25 grudnia 2010

Czytadło czy dzieło kultury? O komiksie

Przyszło mi omawiać zagadnienie tej dziedziny sztuki, która nie jest traktowana przez wielu zbyt poważnie. Na Zachodzie nierzadko najwybitniejsze dzieła komiksowe omawiane są na uniwersytetach na równi z dziełami dajmy na to Tołstoja i Dostojewskiego, tymczasem u nas nie tylko wielu przeciętnych ludzi, ale i szanowanych inteligentów traktuje je jako bądź to nieszkodliwą zabawę dla małych dzieci, albo też oskarża je o szerzenie zła, tak jak niedawno o spowodowanie śmierci samobójczej pewnej polskiej nastolatki, do której miały ją zachęcić japońskie komiksy, czyli anime. W niniejszej prezentacji pragnę pokazać, że komiks to nie tylko obrazki dla małolatów czy też napakowani testosteronem herosi o nadnaturalnych mocach, lecz także nierzadko artystyczne dzieła sztuki, mające pełne prawo do poświęcania im tyle samo uwagi, co najnowszym płytom lub książkom uznanych twórców.

Komiks to przede wszystkim rozrywka, z reguły dostarczająca dość niewybrednego humoru – taki stereotyp pokutuje w głowach wielu tych, którzy swą znajomość tematu ograniczyli do kolejnych odcinków „Kapitana Żbika” tudzież „Kajko i Kokosza” (swoją drogą pozycja bardzo zacna). Cóż, wystarczy w Wikipedii, popularnej encyklopedii internetowej, wpisać interesujące nas słowo i będziemy mogli dość szybko się przekonać, że tytułów, mogących bez problemu obalić to stwierdzenie, jest aż nadto. Bardzo dobrym przykładem jest tu dla mnie „Maus” Arta Spiegelmana, który u nas stał się znany niestety nie ze względu na walory tego dwutomowego wydawnictwa, lecz z powodu świętego oburzenia kandydata na prezydenta, Leszka Bubla, szefa Polskiej Partii Narodowej, który nie mógł ścierpieć, że w historii Holokaustu, gdzie każda narodowość przedstawiona była jako inne zwierzę, Polakom przypadła rola świń. Tak naprawdę „Mausa” należy rozpatrywać jako powieść biograficzną w obrazkach, których prostota ma zwrócić uwagę na treść, a więc wojenne wspomnienia schorowanego ojca, który mówi swą historię skonfliktowanemu z nim synowi. Opowieść o traumie przeszłości, a także kłopotach międzypokoleniowych, dostała nagrodę Pulitzera w 1992 roku, Nagrodę Guggenheima i nominację do National Book Critics Circle Award, co pokazuje, jak dobrze napisany komiks potrafi być doceniony. Obraz wprowadza tu w nastrój, a także może operować symbolami, jak podczas ucieczki Żyda – myszy, który staje na rozdrożu, ucharakteryzowanym na swastykę. Przykłady można mnożyć, wspomnieć chociażby można o „Persepolis”, którego lektura w USA jest niezbędna, żeby zrozumieć historię Iranu i powody, dla których ajatollahowie doszli tam do władzy, a także „Strefę bezpieczeństwa Gorażdże”, w której dziennikarka (także w czerni i bieli, by zaakcentować odbywające się wówczas barbarzyństwa) przedstawia swoje własne przeżycia, dotyczące wojny domowej w Bośni, która działa się na oczach całego świata...

Już powyższe tytuły pozwalają uznać, że niektórzy krytycy, gdy narzekają na upadek sztuki, porównując jej upadek do stawania się „kulturą obrazkową”, tworzą sztuczny kontrast między kulturą wysoką a niską, gdzie komiks staje się reprezentantem tej drugiej – mijają się z prawdą. Podział biegnie w poprzek – są komiksy wybitnie popkulturalne, używające tej samej, komercyjnej kalki dla zdobycia pieniędzy lub ugruntowania powszechnie obowiązującej idei (czego szczytową formą były lata 30. XX wieku, gdy herosi rzeszyli amerykański model życia i niepoprawny patriotyzm, ocierający się o nacjonalizm, a także lata 70., gdy Disney słał swe komiksy do Chile, by zachęcić ludzi do kapitalizmu i osłabić poparcie dla socjalistycznych zapędów przezydenta Alliende), ale też artystyczne, ambitne, powszechnie uznawane za wyjątkowe. Jednym ze sposobów na osiągnięcie takiego sukcesu jest dysponowanie inteligentnym poczuciem humoru. Tutaj należy wspomnieć przede wszystkim o znakomitym polskim cyklu „Miasteczko Mikropolis”, pierwotnie drukowanym w Gazecie Wyborczej, a następnie wydanym w twardej oprawce. Cykl ten (którego druga część, „Moherowe sny”, wydana w 2000 roku, o 5 lat wyprzedziła wielką kłótnię wyborczą o owe sympatyczne nakrycie głowy), stworzony przez duet Wojda - Gawronkiewicz, zabiera czytelnika w oniryczną podróż, pełną odwołań do kutury wysokiej i masowej, do prowincjonalnego miasteczka, którego położenia geograficznego podać się nie da. Wyrazistości bohaterów może pozazrościć niejeden autor książki – jest tu poeta, babcia (w berecie), twardą ręką trzymająca swego wnuka, szalony naukowiec, kosmici, samotna nauczycielka, pragnąca miłości... Gdyby była to tylko książka, nie miałałaby tak wyrazistego klimatu – tutaj właśnie widać, że ilustracje, bardzo charakterystyczne, dodają uroku, a komizm nie ogranicza się do postawienia przed bohaterami skórki od banana. Nieco inny, cieplejszy, ale niekiedy dosadniejszy humor prezentuje Joann Star w „Kocie Rabina”. Opowieść ta dzieje się na początku XX wieku gdzieś w arabskiej Afryce Północnej, gdzie pewien przedstawiciel gatunku wymienionego w tytule zaczyna mówić i od razu prosi swego właściciela o udzielenie Bar Micwy, a więc obrzędu, mającego potwierdzić jego dojrzałość i przynależnośc do wspólnoty. O wszelkich przykładach komiksu popularnego, a mimo to dobrego, takiego jak przygody Dilberta w jego walce o przetrwanie w biurze czy też zmagającym się z problemami okresu dojrzewania Jaremym z braku czasu jedynie wspominam, bo mówić o nich można całkiem sporo.

Są jeszcze dwa aspekty istnienia komiksów, które sprawiają, że warto zwrócić na nie uwagę. Po pierwsze, jak już wspominałem, wiele komiksów mogłoby być książkami, przy czym nie wyszłoby to najlepiej dla podkreślenia wyrazistości przekazu. To jedno z nielicznych mediów, które działa bardzo mocno na wiele zmysłów czytelnika. Jest tekst w dymkach, który daje całą wiedzę o fabule, są ilustracje, które nie zwalniają wyobraźni z myślenia, ale powoduję większe wejście w klimat wykreowanego świata, a wielokrotnie wyśmiewanie napisy typu „trzask” czy też „Wrrrr”, pojawiające się w tle, aktywują nasz słuch. Prowadzi mnie to do stwierdzenia, że jest to jeden z najstarszych przykładów multimedialności w kulturze. Obraz, ilustracja jako obraz potrafi budzić zachwyt, ciekawa książka – także, czemuż więc ich połączenie bywa lekceważone? Patrząc na komiks „Pattern” Gosienieckiego i Kowalskiego, nie mogę się nadziwić, że interesująca fabuła (steampunkowy świat rewolucji przemysłowej, gdzie Bóg mści się na człowieku za lekceważącą postawę wobec Niego), połączona z genialnymi, utrzymanymi w różnych odcieniach brązu i szarości ilustracjami, podkreślającymi postępujący rozkład świata, mającego przynieść człowiekowi wolność, przeszedł bez szerszej dyskusji, tak jakby był książką kulinarną trzeciorzędnego wydawnictwa... Na całe szczęście, i to jest aspekt numer dwa, pojawił się Internet, a to w znaczącej mierze pomogło zdolnym twórcom. Sam komputer może stać się wdzięcznym narzędziem pracy, co spowodowało wysyp pasków, tzw. stripów, najczęściej z mniej lub bardziej wyszukanym humorem. Wśród wielu dzieł miernych, niektóre osiągnęły mistrzostwo, tak jak chociażby komiks „Ke?”, którego autorzy do rozśmieszenia czytelników stosują prostą, wręcz symboliczną grafikę, okraszoną dialogami, pełnymi aluzji do kultury popularnej i samego komiksowego światka. Odniesienia, i to bardzo łatwe do odczytania, są też atutem „Chomiksa”, czyli codziennego komiksu politycznego, gdzie głównymi bohaterami są gryzonie, które, odpowiednio malowane, prezentują braci Kaczyńskich, Leppera, o. Rydzyka, Benedykta XVI i wiele innych znanych postaci. Popularność strony rośnie bardzo szybko, co jest dowodem na to, że tak z pozoru banalne przedsięwzięcie może być sposobem na komentarz do aktualnej sytuacji w kraju i na świecie (tą samą metodę, tyle że w wersji papierowej, prezentuje Marek Raczkowski w „Przekroju”). Sama sieć może się okazać trampoliną do dalszej twórczości, czego najlepszym przykładem jest Mateusz Skutnik, który pierwszy tom swego cyklu „Rewolucje”, mającego wszelkie cechy komiksu mądrego i ciekawego, opublikował w internetowym magazynie „Esensja”, a następnie udało mu się opublikować je w tradycyjnym, papierowym wydawnictwie – takie sytuacje pozwalają z optymizmem patrzeć na przyszłość tej dziedziny sztuki, także w Polsce.

Komiks nie pozostał bez wpływu na inne dziedziny życia – wyobraźnie młodych Amerykanów rozpalał w czasie Wielkiego Kryzysu Superman, który podobnie jak Batman i Daredevil doczekali się przynoszących krociowe zyski ekranizacji. W 1917 roku na kartach komiksu pojawił się Charlie Chaplin, ale czasy, gdy ruch odbywał się w jedną stronę, stały się przeszłością. Teraz to „Lara Croft” króluje na ekranach kin, „Liga niezwykłych dżentelmenów” zbiera cięgi, ale mimo wszystko funkcjonuje na celuloidzie, zaś inspiracje widoczne w „SinCity” czy też „Kill Billu” są aż nadto. Poza dość oklepanym motywem superbohatera można zobaczyć coraz częściej przerysowaną brutalność dzieł mniej ambitnych z jednej strony, z drugiej zaś – ich dynamikę i klimat. To w końcu te niedoceniane „obrazki” doprowadziły do powstania w pecetach technologii cell-shadingu, które umożliwiły powołanie do życia gry (na owych „obrazkach” opartej) pt. „XIII”. Jedynym smutnym faktem jest to, że to zjawisko widać na szerszą skalę na Zachodzie, podczas gdy u nas osiągnięcie sprzedaży na poziomie 20-25 tysięcy egzemplarzy to wszystko, na co stać rynek. Mimo to widać już pierwsze oznaki poprawy – w planach jest ekranizacja (metodą komputerową) „Kajko i Kokosza”, powstają odwołujące się do historii utwory, takie jak „Westerplatte”, „Solidarność” czy też opowiadające o śmierci Popiełuszki, przy czym nadal brak im jeszcze (poza pierwszym tytułem) siły publicystycznego spojrzenia, a nie jedynie biernego przytaczania faktów. Mimo to należy zachowywać nadzieję – tę dziedziną sztuki już interesują się wysokonakładowe „Przekrój” i „Gazeta Wyborcza”, co jest dobrym prognostykiem na przyszłość. Mam nadzieję, że powyższa prezentacja przekonała Państwa, że komiksu nie należy traktować po macoszemu, lecz warto mieć go na oku – naprawdę warto. Dziękuję za uwagę.

Poniższy tekst jest konspektem ustnej matury z języka polskiego, którą miałem przyjemność zdawać w roku 2006.

4 komentarze:

Wojtek pisze...

za ten tekst powinieneś po uszach oberwać hehe

Od czasu napisania tego dużo się zmieniło, także w polskiej nauce. Nieaktualność powyższego dyskwalifikuje do publikacji. Także przykłady, no i te plany ekranizacji Kajka, z których już się wycofano. Przykłady omawiane też już lekko przebrzmiałe - brakuje chociażby Bechdel, Delisle'a czy Davida B.

Dalej:

"podczas gdy u nas osiągnięcie sprzedaży na poziomie 20-25 tysięcy egzemplarzy to wszystko, na co stać rynek" - COOO?! U nas nakłady 25 tysięcy w ogóle się na rynku beletrystyki prawie nie zdarzają. Przy komiksach można mówić o nakładach około 500-1000 egz.

"wiele komiksów mogłoby być książkami" - książka to chyba coś technicznego (a teraz mamy e-booki - to są książki czy nie?)...

co do biograficzności czy autobiograficzności - obecnie mówi się o autograficzności w komiksie...

Dziwi mnie to, że taki tekst poszedł od Ciebie w eter :)

Beniex pisze...

No przecież napisałem że z 2006, zdaję sobie sprawę z tego, że się pozmieniało, ba, nawet myślałem o tym, co by się tematem zająć głębiej. Tekst traktuję raczej jako odgrzebanie staroci w ramach "ocalenia od zapomnienia" niż jedynie słusznej prawdy - można zresztą zobaczyć, ile się przez te 4 lata zmieniło.

Proszę o nie traktowanie go jako aktualnej analizy, napisałem bodaj 2 dni temu że teksty w najbliższych dniach są programem powtórkowym dającym Autorowi bloga czas na przerwę końcoworoczną ;)

Te 20-25 tysięcy to chyba chodziło mi wówczas o roczny poziom sprzedaży komiksu w Polsce, ale nie mogę ręczyć, niestety bibliografia do tekstu mi się zawieruszyła, może ją odnajdę kiedyś. Swoją drogą - pisanie o komiksie w Przemyślu, który komiksowym centrum tudzież centrum bibliotecznym nie jest, nie było prostą sprawą ;)

Pozdrowienia i dziękuję za uwagi, z całą pewnością jeśli kiedyś jeszcze znów zacznę zajmować się komiksami bardziej naukowo będę miał dobry punkt zaczepienia :)

Wojtek pisze...

Kozek! Zachowujesz się jak TokFM w niedzielę - same powtórki :D

To może jakoś oznakowuj teksty, których mam nie brać na serio?

też cię lubię :D

Beniex pisze...

W okolicach Sylwestra wracam do normalnej, niepowtórkowej ramówki ;) Zakończenie cyklu powtórkowego rozpoznasz bez problemu, będzie to bowiem moja praca roczna o konstruowaniu męskości na gejowskich portalach randkowych, już zresztą boję się Twojej recenzji ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...