27 lipiec 2008

Raport sondażowy - lipiec 2008

Wakacje wpłynęły na ilość badań sondażowych w tym miesiącu - było ich tylko 8. Jak widać z załączonej tabelki, nie spowodowały one jakichś gwałtownych przetasowań na scenie politycznej - chociaż działo się wiele. Warto wspomnieć ostatnią awanturę w Sejmie, a także kwestię prezydenta Sopotu i tarczy antyrakietowej, chyba wzajemnie się znoszących, przez co PO nie skorzystała na swym udawanym sprzeciwie wobec amerykańskich instalacji militarnych. Główni gracze okopali się na swych pozycjach i pomimo wielu działań, nie pozwalających o nich zapomnieć, ich poparcie nie skakało w porównaniu z zeszłym miesiącem o więcej niż 1,1 punkta procentowego. Platformie delikatnie wzrosło - być może właśnie przez tarczę antyrakietową.

Kwestia Karnowskiego, ale także plany prywatyzacji służby zdrowia czy też kontrowersyjnych reform w edukacji nie zraziły wyborczyń i wyborców. Lekki wzrost PO automatycznie wpływa na spadek sondażowej pozycji PiS - chociaż jeśli zobaczymy słupki, musimy się spytać - kto jeszcze na tym skorzystał? Być może Samoobrona, która wróciła do blokowania dróg i od razu stała się największą formacją, która nie weszłaby do Sejmu. Być może też "siła spokoju", czyli PSL, które z miesiąca na miesiąc odzyskuje swoją pozycję i tym razem przekroczyłoby magiczną barierę 5%.


Wygląda na to, że zeszłomiesięczny wzrost poparcia dla SLD nie był jedynie wynikiem medialnego zainteresowania kongresem tej partii. Grzegorz Napieralski tchnął nieco ducha w tę formację, co zyskuje pozytywne komentarze sporej grupy prasowych komentatorów. Tym razem Sojusz nieco osłabł, ale warto wspomnieć, że jest tu liczone poparcie dla samego SLD - bez UP, która podpisała już umowę o wspólnym starcie w przyszłorocznych wyborach. Gdyby dodać poparcie tej partii (pojawiła się w dwóch sondażach, gdzie dostała po 1%), to Napieralski zbliża się już do 8%, a to niezła baza do dalszego wzrostu.

Na tym tle sytucja pozostałych sił "na lewo od PO" staje się coraz bardziej beznadziejna. Demokraci stracili już nawet w sprzyjającym im sondażu Wirtualnej Polski i dali się wyprzedzić konającej formacji Andrzeja Leppera. SDPL z kolei notuje kolejne rekordowo niskie wyniki, i gdybym uwzględnił też średnią z badań UPR (pojawiła się w 3 sondażach, zdobywając 1,1 i 0%), to miałaby mniejsze poparcie od tego ugrupowania. LPR niczym nie zaskakuje, widać elektorat eurosceptyczny dobrze odnajduje się w partii braci Kaczyńskich.

Niewielkie wahnięcia w poparciu widoczne są także w ustabilizowaniu sie kształtu przyszłego Sejmu. PO i PiS stracili kilku posłów na rzecz wchodzących do izby niższej ludowców. Podobnie w Europarlamencie. Wiemy już na pewno po deklaracjach Waldemara Pawlaka, że PSL jednak nie utworzy wspólnych list z PO, zatem licze ich osobno. PO miałaby wtedy 30 mandatów na 51 (-2), PiS - 14 (-1), SLD - 4 (bez zmian), a PSL - 3 (+3).


Na chwilę obecną nie widać zatem wielkich tąpnięć, ale pokazuje to wyraźnie, że ci, którzy śpią na wakacjach przestają się liczyć. Opinia polityczna przyzwyczaiła się, jak widać, do istnienia dwóch dużych i dwóch mniejszych partii i prawdziwym cudem będzie przełamanie tej hegemonii. W sierpniu czekają nas wakacje parlamentarne, zobaczymy zatem, co lubią ludzie, kiedy nie muszą oglądać rozlicznych polityczek i polityków, a potem jesień - jesień, która pokaże, czy jest szansa na wyklucie się jakiejkolwiek alternatywy i czy owa alternatywa w ogóle mieć będzie poparcie.

26 lipiec 2008

Przemóc przemoc

Niedawno sam byłem ofiarą pewnego średnio przyjemnego incydentu. Pewne chłopię, zapewne ciut młodsze ode mnie, szło drogą osiedlową ze swą dziewczyną. Zawołało mnie i chciało podać rękę więc ja, osobnik raczej życzliwie patrzący na drugiego człowieka, ową rękę podałem. Następnie chłopie owo puścić jej nie chciało, pytając się przy okazji, czy "pocałuję go po francusku", albo "ze ślimaczkiem", albo chociaż nie dam pieniędzy na piwo, bo inaczej mi rękę złamię. Wpadłem na genialny w swej głupocie pomysł powiedzenia, żeby puścił, bo inaczej zadzwonię po policję. Owszem, puścił, ale tak on, jak i jego luba poczęli rzucać wyzwiskami, a osobnik ów oblał mnie piwem, żeby broń Boże jego honor nie został splamiony nieudanym starciem o pieniądze z jakimś niskim okularnikiem.

Wszystko to zdarzyło się nie w nocy o północy, ale przed 20.00 w czerwcu, a więc w porze, w której Słońce jeszcze świeci i ogólnie wydawać by się mogło, że jest bezpiecznie. Minutę drogi od metra, a nie na podwórku kamienicy. To pokazuje, że destrukcyjne popędy czają się wszędzie i nierzadko tylko krok dzieli nas od tego, by uwolniły się i byśmy padli ich ofiarą. Może to przytrafić się każdemu, co powyższy przykład chyba w niezgorszy sposób pokazuje. Ryzyko jest, o czym wie każdy, kto chodzi na manifestacje feministyczne czy też LGBT i widzi gotowych do bitki panów z Młodzieży Wszechpolskiej i ONR.

Gdzie to wszystko się zaczyna? W domach. Niedawno prasa z zaskoczeniem przyjęła fakt, że polskim rodzicom w Szwecji zabrano tymczasowo syna, bo dawali mu "niewinne" klapsy. Nie są one niewinne, gdyż uczą, że swój cel można osiągnąć za pomocą przemocy. Ponieważ rodzice są silniejszi, tworzy się spirala negatywnych emocji, która wychodzi na podwórko. Tam, gdzie pojawia się osiedlowy "chłystek", szybko powstaje hierarchia oparta na ślepej sile i jej pokazywaniu. W rodzinnych stronach widziałem to na własne oczy i niemal poczułem na własnej skórze. Szczęśliwie w dobrym momencie pojawiła się niezastąpiona starsza siostra i sprawiła, że wizja zadawania się z takowymi "kumplami" przestawała być kusząca...

Mimo to nie traktuję ich z góry - większości z nich tylko to zostaje. Palą, piją i biją, bo w domu było podobnie. Bo szkoła nie jest alternatywą - raczej miejscem, z którego przynosi się złe stopnie. Ci, którzy starają się pomóc, albo mają taki obowiązek, najczęściej mówią w sposób nieatrakcyjny dla młodego człowieka. Potem zaś możemy obserwować na przykład walające się na osiedlu kosze na śmieci, które zostały obalone podczas "nocnej eskapady".

Zapomina się też, że bardzo często przemoc ma podłoże ekonomiczne - mało kto (chociaż zdarzają się i takie przypadki) kradnie, bo jest z bogatej rodziny i sprawia mu to satysfakcję. Często gęsto brak pozytywnych wzorców idzie w parze z realną biedą. Kiedy człowiek wpatruje się w telewizor, z którego niemal spływają wszelkie dobra konsumpcyjne - zaczyna pragnąć. I nierzadko zdobywa je, tyle że droga przestępstwa.

Zamiast zatem próbować udowodnić, że surowe kary cokolwiek dają, pora pomyśleć o realnym zapobieganiu tego typu sytuacjom. Najwięszy ciężar spada tu na szkołę i samorządy. Ta pierwsza musi umieć zagwarantować np. kursy wyrównawcze czy fachową, a nie tylko nominalną pomoc społeczną. Te drugie powinny zaproponować tworzenie dobrej infrastruktury sportowej, umożliwiającej wyładowanie swoich emocji w dużo bardziej racjonalny sposób. Trzeba ich jak najbardziej izolować od źródeł patologii, rozwijać i wszczepiać w nich nowe pasje i zainteresowania, odkrywając je razem z nimi. Dawać zawód, który pozwoli odbić im się od dna i wkroczyć w nowe życie.

Inaczej nadal będziemy narzekać na "niebezpieczne dzielnice" i "niebezpiecznych ludzi". Organizacje pozarządowe, placówki kulturalne, artyści i artystki, społeczniczki i społecznicy mogą w tym znacząco pomóc, ale nikt nie wyręczy w tym procesie państwa, samorządów i placówek im podległych. Czas na to, by zamiast zajmować się obcinaniem do minimum ilości lektur szkolnych, zacząć myśleć o skutecznym wydobywaniu młodych ludzi z kłopotów. Zanim będzie za późno...

25 lipiec 2008

Powolne przekwitanie borówek

Obserwowanie agonii niegdyś obiecującego projektu, jakim była Socjaldemokracja Polska, nie budzi mojego entuzjazmu. Jeśli zliczać kolejne średnie sondażowe coraz bardziej oddala się ona już nie tylko od magicznych 5%, ale nawet od 1%. Jeszcze trzy lata temu, w ferworze walki wyborczej, gotowość oddania na nich głosu, przed startem Włodzimierza Cimoszewicza, deklarował co dziesiąty z nas. Dwa lata temu, gdyby nie szalony Kazimierz Marcinkiewicz, zapewne to on mierzyłby się w drugiej turze wyborów na prezydenta Warszawy z Hanną Gronkiewicz-Waltz. Jeszcze rok temu wchodził do Sejmu... A dziś? Osiem szabel na Wiejskiej, ginących w tłumie twarzy PO i PiS, bez odważnych postulatów, a na koniec - bez przywództwa partii, którą sam tworzył. Koło fortuny bywa okrutne.

Czytałem niedawno dwie ciekawe publikacje, w których Marek Borowski maczał palce - program samorządowy dla Warszawy z 2006 roku, o którym już wspominałem, a także "Polskie sprawy małe i duże", książeczkę wydaną przy okazji kampanii prezydenckiej 2005 roku. Czytając tę ostatnią, można było przetrzeć oczy ze zdumienia, jak to marginalizowany wówczas Sojusz Lewicy Demokratycznej całkiem nieźle sprawdzał się w roli koalicji lewicowych formacji. "Borówie" nie brakowało wówczas odwagi w tym, by napisać, że Marks nie we wszystkim się mylił (nie mam pojęcia, czy podobnie napisałby i dziś), walczyć przeciwko popiwkowi (podatkowi od ponadnormatywnego wzrostu płac), za ratowaniem PGR-ów, a także występować jako oponent ideowy ówczesnej Unii Demokratycznej. Godne podziwu, szczególnie w Sejmie, który w latach 1991-1993 przypominał bardziej cyrk. Podziwiam tych, którzy tam nie oszaleli widząc wynik sprawdzania działania guzików, kiedy marszałek prosił o wciśnięcie przycisku "za", a pojawiło się kilka "przeciw" i "wstrzymujących się". Podobnie jak przy głosowaniu wygaśnięcia mandatu posłowi, który... umarł...

Co ciekawe, w całym zbiorku brakowało jakichkolwiek artykułów z przedziału czasowego miedzy 1995 a 2003 rokiem. To zapewne przypadek, ale symptomatyczny - znacząco trudniej jest w tym wypadku prześledzić pełną ewolucję tego polityka i sprawdzić, w którym momencie coś zaczęło się psuć w przedsięwzięciach, w których brał udział. O ile bowiem alians z powoli idącą na lewo Partią Demokratyczną nie jest sam w sobie pozbawiony sensu, o tyle sposób jego przeprowadzania nie zapowiada stworzenia nadwiślańskiego odpowiednika centrolewicowych Liberalnych Demokratów, tylko raczej na reaktywację nieboszczki Unii Wolności. Nie da się inaczej zinterpretować sytuacji, w której twarzą nowej formacji miałby zostać Dariusz Rosati, który twierdzi, że w kraju olbrzymich dysproporcji majątkowych "nie ma biedy".

"Odnowa autentycznej lewicowości" poprzez unikanie konfliktów, tworzenie socjalliberalnej partii "trzeciej drogi" ze zwolennikami tarczy antyrakietowej i "kompromisu aborcyjnego" nie brzmi racjonalnie. Wydaje się, że w sojuszu SDPL z PD nie ma myślenia "do przodu" - cała koalicja wydaje mi się zwrócona w przeszłość, ma zamazywać podziały historyczne, które (na szczęście) obchodzą ludzi coraz mniej. Także doświadczenia europejskie pokazują, że kierowanie lewicy do centrum kończy się najniższymi notowaniami od dziesięcioleci (casus SPD w Niemczech i Partii Pracy w Wielkiej Brytanii), a tym samym pozwala na spore sukcesy dużo bardziej radykalnych alternatyw po lewej stronie (vide Socjalistyczna Partia Ludowa w Danii albo Partia Socjalistyczna w Holandii, która wyprzedza w sondażach socjaldemokratów). Czy zatem w Polsce miałoby być inaczej?

Nie sądzę. W sytuacji wielkiego klinczu miedzy PiS a PO jedynymi, którzy mają szansę ocaleć z tego pojedynku, są PSL i SLD. Obie te partie mają swój żelazny elektorat, a formacja Napieralskiego, może czasem nieporadnie, jest obecnie dużo odważniejsza niż SDPL, o "racjonalnych" Demokratach nie mówiąc. Aktualne ciche porozumienie z Pałacem Prezydenckim tylko im służy i teraz mają wolną rękę do spacyfikowania konkurencji na lewej flance, a przy okazji - do podbierania lewicowo-liberalnego elektoratu Platformy. To projekt długofalowy, który jednak może się im udać, tym bardziej, im bardziej PO będzie w rozkroku miedzy radykalizmem PiS a Lewicy.

W takiej sytuacji możliwości przebicia się drugiej partii socjaldemokratycznej są równe zeru. Ludzie nie szukają już konsensusu - szukają wyraźnych alternatyw. To ich mobilizuje - pisze o tym lewicowy, amerykański LIBERAŁ, David Ost, który w "Klęsce Solidarności" nie boi się mówić o tym, że demokrację najlepiej buduje się na kwestionowaniu ekscesów kapitalizmu, a mobilizacja klasy robotniczej wychodzi najlepiej poprzez mobilizowanie ich gniewu. Tę lekcję odrobił PiS, przy czym zepchnął ich na stanowiska prawicowe i w gruncie rzeczy antypracownicze. Doprawdy nie wiem, jak zwolenniczki i zwolennicy Centrolewu wyobrażają sobie być za i przeciw "tarczy antyrakietowej", o prawach pracowniczych już nie wspomniawszy.

Potencjalne ugrupowanie zatem będzie raczej niespoiste, co widac po konfliktach między partią a jej młodzieżówką. Jeśli już naprawdę tego chcieli, mogli pogadać z PD i ogłosić powstawanie nowej formacji zaraz po zerwaniu SDPL z SLD - wtedy ciągle byłoby o nich głośno. Teraz tkwią w marazmie i pozwalają ludziom o sobie zapomnieć. Nawet w wyborach do Europarlamentu nie mają już takich "aktywów" jak kiedyś - profesor Geremek odszedł na zawsze, Kułakowski raczej znów startować nie będzie, a Paweł Piskorski, jeśli nawet wróci, nie jest już tak wpływowy jak kiedyś. Przekroczenie pięcioprocentowego progu może się zatem okazać trudne w realizacji.

Nie jestem doradcą "borówek". Mogli zostać przy SLD i mieliby tym samym zagwarantowaną pewną przyszłość. Teraz, kiedy jest już bardzo późno na jakiekolwiek zmiany, mało kto dostrzega alternatywy. Nie będę ich zdradzał, bo SDPL-owcy powinni już dawno domyśleć się, jaka formacja mogłaby odnieść sukces w momencie bezprecedensowego zainteresowania kwestiami ekologicznymi i bezpieczeństwa socjalnego. Wielka szkoda, że tak kończy formacja, z którą wiązałem wielkie nadzieję na lepszą jakość życia politycznego w Polsce w ogólności i lewicy w szczególności.

24 lipiec 2008

Plac Wilsona - nadal dla ludzi?

Mieszkanki i mieszkańcy Żoliborza są zaniepokojeni aktualną sytuacją na Placu Wilsona. Tamtejsza spółdzielnia mieszkaniowa planuje kilkukrotne podwyżki czynszów dla najemców lokali, co grozi wyprowadzką jednych z ostatnich sklepów i kawiarni w okolicy. Czy Plac stanie się kulturalną pustynią?

- Bardzo się tego obawiamy - mówi Bartłomiej Kozek, przewodniczący warszawskich Zielonych 2004 - Jeśli słowa staną się ciałem i spółdzielnia podwyższy czynsze, wtedy na pięknym placu zostaną już prawie wyłącznie banki. Taka wizja zdecydowanie nam nie odpowiada. We współpracy z zaniepokojonymi mieszkankami i mieszkańcami Żoliborza, wpadliśmy na pomysł listu otwartego do burmistrza dzielnicy, pana Janusza Warakomskiego. Prosimy go o pomoc w przekonaniu spółdzielni, że poza pogonią za zyskiem powinna pamiętać o przedwojennych tradycjach spółdzielczości. Spółdzielczości, dbającej także o rozwój lokalnej wspólnoty, której nie zapewnią kolejne placówki bankowe.

Poza wysłanym listem Zieloni deklarują wsparcie dla działań lokalnej społeczności, która rozpoczęła zbieranie podpisów pod petycją przeciw degradacji Placu Wilsona. Mieszkanki i mieszkańcy będą zbierać pod nią podpisy w swoim miejscu zamieszkania, a także w Internecie, w serwisie petycje.pl. Liczymy na to, nadal będzie on przede wszystkim miejscem dla ludzi, a jego życie nie będzie kończyć się wraz z zamknięciem ostatniej placówki bankowej, w której trudno napić się kawy czy też poplotkować.

Link do petycji żoliborskich internautek i internautów:
http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=3325

***

Sz. P. Janusz Warakomski

Burmistrz Dzielnicy Żoliborz
ul. Juliusza Słowackiego 6/8, p.201
01-627 Warszawa
szd@zoliborz.org.pl

LIST OTWARTY

Szanowny Panie Burmistrzu!

Piszemy do Pana z powodu doniesień prasowych, jakie pojawiły się w ostatnich dniach, dotyczących obumierania Placu Wilsona. Tamtejsza spółdzielnia mieszkaniowa, drastycznie podnosząc czynsz dla najemców, prowadzi do sytuacji, w której zanika przestrzeń publiczna – wspólna przestrzeń mieszkanek i mieszkańców dzielnicy i miasta.

Z placu Wilsona znikają ostatnie sklepy i miejsca spotkań, jakie ostały się tam do tej pory. Zniknięcie grozi kawiarence pani Zapart, cukierni Bliklego, a także sklepowi spożywczemu „Lukullus". W takim tempie w tym urokliwym miejscu pozostaną jedynie banki, które już teraz dominują w krajobrazie okolicy.

Prosimy Pana Burmistrza o zajęcie się tą sprawą i objęcie ochroną dobra wspólnego, jakim jest przestrzeń spotkań i wspólnych inicjatyw mieszkańców – na przykład poprzez rozmowy ze spółdzielnią „WSM Żoliborz Centralny" na temat wysokości podwyżki czynszu. Nie negujemy samej zasadności podwyżki, przeraża nas jej rozmiar – kilkukrotny wzrost opłat jest dla nas trudny do pojęcia, tym bardziej, że dokonuje go instytucja, która ma reprezentować chlubne tradycje spółdzielczości. Spółdzielczości, w której zawsze chodziło o coś więcej niż tylko ślepą pogoń za zyskiem – o dobro wspólne.

Wierzymy, że władze dzielnicy, do obowiązków których należy dbałość o społeczność, przez którą zostały wybrane, pomogą mieszkankom i mieszkańcom placu Wilsona i całego Żoliborza w tych trudnych dla nich chwilach. Nie może być bowiem tak, że wychodzący z ogłoszonej „najpiękniejszą stacją metra" stacji Plac Wilsona nasi goście z innych warszawskich dzielnic nie będą mieli gdzie usiąść przy kawie! Wzywamy do dbania o dobro mieszkanek i mieszkańców, którzy chcą się czuć jak u siebie w domu.

Byłoby ogromną stratą i hańbą dla Żoliborza, gdyby jego mieszkanki i mieszkańcy musieli jeździć do innych dzielnic, by spotkać się z przyjaciółmi, gdyby Plac Wilsona stał się miejscem zdominowanym przez instytucje zamykające swe podwoje o godzinie 18, martwym i opustoszałym właśnie wtedy, gdy życie przestrzeni miejskiej powinno rozkwitać.

Czekamy na Pański ruch, Panie Burmistrzu!

Z poważaniem,
Bartłomiej Kozek, przewodniczący koła warszawskiego Zielonych 2004

23 lipiec 2008

Krakowskie Przedmieście ożywią ludzie!

List wysłany do redakcji Życia Warszawy, niestety publikacji chyba się nie doczekał... Ale spokojnie, szykujemy pewną akcję, która medialną uwagę przykuje na pewno - szczegóły wkrótce:)

***

Dyskusja o roli Krakowskiego Przedmieścia toczy się obecnie wokół faktu, że nie ma tam nocnego życia. To prawda, jednak nie jest tak, że tylko kluby, restauracje i drogie sklepy tworzą klimat miasta. Tworzą go także ludzie i o to warto zadbać.

Miasto nie może się wycofywać się z promocji ulicy, która ma być "salonem miasta". Rola samorządu nie kończy się z momentem postawienia na chodnikach granitowych płyt. To do lokalnych władz należy zadbanie, by na Krakowskim tętniło życie. Można to zrobić na wiele prostych sposobów - chociażby poprzez współorganizowanie teatrów ulicznych czy też okresowe wystawy prac studentek i studentów ASP. Warszawianki i Warszawiacy chętnie wyjdą z pubów na Nowym Świecie, jeśli o północy czekać ich będzie artystyczny performance przy bramie Uniwersytetu Warszawskiego albo odsłonięcie abstrakcyjnej rzeźby tuż pod okiem Zygmunta III. A gdyby tak udostępnić trawniki przy Karowej na pikniki, zamiast grodzić je przed ludźmi?

Tego typu akcje budują renomę miejsca, w którym dziać się mogą zupełnie nieprzewidywalne zdarzenia. Nie wymaga to tworzenia parkingów - wystarczy dobry transport publiczny. Do realizacji tego typu wizji nie są też potrzebne gigantyczne środki finansowe - przede wszystkim wymagana jest świeżość umysłu i otwarcie na niekonwencjonalne środki promocji. W końcu bary i jadłodajnie nie są jedynym sposobem na ożywienie tego kawałka miasta - kawałka, który po remoncie aż prosi się o nieszablonowe atrakcje.

Mam nadzieję, że dyskusja na łamach "Życia Warszawy" okaże się owocna i już wkrótce o problemie martwego Krakowskiego Przedmieścia będziemy mówić wyłącznie w czasie przeszłym.

22 lipiec 2008

Ecosprinter: Młodzież, pełne zatrudnienie i ochrona środowiska

Jednym z celów Strategii Lizbońskiej jest zwiększenie produktywności Unii Europejskiej poprzez, między innymi, pełne zatrudnienie. Pytanie brzmi - do jakiego stopnia jest ono pożądanie w czasie walki ze zmianami klimatycznymi, kiedy już teraz odczuwa się pilną potrzebę rozwoju sprawiedliwego tak ekologicznie, jak i społecznie.

"Gdyby praca była taka przyjemna, bogacze zachowaliby ją dla siebie" - Mark Twain

By odpowiedzieć sobie na to pytanie, powinniśmy wpierw pomyśleć o aktualnych koncepcjach pracy i zatrudnienia, jakiego zatrudnienia potrzebujemy i pod jakimi warunkami mielibyśmy potrzebować pełnego zatrudnienia.

Strategia Lizbońska była jedną z pierwszych publikacji Komisji Europejskiej, który z nazwy wymienia młodych. Z tego też powodu Komisja wydała komunikat o Pełnym Udziale Młodzieży w Edukacji, Zatrudnieniu i Społeczeństwie. Nazwa brzmi czadowo, ale treść - już nie, szczególnie, jeśli zobaczymy, co Komisja rozumie jako "uczestnictwo", "edukację", "zatrudnienie" i "społeczeństwo". Według tegoż papieru, "zatrudnienie" oznacza produkcję, "społeczeństwo" składa się z firm i rynków, a "edukacja" to tylko proces uczenia się... jak produkować lepiej.

Komisji chodzi przede wszystkim o poprawę statystyk dotyczących ludzi opuszczających szkoły i dane o młodych bezrobotnych. Ustawia pewne cele, na przykład taki, by każdy student i studentka miał/a możliwość odbycia stażu, trwającego maksymalnie pół roku, po zakończeniu studiów. Nie wspomina już o tym, czy taki staż powinien być płatny i do jakiej opieki społecznej byłaby uprawniona taka osoba. Staże są jedną z najbardziej niepewnych rodzajów pracy w Europie, ale Komisja wydaje się bardziej zatroskana zapewnianiem darmowej siły roboczej firmom.

Chcą także zwiększyć ilość młodych na umowach stałych. Czy młodzi je potrzebują? Pod jakimi warunkami? Czego w ogóle młodzi potrzebują? Biorąc pod uwagę fakt, że szybko idziemy w kierunku ekonomii opartej na wiedzy, to właśnie wiedzy potrzebują młodzi ludzie. Komisja nie mówi za wiele o poprawie edukacji na wszystkich szczeblach i dla każdego, nie tylko dla młodziaków, nie mówiąc już o darmowej edukacji dla każdego - młodych bezrobotnych, dorosłych chcących się przekwalifikować albo osobom starszym z młodym sercem.

Poza tym wszystkim, edukacja nie powinna być li tylko sposobem na dowiadywanie się, jak lepiej produkować w służbie systemu. Powinna dostarczać także środków do emancypacji i wzmocnienia młodych ludzi, a także przywrócenia społeczeństwa obywatelskiego. Edukacja powinna pomagać młodym w budowaniu ich zdolności, rozumienia wielokulturowych społeczeństw i pokojowego rozwiązywania konfliktów. Udział studentek i studentów w takich zajęciach, do tej pory dodatkowych powinien być brany pod uwagę, powinny one stawać się elementami szkolnych i uniwersyteckich programów nauczania.

Pełne zatrudnienie, wzrost produktywności i darmowe aplikacje nie będą przyszłością Europy, jeśli będzie się na nie patrzeć z punktu widzenia sprawiedliwości ekonomicznej i społecznej. Komisja Europejska powinna skupić swoją politykę raczej na zwiększeniu i rozwoju wiedzy wewnątrz Unii Europejskiej, unikając nierównego traktowania niedoświadczonych studentek i studentów. Hiszpański rząd zaproponował niedawno pomysł, by wziąć pod uwagę zapewnianie opieki społecznej uczennicom i uczniom szkół szczebla licealnego, co oznaczałoby, że byliby uprawnieni do zasiłków dla bezrobotnych i innego typu opieki bez konieczności podejmowania pracy. Jest to propozycja, by młodzi ludzie kontynuowali edukację w kraju, w którym poziom przedwczesnego kończenia nauki w niektórych rejonach sięga nawet 40%.

21 lipiec 2008

W krzywym zwierciadle, czyli szkło kontaktowe na prowincji

Kanikuły w pełni, cisza w koło, a dziennikarze na gwałt szukają choćby najmniejszego tematu, który można by "wziąć na ząb" i na chwile zabić potworny marazm nicniedziania w naszym lokalnym i krajowym grajdołku. Tymczasem spełniła się mroczna przepowiednia z pewnej reklamy wyborczej:

"Nie ma Giertycha, nie ma Leppera, nic się nie dzieje, nudy..."

Reklama jak widać na tyle prorocza, że nawet nie ma już także i jej twórców, czyli LiDu. Po pół roku sprawowania rządów PO nasz Premieru Donaldu Tusku Słońce Peru I, niczym sławny rosyjski hipnotyzer Anatolij Kaszpirowski, uśpił nas swoim pełnym miłości wzrokiem i głosem:

Adin: Uwiditje, wszyscy Polacy się wzajemnie kochają...
Dwa: Polska się rozwija i ludzie żyją dostatnio...
Tri: Problemy służby zdrowia właśnie ustępują...
Ćietyrie: Nasza edukacja dorównała już standardom europejskim...
Piat: Boiska na Euro prawie zrobione, mamy też boiska w każdej gminie...
Szjest: PKB rośnie, doganiamy Irlandię...
Sjem: Misja w Iraku zbliża się ku końcowi...

Tak oto spokojne, po cichu, po wielkiemu cichu proszę Państwa upłynęły nam te wydłużone nudne półroczne wakacje, prawie jak w filmie polskim. To jest tak, że odkąd premierem został nasz premier, to proszę Państwa: Nuda, nic się nie dzieje, dialogi - niedobre, bardzo niedobre dialogi są, w ogóle brak akcji jest, nic się nie dzieje, aż dziw bierze, że nie wzoruje się na zagranicznych. Dłużyzna, proszę Państwa, po prostu dłużyzna. Państwo rozumieją.

Patrzę, patrzę na to no i aż mi się chce wyjść, a nie mogę bo tu ciągle: adin, dwa, tri, ćietyrie, piat, szjest, sjem...

Mógłbym tak jeszcze długo, ale oszczędzę Państwu wpadnięcia w trans zachwytu nad ciężką pracą naszego premiera i rządu i na liczbie siedem: Nasz sjeans zakańczaitsa...

No i mili Państwo, i kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci my płacimy.

A tu przez cały ten czas nic się nie dzieje! No i... kiedy wydawało by się , że będę musiał już iść na bezpłatny urlop, tak jak i cała dziennikarska brać różnej proweniencji, to nagle jak grom z jasnego nieba spada cudowna dzika kaczka, i bynajmniej nie jest to kaczka dziennikarska wiadomość:

PiS ogłasza bojkot mediów!

Oj, znów będzie się działo! Hurra!! Uratowani z nudy!! I to przynajmniej do chwili póki czasu antenowego nie zajmie Olimpiada w Pekinie. Tak więc kolejne swojskie Igrzyska czas zacząć.

No i jak to w "polskim piekiełku" tradycyjnie zaczęło się wreszcie medialne międlenie:

Tako rzecze Wielki Strateg, że w atmosferze kłamstw i pomówień żyć nam nie nada! Dalej bracia kupą huzia! Nam tu jacyś Sekielscy, Morozowscy i Sianeccy psuć i zakłamywać obrazu nie będą! Łoj bojkot, pani matko bojkot, bojkot, narobił mi w parlamenciku łoskot, łoj pani matko łoskot.

Jak to dobrze, że na naszą słodką i wesołą kompaniję: Suskich, Gosiewskich, Brudzińskich i inszych Kurskich polegać można jak zawsze i tematów dziennikarzom nie zbraknie nawet w chwili całkowitej posuchy. Aby było śmieszniej: znów cytując słowa Wielkiego Stratega: "Sprowadzono polskie życie publicznego do rynsztoka". Pewnie coś mądrego w tym zdaniu jest, ale sam już nie wiem, czy dziennikarze to uczynili i Polskę w rynsztok zamienili, czy też to były jakoweś chamy, lub inne warchoły? Jeszcze niedawno przecie do obu tych kategorii łapali się nasi parlamentarzyści, ale infekcja jak widać się rozszerzyła i dziś już jest jasne, że "można być prezydentem, ale można też być chamem". Cóż zrobić...? Widać bojkot dziennikarzy jest potrzebny by w końcu zaprowadzić porządek w tych wszystkich przeciekach.

No, niby bojkot bojkotem, dobrym jest, ale ja osobiście rozważałbym rozwiązanie z czasów mistrza bojkotów i bojów wszelakich ... Andrjuuuu... Leepperaaaa...

Ot, tak zwyczajnie dać raz a porządnie takim dziennikarzom "w papę" i po sprawie. Dodatkowo skuteczną ową metodę użyć można i w dyskusjach między naszymi "pałacami". Dajmy na to, jak tylko jednemu lub drugiemu z ministrów ego rozedmie się do monstrualnych rozmiarów, to zabieramy delikwentów na dźwiękoszczelny Ring, a potem już wystarczy prawy lub lewy sierpowy. Chłopaki zamiast wyzywać się od chamów i warchołów, dadzą sobie po razie i wszystko wróci do normy. Sugerowałbym jednakże wprowadzenie kategorii wagowych, aby ci nieco mniej wyrośnięci nie grzmocili ciosów poniżej pasa.

No, wsio w pariatkie, bojkot czy nie bojkot, ważne że w końcu znów się coś u nas dzieje. Koniec dziennikarskiej nudy. A nie tylko adin, dwa, tri... Dalej - proszę zaprotokołować... Ja też popieram i przyłączam się do bojkotu wszystkich mediów! Prawie...

I tylko w sercu mam żal wielki do tych ludzi, co moją Polską zaczęli frymarczyć, ile w nią w truli fałszu i obłudy, by zabić prawdę i prawdę osaczyć. Dziś tylko Radia Maryja mogę słuchać i oglądam tylko telewizję Trwam. Bo tylko ojcu Rydzykowi mogę ufać, po Janie Pawle tylko on pozostał nam.

20 lipiec 2008

Samorząd - ostatni bastion

Zapewne wielu może zdziwić stwierdzenie, jakie padło w tytule. Dla sporej grupy ludzi, szczególnie tych związanych z ruchem lewicowym, decentralizacja nie kojarzy się najlepiej. Istotnie - proces prywatyzacji majątku komunalnego, kumoterstwo czy lokalne sitwy są prawdziwymi zmorami gmin małych i dużych. Udzielni książęta... pardon, wybierani bezpośrednio burmistrzowie i prezydentki miast wszelakich, dysponujący olbrzymimi prerogatywami, nierzadko piastują swe kadencje niemiłosiernie długo. Elektorat bywa niekiedy pozbawiony możliwości wyboru, szczególnie w mniejszych ośrodkach. Nawet, jeśli pojawi się jakiś kandydat czy kandydatka, podnoszący rękawice, najczęściej przegrywają ze świetnie zorganizowaną machiną wojenno-wyborczą ratuszy wszelakich.

Gdzie tu zatem miejsce na nadzieję? W lokalnych mediach i ich nastawieniu, nierzadko dość diametralnie różniącemu się od tego, prezentowanego przez media centralne. Rzecz jasna nie jest idealnie, bo nie da się oczekiwać od tytułu z Podkarpacia nadmiernego entuzjazmu względem spraw obyczajowych, a w "Gazecie Stołecznej" Seweryn Blumsztajn zgrabnie uzasadni, dlaczego sprzeciw warszawskiego SLD wobec podwyżek czynszów komunalnych jest tanim populizmem. Stykając się jednak już od roku z lokalną prasą i telewizją, mogę jednak powiedzieć, że jeśli gdziekolwiek jest jeszcze jakiekolwiek zrozumienie dla lewicowych postulatów i przekonań, to wśród dziennikarek i dziennikarzy zajmujących się kwestiami samorządowymi. Zrozumienie tego, dlaczego tak jest, być może pozwoliłoby wszystkim z sercem po lewej stronie zgrabniej funkcjonować w przestrzeni centralnej.

W prasie ogólnopolskiej szaleje redaktor Gadomski i różnej maści "specjaliści", zalecający prywatyzację wszystkiego, co tylko się rusza (czasami nawet tego, co nie zmienia swojego położenia, jak ostatnio szpitale). Podatki mają być niskie, bo tako rzecze Balcerowicz, związkowcy mają mieć się na baczności, bo pracodawcy pragną dla siebie lokautu, wspierani autorytetem Lecha Wałęsy... Jest super - pod warunkiem, że ma się pracę, mało długów, mieszkanie i prywatne ubezpieczenia. Brak chociaż jednego z tych elementów sprawia, że już tak różowo nie bywa. Wielu ludzi polityka zwyczajnie nie bawi i jeśli już czytają gazety, to zajmuje ich kwestia wody w kranach, zaśmieconego parku albo niedziałającej sygnalizacji świetlnej. Czasem można zatem pojawić się jako pozytywny bohater tudzież bohaterka, stojąca po stronie szarego człowieka.

Palącą kwestią, szczególnie w Warszawie, jest przestrzeń publiczna i jej funkcja. Agresywne zawłaszczana przez prywatne interesy, staje się obiektem troski także tych, po których byśmy się tego nie spodziewali. Potrafi dojść do sytuacji, w których gazeta Agory występuje przeciwko firmie outdoorowej Agory, która dość ostro zalepia miasto wielkimi płachtami reklamowymi. Na Zachodzie podobne wolty są już nie do zrobienia. W kwestii billboardów, które wisząc na ścianach kamienic zasłaniają ludziom dostęp do światła słonecznego, a ich umieszczanie przy drogach nierzadko wiąże się z nielegalnym obcinaniem gałęzi drzew, powstała koalicja, której nie dało się przewidzieć. Jeszcze zanim prezydent Waltz zaczęła ogłaszać ograniczenia na miarę skromnych możliwości miasta w tej dziedzinie, praktycznie wszystkie media lokalne były obrócone przeciw firmom reklamowym. W skali ogólnokrajowej taka antybiznesowa akcja nadal brzmi niewyobrażalnie.

Podobne oburzenie towarzyszyło planom miasta wycięcia części Parku Świętokrzyskiego i postawieniu tam wieżowca. Park, miejsce spokojne, z czystszym powietrzem (wystarczy z niego wyjść, by poczuć różnicę), miejsce egalitarne, miałby ustąpić dla kolejnej siedziby wielkich biur i wielkich interesów, do której zwykły śmiertelnik nie miałby wejścia. O wzroście natężenia ruchu i zwiększeniu potencjału korkowania miasta, albo też o zmianie stosunków wiatrowych w okolicy litościwie nie wspomnę. Podobnych przykładów można podać jeszcze trochę - chociażby konflikt o "Dotleniacz" Joanny Rajkowskiej, który wpłynął pozytywnie na wzrost interakcji społecznych i poczucie wspólnoty społeczności placu Grzybowskiego, czy też aktualna sprawa placu Wilsona, gdzie poprzez podwyżki czynszów zanikają wszystkie miejsca spotkań mieszkanek i mieszkańców, a w ich miejsce powstają... placówki bankowe...

Z czego bierze się większa sympatia dziennikarek i dziennikarzy do komunitaryzmu miejskiego, niż w wypadku wspólnotowości krajowej albo globalnej? Mam przeczucie, że chodzi tu po pierwsze o to, że samorząd i społeczeństwo obywatelskie były dla środowisk liberalno-demokratycznych oczkami w głowie, przynajmniej nominalnie. Nie przeszkadzało to rzecz jasna w ignorowaniu albo rozpędzaniu akcji strajkowych, proekologicznych czy feministycznych. Kiedy jednak oddawano więcej władzy w ręce samorządów, towarzyszyła temu utopijna wiara, że będzie to władza bliższa mieszkankom i mieszkańcom, a tym samym skuteczniejsza. Zachowania każdych kolejnych ekip bywały w tej dziedzinie rozczarowaniem - dość wspomnieć, że po dziś dzień nie wiadomo, jak zagospodarować Plac Defilad czy też brzegi Wisły tak, by służyły ludziom, a nie były realizacją nierzadko koszmarnych wizji architektonicznych.

Wiara we wspólnotę lokalną pozwala lokalnym mediom na dużo więcej, niż ich ogólnopolskim odpowiednikom. Pozwala to na wyartykułowanie realnych alternatyw w tej mikroskali, które opierając się na globalnym światopoglądzie, oferować będą lokalne rozwiązanie. W ten sposób park i wieżowiec stają się realnymi możliwościami, a miejsce zielone nie jest skazywane z góry na klęskę z powodu interesów, jakie chce się w tym miejscu dokonać. Rzecz jasna nie zawsze jest tak różowo - czego najlepszym przykładem jest kompletne zignorowanie protestów Zielonych i Lewicowej Alternatywy przeciwko podwyżkom cen biletów transportu komunalnego jako działaniu nieekologicznemu i niesprawiedliwemu społecznie. W tej samej sprawie jednak media są również za podwyżką opłat za parkowanie dla samochodów i za przywilejami dla komunikacji miejskiej, takimi jak buspasy. W sytuacji, gdy w skali ogólnopolskiej nie ma realnej alternatywy dla budowy autostrad w dyskursie publicznym (inwestycje w kolej są traktowane z przymrużeniem oka), jest to całkiem dobra wiadomość.

Wydaję mi się zatem, że płynie z tego ważna lekcja dla środowisk progresywnych - czy to stricte lewicowych, wolnościowych, czy też Zielonych. Na skalę lokalną należy wykorzystywać jak tylko się da pęknięcie ideowe mediów i ich przywiązanie do lokalnej wspólnoty w celu wyraźnej artykulacji programu przywracającego miasto wspólnocie. Konsekwentne wyrażanie tego typu programu będzie pomagało stworzyć spójną ideę, którą inaczej będzie się prezentować mediom (większe skupienie się na kwestiach jakości przestrzeni miejskiej i szerzej - jakości życia), inaczej zaś dajmy na to handlarzom czy też środowiskom lokatorskim (możliwość negocjowania rozkładu zadłużenia, tworzenie nowych miejsc kupieckich zamiast budowania w ich miejscu kolejnych wieżowców - tematy, które w mediach "wzięcia" niestety nie mają).

Być może trzeba będzie nierzadko przyznać, że pewne koszty są niezbędne, chociażby w odniesieniu do czynszów komunalnych, jednak wszelkie koszta społeczne muszą koniecznie być rozkładane na wszystkich, nie zaś tylko na najsłabszych (czego przykładem planowanie w zbliżonym czasie podwyżek cen biletów i czynszów w Warszawie przy jednoczesnym braku działań w celu wprowadzenia opłat za wjazd do centrum miasta samochodem czy też rozwoju naziemnej, dostępnej dla każdej i każdego Szybkiej Kolei Miejskiej). Obrona miejsc kultury, takich jak kina "Luna" czy "Iluzjon" nie jest tylko zabawą dobrze sytuowanych ludzi z klasy średniej - jest w interesie każdej i każdego z nas, by tego typu placówki przestały w końcu przegrywać boje z barami szybkiej obsługi.

W aktualnej, nieciekawej sytuacji środowisk "na lewo od PO" stworzenie ważnej, doniosłej i organizującej emocje wizji miasta, inkluzywnego i przyjaznego jest kluczowe. Spora grupa polityków prawicy swoją popularność zdobyła w samorządzie - przykłady panów Zdrojewskiego i Dutkiewicza są tu bardzo symptomatyczne. Przy obecnych barierach instytucjonalnych i słabości organizacyjnej wejście do Rad Miast i wpływanie na politykę miejską jest szansą na to, by ludzie, do tej pory nie widzący jakiejkolwiek alternatywy dla PO i PiS zobaczyli ją i jej pozytywne działanie w swoim otoczeniu.

Program pozytywny, nie będący jedynie prostą negacją neoliberalnego porządku, ale mocno akcentujący rolę wspólnoty w organizowaniu życia miejscowości będzie dużo łatwiej "eksportować" na scenę krajową, gdy potwierdzi swoją skuteczność na poziomie lokalnym. Większej życzliwości dla przynajmniej niektórych postulatów lewicowych wśród mediów nie spotka się nigdzie indziej. Siłą rzeczy rozochaca to polityczki i polityków. Jeśli porówna się program miejski Marka Borowskiego z 2006 roku i program LiD z 2007 roku (abstrahując już w tym wypadku od dyskusji o lewicowości lub braku tego środowiska) widać, że samorząd pozwala na prezentowanie dużo bardziej prospołecznego programu. Nie brak i w nim kontrowersji, jak w wypadku planów większej ilości wieżowców czy bardziej powszechnego monitoringu, jednak jego ogólny kierunek nie robił najgorszego wrażenia. Nie mam większej wątpliwości, że wizja pozbawiona tych niedociągnięć, a także idąca jeszcze bardziej w kierunku sprawiedliwości społecznej miałaby szansę na sukces.

Pojawienie się nowej siły o podobnym nastawieniu światopoglądowym w kilku największych samorządach stworzyłby bazę materialną dla ich połączenia i stworzenia nowej jakości w rodzimej polityce. Do realizacji takiej wizji potrzeba wiary w radykalną demokrację i w społeczeństwo, w którym się żyje. Bez tego szanse wyboru maleją do zera. Ludzie chcą w coś wierzyć - dobrze by było, gdyby wierzyli w wizję inkluzywną, a nie neoliberalną. Lokalne media mogą w tym pomóc całkiem nieźle.

19 lipiec 2008

Związkowiec też człowek!

Dziś krótko, acz treściwie. Poniżej list, jaki przesłałem do dziennika "Polska. The Times" pod wpływem lektury artykułu o planach ograniczenia praw związkowych. Artykułu, który wybitnie z tego faktu się cieszył, strasząc związkowym terrorem i pokazując rzekomo przestraszonych pracodawców, zagrożonych bankructwem. Mam takie dziwne wrażenie, że żyję na nieco innym świecie niż pani redaktor, no ale mniejsza o to...

Szanowna Redakcjo!

Chciałbym się dowiedzieć (bo z tekstu Joanny Ćwiek "Bliski kres dyktatury związków" nic takiego nie wynika) gdzie w Polsce panuje związkowy terror? Uznają Państwo za karygodny strajk górników z Budryka - a czy karygodnym nie był fakt, że przed strajkiem zarabiali najmniej w całej kompanii węglowej, która była właścicielem kopalni? Kierując się dobrem firmy górnicy obiecali zresztą odpracowanie strat, co zresztą ma miejsce.

Dlaczego, zamiast pisać o rzekomym pracowniczym terrorze, nie podejmują Państwo tematów opisywanych szeroko chociażby w środowiskach pracobiorców? Nie informują Państwo o akcjach solidarnościowych z Bartkiem Kantorczykiem, związkowcem zwolnionym z Poczty Polskiej m.in. za kwestionowanie słabych warunków pracy w tej instytucji? O związkowcach, zwalnianych we Wrocławiu za przeprowadzenie referendum strajkowego? O warunkach pracy w hipermarketach, łamiących przepisy BHP i niosących wszelkie znamiona wyzysku? Podobnych przykładów można wymieniać jeszcze długo.

Jeśli zastanawiacie się jeszcze Państwo, dlaczego tak traktowani ludzie pracy "śmią głosować na PiS", to mają Państwo odpowiedź - to wieczne traktowanie ich jak szkodników. Poziom uzwiązkowienia w Polsce jest jednym z najniższych w Europie, a organizacje pracownicze, znacznie silniejsze od naszych, nie hamowały bynajmniej rozwoju gospodarczego Irlandii i Szwecji - krajów, które są obecnie na znacznie wyższym poziomie rozwoju niż Polska.

18 lipiec 2008

Bioróżnorodność pod ostrzałem

Dawno, dawno temu, nie tak znowu za siedmioma górami, rzekami i pieczarami, bo w Wielkiej Brytanii, było sobie 7.000 gatunków jabłek. Dziś jest ich raptem około tysiąca. W jakim czasie dokonała się tak drastyczna przemiana? Potrzebne było niecałe stulecie. W tym samym czasie w Grecji zniknęło 95% odmian zbóż, a w Indiach, w których było 30.000 odmian ryżu, dziś 3/4 areały zajmuje jedynie 12 gatunków. W tym samym czasie rynek żywności modyfikowanej genetycznie, opanowany przez równie szybko kurczące się grono wielkich koncernów, za pomocą presji medialnej rozszerza się coraz bardziej. Powiększają się też jego zyski, kiedy oferuje ludziom ziarna zbóż, których ziarno po wyrośnięciu jest bezpłodne, albo których kłosy łamią się pod wpływem własnego ciężaru przez zbiorami.

Wartość różnorodności pożywienia jest kwestią, której nie widzimy na pierwszy rzut oka. Wydaje nam się, że skoro w marketach mamy pełne bogactwo tropikalnych owoców, to wszystko jest w najlepszym porządku - szczególnie w porównaniu do sklepowych półek z późnego PRL. Mimo to coś jest na rzeczy - kiedy byłem mały uczyłem się o różnych odmianach jabłek, śliwek i gruszek, których teraz w sklepach zbyt wiele nie ma. Jeszcze gorzej widzą to ci, którzy sami zajmują się hodowlą i uprawą - rolnicy. Brakuje porządnego wsparcia dla gatunków regionalnych, wypieranych przez bardziej "masowe". Unia Europejska, praktycznie tylko i wyłącznie dzięki interwencjom Zielonych w Europarlamencie, zaczęła wprowadzać jakąś formę pomocy, np. poprzez wycofanie się z norm dotyczących wyglądu poszczególnych owoców dla produktów, zagrożonych wyginięciem.

Unijna polityka rolna doprowadziła do ujednolicenia rynku i w dużej mierze pomogła w wyeliminowaniu charakterystycznych, lokalnych gatunków. Poprzez wspieranie intensywnej produkcji i hojne subsydia chroni swój rynek przed produktami Globalnego Południa - poza tymi, w imporcie których ma swój interes. Nie przeciwdziała działalności wielkich koncernów, nie szczędzących sił i środków chemicznych do produkcji i finansowych - do promocji żywności modyfikowanej genetycznie. Tymczasem nie jest wielką sensacją, że głód na świecie nie jest spowodowany brakiem żywności czy też słabą jej jakością, która miałaby uzasadnić GMO, ale wadliwą jej dystrybucją. Najlepiej świadczą o tym obrazki pokazujące, jak to europejskie statki wyrzucają zboże do morza, bo opłaca się to bardziej niż wysyłka do potrzebujących, których nie brakuje...

Brakuje zatem przemyślenia polityki europejskiej w tym względzie. Pewną wskazówkę dały już w 2002 roku organizacje ekologiczne (wśród nich m.in. WWF, Eko-Unia i Liga Obrony Przyrody), które opowiedziały się za likwidacją bezpośrednich subwencji i przeznaczenia zaoszczędzonych w ten sposób pieniędzy na tzw. II Filar Polityki Rolnej. Polega on na rozwoju obszarów wiejskich, ich infrastruktury i możliwości. Jednocześnie zatem zniknąłby mechanizm, mający wpływ na ceny żywności, a także ulżyłoby to rolnikom z uboższych państw. Organizacje te nie są przeciwko interesom rolniczek i rolników - proponują np. wspieranie finansowe upraw ekologicznych. W ten sposób uchronilibyśmy naszą bioróżnorodność, jednocześnie zachowując osiągniętą poprzez wejście do UE stopę życiową na wsi.

Obszary wiejskie nie mogą być jednak jedynie sprowadzone do rolnictwa. Dużo środków musi iść na wspieranie agroturystyki, umożliwienie ludziom korzystania z najnowszych technik teleinformatycznych i na tworzenie zielonych miejsc pracy. Koszty życia mogą ulec zmniejszeniu dzięki promocji paneli słonecznych i stawianiu wiatraków. Osoba, prowadząca niewielkie gospodarstwo rolne, może dorabiać, sprzedając ubrania czy też prowadząc zakład fryzjerski. Środki do tej zmiany cywilizacyjnej już są - pozostaje jedynie kwestia ich alokacji. W ten sposób bylibyśmy w stanie szybko zamienić wieś z miejsca na uboczu w całkiem prężną, lokalną społeczność, w której ceny skupu sprawdza się w Internecie, a po ciekawe czasopisma nie trzeba się wybierać do miasta.

Tak oto, od szczegółu do ogółu doszliśmy do zielonej wizji wsi - pięknego miejsca, w którym bioróżnorodność jest w cenie.