Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Demokracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Demokracja. Pokaż wszystkie posty

16 listopad 2008

Gaszenie pożaru benzyną

Powrót do rodzimej rzeczywistości polityczno-społecznej po pobycie poza granicami Polski może być intensywnym doznaniem poznawczym. Kiedy bowiem wraca się z Finlandii, kraju, który jeszcze 100 lat temu był całe wieki za naszym krajem pod względem rozwoju, a dziś jest w czołówce państw cieszących się dobrobytem i innowacyjną gospodarką, do kraju, w którym nadal wierzy się w wielu kręgach, że wyjściem z kryzysu neoliberalnego kapitalizmu jest jeszcze więcej neoliberalnego kapitalizmu, potrafi być to szokujące. Ba, ciężkie do wytrzymania dla receptorów nerwowych, które wcześniej analizowały poziom zabezpieczeń społecznych, równouprawnienia płci czy też polityki ekologicznej w gościnnej krainie. Naszym wzorem gościnności dużo bardziej okazuje się Lech Wałęsa, który nawołuje do siłowego wypędzania związkowców z biura poselskiego Donalda Tuska.

Zanalizujmy pokrótce sytuację - lider "Solidarności", laureat pokojowej Nagrody Nobla stwierdza, że najlepszą formą dialogu społecznego i reagowania na działania związkowców jest siła. Osoba, która sama była pracownikiem, teraz, po osiągnięciu określonego statusu społecznego, odmawia go innym, ba, przechodząc "tam, gdzie stało ZOMO". Jeszcze niedawno postulował przyznanie pracodawcom prawa do lokautu, mówiąc, że "czasy się zmieniły". Owszem, zmieniły się - poziom uzwiązkowienia to jakieś 15%, a wielu prywatnych pracodawców, łamiąc prawo, ogranicza lub wręcz odbiera prawo do pracowniczego samoorganizowania się. Wyzysk w supermarketach był już opisywany na setki sposobów i nie muszę się w tej kwestii powtarzać. Stosunek siły między obydwiema grupami, nierówny już poprzez siłę kapitału, stojącą za zatrudniającymi, zaburza się wtedy jeszcze bardziej.

Odróżnijmy tu dwa poziomy dyskusji - postulaty protestujących od ich zachowania. Możemy mieć wątpliwości, czy ich postulaty są sensowne czy też nie. Istnienie tak licznych grup, przechodzących na wcześniejszą emeryturę nie wydaje się sensowne w nowoczesnej gospodarce. Joseph Stiglitz, któremu daleko od neoliberalizmu, zaleca wręcz wydłużanie czasu emerytalnego. Z drugiej zaś strony chce się zabrać prawa nabyte, przysługujące różnym grupom społecznym. Tak ważna decyzja musi być zatem efektem autentycznego dialogu społecznego, w którym wspólnota polityczna, jaką tworzymy, zdecyduje, na co nas stać, a czego zapewnić w tym momencie nie możemy. Nie uważam na przykład, by w imieniu fałszywie pojętej solidarności dajmy na to dziennikarze mieli szybciej przechodzić na emeryturę.

Jednocześnie nie mam najmniejszej wątpliwości, że Donald Tusk nie jest reformatorem. Zapraszając na rozmowy jednocześnie twierdzi, że nie ustąpi. Arogancja władzy wychodzi tu na wierzch. Połowiczne klajstrowanie systemu nie zapobiegnie jego krachowi w perspektywie długookresowej. Udaje się wrażliwość społeczną, odwołując się do szczytnych haseł "Flexicurity". Panie Premierze, jeśli dobrze rozumie Pan ten termin, to oczekuję przy okazji tej reformy przygotowania pakietu ustaw, w których wydłuży się czas otrzymywania zasiłku dla bezrobotnych do 3 lat i jego wysokości do 90% wynagrodzenia z ostatnich 12 miesięcy pracy danej osoby i zapewni się finansowane przez państwo szkolenia przekwalifikowujące. Tak system działa w Danii, gdzie w zamian uelastyczniono kodeks pracy. Związki zawodowe się zgodziły. Dziś bezrobocie jest tam dużo poniżej 3% (a przed reformą wynosiło ponad 9%), a zasada "złotego trójkąta" zapewnia równowagę na rynku pracy. Wszelkie posunięcia, które zakładają jednostronny wzrost dyspozycyjności pracowników bez zwiększania ich możliwości zmiany pracodawcy bez lęku przed degradacją społeczną z modelem "Flexicurity" nie mają nic wspólnego.

Odrębną kwestią jest model działania związkowców. I tu znowu - nie trzeba się z nim zgadzać, by uznać, że grupa społeczna X czy Y ma prawo do obrony swoich uprawnień w sytuacji, kiedy władza jej je odbiera. Metody, które stosuje, mogą być skrajne, ale ich stosowanie nie musi świadczyć o warcholstwie, ale wręcz przeciwnie - o wzorcowym spełnianiu swoich zadań jako grupy interesu. O ile rzucanie kamieni w szyby sklepowe zakrawa na absurd, o tyle okupacja kancelarii premiera bądź też jego biuro poselskiego jest jak najbardziej na miejscu. Oskarżanie o "zakłócanie miru domowego" w miejscu pracy i kontaktu osoby publicznej z obywatelkami i obywatelami jest jakąś wyrafinowaną formą politycznego zidiocenia. Czy Donaldowi Tuskowi protestujący związkowcy zakłócili spokój, kiedy jadł niedzielnego schabowego ze swoją rodziną w niedzielne popołudnie?

Związki zawodowe mają za swój cel dbanie o interesy pracownic i pracowników, by równoważyć wpływy pracodawców i w ten sposób wynajdywać "złoty środek", akceptowalny dla obydwu stron. Co zatem według krytyków ich działań powinny robić? Chyba proponować jeszcze większe zwolnienia, cięcia zarobków i wzrost pensji dla kierownictwa niż same kierownictwo - tyle można wywnioskować z żalów niezadowolonych. I znowuż - do zgodzenia się z tego typu opinią nie trzeba być ślepym miłośnikiem uciśnionych. W Polsce przekleństwem jest brak myślenia w kategoriach wspólnotowych i w aktualnych protestach widzę bardziej obronę partykularnych interesów niż jakąś większą wizję bardziej sprawiedliwych stosunków w miejscach pracy. Jednak tak rzą, jak i pracodawcy nie są tu lepsi - czemu np. nauczyciele nie mogą mieć prawa do tzw. sabbaticali, czyli belgijskiego pomysłu na to, by po każdych sześciu latach pracy mieli roczny płatny urlop wypoczynkowy, z czego jego połowę mieliby wykorzystywać na szkolenie i samodoskonalenie? Gdzie tu dbanie o kapitał społeczny i innowacyjną gospodarkę?

Należy stworzyć warunki do tego, by prawo do godnego życia miały nie tylko korporacyjne "białe kołnierzyki", ale i szpitalne "białe czepki". Regulowany czas pracy i równowaga między pracą a odpoczynkiem zmniejsza występowanie stresu i innych chorób cywilizacyjnych, a tym samym - wydatki na ochronę zdrowia. Nie jest wstydem bycie sprzątaczką - powodem do wstydu jest jednak to, kiedy zmusza się ją do pracy w nadgodzinach i płaci się jej śmieszne pieniądze. Kiedy czy to państwo, czy to prywatny przedsiębiorca nie zapewnia poczucia godności, pracownica czy pracownik ma prawo do strajku. O to przecież mieliście podobno walczyć w 1980 roku, panowie Wałęsa i Tusk, czyż nie?

9 listopad 2008

Notatki z okupacji

Nie z tej z lat wojennych - raczej tej, która jak wiele na to wskazuje - trwa nadal. Świeżo po lekturze "Naszych okupantów", wydanych przez Krytykę Polityczną w serii "Kanon", nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nadal jest ciężko. Zmieniła się linia frontu - na jednych odcinkach budowa świeckiego państwa nieco się posunęła, na innych zaś stoi w miejscu albo zgoła się cofa. W obliczu zbliżającego się Święta Niepodległości warto przypomnieć o niewygodnych faktach z historii II RP - krainy rzekomo "mlekiem i miodem płynącej", jak usiłują ją odmalować prawicowi historycy. Przy lekturze widać też wyraźnie, jak Kościół po 1989 roku, mając autorytet instytucji, która pomogła w obaleniu komunizmu, wykorzystał ten fakt do zapewnienia sobie przywilejów. Można o tym przeczytać w bardzo trafnym wstępie Artura Żmijewskiego.

Boy walczył o zdrowy rozsądek. Chciał depenalizacji stosunków homoseksualnych, nie widząc w nich problemu społecznego i etycznego. Chciał, by każda kobieta miała prawo do swobodnego wyboru. Domagał się dopuszczalności aborcji, pomimo faktu, że traktował ją jako ostateczność. Nie chciał żyć w atmosferze hipokryzji, w której bogaci odbierali biednym prawo do decydowania o własnych ciałach. Z tymi postulatami ówczesny Kościół i zaprzyjaźnieni z nim politycy walczyli, jak tylko mogli, nie wahając się rozpętywać prawdziwych nagonek, wpływać na uniemożliwianie odczytów w miastach, do których przyjeżdżał, lub też domagając się zamknięcia jego stołecznej poradni świadomego macierzyństwa - oczywiście oskarżając ją o przeprowadzanie nielegalnych aborcji.

Jak widać, nie było łatwo, ale i okoliczności dziejowe wcale temu nie sprzyjały. Pod ogniem klerykalnej nawały znalazła się na przykład Komisja Kodyfikacyjna, która przygotowywała jednolite zbiory praw dla kraju, w którym nadal w dużej mierze obowiązywało ustawodawstwo zaborcze. Usiłowanie skończenia z hipokryzją poprzez tworzenie gruntu pod rozwody czy też umożliwienie aborcji m.in. ze względu na trudną sytuację materialną kobiety lub też zagrożenie jej życia były nazywane "bolszewizacją" przez kręgi kościelne. Pisma laickie nie broniły tych pomysłów z takim zapałem, jak Kościół je atakował. Zbierał setki tysięcy podpisów "w obronie moralności", nierzadko w sposób, który z moralnością nie miał zbyt wiele wspólnego. Przykładu dostarczył Boyowi pewien list od ziemianina, który na własne oczy widział, jak pani domu pod groźbą wyrzucenia ze służby kazała swej w dużej mierze niepiśmiennej (a było to 80 lat temu!) grupie parobków i kucharek podpisać się krzyżykami.

Prowadzenie dość pionierskiej działalności w tak dalece nieprzyjaznych warunkach nie było łatwe. Boy nie szczędził ostrych słów i metafor, uznając, że "są takie bakterie, które zabija się światłem". Wierzył w edukację seksualną jako szansę na poprawę sytuacji społecznej. Mówił głośno o tym, że wzrost ilości ludności nie jest dobrem samym w sobie, co było na bakier z ówczesnymi nacjonalistycznymi poglądami na "wielkość narodu". Pamiętając o prawach kobiet, nie zapominał także o szerszym kontekście społecznym, np. konieczności walki z biedą i poprawy doli środowisk robotniczych i chłopskich. Ze swadą punktował informator o książkach księdza Pirożyńskiego, zwracając uwagę na to, że dla ówczesnego (czy tylko?) kleru najważniejszą, obsesyjną wręcz kwestią był seks, ale już mordy, wyzysk, kłamstwo w literaturze - niekoniecznie.

Okres transformacji stał się doskonałym czasem dla katolickiego backlashu - wystarczyło tylko utożsamić prawa kobiet "z tym wstrętnym komunizmem", napiętnować je jako bezbożne i stopniowo dokonać przesunięć prawnych, tworzących niekorzystny klimat społeczny. W ten sposób do szkół przyszła religia, a osoby ją uczące (najczęściej duchowne) zaczęły otrzymywać za to wynagrodzenie, podpisano konkordat i zaostrzono ustawę antyaborcyjną. Dokonano praktycznej legitymizacji stanu, w którym spycha się problem do podziemia - tworząc niekontrolowany czarny rynek płatnych usług aborcyjnych. Prawo do samostanowienia utrudniane jest nawet w wypadku gdy spełniane są wymogi aktualnej ustawy - przykład Alicji Tysiąc jest tu dość wymowny. Oświata seksualna w szkołach... cóż, może najlepiej nie rozwijać tematu czegoś, czego na dobrą sprawę nie ma...

Lektury nie sposób nie polecić, tym bardziej, że da się ją z zapartym tchem przeczytać w jeden dzień. Ciekawe ilustracje Kazimiery Szczuki robią swoje i pozwalają wejść w dialog już nie tylko z autorm, ale również i z interpretatorką. Ta mała książka bogata jest w treści - laickie, feministyczne, społeczne. Warto zobaczyć, jak Boy je łączy - po to, by nie dać sobie wmówić, że jedne nie mają nic wspólnego z innymi...

7 listopad 2008

Zaproszenia białorusko-gospodarczo-tarczowe

Białoruska alternatywa

Jak zachować wolną głowę?
Niezależne filmy z Mińska, koncert, spotkanie z aktywistami

Niedziela, 9 listopada
klub Chłodna 25, ul. Chłodna 25

g.16 pokaz dokumentów o współczesnej Białorusi
filmy po białorusku z angielskimi napisami

g.19 debata organizowana wspólnie z Inicjatywą Wolna Białoruś

Czy należy już otworzyć drzwi Łukaszence?
Nowa polityka UE wobec Białorusi

Podczas spotkania z zaproszonymi ekspertami oraz artystami i działaczami białoruskiej Partii Zielonych zastanowimy, się jaką politykę wobec Białorusi powinna prowadzić UE oraz polski rząd i organizacje. Zastanowimy się nad efektami dotychczasowej strategii bojkotu białoruskich władz i szansami oraz zagrożeniami, jakie płyną z otwarcia się na tamtejszy rząd. Czy Łukaszenko jest rzeczywiście zdolny do przeprowadzenia demokratycznych zmian, czy są one tylko iluzoryczne? Która strategia – otwartych czy zamkniętych drzwi - bardziej służy białoruskiemu społeczeństwu?

moderacja: Magdalena Mosiewicz, Zieloni 2004

g.21 koncert białoruskiego zespołu Rational Diet

***

Warszawa: Finansowe tsunami i co potem?

Zieloni zapraszają na debatę z cyklu „Zielone Horyzonty Polityki”
pt. Finansowe tsunami i co potem?

10 listopada (poniedziałek), godz. 18.00
Klubokawiarnia Chłodna 25, Warszawa

Przez świat przetoczyło się finansowe tsunami. Jesteśmy świadkami schyłku epoki neoliberalizmu, krachu neokonserwatyzmu i – mówiąc słowami Immanuela Wallersteina - końca świata, jaki znamy. Co gorsza, kryzys finansowy nałożył się na inne kryzysy: związane ze zmianami klimatycznymi, bezpieczeństwem energetycznym, rosnącymi cenami żywności. Rządy wielu państw wpompowały już miliardy w ratowanie banków, które są sprawcami katastrofy, lecz jednocześnie nie potrafią znaleźć środków na walkę z głodem, bezrobociem, nierównościami społecznymi, degradacją środowiska. Tym razem znów postąpiono zgodnie z neoliberalną logiką: prywatyzacji zysków i… solidarnego (przez podatników) ponoszenia ryzyka. Ale już nawet Alan Greenspan przyznał, że ideologia neoliberalna była błędem.

Czy obecnego kryzysu można było uniknąć? Czy można się przed nim uchronić? Czy potrafimy skorzystać z szansy, jaką daje? Jak będzie wyglądał porządek, który się po tym krachu wyłoni? Czy można poprzestać wyłącznie na korekcie systemu? Jaki pomysł na świat po kryzysie ma lewica?

W dyskusji prowadzonej przez Agnieszkę Grzybek, przewodniczącą Zielonych 2004, udział wezmą:

dr Ewa Charkiewicz – publicystka i działaczka feministyczna, pracę akademicką łączy z zaangażowaniem w ruchy społeczne; w latach 80. jedna z założycielek ruchu ekologiczno-pokojowego „Wolę Być”; w 2005 roku założyła Fundację im. Tomka Byry Ekologia i Sztuka, w ramach której działa Think Tank Feministyczny; współorganizatorka seminarium „Lewica od Foucaulta. Transformacja i władza”.

Maciej Gdula – socjolog, publicysta, związany z „Krytyką Polityczną”, pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się teorią społeczną i teorią polityki, łącząc te zainteresowania z zaangażowaniem w debatę publiczną.

Adam Leszczyński – historyk, publicysta, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, członek zespołu „Krytyki Politycznej”, adiunkt w Instytucie Studiów Politycznych PAN; autor książek Sprawy do załatwienia. Listy do „Po Prostu” 1955-1957, Naznaczeni. Afryka i AIDS, Anatomia protestu. Strajki robotnicze w Olsztynie, Sosnowcu i Żyrardowie, sierpień-listopad 1981.

Dariusz Szwed – ekonomista, działacz ekologiczny, przewodniczący Zielonych 2004; współpracownik Grupy Zieloni - Wolny Sojusz Europejski w Parlamencie Europejskim, delegat Zielonych 2004 w Europejskiej Partii Zielonych. Koordynator politycznych kampanii „Zielona energia” i „Zielona gospodarka”.

Udział w dyskusji zapowiedział także prof. Tadeusz Kowalik – profesor nauk humanistycznych i ekonomii, jeden z najbardziej znanych krytyków polskiego modelu transformacji i reform Balcerowicza; od końca lat 60. związany z lewicowym nurtem opozycji demokratycznej. W latach 1963-1992 pracownik Instytutu Historii Nauki, Oświaty i Techniki Polskiej Akademii Nauk, od 1993 roku – Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN, od 1997 roku wykładowca w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. L. Koźmińskiego; członek założyciel Unii Pracy.

Zielone Horyzonty Polityki to seria debat poświęconych najważniejszym sprawom Polski i świata. Dyskutantami będą znani publicyści i publicystki, osoby na co dzień komentujące wydarzenia polityczne lub aktywnie angażujące się w działalność spo-łeczną oraz zieloni politycy. Paneliści i słuchacze zmierzą się z wyzwaniami dnia dzisiejszego i jutrzejszego. Mamy nadzieję, że w ten sposób pomogą wyodrębnić ze współczesnego pomieszania pojęć i języków stanowiska zielonych i lewicy. Do tej pory odbyły się debaty: „Kto ma prawo do państwa narodowego?” (z udziałem m.in. Aleksandra Smolara z Fundacji im. Stefana Batorego, Aliny Całej z Żydowskiego Instytutu Historycznego, Adama Sanockiego z Ratuj Tybet, Adama Ostolskiego z Zielonych), „Jak przebić głową mur?” (z udziałem Daniela Cohn-Bendita, Magdaleny Środy i Bolesława Roka).

***

Tarcza antyrakietowa czy miecz imperium?

15 listopada (sobota), godz. 11.00-20.00
siedziba FZZ Metalowców, ul. Długa 29, Warszawa

11.00 – 12.30 - Kogo broni „tarcza”? Czym jest i czemu służy amerykański system Obrony Przeciwrakietowej?

Tomasz Hypki (ekspert wojskowy, wydawca miesięcznika „Raport”),
Longin Pastusiak (Wicemarszałek Senatu, Sojusz Lewicy Demokratycznej),
Andrzej Żebrowski (Inicjatywa „Stop Wojnie”/Pracownicza Demokracja)

12.45 – 14.15 - Strategia geopolityczna i militaryzacja Polski

Andrzej Celiński (poseł, Socjaldemokracja Polska),
Piotr Najsztub (dziennikarz),
Jan Rulewski (jeden z liderów „Solidarności” w 1980 r., senator, Platforma Obywatelska),
Maciej Wieczorkowski (Inicjatywa „Stop Wojnie”)

14.30 – 16.00 - „Nic o nas bez nas” – bazy rakiet, radary a społeczności lokalne

Josef Hala (wójt miasta Jince, Liga Wójtów Przeciw Radarowi (Liga Starostu Proti Radaru), Czechy),
Agnieszka Grzybek (Inicjatywa „Stop Wojnie”/Zieloni 2004),
Bronisław Nowak (radny, Słupsk),
Katarzyna Puzon (Inicjatywa „Stop Wojnie”, Kraków)

16.45 – 18.15 - Polska – Czechy - świat: jak razem działać przeciw „tarczy”?

Jana Glivicka (Nie dla Baz (Ne Zakladnam, Czechy),
Kirył Miedwiediew (Wpieriod, Rosja),
Ben Folley (Kampania na rzecz Rozbrojenia Nuklearnego (CND), Brytania),
Piotr Ikonowicz (Inicjatywa „Stop Wojnie”/Nowa Lewica),
Andrzej Radzikowski (wiceprzewodniczący OPZZ),
Bogusław Ziętek (przewodniczący WZZ Sierpień 80)

18.30 – 20.00 - Debata: „Z tarczą czy na tarczy?”

Zuzanna Dąbrowska („Dziennik”, szefowa działu politycznego),
Filip Ilkowski (Inicjatywa „Stop Wojnie”)
Piotr Semka („Rzeczpospolita”),
Bronisław Wildstein (pisarz i publicysta)

Organizator konferencji: Inicjatywa „Stop Wojnie” (ISW) przy współudziale Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych (OPZZ).

3 listopad 2008

Bunt mas

W wypadku książki Ortegi y Gasseta nie ma co silić się na tworzenie jakiegoś wyrafinowanego tytułu - w końcu tak autor, jak i jego dzieło bronią się same. Uznany za klasyka liberalizmu, częściej (pomimo postępowych poglądów) służył za oręż różnej maści konserwatystom, pielęgnującym swoje poczucie wyższości wobec "motłochu". Tymczasem wiele z treści, zawartych w dziele Gasseta broni się po dziś dzień i da się włączyć do obiegu lewicowej i zielonej myśli społeczno-politycznej. W końcu liberalizm polityczny - jako walka o przestrzeń i jakość debaty publicznej jest tradycją sporej grupy prądów ideowych. Przyklejanie zatem autorowi "Buntu mas" jednoznacznej etykietki, pomijającej możliwości interpretacyjne, dość często zubaża treść danego dzieła - a to dzieło, liczące ponad 200 stron, od ciekawych treści aż kipi.

Zacznijmy od tego, że Gasset nie potępia jednoznacznie "człowieka masowego". Owa masowość jest efektem znaczącego przyrostu demograficznego i postępu technologicznego przełomu XIX i XX wieku. Przypomina, że do tej pory Europie towarzyszył głód, zaś przemiany te spowodowały niewątpliwą poprawę jakości życia. Podobnież daleki jest od zachwycania się minionym porządkiem społecznym, charakteryzującym się dominacją "arystokracji krwi", która jego zdaniem głównie żyła własną przeszłością. Przywiązany jest do modelu burżuazyjnej demokracji parlamentarnej, która jego zdaniem najlepiej odpowiadała na wyzwania współczesności. Wobec pojawienia się "człowieka masowego" czuje mieszankę podziwu i przerażenia - ale jest to uczucie ambiwalentne, dalekie od jednoznacznego potępienia. Hiszpański prawnik i filozof zdaje się rozumieć, że jeszcze niedawno ludziom tym groził głód lub ubóstwo - przerażają go więc raczej symptomy masowości niż istnienie jakiegoś "obcego" wewnątrz społeczności.
Warto tez wspomnieć, że ów "człowiek masowy" pojawia się w każdej klasie społecznej - tak u robotników, jak i u bogaczy, nie jest to zatem konstrukt, mający na celu uzasadnienie zachowania władzy przez dotychczasową elitę.

Przerażających cech według Gasseta jest wiele, ale dwie szczególnie przykuwają uwagę. Pierwsza to fakt, że nie mając zbyt wiele wiedzy, wypowiadają własne opinie i nie mają zamiaru rewidować ich pod wpływem dialogu. Brak poczucia autorytetu, pewność siebie, pycha, hedonizm - czyż nie są to określenia idealnie pasujące do dzisiejszej mediokracji? Na świecie wybuchają wojny, szaleje kryzys finansowy, trwają geopolityczne przetasowania - a my wolimy zajmować się dajmy na to Jolą Rutowicz. Pół biedy, kiedy czynimy to z rozmysłem, pokazując miałkość świata wielkich gwiazd - ale dla wielu ludzi są to kwestie pierwszorzędne, ba, są w stanie nawet przebijać opony serialowym "czarnym charakterom", nie odróżniając fikcji od rzeczywistości. Niewątpliwie takie otoczenie nie ułatwia tworzenia dojrzałej demokracji.

Pojawia się też inna tyrania - tyrania ekspertów. Wedle autora "Buntu mas" to ludzie, którzy opanowali szczegółową wiedzę jedynie w wąskim kręgu własnej specjalizacji i pod względem "prymitywności" nie są wcale dużo lepsi od człowieka masowego - ba, są wręcz jego najlepszym przykładem. Są to bowiem ludzie, którzy pomimo braku ogólnego wykształcenia są w stanie wypowiadać kategoryczne sądy w dziedzinach, o których mają dość blade pojęcie. Aktualny system podważa zatem sens jakichkolwiek zasad, które miałyby nim kierować, stając się zupełnie anarchicznym (nie mylić z anarchistycznym). Ułatwia on zatem dyktat jednostek i organizacji, które na owej bezrefleksyjnej masowości wypływają - by wspomnieć tylko populistów wszelkiej maści.

Co zatem zrobić, by było inaczej? Skoro "człowiek masowy" doświadczył bezprecedensowej poprawy swojego bytowania, czas zatem uczynić kolejny krok i poprzez edukację przygotować z niego prawdziwą obywatelkę i prawdziwego obywatela. Gasset pisze o "spoglądaniu w przyszłość" i to właśnie w ten sposób powinna kształcić oświata - ucząc kooperacji, zaangażowania społecznego i umiejętności myślenia i interpretowania świata. Narzucanie jedynie słusznych wizji rzeczywistości kończy się porażką całej społeczności, która decyduje się na ten krok. Wedle autora "Buntu mas" może ona przyjąć jedynie dwie postacie - rozwojową lub schyłkową. Mało kto z nas myśli o schyłku jako czymś pozytywnym, warto zatem pomyśleć, w jaki sposób zagwarantować rozwój społeczny, ekologiczny i ekonomiczny.

Dwie myśli Hiszpana są niezwykle płodne intelektualnie - pierwsza dotyczy powstania polis. Miasto greckie i rzymskie przyrównuje on do armaty, której "ośrodkiem założycielskim" jest... dziura, czyli miejsce spotkań wspólnoty, otoczone metalem - w tym wypadku domostwami. Wizję demokracji dialogicznej widać tu gołym okiem. Nową agorą staje się sama Europa i tu widać, że i Gasseta należy podawać jako jednego z "ojców założycieli" Unii Europejskiej. Zauważył on bowiem, że bez integracji kontynent ten skaże się na nieuniknioną degradację i potencjalne przejęcie przez komunizm. W błyskotliwy sposób rozprawia się też z nacjonalistycznymi tezami o pochodzeniu narodów, uznając, że to państwa tworzą narody, a nie odwrotnie.

"Bunt mas" to dobra lektura na czasy niepokoju. Pytanie, czy czasy człowieka masowego właśnie się kończą i czeka nas czas "mas elitarnych", czy też dzisiejsza popmiałkość jest jedynie preludium do dalszego rozpadu, pozostaje otwarte.

27 październik 2008

Rok 1968 w muzeum

Czterdziestolecie wydarzeń, które zmieniły oblicze świata i nadały mu nieco więcej koloru można świętować na różne sposoby. Jednym z nich może być wystawa sztuki, na przykład w Zachęcie. Wystawa, skupiająca się na kulturalnej atmosferze owego czasu, robi naprawdę pozytywne wrażenie, a że dawno żadnych rekomendacji kulturalnych tu nie było, nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić do odwiedzin i życzyć udanej zabawy.

Rok 1968 był czasem wielkich przemian w ludzkiej mentalności - ten truizm potwierdziły niedawne badania pokolenia tamtego czasu, które pokazało, że są to osoby głosujące na SPD i Zielonych, aktywnie spędzające czas, żyjące pełnią życia - włącznie z paleniem i piciem. A przecież patrząc się po osobach 60-letnich w Polsce, trudno nam do końca w tak sielankowy obrazek uwierzyć. Być może dlatego, że u nas mieliśmy kolejną "walkę o wolność", którą przerwano doprowadzeniem do emigracji paru tysięcy osób, których przewiną okazało się "żydowskie pochodzenie". Brak elementu masowości - ba, elitaryzm tych nielicznych, dla których '68 w Polsce był ważnym przełomem w ich życiach, wpłynął negatywnie na ich zachowanie po roku '89. Niechęć do komunizmu doprowadziła do kolejnej ślepej wiary - w neoliberalny kapitalizm, teorie o ściekaniu bogactwa w dół i innych tego typu cudów i dziwów, których polityczną reprezentacją miała być Unia Wolności.

W tym samym czasie na Zachodzie miliony młodych ludzi uwierzyło w możność zmieniania świata na lepsze. Mogło nawet naiwnie zachłystywać się socjalizmem, jak z poczuciem wyższości opowiadają równolatkowie i równolatki z Polski albo Czech. Mimo to to właśnie w Europie i Ameryce Łacińskiej Rok 1968 okazał się szczególnie płodny politycznie. Na Starym Kontynencie wiara w to, że tworzymy wspólnotę, która zarazem musi respektować ludzką różnorodność, dbać o środowisko, prawa kobiet, wystrzegać się wojen - doprowadziła do powstania Zielonych. Na południu globu ów pamiętny rok dał paliwo do powstania wielkich ruchów społecznych, które włączyły w swoje projekty wyżej wymienione kwestie i rozpoczęły tworzenie przestrzeni dla radykalnie demokratycznej polityki.

Cóż zatem zapamiętałem z szalonej wystawy? Pewną jej dwuznaczność - mieszanie się hedonizmu i tragicznych wydarzeń "po drugiej stronie muru". Manifesty swobodnej miłości robią wrażenie nawet i dziś, tak jak film, w którym bezpruderyjna kobieta z lizakiem nagabuje siedzących obok niej mężczyzn. Są i Rolling Stonesi, abstrakcyjne rzeźby, róża demokracji i film, w którym stosunek seksualny, kot i pokojowe otoczenie są przedstawione w sposób - nomen omen - orgiastyczny. Nie ma co tu kryć - swoje ciała zawdzięczamy tamtemu pokoleniu, które wolało uprawiać miłość zamiast wojny. Nie mając większych zahamowań, by się z tym faktem obnosić.

Robią wrażenie drzeworyty, na których postaci ludzkie są przytłoczone wyrywkami z gazet. Podobnie pozornie abstrakcyjne instalacje przestrzenne. Niestety aparat komórkowy nie radzi sobie najlepiej z oddaniem wielokolorowości świateł jednej z nich, niemniej jednak naprawdę wystawę o roku '68 odwiedzić warto. Kiedy już skończy się podróż w czasie warto zajrzeć do Włodzimierza Pawlaka - polski artysta tworzący dość trafne komentarze do otaczającej to prawdziwy skarb. Jeśli dotyczą one głównie życia codziennego u progu transformacji, to nie sposób powiedzieć złego słowa na żywe obrazy, nierzadko z przyczepionymi gadżetami, jak w tym przedstawiającym Czarną Madonnę. Mamy jeszcze do dyspozycji trochę cieszącej oko sztuki polskiej oraz wideoprojekt Guy Ben-Nera, który postanowił pobawić się w naprawdę kreatywny sposób ze swoją rodziną - a to zamieniając się w strusia, a to tworząc w domu warunki niczym z Księgi Dżungli. Atrakcji nie brakuje, zatem nie pozostaje nic innego, jak wybrać się i zobaczyć na własne oczy.

26 październik 2008

2009 - bitwa o Europę

Prezentujemy przemówienie Philippa Lambertsa, współprzewodniczącego Europejskiej Partii Zielonych, wygłoszone na otwarciu posiedzenia Rady EPZ w Paryżu dnia 10 października 2008 roku.

Drogie przyjaciółki, Drodzy przyjaciele.

Rok 2009 będzie dla nas polem bitewnym.

Ta kampania nie będzie dla ludzi o słabych nerwach. Możecie oczekiwać, że tradycyjne partie, których wiarygodność w związku z globalnym kryzysem uległa nadszarpnięciu, zrobią wszystko, by ponownie uwieść wyborców. Z drugiej strony populistyczne partie z obydwu stron politycznego spektrum nie będą wahać się z wykorzystaniem lęków zasianych w naszych krajach. Tak, będzie trudno, i nie spodziewajcie się, że zielona muzyka łatwo wpadnie w ucho naszym obywatelkom i obywatelom.

Trzy wybory, które mogliśmy obserwować we wrześniu, pokazały nam zarówno powody do zmartwienia, jak i do nadziei. W Słowenii nie udało nam się wejść do parlamentu. W Austrii, pomimo powtórzenia dwucyfrowego wyniku, Zieloni stracili jedno miejsce i wpadli w niepokój z powodu 30% głosów, oddanych na prawicowe partie populistyczne. Z drugiej strony, niemal osiągają 10% poparcia, bawarscy Zieloni osiągnęli przekonywujący sukces w najbardziej konserwatywnym landzie Niemiec. Lekcje, jakie wyciągnęliśmy z tych wyborów, są następujące:

- Łączmy się - podstawowym warunkiem sukcesu Zielonych jest bowiem współdziałanie wszystkich zielonych sił;
- Komunikujmy się z ludźmi zrozumiałym dla nich językiem - zacznijmy rozumieć ich obawy i potrzeby i odwołujmy się do nich, otwierając nowe perspektywy;
- Bądźmy innowacyjni, nie tylko w ideach, ale także jeśli chodzi o ludzi, którzy mają być twarzami naszych kampanii.

W tej perspektywie patrząc, chciałbym zaprosić was do spojrzenia na zmiany klimatyczne i kryzys finansowy jako na szansę. Oba zjawiska pokazują to, o czym mówiliśmy przez lata. Niech ten kontekst was nie przeraża - poczujmy się wzmocnieni faktem, że nasze diagnozy okazały się słuszne i przejdźmy do ofensywy.

Jak zatem mamy to zrobić? Oczywiście chodzi nam o to, by obywatelki i obywatele przyłączyli się do naszej wizji. Gdy jednak wszędzie panoszy się lęk, niewielu z nich będzie dostatecznie śmiałych, by odważyć się na wybór radykalnej zmiany, za którą jesteśmy. Jeśli chcemy wyjść do ludzi, musimy wiedzieć, gdzie się znajdują. Zanim jeszcze zaczął się kryzys finansowy, nasze badania pokazały, że dla naszego potencjalnego elektoratu tematem numer 1 jest ekonomia, następnie - sprawy społeczne, a środowisko - na miejscu trzecim. Jest oczywistością, że gospodarka będzie dziś jeszcze wyżej.

Wzywam nas wszystkich zatem do tego, by w sposób asertywny pójść do naszych przyjaciółek i przyjaciół i porozmawiać o gospodarce. Gdy większość z naszych oponentów ośmieszyła się, dekadami tkwiąc w mantrze nieregulowanych rynków, śmiem twierdzić, że nasza wiarygodność w ekonomii jest większa niż kiedyś. Przejdźmy zatem do rozwiązań obecnej sytuacji.

Owych rozwiązań nam nie brakuje, o niektórych mówimy już od bardzo dawna. Zapewne słyszeliście już o nich wcześniej ale pozwolę sobie je przypomnieć:

- Podatek Tobina/Spahna - przez lata Zieloni mówili o konieczności opodatkowania transakcji finansowych. Pomogłoby to spowolnić nieco oszalałą maszynę, a zyski z podatku mogłyby wspomóc wiele inicjatyw, od gwarancji lokat bankowych po pomoc rozwojową;

- Musimy urealnić odprawy zarządów firm i brokerów finansowych, wiążąc je z rzeczywistymi średnio- i długookresowymi wynikami, być może także ograniczając ich dopuszczalną wysokość. Musimy też zwrócić uwagę na opcje kupna akcji i złote akcje;


- Udziałowcy spekulacyjni nie mogą kontrolować przedsiębiorstw, a prawa głosu powinny zostać ograniczone do udziałowców, którzy posiadali akcje od dłuższego czasu (np. od 6-12 miesięcy)
;

- Fundusze hedgingowe muszą być poddane kontroli - ich rola w gospodarce przyniosła więcej złego (niestabilność) niż dobrego (inwestycje);


- Unia Europejska wprowadziła legislację kontrolującą sprzedawane produkty konsumenckie, np. chemiczne. Doświadczenie pokazuje, że produkty finansowe potrafią być równie toksyczne. Powinniśmy zatem wspierać wprowadzenie dyrektywy FIRE (Rejestrowanie i Ewaluacja Instrumentów Finansowych). W ten sposób Unia rejestrowałaby wszelkie produkty finansowe proponowane przez banki. Wszystkie te, których pewność i dodatnia wartość dla gospodarki nie byłyby możliwe do udowodnienia, zostałyby zakazane, np. CDS - zastawne wymiany długów, które spowodowały obecny krach.


- Podobnie zakazane powinno być krótkoterminowe kupno akcji, opierające się na oczekiwanych wahaniach kursowych. Niech nikt wam nie mówi, że to niemożliwe - rządy Wielkiej Brytanii i USA, które forsowały zupełną deregulację, właśnie to zrobiły!


- Wprowadzenie wszystkich tych zmian wymaga europejskiej instytucji nadzorującej. W tym momencie wszystkie tego typu instytucje są bądź na poziomie narodowym, bądź też muszą opierać się presji ponadnarodowych bytów finansowych. Widzieliśmy, że to nie działa. Potrzebujemy europejskiego podmiotu z odpowiednią mocą i zasobami, by móc wcielić w życie odpowiednie regulacje.


Wszystko, o czym przed chwilą wspomniałem to lekarstwa, które są niezbędne, by przywrócić zaufanie obywatelek i obywateli, konsumentek i konsumentów, przedsiębiorstw, a także by zapobiec ponownej sytuacji w przyszłości.

Potrzebujemy też nowych inicjatyw po to, by gospodarka znów ruszyła naprzód. Tutaj możemy znaleźć wspólny język z wyborcami - wychodząc z przesłaniem, które było nasze od zawsze. Uczynienie z Europy liderki w dziedzinie światowej zielonej gospodarki, innowacyjnej względem odnawialnych źródeł energii, zrównoważonego rolnictwa, niskoemisyjnego transportu, efektywności energetycznej, pasywnych domów... to wszystko muszą być ważne cele w europejskiej polityce ekonomicznej.

Dwa tygodnie temu ILO i UNEP ogłosiły wspólny raport na temat zielonych miejsc pracy. Już dziś mamy na świecie 2,3 miliona nowych etatów związanych z energetyką odnawialną. Same wiatr i słońce mają potencjał do utworzenia kolejnych 8,5 miliona miejsc pracy w ciągu najbliższych 20 lat. Nie ma tam nic o pracy związanej z zielonym budownictwem, mobilnością, rolnictwem etc.

Wiązanie końca z końcem nie będzie proste, skoro już stykamy się z okresem kryzysu finansowego. Tu właśnie tkwi rola dla publicznych instytucji finansowych. Europejski Bank Centralny, Europejski Bank Inwestycyjny, Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, a także te banki, które teraz znów należą do państwa muszą być włączone w ten proces.To właśnie perspektywa, którą musimy pokazać naszym wyborcom - nie tylko oferować ochronę, ale pokazywać też drogę wyjścia - zielony, nowy ład dla Europy.

Oczywiście biorc pod uwagę nasz tradycyjny, zielony przekaz, szybko zobaczycie, że wszystkie pozostałe partie chętnie będą śpiewać w tym samym tonie, próbując utuczyć się na naszych postulatach. Nasza odpowiedź musi być prosta - kto wzbudza Wasze zaufanie w to, że program ten wejdzie w życie? Czy są to ci, którzy parę miesięcy temu, chwaląc wolne rynki, wołali, że najlepszym rządem jest brak rządu? Czy może ci, którzy stale powtarzali, że potrzebujemy zielonej rewolucji?

By zdobyć zaufanie współobywatelek i współobywateli, musimy mówić jasno w wielu kwestiach. Chciałbym wskazać tylko dwie:

- Pierwszą z nich jest oś rynek-państwo. Globalne ocieplenie i krach finansowy są prawdopodonie największymi przykładami zawodności rynkowej w historii. Nie wierzymy jednak w to, że rynki mogą być zastąpione przez gospodarkę państwową. Tak, jak to głosi nasz dokument ekonomiczny, widzimy zalety otwartych, transparentnych rynków, które stymulują innowacje i efektywność. Sądzimy też jednak, że nie są w stanie zagwarantować dobra wspólnego - to musi zostać w rękach demokratycznie wybranych rządów, które muszą zdecydować o przyjęciu pewnych reguł i konsekwentnie je wprowadzać

- Druga kwestia dotyczy Europy. Nasz problem z Europą polega nie z samą Unią. Nie podobają nam się prawicowe, wolnorynkowe, liberalne większości nią rządzące. Potrzebujemy Unii bardziej niż kiedykolwiek - po to, by wprowadzić Zielony Nowy Ład. Nie bójmy się tego mówić głośno i wyraźnie. 20 lat temu podniosła się kurtyna, a mury runęły wzdłuż całego kontynentu. Był to konie zimnej wojny, "koniec historii", jak ogłosił Fukuyama. Świat miał zostać zajęty przez demokrację i kapitalizm, a pokój miał pojawić się zaraz potem. Rwanda, Kongo, 11 września, Darfur, Afganistan, Irak, Bliski Wschód - wszystkie te miejsca pokazują, że globalny pokój dopiero budujemy. Demokracja to nadal tylko marzenie w Chinach, Rosji i wielu innych krajach. Ostatnie kilka tygodni obróciło wniwecz przekonanie, że kapitalizm dla bogatych będzie koniec końców służył powszechnemu dobru.

Teraz nadchodzi czas prawdziwego końca zimnej wojny, wojny, którą przegrała wielka dwójka jej uczestników. W 1989 roku wiele Europejek i Europejczyków sądziło, że jest szansa na zbudowanie trzeciej drogi między modelami promowanymi przez ZSRR i przez USA; Być może właśnie teraz przychodzi czas na otwarcie tej trzeciej, zielonej drogi. Tak więc bądźcie pewni siebie i stańcie na wysokości zadania. To trudne czasy, ale trudne czasy są dla silnych ludzi, a takimi właśnie jesteśmy!

22 październik 2008

Co z Europą, co z nami?

Piątkowe popołudnie to dobry czas na kameralną rozmowę o przyszłości Europy. Nawiązaliśmy współpracę ze stowarzyszeniem ATTAC Polska, czego efektem jest decyzja o organizowaniu wspólnych imprez - pokazów filmowych i debat. Przy stole, z kawą lub też herbatą (co kto lubi) można było spokojne pomyśleć o tym, czym był traktat lizboński, jakie były nasze poglądy w tej kwestii i zastanowić się, co będzie dalej z Europą. Okazało się, że nie różni nas znowu tak wiele, a wszystkich nas łączy marzenie o socjalnej, sprawiedliwej i różnorodnej Unii, która daleka będzie od modelu neoliberalnego, bliska zaś wszystkim jej mieszkankom i mieszkańcom.

Spotkanie prowadziła Ewa Ziółkowska, szefowa polskiego ATTACu, która przypomniała, że 10 października wszystkie organizacje skupione pod tą nazwą organizują pikiety, demonstracje, debaty i inne wydarzenia, poświęcone konstytucji europejskiej właśnie. Ma ona także wiele wspólnego z aktualnym kryzysem finansowym, pustoszącym giełdy na całym świecie - dokument, jej zdaniem, legitymizuje bowiem model społeczno-ekonomiczny, który doprowadził do tego kryzysu. Przypomniała też o tym, że ATTAC wydał oświadczenie, w którym podał 10 kroków na rzecz Europy demokratycznej i socjalnej.

Inny członek ATTAC Polska, Ryszard Pratkowski, zaprezentował swój katalog zarzutów pod kątem traktatu lizbońskiego. Była wśród nich kwestia niedemokratycznego jego powstawania i forsowania - z lekceważeniem woli osób oddających swój głos najpierw we Francji i Holandii, a następnie w Irlandii. Usiłuje się go przeprowadzić, a istnieją pewne obawy związane z jego treścią i zupełną nieprzystępnością językową. Według Pratkowskiego sporym problemem jest uznanie neoliberalnego modelu rozwoju UE, przy jednoczesnym słabym rozpoznaniu praw człowieka. Brakuje w traktacie prawa do rozwodów, zamiast zaś prawa do pracy Karta Praw Podstawowych pozostawiła prawo do poszukiwania pracy. Traktat sankcjonować też ma militaryzację kontynentu.

Mówiąc po przedstawicielu ATTACu, prezentowałem nieco inną opinię. Przyznając, że traktat daleki jest od doskonałości, przypomniałem, że jego główną zaletą były usprawnienia instytucjonalne, włatwiające Europie wspólne radzenie sobie z wyzwaniami współczesności, takimi jak erozja Europy socjalnej i zmiany klimatyczne. Gdyby KPP była taka niegroźna i niczego nie gwarantowała, to czemu Kaczyńscy przeciwstawili się jej podpisaniu w całości? Poza tym prawa do rozwodów nie ma w każdej konstytucji, np. brak takowego w naszej, zaś europejska polityka obronna może być też rozumiana pod kątem pomocy rozwojowej dla Globalnego Południa albo zapewniania kontynentowi bezpieczeństwa energetycznego. Wyraziłem także przekonanie, że przyjdzie czas na lepszy traktat, zapewniający dużo więcej, niż obecny.

Karol Domański, członek Stowarzyszenia Młoda Socjaldemokracja i Socjaldemokracji Polskiej zauważył pewien paradoks - z jednej strony bowiem walczymy przeciwko ujednolicaniu modelu gospodarczego, a z drugiej w głosie Ryszarda Pratkowskiego słychać było tendencję do narzucania pewnego, innego modelu społecznego. Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ważniejsza jest dla nas suwerenność poszczególnych państw tworzących Wspólnotę, czy też uznajemy, że rzeczona Wspólnota ma prawo do ingerencji. Odpowiadając też na pytanie gościa z Młodych Socjalistów, który preferuje działalność w drugim obiegu, uznał, że większą szansę wchodzenia do przestrzeni publicznej daje działania w obrębie istniejącego dyskursu poprzez książki, artykuły prasowe etc.

Późniejsza dyskusja toczyła się wokół tego, jak szeroko pojęta lewica może zbudować sobie przestrzeń na krytykę aktualnego kierunku, w którym zmierza UE, z pozycji proeuropejskich. Aktualnie jedyna krytyka projektu europejskiego, jaka istnieje w dyskursie publicznym, to krytyka eurosceptyczna, życząca integracji jak najgorzej. My z kolei życzymy jej jak najlepiej, chcemy jednak mówić głośno o pewnych błędach, które popełnia. Aktualnym staje się pytanie o to, czy jest to w tym momencie możliwe i czy nie jest przypadkiem lepiej "dać się wybrać", a następnie zmieniać świat. Nie musi oznaczać to zdrady ideałów - po prostu czasem trudno jest z powodu braku języka powiedzieć jasno, dlaczego - będąc za Unią Europejską - jednocześnie się ją krytykuje. Wszystko jest efektem zmiany typu demokracji i poszerzenia roli mass-mediów.

Po tego typu debacie pozostaje mi jedynie polecać je na przyszłość i cieszyć się, że była ona niezmiernie płodna intelektualnie.

19 październik 2008

Ameryka Łacińska - półkontynent, jakiego nie znamy

Całkiem niedawno Wojciech Cejrowski, zawzięty eurofob i antysocjalista, wyznał, że zrzeka się polskiego obywatelstwa i chce przyjąć ekwadorskie. Rzecz jasna tam ma być kraina mlekiem i miodem płynąca, wolny rynek i w ogóle cuda na kiju. Problem w tym, że właśnie tam całkiem niedawno społeczeństwo przyjęło nową konstytucję, oddającą więcej praw rdzennej ludności tegoż kraju i dająca więcej gwarancji na rzecz praw społecznych. Wyraźny skręt tegoż kraju w lewo powinien sprawić, że były prowadzący "WC Kwadransu" zdecydowałby się na emigrację gdzieś indziej, na przykład do rządzonych przez prawicę Meksyku albo Kolumbii. Być może jednak kryje w sobie duszę prawdziwego lewaka, bo trudno mi uwierzyć, że tak konsekwentny prawicowiec nie wie, że jedzie do kraju, który właśnie chce likwidacji amerykańskiej bazy wojskowej na swoim terytorium i bardzo pozytywnie patrzy się na proces integracyjny Ameryki Południowej, skierowany przeciwko dominacji USA w tym regionie.

Dominacja ta bynajmniej nie była łagodnym dbaniem o powszechny dobrobyt, o czym pisze w swojej książce "Ameryka Łacińska na rozdrożu" Carlos Rojas, ekonomista i historyk z Meksyku. Począwszy od połowy XIX wieku i sławetnej Doktryny Monroe, czując w sobie rzekome "boskie powołanie" do dominacji na zachodniej półkuli, USA potrafiły bądź to bezpośrednio interweniować militarnie, jak w Haiti, Meksyku i Grenadzie, bądź to wspierać wszelakie niedemokratyczne przewroty przeciw lewicowym rządom, tak jak w Chile czy też w Wenezueli. Promując liberalizację we wzajemnych stosunkach handlowych i prywatyzację kluczowych działów gospodarki, uwłaszczały się na majątku innych państw. Państwa te, nierzadko stosując represje w stosunku do własnych obywatelek i obywateli (szczególnie dyktatury wojskowe), doprowadziły do stworzenia niesamowitych nierówności i niesprawiedliwości społecznych, których efekty widać po dziś dzień.

Kiedy dziś Południe pokazuje Północy, że potrafi rządzić się samo i wybiera rządy, prowadzące prospołeczną politykę, to USA wpadają w przerażenie. Obok Bliskiego Wschodu jest to dziś bowiem jedyne miejsce, które traktowane jest jeszcze jako teren swobodnej penetracji kapitału spekulacyjnego i jednocześnie ważna strefa geopolityczna. Strefa, nad którą w dużej mierze Stany utraciły już kontrolę, czego przykładem krach stworzenia kontynentalnej organizacji wolnego handlu. Dla lewicowych rządów priorytetem staje się poprawa jakości życia żyjących niekiedy w skrajnej biedzie. Nie mówi się o tym za wiele w mediach głównego nurtu, ale tego typu postępowanie rodzi efekty - w przeciągu 4 lat, od 2002 do 2006 roku, odsetek ludzi ubogich zmniejszył się w Wenezueli z 48,6% do 30,2%, w Argentynie z 45,4% do 21%, a w Ekwadorze - odpowiednio z 49 do 39,9%. Dodam tylko, że nie osiągnięto tego poprzez zmniejszanie podatków albo rozprzedawanie wszystkiego, co państwowe.

Postać prezydenta Chaveza budzi olbrzymie emocje - od peanów ze strony nowej lewicy po krytykę Ralfa Fuchsa, szefa Fundacji imienia Heinricha Boella. Z pewnością jest to postać barwna, której posunięcia budzą mnóstwo emocji - o ile bowiem np. nacjonalizacja złóż naturalnych wydaje się być uzasadniona, o tyle cementowni wydaje się brzmieć absurdalnie. Budowa "socjalizmu XXI wieku" poprzez bratanie się z białoruskim dyktatorem Łukaszenką raczej nie brzmi wiarygodnie. Mimo to należy mieć w pamięci podane wyżej wskaźniki, jak również fakt, że powoli zaczyna się tam proces uaktywniania demokracji partycypacyjnej, a sam Chavez zaakceptował swoją porażkę w referendum konstytucyjnym. Postać ta nie jest zatem ani krystalicznie czysta, ani też nie wygląda na demonicznego dyktatora rodem z "osi zła".

Bardzo dziwi mnie tak ostra krytyka prezydenta Luli da Silvy z Brazylii. Ten wieloletni działacz związkowy również daleki jest od wizerunku zbawcy ludzkości, ale pewne sukcesy ma. Spada poziom biedy, a do tego Brazylia staje się liderką w procesie alternatywnej integracji południowoamerykańskiej i uniezależniania regionu od amerykańskich wpływów. Są też wyraźne klęski, takie jak fiasko dotychczasowych działań na rzecz zapobiegania deforestacji Amazonii, korupcja i dalsza obecność przemocy w fawelach. Czynienie mu jednak zarzutów z faktu, że spłaca długi zagraniczne swojego kraju jest nieco absurdalne. Jeśli tylko nie brakuje mu środków na walkę o zrównoważony rozwój społeczny i ekologiczny nie widzę tu żadnego problemu. Dużo większym jest np. faktycznie zauważony w książce brak działań zmierzających w kierunku reformy rolnej, która mogłaby dać chłopom uprawianą przez nich ziemię wielkich latyfundystów, a nie zmuszać ich (jak teraz) do karczowania amazońskiej dżungli.

Podsumowując 120-stronnicową książkę sądzę, że warto ją przeczytać. Jest w niej parę interesujących obserwacji. Po pierwsze, zwraca uwagę na brak jednolitych interesów wielu grup ludności, na przykład zwanej tutaj "burżuazją narodową" grupy małych i średnich przedsiębiorców, którzy mogą być zainteresowani wspieraniem progresywnych sił politycznych. To całkiem niezła wskazówka dla polityki w Polsce, jedna z nielicznych biorąc pod uwagę fakt, że na masowe ruchy społeczne rodem z Ameryki Łacińskiej nie mamy co liczyć. Interesująca jest też konstatacja pokazująca, że dzisiejsi Zapatyści, ruch Chłopów Bez Ziemi czy też formacje indiańskie wywodzą się z fermentu rewolucji kulturalnej roku 1968. Są to zatem krewniacy i krewniaczki dzisiejszych ruchów Zielonych na całym świecie. Cała książka trąci niestety marksistowską myszką, występując krytycznie w stosunku do instytucjonalnej polityki (widocznie Rojas nie zadowala się półśrodkami) i sugerując, że wyjściem z aktualnego kryzysu późnego kapitalizmu jest pogodzenie się z uwiądem państwa. Nie brzmi to w tym wypadku specjalnie przekonywująco, jednak jeśli przymknie się oko na tego typu wtręty, zapewni się sobie niesamowitą wycieczkę do Ameryki Południowej. Wycieczkę, która da nam pewną panoramę stosunków społecznych i politycznych w regionie. Panoramę, z którą warto się zapoznać.

13 październik 2008

Czego chce Europa, czego chce Polska?

Do wyborów do Parlamentu Europejskiego zostało już raptem 9 miesięcy, a poziom wiedzy o nich tak w Unii Europejskiej jako całości, jak i w Polsce w szczególności, nie poraża. Badania Eurobarometru, streszczane na niedawnej konferencji prasowej w Warszawie wskazują, że tylko 13% Polek i Polaków wie, że w czerwcu 2009 roku będą mogli pójść do urn i zmienić - na lepsze lub na gorsze - europejską politykę. Europarlament ma do powiedzenia coraz więcej, wiele dyrektyw było w nim poważnie zmienianych, a nawet brało w nim swoje początki w żmudnych, nieformalnych negocjacjach. Każdy kolejny traktat (w tym i lizboński) zwiększał jego uprawnienia i mało prawdopodobne, by trend ten miał ulec zmianie - w końcu to jedyna instytucja, wybierana przez Europejki i Europejczyków w bezpośrednich wyborach.

Warto przypatrzeć się na kilka kwestii, które będą istotne w naszym kraju i nie pozostaną bez wpływu na wyniki. Przede wszystkim - frekwencja. Pytane i pytanych podzielono w skali 1-10 w zależności od poziomu chęci wzięcia oddania swego głosu. Osoby, które zdeklarowały, że zagłosują na 100% (czyli liczba 10), to tylko 21% (średnia unijna to 30%), a suma osób będących na poziomie od 6 do 10 wynosi 51%. Zgodnie z regularnymi obserwacjami socjologicznymi głosuje średnio o 20 punktów procentowych mniej, niż wynoszą deklaracje. Oznacza to, że możemy spodziewać się odsetka głosujących na poziomie jakichś 30% uprawnionych, co raczej nie zachwyca. Z drugiej strony z kolei jest to wzrost niemal o 50% w stosunku do wyborów z roku 2004, kiedy to mało kto zdecydował się na pójście do urn.

Kiedy już ktoś zdecyduje się na oddanie głosu, myśli o osobie, którą wybiera, a także o tematach dla niego istotnych. Jeśli chodzi o wymarzoną kandydatkę tudzież kandydata, to nie ma tu zaskoczenia. Liczy się jej/jego doświadczenie w kwestiach europejskich (48%), ale też stanowisko tejże osoby w sprawach krajowych i europejskich (odpowiednio 31 i 28%). To bardzo ciekawe, bowiem wskazuje na wybitnie personalistyczne traktowanie tych wyborów - dla porównania stanowisko samych partii w sprawach europejskich jest istotne jedynie dla 17% z nas. Dla porównania średnia europejska w tej dziedzinie wynosi 30%. Nie jest jednak aż tak fatalnie, bowiem jedynie 10% z nas kieruje się rozgłosem kandydatki/kandydata. Może być to zatem wskazówka dla wielu formacji (np. dla sił na lewo od PO), by nie zawierzać swych losów pierwszym lepszym "lokomotywom", ale by skupiać wokół siebie ludzi z charakterem, pasją i wizją.

Tematy kampanii w Polsce nie będą aż tak diametralnie różne od tych ogólnoeuropejskich. Tak tu, jak i na całym kontynencie bezrobocie i kwestie wzrostu gospodarczego będą bardzo ważne. Odróżnia nas z kolei mniejsza uwaga, poświęcona kwestii naszej siły nabywczej (tylko 15%, aczkolwiek badanie było wykonane przed aktualnym kryzysem finansowym), nieco większa zaś - przyszłości systemów emerytalnych. Kwestie, takie jak zachowanie narodowej tożsamości z jednej, albo też europejskiego modelu społecznego z drugiej, nie są specjalnie zauważane (odpowiednio 8 i 11% przy 47 dla wzrostu gospodarczego i 45 dla bezrobocia). Mniejsze od unijnej średniej jest tu też zainteresowanie przestępczością, terroryzmem czy migracjami - choć to ostatnie, z powodu sporej homogeniczności naszego społeczeństwa.

Jaka z tego nauka płynie dla zielonej polityki w Polsce? Przede wszystkim należy bardziej akcentować kwestie tego, że zrównoważony rozwój tworzy ekologiczne miejsca pracy, nie tylko w rolnictwie i turystyce, jak się sądzi, ale też w sektorze usług związanych ze społeczeństwem wiedzy, w energetyce etc. (tzw. green collar jobs). Skoro tak, to siłą rzeczy pokazuje się, że poprzez branie pod uwagę czynników ekologicznych, społecznych i ekonomicznych, bez dominacji tylko tego ostatniego, można liczyć na gospodarkę dużo bardziej zdrową i odporną na światowe zawirowania. Sporym wyzwaniem jest fakt, że tylko dla 18% Polek i Polaków ważną kwestią będą zmiany klimatyczne. To jeden z najniższych wskaźników w Europie, gdzie średnia wynosi 33%. Z drugiej zaś strony można uznać, że jest to całkiem niezły wynik, biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze 2 lata temu był to temat praktycznie nieobecny w polskich mediach.

Cóż jeszcze warte jest wspomnienia? Ponad połowa Polek i Polaków uważa, że europarlament to odległa instytucja, która nie reprezentuje ich interesów. Zieloni, którzy mogą pochwalić się przynależnością do doświadczonej Europejskiej Partii Zielonych, mogą pokazać dużo lepiej niż inni, że nasze działania wpływają na poprawę jakości życia. W ten sposób pokazuje się tak doświadczenie, jak i bliskość ludzkim sprawom. Bliskość, której bardzo brakuje. Tak czy siak do czerwca może zmienić się jeszcze wiele, ale warto brać powyższe badania pod uwagę - szczególnie, że pełny tekst dostępny jest w Internecie.

12 październik 2008

Ekonumer Krytyki Politycznej

W najnowszym numerze "Krytyki Politycznej" sporo miejsca zajmują kwestie ekologiczne. W wypadku pisma, pisanego przez ludzi parających się socjologią, filozofią czy kulturą trudno jest znajdywać dobre słowa, określające treść numeru. Czy bowiem jest to publikacja o naturze, skoro jest to określenie kwestionowane przez jeden z tekstów? Trudno powiedzieć i zapewne każdy i każda, która sięgnie po KP, będzie miał/a własne zdanie na ten temat.

Zielonej obecności na łamach nie brakuje. Kinga Dunin pisze o tym, czemu empatia jest lewicowa, Olga Tokarczuk dokonuje analizy książki Coetzee'ego, a Adam Ostolski tłumaczy tekst Donny Harraway. Każdy z tych tekstów w jakiś sposób wychodzi poza dotychczasowe funkcjonowanie podziału ludzkie - nie-ludzkie. Do tej pory był on bardzo ścisły, oparty na relacji lepsze-gorsze, z człowiekiem w centrum świata. Rozwój nauki sprawia jednak, że stajemy się coraz bardziej świadomi faktu, że nie jesteśmy tacy znowu wyjątkowi. Może i umiemy mówić, ale np. szympanse lepiej zapamiętują liczby. Pewna papuga, nauczywszy się mówić, nie powtarzała wypowiedzi ludzi, ale informowała świat o swoich potrzebach - pisze o tym Edwin Bendyk. Dziennikarz "Polityki" przypomina też o tym, że zwiększa się moc obliczeniowa sztucznej inteligencji, a perspektywy nanotechnologii czy robotyki są coraz bardziej obiecujące. Czy prawa Asimova są wystarczające? Czy myślące androidy otrzymają obywatelstwo? A może nasze własne dzieło obróci się przeciwko nam i skolonizuje niczym w Matrixie?

Bendyk, co ciekawe, rozprawia się z mitem, łączącym nurt Głębokiej Ekologii z ekofaszyzmem. Troska o biosferę przed doraźnym, ludzkim interesem nie jest według niego wyjściem najgorszym z możliwych, szczególnie w epoce zmian klimatycznych. O świecie i jego stosunku do ekologii pisze też Urlich Beck. Kontynuuje on swoją tezę, że kwestia dystrybucji dóbr została zastąpiona przez kwestię dystrybucji zagrożeń. Nowa władza coraz częściej tkwi w świecie nauki, trzeba zatem szukać metod demokratyzacji tego świata. Wspomniana już Harraway zastanawia się głośno z kolei, jak nie rezygnować z faktu, że jemy zwierzęta i poddajemy je eksperymentom, a jednak dowartościować je. Jej propozycja jest prosta - to współczucie.


Wystarczy zobaczyć fotografie Ewy Łuczak, by dojść do wniosku, że coś jest nie tak. Masa gruzu, śmieci, odpadów domowych (od sedesów po telewizory) zalega bezkarnie w naszych lasach. Nie traktujemy przyrody poważnie i nie pomagają tu ani prośby, ani groźby. Nie oznacza to zachęcania do bezczynności - wręcz przeciwnie, pokazuje, ile jeszcze jest do zrobienia. Musimy zastanowić się, w jaki sposób zacząć uwzględniać czynniki nie-ludzkie w naszym działaniu i w naszej polityce. To istotna kwestia, w szczególności dla Zielonej Polityki.

9 październik 2008

Najlepiej być człowiekiem

Na tym ziemskim łez padole nie jest wcale łatwo. Nierówności jest tyle, że zasadniczo nie powinno dziwić, że większość dajmy na to organizacji pozarządowych walczy tylko z pewnym wąskim, określonym ich typem. Partia polityczna, jeśli chce być traktowana poważnie, musi siłą rzeczy znać odpowiedzi i ustosunkowywać się do większej grupy tematów. Jeśli, jak dajmy na to UPR uważa, że wszelkie nierówności są naturalne, wtedy zwalnia się z wykonania wysiłku intelektualnego, polegającego na wynajdywaniu pomysłów na ich znoszenie. Kiedy jest się jednak formacją dużo bardziej progresywną (taką jak Zieloni), wtedy ferment intelektualny jest dużo większy, a efekty - znacznie ciekawsze.

Kobiety mają pod górkę - w przenośni i dosłownie. Dosłownie, bo kiedy już decydują się na dziecko, wtedy patrzy się na nie krzywo na rynku pracy i najchętniej z niego wypycha. Później zaś - skutecznie utrudnia się powrót. Przestrzeń publiczna jest dość słabo przystosowana do osób z wózkami wszelkiego typu, przedszkoli brakuje albo są za drogie, a przy procesie rekrutacyjnym, mimo formalnej równości, częstokroć wygrywa mężczyzna. On urlopu macierzyńskiego nie weźmie, więc będzie bardziej efektywny (czytaj - skłonny do spędzania nadgodzin w pracy). Ona, mimo nierzadko lepszego wykształcenia, po ciąży i porodzie będzie chciała odpocząć, zatem należy się jej "wieczny odpoczynek" - najlepiej poza rynkiem pracy.

Co ciekawe, role płciowe działają w sposób krzywdzący dla obydwu płci. Nie chodzi tu o to, że facet nie może sobie założyć sukienki - problemów jest znacznie więcej. Chociażby z feminizacją pewnych zawodów. Ktoś powie - zaraz, a czemu ma się nam to nie podobać, chyba o to walczycie? Odpowiadam - owszem, tyle że w tego typu fachach płace są na niższym poziomie niż na tych, zdominowanych przez mężczyzn, tak więc bez w miarę równej dystrybucji płci w zawodach nie ma co marzyć o równości płacowej. Czy nauczycielki albo pielęgniarki zarabiają u nas krocie? Raczej nie.

Podam przykład z życia wzięty - szukałem pracy i zobaczyłem ogłoszenie, widniejące na sklepowej witrynie, następującej treści: "Poszukujemy sprzedawcy". Wszedłem do środka i zapytałem się, czy oferta nadal jest aktualna. Pani odpowiedziała mi, że owszem, poszukują młodej, dyspozycyjnej dziewczyny. Lekko zdębiałem, bowiem forma gramatyczna ogłoszenia raczej tego nie sugerowała. Zapytałem, czy nie przyjmą do pracy osobnika innej płci. - Nie - usłyszałem, więc wyszedłem. Ogłoszenie wisi po dziś dzień, mam zatem gorzką satysfakcję. Nie zmienia to faktu, że takie, nagminne traktowanie jest absolutnie niezgodne z prawem unijnym, zabraniającym dyskryminacji ze względu na płeć.

Różnice płciowe widać w wielu dziedzinach. Różnice płacowe, które do 1989 bywały niższe niż w krajach Europy Zachodniej, od tego czasu zaczęły rosnąć. Odsetek kobiet w parlamencie nadal nie wykracza ponad okolice 20%, co jest bodaj najbardziej jaskrawym dowodem na to, że coś dzieje się nie tak. Nadal brakuje infrastruktury, takiej jak żłobki i przedszkola, umożliwiające powrót do pracy. Zarówno język, jak i edukacja pełne są stereotypów płciowych, na zasadzie "babcia lepi pierogi, a dziadzio majsterkuje w garażu". Kiedy kobieta pada ofiarą gwałtu, często usiłuje się udowodnić jej prowokacyjne zachowanie. Podobnych działań można naliczyć się całkiem sporo.

Jeśli zatem chcemy żyć w bardziej równym społeczeństwie, podobne bolączki należy rozpoznać i opracować metody, które co najmniej je zniwelują, a najlepiej - zlikwidują. Takim pomysłem są np. parytety na listach wyborczych w wysokości od 30 do 50% osób na listach z danej płci. Zieloni rozwiązali to tak, że każda z nich ma zapewnione minimum po 40% pierwszych miejsc, co zostawia dostatecznie duże pole do elastyczności. Wyborczynie i wyborce sami zdecydują, czy w Sejmie albo Senacie chcą mieć kobietę, czy też mężczyznę - ważne, by mieli wybór.

Kiedy mówimy o równych szansach, nie chodzi nam o przywileje. Nie jest przywilejem prawo do równej płacy za równą pracę (a dziś płace kobiet są o około 15% niższe niż mężczyzn). Nie jest przywilejem prawo do godnego traktowania w miejscu pracy. Nie jest przywilejem zapewnienie warunków do powrotu na rynek pracy. Nie jest też przywilejem fakt, że ojciec również powinien brać na siebie część urlopu rodzicielskiego. To wszystko prawa, bez których nie będzie równości płci. Bez tej równości nie zapewnimy też sobie prawa do harmonijnego rozwoju naszego człowieczeństwa, które składa się z integralnego i nieusuwalnego pierwiastka żeńskiego i męskiego. Warto o tym pamiętać nie tylko 8 marca, ale i cały rok.

7 październik 2008

Świeckie państwo potrzebne od zaraz

Interesującym doniesieniom nie ma końca - parę dni temu gruchnęła wiadomość, że oto Kościół pragnie w końcu odgrodzić od świata odzyskany przez siebie kawałek Parku Oliwskiego. Prywatyzacja przestrzeni publicznej trwa zatem w najlepsze. Troskliwa kuria deklaruje, że myśli o jego odgrodzeniu, "bo klerycy też muszą gdzieś wypoczywać". Rzecz jasna nie mogą wypoczywać w parku miejskim, bo tam za dużo zła, grzechu i pokus. Podobną sprawę mamy od miesięcy w Warszawie - tutaj mieszkańcom i mieszkankom Ursynowa pragnie się postawić na terenie zielonym kościół. jak wszyscy dobrze wiemy, w zsekularyzowanej stolicy jest to towar deficytowy, w przeciwieństwie do łąk, pól i parków, które zajmują całą linię horyzontu, a wieżowców nie tu wcale a wcale... Swoją drogą to ciekawe, czemu miasto, mogące zaproponować zupełnie inne grunty, poszło po rozum do głowy dopiero teraz. No, nie mówiąc już o obrotnych zakonnicach z Białołęki...

Rozdział Państwa od Kościoła nie jest najprostszy do zrealizowania, a jednocześnie w polskich warunkach niezbędny do stworzenia pełnowartościowej demokracji, w której każda i każdy z nas będzie miał swoje miejsce. Są to odczucia, które zaczynają być coraz powszechniej podzielane - w niedawnym sondażu 51% z nas stwierdziło, że religia powinna być nauczana w salkach katechetycznych, a nie w szkole. Maleje odsetek ludzi, chodzących do kościoła, ale też rośnie grupa młodych, którzy nie przystępują do bierzmowania. Coś zaczyna się w tej kwestii wyraźnie zmieniać na lepsze. Nie chodzi tu o to, by rzec, że osoba wierząca jest w jakikolwiek sposób "gorsza". Nie - może w ten sposób doskonale realizować samą siebie. Problem polega na tym, że instytucja, która dominuje życie religijne w Polsce, nie zostawia na jakiekolwiek inne światopoglądy wiele miejsca.

W tym momencie warto pochylić się nad tekstem z najnowszej "Krytyki Politycznej", autorstwa Gillesa Kepela - "Zbawić Amerykę". Przypomina nam o drugiej stronie wielkiego, ewangelikalnego przemysłu religijnego, służącemu szerzeniu neokonserwatywnej wizji świata. Za oceanem mamy kaznodziejów, którzy wspierają najbardziej fundamentalistyczne skrzydło Republikanów i poddają w wątpliwość teorię ewolucji. Następnie, równie nierzadko, okazuje się, że żyją oni niezgodnie z zasadmi, które głoszą - podobnie zresztą, jeśli chodzi o bliskich im polityków.

Autor uważa, że rozwój bardziej radykalnych odłamów protestanckich zbiegł się w czasie ze zmianami w głównych, liberalnych kościołach USA. W latach 60. XX wieku ich uwaga odeszła od skupiania się wyłącznie na kwestiach indywidualnego zbawienia, a zaczęła poruszać tematy, takie jak społeczna marginalizacja, dyskryminacja czy też problem głodu. W indywidualistycznym społeczeństwie tego typu zachowania nie są specjalnie cenione (nic dziwnego, skoro 40 mln osób nie ma tam ubezpieczenia medycznego...) i tym samym łatwiej było tego typu ludzi skusić do bycia "nowo narodzonymi chrześcijanami". Szło to w parze z tworzeniem sojuszu "moralnej większości" z gospodarczym neoliberalizmem i doktryną "małego państwa".

To smutne, że gdy organizacje religijne zaczęły zwracać ludzką uwagę na problemy, wykraczające poza ich własne podwórko, wierne i wierni zdecydowali się od nich odwrócić. W Polsce Kościół, zdobywając kulturową dominację, zdecydował się na granie skrzydłami tak, aby w żaden sposób nie dopuścić do upadku swojej pozycji. Dla liberała