnotę, albo pozostaniemy niewolnicami i niewolnikami żupanów i kontuszy.

Kiedy mówię "Paryż Północy", myślę o mieście, które ma być wzorem - ekologicznym, kulturalnym, wielokulturowym i kosmopolitycznym. Miasto jako takie przez wieki było azylem, to miejskie powietrze czyniło wolnym. Było też bardziej "przyziemne" - w dobrym tego słowa znaczeniu. Skupiając się na sobie, brało udział w międzynarodowym wyścigu o zapewnianie jakości życia jego mieszkankom i mieszkańcom. Nie było bezideowe - wręcz przeciwnie, dzięki instytucjom naukowym i medialnym tętni w nim obieg myśli, a ze względu na swą masowość umożliwiało danie głosu szerszym warstwom społecznym. Miasto wybacza więcej. Kiedy zsumować tę wyliczankę, przestaje dziwić, czemu w społecznym przekonaniu najlepszymi włodarzami Warszawy byli sprawni organizatorzy i wizjonerzy - Stefan Starzyński i... Sokrates Starynkiewicz. Szczególnie ta ostatnia postać jest ciekawa. Dzięki niemu Warszawa miała kanalizację wcześniej, niż najważniejsze miasta Imperium Rosyjskiego. Cieszy się dobrą opinią, mimo, iż był Rosjaninem. Inni urzędnicy carskiego imperium - w wielu wypadkach jak najbardziej zasłużenie - na ciepłe słowa nie zasłużyli. Kiedy jednak człowiek chce na poważnie zajmować się miastem, poza "myśleniem globalnym" włącza mu się "myślenie lokalne", przywiązanie do miejsca powiązane z pewną dozą egocentrycznej chęci pokazania swoich umiejętności. Trudno mieć to komuś za złe.

Jest jeszcze jedna ważna kwestia, związana z przeszłością, która wydaje się ważna - to potrzeba tożsamości. Warszawa potrzebuje symboliki, która sprawi, że osoby w niej mieszkające będą czuły, że budują inkluzywną wspólnotę miejską. Do tej pory zaproponowano dwie narracje - bardzo prostackie utożsamianie nowoczesności z budową jak największych stadionów i jak najwyższych wieżowców, albo pamięć o Powstaniu Warszawskim. Ani w jednej, ani w drugiej nie ma wiele miejsca na żywych ludzi i zaspokajanie ich potrzeb. W mieście pierwszego modelu okolice owych molochów są wieczorami opustoszałe i hula tam co najwyżej wiatr. W mieście drugiego modelu ludzie nie mają gdzie odpocząć, bo wszędzie stawia się im kolejne pomniki przeszłości. Co gorsza, obie te wizje mogą wchodzić ze sobą w synergię - przykładem były rozliczne wizualizacje Placu Grzybowskiego, złożone z parkingu, betonowych chodników/kostek i pomnika, w tym wypadku Polaków ratujących Żydów albo też Polaków pomordowanych na Kresach...

Idea "Paryża Północy" może takie wizje miasta rozbijać, tak jak myślenie w dotychczasowych kategoriach o placach miejskich rozbił "Dotleniacz" Joanny Rajkowskiej. Rzecz jasna nie są to doskonale tożsame wizje miasta, jednak - co nie jest na pierwszy rzut oka oczywiste - nostalgia za przeszłością może rymować się ze zrównoważonym, zielonym miastem całkiem nieźle. Budowa pamięci nie o wielkich klęskach, ale o mozolnym, wieloletnim procesie wspólnej budowy miasta - miasta nie tylko Polek i Polaków, ale też osób pochodzenia żydowskiego, niemieckiego, rosyjskiego, ormiańskiego i wielu, wielu innych - niesie ze sobą potencjał spajania miasta, które pod względem przywiązania ludzi do niego po dziś dzień nie pozbierało się po II Wojnie Światowej. Rozbicie tego typu ułatwia przenoszenie konfliktów z realnych sporów o wizje miasta na poziom uprzedzeń rasowych, klasowych czy geograficznych. W takim pokawałkowanym mieście w dyskusjach chociażby o komunikacji zbiorowej czy o handlu miejskim najłatwiej przerzucić dyskusję na poziom tego, jak to za wszystkie nieszczęścia tego świata odpowiadają "przyjezdni". W mieście, w którym osób o wielowiekowych tradycjach mieszkania w nim znowu tak wiele się nie zachowało absurdalność tego typu argumentacji wydaje się widoczna gołym okiem.

Miejskość jest tożsamością, którą mozolnie się buduje. Co więcej, jest tożsamością dużo szerzej otwartą na jej modyfikacje, przekroczenia i rozwinięcia niż wiele innych. Można być warszawiakiem i warszawianką, będąc Polakiem bądź Wietnamką, gejem bądź heteroseksualistką, biednym i bogatą, mieszkającym w mieście lat 5 lub 50. Można też spełnić te wszystkie warunki, a jednak nie czuć się obywatelką bądź obywatelem Warszawy. W ten sposób traci się olbrzymi potencjał talentów i umiejętności ludzi, stygmatyzowanych dlatego, że przyszywa im się łatkę "Innych" bądź "Obcych". Tymczasem osoby o różnych doświadczeniach i z różnych kontekstów, zaangażowane w trwały dialog o mieście, mogą wnieść świeżość spojrzenia i otwartość do miejskiej wspólnoty. Sam czuję się warszawiakiem, choć nie jestem "tutejszy" - znaczenie tożsamości dla poziomu życia i społecznych więzi poznałem na bazie nostalgii za innym, galicyjskim mitem, mającym jak każdy swoje wady i zalety. Mit "Paryża Północy" jest bardziej otwarty, bo odwołuje się do marzeń o wielkomiejskości i rzeczywistej, autonomicznej wspólnocie. Wspólnocie, którą chcę współtworzyć.

Jak już wspomniałem, do mitów i wyobrażeń nie da się podchodzić bezkrytycznie. We wspólnotach miejskich znalazło się też miejsce dla biedy i wykluczenia, w warszawskim kontekście wystarczy wspomnieć wieloletnie wystąpienia antysemickie. Tożsamość, by ubogacała, wymaga nie zamknięcia się na niewygodne fakty, ale zmierzenia się z nimi, pamięci i przeciwdziałania powtórce. Jednocześnie trudno budować nowoczesną, otwartą społeczność lokalną bez pozytywnych wzorców z przeszłości. Tęsknota za "Paryżem Północy" to - poza tym wszystkim - tęsknota do bardziej spójnego miasta i do społecznej aktywności. Nowoczesne miasto nie powstanie tylko dlatego, że zabudowa będzie odpowiednio gęsta, a ludzie nie będą utrzymywać się z rolnictwa, potrzebuje ducha, który je ożywi i sprawi, że jednostki je zamieszkujące - bez utraty własnych tożsamości - dorzucą do nich jeszcze jedną cegiełkę. Cegiełkę warszawskości. Kiedy to nastąpi, łatwiej będzie o zmiany na lepsze w naszym mieście.

Tekst ukazał się na stronie E-Kurjera Warszawskiego.

7 września 2010

Przepaść do zasypywania

Przygotowując się do pisania pewnego artykułu (który zapewne za jakiś czas, wcześniej czy później w zależności od premiery publikacji znajdzie się też na łamach Zielonej Warszawy) zdecydowałem się na lekturę trzeciej części pakietu Zielonego Nowego Ładu Zielonych z Nowej Zelandii. Myśląc o kraju na antypodach, myślimy raczej o bogatym społeczeństwie, nie utożsamiając je z nierównościami ekonomicznymi. Te jednak występują, a ich zakres coraz bardziej się poszerza. Z jednej strony rozwarstwienie dotyka ludność autochtoniczną - Maorysów oraz mieszkanki i mieszkańców należących do tego kraju wysp Pacyfiku, a także środowisk imigranckich. Z drugiej - coraz częściej kobiety i dzieci. Jak pokazują przytaczane w raporcie badania, od początku lat 90. XX wieku to niegdyś egalitarne społeczeństwo zaczęło rozwarstwiać się w szybkim tempie. Mimo prób zmiany tego stanu rzeczy sytuacja nie uległa poprawie, a spora część pomysłów obecnego, prawicowego rządu, takich jak obniżanie najwyższej stawki podatku dochodowego przy jednoczesnym podwyższaniu VAT oznaczać będzie dalsze pogorszenie sytuacji.

Dla partii przyzwyczajonej do egalitaryzmu i sprawiedliwości społecznej, takiej jak Zieloni, taki stan rzeczy nie wydaje się pożądany. W związku z tym naturalnym okazało się przygotowanie pakietu ośmiu praktycznych rozwiązań w dziedzinie podatków, energetyki, budownictwa i pomocy socjalnej, które pomogłyby zatrzymać i odwrócić proces dalszego wzrostu współczynnika nierówności społecznych. Dokument "Mind the Gap" jest jednocześnie bardzo cenny, jako że wymiar społeczny Zielonego Nowego Ładu nadal wymaga dalszej pracy i jego rozwijania. Nowozelandzka propozycja wydaje się bardzo ciekawa, stawiając sobie za cel zwiększenie progresywności opodatkowania, odciążenia finansowego rodzin o niskich i średnich dochodach, podwyższenie realnej wartości wsparcia socjalnego pierwszy raz od 1991 roku, a także poprawę ich jakości życia. Szczególną uwagę poświęcono w raporcie dzieciom, jako że trudno powiedzieć, by to one były odpowiedzialne za warunki życia, w jakich funkcjonują.

Dane statystyczne są tu dość bezlitosne - co czwarte gospodarstwo domowe w Nowej Zelandii doświadcza ubóstwa energetycznego - sytuacji, w której ponad 10% swoich dochodów musi wydawać na energię. To szczególnie duży problem w zimie, kiedy wiele spośród nich musi dokonywać wyboru między ogrzewaniem a zakupami żywnościowymi. Niskie temperatury przyczyniają się wówczas do wzrostu liczby zachorowań, co potrafi dodatkowo pogorszyć sytuację finansową wielu rodzin. W "Mind the Gap" przeczytamy przykłady efektów zastępowania uniwersalnych świadczeń społecznych świadczeniami opartymi o testowanie osób je pobierających. Prowadzi to do paternalistycznych zachowań, takich jak robienie samotnej matce wyrzutów z powodu przeznaczenia pieniędzy na zapisanie dziecka na terapię behawioralną. Jednocześnie niedostatecznie duża ilość mieszkań prowadzi do sytuacji opisanych przez zieloną posłankę, Catherine Delahunty, opowiadającej o babci mieszkającej z 7 wnuczętami w dwupokojowym mieszkaniu z łazienką. Wszystko to przykłady na to, że na antypodach nie jest znowu tak różowo...

Postulaty są proste i łatwe do zrealizowania. By odciążyć gospodarstwa domowe Zieloni proponują wprowadzenie kwoty wolnej od podatku w wysokości 10 tysięcy dolarów nowozelandzkich (ponad 22 tysięcy złotych), która szczególnie pozytywnie wpłynęłaby na wzrost puli funduszy w najsłabiej zarabiających gospodarstwach domowych. Koszt tej reformy - szacowany na 3,2 miliarda dolarów (ok 6,5 mld zł), jak również i pozostałych pomysłów, zostałby pokryty przez wprowadzenie podatku od zysków kapitałowych i inwestycji w nieruchomości nie będące domem mieszkalnym danej rodziny, co dawałoby docelowo, wedle wyliczeń średnio 4,5 miliarda dolarów (ok. 9,5 mld zł) rocznie. Każdy z pomysłów nowozelandzkiego pakietu, poza wspomnianym podatkiem, generowałby nie tylko poprawę jakości życia, ale też długofalowe oszczędności, chociażby w postaci mniejszych wydatków na ochronę zdrowia dzięki zapewnieniu środków na odpowiednie ogrzewanie czy też podatków od 28 tysięcy osób zatrudnionych w programie trzyletniej budowy 6 tysięcy mieszkań komunalnych i wsparcia finansowego dla budownictwa społecznego.

Wspomnieć należy o pozostałych pomysłach z "Mind the Gap". Dzięki temu, że większość sektora energetycznego Nowej Zelandii nadal pozostaje publiczną własnością, łatwiej można wprowadzić tam progresywne stawki energetyczne - co nie oznacza, że przy bardziej konkurencyjnym rynku nie jest to możliwe. Instytucja publiczna wykupywałaby określoną ilość energii od firm energetycznych, a następnie odsprzedawałaby wszystkim gospodarstwom domowym po niższej cenie. W ten sposób każda i każdy miałby prawo do tańszego prądu w zakresie jego zużycia, umożliwiającym godne życie, jednocześnie - chcąc używać go więcej - musiał/a/by płacić odpowiednio wyższą stawkę. System taki obowiązuje w Japonii i Kalifornii, obszarach, słynących z efektywności energetycznej, do której taki system zachęca. Pozostał postulaty dotyczą lepszych gwarancji prawnych dla osób wynajmujących mieszkania, gwarantujących wyższą stabilność, a także zwiększenie dostępności jednej z lokalnych form wsparcia dla osób bez pracy oraz przywrócenia bezwarunkowości jednego z zasiłków, zasypujących różnicę między sumą pobieranych świadczeń a poziomem minimum socjalnego, jeśli się go nie osiągnęło. Jak widać, pomysły Zielonych z Nowej Zelandii są bardzo konkretne i warto się z nimi zapoznać - tym bardziej, że są one dokładnie wyliczone, a ich wybór - uzasadniony. Warto samemu przekonać się, czy analogiczne reformy nie przydałyby się (i czy w ogóle nadają się do przeniesienia) w naszym kraju.

6 września 2010

Polska Zielona Sieć: Chcesz mieć wybór? Wyślij kartkę do operatora telefonii komórkowej!

Chcesz mieć wybór i móc kupować telefony wyprodukowane w sposób odpowiedzialny dla ludzi i środowiska? Zrób pierwszy krok i wyślij kartkę do swojego operatora telefonii komórkowej!

Niestety, jak dotąd "szeroki wybór" telefonów komórkowych dostępnych na polskim i europejskim rynku nie przełożył się w żaden sposób na możliwość zakupu aparatów, których produkcja spełniałaby wysokie standardy ekologiczne i społeczne.

Operatorzy nawiększych sieci komórkowych, takich jak T-Mobile (właściciel części akcji Polskiej Telefonii Cyfrowej będącej operatorem sieci Era i Heyah), Orange czy Vodafone (posiadający część akcji polskiego Polkomtela czyli firmy Plus), oferujący "darmowe" telefony w przypadku podpisania nowej umowy, twierdzą że powodem utrzymującego się takiego stanu rzeczy, jest niskie zainteresowanie „odpowiedzialnymi” produktami ze strony konsumentów. Realizatorzy kampanii "MakeITfair", która wzywa firmy do uwzględniania kwestii praw człowieka i ochrony środowiska przy produkcji sprzętu elektronicznego, chcą to zmienić i dać konsumentom faktyczny wybór.

Łańcuch produkcji telefonów komórkowych staje się obecnie coraz dłuższy i bardziej skomplikowany. Marki takie jak Nokia, Apple, LG, Motorola, Samsung czy Sony Ericsson outsourcingują produkcję do krajów gdzie koszty pracy są znacznie niższe niż w Europie, Stanach Zjednoczonych czy Japonii. Na rynku powstały duże korporacje-pośrednicy, takie jak np. Flextronics, Foxconn, and BenQ, które produkują sprzęt w Azji Południowej i Wschodniej sprzedawany następnie pod nazwami znanych marek, które widzimy na kupowanych przez nas aparatach.

Jak pokazuje raport kampanii MakeITfair, w fabrykach, w których produkuje się telefony lub ich części, nagminnie łamane są prawa człowieka i prawa pracownicze. Pracownicy otrzymują niskie pensje często poniżej ustawowego minimum, normą są przymusowe nadgodziny i brak umów o pracę. Pracownicy zostają zwalniani w przypadku popełnienia błędu lub gdy zdarzy im się zasnąć nad taśmą produkcyjną. Związki zawodowe w tej branży praktycznie nie istnieją. Na Filipinach, gdzie zlokalizowanych jest wiele fabryk sprzętu elektronicznego związki występują w mniej niż 10% fabryk.

Przemysł elektroniczny zużywa ponad połowę światowej produkcji cyny i jedną czwartą kobaltu a same telefony komórkowe potrzebują ponad 30 różnych metali by mogły działać. Metale te wydobywa się głównie w Afryce i Azji, nierzadko w warunkach nagminnego pogwałcania szeregu międzynarodowych konwencji i z dużą szkodą dla środowiska w okolicy kopalń.

Niestety, nawet wtedy, gdy przestają być już potrzebne, telefony wciąż mają negatywny wpływ na środowisko i ludzi w krajach rozwijających się. W 2009 roku w użyciu było ponad miliard telefonów. Ogromna ich część ląduje na wysypiskach w Afryce czy Azji. Przy braku odpowiednich norm regulujących ich utylizację, w krajach takich jak Ghana, Nigeria, Chiny i Indie przy zbieraniu i oddzielaniu części elektronicznych, a następnie odzyskiwaniu z nich cennych substancji takich jak miedź, nikiel czy złoto pracują ludzie bez żadnych zabezpieczeń kalecząc się i wdychając niebezpieczne dla zdrowia substancje. Często pracę tę wykonują dzieci.


Chcesz być na bieżąco i wiedzieć więcej o akcjach i kampanii "Kupuj odpowiedzialnie"? Zapraszamy na stronę www.ekonsument.pl i na profil na Facebooku.