31 maja 2010

Czego uczy przykład czeskich Zielonych?

Pozornie było to do przewidzenia - a jednak można było sądzić, że jednak będzie inaczej. W przedwyborczych sondażach, na parę dni przed piątkowo-sobotnimi wyborami w Czechach byli oni tuż pod progiem wyborczym, więc kwestia mobilizacji swojego elektoratu - głównie młodego - była "być albo nie być" dla ich dalszej obecności w parlamencie. W ostatnią, przedwyborczą noc po Pradze jeździł zatem zielony tramwaj, wiozący ludzi po nocnych klubach. Nie pomogło. Zieloni, z wynikiem 2,4%, wypadają z czeskiej Izby Poselskiej z wynikiem gorszym od eurosceptycznej partii "Suwerenność" (3,7%), w ogóle nie notowanej w większości sondaży. Mimo wszystkich błędów, które popełnili w ciągu ostatnich 4 lat, o których koniecznie trzeba wspomnieć, by już nigdy i nigdzie ich nie powtarzać - szkoda. Szkoda, bo kwestii ekologicznych żadna inna partia nie podejmie, a wiele wskazuje na to, że socjaldemokraci nie odnieśli na tyle przekonującego zwycięstwa, by móc tworzyć rząd. Oznacza to, że powstanie prawicowy rząd, nie mający większych skrupułów jeśli chodzi o cięcia wydatków publicznych czy też politykę podtrzymywania dotychczasowego monopolisty energetycznego, firmy CEZ. Przyroda raczej na takiej zmianie nie skorzysta.

Warto wypunktować błędy Zielonych w Czechach z ostatnich lat - nie po to, by się nad nimi pastwić. Przyznać bowiem trzeba, że od czasów odejścia w zeszłym roku Martina Bursika ze stanowiska szefa partii po równie katastrofalnych wynikach w wyborach do Parlamentu Europejskiego (kiedy to zielona fala zalewała większą część Europy) nowy lider, Ondrej Liska, robił wiele, by odbudować społeczne zaufanie. Nie udało się jednak, procentowo Zieloni uzyskali podobny wynik, co rok temu. Oczywiście gorsza była sytuacja polityczna - pojawiły się bowiem partie, które odwoływały się między innymi do ich dotychczasowego, centroprawicowego elektoratu, takie jak TOP'09 i Sprawy Publiczne. Mimo to jednak nie można powiedzieć - a przynajmniej mam takie wrażenie - by dali z siebie wszystko. Co zatem możemy się na tym przykładzie nauczyć?

1. Uważaj, kogo wybierasz na szefa. Martin Bursik mógł być piękny, bogaty, z towarzysko-biznesowymi kontaktami, które zniknęły, kiedy tylko powinęła się noga, ale mimo wszystko - pozostawał technokratycznym politykiem z prawicowego rządu, który potrzebował wehikułu dla swojej osoby, a nie realizowania zasad zielonej polityki. Ondrejowi Lisce, który latami pracował grupie europarlamentarnej Zielonych, nie dało miana zielonego polityka odmówić, ale przejął w partii stery - jak widać - za późno - by odwrócić katastrofę. Bursik, całkiem nieźle realizując politykę ekologiczną partii w koalicji z konserwatystami i chadekami, zupełnie zignorował pozostałe elementy tego politycznego projektu. W najlepszym wypadku szły one dobrze, kiedy nikt się nie wtrącał (resort edukacji za Liski), w najgorszym - forsowano pomysły pozostające w absolutnej sprzeczności z zielonymi pryncypiami (amerykański radar, podatek liniowy). Autorytarny styl rządów sprawił, że bardzo szybko z sześcioosobowej grupy w Izbie Poselskiej zostały tylko 4, a 2 wyrzucone parlamentarzystki doprowadziły do upadku rządu Mirka Topolanka. Choć wydaje się z upływem czasu, że ich postawa bliższa była zielonym zasadom, nie wróciły już do partii, a wewnętrzne kłótnie skutecznie zniechęciły do niej wyborców.

2. Zastanów się dwa razy, nim wejdziesz do rządu. Najlepiej jest pierwszą w historii kadencję w parlamencie spędzić w opozycji. Zieloni wcale nie musieli wchodzić do prawicowego rządu - chociaż na kontynencie modelem częstszym są koalicje, to jednak nie są one modelem jedynym. Można było np. podpisać umowę, na mocy której nie wspiera się prób odwoływania rządu, w zamian za realizowanie przez niego pakietu ustaw, na których zależy słabszej stronie. Pomogłoby to Zielonym podkreślić zalety swojego programu (ludzie, wybierając nową partię, częściej głosują na zmianę jako taką, by ustabilizować nowo zdobyty elektorat należy wyraźnie akcentować to, jak ta zmiana ma wyglądać), jednocześnie zostawiając drogę wolną do sprzeciwu wobec pomysłów, które zielonej wizji rzeczywistości były zupełnie obce.

3. Jak już spartaczyłeś/aś - walcz o to, co dla ludzi jest ważne. W 2006 roku, okresie prosperity, jakość życia mogła być chwytliwym hasłem, wiodącym do zwycięstwa. W 2010 roku, okresie kryzysu, dotykającego Czech, jej sens musiał być przedefiniowany, by można było mieć nadzieje na ponowne wejście do parlamentu. Zieloni stanęli w rozkroku - owszem, pojawiały się w ich kampanii nowe tematy i kwestie, ale zbyt sztywno przywiązano się do podchodzenia do ekologii na sposób, który nie dawał większy szans na sukces. Lista pod wodzą Bursika w jednym z okręgów, gdzie głównym tematem kampanii była walka z kopalniami odkrywkowymi węgla, zdobyła raptem 2,5%, a Bursik - były minister środowiska i swego czasu jeden z najpopularniejszych polityków w kraju - nie zmieścił się nawet na liście 15 najczęściej wybieranych nazwisk na wyborczych listach tego rejonu. Nawet w Pradze nie udało im się przekroczyć progu 5%. Próby zwrócenia większej uwagi na pomysły ekonomiczne (w tym powrót do progresji podatkowej) czy też politykę edukacyjną były słabo eksponowane nawet na partyjnej stronie, a motyw walki z korupcją, rzadko kiedy udanie wykorzystany przez partie inne niż prawicowe, zupełnie zaginął w przekazie. Zamiast mówić więcej o zielonych miejscach pracy olbrzymi wysiłek wkładano w rozpropagowanie ściśle lokalnych spraw ekologicznych, a tymczasem koncept Zielonego Nowego Ładu w ogóle się nie pojawił. Wielka szkoda, bo sam poprawiony program partyjny był bardzo dobry, oceniany wysoko przez organizacje zajmujące się zdrowiem, edukacją, walką z korupcją czy też społecznością LGBT. 4 motywy kampanijne, symbolizowane czterolistną koniczynką, to i tak dużo, a dalsze ich rozmywanie tylko pogarsza sprawę.

4. Do ludzi i dla ludzi - nie dla VIP-ów. Nie ma nic gorszego, niż usiłować poddać się rozpowszechnianemu przekonaniu, że Zieloni to partia wyłącznie dla osób dobrze edukowanych z dużych miast, pijących latte i nie interesujących się "problemami zwykłych ludzi". Można skutecznie zbudować takie wrażenie albo akcentując niewłaściwe elementy programu (patrz wyżej), albo starając się przekonać ludzi do siebie poparciem VIP-ek i VIP-ów. W momentach kryzysowych ludzie wolą słuchać raczej o tym, jak rozwiązać swoje problemy, niż zastanawiać się, czy oddać głos na partię, która może nie przekroczyć 5%, tylko dlatego, że popierają ją sławy. Na Zachodzie Zieloni wywodzą się z realnych, silnych ruchów społecznych - tam, gdzie jak w Europie Środkowej, nie są one tak silne, tym bardziej odwoływanie się do "szarego człowieka" po to, by zdobyć poparcie, wydaje się zasadne. Szkoda, że program woleli zatem zasłonić dość dziwnymi wygłupami owych sław w klipach wyborczych - jeden z nich zresztą niedawno zamieściłem.

Jeśli porówna się sytuację czeską z węgierską z tego roku, widać wyraźnie, że nad Dunajem perspektywy długofalowego sukcesu są większe. LMP do rządu nie weszła, może zatem spokojnie uczyć się pracy parlamentarnej, w kierownictwie nie ma osób, które kiedyś były wielkimi politycznymi graczami, a w politycznym przekazie ostentacyjnie wręcz skupiając się w dużej mierze na ekonomii. Zieloni w Czechach, będąc teraz poza parlamentem, będą musieli bardzo poważnie się zastanowić nad strategią i pozycjonowaniem na scenie politycznej. Ich dawny, dość niecodzienny jak na tego typu partię elektorat centroprawicowy został zaanektowany przez TOP'09 (zapewne plują sobie teraz w brodę, że rekomendowali na szefa MSZ konserwatystę Schwarzenberga) i Sprawy Publiczne, więc pozycja w politycznym centrum wydaje się trudna do obronienia. Słabość socjaldemokratów i fiasko projektu Milosa Zemana (4,3% głosów) stworzenia alternatywnej partii lewicowej może stworzyć miejsce po tamtej, centrolewicowej stronie sceny. Wymagałoby to wiele roboty w samej partii, pracy nad odbudową zaufania społecznego, a przede wszystkim - głębokiej reformy partii komunistycznej (zdobyła 11,3%), która po dziś dzień nie odcięła się od swej totalitarnej przeszłości, co uniemożliwia nawiązywanie z nią aliansów. Przede wszystkim jednak muszą uważać na to, by nie odezwały się dawne konflikty, aktualnie wyciszone. Jeśli Liska nie pozostanie przewodniczącym, bardzo możliwe, że tak też się stanie. Przed nimi trudne zadanie - tym trudniejsze, że będą musieli obyć się bez finansowania budżetowego, dostaną jedynie dodatek za oddane na nich głosy.

Podsumowując pokrótce sytuację w Czechach - na chwilę obecną projekcje wskazują, że partie prawicowe - ODS (20,2%), TOP'09 (16,7%) i Sprawy Publiczne (10,9%) - mają wystarczającą ilość mandatów, by utworzyć rząd. Rozmowy z tą ostatnią partią mogą nie być łatwe, ale mało prawdopodobne, by miały się zakończyć fiaskiem. Socjaldemokraci odnieśli pyrrusowe zwycięstwo (22,1%), czego świadectwem rezygnacja z przewodniczenia CSSD przez Jerzego Paroubka. Do parlamentu nie dostali się po raz pierwszy od lat chadecy (4,4%), więc liczba partii pozostaje w nim na poziomie 5 formacji. Wedle prognoz, CSSD ma mieć 56 miejsc na 200, ODS - 53, TOP'09 - 41, komuniści - 26, a Sprawy Publiczne - 24.

30 maja 2010

Raport sondażowy - maj 2010

PiS goni PO - przebijało się to z kolejnych badań opinii publicznej w tym miesiącu. Nie chodzi tu o pościg prezydencki, ale o ciekawe, pozostające na uboczu badania poparcia dla samych partii politycznych. Po mocnym spadku w kwietniu Platforma okopała się na dotychczasowych pozycjach, tylko nieco lepszych niż jej wyniki w wyborach parlamentarnych w 2007 roku, Prawo i Sprawiedliwość z kolei notuje kolejne rekordy i obecnie ma ono poparcie wyższe niż 3 lata temu. Oznacza to, że poziom mobilizacji swojego elektoratu ma całkiem wysoki, a zdolności do pozyskiwania nowych wyborców, choć nie są tak duże jak PO, nadal istnieją. Wobec takiej polaryzacji mniejsze formacje są coraz bardziej ściśnięte - SLD nie ma już z Unią Pracy nawet 8% poparcia, PSL notuje rekordowo niskie poziomy poparcia, w niektórych badaniach niemal zrównując się z politycznym planktonem. Rozziew między "wielką czwórką" a całą resztą nadal jest jednak potężny - najbardziej łaskawy sondaż dla jakiejkolwiek partii pozaparlamentarnej dał Prawicy Rzeczpospolitej 2,3% - widać zatem, że do PSL, a nawet do trzyprocentowego progu finansowania budżetowego nadal jeszcze sporo brakuje.

Wybory prezydenckie, w których poparcie dla dwóch głównych kandydatów jest jeszcze wyższe niż dla ich partii, praktycznie uniemożliwiły stworzenie jakiejkolwiek politycznej atmosfery. Andrzej Olechowski spadł w poziomie poparcia mniej więcej w rejony wspierającego go SD, Grzegorz Napieralski zdaje się ciągnąć w dół wyniki SLD, podobnie Pawlak z PSL, z którego elektorat, wedle zapewnień politologów, odpływać ma do PiS. Żaden z alternatywnych kandydatów nie porwał wyborczynie i wyborców, choć działania Napieralskiego pozwoliły mu przynajmniej wdrapać się na podium i oddalić groźbę kompromitacji w postaci bycia wyprzedzonym przez Olechowskiego, Pawlaka czy Jurka.

Jak widać, spadek różnicy między poparciem Platformy i PiSu jest już bliski przekroczenia kolejnej, symbolicznej granicy - zejścia poniżej 10 punktów procentowych. Projektowana, bezwzględna większość miejsc w Sejmie dla PO już dawno przestałą oscylować blisko poziomu 2/3, teraz daleko jej nawet do możliwości samodzielnego odrzucania prezydenckiego weta. Oznacza to, że wyścig po zwycięstwo za rok znów jest otwarty, a wybory parlamentarne (ciekawe, czy dojdzie do zgodnego z zapowiedzią skrócenia kadencji i głosowania na wiosnę, czy też Platforma Obywatelska zrezygnuje z tego pomysłu) mogą być niezwykle ciekawe. Czy bój między PiS a PO nadal będzie wyrównany? Czy SLD zdecyduje się na reaktywację szerszego, lewicowego bloku, czy też sam będzie starał się zapobiec odpływowi głosów do PO? Czy PSL faktycznie będzie miał problemy z wejściem do Sejmu? Czy ludzie będą mieć dość tak ograniczonego wyboru? Będzie ciekawie.

29 maja 2010

Warszawa przyjazna ludziom? List do Marcina Wojdata

Witam,

Piszę do Pana w związku z wystąpieniem na konferencji pt. „Konsultacje społeczno-ekologiczne wokół inwestycji infrastrukturalnych”. To bardzo miłe, że Warszawa chwali się światu swoim otwarciem na dialog społeczny. Chciałabym jednak, żeby w miarę możliwości były to informacje pełne, a co za tym idzie - prawdziwe.

Owszem, powstały KDS-y, zakładka na stronie urzędu i nastąpiło pewne otwarcie na organizacje chcące współpracować z Urzędem. Nie mogę zaprzeczyć, iż w ostatnich latach Warszawa poczyniła kilka milowych kroków w otwarciu na dialog społeczny. Szkoda tylko, że jest to dialog dotyczący spraw oczywistych i niekontrowersyjnych jak wywóz śmieci czy poziom hałasu. Jednak w dziedzinie konfliktogennych inwestycji infrastrukturalnych, których przecież dotyczyła wczorajsza konferencja, głos mieszkańców i mieszkanek Warszawy nadal jest konsekwentnie pomijany.

Od ponad pięciu lat obserwuję, w jaki sposób władze Warszawy ignorują głos własnego społeczeństwa w licznych konfliktach. Rozbudowa Kompostowni Radiowo, budowa spalarni na Czajce, budowa tras szybkiego ruchu będących de facto jedynymi łącznikami tranzytowych autostrad przez gęsto zaludnione osiedla Ursynowa, Wawra, Wesołej, Bielan, Bemowa, Ursusa, Włoch czy Żoliborza oraz przez teren Mazowieckiego Parku Krajobrazowego, ostatnio prywatyzacja i intensywna zabudowa części rezerwatu Jeziorka Czerniakowskiego, która stała się symbolem spolegliwości ratusza wobec coraz pazerniejszego zawłaszczania przez developerów wspólnych terenów zielonych - to jedne z czołowych przykładów, w których dialog społeczny nie nastąpił w ogóle albo stał się kompletną farsą.

Z mojego doświadczenia wynika, że społeczności szukające pomocy w teoretycznie wyznaczonych do tego jednostkach urzędu m. st. Warszawy są po prostu ignorowane. Stąd być może Pana dobre samopoczucie i przeświadczenie, że w dziedzinie konsultacji urząd robi wszystko jak trzeba. Nie jest to prawdą. Poszczególne biura, do których mieszkańcy kierują swoje uwagi w konfliktowych sprawach, w odpowiedziach posługują sie metodą faktów dokonanych (tak będzie, bo tak postanowiono) lub - częściej - nie udzielają odpowiedzi w ogóle. Przedstawiciele "trudniejszych" KDSów mają podobne doświadczenia, są traktowani jako niewygodny balast (pogadajcie sobie, my i tak zrobimy jak chcemy) lub po prostu ignorowani. Ostatecznie na bój z maluczkimi wysyła się ekspertów: architektów, drogowców, inżynierów środowiska, którzy legitymizują przemocowy dyskurs (o ile wcześniej nie uśpią publiczności).

Podejście do partycypacji społecznej bardzo dobrze ilustruje przykład, kiedy mieszkańcy i mieszkanki Warszawy na wczesnym etapie planowania wnosili uwagi do studium uwarunkowań i zagospodarowania przestrzennego w 2006 r. Nie przyjęto wtedy 272 prawidłowych formalnie uwag dotyczących lokalizacji tras ekspresowych uzasadniając, że są podobnej treści (sic!) [autorem tego zdania był M. Reksnis, Biuro Drogownictwa i Komunikacji]. Resztę uwag na ten temat do studium odrzucono motywując, że to inwestycja rządowa a nie miejska. Tymczasem na wielu spotkaniach urzędnicy GDDKIA jednoznacznie stwierdzali, że to miasto wyznacza konkretne rezerwy tras za pomocą studium i ma głos decydujący jeśli chodzi o infrastrukturę komunikacyjną na swoim terenie. Nagminną praktyką urzędników ratusza i urzędów dzielnic jest również pozorne informowanie o konsultacjach poprzez wywieszenie kartki formatu A5 w końcu korytarza urzędu lub umieszczenie niewielkiej notki w otchłaniach urzędowego bip-u. Formalnie spełnia się w ten sposób wymóg informowania o konsultacjach, faktycznie wyklucza się z procesów decyzyjnych potencjalnych trudnych interesariuszy.

Jako obywatelki i obywatele mamy prawo do realnego współdecydowania o kształcie swojego środowiska. Nie zastąpią go miłe pogaduszki o kolorze stołecznych klombów, sprzedawane potem jako osiągnięcia miasta na polu konsultacji społecznych. W wielu miejscach Warszawy toczą się prawdziwe konflikty, które wymagają realnej pomocy stołecznych władz. Proszę Pana o tę pomoc. Dysponuje Pan wiedzą i środkami, żeby wysłać tam mediatorów, zorganizować spotkania i okrągłe stoły. W Pana rękach leży szansa na odbudowanie zaufania społecznego w dzielnicach, gdzie konflikty zdegradowały sąsiedzkie więzi, poróżniły osiedla, zagroziły przyrodzie. Jest jeszcze szansa, żeby nadrobić to, co przez zaniechanie zniszczył OKiDS - szansę na prawdziwy, szczery dialog.

Hanna Gill-Piątek - współzałożycielka Stowarzyszenia "Chomiczówka Przeciw Degradacji", współorganizatorka "Ogólnowarszawskiego Ruchu na Rzecz Obwodnicy Pozamiejskiej", współtwórczyni Otwartego Forum Dostępu do Książki, członkini łódzkiego koła Krytyki Politycznej, sekretara Zarządu Krajowego i członkini Rady Krajowej w Partii Zieloni 2004.

28 maja 2010

Trójka - wygrana bitwa, wygrana wojna?

Odwołanie Jacka Sobali ze stanowiska publicznej Trójki wydawało się niemożliwością. A jednak się udało. Skłócenie się z zespołem, którego punktem kulminacyjnym było stworzenie popołudniowego pasma publicystycznego z udziałem prawicowych dziennikarzy nie należących do publicystów rozgłośni, jest wedle zarządu Polskiego Radia głównym powodem takiego ruchu. Jeśli tak, to szkoda, że tak późno, ale lepiej późno niż wcale. Sobala może chwalić się dalszym wzrostem słuchalności, ale wygląda na to, że polegała ona na przepływie słuchaczek i słuchaczy z innych radiostacji (możliwe, że głównie z będącego w kryzysie pod tym względem Radia Zet), zapoczątkowanym już wcześniej, nie zaś jego osobistymi zasługami. W ciągu pięciu miesięcy nie udało mu się tak znowuż tak wiele zmienić, głównie z powodu olbrzymiego nacisku opinii publicznej, wyczulonej na partyjne nominacje w medium, które jako jedno z nielicznych do tej pory było zachowywane od procederu kupczenia stanowiskami publicznymi.

Trochę to jednak dziwne, że w komunikacie Polskiego Radia nie ma żadnej wzmianki o udziale Sobali w koncercie żałobnym, który zmienił się w wiec poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego. Trudno przemilczeć fakt, że dyrektor czwartego pod względem słuchalności radia w Polsce tak jaskrawo i w dość mocnych słowach opowiada się po jednej ze stron politycznego sporu. Poziom upartyjnienia był to bardzo wysoki nawet, jak na nadwiślańskie standardy, szkoda, że przechodzi się nad tym do porządku dziennego. Warto zresztą zobaczyć na własne oczy na załączonym filmiku. Myślę, że nie ma co rozpisywać się na ten temat - o Trójce pisałem już dość sporo, mam nadzieję, że niedługo, jeśli już będę o niej wspominał, to wyłącznie w kontekście wysokiej jakości programów misyjnych i rosnącej słuchalności, a nie politycznych sporów.

Czy tak będzie? Przed władzami publicznej radiofonii stoi poważne wyzwanie. Mogą udowodnić, że nie są poddane partyjnej logice porozumienia PiS z SLD i ogłosić transparentny konkurs na nowego dyrektora. Mogą zdecydować się na przywrócenie do pracy Magdy Jethon, która w trudnej sytuacji na medialnym rynku potrafiła uporządkować kwestie finansowe i poprawiać zarówno jakość realizowanych audycji, jak i wskaźniki słuchalności. Mogą też kontynuować proces upolityczniania, arbitralnie wybierając kolejnego dziennikarza o prawicowych poglądach (wedle niepisanego paktu radiowa "Jedynka" ma być bliżej SLD, natomiast "Trójka" pozostawać pod wpływem PiS), albo zachowując status quo i utrzymywanie na stanowisku obecnie pełniącego obowiązki Wojciecha Poczachowskiego. Mogą spróbować zakwestionować przekonanie o tym, że są one z partyjnego nadania, albo kopać sobie grób w postaci szykowanych zmian w ustawie medialnej, powstającej w PO oraz wśród środowisk twórczych. Od ich wyboru zależy też, czy po raz pierwszy w publicznej instytucji w końcu najważniejszą rolę zaczną odgrywać słuchacze i słuchaczki, będący po stronie załogi Trójki, czy też przeważy wąskie myślenie o własnym interesie. Wbrew wszelkim dotychczasowym doświadczeniom staram się być dobrej myśli.

27 maja 2010

Wolność w świecie przednowoczesnym

Wszystkie dzieci nasze są? Może lepiej, by nie były one zależne od PO i PiS, a właściwie nastrojów ich senatorek i senatorów. Izba wyższa ma zająć się projektem ustawy antyprzemocowej, dzięki której ofiary bicia i zniewag będą mogły skuteczniej dowodzić swoich praw i bronić swej godności. Wśród nich - wreszcie - zapis, że z domów uciekać będą musieli sprawcy przemocy, nie zaś jej ofiary. Organizacje feministyczne latami zabiegały o takie przepisy, napotykając się nierzadko na obojętność, a nawet wrogość polityków, z niesławną wypowiedzią jednego z ministrów sprawiedliwości, martwiącego się o los bezdomnych mężczyzn - ofiar takich zapisów, włącznie. O los uciekających z domu matek i dzieci martwił się już znacznie mniej. Okazuje się jednak, że ustawa może zostać odrzucona przez Senat. Dlaczego? W imię wolności. Ale nie tej zgniłej, zachodniej podróbki - co to, to nie. Potrzebujemy naszej, sarmackiej wolności - wolności do bicia dzieci.

To, że jako tako, powoli udaje nam się modernizować kraj, imitując sukcesy i porażki wyżej rozwiniętych krajów w rozwoju infrastruktury, nie oznacza, że modernizują się nasze głowy. O ile jeszcze w wypadku PiS to zjawisko wydawało się przynajmniej zrozumiałe (niestety, współczujący konserwatyzm w polskim wydaniu raz zdobytej, patriarchalnej władzy nie odda nigdy), o tyle fakt, że konserwatywne skrzydło PO może doprowadzić do fiaska cały proces legislacyjny (nie wiadomo, co byłoby z ustawą dalej, gdyby wróciła do Sejmu), wydaje się kolejnym dowodem na to, że modernizacja jest zupełnie obca tej formacji - przynajmniej ta na miarę XXI wieku. Odmowa uznania rytualnego klapsa za przemoc jest przyznaniem się do wychowawczej klęski - tego, że przynależną dziecku energię rodzice nie są w stanie ukierunkować w sposób inny niż naruszenie nietykalności cielesnej człowieka. Te rzekomo "niewinne klapsy" pokazują chłopcom i dziewczynkom, że przemoc jest uprawnioną metodą rozwiązywania konfliktów i problemów. Trudno się z takim podejściem zgodzić.

Bardzo mocno się zdumiałem, gdy przeczytałem argumentację zwolenników bicia dzieci. Uwaga, będzie ostro. Bylibyście w stanie uwierzyć, że zakaz dawania klapsów ogranicza wolność? Wydawać by się mogło, że podstawową zasadą wolności jest to, by nie wkraczała ona w wolność innej osoby. Okazuje się, że Polska Federacja Ruchów Obrony Życia sądzi inaczej. Ochrona pozbawionych czucia komórek płodowych wychodzi im znakomicie, ale już poniżanie dzieci i naruszanie ich praw nazywane jest "kontrolowaniem na ogromną skalę życia prywatnego i rodzinnego, oraz narusza konstytucyjne prawo człowieka do ochrony jego prywatności i godności". Po takim stwierdzeniu mam wrażenie, że "cywilizacją śmierci" nazywa się nie tę stronę sporu, którą trzeba. Bicie dzieci gwarancją godności "polskiej rodziny" - Orwell by się nie powstydził takiej interpretacji. Zdumiewająca, neokonserwatywna nowomowa.

Hasło o owej mitycznej godności powtarza zresztą jeden z senatorów PiS - mniejsza o nazwisko, kto chce wiedzieć, ten skorzysta z linka i się dowie, nie ma co robić mu publicity. Co więcej, wyznaje on, że sam był bity i wyszło z tego niemal "czyste dobro" - został senatorem. Tak, panie senatorze. Byliśmy i jesteśmy społeczeństwem bitych dzieci, dlatego w Polsce nie ma demokracji. Bite dzieci nie uczą się dyskusji czy przekonywania do swoich racji, lecz konformizmu i milczenia, autorytetu popartego siłą fizyczną, a nie siłą dialogu i wiedzy. Bite społeczeństwo siedzi cicho, kiedy władze, niczym patriarchalny ojciec, wysyła swoich synów do Iraku i Afganistanu, by ginęli w cudzej sprawie, nie mającej wiele wspólnego z pokojem i stabilizacją. Kiedy już powstaje, by walczyć o swoją godność, przemoc powraca - sporo na ten temat mogą powiedzieć uczestniczące w "Białym Miasteczku" pielęgniarki. Reprodukowanie przemocy jest potrzebne dla podtrzymywania strachu i poczucia "zgody narodowej", przeciwstawianej pluralistycznemu społeczeństwu. Klaps lub jego brak to nie tylko wybór między korzystaniem lub rezygnacją z metody wychowawczej - jego penalizacja jest olbrzymim skokiem cywilizacyjnym, podkreślającym, że przemoc nigdy nie może stać się równorzędną do innych metodą realizacji pożądanych celów.

Dzieci nie potrzebują klapsów - potrzebują miłości. Dostępności do żłobków i przedszkoli, wysokiej jakości edukacji, bezpłatnych studiów, szczęśliwego dzieciństwa, rozwoju ich wyobraźni i kreatywności. Potrzebują opieki lekarskiej i dentystycznej, większej podmiotowości w placówkach edukacyjnych, przestrzeni publicznej, w której mogą odpoczywać i rozwijać swoje zainteresowania - wszystko to są elementy zielonej filozofii. Ani PiS, ani PO tego nie gwarantują - co więcej, nie są w stanie odważyć się na przekroczenie mentalnej granicy między choćby powierzchowną postępowością a już nawet nie konserwatyzmem, ale najzwyczajniejszą w świecie reakcyjnością. Jeśli wyżej w hierarchii wolności kładzie się prawo do bicia ponad prawo do życia bez przemocy, to w żaden sposób nie mogę uwierzyć takim osobom w to, że cokolwiek w tym kraju zmodernizują. Klaps nie jest podaniem ręki, by móc go nazywać "metodą wychowawczą" - to terror silniejszego nad słabszym. Dulszczyzna w świecie autostrad i Internetu nadal pozostaje dulszczyzną.

26 maja 2010

Powódź i polowanie na czarownice

Sytuacja była do przewidzenia. Rząd zaczął zwalać winę za sytuację powodziową na samorządy, samorządy zatem musiały znaleźć sobie kozła ofiarnego. I znalazły - wczoraj wojewoda lubelska, a także - co interesuje nas bardziej - prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz, wytoczyły przeciwko obrońcom przyrody ciężkie działa. Prezydent stolicy, w rozmowie z Moniką Olejnik w "Kropce nad i" - zaprezentowała ekologów jako wrogów już nie tylko dla miejskich inwestycji, ale wręcz dla bezpieczeństwa mieszkanek i mieszkańców Warszawy. Problem w tym, że wystarczyło parę dziennikarskich materiałów, by okazało się, że prawda w tym wypadku leży zupełnie gdzie indziej.

Prześledźmy pokrótce sprawę: przed wejściem Polski do Unii Europejskiej, powstać plany modernizacji wałów przeciwpowodziowych, m.in. w okolicach ogrodu zoologicznego. Zaskarżyło go Ogólnopolskie Stowarzyszenie Ochrony Ptaków, a sąd przychylił się do wniosku. OTOP wśród nieprawidłowości wskazał m.in. braki formalne - w tym kwestię wycinki drzew w okresie lęgowym ptaków. Zauważmy, że niedawno miasto właśnie kwestiami formalnoprawnymi tłumaczyło kwestię braku finansowania stołecznych lecznic dla osób dotkniętych bezdomnością. To, że dokument "odłożono do szuflady" świadczy o tym, że zarzuty ekologów okazały się zasadne - tymczasem próbuje się doprowadzić do stworzenia kuriozalnej atmosfery, w której twardość litery prawa zależy od tego, czy dotyczy ona działań związanych z opieką społeczną (i to w sytuacji, gdy przepisy prawne umożliwiają tego typu działania innym samorządom), czy też zapisanego w konstytucji zrównoważonego rozwoju, którego - jak dowodzi praktyka - większość władz krajowych i samorządowych nie lubi i nie rozumie.

Narzekanie na przepisy unijne i zagwarantowaną ochronę obszarów sieci Natura 2000 pokazuje jeszcze jedną, przykrą wadę myślenia części samorządowców i urzędników. Unia Europejska nie jest dojną krową, służącą do wysysania z niej pieniędzy na dowolną, choćby najbardziej szkodliwą społecznie i ekologicznie inwestycję. Unia jest wedle tego, dość mocno zakorzenionego myślenia zła, kiedy domaga się spójnego systemu recyklingu czy też spełniania norm ekologicznych przy procesie planowania inwestycyjnego, dobra zaś - póki istniała szansa na finansowanie rozbudowy spalarni odpadów na Targówku, która powinna być ostatnim pomysłem, o którym w obecnej - dramatycznej - sytuacji odpadowej - władze miejskie powinny myśleć. Działania proekologiczne są jednocześnie prospołeczne i opłacalne, bowiem starają się rozwiązać problem u jego źródeł, minimalizując potrzebę wielomiliardowych inwestycji infrastrukturalnych, zamiast eskalować tworzenie tam, wałów czy dróg. Niestety, nadal dominuje myślenie o tym, że lepiej wydawać pieniądze na leczenie skutków niż na działania profilaktyczne. To nie ochrona przyrody, ale zachowawcze myślenie zagraża naszej jakości życia.

Władze Warszawy, zamiast zrzucać winę na ekologów, powinny uważnie wczytać się w opracowanie doktora Janusza Żelazińskiego, przygotowane w kwietniu tego roku na zlecenie Kancelarii Sejmu. Jego najważniejsze elementy przypomina polski oddział WWF - "Po każdej większej powodzi wały są odbudowywane i podnoszone. Nie tylko nie przynosi to pożądanych efektów, ale prowadzi do większych strat podczas następnej powodzi, bo wyższe wały „zachęcają” do nowych inwestycji na zagrożonym terenie. Ponadto ograniczenie przestrzeni dla płynącej wody zmniejsza przepustowość koryta, co powoduje dodatkowy wzrost maksymalnych poziomów wody, a w efekcie ponowne przerwanie obwałowań. (...) Tylko działania interdyscyplinarne, prowadzone w skali całej zlewni, a nie jednej gminy czy powiatu, są w stanie istotnie zmniejszyć ryzyko powodzi i ograniczyć ich skutki. Nietechniczne działania ograniczające skutki powodzi z reguły są na dłuższą metę bardziej korzystne i trwałe, stąd należy je wspierać. Należy do nich m.in.: zachowywanie i odtwarzanie roślinności i obszarów leśnych na terenach górskich, podmokłych i łąkowych, przywracanie zdegradowanych terenów podmokłych, w tym ponowne łączenie rzek z ich terenami zalewowymi, renaturyzacja zdegradowanych cieków, zamienionych w proste kanały o umocnionych brzegach, odzyskiwanie dawnych terenów zalewowych, stosowanie map ryzyka powodziowego w planowaniu przestrzennym i powstrzymanie budowania wszelkich obiektów na terenach bezpośrednio zagrożonych wystąpieniem powodzi lub przerwaniami wałów."

Warto spytać władze Warszawy, do realizacji którego z wymienionych wyżej punktów się przyczyniają. Rozumiem, że wiele z tych działań wykracza poza administracyjne granice miasta, w takim razie należałoby zadać pytanie o to, czy stołeczni samorządowcy w jakikolwiek sposób naciskali w obecnej kadencji na odpowiednie działania władz centralnych. Założenie, że w zglobalizowanym świecie problemy Warszawy da się rozwiązać w jej granicach, trąci naiwnością. Naiwnością, która naraża nas na powodziowe niebezpieczeństwo, możliwe do minimalizacji nie za pomocą skupiania się na wałach (przy jednoczesnym dopuszczaniu do zasypywania przez deweloperów zbiorników retencyjnych, o czym można było usłyszeć w poniedziałkowy wieczór na antenie jednej z ogólnopolskich rozgłośni), ale kompleksowych działań na rzecz zachowania równowagi przyrodniczej. Zrzucanie winy na ekologów za to, że domagają się przestrzegania przepisów prawnych, jest absurdem. Od kilkunastu lat słyszymy utyskiwania na to, jak niska jest kultura przestrzegania prawa w naszym kraju. Nie mam pojęcia, w jaki sposób ma ją zwiększyć przyzwolenie na wadliwe decyzje administracyjne.

25 maja 2010

W zielonej sieci - odc. 32

Blogi:

- Adrian Windisch prezentuje potencjał energetyki odnawialnej w Wielkiej Brytanii.

- John Reardon zastanawia się, jaka przyszłość czeka teraz Partię Pracy.

- Glenn Vowles pokazuje smutną, genderową praktykę rady miasta w Bristolu.

- Stuart Jeffery informuje - to był najgorętszy kwiecień na Ziemi.

- Jim Jepps analizuje wyniki brytyjskich wyborów - tak z lewa, jak z prawa.

- Richard Lawson o ekonomicznych receptach konserwatystów.

- O turbinach wiatrowych - Philip Booth.

- Powyborcze scenariusze kreśli Matt Sellwood.

- O kampanii wyborczej w Polsce z perspektywy praw zwierząt - Adam Ostolski.

Partie:

- Niemcy: Z powodu postawy Lewicy czerwono-zielono-czerwonej koalicji w Nadrenii-Westfalii nie będzie.

- Europa: EPZ przedstawia pomysły na skoordynowaną politykę gospodarczą UE, a eurogrupa przedstawia badania nad emisjami gazów szklarniowych.

- Anglia i Walia: Caroline Lucas składa ślubowanie parlamentarzyski.

- Szkocja: Radość z powodu odblokowania funduszy na energetykę odnawialną.

- Irlandia: John Gormley otwiera Green Economy Expo.

- Kanada: Toksyczne substancje i ubezpieczenia.

- Australia: Sprzeciw wobec prywatyzacji publicznego dostawcy usług internetowych.

- Nowa Zelandia: Krytyka planów obcięcia wydatków na budownictwo mieszkalne.

- Czechy: Mniejszości seksualne wybierają Zielonych.

- Holandia: 10 pomysłów na bardziej transparentne działanie państwa.

YouTube:

Klip wyborczy Zielonych w Czechach o obecności kobiet w polityce.

24 maja 2010

Zielony Nowy Ład - Niemcy, Europa, świat

Kryzys zaczyna przynosić coraz bardziej spektakularne ofiary. Upadać zaczynają już nie pojedyncze banki, ale całe państwa. Przykład Grecji pokazuje, jak wypadkowa nie najlepszego zarządzania publicznymi pieniędzmi (efekt zgoła feudalnego sposobu funkcjonowania państwowych instytucji), a także kuriozalnego momentami zachowania instytucji europejskich, będących całymi tygodniami na uwięzi niemieckich wyborów w jednym z landów skutkuje katastrofalnym brakiem międzynarodowej solidarności. Zaciskanie pasa Grecję by nie ominęło, ale była to również okazja do tego, by zamiast ciąć do ziemi zacząć budować bardziej progresywny system podatkowy czy też rozpocząć działania na rzecz rozpoczęcia ekologicznej reformy podatkowej. Tak się nie stało, a medialne doniesienia mówią o zmuszeniu tamtejszego rządu przez Francję i Niemcy do zakupu broni z tych państw za 2 miliardy euro. W taki sposób wspólnego projektu europejskiego nie uratujemy...

Zielony Nowy Ład w tej sytuacji jest potrzebny coraz pilniej. Powoli udaje się proces regulowania funduszy hedgingowych na szczeblu unijnym, nad czym pracuje Parlament Europejski. Nadal jednak palącą wydaje się potrzeba powołania niezależnej, europejskiej agencji ratingowej po to, by poszczególne państwa, ich waluty i gospodarki nie zależały od ocen komercyjnych firm w tym sektorze. Na pytania związane z przyjęciem alternatywnej ścieżki rozwoju starają się odpowiedzieć w swej publikacji Reinhard Buetikofer - były współprzewodniczący niemieckich Zielonych, oraz Sven Giegold - współtwórca niemieckiego oddziału alterglobalistycznej sieci ATTAC. Obaj są dziś eurodeputowanymi Zielonych. Zwracając uwagę na fakt, że dotychczasowe pakiety stymulacyjne były zielone w dość niewielkim stopniu, zachęcają do działania na rzecz przestawienia globalnej gospodarki na tory zrównoważonego rozwoju. Problem polega na tym, że spora część rządów państw uprzemysłowionych, stojąc w obliczu znaczącego wzrostu poziomu zadłużenia, myśli dziś raczej o cięciu wydatków (co zagraża oznakom stabilizacji sytuacji ekonomicznej), niż o dalszych inwestycjach.

Autorzy kolejnej publikacji o Zielonym Nowym Ładzie dzielą działania, niezbędne do opanowania problemów ekonomicznych, ekologicznych i społecznych na trzy grupy: kontrolę nad rynkami finansowymi, ożywienie gospodarki i zapewnienie sprawiedliwości społecznej. Zakres planu jest dość ambitny i nie ogranicza się tylko do Niemiec - sami twórcy twierdzą, że bez skoordynowanych, globalnych działań trudno będzie o wykorzystanie wszystkich możliwości tego typu zwrotu. Widząc, że globalny rynek finansowy jest faktem, chcą silnej regulacji i opodatkowania transakcji finansowych, co pomogłoby w ograniczeniu spekulacji oraz przyczyniłoby się do zwiększenia zasobów finansowych, będących do dyspozycji państw i organizacji międzynarodowych. Ochrona konsumencka w sektorze, tworzenie instytucji (także publicznych banków) mogących kredytować prospołeczne i proekologiczne inwestycje, zwiększenie roli pracownic i pracowników w zarządzaniu przedsiębiorstwami - to tylko niektóre z pomysłów w tym zakresie.

Architektura finansowa, gwarantująca większą stabilność, musi być tworzona także na poziomie globalnym. Buetikofer i Giegold proponują likwidację grupy G8 i przejęcie jej prerogatyw przez zreformowane instytucje ONZ. Także strefa euro musi ulec zmianom, uwzględniającym - poza kryteriami stricte finansowymi - promowanie w polityce Europejskiego Banku Centralnego także kwestii zrównoważonego rozwoju i kreacji miejsc pracy. W takim środowisku inwestycje - w efektywność energetyczną i odnawialne źródła energii, edukację, opiekę zdrowotną czy ekonomię społeczną będą mogły być skuteczniej wprowadzane. Ponieważ wiele kwestii, związanych chociażby ze zmianami klimatu, można rozwiązywać na szczeblu lokalnym (szczególnie w obrębie już istniejących zespołów metropolitarnych), dwójka europosłów proponuje zwiększenie finansowania samorządów, szczególnie tych, znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej. Pieniądze te mogłyby wspierać poprawę opieki nad osobami potrzebującymi, a także zapewnienie dzieciom i młodzieży równych szans edukacyjnych.

Ważną rolę w ekologicznej transformacji odegra przemysł, dlatego tworzenie zachęt inwestycyjnych oraz odpowiednich przepisów prawnych, umożliwiających chociażby wprowadzenia zwolnień podatkowych dla najnowszych, przyjaznych dla środowiska technologii i rosnącego opodatkowania tych przestarzałych, co byłoby szczególnie ważne chociażby w sektorze motoryzacyjnym. Poprawa jakości usług publicznych, wzrost poziomu zabezpieczeń społecznych, takich jak zasiłki dla bezrobotnych czy dodatki dziecięce, finansowane z opodatkowania własności powyżej pewnej wartości - to "proludzka" część Zielonego Nowego Ładu. Wzrost poziomu płacy minimalnej, a także tworzenie warunków do rozwoju ekonomii społecznej, szczególnie ważnej dla osób pozostających poza głównym nurtem rynku pracy (np. poprzez opłacanie przez państwo pracy wolontaryjnej) pomogłoby w podniesieniu stopy życiowej tych osób, zmniejszeniu rozwarstwienia społecznego i tym samym społecznej sprawiedliwości. Wśród innych postulatów znajduje się m.in. wspieranie tworzenia lokalnych walut, umożliwiających rozwój lokalnych łańcuchów produkcyjnych, a także wspieranie powiększania areałów upraw organicznych.

Śmiało mogę powiedzieć, że to kolejna, warta polecenia lektura. Oczywiście nie ma co liczyć na to, że jeśli udało nam się przeczytać podobne plany z innych krajów, to na każdej stronie publikacji Buetikofera i Giegolda będziemy mieć do czynienia z oryginalnymi pomysłami. Świadczyć to zresztą może na korzyść Zielonego Nowego Ładu i jego spójności. Skoro tak, pozostaje "jedynie" działać na rzecz jego urzeczywistnienia.

23 maja 2010

Zieloni: Ochrona bioróżnorodności – zadanie dla miasta!

Komisja Europejska prowadzi kampanię na temat ochrony różnorodności biologicznej naszej planety. W związku z tym w piątek 21 maja o godz. 13 odbył się w Złotych Tarasach specjalny edukacyjny happening, mający na celu przybliżenie obywatelom pojęcia bioróżnorodności i pokazanie, jak mogą przyczyniać się do jej ochrony. Oceniając to przedsięwzięcie jako słuszne i ważne, warszawscy Zieloni zwracają zarazem uwagę, że w Polsce to nie niska świadomość społeczna jest największym problemem, lecz brak realnego wpływu społeczeństwa na podejmowane decyzje. Organizacje ekologiczne i partia Zielonych od lat i stale, a nie przy okazji jednorazowego happeningu, zwracają uwagę na ochronę różnorodności biologicznej.

- W Warszawie wciąż na nowo powtarza się sytuacja, kiedy na skutek decyzji władz zostają zdewastowane bezcenne przyrodniczo tereny, będące ostoją lokalnej bioróżnorodności - mówi Irena Kołodziej, przewodnicząca warszawskich Zielonych. – Przykładem jest choćby Rzekotkowy Staw – zbiornik położony tuż na granicy rezerwatu Las Kabacki, a ostatnio – Jeziorko Czerniakowskie. Protesty i petycje ze strony mieszkańców i organizacji społecznych, mające na celu ochronę tych siedlisk, pozostają bezskuteczne. Władze centralne i samorządowe promują raczej interesy inwestorów, niż przyrody i mieszkańców. Jest to sprzeczne nie tylko z zasadą ochrony bioróżnorodności, którą ma promować jutrzejszy happening, ale także z art. 5 naszej Konstytucji, mówiącym, iż jednym z nadrzędnych celów jest zrównoważony rozwój naszego kraju! – podkreśla Kołodziej.

- Władze miasta mają ogromne możliwości prowadzenia horyzontalnej polityki promującej bioróżnorodność – dodaje Bartłomiej Kozek, przewodniczący koła warszawskiego Zielonych. - Tworzenie spójnej polityki zagospodarowania przestrzennego, w oparciu o wielokrotnie przez nas postulowany raport o konfliktach w przestrzeni publicznej mogłoby pomóc w ochronie obszarów cennych przyrodniczo. Spójna polityka energetyczno-klimatyczna zmniejszyłaby ekologiczny ślad naszego miasta, pozwalając tym samym na ograniczenie zagrażających bioróżnorodności zmian klimatu. Promowanie lokalnych bazarków dzielnicowych, jak również powstawania kooperatyw spożywczych, daje źródło zarobku i rynek zbytu okolicznym rolnikom, umożliwiając im uprawę różnorodnych odmian owoców i warzyw. Jedyne, co jest potrzebne do prowadzenia takiej przyjaznej ludziom i środowisku polityki, to wyobraźnia i polityczna wola!

21 maja 2010

Związki zawodowe XXI wieku - bez dialogu ani rusz

Przysłuchując się debatom na temat przyszłości ruchu pracowniczego w Polsce odnoszę wrażenie, że zbyt często zdarza nam się skupiać na jednej stronie wachlarza opcji i możliwości, patrząc z góry na rozwiązania, które nie muszą wyglądać na konwencjonalne w skali rodzimego podwórka, w czym zresztą tkwi ich największa siła. W tym kontekście deprecjonowanie dialogu społecznego - w szczególności na linii związki zawodowe - organizacje pracodawców może być równie ślepą uliczką, jak zakładanie, że poprzez dialog rozumieć należy jedynie siedzenie przy stole i przytakiwanie dyskutantom. W krajach Europy Zachodniej, gdzie siła przetargowa pracownic i pracowników pozostaje znacząco wyższa, zarówno negocjacje branżowe/trójstronne, jak i wychodzenie na ulicę czy odchodzenie od pracy traktowane są ze zrozumieniem jako różnorodne narzędzia osiągania celu, stosowane w odpowiedniej kolejności. Metody rozszerzenia pojęcia dialogu również na te formy aktywności związkowej, które nie spotykają się aktualnie ze społeczną sympatią, jest wyzwaniem ambitnym, którego jednak nie należy pomijać.

Działalność intelektualna oraz wizerunkowa są we współczesnym świecie zdominowanym przez PR absolutnie niezbędne. Ta pierwsza pozwala na tworzenie alternatyw dla dominującego nurtu debaty publicznej - alternatyw, które muszą być efektem dialogu wychodzącego poza sztywne ramy związkowe, otwierającego się na środowiska akademickie, organizacje pozarządowe i media. Ponieważ z powodu zepchnięcia do narożnika nadal dyskursom innym niż neoliberalne "mniej wolno" (podejście, które bez możliwości tworzenia własnych, alternatywnych mediów zmienić szalenie trudno), praca programowa wymaga działania zinstytucjonalizowanego, mogącego przyjąć formę związkowych, think tankowych odpowiedników Centrum im. Adama Smitha. Odwojowanie przestrzeni symbolicznej bez takiego kroku będzie niemożliwe.

Przyjęcie spójnej strategii wizerunkowej, obejmującej konsekwentnie realizowane kampanie (np. wokół opieki zdrowotnej i edukacji jako tematów w naturalny sposób otwierających na odkłamanie wizji związkowca jako pozbawionego merytorycznych argumentów wichrzyciela), a także system warsztatów i szkoleń dla grup wymagających specjalnej uwagi ze względu na ich potencjał kreowania opinii i zmieniania podejścia do działalności pracowniczej może znacząco podnieść jakość wykonywanych działań w porównaniu do reagowaniu ad hoc na rzeczywistość.

W tym kontekście kluczowym wydaje się stworzenie cyklu spotkań z dziennikarkami i dziennikarzami, tłumaczącymi związkowy punkt widzenia (analogiczne do podobnych działań podejmowanych przez organizacje ekologiczne pogłębiające wiedzę mediów na temat chociażby zmian klimatu), a także - co na pierwszy rzut oka może wydać się karkołomne - znalezienie kanałów dojścia do młodych osób, zakładających własną działalność gospodarczą i praca nad uświadomieniem ich w dziedzinie praw pracowniczych. Odkłamanie istnienia wspólnych interesów między nimi a wielkimi koncernami jest kolejnym, koniecznym etapem budowania zrównoważonego rozwoju naszego kraju. To małe i średnie przedsiębiorstwa tworzą miejsca pracy i to tam poziom uzwiązkowienia - także z powodu niechęci ich założycieli - pozostaje dramatycznie niski, odwrotnie proporcjonalny do poziomu łamania praw pracowniczych, w tym przepisów BHP. Bez uwrażliwienia tej grupy - wśród której znajdują się osoby świeżo po studiach albo mające doświadczenia bycia pracownicą/pracownikiem - nawet największy bunt społeczny rozbijać się będzie o ryzyko utraty pracy, szczególnie demobilizujące na obszarach o wysokim, strukturalnym bezrobociu.

Wszystkie wymienione wyżej kwestie nie oznaczają, że należy zamykać się na osoby dla związków zawodowych najważniejsze - pracownice i pracowników, często ciężko pracujących, by wiązać koniec z końcem i zapewnić godne życie sobie i swoim rodzinom. Chodzi tu raczej o rozszerzenie palety działań także o grupy i tematy do tej pory traktowane nieco po macoszemu. W tym kontekście warto wspomnieć o koncepcji Zielonego Nowego Ładu - powstałego na przełomie roku 2008 i 2009 planu publicznych inwestycji w zazielenianie gospodarki, zmniejszenie jej negatywnego wpływu na środowisko i stworzenie nowych miejsc pracy, m.in. przy termoizolacji budynków, transporcie zbiorowym, energetyce odnawialnej oraz edukacji i sektorze opieki. Związki zawodowe w krajach zachodnich aktywnie włączyły się w propagowanie tej idei, często na własnej skórze odczuwając trend widoczny chociażby w niemieckim przemyśle - kurczenia się kosztów pracy w ogólnych kosztach działalności gospodarczej przy jednoczesnym wzroście kosztów surowców. Degradacja ekologiczna w postaci skażonego jedzenia, brudnej wody i zatrutego powietrza najciężej dotyka osoby już teraz społecznie wykluczone, a wszystkie te kwestie wiążą się chociażby ze wzrostem poziomu zachorowań na choroby cywilizacyjne i kosztów obsługi opieki zdrowotnej. Sprawiedliwość społeczna wymaga sprawiedliwości ekologicznej, bez której jakość życia - w tym pracownic i pracowników - pozostanie na niskim poziomie.

Zmiany w technologiach produkcyjnych, rynek pracy równoważący elastyczność z wysokim poziomem zabezpieczeń społecznych - wyzwania, przed którymi stoi globalna gospodarka, wymagają nie mniej, lecz więcej dialogu. By był on rozmową równorzędnych stron, w Polsce związki zawodowe muszą odgrywać większą rolę. Choć jednoczesne zajmowanie się osobami pracującymi w elastycznych formach zatrudnienia, osobami wykluczonymi z terenów chronicznego ubóstwa czy też wchodzącymi na rynek pracy studentkami i studentami, mogącymi interesować się ekologią wydaje się trudne, to jednak równie trudne wydaje się też wyobrażenie sobie innego scenariusza. Obawiam się, że czekanie na wybuch społeczny po 20 latach religii w szkołach i ortodoksyjnego wolnego rynku w głowach decydentów może okazać się czekaniem na Godota. Władzom udawało się do tej pory pacyfikować albo lekceważyć (skazując tym samym na klęskę) olbrzymie ruchy społeczne, z ponad milionowym, domagającym się referendum w sprawie dopuszczalności przerywania ciąży w 1992 roku włącznie. Polski nie stać na słabe związki zawodowe, dlatego debata na temat strategii na przyszłość wydaje się konieczna jak nigdy do tej pory.

20 maja 2010

Doświadczenia w szkocką kratę

W Szkocji wybory do regionalnego parlamentu odbędą się dopiero za rok. Wedle sondaży Zieloni mają sporą szansę zyskać nieco głosów i powiększyć swoją reprezentację. Być może nie będzie ona tak rekordowo wielka jak w 2003 roku, kiedy udało im się zdobyć 7 miejsc, ale zdecydowanie ma być większa od dwójki, zasiadającej po wyborach w 2007 roku, które dla mniejszych formacji, ściśniętych między "wielką czwórkę" (szkoccy socjaldemokraci, Partia Pracy, Liberalni Demokraci i Partia Konserwatywna) okazały się wielką klęską, a Zieloni byli jedyną mniejszą siłą, która (poza jedną niezależną) utrzymała miejsce w Holyrood. Chociaż warunki na północy Wielkiej Brytanii są skrajnie różne od tych w Polsce (dominacja lewicowego sposobu myślenia, instytucje opieki, symbolizowane przez utrzymanie w przeciwieństwie do reszty UK bezpłatnych studiów), to jednak warto poszukać w niemal 30-stronnicowym dokumencie wyborczym z tamtego okresu pomysłów programowych, które można by rozważyć na naszym, rodzimym gruncie.

Bardzo spodobał mi się pomysł pilotażowego wdrażania bezpłatnego transportu zbiorowego dla osób poniżej 16. roku życia. Chociaż nie popieram jeszcze (przynajmniej na tym etapie rozwoju systemu społeczno-ekonomicznego, wraz z jego przemianami sytuacja może ulec zmianie) bezpłatnej komunikacji dla wszystkich - wśród powodów widzę m.in. fakt, że także "zielony" transport odciska pewien ślad węglowy, który powinien zostać odzwierciedlony w cenach, a także potrzebę redukowania transportu przy jednoczesnym zapewnianiu prawa do mobilności oraz dostępu do wysokiej jakości usług publicznych, a także telepracy - to jednak w tym wypadku taki pomysł, moim zdaniem, ma głęboki sens. To polityka prodziecięca dużo bardziej progresywna niż rzucenie becikowym w nadziei, że wpłynie to pozytywnie na poczucie bezpieczeństwa rodziców i opiekunów. Nie wpłynie. Przesunięcie tych pieniędzy w kierunku dofinansowania bezpłatnych przejazdów oszczędziłoby sporych wydatków w gospodarstwach domowych, uniezależniłoby możliwości edukacyjne dzieci od zasobności portfela czy też posiadania samochodu w domu, a także pomogłoby wyrobić pozytywne nawyki komunikacyjne, co długofalowo ułatwiłoby sukces odchodzenia od prymatu myślenia o potrzebach kierowczyń i kierowców aut.

Lepsze szkoły to zdaniem szkockich Zielonych takie, w których klasy liczą do 20 osób, nie ma w nich reklam, a stołówki dostępne są dla wszystkich za darmo. Uczennice i uczniowie mogą czuć się bezpieczni od mowy nienawiści, a do tego mogą liczyć na zajęcia na świeżym powietrzu, uczące ich poszanowania dla przyrody. Wszystkie szkoły w kraju powinny docelowo być powiązane siecią ścieżek rowerowych - tak, by możliwości bezpiecznego dojazdu do placówek oświatowych były jak największe. W myśleniu o opiece społecznej z kolei sugerują promowanie banków czasu - wzajemnego świadczenia sobie usług opiekuńczych i troski.

Obok kwestii socjalnych równie ważną rolę - nie należy się temu dziwić - zapobieganie zmianom klimatycznym. Wśród pomysłów pojawiają się tu m.in. postulaty stworzenia Funduszu Wyzwania Klimatycznego z kapitałem startowym 100 milionów funtów, który miałby na celu finansowanie oddolnych pomysłów lokalnych społeczności. Do tego wspomnieć należy o zainstalowaniu w każdym domu inteligentnych mierników poboru energii, umożliwiających rozliczanie się z jej wytworzenia do sieci wraz z upowszechnieniem rozproszonej jej generacji, obniżenie energochłonności budownictwa o 40% do 2020 roku, przejście na 100% energii odnawialnej do roku 2050 przy podtrzymaniu sprzeciwu wobec energetyki jądrowej, a także (ważne również w polskim kontekście) doprowadzenie do skutecznego zakazu budowania na terenach zalewowych.

Rzecz jasna to tylko krótkie wyimki z całego szeregu kompleksowych, politycznych rozwiązań. Rozwiązań o tyle istotnych, że dzięki proporcjonalnej ordynacji wyborczej do szkockiego parlamentu nie jest łatwo pojedynczej partii zdobyć bezwzględną ilość miejsc. W tej kadencji blisko była Szkocka Partia Narodowa, ale ponieważ jej się nie udała, musiała wejść w porozumienie programowe z Zielonymi, którzy w ten sposób wpłynęli nieco na politykę Alexa Salmonda. Za rok może okazać się, że dzięki zwiększonej reprezentacji ich głos będzie jeszcze bardziej słyszalny, a objęcie władzy w Westminsterze przez konserwatystów raczej sprzyja podtrzymaniu poziomu poparcia dla SNP przy oczekiwanym spadku Liberalnych Demokratów, którym szkocki elektorat może nie wybaczyć aliansu z "niebieskimi".

19 maja 2010

Zielona Fala za oceanem

Z reguły nie piszę na temat wyborów, które jeszcze się nie odbyły, ale tym razem okazja jest zaiste wielka. Oto po raz pierwszy w historii istnieje szansa, że kandydat Zielonych zostanie prezydentem jakiegoś państwa. Myślicie, że chodzi o Finlandię? Może o Francję? Nie, tym razem mówimy o kraju, który na łamach tego bloga chyba jeszcze nie gościł, a mianowicie o... Kolumbii. Oto lider niedawno utworzonej z wielu rozproszonych grup (w tym istniejącej uprzednio Partii Zielonych "Tlen") partii, Anatanas Mockus, filozof i matematyk, który na starcie swej kampanii mógł liczyć na 9% poparcia teraz ma go 40 i media na poważnie zastanawiają się, czy wygra w drugiej, czerwcowej turze, czy już w pierwszej, która odbędzie się już 30 maja. Wszystko to dzięki wykorzystaniu systemu nazwanego na potrzeby kampanii "Zieloną Falą", polegającego na silnym wykorzystaniu Internetu, w tym serwisów społecznościowych, do organizowania imprez, w tym spontanicznych flash mobów. Sporą rolę odgrywa tu zmęczenie po rządach prawicowego prezydenta, Alvaro Uribe, zażarcie walczącego z marksistowską narkopartyzantką i wspierającego kolejne amerykańskie administracje w regionie.

O polityce nieco więcej za chwilę, warto jednak powiedzieć parę słów o samym kandydacie, w pełni spełnia on bowiem warunki do tego, by nazwać go politykiem charyzmatycznym - i niekonwencjonalnym. W życiu publicznym pojawił się w latach 90. XX wieku, kiedy w 1993 roku, podczas wykładu, zdjął spodnie i pokazał swoje cztery litery zdumionym studentom. Tłumaczył później, że w ten sposób zaprezentował im przykład "przemocy symbolicznej" wedle definicji francuskiego socjologa, Pierre'a Bourdieu. Najlepsze było jednak dopiero przed nim. Dwukrotnie - w latach 1993-1995 i 2001-2003 wybrany został na burmistrza siedmiomilionowej stolicy kraju, Bogoty. Postawił sobie ambitne zadania - poprawę jakości transportu publicznego i walkę z przestępczością za pomocą zwiększenia roli demokracji uczestniczącej oraz kultury. Potrafił podejść do tych działań z dystansem, przebierając się w obcisły strój i płaszcz "Superobywatela".

Rezultaty jego działań były doprawdy spektakularne. Wystarczy przytoczyć wikipedyczne dane (gorąco polecam artykuł na jego temat w wersji anglojęzycznej, z której czerpię sporą część podanych tu informacji): zmniejszenie zużycia wody o 40%, wskaźnika morderstw o 70%, śmiertelnych wypadków drogowych o 50%, zwiększenie dostępności wody pitnej z 79 do 100% domostw i kanalizacji z 71 do 95%. Zjawiskom tym towarzyszyły spektakularne akcje społeczne: organizowanie "wieczorów kobiecych", podczas których mężczyźni zajmowali się dziećmi, a kobiety mogły wychodzić na miasto, zbieranie do miejskich konfesjonałów broni palnej, która następnie była przetapiana na łyżeczki dla dzieci, zastępowanie prowadzenia ruchu drogowego przez policjantów... osobami uprawiającymi pantomimę. Wszystkie te - jak najbardziej zielone z ducha - działania przysporzyły mu niesłychaną popularność, wprost nie do wyobrażenia na polskie warunki. Wyobrażacie sobie, że na prośbę dajmy na to Hanny Gronkiewicz-Waltz czy Rafała Dutkiewicza o to, by dobrowolnie płacić podatki wyższe o 10 punktów procentowych w celu poprawy jakości życia w Warszawie czy Wrocławiu pozytywnie odpowiedziałoby więcej niż kilkudziesięciu zapaleńców. Cóż, w Bogocie taką decyzję podjęło 63 tysiące osób!

To prawda, że nie rozwiązał wszystkich problemów, takich jak bezrobocie czy ubóstwo. Nie oznacza to jednak, że należy lekceważyć olbrzymi postęp, jaki dały Bogocie 4 lata jego rządów, także w kwestiach sprawiedliwości społecznej i ekologicznej. Gdyby było inaczej, zmęczone prawicowymi rządami Kolumbijki i Kolumbijczycy mogliby zwrócić się do kandydatów innych partii. Obietnice walki z korupcją, zaprowadzenia spokoju na opanowanych przez partyzantów terenach czy też umiar w polityce zagranicznej - szczególnie w napiętych stosunkach z Wenezuelą - zyskują mu poparcie. Spore znaczenie ma także jego program edukacyjny oraz polityczni współpracownicy, dodający mu prestiżu i potwierdzający jego charyzmę. Sympatię, poza zachowaniem odstającym od politycznej normy, wzbudziło także jego wyznanie, że choruje on na chorobę Parkinsona. Popularnością cieszy się także w kraju swoich przodkiń i przodków - na Litwie, gdzie w 2004 jeden z dzienników nadał mu tytuł "Litwina Roku".

Muszę przyznać, że takie postacie bywają niesłychanie inspirujące. To prawda, że część jego poglądów (na przykład na przestępczość), dostosowana do politycznego kontekstu Kolumbii, nie musi zachwycać nad Wisłą. Tamtejsi Zieloni, opierając się na kontaktach z partią francuską, lubią podkreślać swoją "radykalnie centrową" pozycję polityczną. Nie jest to dziwny wybór w sytuacji, kiedy za sąsiada ma się budującego "socjalizm XXI wieku" Hugo Chaveza, a w lasach - lewackie bojówki. Jeśli jednak Mockusowi nie powinie się po drodze do wyborów, może on dać olbrzymią nadzieję na pokój, zrównoważony rozwój i sprawiedliwość społeczną w kraju Ameryki Łacińskiej, który bardzo tego potrzebuje. Zielona polityka w tym rejonie świata może w tym roku odnieść przełomowe sukcesy - w Brazylii również zaczyna się prezydencki wyścig, w którym Marina Silva - była ministra środowiska - ma szansę zapewnić lokalnym Zielonym niezły wynik, dający szansę na budowę szerszego ruchu społecznego i na wzrost znaczenia partii w tamtejszym parlamencie. Pozostaje trzymać kciuki za sukces tego procesu.

18 maja 2010

Czarny Śląsk kontra Zielona Warszawa?

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że publikacja na temat metropolii Silesia nie powinna za bardzo znaleźć się na blogu poświęconym w założeniu (inna sprawa, czy te założenia są realizowane;)) Warszawie. Wraz z jej lekturą doszedłem jednak do wniosku, że warto poświęcić jej notkę - i to nie tylko dlatego, że moje nazwisko widnieje obok Małgorzaty Tkacz-Janik wśród osób, z którymi Beata Maciejewska i Dariusz Szwed współpracowali przy okazji jej tworzenia. Moim zdaniem doczekaliśmy się książki o zielonej polityce autorstwa rodzimego duetu, która podstawowe zasady zrównoważonego rozwoju od razu przekłada na konkretne rozwiązania, będące komentarzem do planów rozwoju olbrzymiej konurbacji, zaproponowanych przez jej władze. Ma ona także znaczenie dla porównania poziomu wdrażania zielonych rozwiązań i współpracy metropolitarnej między Warszawą a okolicznymi gminami. Po lekturze publikacji Fundacji "Przestrzenie Dialogu" wydaje się, że oba obszary zurbanizowane są pod tymi względami daleko poniżej europejskiej średniej.

Stołeczne media cieszyły się niedawno z trzeciej pozycji Warszawy w rankingu najbardziej atrakcyjnych dla biznesu miast w Europie. Sam raport, przygotowany przez jednostkę badawczą tygodnika "The Economist" parę mitów PO obalił (np. jego autorzy uznali polskie prawo pracy za dość elastyczne, co kwestionuje wnioski chociażby z rządowego raportu "Polska 2030", mającego być jedną z podstaw kreowania programu przez Bronisława Komorowskiego), unaocznił za to pewną niewygodną prawdę - Warszawa najgorzej spisała się w kategorii "jakość życia", która umożliwia równoważenie czasu wolnego i pracy. To dość symptomatyczny znak, że w Polsce priorytetem jest pozyskiwanie zagranicznych inwestorów, zamiast zapewniania równych szans mieszkankom i mieszkańcom miast. To już pierwsza i niestety - nie ostatnia dziedzina, w której Warszawa i Górny Śląsk mają ze sobą wiele wspólnego. Dodajmy do tego nadal słabo wykorzystywaną trakcję kolejową i chęć spalania śmieci zamiast ich recyklingu, a obraz powoli stawać się zacznie pełniejszy, co wcale nie znaczy, że bardziej optymistyczny, wręcz przeciwnie.

Czy inna polityka miejska jest możliwa? Jak najbardziej - często wystarczy spytać się o dobre praktyki miasta partnerskie. Dobrym przykładem jest nie tylko Berlin, ale też np. szwedzkie Malmo, opisane w publikacji. Lokalne władze wyznaczyły tam dla siebie 5 priorytetów, które konsekwentnie realizują: to spójna polityka klimatyczna, edukacja dla zrównoważonego rozwoju, Porozumienie między Burmistrzami (Warszawa zapisała się do niego, nie przeznaczając na ten cel jakichkolwiek środków finansowych w zeszłym roku...), międzynarodowe warsztaty "Planeta w 2050 roku" i promowanie sprawiedliwego handlu. Warszawa spokojnie mogłaby je realizować, w ich obrębie dbając o termorenowację budynków, dalszą promocję transportu publicznego (tu - dzięki planom wymiany taboru i poszerzania sieci buspasów - na szczęście nie jest tak źle), przyjęcie spójnej polityki energetyczno-klimatycznej i konsekwentną politykę "zielonych zamówień publicznych", tworzącą rynek dla recyklizowanego papieru czy też produktów fair trade. Wszystkie te działania służą poprawie jakości życia, wpływając także - jak widać po rankingu "The Economist" - na atrakcyjność inwestycyjną miasta. Drobna zmiana priorytetów pomogłaby jednak osiągnąć wielką zmianę w odczuwalnym komforcie zamieszkiwania stolicy Polski.

Jeśli mamy kiedykolwiek doczekać się spójnego rozwoju obszaru metropolitarnego, należy zapewnić głos wszystkim podmiotom mającym w nim uczestniczyć, a nie tworzyć związek podporządkowany władzom Warszawy. W tym celu zasadną staje się refleksja nad takimi rozwiązaniami prawnymi, które umożliwiłyby np. pójście śladami Stuttgartu i utworzenie niezależnej, wybieranej w bezpośrednich wyborach władzy metropolii. Można to osiągnąć na różne sposoby, w tym poprzez wydzielenie osobnego województwa, mogącego obejmować do 2,5 miliona mieszkanek i mieszkańców. Równie ważny jest udział w pracach osób reprezentujących społeczeństwo obywatelskie - okres wydawania komend i biernego ich wysłuchiwania przez społeczności lokalnej powinien wreszcie się skończyć, tak, jak skończył się w wielu jednostkach samorządowych Europy, przy czynnym udziale Zielonych. Zapewnienie rotacyjnego przywództwa i parytetu kobiet i mężczyzn pozwoliłoby na dalszą demokratyzację stosunków w obrębie takiej jednostki organizacyjnej.

Energetyka i budowanie lokalnej niezależności energetycznej (w tym poprzez inteligentną sieć przesyłową i zdecentralizowaną jej produkcję), transport oraz polityka surowcowa, promująca ich odzysk zamiast stawiania priorytetu ich spalaniu - to trzy polityki sektorowe, które wydają się priorytetowe dla polityki metropolitarnej. Niestety, tak na Śląsku, jak i w Warszawie można mieć poczucie, że spójnych strategii tu brak. W stolicy są wprawdzie odpowiednie dokumenty, ale brak urzędniczej woli i zrozumienia zrównoważonego rozwoju sprawia, że odpowiednie dane nie są wykorzystywane. Kiedy okazuje się, że 90% podróży w Europie odbywa się na dystansie do 6 km, co wskazuje na duże możliwości promowania podróży pieszych i rowerowych (25% ogółu wykonywanych na kontynencie), Warszawa woli myśleć o chowaniu pieszych pod ziemię, zaś parkujące samochody i urzędnicza niemoc po dziś dzień blokują utworzenie spójnej sieci ścieżek rowerowych. Nic dziwnego, że tak niewiele osób w naszym mieście korzysta z rowerów (uważanych nie za równorzędny sposób poruszania się, lecz pojazd rekreacyjny), skoro tak trudno jest doczekać się kontrpasów na drogach jednokierunkowych, zaś chodniki zbyt często nie należą do specjalnie prostych...

Powyższe przykłady można by jeszcze długo mnożyć. Lepiej pomyśleć o tym, że zawsze pojawia się mnóstwo ciekawych postulatów, które można postulować i domagać się ich realizacji. Takim przykładem może być Karta Usług Publicznych - elektroniczne narzędzie, umożliwiające realizację zadań publicznych i ewentualne płacenie za nie, ułatwiające dostęp do informacji, poprawę dostępności usług oraz racjonalizację ich dostarczania, dzięki pozyskiwanym w ten sposób informacjom o potrzebach społecznych. Chociaż na początek mogłaby ona służyć zaspokajaniu potrzeb transportowych (nie tylko biletów autobusowych, ale też np. przyszłemu dostępowi do wypożyczania rowerów albo samochodów elektrycznych), nic nie stałoby na przeszkodzie, by w przyszłości pozwalała na kontakty z urzędami czy też dostęp do e-usług edukacyjnych czy zdrowotnych. Jeśli chcecie znać dużo danych i pomysłów, uzasadniających twierdzenie, że zielona polityka ma przyszłość, to lekturę "Zrównoważonego Rozwoju Metropolii Silesia" uznać należy za obowiązkową.

17 maja 2010

Queerowa pigułka

Przyznaję się bez bicia, że na temat mniejszości seksualnych na swoim blogu nie piszę zbyt często. Tym razem jednak zdecydowanie muszę, bowiem Kampania Przeciw Homofobii popełniła publikację, którą nie sposób mi nie polecić. Podręcznik do kursu teorii queer, pod redakcją Jacka Kochanowskiego, Marty Abramowicz i Roberta Biedronia polecić mogę każdej i każdemu, kto chce się dowiedzieć więcej na temat tej teorii i jej praktycznych implikacji w rozumieniu polityki, społeczeństwa i kultury. Muszę przyznać, że sam do tego sposobu postrzegania i krytyki rzeczywistości mam pewien dystans, wynikający nie tyle z odrzucenia, co raczej własnej zachowawczości względem tworzenia własnego wizerunku (zapewne efekt podkarpackiego wychowania), co nie oznacza, że odmawiam tej teorii wartości. Cały, emancypacyjny charakter queeru podany mamy tutaj na tacy i warto się z nim zapoznać - szczególnie owa zachęta dotyczyć powinna osób, utyskujących nad rzekomym prymatem kwestii kulturowych nad ekonomicznymi w progresywnym przekazie. Zarówno historia, jak i teraźniejszość "odmieńczyń" i "odmieńców" pokazuje, że wykluczenie ze względów światopoglądowych potrafi być równie bolesne, jak to ekonomiczne.

Historię homoseksualności prezentują w swych artykułach Ireneusz Krzemiński i Robert Biedroń. Obaj udowadniają, że osoby nieheteronormatywne nie są zjawiskiem odkrytym wraz z medykalizacją tematu w XIX wieku, ale istniały i działały przez wieki. Przed II Wojną Światową Berlin i Nowy Jork były miastami, będącymi głównymi obszarami promieniowania homoseksualnej kultury - wówczas pozostającej jeszcze poza głównym nurtem społecznym, ale aktywnie funkcjonującej. W Polsce kwestia ta pozostawała na uboczu politycznego dyskursu. Kronikarze i publicyści lubili sugerować (w celu zdyskredytowania) męskie ciągoty Bolesławowi Śmiałemu, Władysławowi Warneńczykowi czy też Władysławowi IV. Paradoksalnie - jak stwierdza Biedroń - depenalizacja stosunków homoseksualnych w 1932 roku, poprzez dość postępowy kodeks cywilny Makarewicza, uchylający zaborcze legislacje w tej dziedzinie, sprawił, że mniejszości seksualne na lata zniknęły z pola widzenia opinii publicznej. Odbywający się od końca lat 80. XX wieku proces powrotu do ludzkiej świadomości nie jest drogą łatwą, ale wraz z rozwojem organizacji LGBT konsekwentnie zachodzi.

Fascynujące, niesłychanie kompetentne i zadziorne teksty Jerzego Krzyszpienia na temat tego, w jaki sposób język polski może włączać lub wykluczać osoby nieheteronormatywne, a także stosunku trzech religii monoteistycznych - judaizmu, chrześcijaństwa i islamu do homoseksualizmu warto koniecznie przeczytać. Szczególnie ten drugi roi się od faktów, rozprawiających się z mitami na temat homofobicznych odczytań Biblii. Analizując oryginalne teksty i stosując podejście krytyczne, uwzględniające ówczesny kontekst społeczny i historyczny, okazuje się, że rzekome potępienie stosunków jednopłciowych jako "sprzecznych z naturą" nie trzyma się ani napisanego tekstu (w którym, jeśli odnieść się do kontekstu, pod kategorię "sprzeczności z naturą" podpada płodozmian czy tkanie ubrań z różnych materiałów, a nawet boskie interwencje, natomiast niewolnictwo już nie - kto chce wiedzieć więcej, ten u Krzyszpienia znajdzie konkretne odwołania do poszczególnych ksiąg i wersetów), ani historycznego kontekstu, w którym kwestia "prawa naturalnego", tak ochoczo używanego dla prezentowania zachowawczych poglądów - i również niespójnego, bowiem homoseksualizm wśród zwierząt nie jest spotykany rzadziej, niż u ludzi - pojawia się w pełnej krasie w średniowieczu, wraz z rosnącą instytucjonalizacją katolicyzmu.

Jest rzecz jasna miejsce także i na kulturę. Homoseksualne wątki w sztuce prezentuje Paweł Leszkowicz, członek lubelskich Zielonych, przypominający o fascynacji męskim ciałem, autoportretach, narcyzmie i coming outach. Bartosz Żurawiecki, znany i ceniony krytyk filmowy, pokazuje z kolei bogactwo wątków i całkiem imponującą historię wątków homoseksualnych w kinie, począwszy od jednego z filmów Thomasa Edisona, "The Gay Brothers" z 1895 o dwójce mężczyzn, tańczących ze sobą walca. Aż do czasu objęcia władzy przez Hitlera w Niemczech w latach trzydziestych XX wieku kinematografia tego kraju, pomimo kontrowersji, wątki gejowskie i lesbijskie podejmowała. Wiele z tworzonych wówczas filmów opowiadało się wyraźnie w swej wymowie za zniesieniem kontrowersyjnego paragrafu 175 kodeksu karnego, penalizującego stosunki seksualne między mężczyznami. Za oceanem, wraz z rozluźnianiem się obyczajowych kodeksów, powoli otwierała się przestrzeń do wychodzenia z gejowskimi wątkami z podziemia. Dziś, po "Brokeback Moutain" i "Milku", pojawiają się coraz lepsze perspektywy do rozwoju kina, w którym osoby nieheteronormatywne odgrywają równorzędną rolę.

Rzecz jasna powyższa wyliczanka nie wyczerpuje całego spisu treści. Praktycznie każdy tekst jest klasą dla samego siebie, czy to teoretyczny wstęp Jacka Kochanowskiego, czy też rozważania na temat płci i patriotyzmu Agnieszki Graff. Ponieważ jestem dość wyczulony na kwestię przystępności teoretycznych analiz z czystym sercem mogę stwierdzić, że ten test Queer Studies zdają celująco. Autorkom i autorom gratuluję, a Was zapraszam do stania się czytelniczkami i czytelnikami.

16 maja 2010

Demokracja, społeczeństwo i wolność wyboru

Demokracja jest zabetonowana, ale co to znaczy?

- W Katowicach i Płocku w przyspieszonych wyborach udało się zarejestrować trójce kandydatów. W Krośnie... 1 osobie, jedynej kobiecie w senatorskim wyścigu - żonie zmarłego pod Smoleńskiem senatora PiS. Brak wyboru widoczny jest nawet na kartach wyborczych. Co ma zrobić osoba, mająca lewicowe albo liberalne poglądy w Krośnie? Jak swój sprzeciw wobec PO i PSL ma wyrazić ktoś mieszkający w Płocku, mający jako alternatywę kandydata Polski Plus? Jaka, zróżnicowana debata polityczna, programowa ma odbyć się w Katowicach, w których w szranki staje PO, PSL i PPP (kandydat tej ostatniej partii nadal przechodzi weryfikację)?

- W 2007 roku udało się nam osiągnąć bardzo dobry wynik w Katowicach. Monika Paca zdobyła 4,5% głosów - trudno nas zatem uznać za polityczny margines w okręgu. Teraz też przekroczyliśmy barierę 3 tysięcy wymaganych podpisów - niestety okazało się, że część z nich nie jest ważna. Wykańczają - nas i nie tylko nas - fatalne przepisy, o czym później.

- Zmiana ordynacji wyborczej jest szansą na szerszą zmianę społeczną - chcemy wdrożenia naszych pomysłów, a także zmniejszenia progu zbiórki podpisów w wypadku wyborów przyspieszonych.

- Współtworzenie otwartego państwa i różnorodnej wspólnoty jest możliwe tylko wtedy, kiedy prawo służy ludziom. Komisja "przyjazne państwo" pokazała, jak idea ta jest wynaturzana przez polityków innych partii. Prawo musi odpowiadać na zmiany społeczne, dawać nam możliwość realizacji samych siebie bez konieczności wyjazdu do innego kraju. Zmiany prawne to nie tylko kwestia demokracji - to także kwestia skruszenia myślenia o państwie zarówno jako o bezdusznej machinie urzędniczej, jak i wszystkowiedzącej organizacji. Chcemy, by prawo służyło ludziom, a nie odwrotnie.

- Dziś wszyscy jesteśmy wykluczeni. Zieloni, osoby bezrobotne, kobiety, wszelakie mniejszości - traktowani jesteśmy jako "gabinet osobliwości". Chcemy naszym gestem wyważyć drzwi, zamykające prawo do obywatelstwa i wpływu tylko pięknym i bogatym. Chcemy pokazać, że wspólnota może składać się z ludzi wolnych, a nie być oparta jedynie na religii i martyrologii. Jednym z przykładów wolności jest wolność podróżowania. Do dziś zmagamy się z idiotycznymi obowiązkami meldunkowymi, do dziś też usiłuje się nam wmówić, że PESEL nie jest dostatecznym potwierdzeniem naszej tożsamości i potrzebujemy NIPy, adresy zamieszkania... Walczymy o przyjazne państwo dla wszystkich, a walka o sprawiedliwą ordynację służy walce o więcej tlenu także dla do tej pory wykluczonych.

- Demokracja jest żywa tylko wtedy, kiedy ma się wybór. Po 20 latach chce się nam wmówić, że wszystko jest kompromisem, więc wybór jest zbędny - mamy zatem "aborcyjny kompromis", "atomowy kompromis", "narodową zgodę". Niszczy się w ten sposób zarówno wspólnotę, odbierając jej prawo wyrażenia głosu odmiennego wobec szarych partii prowojennych, proatomowych, stojących często ze swoimi przekonaniami w rażącej sprzeczności z własnym elektoratem, ale też jednostki, które nie mogą wyrazić siebie i swoich poglądów.

- Politycy nie czują potrzeby pokazywania czy nawet posiadania swoich wizji i programów, bo nie czują, że ktokolwiek może obalić stolik, przy którym grają. Chcemy, byśmy nie tylko my, ale wszystkie mniejsze i nowe formacje miały szansę pokazania swoich wizji, swoich racji i pokazania, że kogoś reprezentują. Dziś dwie duże partie mogą zawrzeć ze sobą deal i podzielić się okręgami wyborczymi, nie pytając o zdanie ludzi pod płaszczykiem "zgody narodowej". Chcemy, by ludzie mogli w końcu powiedzieć, co o tym myślą.

- Zieloni w całej Europie walczą o większy udział społeczeństwa w procesach decyzyjnych. Dziś społeczeństwo dostaje 3 tygodnie na zaopiniowanie kilkusetstronnicowych dokumentów, powstających zanim w ogóle spyta się nas o zdanie, kwestie uważane przez nie za priorytetowe etc. W Wiedniu miejscy radni i radne pytają się ludzi - w tym dzieci - o wygląd doniczek do kwiatków przy rewitalizacji ulicy. Jeśli chcemy być nowoczesnym społeczeństwem, musimy odrzucić "mentalność folwarku" PO i PiS i zacząć to społeczeństwo budować - kapitał społeczny jest równie ważny, jak ten finansowy.

15 maja 2010

Kontrakt z przykrymi paragrafami

Czasem jednak nawet nad Wisłą pojawiają się jakieś przebłyski dyskusji programowej. Nie u głównych politycznych konkurentów, broń Boże - ci na razie zajmują się "poszerzaniem elektoratu w centrum", czyli zakrywaniu możliwie najdokładniej swoich rzeczywistych poglądów. Platforma narzeka, że PiS chce mówić o przeszłości, nie zaś o przyszłości, ale zamiast wyjść i powiedzieć ustami Bronisława Komorowskiego o sprawach istotnych - wedle badań - dla swojego elektoratu, czyli ochrony zdrowia i podatków - woli ciskać gromy w Jarosława Kaczyńskiego. Zapowiadana mobilizacja po liniach znanych z roku 2007 (jakiejś mutacji "zabierania babci dowodu") chyba ma za zadanie zatrzeć wrażenia, że PO w obu wyżej wymienionych dziedzinach nie postępuje specjalnie spójnie, zastanawiając się głośno, czy podwyższać składkę zdrowotną, czy może prywatyzować szpitale. Ponieważ w tej drugiej dziedzinie niespecjalnie zgadza się tu z opinią społeczną, PO woli mówić o tym ustami Nitrasa niż Komorowskiego. Nie da się też z ludzi zrobić tak wielkich głupków, by mieli wierzyć, że da się w nieskończoność obniżać podatki i zaspokajać potrzeby związane z wysoką jakością usług publicznych.

W tej kampanii nieco programowego animuszu mogą zaprezentować mniejsi kandydaci. Nie mają tym wiele do stracenia - chyba wszyscy pogodzili się już, że do II tury - jeśli nie dojdzie do jakiegoś cudu - wejdą Komorowski z Kaczyńskim. Skoro walczą raczej o w miarę przyzwoity wynik, dający nadzieję na podtrzymanie nadziei na wzrost (SLD i Grzegorz Napieralski), odrodzenie (Samoobrona i Andrzej Lepper) bądź przeoranie pola dla nowych inicjatyw (PR i Marek Jurek, SD i Andrzej Olechowski). Andrzej Olechowski wśród tych kandydatów ma pozycję wyjątkową - po ogłoszeniu decyzji o starcie słupki poparcia miał dość przyzwoite, a po rezygnacji Donalda Tuska ze startu pojawiały się badania, z których wynikało, że dystans między nim, potencjalnym kandydatem PO (Komorowskim bądź Sikorskim) zaczyna być naprawdę niewielki. Na chwilę obecną, gdy otrzymuje w kolejnych badaniach od 2 do 6%, wydaje się to piękną pieśnią z przeszłości.

Od miesięcy trwała dość usilna akcja portretowania jednego z założycieli Platformy Obywatelskiej jako osoby, mającej przekonania już nie tylko centrowe, ale wręcz centrolewicowe. Świadczyć miało o tym m.in. wsparcie Genowefy Grabowskiej i Dariusza Rosatiego, a ostatnimi czasy - również wsparcie mazowieckich związków zawodowych w zbieraniu podpisów pod jego kandydaturą. W przeciwieństwie do wielu osób, dość mocno pojedynkujących się na to, kto reprezentuje "prawdziwą lewicę" nie wykluczałem z góry jakiejś formy ewolucji jego poglądów, chociaż pozostawałem co do niej dość sceptyczny. Niedawno ogłoszony kontrakt na osi Olechowski-wyborcy pokazał jednak, że jeśli dla kogoś wartości, takie jak sprawiedliwość czy spójność społeczna mają sens, nie powinien tak łatwo dać się do Olechowskiego przekonać. Wygląda na to, że jego prezydentura nie różniła by się znacząco od tej proponowanej przez Olechowskiego, może poza paroma gestami, czyniącymi go mniej konserwatywnym oraz brakiem partyjnej legitymacji PO. Cała reszta nie brzmi specjalnie ożywczo - można by wręcz rzec, że "wszystko już było".

Do rzeczy zatem - mamy szesnaście punktów, z czego pierwszy zgrzyt widzę już w szóstym. "Sprzeciwię się wzrostowi obciążeń budżetów domowych z tytułu podatków oraz kosztów ochrony zdrowia i edukacji" - głosi Olechowski. Nie to, bym uważał, że zawsze i wszędzie jedynym ratunkiem jest podwyższanie podatków, ale takie stwierdzenie zdaje się płynnie wpisywać w model zwijania państwa. Jeśli szczegółowo wymienia się dwie dziedziny społecznej reprodukcji, których solidne działanie jest niezbędne dla podtrzymania systemu społeczno-ekonomicznego, po czym deklaruje się sprzeciw wobec jednego ze sposobów pozyskiwania środków na poprawę ich jakości, to zdaje mi się to lekko bezsensowne. Zawsze można dążyć do racjonalizacji wydatkowania publicznych pieniędzy, ale po tym, jak w ciągu kilku ostatnich lat dokonano olbrzymich cięć podatkowych (obniżenie CIT bez jego zróżnicowania między małymi a dużymi przedsiębiorstwami, likwidacja podatku spadkowego, zmniejszenie ilości stawek podatku PIT etc.), to naprawdę trudno jest z kurczących się zasobów zagwarantować jednocześnie wysoką jakość usług oraz redukcję deficytu budżetowego. Odgórne odrzucanie jednego z narzędzi kreowania polityki gospodarczej państwa wydaje się tu działaniem chybionym i jeśli to jest ta "nowa jakość usług państwowych", o której mówił reprezentant mazowieckiego OPZZ i ZNP, to cóż, niewesoła to nowina...

W punkcie siódmym mamy pomysł na, uwaga, jednomandatowe okręgi wyborcze w wyborach do samorządu jako remedium dla jego upartyjnienia. Niesamowite, że kiedy w Wielkiej Brytanii partia liberalna woła o reformę w kierunku proporcjonalności wyborów, nad Wisłą proponuje się coś takiego. Nie da się w ten sposób odpartyjnić czegokolwiek - w miastach co najmniej do 100 tysięcy mieszkanek i mieszkańców, a także - coraz bardziej - w mniejszych ośrodkach partie wystawiają i wystawiać będą swoje listy. Ponieważ rady miejskie są dość małe, okręgi jednomandatowe byłyby tu duże (w Warszawie w jednym okręgu znajdowałoby się 28,5 tysiąca osób), więc lokalny kandydat/kandydatka jak mają pod górę, tak nadal by mieli. Reforma samorządu musi iść w dokładnie odwrotnym kierunku - albo liczenia progu 5% od okręgu wyborczego, a nie całej jednostki administracyjnej, albo - co proponują Zieloni - zupełnego zniesienia progu wyborczego na szczeblu samorządowym. W ten sposób można by doprowadzić do sytuacji, w której większe partie, dla zdobycia większości w radach miast czy sejmikach wojewódzkich, musiałyby szukać koalicji z mniejszymi formacjami i komitetami obywatelskimi.

Wracając jeszcze do usług publicznych, włos jeży się na głowie, gdy czyta się punkty 13. i 14. Dotyczą one odpowiednio edukacji i ochrony zdrowia. W tej pierwszej sferze kandydat wspierany przez SD proponuje zwiększenie konkurencji między placówkami edukacyjnymi, milcząc zarówno na temat kwestii odpłatności za studia, jak i większej demokratyzacji samych uczelni. Częstokroć osoby studiujące czy doktoryzujące mają pomysły na to, w jaki sposób korzystać z instytucji rynkowych (granty, publikacje), bez obniżania jakości wykonywanej pracy, natomiast na przeszkodzie stoi konserwatyzm kadry kierowniczej. Konkurencja w szkolnictwie wyższym jako fetysz, bez zmian na tym szczeblu może nie przysłużyć się rodzimej nauce, zamieniając uniwersytety w maszynki do kreowania artykułów naukowych i zbierania punktów. Konkurencja ubezpieczycieli w ochronie zdrowia zamiast skupiania się na prawach człowieka i dostępności leczenia również nie wróży nic dobrego. Sam kandydat niestety zapomina dodać w dokumencie, że jest za prywatyzacją szpitali, ukrywając ją pod atrakcyjnie brzmiącą "konkurencją placówek medycznych".

Żeby nie być tak jednostronnie negatywnym, warto docenić fakt, że Andrzej Olechowski dużo uwagi poświęcił kwestiom związanym z równym statusem kobiet i mężczyzn - niestety, wpisuje się on w krąg polityków, uznających za "racjonalny kompromis" obecną ustawę aborcyjną. Pojawiają się tu wątki modernizacyjne i trącące pewnymi socjaldemokratycznymi ogólnikami, jak zapewnienie dostępu do infrastruktury internetowej czy dobrej jakości polityki społecznej. Niestety, jako całość dokument nie wydaje się specjalnie przekonujący, brakuje w nim m.in. kwestii ekologicznych. Jak na standardy zachodnioeuropejskie, Olechowski byłby raczej prawym skrzydłem liberałów. Niestety, w Polsce łatwo szufladkować go w zupełnie innych rewirach. Mimo wszystko docenić należy to, że zdecydował się zaprezentować jakiś program, zobaczymy, jak długo będziemy musieli czekać na pozostałych kandydatów.

14 maja 2010

Odzyskać świeckie państwo

Odrobina optymizmu w tych ciężkich czasach zawsze się przyda. Akurat po lekturze serii tekstów, tworzących publikację "Kościół, państwo i polityka płci" mam go całkiem sporo. Wydaje się, że wreszcie - powoli ale konsekwentnie - zaczyna się rysować obraz szerszego sojuszu na rzecz oddzielenia tronu od ołtarza i budowy nowoczesnego, pluralistycznego społeczeństwa. Przyznam się szczerze, że do tej pory nie było to takie proste do wyobrażenia. Me dotychczasowe doświadczenia z szeroko pojętym "ruchem racjonalistycznym" nie należały do szczególnie przyjemnych. Lektura historii o niedorzecznościach religii bywała niemiła, chociaż jeszcze w obrębie tego, co było dla mnie wyobrażalne. Kiedy jednak zobaczyłem krytykę przeprowadzania przez organizacje ekologiczne zajęć z ochrony środowiska w przedszkolach, oniemiałem. Społeczno-polityczna samoizolacja ma swoje granice, przynajmniej tak mogło mi się wydawać. Neoliberalne "dziel i rządź", czyli tworzenie i podtrzymywanie podziałów między różnymi grupami społecznymi, trwa w najlepsze - najgorsze jest to, że została ona w dużej mierze przez te grupy zinternalizowana. Mamy zatem grupy ekologiczne, które pod żdanym pozorem nie będą współpracować z feministkami, część środowiska LGBTQI, krzywiącego się na alianse ze związkowcami, i tak dalej, i tak dalej. Czas mija, a "wieś spokojna, wieś wesoła" jak ograniczała wybór dróg życiowych do Boga i Rynku, tak ogranicza.

Skąd zatem mój optymizm? Wreszcie zobaczyłem potencjał łączenia, a nie dzielenia, środowisk do tej pory pozostających we wzajemnym dystansie. Różnorodne spojrzenia, szczególnie te, zaprezentowane w sekcji "Alternatywy" pokazały, że spójny przekaz i jednolita narracja potrzebne są jak nigdy. Nie musi ona obejmować całego spektrum poglądów - wymaganie od katolickich publicystek, by bezkrytycznie podchodziły do aborcji, albo do protestantek, by spokojnie przyjmowały kwestionowanie ich dogmatów, w tym wypadku po prostu nie działało. Są jednak sprawy, które łączą, wychodząc poza spektrum oczywistości - to kwestie nierówności ekonomicznej, przemocy domowej czy nawet samej zmiany zasad prowadzenia debaty publicznej i uwolnienia jej od dominacji Kościoła katolickiego. Przyznam, że sam byłem sceptyczny przed lekturą np. do wizji katolickiego feminizmu, ale po tekście Joanny Tomaszewskiej-Kołyszko wiem już, że sojuszniczek może nie zabraknąć. Obok "nowego feminizmu", promowanego przez Jana Pawła II i faktycznie mało rewolucyjnego, chcącego potrzymać tradycyjne przekonania o rolach płciowych, istnieje także oscylujący nierzadko na granicach herezji feminizm katolicki, posługujący się w badaniach teorią płci społecznej i dość mocno kwestionujący np. nauczanie hierarchii co do antykoncepcji czy też stosunku do homoseksualizmu.

Jak widać, istnieje spora grupa ludzi, dla których wiara nie stanowi przeszkody w rozumowym myśleniu, i która z pozycji religijnych potrafi mocno krytykować patriarchalne stosunki wewnątrz kościołów, w których się znajduje. Dość słabe przyswojenie nauczania posoborowego przez polską hierarchię odgrywa tu także sporą, negatywną rolę, o czym pisze Agnieszka Kościańska. Jastrzębi jej stosunek do wszelkich "nowinek" ogranicza także pole manewru innych kościołów i wspólnot wyznaniowych w naszym kraju. Powołanie na urząd pierwszej pastorki w kościele ewangelicko-reformowanym groziło ochłodzeniem relacji ekumenicznych z katolikami, kościół ewangelicko-augsburski po raz kolejny rozpoczyna dyskusję na ten temat, będąc jednym z 2 kościołów tej nominacji w Europie, który jeszcze nie ordynuje kobiet. Także tutaj widoczny jest realny podział wspólnoty wyznaniowej na część progresywną i konserwatywną - zmiany utrudnia silna, zachowawcza wspólnota Śląska Cieszyńskiego, grupująca połowę polskich luteran, natomiast tzw. "diaspora", czyli zbory w reszcie kraju, są raczej otwarte na zmiany.

Tworzenie jednolitego szymelu "religia=ciemnogród" sprowadza na manowce. Przykłady daje w podsumowaniu książki Adam Ostolski, członek Zielonych. W Walce z Kościołem sukces odniosła katoliczka, Alicja Tysiąc - walczyła z narzuconym przez polityków pod jego naciskiem prawem, ograniczającym możliwość przerywania ciąży. Chociaż nawet przy obecnych przepisach, będąc zagrożoną pogorszeniem stanu zdrowia, miała do zabiegu prawo, odmówiono jej. Nie walczyła z wiarą, co najwyżej z jej instrumentalizacją. Z wiarą nie walczyli także ludzie, protestujący przeciwko zawłaszczaniu przestrzeni publicznej, takiej jak Park Oliwski czy stołeczna Kopa Cwila. Mimo olbrzymich nakładów w czasach świetności, prasa antyklerykalna, rozpatrująca nieprawidłowości w relacjach Państwo-Kościół w formie skandalu, nie przeorała świadomości. Także mająca nastąpić po wejściu do Unii Europejskiej modernizacja obyczajowa nie przyniosła laicyzacji struktur publicznych. Jak pokazuje Ostolski, jeśli ruch na rzecz świeckiego państwa ma odnieść sukces, musi te zróżnicowane grupy połączyć, zamiast trwać w elitarnym przekonaniu, że wszystkiemu winien jest "ciemny lud", który swoją drogą - jak wynika z badań socjologicznych - wcale taki znowu konserwatywny nie jest.

Rzecz jasna nie są to jedyne znakomite fragmenty tego bardzo dobrego zbioru tekstów. Dzięki Barbarze Stanosz możemy dla przykładu poznać historię polskiego ruchu wolnomyślicielskiego, Agnieszka Graff zaś pokazuje dylematy ruchu feministycznego, który jej zdaniem, w polskim kontekście, powinien pokazywać swe zakorzenienie w historii i społeczeństwie. Znakomitą diagnozę sytuacji prezentuje Anna Zawadzka, pokazująca, jak stygmatyzowanie i tworzenie w wyniku transformacji ekonomicznej "ludzi zbędnych" doprowadziło do umocnienia się roli Kościoła w Polsce. Jedyną wspólnotą, w której mogli oni znaleźć oparcie, było Radio Maryja, a dzisiejsze naśmiewanie się z nich jako "moherowych beretów"przez zwycięzców owej transformacji zakrywa fakt, że wielu z nich w pierwszych po upadku komunizmu latach swoją uległą postawą doprowadziło (poprzez wprowadzenie religii do szkół, ograniczenie dostępu do aborcji, brak porządnego systemu opieki społecznej i usług publicznych etc.) do ich powstania. Dziś widzimy, że rządy PiS z lat 2005-2007 nie nauczyły elit niczego i że znów jedyną odpowiedzią na potrzebę wspólnoty staje się "straszenie Kaczyńskim". Daleko tak nie zajedziemy...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...