27 marca 2010

Płeć w „Emancypantkach” na tle przemian społeczno – obyczajowych epoki

Z perspektywy XXI wieku bardzo łatwo jest ferować wyroki i oceniać twórczość sporej grupy rodzimych autorek i autorów jako konserwatywną. Z tego też punktu widzenia Bolesław Prus w jednej ze swoich powieści, „Emancypantkach”, prezentować ma „satyrę na fanfaronadę hałaśliwych feministek i ostrzeżenia przed zaniedbywaniem obowiązków macierzyńskich”. Wydaje się jednak, że zaprezentowany na kartach książki, panoramiczny obraz stosunków płciowych i społecznych II połowy XIX wieku nie da się tak łatwo zaszufladkować. Chociaż z naszego punktu widzenia nie widać zbyt wiele „emancypacyjnego” charakteru dzieła Prusa, to odczytanie go w kontekście epoki, w której był pisany, pozwala na ukazanie nieco bardziej złożonego charakteru wydanej początkowo w formie odcinkowej w „Kurierze Porannym” w latach 1890-1893 książki.

Niniejsza praca ma za zadanie pokazać, że „Emancypantki” są jednym z głosów w sprawie kobiecej, którego siła polega na obnażaniu pozornie oczywistych do tej pory elementów kontraktu płci, kwestionowanych i podmywanych przez główne postacie książki. Czas, w którym, jak mówi Zdzisław Brzeski, brat głównej bohaterki, „wszyscy młodzi mężczyźni są pozytywistami, a kobiety emancypantkami” jest również czasem dość wzmożonych zmian w dotychczasowym modelu relacji między płciami. Proces ten, słabo omawiany na szkolnych zajęciach z historii, ma wieloletnią historię. Dla zrozumienia zjawisk, z którymi mamy do czynienia na kartach „Emancypantek”, toczących się w latach 70. XIX wieku, potrzeba nam cofnąć się co najmniej do roku 1789 i do początku rewolucji francuskiej. Prezentacji wymaga polski kontekst ruchu kobiecego, jego specyfika i różnorodne, obierane przezeń strategie. Powieść Prusa da się również czytać przez pryzmat teorii feministycznych, związanych chociażby z koncepcją „braterskiej umowy społecznej” czy też ekonomii opieki. Wymienione wyżej zagadnienia postaram się zawrzeć w poniższej pracy.

Zaginione elementy układanki

Dominująca metoda badań historycznych, przez laty uznawana za jedyną pełnowartościową, skupiała się głównie na datach, przełomowych wydarzeniach i wielkich wodzach – w przeważającej części mężczyznach. Wraz z rozwojem myśli feministycznej, szczególnie od lat 60. XX wieku, projekty bardziej społecznego ujęcia zmian zachodzących w świecie, szczególnie z perspektywy kobiecej (herstory zamiast history) zaczęto kwestionować pewne dominujące sposoby myślenia o wydarzeniach, uważanych często za kamienie milowe mającego zachodzić w sposób liniowy postępu cywilizacyjnego. Monika Bobako w artykule na ten temat pokazuje, jak podejście do rewolucji francuskiej i następujących po niej rządów Napoleona ukształtowane było przez płeć. Pominięty zostało w nim punkt widzenia kobiet, dla których po latach większych swobód przyszła konserwatywna reakcja Kodeksu Napoleona. Jeszcze w 1791 roku Olimpia de Gouges, w proteście przeciwko nieprzyznaniu przez Zgromadzenie Narodowe praw wyborczych kobietom, mogła napisać swą „Deklarację praw kobiety i obywatelki”, podczas gdy w 2 lata później została ona ścięta, zaś w 1804 roku wprowadzony został Kodeks, stojący w rażącej sprzeczności z podnoszonymi przez nią postulatami zwiększenia praw politycznych kobiet. Dla mężczyzn miał on być potwierdzeniem upadku feudalizmu i zalegitymizowania nowoczesnego społeczeństwa burżuazyjnego, podczas gdy dla kobiet oznaczał on ich pełne poddanie męskim „głowom rodziny” poprzez m.in. odebranie im prawa dysponowania majątkiem, prawa do samodzielnego podejmowania czynności prawnych i zakaz dochodzenia ojcostwa nieślubnych dzieci.

Kodeks Napoleona był jednym z wielu praw, które przez cały XIX wiek ograniczały kobietom dostęp do przestrzeni życia publicznego w Europie. W późniejszych latach, wraz ze stopniowym udostępnianiem kolejnych zawodów kobietom, normą stawało się przyjmowanie legislacji, zakazującej urzędniczkom, na przykład pocztowym, zawierania związków małżeńskich. Jeśli pracownica złamała ten zakaz, była usuwana z pracy. Były one zmuszane do pracy po 12, 14 godzin dziennie, nie miały praw do urlopów zdrowotnych, traktowane były przez resztę załogi jako konkurencja, zabierająca miejsca pracy. Dopiero w roku 1895 kobiety mogły zacząć przysłuchiwać się wykładom na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie i Jagiellońskim w Krakowie. Nawet w czasach II Rzeczpospolitej zdarzały się skandale, takie jak przywołana w książce Sławomiry Walczewskiej sprawa Zofii Joteyko. Ta psycholożka i biolożka, która chciała objąć stanowisko na Uniwersytecie Warszawskim, usłyszała, że nie otrzyma katedry, „bo jest kobietą”. Nieprzypadkowo Ada Solska myśli wyjeździe w celach naukowych z Warszawy – nie mogła bowiem w inny sposób uzyskać wówczas wyższego wykształcenia.

Za najsilniejszą formację, mającą wpływ na formowanie się kwestii kobiecej na ziemiach polskich uznaje się Entuzjastki. To one zaczęły kwestionować dominujące w latach 40. XIX wieku role płciowe. Popłoch budziły ich bardziej „męskie” stroje, wychodzenie bez opiekuna, zamiłowanie do jazdy konnej czy palenia cygar – przyjemności do tej pory zarezerwowane dla mężczyzn. Był to spory skok jakościowy w porównaniu do pierwszych, nieśmiałych jeszcze prób wypromowania przez Klementynę Hoffmanową modelu edukacji dziewcząt, który nie byłby w całości skupiony na zadowalaniu przyszłych mężów. Chociaż same wpadły one w pułapkę uprzedzeń, odcinając się od bardziej wyzwolonych obyczajowo „sawantek” („moralny komponent” kwestii kobiecej był jej nieodzowną kwestią aż do wystąpienia Zofii Nałkowskiej na zjeździe kobiet w 1907 roku, kiedy zakwestionowała dotychczas promowany model „okiełznania seksualnego” mężczyzny, przeciwstawiając go wolnej miłości), to jednak od ich działalności emancypacja kobiet na dobre pojawiła się w publicznym dyskursie. Spory wpływ na wyższe warstwy społeczne miała twórczość Johna Stuarta Milla, który wraz ze swą żoną, Harriet Taylor, napisał przetłumaczony na polski po roku od angielskiej premiery (1869) traktat „O poddaństwie kobiet”.

Postępowa inteligencja nie mogła już zupełnie lekceważyć emancypacyjnych dążeń – rozpoczęła się za to poważna dyskusja na temat ich roli w dążeniach niepodległościowych, jak również strategii prezentowania swoich poglądów na zmianę społeczną. Sporą rolę odgrywała ówczesna prasa - „Bluszcz”, poruszający kwestię doli kobiet robotniczych „Świt” czy, w późniejszym okresie, przeniesiony z Lwowa „Ster”, były pismami, w których toczyła się debata na temat strategii ruchu feministycznego. W jego obrębie ścierały się różne tendencje, których echa znaleźć można w „Emancypantkach”, takie jak omówienie różnic między kobietami i mężczyznami. Jak zauważa w „Damach, rycerzach i feministkach” Sławomira Walczewska, wyodrębniło się pięć głównych przekonań w sprawie różnic płci: dowartościowujące kobiety, głoszące ich wyższość nad mężczyznami, dążące do „równości w różnorodności”, piętnujące aktualne „niewolnictwo kobiet” czy wręcz kwestionujące podział na płcie. Walczewska, a także Agnieszka Mrozik zwróciły uwagę na różnice ruchu kobiecego na ziemiach polskich w porównaniu do tendencji na Zachodzie. Tam skupiano się na podkreślaniu dążeń do równouprawnienia kobiet w życiu politycznym, prawnym i ekonomicznym, podczas gdy w zaborze austriackim, pruskim i rosyjskim znacznie wyraźniej akcentowano łączność kwestii kobiecej z narodowowyzwoleńczą oraz „uprawnienia” kobiet, dania praw politycznych (których pozbawieni też byli Polacy-mężczyźni, pozostający pod obcą władzą) „bez różnicy płci”. Polki zostały zdaniem Walczewskiej obywatelkami tuż przez zniknięciem I Rzeczpospolitej, kiedy nie mogły się już cieszyć uprawnieniami wynikającymi z tego tytułu, za to na ich barkach spoczął między innymi obowiązek wychowania patriotycznego dzieci i zachowania języka.

Teoretyczne odniesienia historii kobiet

Dwie spośród wielu odczytań losów kobiet na przestrzeni dziejów zdają się być przydatne w analizie „Emancypantek” Prusa. Lektura ta rozszerza dodatkowo ich znaczenie i uwrażliwia na możliwość istnienia innych wątków owych interpretacji. Pierwszą z nich jest zaprezentowana przez Carole Pateman „braterska umowa społeczna”. Amerykańska badaczka analizuje dziejowe reperkusje związane z oświeceniową wizją umowy społecznej, w praktyce przez długie lata pozostającej umową białych mężczyzn. Jej zdaniem, nowożytna wspólnota „demokratyczna” opiera się na modelu zabicia króla-ojca przez synów, związanych od tego czasu wspólną tajemnicą. Uwalniając się od zależności rodzicielskiej, podtrzymują one jako element swej władzy kontrolę nad małżonkami, pozbawione praw politycznych. Uznają oni swą władzę jako „naturalną” i nie podlegającą dyskusji, jako że tylko im przysługuje w tej koncepcji tytuł liberalnych „jednostek”. Wykluczenie ma tu symbolizować jedno z zawołań Rewolucji Francuskiej - „braterstwo”. Zależności te pomogła odkryć freudowska psychoanaliza i teza o pierwotnym ojcobójstwie jako podstawie współczesnej cywilizacji.

Teorię Pateman można uzupełnić o spostrzeżenie, że wspomniana wyżej teoria obywatelstwa bywa zinternalizowana i bardzo silnie bronione przez same kobiety. Przykładem takiego stanu rzeczy jest pobyt Magdaleny Brzeskiej w Iksinowie. Jeśli prześledzić dokładnie, kto przede wszystkim myśli o niej negatywnie po zorganizowaniu koncertu Stelli i Sataniella, to w wyliczance narratora spostrzegamy „kilka starszych pań”, w tym panie podsędkowa i rejentowa. „Braterska umowa społeczna” nie mogłaby funkcjonować, gdyby nie miała ona sojuszniczek w drugiej płci, które korzystały (zdobywając prestiż jako filantropki, animatorki życia kulturalnego lub chociażby strażniczki moralności) na takim, a nie innym podziale ról płciowych. Madzia dużo bardziej może liczyć na wyrozumiałość ojca, niż na szorstką matkę, łatwiej dającą wiarę w to, że jej warszawskie, „emancypacyjne” zachowania „budzą zgorszenie”. Wydaje się, że zachowań chętnych na związanie się z główną bohaterką mężczyzn, także z powodu ograniczeń objętościowych niniejszej pracy, nie ma co komentować. Niemal każde z ich działań w stosunku do niej – rozmowa, flirt, realizacja planów panny Brzeskiej, które odczytywała ona jako dobroduszność, okazywały się etapami służącymi zdobyciu nad nią władzy. Najbardziej jaskrawym przykładem jest tu wymuszony pocałunek Kazimierza Norskiego podczas przechadzki w parku – wtargnięcie w sferę prywatną Magdaleny było dla niej nie tylko nietaktem, ale wręcz pozbawieniem jej podmiotowości, uniemożliwiając ewentualną zmianę zdania w sprawie związania się ze Stefanem Solskim.

Inną ciekawą koncepcją do analizowania powieści Prusa, jak również szerzej – całej literatury okresu walki o emancypację kobiet – jest pojęcie „ekonomii opieki”. Stanowi ono wkład w teorię społeczną i ekonomiczną, wprowadzając w obręb myślenia o gospodarce perspektywę gospodarstwa domowego. Niepłatna praca domowa oraz wychowywanie potomstwa stanowi o obrębie tego podejścia element odrębnego sektora ekonomii – sektora społecznej reprodukcji. Do niedawna podział ról płciowych był wyraźny: mężczyźni wykonywali płatną pracę produkcyjną, kobiety zaś – darmową pracę domową. Choć aktualnie sytuacja, wraz z emancypacją i wejściem kobiet na rynek pracy płatnej uległa zmianie, nadal jednak w społecznym odbiorze większość prac domowych pozostaje domeną kobiet. Co więcej, zajęcia wykonywane przez nie w domu są dla androcentrycznego społeczeństwa traktowane jako „niewidzialne”, czemu towarzyszy przekonanie, że siedząc w domu, kobieta „nic nie robi”. Tymczasem, ze względu na kulturowe uwarunkowania, to właśnie kobiety swoim poświęceniem i troską umożliwiają funkcjonowanie „fabryki społecznej”, bowiem bez ich pracy nie byłoby możliwe przekazywanie kompetencji kulturowych i cywilizacyjnych:

„Gdyby kto wszedł do pokoju tej kobiety wówczas, gdy robiła wieczorny rachunek, gdyby zajrzał w jej mózg przepełniony gospodarskimi kombinacjami i w serce pełne trwogi, może pomyślałby: "O jakiż to nędzny los kobiety samodzielnej i w jak bezceremonialny sposób płeć zwana słabą jest wyzyskiwaną przez mężczyzn..." Ale ponieważ nikt nie robił rachunków z panią Burakowską i nikt nie widział jej zalęknionego serca, więc wyobrażano sobie, że damie tej jest rozkosznie na świecie.”

Fragment ten, poświęcony pani Burakowskiej, u której Madzia Brzeska wynajmowała pokój po odrzuceniu oświadczyn Solskiego, doskonale pokazuje społeczne pojmowanie „ekonomii opieki” - ponieważ nikt nie płaci jej za pilnowanie dyscypliny budżetowej własnego domostwa, pracę tę traktuje się jako „niewidzialną” i tym samym ignoruje się. Utożsamienie kobiet z troską, empatią i społeczną reprodukcją nieprzypadkowo przekładało się na to, które zawody jako pierwsze stanęły przed kobietami z klasy średniej otworem. Po powstaniu styczniowym i konfiskatach wielu majątków utrzymanie jako takiego poziomu życia usprawiedliwiało aktywność zawodową w dziedzinach „uspołecznionej opieki”, takich jak nauczycielstwo. Kobiety – guwernantki nie wykraczały poza role płciowe, bowiem kontynuowały przekazywanie modeli wychowawczych i kulturowych przypisanych wówczas swej płci, nie mogły także udzielać korepetycji chłopcom. Bardziej „niestandardowe” w stosunku do obowiązków domowych zawody obarczane były, jak już wspomniałem, obostrzeniami prawnymi, za którymi bardzo często szła społeczna anatema (na przykład kłopoty z przyjęciem do korporacji zawodowej). Często w zawodach takich narażone były na wyzysk połączony z niedocenianiem wykonywanej przez nie pracy. Zauważył to Kazimierz Norski w rozmowie z Madzią Brzeską:

„Spostrzegłem - mówił dalej - jeszcze drugą kwestię społeczną w naszym biurze. Pracuje tam w pokoikach jak najdalej odsuniętych od frontu kilka kobiet. Coś kleją, piszą, ekspediują, rachują... Czy ja wiem zresztą, co one robią?... Otóż jest rzecz ciekawa. Nasze koleżanki, jak to wiem od starszych urzędników, najwcześniej przychodzą, najpóźniej wychodzą z biura, pracują jak mrówki, są punktualne, potulne i - w ogóle są wzorowymi oficjalistami. Za to owe panie mają... daleko mniejsze pensje aniżeli ich poprzednicy, mężczyźni, i biorą na przykład piętnaście rubli zamiast trzydziestu albo dwadzieścia pięć zamiast czterdziestu.”

Płeć ma znaczenie

Jednym z większych problemów, jaki pojawia się wraz z rozwojem fabuły w książce, jest zupełne rozminięcie się komunikacyjne głównych bohaterów względem interpretacji zachodzących wydarzeń. Także i tu płeć i ówczesne role płciowe odgrywają istotną rolę. Magdalena Brzeska, młoda, dość łatwowierna kobieta, zostaje nazwana emancypantką, bo nie chce poddać się myśli o wyjściu za mąż, zajmuje ją za to usamodzielnienie się i zakładanie własnej pensji. Nie otrzymując wśród swych kompetencji kulturowych narzędzi, umożliwiających realizację własnych pragnień, spotyka się z niezrozumieniem. Ponieważ dominujący wówczas model kulturowy polegał bardziej na uznaniu kobiety jako „dożywotnio nieletniej”, przechodzącej od opieki rodzicielskiej w stronę władzy męża, realizacja pasji (mającej zresztą niewiele wspólnego z przemyślaną wewnętrznie emancypacją) staje się trudne, a wręcz niemożliwe. Zawołanie Madzi, że „nie jest emancypantką” nie jest przez nikogo z jej znajomych przyjęte do wiadomości.

Największy rozdźwięk między rzeczywistością a jej interpretacją pojawia się wtedy, gdy Stefan Solski rozpatruje powody odmowy małżeństwa przez pannę Brzeską. Łącząc w głowie fakty, półprawdy i plotki z Warszawy i Iksinowa, tworzy on na własne potrzeby wizję femme fatale, skupionej na pogoni za pieniędzmi i zaspokajaniem swych miłosnych zachcianek. W jego refleksji nie może pojawić się przekonanie o tym, że kobieta może chcieć być wolna, jedynym usprawiedliwieniem dla takiego zachowania musi być jej wina, niegodziwość, sprawiająca, że ma ona wyrzuty sumienia i nie chce wyjść za mąż za cnotliwego mężczyznę. Problem polega na tym, że plotki pod adresem Madzi nie miały nic wspólnego z rzeczywistością, zaś „cnotliwy mężczyzna” w wybuchu szału zabił własnego psa.

Problemu z dążeniem do samodzielności Brzeskiej nie rozumie nie tylko jej matka, ale też i największa przyjaciółka, Ada Solska. Madzia czuje, że jej świat nie jest tożsamy z doświadczeniami dziewczyny z małego miasta, zaczyna zresztą dostrzegać, że choć Ada jest dobroduszna, to wiele z jej działań (w szczególności dobroczynnych) podejmowanych jest pod wpływem impulsu, niemalże „z nudów”. Różnice pozycji między Solskimi a Brzeskimi najlepiej oddaje ojciec Madzi w liście, w którym utożsamia różnice majątkowe z moralnymi. To jeden z tych fragmentów „Emancypantek”, w którym na wierzch wychodzi analiza klasowa i związana z różnicami w habitusie między ludźmi z różnych warstw społecznych:

"Pytasz - mówił doktór w liście - jak uważam odrzucenie przez ciebie świetnej partii? Moja droga, najważniejszymi rzeczami, które łączą lub dzielą ludzi, są: wiara, wspólne lub różne sympatie i cele. A ponieważ te różnice moralne towarzyszą zazwyczaj różnicom majątkowym i stanowiskowym, więc - nigdy nie radziłbym kojarzyć się w małżeństwa ludziom, których stanowiska czy majątki zanadto oddzielają od siebie...(...)W rezultacie stało się najlepiej, jak się stało. Człowiek musi mieć troski i pracę, jak chleb i wodę, marnieje zaś wśród ciągłych rozrywek, jak zmarniałby karmiąc się wyłącznie cukierkami. A że masz zdrową duszę, więc instynkt odepchnął cię od tych pokus i stało się dobrze... "

W konstrukcji postaci możemy dostrzec także zróżnicowanie między podejściem do kwestii kobiecej. Wydaje się nieprzypadkowym, że najbardziej radykalną, jednocześnie cenioną za pracę dydaktyczną i lekceważoną za poglądy postacią jest tu kobieta o obco brzmiącym nazwisku – panna Howard. Jej ślub odczytuje się jako zdradę przekonań dotyczących mężczyzn i małżeństwa. To wygodna pozycja dla legitymizacji dotychczasowych stosunków społecznych, pozostająca jednak w sprzeczności z samymi słowami guwernantki. Ogólne przekonanie na temat roli i funkcji stosunku małżeńskiego nie musi oznaczać automatycznego jego odrzucenia w wypadku znalezienia osoby, która wyłamuje się ze schematu – czego dowodem wiele (często udanych) związków działaczek kobiecych. Udowadnianie Howard niespójności poglądów miałoby logiczny sens wtedy, gdyby Prus przedstawił ów związek jako powtórzenie stosunków dominacji przez nią krytykowanych, takich przesłanek jednak w tekście nie znajdziemy. Sama Howard zaznacza zresztą zawczasu, że mężczyzna przez nią wybrany jest jedynym, który mógłby ją skłonić do małżeństwa, zatem społeczny odbiór owego wydarzenia, kwestionujący jej wierność wobec głoszonych poglądów, zdaje się powielać wielowiekowe przekonanie, że słowo kobiety liczy się mniej od słowa mężczyzny. Mężczyźnie wybaczano wówczas znacznie większe niekonsekwencje (takie jak korzystanie z usług prostytutek i zarażanie żon chorobami wenerycznymi, na co szczególną uwagę zwracały emancypantki tamtego okresu), natomiast kobietom, poddanym większym rygorom społecznym, chciano udowadniać dwulicowość – tym bardziej ochoczo, im bardziej zabiegały one o zmiany w dominującym modelu kontraktu płci.

Jeśli, w obliczu zarysowanych wcześniej wątpliwości, Magdalenę Brzeską w ogóle traktować jako emancypantkę, to jej sposób działania symbolizować może ówczesny główny nurt polskiej myśli kobiecej. O ile u panny Howard pobrzmiewa feminizm zachodni, skupiający się wówczas na łączeniu praw kobiet z „dobrem społeczeństwa”, podkreślając indywidualistyczny język, o tyle młoda Brzeska realizuje model „uprawnienia”, a zatem tworzenia społeczeństwa „bez różnicy płci” w obowiązującej legislacji, w którym swobodnie mogłaby ona działać na polu edukacji lokalnej społeczności Iksinowa i pomagać w niwelowaniu wykluczenia społecznego i kulturalnego. Jak widać na kartach powieści, nawet ten „program minimum” budził spore opory w rodzinnych stronach Madzi, grożąc w pewnym momencie wykluczeniem z towarzyskiej elity miasteczka. Sztywne normy społeczne sprawiają, że Madzia trafia do klasztoru, co z dzisiejszej perspektywy wygląda na jeden z pierwszych przykładów wielokrotnie wspominanej przez Kingę Dunin, występującej w dyskursie publicznym w Polsce alternatywy „Bóg albo rynek”. Brzeska, nie odnajdując się u bogatych przyjaciół, nie znajdując zrozumienia dla własnej drogi życiowej, zwraca się w kierunku Kościoła. Wieńczące „Emancypantki” zdarzenie daje się wpisać we współczesny kontekst polityczny, związany z dyskusją na temat roli lewicy i klęski, jaką poniosła ona wobec odwrócenia się od nich ruchów społecznych, przechodzących na stronę populistycznej prawicy – przykładem przejęcie przez PiS ruchu kobiet walczących o przywrócenie Funduszu Alimentacyjnego. Dzisiejsza myśl społeczno – polityczna ma przed sobą do odrobienia olbrzymią lekcję lektury i reinterpretacji literatury XIX wieku, ale z powodu wykraczania przezeń z ram tematu niniejszej pracy problem ten jest przeze mnie jedynie naszkicowany.

Czy Prus był feministą?

Na tak postawione pytanie nie da się udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Zależy też, o co pytamy – czy o poglądy wyrażane przez samego autora, czy też o to, czy jego twórczość da się odczytać w sposób emancypacyjny. Jeśli chodzi nam o tę pierwszą kwestię, nieodmiennie należy ją rozpatrywać w kontekście przekonań panujących w epoce jego działania, co – jak mam nadzieję – uczyniłem. To prawda, że w momencie pisania poglądy na relacje płci, które wypowiada spora część bohaterów powieści są, delikatnie mówiąc, zachowawcze. Przekonania wygłaszane przez profesora Dębickiego, chociaż wartościujące pozytywnie społeczną rolę kobiet i wpisujące się w kontekst jednego z ówczesnych dyskursów emancypacyjnych („różne, ale równe”), pozostają wpisane przezeń w sferę rodzinną:

„Kobieta - mówił Dębicki - przede wszystkim jest i musi być matką. Jeżeli chce być czymś innym: mędrcem, za którym szeleści jedwabny ogon, reformatorem z obnażonymi ramionami, aniołem, który uszczęśliwia całą ludzkość, klejnotem domagającym się złotej oprawy, wówczas - wychodzi ze swej roli i kończy na potworności albo na błazeństwie. Dopiero gdy występuje w roli matki, a nawet wówczas, gdy dąży do tego celu, kobieta staje się siłą równą nam albo i wyższą od nas. Jeżeli cywilizacja jest godnym podziwu gmachem, kobieta jest wapnem, które spaja pojedyncze cegły i robi z nich masę jednolitą. Jeżeli ludzkość jest siecią, która wyławia ducha z natury, kobiety są w tej sieci węzłami. Jeżeli życie jest cudem, kobieta jest ołtarzem, na którym spełnia się cud.”

Także i ten fragment da się zinterpretować w szerszym kontekście. Dębicki stanowczo odpiera generalizacje Stefana Solskiego, traktujące kobiety i ich emancypację niemal jako źródło nieszczęść świata. W powyższym fragmencie docenia ich rolę w procesie reprodukcji społecznej (wspomnianą przeze mnie „ekonomię opieki”), by następnie poddać ostrej krytyce męskie dążenie do poddania kobiet kontroli:

„Kobieta nigdy nie należała, nie należy i należeć nie będzie do mężczyzny; nigdy nie będzie oddaną mu całkowicie, czego od niej wymagamy; nigdy nie będzie jego własnością. Kobieta i mężczyzna to dwa światy, jak Wenus i Mars, które widzą się nawzajem, ciążą ku sobie, ale nigdy się nie przenikną. Wenus dla Marsa nie opuści swej drogi ani kobieta dla mężczyzny nie wyrzeknie się swoich przeznaczeń. I jeżeli kobiety są czyjąś własnością, to bynajmniej nie naszą; one należą do swoich rzeczywistych czy możliwych potomków.”

Choć dziś tego typu twierdzenia trącą myszką, to jednak w II połowie XIX wieku mieściły się one jeszcze w zakresie dyskursu emancypacyjnego, chociaż nie należały już one do szczególnie radykalnych. Poświęcenie osobnej, sporej objętościowo i solidnej stylistycznie książki kwestii roli kobiet i ich losów, w dużej mierze zdeterminowanych przez ówczesną obyczajowość sprawia, że trudno uznać jej autora za obojętnego wobec tej cywilizacyjnej kwestii. Jeśli z kolei zdecydujemy się na postawienie jego postaci na boku i zajmiemy się głównie treścią „Emancypantek”, to dostrzeżemy w niej spory potencjał do krytycznej analizy ówczesnej rzeczywistości. Pojawiające się wątki nierówności płacowych, konwenansów, ograniczających kobietom prawo do samorealizacji, wreszcie społeczna konstrukcja płci i relacje między nimi, dalekie od równości i partnerstwa – wszystko to były problemy, z którymi borykał i boryka się ruch kobiecy. Tak wtedy, jak i dziś wielokrotnie słyszy on, także z ust rzekomo „postępowych” polityków i publicystów, że poruszane przezeń problemy są „kwestiami ubocznymi” wobec wielkich spraw. W II połowie XIX wieku była to głównie kwestia narodowa bądź klasowa. Złożoność i brak konkluzywności w twórczości Prusa daje szerokie pole do dalszych analiz literackich i interdyscyplinarnych – powyższa praca zarysowała kilka z wielu dostępnych ścieżek badań.

Bibliografia:

Józef Bachórz, Bolesław Prus, Wirtualna Biblioteka Literatury Polskiej.
Monika Bobako, Powrót kobiet do historii – niedokończony projekt?, Biblioteka Think Tanku Feministycznego, Warszawa 2009.
Grażyna Borkowska, Cudzoziemki. Studia o polskiej prozie kobiecej, Instytut Badań Literackich, Warszawa 1996.
Ewa Charkiewicz, Anna Zachorowska–Mazurkiewicz, Gender i ekonomia opieki, Fundacja Tomka Byry „Ekologia i sztuka”, Warszawa 2009.
Olimpia de Gouges, Deklaracja Praw Kobiety i Obywatelki. Forma kontraktu społecznego między mężczyzną a kobietą, Biuletyn OŚKi 2000 (11), Warszawa 2000.
Agnieszka Mrozik, Polski ruch kobiecy przełomu XIX i XX wieku a kontekst europejski i światowy, Wirtualne Muzeum Historii Kobiet, Fundacja Feminoteka, Warszawa 2008.
Carole Pateman, Nieporządek kobiet. Demokracja, feminizm i teoria polityczna, rozdz. 2 Braterska umowa społeczna, Polity Press 1989.
Bolesław Prus, Emancypantki, Polska Biblioteka Internetowa.
Sławomira Walczewska, Damy, rycerze i feministki, Wydawnictwo eFKa, Kraków 2000.
Wirtualne Muzeum Historii Kobiet, Fundacja Feminoteka, Warszawa 2008.

26 marca 2010

Ratusz oszczędza kosztem kobiet

Warszawskie koło Zielonych skrytykowało decyzję władz Warszawy w sprawie likwidacji Warszawskiego Centrum Kobiet, instytucji od lat pomagającej kobietom próbującym wrócić na rynek pracy. Pod pretekstem cięć spowodowanych kryzysem ofiarą pada organizacja pozytywnie oceniana przez kobiety, które w ciągu lat skorzystały z pomocy Centrum. W Warszawie kobiety stanowią obecnie 47,2 proc. ogółu bezrobotnych, bez prawa do zasiłku jest 12.219 kobiet, powyżej 50. roku życia – 4.010, a długotrwale bezrobotnych – 4.504. Te liczby pokazują, że potrzebne są działania ze strony miasta, które pomogą zdobyć kobietom prace.

- Władzom miasta przydałoby się szkolenie z budżetowania uwzględniającego perspektywę równości płci. Gdyby miasto nie wydało kilkuset milionów na wsparcie inwestycji prywatnego inwestora i budowę stadionu Legii, wówczas urzędnicy nie musieliby podejmować dramatycznych decyzji czy odebrać fundusze na działania wspierające aktywizację zawodową seniorów czy osób niepełnosprawnych – powiedziała Agnieszka Grzybek, przewodnicząca Zielonych. – Tego typu placówki gminne działają w wielu miastach europejskich, oferta urzędów pracy czy ośrodków pomocy społecznej jest niewystarczająca. Ona musi uwzględniać konkretną sytuację życiową kobiety, której często trudno wrócić na rynek pracy ze względu na obciążenie obowiązkami opiekuńczymi. W Warszawskim Centrum Kobiet mogły się poradzić, nie przeżywają lęku przed stygmatyzacją, że korzystają z ośrodka pomocy społecznej – dodała.

- Pytanie, czy w ślad za zamknięciem bielańskiej placówki pójdą dalsze oszczędności. Już i tak brakuje żłobków i przedszkoli, miasto nie prowadzi programów – na przykład adresowanych do pracodawców – zachęcających do rozwiązań pozwalających łączyć życie zawodowe z prywatnym - dodaje przewodniczący warszawskich Zielonych, Bartłomiej Kozek. - Miejska ekipa rządząca, w której większość ma partia określająca się jako „obywatelska”, tnie finansowanie organizacji, która przez wiele lat udowodniła swoje kompetencje w dziedzinie adresowanej do kobiet polityki społecznej. Pieniędzy na tego typu centra powinno być nie mniej, a więcej, zaś doświadczenia osób pozostających bez pracy powinny zacząć być na poważnie uwzględniane przez miejskie placówki przy przygotowywaniu działań i odpowiedniej alokacji środków finansowych na pomoc bezrobotnym.

- Ciekawi nas stanowisko pani pełnomocnik ds. przeciwdziałania dyskryminacji, która niedawno została powołana przez prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz. Przypadkiem zamknięcia Warszawskiego Centrum Kobiet powinna się zająć jak najszybciej – powiedziała Irena Kołodziej, przewodnicząca warszawskiego koła Zielonych. – Oczekujemy, że tak właśnie zrobi – dodała.

25 marca 2010

Żyć w kapitalizmie i przeżyć

O obecnym modelu pracy, cenionych uzdolnieniach pracowników, sposobach jej organizacji czy też wpływie na rzeczywistość napisano już całkiem sporo. Kto zatem czytał już lektury na ten temat, może podejść ze sceptycyzmem do pomysłu przeczytania jeszcze czegoś na ten temat. Mimo to polecam "Kulturę nowego kapitalizmu" Richarda Sennetta jako ciekawą dokładkę, zaś osobom, które dopiero rozpoczynają swoje przygody z analizą tych kwestii - jako niezły podręcznik, ukazujący rozmiary i skutki nowych metod zarządzania.

Co ciekawego możemy wyczytać u tego amerykańskiego socjologa? Kreśli on najpierw obraz dotychczasowego, społecznego kapitalizmu spod znaku Bismarcka. Jego zadaniem było zapobieżenie rewolucji społecznej poprzez wykorzystanie wojskowego modelu hierarchii w zarządzaniu firmami. W ową piramidalną strukturę mieli być wciągnięci wszyscy mężczyźni, którzy znajdowali w niej stabilizację, umożliwiającą utrzymywanie własnych rodzin, a także poczucie sensu i przynależności. Struktura ta powodować jednak miała poczucie bycia zamkniętym w klatce, rozładowywane za pomocą obietnicy odroczonych korzyści w rodzaju awansu czy wyższych zarobków. Miała ona jeszcze jedną zaletę - umożliwiała w pewnych określonych granicach modyfikowanie i dostosowywanie do potrzeb i realiów rozkazów, płynących z górnych szczebli hierarchii.

Późny kapitalizm zasadniczo zmienił sytuację. Sennett pozostaje raczej sceptyczny co do zapewnień, że odbyło się to dzięki emancypacyjnym hasłom Nowej Lewicy. Zwrała ona uwagę na oczywiste luki w systemie, który zaczął się rozpadać pod wpływem ich nadmiaru - sztywność, brak poszanowania dla innowacyjności, system opiekuńczy, dający coraz mniej satysfakcjonujące usługi publiczne. Nowy model - jak podkreśla autor - nadal nie jest jeszcze modelem dominującym, jeśli chodzi o liczbę osób i firm podążających jego śladem, ma jednak tendencję do rozprzestrzeniania się, wszelkie zaś reformy w instytucjach publicznych przyspieszają zaś ten proces. Nowy model, jego zdaniem, wcale nie zapewnia jednak wejścia do królestwa wiecznej szczęśliwości, niosąc za sobą zagrożenia innego typu - braku stabilności i słabych więzi społecznych.

Przyspieszenie zmian cywilizacyjnych sprawiło, że dużo bardziej premiowana staje się zdolność do adaptacji niż regularnie dezaktualizująca się wiedza. Ponieważ struktury takiego przedsiębiorstwa są bardzo płynne, a fluktuacja pracownic i pracowników, szczególnie na niższych szczeblach, jest bardzo duża. Tymczasem to właśnie tam, gdzie dotychczas poziom elastyczności był względnie duży, dziś obserwujemy dość sporą sztywność, będącą efektem standaryzacji. Sztuczne dążenie do zmian organizacyjnych w instytucjach, w szczególności publicznych, może doprowadzać do zrywania więzi w ich obrębie, które wpływały pozytywnie na jakość świadczonych usług. Brak stabilności przenosi się na inne dziedziny życia, będąc bardziej podatnymi na strach zdarza się nam kończyć - niczym klasie robotniczej w Stanach Zjednoczonych - w objęciach prawicowych populistów.

Uwagi Sennetta dotyczące wpływu takiego modelu kapitalizmu na politykę są ciekawe, chociaż zapewne doskonale znane chociażby osobom czytującym "Krytykę Polityczną". Model ten stępia różnice między formacjami (wszak coraz mniejsze znaczenie ma program, a większe - wizerunek), ograniczając je do "egoizmu drobnych różnic", skutkującego tym, że dyskusja o polowaniu na lisy zajęła brytyjskiemu parlamentowi kilkunastokrotnie więcej czasu niż ta o powołaniu Sądu Najwyższego. Partie stają się produktami, oddziela się własność od zarządzania nią - wszystkie te procesy generują napięcia społeczne, które przestały już być paliwem dla progresywnej polityki. W procesie ich rozwikływania należy uwzględniać nie powrót do starych metod, ale poszukiwać nowych, takich jak ochrona pracy tymczasowej, dzielenie etatu czy minimalny dochód gwarantowany - takie są przynajmniej sugestie autora "Kultury późnego kapitalizmu". Sugestie, z którymi warto się zapoznać.

24 marca 2010

Mityczne powstanie, zapomniana wojna domowa

Stykanie się z narodowymi mitami i lektura nieco bardziej zniuansowanych pozycji badawczych w porównaniu ze szkolnymi podręcznikami i chociażby niektórymi hasłami na Wikipedii pozwala na nieco większe pole refleksji, niż obecnie w dyskursie historycznym. Od lat pozostaję konsekwentny w swoim sceptycyzmie wobec powstań narodowowyzwoleńczych XIX wieku, z których zdecydowana większość stanowiła raczej wyraz desperacji połączonej z polityczną naiwnością, niż dysponujących jakimikolwiek szansami na sukces. Zasadne wydają się boje zaraz po I wojnie światowej, kiedy kwestie granic były płynne i walka o Wielkopolskę i Śląsk mogła przynieść konkretne sukcesy z powodu nacisku obcych mocarstw - nawet, jeśli nie stricte militarne, to chociażby długofalowe polityczne. Boje z XIX wieku osiągnęły spektakularny sukces w procesie likwidacji jakichkolwiek swobód narodowych, a jedynym miejscem, w którym udało się odzyskać autonomiczność, była Galicja. Ciekawe, czy udałoby się to jej, gdyby zamiast wykorzystywać instrumenty nacisku politycznego wybuchłoby w niej powstanie...

To, że brak własnego państwa nie jest niczym przyjemnym, jest do zrozumienia. Również zrozumiałe może być oponowanie wobec łamania konstytucji, nadanej Królestwu Polskiemu przez cara, chociaż już zastanawiać się można, czy nawet pomimo łamania jej przepisów, w reakcyjnej atmosferze pokongresowej Europy KP i tak nie było oazą względnych z naszego punktu widzenia swobód. Pytanie, czy powstanie listopadowe ów zakres swobód zwiększyło, pozostawię pytaniem retorycznym. Miało ono jednak przynajmniej jakieś wątłe podstawy do wiary w sukces - własną, regularną armię. W 1863 nie było nawet tego i niewiele wskazywało na to, by powstanie dało się przenieść na poziom międzynarodowej draki. Po wojnie krymskiej Rosja otrząsnęła się szybciej, niż zwolennicy walki się spodziewali, a efekt był do przewidzenia - śmierć albo emigracja tysięcy ludzi, w tym młodym, zahamowanie pierwszych, nieśmiałych reform politycznych, wywłaszczenie konspiratorów... Nic przyjemnego. Było warto? Nie sądzę.

Moje wątpliwości w pewnej mierze potwierdziła lektura obszernego fragmentu książki Mariana Płacheckiego "Wojny domowe. Szkice z antropologii słowa publicznego w dobie zaborów (1800-1880)". Autor kreśli w niej m.in. bardzo szeroką panoramę sytuacji społecznej i politycznej w okresie 1860-1865, a więc od czasu pierwszych demonstracji patriotycznych, poprzez stan wojenny, na samym powstaniu i jego stłumieniu skończywszy. Wychodzi tu na jaw dość rzadko w zbiorowej pamięci obecny - że była to realna wojna domowa. W tym okresie czasu 2/3 carskiej armii, stacjonującej na terenie Królestwa stanowili Polacy, zaś w wyniku polonizacji obsługi urzędniczej prowincji w jej obrębie miało pracować raptem 8 Rosjan (choć dokładna liczba przez Płacheckiego jest kwestionowana, to jednak potwierdza on, że zdecydowana większość urzędników była "tutejsza"). Ci ludzie znajdowali się w zupełnie innej pozycji niż powstańcy, a z pamięci zbiorowej wyparowali w zupełności.

Popatrzmy zatem na fakty, jakie miały miejsce do stycznia 1863 roku. Chociaż władza carska ogłosiła stan wojenny, a także nie broniła się przed użyciem przemocy wobec protestujących, to z drugiej strony wznowiła funkcjonowanie Rady Stanu, wielkimi krokami zbliżało się też powołanie do życia samorządu z prawdziwego zdarzenia. Łatwo nam z dzisiejszej perspektywy oceniać te działania jako "czysto taktyczne", ale ich realny wpływ na rzeczywistość był - bądź mógł być - bardzo znaczny. Ponieważ "historię alternatywną" uznaje się za stratę czasu, automatycznie knebluje się dyskusję na temat tego, czy bez powstania ów zakres swobód by się utrzymał, czy mając do dyspozycji namiastkę rządu, bank, uczelnie, rodzimą oświatę, nie bylibyśmy dziś w zupełnie innym miejscu historii niż jesteśmy. W dzisiejszej opcji dominuje myślenie życzeniowe, inaczej bowiem nie da się określić braku refleksji nad kompletną abstrakcyjnością pomysłów na rozciągnięcie jakichkolwiek udogodnień z Królestwa Polskiego na ziemie zabrane, rozciągające się między Bugiem a granicami I RP z 1772 roku.

Popatrzmy na sam przebieg powstania. Polskie oddziały wymagały od urzędników lojalności. Carat oczekiwał tego samego. Obie strony za niesubordynację potrafiły karać śmiercią. Jesteśmy w stanie stwierdzić, że nie ma to zupełnie żadnego wpływu na dzisiejsze postawy nas samych wobec państwa? Czy jesteśmy gotowe i gotowi uznać, że "nie było alternatywy", a zdanie przeciwne uznać za przejaw braku patriotyzmu? Jaka była pozytywna korelacja między powstaniem a poszerzeniem swobód obywatelskich? Brak tak postawionych pytań w przestrzeni publicznej sprawia, że karłowacieje ona i przestaje reprezentować poważne wątpliwości i idące za nim postawy życiowe.

Łatwo nam wyrazić oburzenie na chłopów, którzy dość powszechnie denuncjowali powstańców, wbrew rozpowszechnionej mitologii o rzekomej "zgodzie narodowej". Potępić nam łatwo, bo nauczyliśmy się szanować powstańczy zryw, nie zaś dążenie do życia i do zmiany społecznej - dążenie, które wcale nie musi oznaczać braku szacunku dla poległych. Warto jednak pamiętać o ofiarach, które bywają zapominane, tak jak mordowani z chęcią przez obie strony Żydzi, albo o realnym uwikłaniu "prawdziwych bohaterów" w geopolityczne zależności - jak wtedy, gdy powstańcy zdecydowali się zrezygnować ze skoordynowanej akcji na linii warszawsko-petersburskiej z powodu... sprzeciwu francuskiego właściciela spółki kolejowej.

Radujemy się na myśl o stworzeniu przez Rząd Narodowy alternatywnego, podziemnego państwa, nie zastanawiając się nad tym, że być może właśnie z powodu tego podziwu nie jesteśmy w stanie zbudować nowoczesnych instytucji publicznych. Nie zastanawiamy się, dlaczego chłopi woleli dużo bardziej wierzyć carskim edyktom uwłaszczeniowym, miast zbiorowo ruszyć do boju o Polskę. Może dlatego, że za każdym razem, gdy taka reforma świtała w powietrzu, polska szlachta mocno oponowała, ostatecznie zbliżając się do stanowisko, że uwłaszczenie uwłaszczeniem, ale wysokie odszkodowanie być musi. Mityczna "zgoda narodowa" w kontekście spisów, skrytobójczych napadów etc. zwyczajnie mija się z prawdą historyczną, a dążenie do zakopania tej prawdy głębokimi warstwami narodowej mitologii ciągnie się po dziś dzień, kiedy to marzymy nie o politycznym sporze, tylko o tym, by ktoś z góry dobrze nami kierował i dał nam święty spokój. A mity trzymały się mocno - jak na przykład ten o bezczeszczeniu przez Kozaków krzyża podczas pacyfikowania jednej z mszy, podczas gdy okazało się, że krzyż na kozackich plecach łamał jeden z jej uczestników.

Branka to nic przyjemnego - przyznaję bez bicia. Pytanie, czy i bez niej dałoby się powstrzymać to planowane od miesięcy powstanie. Obawiam się, że niekoniecznie. Czy byliśmy zatem skazani na klęskę i idącą za nią rusyfikacją? Cóż, a czy przeżywająca podobne dzieje Finlandia nie mogła wpaść na podobny pomysł? Wszak kraj ten swój proces ograniczania praw i rusyfikacji również miał, co nie przeszkadza im w tym, by dziś na jednym z helsińskich placów stał pomnik Aleksandra II. Być może tam poziom realizmu politycznego był zwyczajnie większy, a rachunek potencjalnych zysków i strat aż do czasu I Wojny Światowej wypadał mocno na niekorzyść takiego posunięcia? Czy w Królestwie Polskim kiedykolwiek wypadał inaczej? Wydaje mi się, że nie. Finowie i Finki, jak pokazała wojna zimowa, warunki do wojny partyzanckiej mają po stokroć od nas lepsze. Dziś ich kraj przoduje w dziedzinie jakości życia w rozlicznych badaniach porównawczych, będąc za carskich czasów jeszcze bardziej ubogim, niż ziemie polskie. Dziwnym trafem taka refleksja praktycznie nigdy nie znajduje dojścia do głównego nurtu rodzimego dyskursu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...